Rzeczy wiecznie młode

Beata Bochińska, kolekcjonerka i znawczyni designu (Fot. Celestyna Król)
Beata Bochińska, kolekcjonerka i znawczyni designu (Fot. Celestyna Król)

90 procent ludzi na świecie jedyny kontakt ze sztuką ma poprzez przedmioty codziennego użytku. Jakaż to siła rażenia! dlatego zaczęłam się zawodowo zajmować wzornictwem przemysłowym – mówi kolekcjonerka Beata Bochińska

1800 wazonów, filiżanek, dzbanków, pater, kilimów, krzeseł, foteli… Tyle właśnie przedmiotów liczy pani kolekcja.
1863 obiekty. To zresztą szybko przerasta pojemność szaf, garażu, poddasza i w ogóle mieszkania. Dlatego w domu trzymam tylko pojedyncze okazy, zmieniam je zależnie od pory roku i nastroju, reszta jest skatalogowana, zabezpieczona i schowana w magazynie. Żeby coś znaleźć, używam specjalnej aplikacji. Ale co dla mnie najważniejsze, ja, mąż i dzieci żyjemy wśród kolekcji, na co dzień używamy tych przedmiotów. No, może poza unikatami, które mam tylko w pojedynczym egzemplarzu. O, proszę, w tej szufladzie są filiżanki z Tułowic i Pruszkowa, kubki z Mirostowic. W kolejnej szafce talerze z Włocławka, a sushi jemy na szklanych talerzach z prasowanego szkła w formie ryby projektu Jana Sylwestra Drosta z Huty Szkła Gospodarczego „Ząbkowice”. Wyglądają jak zaprojektowane wczoraj, a pochodzą z 1972 roku.

Jak pani rodzinie żyje się z tą kolekcją?
Moja pasja okazała się zaraźliwa [śmiech], mąż zaczął kolekcjonować plakaty, sprzęt grający i zabawki związane z eksploracją kosmosu. Mam czwórkę dzieci, dwójka jest już dorosła, Jakub jest naukowcem astrofizykiem i astronomem, Ignacy rozwija agencję socialmediową, inwestuje w start-upy i śmiga na kite’ach. Nadal mieszka z nami Zośka, 16-latka pasjonująca się sztukami wizualnymi, nowymi technologiami i zmianami klimatycznymi, oraz mały Kazik, który ma dziesięć lat i kocha zwierzęta. Widzę po nich, jakie znaczenie ma dorastanie wśród sztuki i designu. Gdy żyjesz z dobrze zaprojektowanymi przedmiotami, to łatwo potem rozróżnić, czy coś jest dobrze „skrojone”, czy nie. I każdy z tych przedmiotów daje pretekst, by nauczyć dzieci kawałka świata, tego, jak lepiej go zorganizować, jak mądrzej żyć. Kryją się w nas pokłady emocji, wrażliwości, ciekawości – jeżeli się je rozbudzi, to życie staje się bardzo ciekawe. A przedmioty mogą być pretekstem, sposobem na uwrażliwienie.

To wyjątkowa sytuacja, coraz częściej przebywamy wśród pastelozy, bylejakości i seryjnie produkowanych rzeczy.
Człowiek ma dziś dostęp do takiej liczby przedmiotów, do jakiej nie miały wcześniej całe pokolenia! Przedmioty są demokratyczne i tanie, bo cyfrowo produkowane, „wypluwane” w ilościach niewyobrażalnych. Żeby nie zginąć w zalewie rzeczy, musimy sami się ograniczyć i stworzyć własną scenografię życia codziennego. Bo to od nas zależy, w jakim gramy filmie. Jeżeli nie będziemy mieli pomysłu, nie będziemy umieli dokonać własnego wyboru, to spece od marketingu i działań podprogowych będą nam co 15 minut wciskali coś innego, a my skończymy wiecznie niezaspokojeni i cały czas będziemy czuli, że coś nam umyka, że mogliśmy wybrać lepiej. Moja rodzina żyje wśród kolekcji przedmiotów świetnie zaprojektowanych, które – co więcej – można wciąż jeszcze kupić za grosze. Czasem mam ochotę krzyczeć: „Ludzie, czemu nie widzicie, że macie kupę szczęścia, że mieszkacie w kraju, w którym były dziesiątki świetnych projektantów w tak wielu branżach! Te skarby są jeszcze w domach waszych rodziców, na działkach, strychach – wystarczy kilka dobrych przedmiotów, by życie codzienne stało się lepsze i piękniejsze”. Dziś modne jest bycie eko, a te przedmioty, które mają po 50, 60 lat, są nie tylko wciąż piękne, ale także ekologiczne, bo zostały zaprojektowane tak, żeby służyć jak najdłużej. Wiele z nich wykonano ręcznie i z naturalnych surowców.

