Nie idźmy na alimentową wojnę

Nie idźmy na alimentową wojnę
fot.123rf

Trzeba rozmawiać o pieniądzach i dokonywać precyzyjnych ustaleń, zanim wpuścimy do swojego życia prawników i sąd. Jeśli idziemy do sądu, to idziemy na wojnę. Wojna rujnuje wszystkich – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Ponad ćwierć miliona polskich mężczyzn uchyla się od płacenia alimentów. 50 procent kobiet i 62 procent mężczyzn twierdzi, że istnieją czynniki, które tych mężczyzn usprawiedliwiają…

…nic nie usprawiedliwia takiej postawy…

Szanowany i ceniony publicysta napisał nawet, że w czasach wojny – a takie czasy podobno teraz mamy – mężczyźni mają inne zadania, a dzieci muszą cierpieć, bo to normalne.

Ciekawe, co na to jego partnerka i rodzina?

Dlaczego mężczyźni nie wypełniają tego podstawowego obowiązku? Wiele kobiet mówi, że zajmujemy się w mediach przemocą emocjonalną, psychiczną i fizyczną wobec kobiet, a przecież istnieje także przemoc ekonomiczna. Jeśli kobieta zostaje sama z dwójką, trójką dzieci, a były partner nie płaci alimentów, to ona doświadcza takiej właśnie przemocy.

Wielokrotnie spotykałem się z sytuacjami, w których sędziowie kobiety zasądzały alimenty w wysokości, która absolutnie przerastała możliwości mężczyzny, na przykład trzy tysiące złotych na jedno dziecko, podczas gdy zarobki mężczyzny były niewiele większe. Jeden z moich klientów wyjechał z tego powodu za granicę i słuch o nim zaginął.

Ja znam skrajnie inne przypadki. Redaktor naczelny poczytnego czasopisma zarabiający bardzo dobrze płaci niewiele na dwoje dorastających dzieci, ponieważ sędzia uznała, że skoro założył nową rodzinę, nie stać go na więcej…

Jak widać, sytuacja jest bardzo zróżnicowana, tak jak zróżnicowane są postawy mężczyzn. Wielu ojców nie zna swoich dzieci, nie uczestniczyli w ich wychowaniu, w rozwoju. Pojawia się wtedy odruch, żeby nie płacić, ponieważ nie mają kontroli, nie wiedzą, na co te pieniądze będą wydawane. Część kobiet decyduje: „Nie chcę łaski, poradzę sobie, byle tylko dał nam spokój”. Taka sytuacja rodzi dystans, oddalenie. Brak więzi z dziećmi powoduje, że mężczyźni unikają albo ograniczają przelewy pieniędzy. Próbują zatajać dochody, szukają usprawiedliwienia. Dodatkowo program 500 plus stał się kolejnym pretekstem do unikania zobowiązań finansowych. Skoro kobiety dostają zasiłek od państwa, mężczyźni czują się zwolnieni z odpowiedzialności. Co ciekawe, gdy dorastające dzieci odnajdują ojca z potrzeby serca i chciałyby nawiązać z nim więź emocjonalną, wielu ojców przyjmuje postawę obronną, zakładając, że dzieciom chodzi po prostu o kasę.

Nawet jeśli kobieta jest wściekła, unosi się dumą, stara się izolować dzieci, mężczyzna ma przecież obowiązek płacić.

Oczywiście, jako ojciec jest zobowiązany w każdych okolicznościach. Skoro nie widuje dzieci, nie ma kontaktu, to znaczy, że to on nie interesuje się, nie dąży do czuwania nad ich wychowaniem. To nie są żadne tłumaczenia, że sytuacja jest napięta, dzieci zestresowane czy nastawiane negatywnie. Jednak znaczna część mężczyzn ma potrzebę uczestniczenia w procesie rozwoju swoich dzieci. Chcą być dla nich obecni. Zazwyczaj nie unikają alimentów do czasu, gdy roszczenia partnerek nie przekraczają zdrowego rozsądku.

A kiedy przekraczają?

