1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Hanna Samson: Pora na bunt

Hanna Samson: Pora na bunt

123rf.com
123rf.com
Czy podstawową wartością kobiety jest jej wygląd? Dobrze wiemy, że nie. Ale z tej wiedzy niewiele wynika. Żyjemy tak, jakbyśmy brały udział w konkursie piękności.

Pracowałam ostatnio z grupą kobiet w różnym wieku, w różnych sytuacjach życiowych, z różnymi problemami i sukcesami na koncie. Naprawdę wiele je różniło, ale szybko wyłonił się wspólny mianownik. Wszystkie były niezadowolone ze swojego wyglądu, co odbierało im pewność siebie i utrudniało życie. Kiedy to odkryłyśmy, niemal każda była zdziwiona, że nie tylko jej to dotyczy. Ona też? Taka piękna, zgrabna, i elegancka, i cierpi na to samo co ja? Kiedy patrzyły na siebie nawzajem, widziały, że to bez sensu, absurdalne, „Czego ona od siebie chce, przecież jest w porządku”. Gdy same patrzyły na siebie, to poczucie absurdu znikało: „One to co innego, ale ja mam powody, żeby cierpieć”.

Kalina, 32 lata, drobna, szczupła blondynka, pnąca się po szczeblach naukowej kariery. Naprawdę mogłaby być z siebie dumna. I czasem jest. Dopóki nie przypomni sobie, że nie pasuje do wzorca. Za mały biust, za krótkie nogi, za duży nos. Zbiera pieniądze na powiększenie piersi i liczy, że to poprawi jej samoocenę.

Monika, 36 lat, po rozwodzie samodzielnie wychowuje córkę, pracuje w korporacji, gdzie świetnie zarabia, ma wielu przyjaciół i niewiele powodów do narzekania. Poza tym, że nie ma partnera i nadziei, że będzie go miała. Bo jest za gruba.

Ewa, 52 lata, elegancka, zadbana bizneswoman, która zwycięsko przeprowadza własną firmę przez czasy kryzysu. Jest pewna siebie, zarządza dużą grupą ludzi, podejmuje strategiczne decyzje. Ma męża i dwoje dzieci. Kobieta spełniona, która zna swoją wartość. Ale gdy staje przed lustrem, pewność siebie znika. – Jeszcze nie zdążyłam siebie polubić, a już się zestarzałam. Walczę ze zmarszczkami, wiem, że ich prawie nie widać, ale i tak nie jestem z siebie zadowolona. Nawet w łóżku nie potrafię się rozluźnić, bo myślę o tym, jak wyglądam – mówi.

Jak to możliwe, że dałyśmy sobie wmówić, że najważniejsze jest to, jak wyglądamy? I że rzadko jesteśmy wystarczająco dobre we własnych oczach?

„Większość z nas czuje się tak, jakbyśmy były uczestniczkami konkursu piękności, w którym rywalkami są wszystkie kobiety” – pisała kilkanaście lat temu Nancy Etcoff w głośnej książce „Przetrwają najpiękniejsi”, a jej słowa nie tylko nie straciły, lecz zyskały na aktualności. Gdy wchodzimy gdzieś, gdzie są inne kobiety, odruchowo sprawdzamy, czy są ładniejsze, czy brzydsze, starsze czy młodsze, lepiej czy gorzej ubrane. Nim dojdziemy na swoje miejsce, już wiemy, które w rankingu jesteśmy. Gdyby to współzawodnictwo dotyczyło tylko kobiet, z którymi stykamy się w życiu, każda z nas miałaby szansę czasem wygrać. Ale gdzie tam! Nasza kultura każe się porównywać nie tyle z modelkami, co z ich zdjęciami po obróbce. To one wyznaczają kanon piękna, do którego ślepo dążymy, choć jesteśmy skazane na klęskę.

Widziałyście tę reklamę? Rodzina siedzi przy stole, jedzą obiad i popijają sokiem, a któreś z dzieci pyta, co jedzą dzicy ludzie, rodzice coś tam odpowiadają i wtedy pada kolejne pytanie: A co piją? I okazuje się, że piją czystą źródlaną wodę. „Biedni!” – wykrzykują dzieci ze współczuciem. „Nawet dzieci wiedzą, że posiłek najsmaczniej popijać sokami” – puentuje lektor. Ręce opadają. Przecież woda jest zdrowsza. Czy nie ma tu żadnego dorosłego, który by zrobił z tym porządek? Taka reklama nie sprzyja interesowi dzieci i rodziców. Ale z pewnością działa, i tylko o to chodzi. Tak jak działają na nas wszechobecne standardy, które nam nie służą. Sprawiają, że nadmiernie koncentrujemy się na swoim wyglądzie. Zabiegi upiększające, które same w sobie mogłyby być przyjemnością, stają się niekończącym się przymusem. Smarujemy, wklepujemy, malujemy, depilujemy i wciąż nie jesteśmy zadowolone. Jest taki rodzaj rajskich ptaków, które są tak pięknie upierzone, by wabić samice, że przeszkadza im to w lataniu, a przez to zmniejsza szansę na przetrwanie. Przyjmując te standardy, tak jak one działamy wbrew sobie.

Czytałam kiedyś o eksperymencie dotyczącym rozwiązywania zadań matematycznych, gdzie część kobiet została poproszona o włożenie kostiumów kąpielowych. Te, które były w kostiumie, rozwiązały zadania słabiej od pozostałych. Koncentracja na własnym wyglądzie sprawiła, że działały poniżej możliwości.

Kilka miesięcy temu belgijska ministra ds. równości zaprotestowała przeciwko wykorzystywaniu kobiet do reklamowania samochodów na targach. Chodzi o te półnagie dziewczyny, które się prężą na maskach, a mężczyźni chodzą i oglądają. Ministra uznała, że to uprzedmiotawianie kobiet. Jej protest przeszedł bez echa. A właściwie z echem, tyle że szyderczym. Polscy dziennikarze podążyli za tym zabawnym newsem i zapytali polskie hostessy z salonów samochodowych, czy ta praca ich nie poniża. Były zdziwione. „A mężczyźni nie zaczepiają was, nie komentują waszego wyglądu?” – pytali. „Komentują, najczęściej biust. Ale nam to nie przeszkadza” – odpowiedziały zgodnie.

Nikomu to nie przeszkadza. Wszystkie uczestniczymy z zapałem w szalonym konkursie „Ciało” i cierpimy, że nie udaje nam się wygrać. W tym konkursie nie ma wygranych. Pisze o tym Natasha Walter w świetnej książce „Żywe lalki”, która pokazuje, jak kultura działa przeciwko nam.

– Za nic w świecie nie wyszłabym z domu bez makijażu – wyznała mi ostatnio 15-latka. Jej marzenia i plany? Kupić nowe ciuchy i trochę schudnąć… Tu nie ma żadnego dorosłego, który z tym zrobi porządek. Musimy zrobić to same. Najwyższy czas, żebyśmy się zbuntowały, zamiast osłabiać się jak rajskie ptaki.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Cellulit może świadczyć o problemach ze zdrowiem

W zwalczaniu cellulitu chodzi o to, by pobudzić metabolizm tkanki tłuszczowej i wzmóc właściwości regeneracyjne tkanki łącznej. (Fot. iStock)
W zwalczaniu cellulitu chodzi o to, by pobudzić metabolizm tkanki tłuszczowej i wzmóc właściwości regeneracyjne tkanki łącznej. (Fot. iStock)
Większość kobiet boryka się z cellulitem – mniej lub bardziej zaawansowanym. I większość z nas widzi w nim wyłącznie defekt estetyczny. Tymczasem „skórka pomarańczowa” świadczy o problemach ze zdrowiem i wymaga leczenia.