Kultowa meblościanka proj. Rajmunda Hałasa; Wazony ręcznie malowane szkliwione, projektant Jan Sowiński, Wit Płażewski (Fot. Celestyna Król)
Kultowa meblościanka proj. Rajmunda Hałasa; Wazony ręcznie malowane szkliwione, projektant Jan Sowiński, Wit Płażewski (Fot. Celestyna Król)

Od czego zacząć przygodę z designem i z kolekcjonowaniem?
Najważniejsze to nauczyć się patrzenia – to wielka umiejętność i świetne narzędzie. Wtedy gdy pójdziemy do zwykłego sklepu – z ciuchami chociażby – nie damy sobie wcisnąć kitu. Więc na początek: oglądać, oglądać, oglądać – książki, katalogi, dawną prasę, albumy. Teraz szybko dajemy lajki, ale zanim ocenisz – lubię, nie lubię – opisz, przyjrzyj się, porównaj z innym przedmiotem. O, tu na przykład stoją dwa wazony projektu prof. Zbigniewa Horbowego. Są wykonane z tego samego szkła barwionego w masie, tą samą techniką, mają rubinowy kolor. Jeden z nich jest monumentalnym, wysokim kielichem, pucharem. A drugi jest kulą, którą przenika walec – ma ciekawą geometrię. Charakteryzuje je brak zdobień, odważny kolor, którego nie da się nie zauważyć w mieszkaniu i który, co więcej, konkuruje z bukietem. Jednak w założeniu projektanta te wazony miały być ozdobą nawet i bez kwiatów. Wcześniej projektowano wazony na kwiaty, a nie wazony mające pełnić same w sobie funkcję dekoracyjną. Ważniejsza była forma – cóż to za zmiana w myśleniu!

>> Czytaj także: Ceni jakość i styl, nie ma litości dla tandety – jak mieszka Malwina Konopacka

Może to stąd ta moda na Horbowego, którego projekty cieszą się coraz większą popularnością.
Dobry projekt jest wiecznie młody, trwa przez lata i od niego zaczyna się rozwój różnych linii stylistycznych u innych zdolnych projektantów. Jeżeli projekt jest słabszy, to nie pomoże mu znane nazwisko. Dostrzeżemy to, gdy nauczymy się patrzeć. Bo gdy już umiemy widzieć, porównywać, wartościować, to zaczynamy świadomie wybierać. Co znaczy, że nie będziemy kupować wszystkiego, co jest projektu Horbowego, bo nawet on miał słabsze prace, ale wybrane obiekty, bo chcemy mieć wyselekcjonowaną kolekcję, a nie zbieraninę starych przedmiotów.

Zatem od czego zacząć tworzenie kolekcji?
Od tego, co ci się podoba. Jak lubisz szkło – kup wazon. Lubisz meble – kup fotel. Lubisz pić kawę – kup sobie trzy superfajne filiżanki. Zacznij od tego, co ci najbliższe. To musi być prawdziwe i twoje. A potem wymyśl sobie ideę, temat i wokół nich buduj kolekcję.

Design z czasów PRL-u wyraźnie podoba się wielu osobom, wystarczy spojrzeć na portale z designem czy aukcje w Desie.
Wielu ciągle uważa te rzeczy za źle urodzone, z czym absolutnie się nie zgadzam. Młode pokolenie nie widzi tej komunistycznej naleciałości, tylko ich świetny projekt, czyli design. Są zachwyceni tym, że te przedmioty są takie analogowe i pochodzą ze świata, który pozwalał na życiowy balans.

I dlatego to, co dziadkowie i rodzice wyrzucają na śmietnik, młodzi ze śmietnika wyciągają i stawiają na centralnym miejscu w domu.
Moja kolekcja zaczęła się od tego, że zbierałam rzeczy po rodzinie i wystawione przed śmietnikami, bo nie mogłam pozwolić, żeby zostały zniszczone. W Finlandii czy Szwecji wszyscy znaliby nazwiska tych „śmietnikowych” projektantów na pamięć. Tymczasem to nasze wyrzucanie to pokłosie historii i masy kompleksów związanych z byciem gorszą, mniej rozwiniętą częścią świata. Teraz do głosu dochodzi pokolenie urodzone w czasach wolności, mające dostęp do tego samego co młodzi gdziekolwiek w Europie – nie mają kompleksów, nie różnią się od Holendrów czy Portugalczyków. Na przedmioty patrzą tak samo, więc te polskie nie są dla nich gorsze, nie oceniają ich historii, tylko design czy urodę, i widzą, że te rzeczy są świetnie zaprojektowane. A jak coś jest dobre, to chcą to mieć. Doceniają je również dlatego, że na co dzień są otoczeni standardowymi produktami masowo projektowanymi w trzech wzorach na krzyż. A tu masa wzorów, form, deseni, motywów i każdy ciekawy.

Skąd taki dobry design w PRL-u?
To był ciekawy okres. Mieliśmy projektantów tkanin, szkła, mebli, porcelany, na ogół byli to przedwojenni artyści, wykształceni rzeźbiarze i malarze. Po 1945 roku do zrujnowanej Warszawy zaczynają wracać z obozów czy wygnania mieszkańcy – a wśród nich i artyści. Oczywiste jest, że nikt nie kupi od nich obrazów i rzeźby, bo ludzie nie mają nawet butów. Zastanawiając się, jak im pomóc, artystka i późniejsza profesor Wanda Telakowska buduje Instytut Wzornictwa Przemysłowego. Przed wojną jeździła po świecie, była w Nowym Jorku, Londynie, Paryżu, dostawała nagrody na wystawach światowych i we Francji zobaczyła, jak projektantów angażuje się do produkcji przemysłowej. Zainspirowana tym rozwiązaniem w 1950 roku stworzyła instytut. Powstały zespoły wzorcujące, młodzi projektanci po studiach jechali do fabryk, projekty dopiero po akceptacji instytutu mogły trafić do produkcji – specjalne komisje, w których zasiadali profesorowie, oceniały, czy produkt jest dobrze zaprojektowany, czy nie. Sama Telakowska to niesamowita postać – była wyrocznią, stworzyła ogólnokrajowy system obejmujący masę branż i jeszcze upowszechniała to wzornictwo poprzez wystawy, publikacje w „Ty i Ja” czy w „Przekroju”. Gdy po latach zostałam szefową instytutu, musiałam zmierzyć się z jej legendą.

Gdy trzy lata temu wydała pani książkę „Zacznij kochać dizajn. Jak kolekcjonować polską sztukę użytkową”, sama stała się pani wyrocznią od designu czasów PRL-u.
Książka ma już trzeci czy czwarty dodruk, jestem stale zapraszana na spotkania i codziennie na Facebooku odzywają się do mnie ludzie z prośbą o identyfikację wazonu czy filiżanki po babci.

Fotele sosnowe, produkcja Czechosłowacja, lata 70.; Wazon, patera na nóżkach, talerz ozdobny - lata '56/'63 i 70. (Fot. Celestyna Król)
Fotele sosnowe, produkcja Czechosłowacja, lata 70.; Wazon, patera na nóżkach, talerz ozdobny – lata ’56/’63 i 70. (Fot. Celestyna Król)

Skąd u pani taka wiedza?
Gdy studiowałam w Instytucie Historii Sztuki, wzornictwo przemysłowe było tam nieobecne. Trudno się dziwić, bo za komuny prawo autorskie nie było przestrzegane, nie do końca było wiadomo, co jest dziełem, a co kopią. Mimo to uparłam się, że napiszę pracę magisterską ze wzornictwa przemysłowego. Profesorowie się zgodzili, a ja zrobiłam jeszcze wystawę w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego i przygotowałam program telewizyjny. To był 1994 rok, tuż po przewrocie. Moja praca miała tytuł „Szklana partyzantka”.

Szklana partyzantka?
Przypadkiem poznałam projektanta wzornictwa przemysłowego Wiesława Krysiaka, wiele lat ode mnie starszego artystę. Woził mnie od huty szkła do huty szkła, gdzie zobaczyłam, jak wygląda proces projektowania i produkowania krótkich serii w hali fabrycznej. To się działo po cichu, po godzinach, często twórcy realizowali projekty za własne pieniądze. I wtedy właśnie przeżyłam coś na kształt olśnienia, zdałam sobie sprawę, że praktycznie każda rzecz, która nas otacza, jest zaprojektowana. Dotarło do mnie, że 90 procent ludzi na świecie albo i więcej jedyny kontakt ze sztuką ma poprzez przedmioty codziennego użytku. Jakaż to siła rażenia! I tak zaczęłam się zajmować wzornictwem przemysłowym. Wystawę zrobiłam jako młoda dziewczyna – potem pojechałam z nią do Meksyku i do USA na kongres artystów szkła. Dostaliśmy stoisko pomiędzy wielkimi Seguso i Venini. Oni byli zszokowani, jak zobaczyli polskie szkło zza żelaznej kurtyny. Nikt nie miał świadomości, co się w zamkniętym na cztery spusty PRL-u działo, jaka była jakość i skala produkcji tych projektów.

Dlaczego właśnie szkło stało się polską specjalnością?
Polska po wojnie straciła ziemie wschodnie, ale zyskała zachodnie, a wraz z nimi nowoczesne fabryki, w tym huty z technologami i surowcami, co pozwoliło nam szybko uruchomić produkcję. Zauważyłam, że po upadku systemu brakuje projektantów, bo niemal wszyscy odeszli do branży reklamowej. Zaczęłam zbierać najzdolniejszych młodych designerów i oferować fabrykom projekty – nagle nowe wzory były potrzebne, ponieważ wchodziliśmy na prawdziwe rynki. W hucie Irena na przykład zastałam hałdę stłuczki kobaltowej, w której były utopione miliony, więc zaproponowałam prezesowi, że opracujemy sposób, jak ją wykorzystać. Nocami i dniami wymyślaliśmy projekty, aż hałda zamieniła się w zysk giełdowej spółki. Powstała z niej między innymi misa cesarska z kryształu z kobaltowym dnem. Założyłam pierwszą w Polsce agencję, która pośredniczyła pomiędzy projektantami wzornictwa a fabrykami, obsługiwaliśmy firmy meblarskie, porcelanowe, tkaninowe. Staraliśmy się na nowo zaprojektować rzeczywistość. Dzisiaj wiele z tych niewielkich wówczas firm to europejskie tuzy.

Przedsiębiorczości chyba nie uczą na wydziale historii sztuki?
Wyniosłam ją z domu. Mój ojciec był inżynierem, pracował w Eltrze, gdzie projektował radioodbiorniki, potem był dyrektorem w Telfie, fabryce produkującej centrale telefoniczne i telefony, więc znam go jako dyrektora zarządzającego produkcją. Jako dzieciak sporo czasu spędzałam w fabryce, widziałam, jak wyglądają biura projektów, jak się robi prototypy. Całą tę wiedzę wchłonęłam, nie zdając sobie z tego sprawy.

>> Czytaj także: Wygodnie i prosto, nowocześnie i stylowo – spójny eklektyzm Anny Białobrzeskiej

Co jeszcze dał pani dom rodzinny?
Słabość do wazonów i kwiatów odziedziczyłam po babci, która miała piękny ogród, całe dzieciństwo patrzyłam, jak układa bukiety. Dziś nie wyobrażam sobie życia bez kwiatów. Nawet na wakacjach kupuję bukiety do hotelu! W moim rodzinnym domu niezwykle ważna była estetyka. Rodzice mieli dobrze zaprojektowane meble, w domu babci była masa przedwojennych przedmiotów. Mama szyła ubrania u krawcowej. Wiosną zamawiała u niej dla siebie i dla nas: płaszcz, kostium, spodnium, trzy sukienki. Tkaniny dobierało się pod buty, o które w PRL-u było trudno. Na zakończenie w szkole podstawowej poszłam w szytej z koła sukience z morskiej tafty, która wzbudziła sensację. Zawsze, otwierając drzwi do szafy matki czy ciotek, czułam się jak w teatrze. Tyle kolorów, faktur, wzorów. No i dużo podróżowałam po Polsce z rodzicami. Oglądaliśmy wszystko, co było do obejrzenia – łącznie z ruinami i walącymi się pałacami. Ale chyba najważniejsze było to, że w domu wszystko musiało być jakieś – przemyślane, wybrane. Mało było przypadku dookoła mnie.

Bez którego z tych ponad 1800 przedmiotów w kolekcji nie wyobraża sobie pani codzienności?
Nie mogłabym żyć w moim nowocześnie zaprojektowanym domu bez meblościanek profesora Rajmunda Hałasa. W salonie mam tę najbardziej kultową, czerwono-zieloną, a błękitną w sypialni, Hałas jest moim ulubionym projektantem mebli. No i przeczy temu, że świat PRL-u był szary. Dziś nie ma mebli tak kolorowych jak te jego, produkowane w Bydgoskich Fabrykach Mebli w latach 60. Są starsze ode mnie, a dla mnie wiecznie młode.

Beata Bochińska ukończyła historię sztuki, szefowała Instytutowi Wzornictwa Przemysłowego (2006–2012). Kuratorka wystaw, promotorka, kolekcjonerka i znawczymi designu, autorka książki „Zacznij kochać dizajn. Jak kolekcjonować polską sztukę użytkową”. Zajmuje się prognozowaniem trendów.

Przedmioty z lat 50. i 60. są nie tylko piękne, ale i ekologiczne. Wykonane ręcznie, z naturalnych materiałów.

1. Wazony ręcznie malowane, szkliwione, projekt Jan Sowiński
(1958), Wit Płażewski (1961), Wit Płażewski (lata 60.), Fabryka Fajansu
„Włocławek”. 2. Tace szklane „Ryby” (1972), szkło prasowane,
projekt Jan Sylwester Drost, Huta Szkła „Ząbkowice”. 3. Wazon,
patera na nóżkach, talerz ozdobny – lata ’56/’63 i 70., Elżbieta
Piwek-Białoborska, Wit Płażewski, Fabryka Fajansu
„Włocławek”. 4. Wazony optyczne, lata 70., szkło prasowane, projekt Jan Sylwester Drost, Huta Szkła „Ząbkowice”. 5. Fotele sosnowe, produkcja Czechosłowacja, lata 70., dywan wełniany, ręcznie tkany, lata 70., warsztaty zakopiańskie. 6. Kultowa meblościanka projektu Rajmunda Hałasa (1962), Bydgoskie Fabryki Mebli.