Zdarza się, że to kobiety zaniżają swoje dochody i żądają bardzo wysokich alimentów. Ojciec zajmuje się dzieckiem, inwestuje w jego rozwój, opłaca wakacje, ferie, kursy językowe, zajęcia ze sztuk walki, z baletu, obozy sportowe, kupuje ubrania. Ma poczucie, że wprowadza dziecko w świat, wzmacnia jego pasję, siłę. A kobieta występuje do sądu o podniesienie alimentów. Zdarza się, że ta walka przybiera kuriozalną postać, na przykład mężczyzna traci pracę, więc zwraca się do sądu o obniżenie alimentów. Kobieta po konsultacji z prawnikiem wnosi o ich podwyższenie. Sąd orzeka złoty środek – alimenty zostają na dotychczasowym poziomie. Mężczyźni boją się stałego, formalnego, wysokiego zobowiązania, ponieważ obawiają się, co będzie, gdy stracą pracę.

Przypominam, że rynek pracy dla kobiet jest jeszcze bardziej nieprzyjazny, a matki muszą sobie jakoś radzić.

Mówimy teraz o sytuacji, gdy mężczyzna naprawdę się stara, a czuje się wykorzystywany przez byłą partnerkę. Więc wszystko sprowadza się do relacji między nimi, zaufania, przejrzystości w komunikacji. Najgorzej, gdy rozstanie czy rozwód nastąpiły w wojowniczy, wrogi sposób.

Trudno o kulturę współżycia, gdy mężczyzna wielokrotnie zawiódł, zdradzał, stosował przemoc.

A więc teraz zemsta, wyrównanie rachunków? Taka postawa wprowadza mnóstwo zamieszania. Mam ciepłe uczucia dla starających się ojców i żal mi serce ściska, gdy widzę, jak trudne mają relacje z partnerkami.

Załóżmy więc, że mężczyzna pragnie uczestniczyć w życiu dzieci także finansowo. I oto stracił pracę. A kobieta nie jest – mówiąc oględnie – przyjaźnie nastawiona.

Konieczne są mediacje rodzinne, partnerskie prowadzone najpierw przez psychologów, a nie od razu prawników. Mają na celu uzgodnienie podstawowych zasad współdziałania byłych partnerów. Często spotykam się z wściekłością kobiet i frustracją ze strony mężczyzn wynikającymi z tego, że wstępnie ustalają coś bardzo ogólnie, a potem następują komplikacje. Na przykład wiadomo, że ojciec będzie przychodził dwa razy w tygodniu na spotkania z dzieckiem. No to przychodzi. Ale nie uprzedza kiedy. Kobieta ma poczucie, że on narusza jej terytorium, prywatność, nie respektuje jej odrębności i odbiera to jako formę kolejnej przemocy.

Nie wystarczy więc po prostu oddać sprawy do sądu?

Odradzałbym. Trzeba rozmawiać o pieniądzach i dokonywać precyzyjnych ustaleń, zanim wpuścimy do swojego życia prawników i sąd. Jeśli idziemy do sądu, to idziemy na wojnę. Na mediacjach para się uczy, jak dokonywać precyzyjnych uzgodnień. Spisują je, a każda ze stron dostaje egzemplarz. Te spisane umowy to rodzaj mapy, która pozwala poruszać się po nowym, trudnym terenie. Byli partnerzy dzielą się kosztami utrzymania dziecka, kosztami leczenia, wyjazdów na wakacje. Wtedy mężczyzna dokładnie wie, w co inwestuje pieniądze. To daje mu poczucie uczestniczenia, wkładu w rozwój dziecka. Z moich doświadczeń psychoterapeuty wynika, że takie mediacje świetnie się sprawdzają. Nie rozwiązują, oczywiście, wszystkich problemów, ale pozwalają lepiej sobie radzić.

Co się dzieje w systemie rodzinnym, gdy idziemy do sądu?