Dr Marek Bardadyn, naturoterapeuta

W zwalczaniu cellulitu chodzi o to, by pobudzić metabolizm tkanki tłuszczowej i wzmóc właściwości regeneracyjne tkanki łącznej. Ta ostatnia jest bowiem odpowiedzialna za odnawianie prawidłowej struktury komórek. Istnieje szansa zlikwidowania nawet zaawansowanych zmian. Najważniejsze jest utrzymywanie prawidłowego ukrwienia skóry i tkanki podskórnej (także u osób z wyraźną nadwagą), bo dzięki temu produkty przemiany materii i toksyny będą skuteczniej usuwane. Zmniejszy się więc ryzyko gromadzenia złogów zawierających przerośnięte komórki tłuszczowe, które uszkadzają strukturę skóry. Ten cel pomogą nam osiągnąć regularne masaże oraz automasaże, np. z użyciem rękawic sizalowych.

Najpierw smarujemy skórę balsamem lub oliwką, potem delikatnie napinamy mięśnie w danym obszarze (chodzi o to, by poruszyć jedynie tkankę tłuszczową, bo jeśli rozmasujemy i tłuszcz, i mięśnie, krążenie poprawi się przede wszystkim w lepiej unaczynionych mięśniach!). Masaż róbmy dość energicznie, ale unikajmy silnego ucisku.

Przy wszystkich zabiegach nie wolno zapomnieć o właściwym odżywianiu. Polecam dietę strukturalną, w której produktach w skondensowanych dawkach znajdziemy witaminy, minerały i przeciwutleniacze potrzebne tkance łącznej do odbudowy skóry. Skuteczność leczenia wzrasta wraz ze spadkiem masy ciała. Przestrzegam jednak przed zbyt gwałtownym chudnięciem, a zwłaszcza efektem jo jo, ponieważ po kolejnych rozrostach tkanki tłuszczowej zwalczanie cellulitu staje się coraz trudniejsze.

Przed nocą zdążymy…

Podczas leczenia oraz profilaktycznie warto codziennie wypijać koktajl (element diety strukturalnej), zastępując nim ostatni posiłek. Przygotowujmy go bezpośrednio przed spożyciem, miksując mleko sojowe (200 ml), wiśnie (100 g), zarodki pszenne (2 łyżeczki), melasę trzcinową (łyżeczka) oraz ziele skrzypu (1/2 łyżeczki).

Dr n. med. Ocz Batyn, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny orientalnej

Cellulit tworzy się w miejscach najmniej „aktywnych”, a więc na udach, pośladkach, piersiach, przedramionach. Wyróżniamy cztery stopnie jego zaawansowania. O I mówimy, gdy skóra na oko wydaje się gładka i jędrna, ale po ściśnięciu jej dwoma palcami pojawia się delikatna „pomarańczowa skórka”, o II – kiedy stale widać na niej niewielkie zagłębienia, III stopień poznamy po głębszych górkach i dołkach, a IV oznacza już bardzo poważne zmiany. Wiele pań popełnia błąd, myśląc, że cellulit nie jest problemem zdrowotnym, tylko kosmetycznym. Tymczasem zewnętrzne objawy świadczą o zaburzeniach krążenia krwi i limfy oraz gospodarki kwasowo lipidowej. Dodam też, że tylko cellulit I i II stopnia można próbować likwidować bez pomocy lekarza.

Niemniej jednak w każdym przypadku warto zastosować się do kilku zaleceń. Podstawą jest spożywanie (4–5 razy dziennie) lekkostrawnych, najlepiej gotowanych posiłków zawierających witaminy C, E, te z grupy B, a także magnez, żelazo, potas, miedź oraz nienasycone tłuszcze roślinne. Taka dieta działa energetyzująco, a przy tym oczyszcza organizm z toksyn. Do tego konieczna jest codzienna dawka ćwiczeń. Doskonałe efekty daje pływanie (nie polecam go jedynie osobom szczupłym, bo dla nich może wiązać się ze zbyt dużą utratą energii).

Ponieważ cellulit to tkanka „zimna”, dlatego by się jej pozbyć, trzeba ją rozgrzewać. Najlepsze będą masaże bańkami chińskimi oraz manualne. Również w domu warto masować zmienione miejsca, a im częściej będziemy to robić, tym lepiej. Mocno ugniatajmy ciało, podszczypujmy je, oklepujmy (dłonią tworzącą daszek) tak, by słychać było charakterystyczny dźwięk.

Uwaga! Pamiętajmy, by po zlikwidowaniu cellulitu koniecznie obserwować swoje samopoczucie i pozostawać pod opieką lekarza. Często bowiem toksyny i inne substancje uwolnione z tej tkanki przyczyniają się do chorób serca i nerek.

Cudowna kąpiel

Poddawajmy się jej dwa razy w tygodniu. Do wanny z ciepłą wodą wlewamy po 5 kropli olejku cyprysowego i jałowcowego oraz oleju sezamowego. Kąpiel powinna trwać maksimum kwadrans. Poprawia krążenie krwi i limfy, działa odprężająco, udrażnia kanały energetyczne i eliminuje toksyny. Po wyjściu z wody należy się opłukać, wytrzeć, a potem wymasować dotknięte cellulitem miejsca, zaczynając od nóg i posuwając się w kierunku serca.

Dr Partap S. Chauhan, specjalista medycyny ajurwedyjskiej

Ajurweda wyodrębnia „ciężki” typ tkanki tłuszczowej i nazywa ją vasa. Kiedy vasa wchodzi w reakcję z ama (toksyczną substancją powstałą na skutek niepełnego trawienia), powstaje cellulit, czyli lepka materia lokująca się w komórkach tłuszczowych. Warto wiedzieć, że im dłużej zalega ona w komórkach, tym trudniej ją usunąć.

Ponieważ za powstawanie tkanki tłuszczowej odpowiada dosza (energia) kapha, tendencję do cellulitu mają osoby, u których występuje ona w nadmiarze. Ostatnio jednak coraz częściej zauważa się cellulit także u osób szczupłych. Ajurweda wyjaśnia to nadprodukcją ama, co jest konsekwencją nieodpowiedniej diety, złego trawienia, a także zanieczyszczonego środowiska. Kurację trzeba zacząć od obniżenia doszy kapha. Nie jadajmy posiłków „na zimno” i nie pijmy zimnych napojów. Zamiast tłustych, ciężkostrawnych potraw zalecałbym gorące, dobrze przyprawione dania wegetariańskie. Należy też wzmocnić ogień trawienny. Do potraw (z umiarem!) dodawajmy kozieradkę, kmin, czarny pieprz i imbir.

Doszę kapha normalizuje także aktywność fizyczna. Przede wszystkim polecam codzienną praktykę jogi. Ale dobrze nam też zrobi regularna kilkunastominutowa gimnastyka oraz spacery marszowym krokiem. Dodatkowo warto poddawać się miejscowym rozgrzewającym masażom (najlepiej na sucho; szczególnie dobrze działa ajurwedyjski masaż specjalną rękawicą z jedwabiu).

Wzniecić wewnętrzny ogień

Sięgnijmy po mieszankę (w równych proporcjach) zmielonych przypraw: pieprzu czarnego i kajeńskiego oraz imbiru. Zażywajmy po 1/2 łyżeczki proszku po obiedzie i kolacji. W ten sposób poprawimy trawienie i przyswajanie cennych składników oraz przyspieszymy usuwanie toksyn z tkanek. Kuracji można się poddawać nawet przez kilka miesięcy.

  1. Psychologia

Dobre nawyki: nie oceniam

Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. (Fot. iStock)
Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. (Fot. iStock)
Skąd takie postanowienie? Ocenianie wprawdzie oszczędza czas i daje ujście frustracji, ale czy naprawdę ułatwia życie?

Niedawno trafiła do mojego gabinetu Iza, młoda kobieta w ósmym miesiącu ciąży. Lęki i wątpliwości, typowe dla przyszłych mam, zakłócające jej błogosławiony stan, skłoniły ją do poszukania pomocy.

– Jestem złą matką – powiedziała, surowo się oceniając. –  Nie mam nawet czasu, żeby wypełnić dokumenty do płacenia wyższego ZUS-u, co zapewni mi spokój finansowy po porodzie. Nie dbam o siebie tak jak inne kobiety w ciąży.

Słuchałam jej uważnie, patrzyłam na jej niespokojne ciało: siedziała pochylona, jakby chciała ukryć brzuch, na nogach miała buty na wysokich obcasach, poprosiła o kawę, „bo jeszcze tyle ma dzisiaj do zrobienia”. Kobieta w ciąży powinna być spokojna, skoncentrowana na sobie i dziecku – oceniałam ją, na szczęście tylko w myślach. Muszę pomóc jej się wyciszyć, nauczyć nawiązywania kontaktu z dzieckiem – mój film „w głowie” rozkręcał się na dobre. W końcu ja – jako terapeuta – wiedziałam lepiej, czego potrzebuje przyszła mama. Iza, jakby czytając w moich myślach, kontynuowała swoją opowieść.

– A poza tym dziecko jest ułożone pośladkowo, a ja chcę rodzić naturalnie. Lekarz dał mu dwa tygodnie, żeby odwróciło się główką w dół.

No tak – pomyślałam – wiadomo, że poród pośladkowy jest trudniejszy i dla matki, i dla dziecka. Lekarz, ja, cały świat wiedzieliśmy lepiej, jak powinno być ułożone dziecko w brzuchu matki. A potem zrobiło mi się tak jakoś smutno.

Gra w życie

Dzisiejszy świat jest zawiły, skomplikowany i na dodatek pędzi w zawrotnym tempie. Zupełnie jak wirtualna gra, w której liczy się czas – bezlitośnie migające cyferki zegara umieszczonego w rogu monitora oceniają nasz spryt, szybkość myślenia i sprawność motoryczną (ilość skutecznych kliknięć). Dlatego wymyślono (i w grze, i w życiu) zestaw reguł, których opanowanie obiecuje nam mistrzostwo: patrz jak robią to inni, opanuj zasady i oceń swoje szanse, bo jak nie, to wypadniesz z gry.

Niedawno miałam okazję trzymać na rękach ośmiotygodniowe niemowlę. Maleńka dziewczynka z niesamowitym skupieniem obserwowała moją twarz. Kiedy uśmiechnęłam się – jej buźkę również rozjaśnił uśmiech. Gdy coś do niej powiedziałam – złożyła usteczka w dzióbek, jakby próbowała mi odpowiedzieć. Twarz jest dla niemowlęcia pierwszym, najważniejszym nauczycielem życia. Obserwując, na początku bez zrozumienia, emocje odzwierciedlające się na ludzkiej twarzy, jako niemowlęta zaczynamy istnieć w świecie. Dzięki komunikatom odczytywanym z mimiki twarzy matki, tonu jej głosu, uczymy się, co jest dobre, pożądane, co gwarantuje miłość i akceptację. Potem dochodzi porównywanie z innymi dziećmi.

Dorośli, oceniając nasze zachowanie, a także wygląd, wzrost, tuszę itp., przydzielają nam odpowiednie miejsce w ludzkim szeregu. Jesteś inteligentna, bo nauczyłaś się korzystać z nocnika szybciej niż dziecko sąsiadki. Jesteś odważna, bo nie płakałaś pierwszego dnia w przedszkolu, tak jak inne dzieci. Grzeczna, bo budzisz się w nocy rzadziej niż twój starszy brat itp. Porównywanie to pierwszy etap procesu oceniania – sprawdzanie, jak wypadasz na tle innych. Ten mechanizm będzie towarzyszył ci przez całe życie.

W poszukiwaniu winowajcy

„Przyszłam do pani, bo dwie moje najlepsze przyjaciółki też chodzą na terapię” – to częsty komunikat, który słyszę na pierwszej sesji. „Poleciła mi panią moja szefowa, a ona się zna na ludziach” – takie zdania również nie są rzadkością. „Ciekawe, czy pani sobie poradzi z moim problemem, jest pani moją trzecią terapeutką” – tego typu oceny nie wróżą dobrze terapii, bo przecież to nie ja mam sobie poradzić z kłopotem pacjentki.

Patrzę, obserwuję, uważnie słucham i… także oceniam: motywację pacjentki do terapii, jej główny problem, sposoby radzenia sobie w życiu do tej pory itp. Psychologiczna diagnoza to także ocena – dopasowanie pacjentki do „normy”. Czy na pewno jest niezbędna? Czy stwierdzenie, że człowiek, który siedzi przede mną, ma osobowość histeryczną, naprawdę pomoże (mnie czy jemu)? A obserwacja jego ciała: gestów, mimiki, napięcia – czy ułatwi mi skontaktowanie się z jego duszą?

– Na czym polega twój kłopot? – pytam i… otwieram puszkę Pandory, z której wylewa się morze ocen: „moi rodzice byli nadopiekuńczy”, „mój partner to prawdziwy narcyz”, „mój szef to despota”… Mijają kolejne sesje, stopniowo poznaję bliższe i dalsze otoczenie pacjenta. Wiem, jakich miał rodziców, dlaczego jego siostra jako nastolatka uciekła z domu itd. Tylko o nim samym, tym prawdziwym, wiem niewiele. Zdarza się, że stawiam pacjentkę przed dużym lustrem i proszę: „Popatrz na siebie tak, jakbyś widziała się po raz pierwszy. Kogo widzisz?”.

„Jestem za gruba”, „wyglądam zbyt poważnie jak na swój wiek” – coraz dalej brniemy w ocenianie. Kiedy przychodzi do mnie para, mój gabinet zamienia się w salę rozpraw. Zamiast się ze sobą komunikować, partnerzy na wyścigi wyliczają przewinienia drugiej strony, licząc, że wskażę winowajcę, wymierzę mu karę, każę się zmienić i tym samym uratuję związek.

Dlaczego tak bardzo lubimy oceniać innych?

Odsłoń lustro

Życie wśród ludzi, a jednocześnie pozostanie sobą, ze swoimi potrzebami, pragnieniami, marzeniami – to najtrudniejsze wyzwanie dla każdego z nas. Pod warunkiem że przyznajemy sobie prawo do bycia prawdziwymi. Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. Jeśli np. oceniasz, że ktoś jest skąpy, być może to ty masz problem z dzieleniem się, albo przeciwnie – twoja hojność cię wypala.

Ocenianie, którego celem jest lepsze poznanie samej siebie, jest w porządku. Jednak najczęściej służy ono samousprawiedliwianiu. Kiedy uda mi się zauważyć ów mechanizm, staram się wykorzystywać go w terapii. Jeśli np. mówisz mi: „Mój partner jest tyranem” – pytam: ,,A co by było, gdyby on przestał cię kontrolować”. Albo gdy powiesz: „Przez jego picie musiałam rzucić pracę, zerwać relację z przyjaciółmi”, dam ci zadanie: „Wyobraź sobie, że on przestaje pić. Co wtedy robisz ze swoim życiem?”. Może okazać się, że rola ofiary, osoby kontrolowanej, to jedyna, jaką znasz. On przestaje pić, a ty nadal stoisz w miejscu, niczego nie robisz ze swoim życiem. Ocenianie pozwala odwrócić uwagę od nas samych – świata, ale także własną. Bywa doskonałym usprawiedliwieniem kłopotów, porażek, kompleksów i urazów. Dowartościowuje – kiedy stawia nas wyżej od innych. Daje zielone światło dla narzekania. Obniża trudne do wytrzymania napięcie. Nakłania innych do użalania się nad nami i pomagania. Jednak dopóki oceniasz, nie masz szans na spotkanie z samą sobą, żyjesz w iluzorycznej bajce. Narażasz się na to, że będziesz jak bohater książki napisanej przez pisarzynę bez polotu.

Dzień bez oceniania

Zafunduj sobie choć dzień bez punktowania innych i zobacz, jakie przyniesie to efekty.

1. Rano, tuż po obudzeniu wypowiedz na głos mantrę: "Wszystko, co mnie dziś spotka, będzie dla mnie dobre” i naprawdę w to uwierz. 2. Zamiast oceniać, skup się na faktach. Na przykład zamiast kręcić nosem: Ale brzydka pogoda, na pewno będę miała migrenę”, powiedz: ,,Pada śnieg. Na termometrze –10 stopni”. 3. Przyjmuj ze spokojem wszystko, co cię spotyka ze strony innych ludzi, i w myślach im za to podziękuj. 4. Kiedy obudzi się w tobie mechanizm oceniania, skoncentruj się na doznaniach w ciele: jak się ma twoja lewa stopa? 5. Patrz na bliskich i dalszych znajomych tak, jakbyś ich widziała po raz pierwszy, uważnie i z miłością. 6. W rozmowie z ludźmi unikaj stwierdzeń: „bo ty nigdy…”, „bo ty zawsze…”. 7. Poobserwuj przyrodę: świeci słońce, wieje wiatr, nadchodzi zmierzch – natura ma w nosie naszą ocenę. Ty też po prostu rób swoje. 8. Unikaj natrętnych myśli w stylu: „nie zadzwonił, choć obiecał”, „jest niesłowny albo mu na mnie nie zależy” – stop, nie wiesz, dlaczego nie zadzwonił.

  1. Psychologia

Piersi - drogocenna i wrażliwa część kobiecego ciała. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Dorosłe kobiety tak samo jak mężczyźni pragną kontaktu z kobiecą piersią, tylko z powodów obyczajowo-religijnych boją się do tego przyznać – nawet same przed sobą. (Fot. iStock)
Dorosłe kobiety tak samo jak mężczyźni pragną kontaktu z kobiecą piersią, tylko z powodów obyczajowo-religijnych boją się do tego przyznać – nawet same przed sobą. (Fot. iStock)
Rozmowy o ciele kobiety bez słowa o piersiach?! Piersi mogą nam dużo powiedzieć o stosunku ich właścicielki do kobiecości. Przez pryzmat kobiecych piersi można wiele się dowiedzieć o świecie, w którym żyjemy. W reklamach, na filmach, w Internecie, w teledyskach, na plaży spotkamy je całkiem nagie. Czy więc są jeszcze wyzwaniem, wabikiem, owocem zakazanym – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Piersi nie są problemem, brak piersi owszem, mówi moja przyjaciółka. Za małe piersi to dla większości kobiet dyskomfort. Mówiąca te słowa też chętnie kupowałaby stanik o rozmiar większy... Kobiety mają rozmaity stosunek do swoich piersi, zwłaszcza te dorastające. Dla wielu jest to długo oczekiwany dar natury: „Nareszcie!”. Dla innych nieszczęście: „O rany! Już się zaczyna! Ratunku!”. Stosunek do własnych piersi zależy od tego, jaki wzorzec kobiecego losu zapisał się w świadomości dorastającej dziewczyny, czyli czego się wcześniej o nim dowiedziała. A przekaz rzadko bywa zachęcający. Większość dorosłych kobiet przytłacza dziewczynki swoją martyrologią. Robią to zapewne w dobrej wierze, chcąc przygotować córki czy wnuczki na trudy kobiecego życia. Nie zdają sobie sprawy z tego, że jednocześnie zobowiązują je do nieświadomego naśladownictwa. Stąd częste negatywne reakcje wielu dziewczynek na ich rozkwitające piersi. Tym bardziej zrozumiałe, że z powodu zwiększającej się ilości niefermentowanej soi w wielu produktach spożywczych pokwitanie ciągle przyspiesza. W efekcie nawet dziesięcioletnie dziewczynki miewają dzisiaj piersi i miesiączkę. Oczywiście, ich rozwój mentalny i emocjonalny za tym nie nadąża. I tak po świecie biega coraz więcej dziewczynek opakowanych w kobiece ciała, niewiedzących, jak radzić sobie z naporem własnych seksualnych zainteresowań, a tym bardziej z pożądliwością dorosłych, acz niedojrzałych mężczyzn.

Piersi nie są więc sygnałem, że dziewczyna jest już gotowa do rozpoczęcia życia seksualnego? Chyba nigdy tak nie było. Piersi rozwijają się powoli i początki tego procesu nie mają nic wspólnego z dojrzałością seksualną. Ta sytuacja wręcz krzyczy o dojrzałą edukację  seksualną w szkołach i mediach. Nasza ogólnonarodowa hipokryzja i schizofrenia w tej sprawie powoduje coraz więcej szkód. Bo młodzież masowo nadrabia brak rzetelnej wiedzy o seksualności człowieka pseudoedukacją internetowo-pornograficzną i lekturą pisemek dla nastolatek zachęcających do jak najszybszej seksualnej inicjacji. Są więc też kulturowe powody przedwczesnej inicjacji, wszechobecna agitacja i propaganda seksualności. Co za tym idzie, noszenie piersi dla dorastających kobiet coraz rzadziej jest okazją do odczuwania przypisanej im dumy i godności. Kultura wymusza na przebranych w kobiece ciała dzieciach jak najszybsze przeistaczanie się w obiekt pożądania, a także podmiot ryzykownej gry na seksualnej giełdzie. Większość młodzieży czuje się w tym totalnie zagubiona.

Kiedy jesteśmy już dorosłe, piersi nam nie przeszkadzają, odwrotnie, zazwyczaj chcemy je powiększać, podnosić itd. Potem jest i śmieszno, i straszno, bo kobiece piersi osiągnęły status i znaczenie niespotykanego w dziejach fetyszu seksualnego. Właściwie tylko z tego jednego punktu widzenia patrzy się teraz na nie. Stąd zanikająca w Polsce – i nie tylko w Polsce – akceptacja widoku karmiącej matki.

Przecież wszędzie pełno gołych kobiecych piersi – na każdym niemal billboardzie. Właśnie o tym mówię. Decyduje kontekst pokazywania piersi. Widok kobiecej piersi w jej naturalnej, karmiącej roli zostaje uznany za estetycznie nie do przyjęcia, a co więcej, często za niemoralny i godzący w dobre obyczaje. Tylko aspekt seksualny jest dopuszczalny i aprobowany. Dla mnie, pamiętającego powojenny baby boom, gdy trudno było znaleźć miejsce, w którym nie byłoby piersi, a parki, skwery, tramwaje, autobusy i kawiarnie pachniały kobiecym mlekiem – to szokujący obrót sprawy. Wtedy piersi nie były jednak seksualnym fetyszem, nie występowały w reklamach. Może nie trzeba było zachęcać mężczyzn do prokreacji, więc piersi zostały zwolnione z roli przedmiotu pożądania. A może podaż towarów nie nadążała za popytem, więc piersi nie były niezbędne jako zachęta do kupowania cementu, cegieł, blach?

Może to sexy, kiedy blondyna leży nie na masce ekskluzywnego auta, ale na koparce czy na elementach ze stali nierdzewnej? Mężczyzna zawsze zwróci uwagę na widok kobiecych piersi, ust, nóg czy pośladków. To prosty, atawistyczny odruch orientacyjny, dający szansę na sukces prokreacyjny – nie wolno mężczyzn za to potępiać. Biologicznie zorientowana antropologia nie pozostawia w tej sprawie żadnych wątpliwości. Jedna z jej teorii mówi, że piersi spełniają funkcję skutecznego wabika dla mężczyzn, bo tak naprawdę symbolizują pośladki. Uniesione wysoko i prawie całkowicie widoczne w śmiałym dekolcie, w połączeniu z karminowymi wargami kojarzą się mężczyznom jednoznacznie z zachętą seksualną. Należę do wyjątków w tej sprawie. W dzieciństwie napatrzyłem się na ciężko pracujące matczyne piersi, a potem jako ojciec towarzyszyłem żonie w trudzie karmienia itd. Pewnie dlatego piersi nie są dla mnie fetyszem, a przede wszystkim drogocenną i wrażliwą częścią kobiecego ciała – budzącą odruch troski i opieki. Ale i zachwytu. Uważam więc, że kobiety powinny wiedzieć, jak przez niektórych mężczyzn mogą być odebrane ich upiększające zabiegi – push-up i malowanie ust karminem. Nie można wykluczyć, że eksponowanie piersi ma zachęcić coraz mniej seksualnie wydolnych, przepracowanych lub rozleniwionych samców do większej aktywności, a przynajmniej podnieść im nieco poziom testosteronu i utrzymywać w stanie zachwytu i rywalizacji, co mężczyznom dobrze robi. Pewnie dlatego karmiące piersi zostały usunięte z publicznej sceny.

Także bezwzględny zakaz publicznego pokazywania sutka utrzymujący się w USA z uporem godnym lepszej sprawy doskonale wpisuje się w tę strategię. Gdy kilka lat temu siostra Michaela Jacksona prowokacyjnie pokazała sutek na koncercie, została powszechnie potępiona.

Jeden mały odsłonięty sutek obnażył wielką amerykańską hipokryzję. To prawda. Ale z punktu widzenia proponowanej przeze mnie tezy wszystko trzyma się kupy, a raczej sutka. Bo przecież pośladki nie mają sutka. Więc sutek w tym zasadniczo przeszkadza, bo kieruje uwagę męskiej publiczności ku karmieniu i macierzyństwu zamiast ku seksualności. Z punktu widzenia klasycznej, dynamicznej psychologii i psychoterapii relacja z piersią jest jedną z najważniejszych w ludzkim życiu. Tworzy zręby naszego charakteru. Bo pierś to pierwszy obiekt w życiu każdego z nas, z jakim wchodzimy w relację.

Pierś jako całkiem samodzielny i oddzielny obiekt? Tak, bo niemowlę nie widzi całej matki, więc dla niego pierś jest matką. Dlatego to, w jaki sposób układa się nasza relacja z piersią matki, wpływa na kształtowanie się naszych relacji z ludźmi w życiu dorosłym. Jeśli pierś jest chętna, ciepła, niezawodna, cierpliwa, zrelaksowana i szczodra, to mamy szansę wyrosnąć na osobę otwartą, ufną i optymistyczną. Jeśli skąpi, wycofuje się, jest niecierpliwa, napięta i zdystansowana, to pozostanie w nas niedosyt i zarazem niewiara w jego zaspokojenie, napięcie i lęk. Możemy też odczuwać wieczne pragnienie ciepła, bezpieczeństwa, pokarmu, a także seksu.

Czyli to, z jakimi emocjami byliśmy karmieni w niemowlęctwie przez matkę, wpływa na całe nasze życie? Ta zależność ujawnia się i często potwierdza w trakcie psychoterapii. Ale wracając do roli i przeznaczenia piersi, z punktu widzenia niemowlęcia jej najważniejszym elementem jest sutek. To z niego wypływa słodkie, niezbędne do życia mleko gwarantujące możliwość przeżycia. Nic dziwnego, że pierś się ogromnej większości ludzi jak najlepiej kojarzy i wzbudza ciepłe uczucia, a potem, gdy już nie potrzebujemy od niej mleka, przekształca się w obiekt erotycznego pożądania. Zjawisko to nie dotyczy bynajmniej tylko mężczyzn. Wyjaśniła mi to znajoma psychoterapeutka lesbijka: „Dorosłe kobiety tak samo jak mężczyźni pragną kontaktu z kobiecą piersią, tylko z powodów obyczajowo-religijnych boją się do tego przyznać – nawet same przed sobą. To, że się nam tego zabrania, jest rażącym przejawem seksistowskiej dyskryminacji kobiet”. Nie znalazłem powodów, aby nie przyznać jej racji.

Jakoś mi piersi do pieszczenia nie brakuje. Może dlatego, że mam własne, i jakby mnie coś naszło, zawsze mogę siebie podotykać. Słyszałem kilka razy od kolegów na poły żartobliwe oświadczenie, że gdyby mieli piersi, toby się nimi bawili. Ale panowie z jeszcze jednego powodu mają lepszą relację z kobiecą piersią. Otóż z wielu badań wynika, że matki dłużej i chętniej karmią piersią synów niż córki. Matki chłopców – szczególnie te samotne – potrafią przedłużać karmienie nawet do trzech lat. W rezultacie samodzielny, biegający i gadający szkrab traktuje matkę jak automat z napojami. Kilka razy byłem świadkiem takiej sytuacji: na towarzyskiej imprezie w ogrodzie trzylatek podbiega do zaangażowanej w rozmowę z grupą osób matki, podciąga jej bluzkę i z okrzykiem: „Dawaj cyca”, zaczyna ją ssać. A matka, nie przerywając rozmowy, udostępnia się swojemu synkowi na żądanie, tak jakby był niemowlęciem. Nie zdaje sobie sprawy, że uczy tak syna nieliczenia się z granicami kobiety, a także roszczeniowej, uprzedmiotawiającej postawy wobec kobiet.

Wszystko to razem źle wróży jego przyszłym związkom. Tacy duzi chłopcy w przebraniu mężczyzn grasują potem wśród kobiet na zasadzie: „Mam teraz potrzebę i ty mi ją natychmiast zaspokój”.

I dziwić się, że kobiety czują się mniej ważne od mężczyzn, skoro widzą od dziecka, że oni są faworyzowani. No właśnie. Pewnie dlatego nie słyszałem o trzyletniej ani nawet dwuletniej córeczce, która podbiegałaby do matki, podnosiła jej bluzkę i krzyczała: „Dawaj cyca!”. Prawdę mówiąc, nie wiem, jak by takie wychowanie wpływało na charakter dziewczynki. Być może uprzywilejowane traktowanie chłopców stanowi trzon psychologiczny patriarchalnej dominacji i męskiej tendencji do urządzania się na tym świecie kosztem kobiet. Gdyby tak było, to ważnym elementem zmiany w kierunku pełnej emancypacji stałaby się zmiana nastawienia matek do karmienia piersią swoich córek.

Czy nasza psychika wypowiada się przez rozmiar biustu? Czy te kobiety z większymi piersiami są bardziej kobiecie, czy tylko za takie uważane? Nie tylko geny i ewolucja wpływają na wielkość piersi. Także psychika kobiety ma w tej sprawie dużo do powiedzenia. Np. dziewczynka zagrożona nadużyciem seksualnym w rodzinie lub nadużywana potrafi zahamować cały swój rozwój seksualny – w tym wzrost piersi – by zmniejszyć swoją atrakcyjność seksualną w oczach tego, który ją wykorzystuje lub potencjalnie może to zrobić. Są też inne powody, dla których dziewczynki mogą chcieć jak najdłużej pozostać dziewczynkami i uniknąć w ten sposób presji seksualnej mężczyzn. Blokują wtedy psychicznie nie tylko rozwój piersi, ale również miesiączkowanie. Dodajmy tylko, że umysł dziewczynki podświadomie może też działać w drugą stronę i powiększać piersi u dziewczynek żyjących w poczuciu, że nie są kochane przez ojców. Na zasadzie: „Skoro mnie nie kochasz, to przynajmniej mnie pragnij”. Bywa też, że dorosłe już kobiety, które są wojowniczkami jak mityczne Amazonki, symbolicznie pozbawiają się jednej piersi, czyli połowy swojej kobiecości. W skrócie – ich ciało zaczyna produkować więcej męskich hormonów, co prowadzi m.in. do problemów z zajściem w ciążę, a więc rezygnacji z macierzyństwa. Jak widać, piersi ciągle odgrywają kluczową rolę w kobiecych strategiach znajdowania sobie miejsca, pozycji i roli w nadal męskim świecie.

  1. Psychologia

Kompleksy u dziecka - jak mądrze pomóc małemu człowiekowi?

Kompleksy potrafią bardzo negatywnie wpłynąć na rozwój dziecka, blokując jego chęć poznawania świata i kontaktów z rówieśnikami. (fot. iStock)
Kompleksy potrafią bardzo negatywnie wpłynąć na rozwój dziecka, blokując jego chęć poznawania świata i kontaktów z rówieśnikami. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Zaczyna się niewinnie. Od czyjeś opinii, żartu. Że jest powolne, ma krzywe zęby… Czasem rzekoma wada przybiera tak wielkie rozmiary, że dziecko zaczyna wierzyć, że determinuje jego osobowość. I wtedy trzeba mu pomóc.

Żyjemy w czasach, gdy coraz trudniej lubić samego siebie, a co dopiero cenić. I dotyczy to nie tylko dorosłych. Już małym dzieciom stawia się tak różnorodne i tak wysokie wymagania na wielu, wciąż zmiennych polach, że trzeba wyjątkowo silnej osobowości, żeby nie nabawić się kompleksów.

Kiedyś kompleksy były uznawane za domenę nastolatków, obecnie dotykają już coraz młodszych dzieci. Czteroletnia Ania nie chce w przedszkolu zdejmować czapki, bo uważa, że ma brzydkie włosy… Sześcioletni Kamil wstydzi się tego, że nie ma swojego pokoju, i za żadne skarby nie chce, żeby koledzy odwiedzali go w domu. Bartek ma dziewięć lat i nie odzywa się do nikogo spoza rodziny, bo dziadek mu kiedyś w żartach powiedział, że ma żółte zęby…

Wydaje nam się, że dzieciństwo to cudowny czas niewinności i beztroski. Tymczasem dla dziecka to przede wszystkim okres kształtowania opinii o świecie i sobie. Ono jeszcze nie umie samo siebie ocenić i dlatego bezkrytycznie słucha wszystkich uwag. Wiedzę na temat tego, jakie jest, czerpie nie z przemyśleń, ale z informacji pochodzących ze środowiska społecznego, czyli od innych ludzi (w tym wszelkich mediów, z którymi ma kontakt, także z pisemek dla dzieci). Najważniejsze w obszarze nabywania wiedzy o tym, jakie jest, są wypowiedziane wprost opinie, nawet te rzucone w żartach, oraz porównywanie się z ważnymi dla niego osobami, czyli przede wszystkim z rówieśnikami.

Kiedy myśl staje się groźna?

Kompleksów nabywamy zwykle w wyniku zdobycia niepochlebnej informacji na temat nas samych. Bywa, że ktoś, z kogo opinią się liczymy, wypowiada jakąś krytyczną uwagę, albo stale słyszymy, że w czymś jesteśmy słabi, lub sami – porównując się z innymi, w jakimś konkretnym obszarze lepszymi od nas ludźmi – zrozumieliśmy, że jesteśmy w czymś gorsi. Mimo że posiadanie kompleksów jest w sumie dość powszechne i naturalne, każda silnie utrwalona przykra myśl na własny temat może stać się jednak niebezpieczną emocją. Zwłaszcza u dziecka.

Gdy kompleks steruje jego zachowaniem, powoduje to reakcje nieadekwatne do bodźca (płacz, obrażanie się, histeria) oraz zachowania nieracjonalne (chowanie się przed kolegami w łazience, celowe wywoływanie przeziębienia), nie wolno go już bagatelizować i zostawiać malucha z ogromnym problemem, z którym sam sobie nie poradzi.

Zanim mały człowiek trwale zaakceptuje siebie, musi poczuć siłę akceptacji ważnych dla siebie ludzi. Dzieci otoczone mądrą czułością, mające absolutną pewność, że są kochane i w pełni akceptowane, mają tak silny punkt oparcia emocjonalnego w domu, że łatwiej im pogodzić się z tym, że zawsze w czymś ktoś będzie od nich lepszy. Im ta akceptacja jest mniejsza, tym dziecko staje się bardziej podatne na popadanie w kompleksy. Jak we wszystkich ważnych obszarach rozwoju, to my, rodzice, budujemy siłę naszego dziecka lub podcinamy mu skrzydła.

Co zrobić, żeby dziecko nie popadało w kompleksy?

Samo z siebie dziecko długo nie ma świadomości, że można mieć jakieś słabe strony. Warto jak najdłużej chronić je przed poczuciem, że jest w czymś gorsze od innych. Każde dziecko jest w czymś „słabsze”, i wcześniej czy później to odkryje. Ale im później, tym dla jego zdrowia emocjonalnego lepiej. Dlatego, aby wzmacniać w maluchu poczucie własnej wartości, jak najwcześniej nastaw się na pozytywne i szczere komunikaty:

Stwarzaj dziecku okazje, żeby zabłysnęło. Niech próbuje jak najwięcej rozmaitych form aktywności. Gdy wyrecytuje wierszyk, zrobi rysunek, ułoży piosenkę albo samodzielnie zeskoczy z murku, chwal je na różne możliwe sposoby. Warto też przy każdej możliwej okazji zachwycać się wyglądem dziecka, chwalić jego ładny głos, miękkość włosów i mówić, że uwielbiasz je przytulać. Twoje zachwyty to rodzaj „szczepionki” przeciwko krytycznym opiniom innych ludzi.

Manifestuj wyraźnie, że kochasz swoje dziecko. Ponieważ aparycja jest zarówno dla maluchów, jak i młodzieży szczególnie ważna, mów swojemu dziecku, że jest piękne, ma gładką skórę, że uwielbiasz jego włosy, oczy. Rób mu zdjęcia i zachwycaj się nimi; nie odkładaj tych zachowań na potem, bo w okresie dojrzewania będzie już za późno.

Nie wykonuj kreciej roboty i nie uświadamiaj dziecku jego „słabych” stron – że brzydko rysuje, nie ma słuchu muzycznego, jest kiepskie z matematyki, ma małą zdolność koncentracji, za krótkie nogi lub skłonność do próchnicy. Nawet jeśli widzisz wyraźnie, że tak jest, dziecko ma prawo jak najdłużej o tym nie wiedzieć.

Pozwól mu się wyżalić, gdy samo przychodzi do ciebie ze skargą, że ma odstające uszy, brzydkie zęby czy że nie umie grać w piłkę. Nie zaprzeczaj, tylko słuchaj. Pozwól mu dokładnie opowiedzieć, w czym czuje się (bo wcale niekoniecznie jest) gorsze od innych dzieci. Jeśli to tylko możliwe – wzmocnij je. Pomóż skorygować wszelkie wady rozwojowe.

Pilnuj, by nie przebywało w środowisku ludzi, którzy patrzą na nie krytycznie. Nie ma żadnej potrzeby, żeby słyszało, że chłopcy są zdolniejsi lub że dziewczynki są bardziej pracowite. Chroń swoje dziecko przed wszelkim wdrukowywaniem negatywnych opinii. Jeśli twoje dziecko trafiło w jakieś krytycznie do niego nastawione środowisko – zabierz je stamtąd. Utnij kontakty. Nie zmuszaj dziecka, żeby samo radziło sobie z krytyką.

Nie obciążaj go swoimi kompleksami. Nigdy w jego obecności nie opowiadaj, że masz grube ramiona, piskliwy głos czy jesteś słaba w liczeniu. Dzieci lubią „przejąć” od rodzica, zwłaszcza tej samej płci, jego kompleksy. Gdy twoja córka zauważy, że często skarżysz się na swoje ułomności, może podświadomie, chcąc cię naśladować, przejąć twoje wady. Dość często obserwuje się, jak kompleks krzywego nosa czy braku zdolności do tańca przechodzi z pokolenia na pokolenie. Nawet gdy aparycja wnuczki nie ma już nic wspólnego z aparycją prababci, nadal ma ona wdrukowane, że jest w czymś gorsza od innych.

Nigdy nie porównuj swojego dziecka z jego rówieśnikami. Wręcz przeciwnie – na każdym kroku podkreślaj fakt, że ludzie są bardzo różni i że każda cecha charakteru jest w pewnych okolicznościach potrzebna.

Kieruj uwagę dziecka na różnorodność świata. Zawsze podkreślaj, że zgrana grupa musi składać się z osób różnorodnych. Każdy musi mieć inne mocne i słabe strony. Gdyby wszyscy byli tacy sami, świat by nie funkcjonował. Łatwo to zaobserwować w filmach dla dzieci lub przygodowych.

Nie stawiaj zbyt wysokich wymagań i nie zmuszaj, żeby dziecko musiało konkurować z osobami od niego zdolniejszymi. My, dorośli, często nakłaniamy nasze dzieci do uczestnictwa w zajęciach muzycznych, sportowych, językowych, których one jawnie nienawidzą, a powód jest zazwyczaj jeden: są najsłabsze, najgorsze. Dzieci zmuszane do przebywania w środowisku osób od nich zdolniejszych są skazane na kompleksy. Nikt z nas nie lubi być w grupie najgorszy. Jako dorośli unikamy tych aktywności, w których jesteśmy słabi, dlaczego więc nakłaniamy do tego nasze dzieci?

Gdy dziecko ma już kompleksy

Być może twoje dziecko nabawiło się już jakiegoś kompleksu. Co wtedy? Przede wszystkim nie rozmawiajcie o tym obszernie. Niech dziecko jak najdłużej nie umie nazwać swojego problemu. Gdy zaczniesz mówić: „Mój Jaś ma taki kompleks…”, utrwalisz jego problem.

Zawsze pamiętaj też, by nosić w portfelu i oprawiać w ramki aktualne zdjęcia swojego dziecka. Gdy otaczasz się jego dawnymi fotografiami, wysyłasz mu sygnał, że kiedyś było ładniejsze, słodsze, bardziej kochane. Zwłaszcza nastolatek ostro widzi tę zależność. Zwalczanie kompleksów dziecka zacznij od tego, że uaktualniasz w otoczeniu jego zdjęcia.

Jedną z bardzo skutecznych metod spontanicznego (bez pomocy profesjonalisty) uwolnienia się od kompleksu jest udział w zajęciach odpowiedniej wiekowo grupy teatralnej. Dobrze dobrany spektakl wymaga najróżniejszych typów ludzkich. Każdy rodzaj aparycji jest potrzebny w sztukach teatralnych. Grupa teatralna uczy samoakceptacji. Samo przebieranie się, występowanie w kostiumie, ma ogromną moc terapeutyczną. Dobrym sposobem jest też poszukanie dziecku przyjaciela. Kompleksy, także te dziecięce, nie mają związku z wiekiem, często nasilają się, gdy dziecko dotyka samotność. Gdy maluch spędza dużo czasu z dorosłymi, jego brak samoakceptacji przybiera na sile. Nowy kolega potrafi w jednej chwili zmienić postrzeganie samego siebie.

Jak najczęściej pytaj dziecko o zdanie. Interesuj się jego opinią. W ten sposób bardzo je wzmocnisz, zbudujesz obraz samego siebie oparty na psychice, zdolnościach umysłowych, a nie na wyglądzie, który w okresie dzieciństwa i dojrzewania jest najczęściej desygnatem kompleksu. Dzieci, których nikt nie pyta o zdanie, mają negatywny obraz samych siebie i z łatwością potrafią wmówić sobie, że mają najbardziej na świecie odstające uszy albo krzywe nogi. Wyzbądź się też nadopiekuńczości. Maluch, który nic nie umie, będzie miał kompleksy. Takie umiejętności, jak pływanie, jazda na rowerze, samodzielne robienie prostego posiłku, sprzątanie po sobie, aktywne uczestnictwo w zakupach, szycie, włączanie pralki, sznurowanie butów, zapinanie suwaka, otwieranie kłódki oraz wszystkie umiejętności odpowiednie dla wieku, budują pewność siebie. Gdy nic nie umiesz, nie lubisz siebie – musisz czuć się gorszy. Ta zasada dotyczy człowieka w każdym wieku.

Dziecko, jeśli nie posiada zbyt wielu umiejętności, nie czuje się pewnie. Dlatego warto kształtować jego samodzielność. (fot. iStock) Dziecko, jeśli nie posiada zbyt wielu umiejętności, nie czuje się pewnie. Dlatego warto kształtować jego samodzielność. (fot. iStock)

Jak pomóc nastolatkowi

Wielu rodziców walkę z kompleksami swojego dziecka próbuje ograniczyć do deklarowania pełnej akceptacji: „Kocham cię, jesteś najładniejszy ze wszystkich”, „On ci powiedział, że jesteś gruby? To jakiś głupek”. Tymczasem jeśli twoje dziecko ma 30 kilogramów nadwagi, pilnie potrzebuje korekcji zgryzu, ma wadę wymowy lub problemy skórne – w miarę możliwości pomóż mu przezwyciężyć wady i słabości.

Kiedy wychowawca czy psycholog zwraca ci uwagę, że twoje dziecko potrzebuje konsultacji z lekarzem, dietetykiem, psychologiem, fryzjerem – nie obrażaj się. Potraktuj to jako cenne wsparcie. Ty kochasz swoje dziecko i jest oczywiste, że możesz nie zauważyć, że jego rozwój wymaga wsparcia specjalisty. Nadal zbyt często nasze dzieci nie otrzymują w domu zwyczajnej pomocy, czego przykładem jest list Karoliny: Mam 12 lat i straszne krosty na policzkach. To wygląda okropnie i bardzo się tego wstydzę. Moja koleżanka poszła do lekarza i teraz ma gładszą twarz. A moja mama mówi, że też miała pryszcze i że to mi kiedyś przejdzie, wygląd zresztą nie jest najważniejszy.

Otóż najważniejszą cechą człowieka jest wygląd, zanim tej funkcji nie przejmie osobowość. Nie zapominajmy, że w środowisku szkolnym w hierarchii ważności na pierwszym miejscu stoją uroda i strój, potem osobowość atrakcyjna towarzysko, a dopiero na końcu cenione przez dorosłych przymioty charakteru, w rodzaju pracowitości, rzetelności, słowności i rozsądku. Pomóż swojemu dziecku zadbać o wygląd. Zrób wszystko, żeby czuło się dobrze, żeby nie wyróżniało się w zły sposób. Zaprowadź je do kosmetyczki, dermatologa. Pomóż dobrać środki pielęgnacyjne. Kup szampon, dezodorant. Pozwól nastolatce używać fluidu. Cera problemowa jest jedną z najczęstszych przyczyn kompleksów, i warto zrobić wszystko, żeby dziewczynka nie musiała wychodzić z domu z poczuciem wstydu. Powtarzanie: „Musisz zaakceptować siebie. Ja cię kocham taką, jaką jesteś” – nie pomoże twojemu dziecku. Uzna, że ty go kompletnie nie rozumiesz.

W okresie dojrzewania człowiek nabywa wielu wdrukowanych na całe życie kompleksów, dlatego warto zrobić wszystko, żeby pomóc dziecku w tym czasie szczególnej drażliwości – zadbać o to, żeby podobało się sobie i zyskało aprobatę rówieśniczą. Twoja miłość jest bardzo ważna, ale… w okresie dorastania młodego człowieka nieco traci na znaczeniu.

  1. Psychologia

Jakie mamy korzyści z lubienia siebie?

Gdy lubimy siebie, żyje nam się po prostu lżej. (fot. iStock)
Gdy lubimy siebie, żyje nam się po prostu lżej. (fot. iStock)
Samoocena jest niezwykle ważnym aspektem w życiu każdej osoby. Ma wpływ na adekwatną ocenę swoich osiągnięć, ocenę relacji i bliskich związków. Sprawia, że w określony sposób postrzega się swoją przyszłość. Ponadto, jeśli samoocena jest wysoka, z odpowiednim zapałem kształtuje się dzięki niej rozwój - zaznacza Izabela Jąderek, psycholożka, seksuolożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS.

Samoocena jest niezwykle ważnym aspektem w życiu każdej osoby. Ma wpływ na adekwatną ocenę swoich osiągnięć, ocenę relacji i bliskich związków. Sprawia, że w określony sposób postrzegamy swoją przyszłość. Ponadto, jeśli samoocena jest wysoka, z odpowiednim zapałem kształtujemy dzięki niej swój rozwój - zaznacza Izabela Jąderek, psycholożka, seksuolożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS.

Kiedy zastanawiamy się nad tym rozwojem, zwykle skupiamy się na tematach dotyczących akceptacji swojego ciała, osiągnięcia sukcesów, stania się bardziej pewnym siebie. Tymczasem, wszystkie te elementy i ich realizacja zależne są od tego, w jakim stopniu lubimy siebie.

Łatwo jest się zagubić, kiedy media, rodzina, otoczenie mają czasem zupełnie inną wizję tego, jacy powinniśmy być. Kreowanie wizji wyrozumiałego partnera, skromnej córki czy syna, namiętnego kochanka/ kochanki – wedle wizji, którą ktoś przygotował, skutkuje porównywaniem się, poczuciem bycia niewystarczająco dobrym i odbiegającym od narzuconego kanonu piękna i sukcesu.

Czasem, gdy jesteśmy tak bardzo skupieni na swoich niedoskonałościach, zapominamy o tym, że aby dać coś innym, najpierw trzeba samemu to mieć. Innymi słowy, aby dać komuś na przykład poczucie bezpieczeństwa, trzeba najpierw samemu czuć się ze sobą dobrze. Dlatego zalet lubienia siebie jest bez liku:

  • to wzrost akceptacji siebie,
  • większe poczucie niezależności od innych,
  • samodzielność i samopoznanie,
  • a co za tym idzie - większa umiejętność życia zgodnie ze swoimi wartościami.

Poczucie własnej wartości

Wzrost poczucia własnej wartości to większa otwartość na siebie. A to z kolei poszerza dostęp do swoich myśli i uczuć, dając ich lepsze zrozumienie. To również umiejętność reagowania i szukania rozwiązań w adekwatny sposób do danej sytuacji czy problemu. Carl Rogers, główny przedstawiciel psychoterapii humanistycznej, twierdził, że ludzie, którzy troszczą się o siebie i rozumieją własne potrzeby, są bardziej twórczy, pomocni, a także bardziej przyjaźnie nastawieni wobec innych.

Naszą negatywną samoocenę można nazwać w dwójnasób. Albo, idąc przykładem pychodynamicznym, nazwiemy ją karzącym superego, które ocenia każdą naszą aktywność, lub też - wewnętrznym krytykiem, który występuje przy codziennych działaniach i wiele z nich kwestionuje i neguje.

Krytyk pełni trzy role:

  • Wewnętrzny wpływa na nasze własne przekonania, myśli, uczucia.
  • Zewnętrzny - przypisuje komuś własne obawy, postawy i uczucia.
  • Trzecia rola jest akurat pozytywna, bo krytyk wskazuje nasze błędy, zachęca do pracy i samodoskonalenia.
Krytyk sprawia jednak, że niezwykle trudno jest pokochać samego siebie. Za każdym razem przypomina nam, jak bardzo jesteśmy niedoskonali.

Zatem zamiast na pytanie, jak polubić samego siebie, warto poszukać odpowiedzi na inne pytanie:

Czego w sobie pokochać nie potrafię?

Nie da się wszystkiego zmienić od razu. Tak jak nie da się zjeść dużego ciasta na raz – ale można je jeść po kawałku. Podobnie jest ze strachem przed działaniem, przed oceną ze strony innych. Nie da się pokonać go od razu, bo jest bardzo mocno zakorzeniony. Sekret leży w tym, by cały czas poszerzać swoją strefę komfortu i zaczynać robić rzeczy małe, po to, aby coraz bardziej móc je oswoić, aż staną się one dla ciebie czymś zupełnie naturalnym.

Źródło: strefapsyche.swps.pl; psycholożka Izabela Jąderek.