Jak wojna, to wojna: fałszywe zeznania, ukrywanie dochodów, donosy. Płakać się chce, gdy się o tym słyszy. Pochłaniają mnóstwo energii, która mogłaby być przeznaczona na własny rozwój, podnoszenie jakości życia. Pozornie ta wojna jest dla dobra dzieci, a potem te dzieci są ciągane po sądach. W końcu uciekają od obojga rodziców, nie chcą mieć z nimi do czynienia. Często, nie mogąc wytrzymać napięcia w rodzinie, pocieszają się alkoholem, narkotykami, w lżejszych przypadkach nie można ich oderwać od gier komputerowych czy surfowania po Internecie, nie chodzą do szkoły. Nie ma usprawiedliwienia dla wojny. Negocjacje mogą być twarde, nieprzyjemne, jednak decydując się na nie, unikamy wojny, która krzywdzi wszystkich, a najbardziej dzieci, które są rozdarte wewnętrznie, ponieważ kochają oboje rodziców. Zaślepieni rodzice tego nie widzą. Na wojnie nie ma wygranych.

Znasz mężczyzn, którzy inicjowali mediacje, negocjacje?

Oczywiście. Robili to, mimo że ich byłe partnerki miały opór, nie wierzyły w skuteczność tego typu rozwiązania. Tutaj rola mężczyzn jest bardzo duża. Załóżmy, że mężczyzna przyznaje: „Jest mi trudno, nie wiem, jak mam rozmawiać. Widzę, że wpadamy w stare koleiny, że nasze rozmowy nie prowadzą do niczego dobrego, że sami sobie nie poradzimy”. Jeśli kobieta odpowie: „Oczywiście! Sąd rozstrzygnie!”, zadaniem mężczyzny jest zaproponować: „Tak, jednak zanim trafimy do sądu, zacznijmy się porozumiewać, skorzystajmy ze wsparcia, wtedy do sądu pójdziemy lepiej przygotowani”. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że tocząc wojnę z partnerem, w dalszym ciągu podtrzymujemy z nim bardzo silną emocjonalną, choć negatywną więź. To nie jest wolność. Może minąć dziesięć lat od rozwodu, a byli partnerzy nadal trwają w emocjonalnym zakleszczeniu, chcąc nie chcąc, poświęcają drugiej stronie mnóstwo czasu, uwagi i energii.

Można sobie wyobrazić, że byli partnerzy porozumiewają się tak skutecznie, że sąd nie jest potrzebny.

Tak, jednak wiele kobiet woli mieć sądowe zabezpieczenie.

A więc idą do sądu już z konkretnym rozwiązaniem.

Tak jest najlepiej. Oszczędzamy sobie wówczas mnóstwo cierpienia.

Kiedy mediacje się udają?

Gdy obie strony przestrzegają wspólnych ustaleń i nie dopuszczają się zakulisowych posunięć, które byłyby skierowane przeciwko drugiej stronie. Warunkiem jest stałe potwierdzanie zaufania: jesteśmy partnerami, gramy fair play. Potrzebna jest przejrzystość intencji i działań, klarowność, uczciwość.

Co na to dzieci?

Dostają wzór pozytywnych zachowań. Widzą, że rodzice rozstali się, ale starają się robić dla nich razem coś dobrego. Intuicyjnie modelują ten uzdrawiający styl komunikowania się, budowania relacji. W dorosłym życiu będzie im łatwiej radzić sobie w trudnych czy konfliktowych sytuacjach.

Jakich nowych przekonań potrzebuje mężczyzna, aby dążyć do mediacji?

Porozumienie jest możliwe, tylko nie znałem dotąd właściwych sposobów”. „Są osoby, które mogą mi w tym pomóc”. „Moja była partnerka nie jest zołzą czy heterą, ma mocne strony, które kiedyś podziwiałem, a z którymi teraz mogę zbudować sojusz”. Kiedy przyjmiemy założenie, że rozwiązanie na pewno istnieje, wtedy zaczynamy myśleć, zachowywać się i działać tak, jakby to była prawda. Dostrzegamy nowe możliwości i rozwiązania.

Dane pochodzą z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. Więcej o alimentach:

www.rpo.gov.pl/pl/sprawa/sprawy-alimentow

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze