1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Materiał partnera
  4. >
  5. Co zabrać ze sobą do szpitala dla siebie i dziecka?

Co zabrać ze sobą do szpitala dla siebie i dziecka?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Wyprawka dla mamy i dziecka do szpitala powinna zawierać tylko niezbędne rzeczy. Zalecane jest, aby spakować się na 2–3 dni. Gdyby hospitalizacja z jakiegoś powodu przedłużyła się, dodatkowe ubrania i środki higieniczne może dostarczyć bliska osoba. Zobacz, co zabrać ze sobą do szpitala dla siebie i dziecka.

Kiedy przygotować wyprawkę do szpitala?

Wiele przyszłych mam zastanawia się, kiedy zacząć przygotowywać torbę do szpitala. Należy to zrobić odpowiednio wcześnie, aby w razie potrzeby wcześniejszej hospitalizacji wszystkie rzeczy były pod ręką. Pozwala to także zaoszczędzić dodatkowego stresu ciężarnej i jej partnerowi.

Uważa się, że wyprawka do szpitala powinna być gotowa nie później niż na 4 tygodnie przed spodziewanym terminem porodu. Jednak wiele przyszłych mam zaczyna ją kompletować zdecydowanie wcześniej – nawet już na początku 7 miesiąca ciąży. Nie jest to złe rozwiązanie, zwłaszcza gdy kobieta lubi być przygotowana na wszystkie sytuacje.

Co powinno znaleźć się w torbie do szpitala dla dziecka?

Torbę do szpitala należy podzielić na dwie części. W jednej z nich muszą znaleźć się rzeczy dla dziecka, a w drugiej dla mamy. Takie działanie pozwala uniknąć bałaganu oraz utrudnień związanych ze znalezieniem rzeczy, która jest akurat potrzebna.

Wyprawka dla noworodka do szpitala obejmuje:

  • 3 zestawy ubranek (body, pajacyk, czapeczka, skarpetki),
  • 2 ręczniki do kąpieli,
  • 5 pieluszek tetrowych,
  • 15 sztuk jednorazowych pieluszek,
  • maść na odparzenia,
  • ciepły kocyk i rożek.
Niektóre szpitale zapewniają kosmetyki do pielęgnacji maluszka oraz jednorazowe pieluszki. Warto wcześniej dowiedzieć się, czy konieczne jest posiadanie swoich. Taką informację można znaleźć na stronie internetowej danej placówki.

Warto przygotować w domu ubranko na wyjście ze szpitala. Powinno być ono dostosowane do pory roku. Nie trzeba go zabierać ze sobą do szpitala. Bliska osoba może dostarczyć je wraz z fotelikiem samochodowym w dniu wypisu.

Wyprawka do szpitala dla mamy

Wyprawka do szpitala dla mamy powinna być podzielona na dwie części: rzeczy do porodu i rzeczy na pobyt. W pierwszym przypadku są to:
  • luźna koszula,
  • skarpetki,
  • kapcie,
  • szlafrok,
  • duży ręcznik,
  • chusteczki nawilżające.
Rzeczy dla mamy na pobyt w szpitalu to:
  • 2 koszule nocne,
  • ręcznik do kąpieli,
  • klapki do kąpieli,
  • przybory higieniczne,
  • używane kosmetyki do pielęgnacji,
  • 2 biustonosze (zapinane z przodu),
  • wkładki laktacyjne,
  • 2 paczki grubych podpasek,
  • 6 par siateczkowych majtek,
  • mała poduszka do karmienia,
  • przedmioty umilające czas wolny (np. książka, czasopisma, odtwarzacz muzyki).
Dobrym pomysłem jest zabranie ze sobą zgrzewki wody mineralnej, a także chusteczek nawilżających. W domu należy przygotować ubrania na wyjście ze szpitala oraz laktator. Dzięki temu w razie potrzeby bliska osoba będzie mogła je dostarczyć.

Każda przyszła mama musi pamiętać, aby do torby szpitalnej włożyć niezbędne dokumenty. Mowa nie tylko o dowodzie osobistym, ale także o wynikach badań, które zostały przeprowadzone w ciąży. Najlepiej zebrać je wszystkie w jednej teczce lub segregatorze.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jesteśmy gotowi na dziecko - planowanie ciąży, przygotowanie do rodzicielstwa

Jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. (Fot. iStock)
Jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. (Fot. iStock)
Lukrowanie rodzicielstwa sprawia, że każdy potem czuje się zobowiązany, żeby przekazywać taką wizję dalej. A ona jest nieprawdziwa. Wychowanie to ciężka robota, do której trzeba się dobrze przygotować – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Młodzi skrupulatnie planują dzisiaj, kiedy zostać rodzicami. To chyba dobrze, prawda?
Na szczęście ponad 30 proc. dzieci rodzi się w sposób niekontrolowany i nieplanowany. Gdybyśmy zdali się tylko na planowanie, to prawdopodobnie przyrost naturalny na świecie by ustał, co byłoby w gruncie rzeczy niezłym pomysłem, zważywszy na przeludnienie, z którym chyba zaczynamy się zmagać. Można więc powiedzieć, że 30 proc. ludzi nie podejmuje żadnych decyzji, one są podejmowane za nich. Ale od tego, w jaki sposób zaskoczeni rodzice ustosunkują się do tego faktu, będzie zależała przyszłość dziecka.

Planowanie dziecka, nawet za cenę odwlekania decyzji, jest moim zdaniem lepsze niż podejmowanie jej pod presją: bo kobiecie bije zegar biologiczny, bo rodzina pyta, kiedy wreszcie, bo znajomi już mają, bo a nuż dziecko uratuje rozpadający się związek… Ważne, żeby przyszli rodzice byli przygotowani do tego, co ich czeka. Kiedy tak naprawdę to nastąpi?
Kiedy zaczniemy uczyć w szkołach psychologii relacji i psychologii klinicznej. Bo bez tego młodzi będą w 90 proc. przypadków powielać wzorce wychowania, w jakich wzrastali – albo wprost, albo à rebours, czyli przez zaprzeczenie.

Ale psychologii w szkole nie ma. Może przyszli rodzice powinni czytać książki psychologiczne?
Książki to już coś. Jeśli potencjalni rodzice chcą dobrze przygotować się do wychowania dzieci, to niech przynajmniej poznają różne koncepcje psychologiczne na ten temat, jak one się ścierały, do czego doprowadzały, niech poczytają o tym, jak można budować relacje z dziećmi, o prawidłowościach rozwojowych dziecka itd. Najlepiej by było, gdyby jeszcze przed decyzją o dziecku nie tylko naczytać się na te tematy, ale też przejść jakąś formę psychoterapii, a przynajmniej kilka treningów i warsztatów rozwojowych, by mieć okazję odbić się w umysłach innych i dowiedzieć się czegoś o swoich uwarunkowaniach.

Młodzi, przygotowując się do rodzicielstwa, perfekcyjnie wykorzystują dzisiaj technikę: kamery, czujniki, elektroniczne nianie. Co o tym myślisz?
To pokazuje, jak wielki jest lęk współczesnych rodziców i brak zaufania do możliwości własnych i dziecka, a także do losu, i jak bardzo próbują zredukować te lęki za pomocą obsesyjnej kontroli. A rzeczywistości nigdy do końca nie da się skontrolować. Trzeba iść w drugą stronę i uczyć się ufać sobie, innym ludziom i życiu, zamiast instalować coraz więcej czujników i kamer.

Ale świat bezpieczny nie jest, więc nic dziwnego, że rodzice myślą o bezpieczeństwie dzieci.
Jeśli wychowaliśmy się w rodzinie, w której dominowała kontrola, to z automatu tę niefortunną tradycję przeniesiemy na relacje ze wszystkimi w swojej nowej rodzinie. Albo pójdziemy w drugą skrajność i kontrolę całkowicie odpuścimy. Czas się zreflektować i zrozumieć, że obsesja bezpieczeństwa, która jest marketingowo nakręcana, zwłaszcza teraz, w czasie pandemii, nie zapewnia nam prawdziwego bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie, zwiększy nasz niepokój i napięcie. Łatwo sobie wyobrazić, w jaki sposób zostanie ukształtowana psychika dziecka rodziców ogarniętych obsesją kontroli.

Ono też będzie pełne napięcia i lęku. Może więc zanim zostaniemy rodzicami, warto przypomnieć sobie swoje dzieciństwo i siebie jako dziecko?
To niezbędna refleksja przygotowująca nas do rodzicielstwa: Przypomnij sobie swoje dzieciństwo, siebie jako dziecko. Co cię bolało, drażniło, szkodziło ci, a co cieszyło, co było dla ciebie ciekawe i korzystne. To pomaga nam zrozumieć, jakiej tradycji formatowania byliśmy poddani, a potem pomoże podjąć świadomą decyzję co do sposobu wychowywania własnych dzieci. Pamiętajmy, że rodzice są po to, żeby dziecko jak najprędzej stało się osobą od nich niezależną.

I samodzielną...
Czyli wolną i ufającą sobie. Ja taką wolność i zaufanie dostawałem bardzo wcześnie od matki. A było to tym bardziej cenne, że matka, by mi to okazać, musiała panować nad swoim niepokojem. Mając 12 lat, w czasie wakacji nad morzem, z grupą starszych kolegów codziennie płynęliśmy na drugi brzeg dużej zatoki, a matka wydawała się przyjmować te ryzykowne wyczyny z całkowitym spokojem. Ale pewnego dnia już po wypłynięciu okazało się, że woda jest za zimna, więc szybko dopłynęliśmy do brzegu niedaleko miejsca startu i zobaczyłem wtedy matkę brodzącą przy brzegu i z niepokojem wypatrującą nas w głębi zatoki. Gdy mnie spostrzegła, chcąc ukryć zmieszanie, zwróciła się do całej naszej grupy: „O, już jesteście? A ja właśnie weszłam do wody trochę zamoczyć nogi”. „Jaka dzielna i fajna ta mama” – pomyślałem. Dodam, że mama kilka lat wcześniej oczywiście zadbała o to, żeby nauczyć mnie dobrze pływać.

Na tym powinno polegać przygotowanie do roli rodzica, żeby uporać się ze swoimi lękami?
Strach o dziecko to coś normalnego. Ale nadmierne, nieadekwatne lęki są dla niego bardzo obciążające. Kiedy słyszę na przykład, że malec, który uczy się chodzić, powinien mieć ochraniacze na kolanach i kask, to z żalem myślę, że rodzice, którzy dadzą się na to namówić, bardzo skrzywdzą swoje dzieci. Bo ból jest wielkim nauczycielem życia, a to prawdziwe nie obędzie się bez bólu. Dziecko też musi poczuć ból, aby nauczyć się go w miarę możliwości unikać, a także korzystać z jego podpowiedzi i ostrzeżeń. Ostatnio byłem w Islandii. Przekonałem się jeszcze raz, że narody Północy mądrzej niż inne wychowują swoje nowe pokolenia.

Surowiej?
Z naszego punktu widzenia surowiej, ale w istocie mądrze, adekwatnie i współczująco, bo przygotowują organizmy i umysły dzieci na trudne sytuacje. W Rejkiawiku obserwowałem taką scenę: młodzi ludzie z dwójką małych dzieci idą deptakiem. Młodszy chłopiec, około drugiego roku życia, biegnąc przed nimi, potyka się i wywraca na kamienny chodnik. Leży i płacze, bo ten upadek z pewnością był bolesny. Ale jego rodzice nie pędzą w panice, by go podnieść. Idą dalej spokojnie i z odległości starają się ocenić powagę sytuacji. Widząc, że nic groźnego się nie stało, zatrzymują się przy płaczącym synku i mówią do niego: „Wstawaj, kochanie, przecież wiesz, jak to się robi”. Słysząc to, chłopiec przestaje płakać, po czym wstaje i z satysfakcją uśmiecha się do rodziców. Pomyślałem: „Ile w nich prawdziwego współczucia i spokoju, jak mądrze uczą dziecko radzić sobie samemu z bólem i z upadkiem”. Przeciętny polski rodzic w takiej sytuacji swoim lękiem i lamentem przestraszyłby swoje dziecko, rozkręcił jego płacz, a potem gniewnie zakazał mu biegać. I to, co byłoby dla dziecka krótkotrwałym cierpieniem, stałoby się wielkim problemem, z którym nie ma szans sobie poradzić bez interwencji rodziców.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Wróćmy do ćwiczenia w przypominaniu sobie siebie jako dziecka. Często, niestety, pamiętamy krytykę rodziców. Co z nią zrobić teraz, gdy sami przygotowujemy się do rodzicielstwa?
W okresie dorastania i dorosłości bezkrytycznie kopiujemy negatywny stosunek rodziców do nas z dzieciństwa, a w wewnętrznych dialogach używamy wobec siebie zapożyczonych od rodziców zdań i poniżających zwrotów. Trzeba je zidentyfikować, określić ich pochodzenie, a potem zweryfikować i urealnić w oparciu o wiarygodne i aktualne opinie bliskich nam ludzi. Jeśli nic z tym nie zrobimy, to niechybnie przekażemy dzieciom negatywny i autoagresywny stosunek do nich samych. Dlatego jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. Pomaga w tym napisanie listu do siebie z czasów dzieciństwa, złożonego z co najmniej dwóch rozdziałów: pierwszy to „przepraszam”, a drugi „dziękuję”. Ewentualny trzeci to „proszę”.

Przepraszam w imieniu rodziców?
Nie, we własnym. Za to, że siebie z czasów dzieciństwa nie doceniam, że się siebie wstydzę, że pogardliwie myślę o sobie z tamtego okresu życia i obraźliwie się do siebie zwracam.

A dziękuję za co?
Choćby za to, że tamto dziecko mimo wszystko wytrwało, przeżyło, że dzięki niemu nie wylądowałem w psychiatryku albo w więzieniu czy na ulicy i teraz mogę się wysilać, by przezwyciężyć przeszłość i piszę ten list. Przeprosiny i podziękowania skierowane do siebie z czasów dzieciństwa to elementarne przygotowanie do bycia rodzicem. Dla wielu to bardzo trudne zadanie, tym trudniejsze, im trudniej było w dzieciństwie.

Ktoś powiedział, że przygotowanie do rodzicielstwa tak naprawdę polega na znalezieniu odpowiedniego partnera. Zgadzasz się z tym?
To oczywiste. Ale aby znaleźć odpowiedniego partnera, musimy wcześniej rozpoznać dobrze nasze kompleksy i deficyty, zacząć nad nimi pracować i pokochać to dzielne wewnętrzne dziecko w nas. W sumie chodzi o to, żeby zbudować w sobie realistyczną samoocenę. Bo jeśli tego nie uczynimy, to będziemy szukać partnera, który będzie nam służył do kompensowania naszych osobowościowych deficytów i kompleksów, co sprawi, że obie strony nie znajdą powodów, aby brać odpowiedzialność za swoje wady i albo utkną na długo w swoich neurotycznych pozach, albo szybko poczują się wykorzystywane i będą miały siebie dość.

Taki związek nie rokuje także jako rodzicielski?
Słabo rokuje. Bo to nie jest związek oparty na miłości, tylko na transakcji: mam coś, czego ty potrzebujesz, a ty masz coś, czego ja potrzebuję, więc będzie nam lżej iść przez życie.

Myślę, że w ramach przygotowań do rodzicielstwa dobrze jest także zadbać o wspólnotę, pomocną wioskę. Bo teraz nasze życie się zatomizowało, rodzice zdani są na siebie samych. Czy to według ciebie nie ma znaczenia?
Ma bardzo duże znaczenie. Pod warunkiem że wioska jest choć trochę zróżnicowana. Niestety, obecnie rodziny kontaktują się prawie wyłącznie z podobnymi do siebie i uważają, że to, co mają do zaoferowania swoim dzieciom, jest najlepsze na świecie. Nasila się lęk przed konfrontacją z innymi tradycjami wychowawczymi, z innymi postawami rodzicielskimi, z innymi systemami wartości. Dlatego coraz bardziej się izolujemy i zamykamy w homogenicznych środowiskowych bańkach. Warto zdać sobie sprawę z tego, jak ograniczoną wizję świata i jak niewielką zdolność przeżycia w coraz bardziej zróżnicowanym świecie będzie miało dziecko wychowane w takiej bańce.

Przygotowując się do roli rodziców, powinniśmy wiedzieć, że czeka nas niełatwe zadanie? Bo na ogół ten okres życia obficie się lukruje.
Lukrowanie i idealizowanie rodzicielstwa ma niedobre skutki. Zdecydowana większość rodziców nie jest w stanie zrealizować tak bardzo wyidealizowanej wizji. Żyją więc z nieadekwatnym poczuciem winy i przynależności do patologicznego marginesu. A potem, aby zapewnić sobie przynależność do stada pseudozachwyconych, przekazują taką wizję swoim dzieciom. Tak więc powiedzmy sobie tutaj szczerze: rodzicielstwo to co najmniej 20 lat ciężkiej i odpowiedzialnej pracy, przeplatanej oczywiście bezcennymi, dłuższymi lub krótszymi chwilami szczęścia i satysfakcji. Ale pracy.

Jak przygotować się do tego, że będzie ciężko?
Przygotowanie do rodzicielstwa powinniśmy zacząć już na etapie wychowywania młodego człowieka. Trzeba uczyć przyszłych rodziców, czyli już dzieci, radzenia sobie z trudnymi sytuacjami, z niedostatkiem, zimnem, bólem, zagrożeniem, wysiłkiem itd. Bo to ich w przyszłości czeka.

Większość rodziców zapomina, że oni i dziecko to naczynia połączone. Że nie można inwestować tylko w pociechę, trzeba też zadbać o siebie.
Po raz kolejny kłania się instrukcja z samolotu: najpierw załóż maskę sobie, a potem dziecku. Najpierw samemu trzeba uznać za prawdziwą, zweryfikowaną wartość to, czego chcemy nauczyć dziecko. Zadać sobie pytanie, jakim człowiekiem chciałbym, żeby moje dziecko się stało, na czym mi zależy, jakie cechy charakteru chcę pomóc mu wykształcić. Spiszmy na kartce 10–12 takich cech. Tam na pewno znajdą się takie, jak: kochający, dobry, odważny, kreatywny, pracowity, wytrwały, mądry, dojrzały. Przyjrzyjmy się tym cechom i zastanówmy, jakie oddziaływania, doświadczenia są dziecku potrzebne, żeby takie cechy mogło wykształcić. Potem zadajmy sobie trudne pytanie: Czy na pewno sami reprezentujemy te cechy w wystarczającym stopniu? Jeśli nie, to najpierw musimy zająć się sobą. I, po pierwsze, nie zarażać dziecka tym, co w nas szkodliwe albo deficytowe (np. nadmiernym lękiem, agresją, zazdrością, chciwością). A po drugie, popracować nad tym, co chcemy przekazać dziecku. Inaczej będziemy niewiarygodni.

Na ogół rodzice chcą dla swoich dzieci tego, czego oni nie mają. To niewykonalne? Niewykonalne. Rodzice myślą, że są w stanie coś przekazać, zupełnie nie pracując nad sobą, że wystarczy tylko chcieć i wypowiadać dużo pustych słów i zdań, karać, nagradzać i zakazywać. Niestety, prawda jest taka, że aby dziecko nauczyć tego, co mu naprawdę w życiu się przyda, nie obejdzie się bez rodzicielskiej pokory i solidnej pracy nad sobą. Dzieci czerpią z żywych przykładów, jakimi są ważni dla nich ludzie, a szczególnie ci, którzy powołali je na świat.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórcai dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Wcześniaki - wojownicy wielkości dłoni

Wcześniactwo jest problemem nieuświadomionym. Mało kto wie, jaką siłą i determinacją muszą się wykazać rodzice w walce o życie takiego dziecka. (Fot. iStock)
Wcześniactwo jest problemem nieuświadomionym. Mało kto wie, jaką siłą i determinacją muszą się wykazać rodzice w walce o życie takiego dziecka. (Fot. iStock)
Małgosia patrzyła na zdjęcia Milenki wiszące w szpitalu, jedno zrobione tuż po porodzie (waga 560 g), drugie – rok później, i mówiła synkowi: „ona dała radę, my też damy!” Fotografie dzieci, którym udało się przeżyć, dają nieprawdopodobną siłę, by walczyć.

17 listopada obchodzimy najważniejsze święto tych małych, dzielnych ludzi - Światowy Dzień Wcześniaka. 

Artykuł archiwalny. 

Panuje takie przekonanie, że wcześniaki to po prostu mniejsze dzieci, które muszą urosnąć – mówi dr n. hum. Magdalena Sadecka-Makaruk, założycielka Fundacji „Wcześniak Rodzice – Rodzicom”. – A przecież często są to dzieci bardzo niedojrzałe, bez wykształconych płuc czy narządów płciowych. Półkilogramowe dziecko jest wielkości dłoni”.

Taki malec od chwili swojego wcześniejszego przyjścia na świat walczy o każdy oddech i każdą minutę życia. Jego rodzice walczą razem z nim, bo życie wcześniaka to sinusoida. „Dopóki dziecko nie opuści intensywnej terapii, wszystko może się zdarzyć, wszystko jest na granicy życia i śmierci – mówi Małgorzata, mama Leona. – Na oddziale byłam tak długo, że widziałam niejeden zwrot akcji. Z siedmiorga wcześniaków, które leżały na intensywnej terapii w tym czasie co my, przeżyła trójka”.

Ubranka dla lalek 

„Najbardziej przerażający był pierwszy moment po narodzinach syna: nie było wiadomo, czy przeżyje, czy zacznie oddychać – mówi Magdalena Sadecka-Makaruk. – Potem w trakcie pobytu w szpitalu Joachim miał zachłystowe zapalenie płuc i mimo stabilnego stanu nastąpiła zapaść. To były chwile tak trudne, że nie da się ich opisać komuś, kto tego nie przeżył”.

Jej syn przyszedł na świat w 29. tygodniu ciąży. Ani ona, ani jej mąż Tomasz nie byli na to przygotowani – tego dnia wybierali się na wesele przyjaciół. Dziś Magdalena wspomina, że czuli się osamotnieni: w 2002 roku niewiele było informacji na temat wcześniaków czy instytucji pomagających rodzinom. Dostępna na rynku literatura miała charakter naukowy, a najbliższa grupa wsparcia dla rodzin wcześniaków była w Stanach Zjednoczonych. – Teraz już niektóre firmy wprowadzają linie ubranek dla wcześniaków, ale wówczas dla naszego syna, kiedy już wyszedł z inkubatora, mąż kupował ubranka dla lalki Baby Born, bo tylko takie na niego pasowały. Pieluchy dla półtorakilogramowego dziecka też sprowadzaliśmy z zagranicy.

Dla Magdaleny i jej męża największym wsparciem były pielęgniarki w szpitalu św. Zofii w Warszawie. W tamtym czasie ich syn był jedynym wcześniakiem na oddziale. „Przynosiły nam zdjęcia innych wcześniaków, które ważyły pół kilo, a potem jak już były starsze – wspomina. – To pomagało. Świetna opieka, świetny personel, nie mam żadnej traumy związanej z tym okresem. To jest bezcenne”.

Rok po narodzinach Joachima założyli Fundację „Wcześniak Rodzice – Rodzicom”, żeby pomagać i wspierać tych, którzy znaleźli się w podobnej co oni kiedyś sytuacji. „Przez pierwsze osiem lat działaliśmy jako organizacja non profit, własnym nakładem sił przetłumaczyliśmy amerykański poradnik dla rodziców wcześniaków "Wcześniak. Pierwsze sześć lat życia" (w oryginale "Preemies. The Essential Guide for Parents of Premature Babies"), wydało go wydawnictwo PZWL – mówi Magdalena Sadecka- Makaruk. – Rodzice mówią o nim biblia rodzica wcześniaka, bo to książka bardziej przystępna dla zwykłego człowieka niż inne pozycje naukowe na rynku. To był nasz sukces.

Syndrom pustych ramion 

„Jesteś na porodówce, każdej kobiecie przynoszą jej dziecko, a ty leżysz sama. One się uczą karmić, a ty leżysz sama. I nie wiesz, czy twoje dziecko przeżyje – żali się Małgorzata. – To się chyba nazywa syndrom pustych ramion. Moment, w którym pierwszy raz dotknęłam Leona, był najpiękniejszy w moim życiu. Miał wtedy miesiąc i dwa dni”.

Małgorzata przez całą ciążę miała świetne wyniki badań. Żyła aktywnie, pracowała. Na którejś kontrolnej wizycie usłyszała, że dziecko przestało rosnąć, bo jest za mało wód płodowych. Z kolejnych badań i konsultacji rozumiała tylko jedno: nic z tego nie będzie. „Ja strasznie płakałam, a on mnie okropnie kopał w brzuchu, tak jakby mi chciał powiedzieć: Matka, ogarnij się, będzie dobrze! Nie umiem tego inaczej wytłumaczyć – wspomina. – W szpitalu nie wiedzieli, co mi jest, szukali po omacku. Przychodzili codziennie inni lekarze i każdy mówił, że mój syn nie będzie żył. A potem przykładali mi do brzucha ktg. Pytałam: Jak możecie tak mówić, skoro jemu tak mocno bije serce?!”.

Dla dziecka w fazie płodowej brzuch matki jest najlepszym środowiskiem do rozwoju, inkubatorem, dlatego ciążę podtrzymuje się zazwyczaj tak długo, jak się da. Jednak Małgorzata miała bardzo wysokie ciśnienie, a w pewnym momencie bardzo spuchła, co świadczyło o tym, że przestały jej funkcjonować nerki. Jednoznacznej diagnozy nie postawiono, ale wszystko świadczyło o tym, że doszło do zatrucia ciążowego, czyli gestozy. Lekarze czekali tylko, żeby dziecko osiągnęło wagę ponad pół kilograma, żeby móc je wyjąć. „Mój organizm niszczył go, a on wyniszczał mnie – tłumaczy. – Lekarz powiedział, że to jest ostatni, najlepszy moment i jeśli chcę, żeby mój syn żył, nie mogę podjąć innej decyzji”.

Leon urodził się w 23. tygodniu ciąży. Miał wtedy 33 cm, ważył 600 gramów. W chwili przyjścia na świat zaczął swoją heroiczną walkę o życie, w tym czasie na intensywnej terapii walczyła o życie jego mama. „Wyjęli go, a on zapiszczał jak mała myszka. Pomyślałam tylko: Synu, przepraszam, że tak to wyszło, kocham cię i zawsze będę kochać, ale teraz już ty zadecydujesz, czy będziesz żyć. Ja nie mam na to wpływu – opowiada Małgorzata. – Strasznie się cieszyłam, że przeżył, ale czułam, że dalej stanie się tak, jak dla niego będzie najlepiej. Później staliśmy z Arturem przy inkubatorze i choć lekarze mówili nam, że Leon jest w bardzo złym stanie, że teraz jego organizm musi sam zawalczyć, czułam, że będzie dobrze”.

Wiemy, o czym mówimy 

W spotach reklamujących kampanię „Wcześniaki. Sprawa wielkiej wagi” występowały kilkuletnie dzieci urodzone przed 36. tygodniem ciąży. Porównywały swoją wagę urodzeniową do wagi pluszowego misia czy torebki cukru. Wcześniactwo jest problemem nieuświadomionym. Mało kto wie, jaką siłą i determinacją muszą się wykazać rodzice w walce o życie takiego dziecka. Często są to długie lata rehabilitacji i wizyt u specjalistów. Te, którym udaje się przeżyć wcześniejszy poród, nie są przygotowane do samodzielnego funkcjonowania, więc podłączone do rurek, kabli i przeróżnych aparatur muszą przejść długą drogę, zanim będą mogły opuścić szpital. Ich walka jednak na tym się nie kończy: wśród możliwych powikłań najczęściej zdarzają się problemy ze słuchem, retinopatia wcześniacza, cztero- lub dwukończynowe porażenie dziecięce, które jest efektem wylewów, a także – jako konsekwencja długiego podłączenia do respiratora – astma, alergie i mniejsza odporność na infekcje.

„Początek działalności fundacji oparliśmy na stronie internetowej, na której chcieliśmy zebrać jak najwięcej pomocnych informacji o tym, jakich specjalistów i gdzie odwiedzić – wyjaśnia Magdalena Sadecka-Makaruk. – Wprowadziliśmy program "Mentor", który ma na celu kontaktowanie ze sobą ludzi, np. zgłasza się mama z danego miasta z jakimś problemem medycznym dziecka i ja jestem w stanie skontaktować ją z doświadczonymi rodzicami, którzy przeszli podobną drogę. Zazwyczaj rodzice wspierają się, podają sobie namiary na specjalistów w danym rejonie itd.

Na początku Joachim rozwijał się wzorcowo: przybierał na wadze, nie miał poważniejszych schorzeń, intensywna rehabilitacja nie była konieczna. Na stronie fundacji, gdzie rodzice opisują historie swoich dzieci, Magdalena napisała: „[…] Uważałam, że wszystko, co jest związane z wcześniactwem, mamy już za sobą. Myliłam się jednak”. W przedszkolu okazało się, że chłopiec ma m.in. nadwrażliwość dotykową i słuchową, jest nadpobudliwy, ma problemy z wypełnianiem obowiązków. Pomogła integracja sensoryczna – zajęcia mające na celu doprowadzenie do współpracy prawej półkuli mózgowej z lewą. „Mówi się, że dziecko jest "niezgrane", to znaczy, że jest rozchwiane emocjonalnie i fizycznie – mówi Magdalena Sadecka-Makaruk. – Takie dzieci nie potrafią skakać na jednej nodze czy jeździć na rowerze, bo mają problemy z błędnikiem, nie potrafią rysować i pisać, bo złe napięcie mięśniowe nie pozwala im utrzymać ołówka w ręku. Połowa sukcesu, jeśli wiemy, do jakiego specjalisty mamy się z takim problemem udać”.

Marzeniem założycieli fundacji jest Narodowe Centrum Wcześniaków – miejsce, w którym dziecko ma kompleksową opiekę i dostęp do lekarzy wszelkich specjalizacji bez konieczności szukania ich po całym kraju. Od 2010 roku Fundacja „Wcześniak Rodzice – Rodzicom” jest organizacją pożytku publicznego, dzięki temu możliwe jest zbieranie funduszy, w tym również na pomoce dydaktyczne. „Wydaliśmy dzięki pieniądzom z 1 proc. poradnik "Niezbędnik rodzica wcześniaka", taki podstawowy zbiór informacji, który rozdajemy na oddziałach neonatologicznych (tam, gdzie jest OIOM wcześniakowy) – tłumaczy Magdalena Sadecka-Makaruk. – Lekarze specjaliści sami się do nas zgłaszają z propozycją napisania artykułu do poradnika, często za zwykłe "dziękuję". Od początku bardzo nam zależało, żebyśmy byli wiarygodni merytorycznie. Działamy pod patronatem Instytutu Matki i Dziecka, każda informacja zamieszczana na stronie jest weryfikowana przez odpowiedniego specjalistę. Poza tym jesteśmy wiarygodni dzięki temu, że to nas bezpośrednio dotyka – wiemy, o czym mówimy. Nikt tak nie zrozumie drugiego człowieka jak ten, który przez to samo przeszedł.

Synu, żyj

Małgorzata często czytała synkowi do inkubatora, żeby znał jej głos, albo wsuwała tam rękę i kładła mu na główce, żeby znał jej dotyk. Po miesiącu od narodzin Leon mógł zacząć kangurowanie, czyli leżenie na piersi mamy albo taty. Jest to naturalna metoda przyśpieszająca rozwój dziecka i jego więzi emocjonalnej z rodzicami poprzez kontakt „skóra do skóry”. „Najpierw uczyli mnie, że mogę położyć Leonowi dłoń na głowie i on będzie dzięki temu wiedział, że to ja, bo zna mój puls – mówi. – Ale jego na początku wszystko bolało, miał delikatną skórę i się wzdrygał. Więc kładłam jego nogę na moim przegubie, żeby choć tak czuł moje tętno. Tak się z nim witałam każdego dnia. Jego tata również”.

Leon po narodzinach spędził 92 dni w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie. Każdy dzień jego życia został udokumentowany zdjęciem wykonanym przez jego tatę Artura. W tym czasie chłopiec przeszedł bardzo poważny wylew, dwukrotne zapalenie płuc i sepsę. Konsekwencja i determinacja, z jakimi walczył o siebie, wydają się nieprawdopodobne. Może dlatego zyskał na oddziale ksywkę „Prezes”, a jego zdjęcia zostały udostępnione szpitalowi jako materiał dydaktyczny. „Wchodziłam na oddział, a pielęgniarki mówiły, że Prezes daje czadu, potem kładły mi go na piersi i natychmiast się uspokajał – opowiada Małgorzata. – Nie pachniał mlekiem jak typowy noworodek, był przesiąknięty lekami, śmierdział chemią, a jednak trzymanie go i czucie tego silnego bicia serca dawało mi taką błogość, której nie da się z niczym innym porównać. Mówiłam mu: Synu, żyj, żyj! Będziemy jeździć nad morze!”. Z innymi matkami z oddziału założyły nieformalną grupę wsparcia. Strach o konsekwencje wcześniactwa zawsze gdzieś się czai, dlatego wzajemne stawianie się do pionu jest bardzo potrzebne. Małgorzata ma jednak w planach działanie na szerszą skalę, być może przyłączenie się do jednej z takich grup przy Fundacji „Wcześniak Rodzice – Rodzicom”. „Mam poczucie, że teraz ja też mogę dać komuś siłę. Jest taka zasada, że jak przychodzisz z dzieckiem na kontrolę, to wchodzisz na oddział wcześniaków, żeby się pokazać rodzicom tych, którzy się dopiero urodzili. To bardzo dużo daje. Też wchodzę tak z Leonem, pokazuję go innym rodzicom, żeby widzieli, że to wcześniak, który przeżył, i że też dadzą radę”.

Piękne mam dziecko

Podczas Światowego Dnia Wcześniaka 17 listopada na wielu oddziałach neonatologicznych zawieszane są wycięte z papieru dziecięce skarpetki: co dziesiąta jest maleńka, co symbolizuje jedno wcześniejsze urodzenie na dziesięć w Europie. Ponadto na fioletowo, który jest kolorem życia i kolorem wcześniaków, podświetlane są ważniejsze budynki na świecie, w Polsce również niektóre szpitale. W ten sposób ci, których ten temat dotyczy, chcą zaznaczyć swoją obecność i zjednoczyć się w codziennej walce.

Joachim jest dziś zdrowym 12-latkiem bez żadnych poważniejszych powikłań, różnica między nim a jego rówieśnikami polega na tym, że na wszystko musi ciężej pracować. „Jeździć na rowerze dwukołowym nauczył się dopiero w wieku lat dziewięciu, podczas gdy dzieci sześcioletnie wsiadają i jadą – mówi jego mama. – Ale mówimy mu o jego wcześniejszym urodzeniu w taki sposób, aby był z tego dumny, bo jest świetnym chłopakiem”.

Leon jest na świecie od ponad roku. Zdaniem jego mamy już teraz widać, że jest niezależny: „To siłacz, który wywalczył sobie to życie. Ale też ogromnie mu pomógł wspaniały zespół Szpitala Uniwersyteckiego, uratowali go – mówi. I dodaje: – Pięknego mam syna! Jak stanęliśmy nad morzem w tym roku, pomyślałam, że marzenia się spełniają. Jego bycie było spełnieniem mojego”.

  1. Psychologia

Światowy Dzień Dziecka Utraconego. Rozmowa z autorką Krótkiej Instrukcji o Poronieniu

Krótka Instrukcja o Poronieniu to darmowy e-book, skierowany do wszystkich rodziców po stracie ciąży oraz ich bliskich. (Ilustracja: materiały prasowe)
Krótka Instrukcja o Poronieniu to darmowy e-book, skierowany do wszystkich rodziców po stracie ciąży oraz ich bliskich. (Ilustracja: materiały prasowe)
Krótka Instrukcja o Poronieniu to darmowy e-book, skierowany do wszystkich rodziców po stracie ciąży oraz ich bliskich. O tym, dlaczego poronienie to nadal temat tabu, rozmawiamy z Karoliną Wierzbińską, inicjatorką projektu.

O tym, dlaczego poronienie to nadal temat tabu, rozmawiamy z Karoliną Wierzbińską, autorką Krótkiej Instrukcji o Poronieniu, darmowego e-booka, skierowanego do wszystkich rodziców po stracie ciąży oraz ich bliskich.

Skąd pomysł na instrukcję? Instrukcja Obsługi to seria darmowych poradników, której zadaniem jest rozminowywanie tematów będących tabu, a związanych z naszym codziennym życiem i zdrowiem. Skoro utraty ciąży doświadcza aż 7 na 10 kobiet, to dlaczego nie dyskutujemy o tym w przestrzeni publicznej?! Licząc mężczyzn i członków rodzin, poronienie w sumie dotyka prawie każdego z nas. Instrukcja o Poronieniu jest drugą odsłoną cyklu. W październiku 2019 roku wydaliśmy Instrukcję o Raku Piersi. Może to zabrzmi górnolotnie, ale Krótką Instrukcją chcemy zmieniać świat i to, jak ludzie ze sobą rozmawiają.

Kto tworzy wasz e-book? Poradnik powstał w modelu partycypacyjnym, głos zabrali rodzice po utracie ciąży, przedstawiciele fundacji, fantastyczni ginekolodzy, psychoterapeuci, położnicy i prawnicy. Zależało nam na tym, żeby zobaczyć perspektywę wszystkich osób zaangażowanych w temat poronienia. Zaproszenie do współpracy przy Instrukcji przyjęli m.in. krajowy konsultant ds. ginekologii i położnictwa prof. Krzysztof Czajkowski, dr Marzena Dębska, ginekolog i położnik, dr Jarosław Kaczyński, ginekolog położnik specjalizujący się w leczeniu niepłodności, dr Anna Kajdy, ordynatorka oddziału położnictwa, Marlena Haduch, położna i psycholog, Joanna Siewko, doula i organizatorka Kręgów Kobiet po Stracie, Marzena Pilarz-Herzyk, prawniczka, autorka bloga MamaPrawniczka.pl oraz fundacja Rodzić Po Ludzku.

Czyli jest to szeroko rozumiane wsparcie, zarówno medyczne, psychologiczne, jak i prawne. Dajemy rodzicom, którzy doświadczyli straty, szereg porad formalnych dotyczących tego, co zrobić żeby skorzystać z prawa do urlopu macierzyńskiego, ale też by pochować swoje dziecko oraz informujemy, w jakich okolicznościach przysługuje im zasiłek. Pokazujemy również perspektywę psychologiczną, czyli jak wspierać po stracie dziecka kobietę oraz – co równie ważne – mężczyznę. Jesteśmy bardzo wdzięczne wszystkim, którzy zgodzili się nam opowiedzieć o doświadczeniu poronienia z ich punktu widzenia.

Według statystyk, o których mówisz, utrata ciąży doświadcza 7 na 10 kobiet. To bardzo dużo. Jakie są najczęstsze przyczyny poronień? To bardzo trudne pytanie, które zadają sobie wszystkie bez wyjątku kobiety. Chciałabym, żeby to mocno wybrzmiało: za największą liczbą poronień stoi genetyka. To właśnie wady chromosomalne płodu powodują zatrzymanie ciąży. Warto to powtarzać, bo utracie ciąży towarzyszy okrutne poczucie winy niedoszłej mamy, czasem wzniecane przez niedoedukowane środowisko. To nie preferencje żywieniowe, wiara, zbyt siedzący lub zbyt stojący tryb życia decydują o przyszłości ciąży. Powtarzamy: „Dziewczyno, bardzo nam przykro. To nie jest twoja wina. Zrobiłaś wszystko, co mogłaś”. Marzy mi się wykasowanie z ludzkiej świadomości określenia: „kobieta poroniła”. Zabierzmy to bezpodstawne brzemię odpowiedzialności, zacznijmy mówić „ciąża się poroniła”, to naprawdę nie jest niczyja wina.

Karolina Wierzbińska, redaktor naczelna hellozdrowie.pl, jedna z inicjatorek Krótkich Instrukcji.

Krótka Instrukcja o Poronieniu dostępna jest za darmo pod adresem krotka-instrukcja.hellozdrowie.pl – jako strona oraz jako e-book w formie PDF. Dla chętnych również w wersji papierowej, także bezpłatnej. Redaktorami publikacji są Marta Ploch i Robert Statkiewicz.

  1. Styl Życia

Doula - jaką rolę pełni przy porodzie?

Poród to wyjątkowo intensywne przeżycie. Wiele z nas potrzebuje świadomej obecności kogoś, kto wierzy w nasz potencjał i możliwości. (Fot. Getty Images)
Poród to wyjątkowo intensywne przeżycie. Wiele z nas potrzebuje świadomej obecności kogoś, kto wierzy w nasz potencjał i możliwości. (Fot. Getty Images)
Pandemia to szczególny czas dla rodzących. Bo chociaż konieczność  zachowania środków ostrożności jest dla wszystkich raczej oczywista, to bardzo wiele kobiet uważa za bezduszne nowe zarządzenia dotyczące porodów. Przy okazji społecznej dyskusji po raz kolejny powraca więc to samo pytanie: Co sprawia, że matka w czasie porodu czuje się komfortowo i bezpiecznie?

Najpierw w całym kraju z dnia na dzień zostały zawieszone porody rodzinne, w towarzystwie najbliższej osoby, męża, partnera. Wzbudziło to sporo kontrowersji nie tylko dlatego, że w tym szczególnym momencie wsparcie bliskich jest dla wielu rodzących ogromnie ważne, a niejeden ojciec chce uczestniczyć w tym procesie. Kobietom trudno było również zrozumieć, dlaczego ich partner nie może im asystować, skoro zazwyczaj ma identyczny wywiad epidemiologiczny. Obecnie, zgodnie z wytycznymi ministerstwa, porody rodzinne wciąż nie są zalecane, ale przepisy uzależniają obecność osoby towarzyszącej od posiadania aktualnych badań na obecność COVID-19. Sytuacja jest dynamiczna, trudno przewidzieć, jakie zasady obowiązywać będą za tydzień czy miesiąc. Zresztą nie tylko kobiety czekające na rozwiązanie, ale i personel medyczny musieli się w tej nowej sytuacji odnaleźć.

– Gdybym miała wymienić jedną pozytywną rzecz, która zadziała się w czasie pandemii, wskazałabym na to, że kobiety zaczęły szukać siły do przejścia przez poród w sobie, nie na zewnątrz – twierdzi Magda Witkiewicz. Jest położną od ponad 20 lat. Pracuje w warszawskim szpitalu św. Zofii, mającym opinię jednego z najlepszych w kraju. Przyjmuje porody na sali porodowej, w domu narodzin i porody domowe. – Moja praktyka pokazuje, że to, jakim doświadczeniem jest poród, zależy w największym stopniu od nastawienia kobiety. I to nie jest coś, co buduje się w ostatnich miesiącach ciąży, ale to spektrum naszych doświadczeń, wspomnień, relacji z ludźmi, naszej życiowej filozofii. Im bardziej człowiek jest wewnętrznie zharmonizowany, tym bardziej poród może być dla niego pozytywnym przeżyciem, nawet w tak trudnym momencie jak rzeczywistość pandemii koronawirusa – twierdzi Magda i dodaje, że bardzo często to, jak przeżywamy poród, uzależniamy od czynników zewnętrznych. – Oczywiście, to, jaki personel się nami zajmuje, w jakim czasie, do jakiego trafimy szpitala, nie jest bez znaczenia. Ale kluczowe zawsze będzie, z jakim pakietem osobistych przekonań wchodzimy w to wydarzenie – tłumaczy. I wspomina porody, które z jej punktu widzenia były trudne i wiązały się z dużym uszczerbkiem na zdrowiu kobiety, a ta wychodziła ze szpitala w euforii, twierdząc, że to było najpiękniejsze doświadczenie jej życia. Zdarzało się i tak, że sam poród był z medycznego punktu widzenia łagodny, bezproblemowy, a kobieta wspominała go jako koszmar. – Tu nie ma reguły. Ile kobiet, tyle historii i tyle różnych doświadczeń – uśmiecha się Magda Witkiewicz.

Doula: Jestem z tobą

Kiedyś Basia Röhrborn była przekonana, że poród to straszne przeżycie, okupione wielkim cierpieniem. Już podczas pierwszej ciąży, kiedy przygotowywała się do rozwiązania, zorientowała się, że ten obraz nie do końca jest prawdziwy. W drugiej ciąży postanowiła, że zrobi wszystko, żeby tym razem narodziny dziecka były jak najlepszym doświadczeniem. Musiała przepracować wiele swoich obaw i lęków. Skorzystała również ze wsparcia douli, czyli towarzyszki ciąży i porodu. I udało się. Basia: – Czułam się całkowicie na swoim miejscu, szczęśliwa i rozluźniona. Chciałam, by inne kobiety mogły przejść to doświadczenie tak jak ja. Żeby wiedziały, że to możliwe.

Dzisiaj sama jako doula pomaga kobietom przygotować się do porodu. Jak tłumaczy, podczas gdy rolą personelu medycznego, położnych czy lekarzy jest dbanie przede wszystkim o bezpieczeństwo – to oni w czasie akcji porodowej sprawdzają wyniki, porównują parametry – doula (ze starogreckiego, dosłownie: „służąca, niewolnica”) jest skupiona na emocjach rodzącej. Może zrobić masaż czy asekurować kobietę, kiedy ta podczas akcji porodowej chce zmienić pozycję, ale kluczowe jest tu co innego. – Poród to wyjątkowo intensywne przeżycie. Wiele z nas potrzebuje świadomej obecności kogoś, kto nie ocenia, kto wierzy w nasz potencjał i możliwości – mówi Basia. – Chodzi o to, żeby moja obecność dała kobiecie poczucie bezpieczeństwa, psychicznego i emocjonalnego zaopiekowania.

Kto to jest doula?

Do tej pory doule asystowały głównie podczas porodów naturalnych, ostatnio coraz częściej obecne są także przy tych wspomaganych farmakologicznie, ze znieczuleniem czy nawet przy cięciu cesarskim. Oczywiście, kiedy w porodzie uczestniczy ojciec dziecka, on również może być ogromnym wsparciem. Różnica jest taka, że i on przeżywa całą tę wyjątkową sytuację na swój sposób. Dla niego to też są emocje, które czasem biorą górę. Natomiast doświadczona doula stoi z boku, czujnie obserwuje rozwój wypadków i jest wyłącznie do dyspozycji rodzącej.

Justyna Kowalska, położna Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku, przyznaje, że chociaż dbanie o komfort psychiczny rodzących wpisuje się jak najbardziej w obowiązki położnej, to i jej jest łatwiej, kiedy na sali porodowej obecna jest doula. – Kobieta staje się wtedy bardziej spokojna, cierpliwa, daje sobie czas i przestrzeń na przeżywanie porodu – tłumaczy. Zdaniem Justyny największym wrogiem kobiet na porodówkach jest pośpiech. – Takie mamy czasy. Wszystko dzieje się szybko. Łatwiej uruchomić procedury medyczne, poród jest szybszy, bardziej przewidywalny, ale sprawia to także, że bywa przykrym przeżyciem.

Justyna opowiada o porodach zaplanowanych jako rodzinne, które z powodu pandemii odbyły się jednak bez bliskich u boku. Jeszcze wyraźniej widać było, jak bardzo rodzące potrzebują uwagi i wsparcia. – Zwykle mąż czy partner zdejmuje z nas część obowiązków, my możemy zajmować się kwestiami medycznymi. Teraz kobiety były skazane tylko na nas. Miałyśmy możliwość się wykazać. Starałyśmy się poświecić im więcej czasu, uwagi, bo zdawałyśmy sobie sprawę, w jak niekomfortowej sytuacji się znalazły.

Gotowe na wszystko

Chociaż są bardzo różne i mają różne metody pracy i doule, i wiele położnych łączy wiara w to, że poród może być wspaniałym doświadczeniem. Ale żeby to było możliwe, kobieta spodziewająca się narodzin dziecka musi mieć świadomość, że poród w dużej mierze jest nieprzewidywalny.

– Kobieta nie wie, jak będzie zachowywać się w jego trakcie. Rolą douli jest tak pracować z jej nastawieniem, żeby miała w sobie zgodę na wszelkie możliwe rozwiązania i wszystkie swoje reakcje – tłumaczy Basia Röhrborn i zaznacza, że najgorsze, co można zrobić, to nastawić się na jeden konkretny scenariusz. Jej praca zaczyna się więc znacznie wcześniej niż sama akcja porodowa. Ze swoją podopieczną spotyka się czasem już w pierwszym trymestrze. To daje czas, by się poznać. – Moim zadaniem jest znalezienie w kobiecie zasobów. To mogą być różne rzeczy, jeśli pływała, uprawiała jogę, sięgamy do jej umiejętności skupienia na ciele czy świadomego oddechu. Przydatne są wszelkie praktyki medytacyjne związane z uważnością. Wszystko, co pomoże nam z akceptacją poddać się temu, co w danym momencie się z nami dzieje.

Położna Magda Witkiewicz nie lubi określenia „plan porodowy”. Chodzi o dokument, który – zgodnie z obowiązującym standardem opieki okołoporodowej – zawiera wszystkie oczekiwania kobiety wobec porodu i opieki tuż po nim. Jej zdaniem wszystko to są, oczywiście, niezwykle istotne informacje – choćby dlatego, że uwrażliwiają personel na to, że nie każdego należy traktować tak samo, oraz skłaniają, żeby każdorazowo zastanowić się, co dla konkretnej kobiety jest ważne – tyle że nazwa jest niefortunna. – Sugeruje bowiem, że wszystko można zaplanować. A akurat, co jak co, ale poród jest wydarzeniem, w którym zaplanować można niewiele.

Magda podkreśla, jak bardzo ważne jest, żeby kobieta przed rozwiązaniem odpowiedziała sobie na pytania: Czego chcę? Jaką jestem osobą i jak chcę urodzić? Tak jak Basia Röhrborn uważa, że kurczowe trzymanie się pewnych założeń i oczekiwań może być szkodliwe. Im plan bardziej sztywny, tym większe może być rozczarowanie. Woli zatem określenie „lista preferencji”. – Kobiety wyobrażają sobie, że będą rodziły w wannie, ze znieczuleniem albo bez, że to będzie wyglądało tak, a tamto będzie działo się tak i tak. I jeśli coś idzie nie po ich myśli, robi się dramat. Dobrze, żebyśmy jednocześnie wypracowały w sobie elastyczność i były gotowe na wszystko.

Poród online

Ale jest coś, co możemy przewidzieć. Justyna Kowalska radzi na przykład, żeby upewnić się, że szpital, w którym chcemy rodzić, odpowiada naszym oczekiwaniom, czyli na przykład zapewniona jest możliwość znieczulenia podczas porodu albo odwrotnie, minimalizowana jest ingerencja lekarska. – Są kobiety, dla których zaskoczeniem jest fakt, że to musi potrwać. Nie mają wiedzy, jak mogą sobie w tym pomóc – mówi.

Tym z nas, które są przygotowane mentalnie i fizycznie, jest już podczas akcji porodowej łatwiej. Często mają odwagę realizować to, co dyktuje nam ciało. Działają instynktownie i potrafią wymyślać bardzo niekonwencjonalne metody radzenia sobie z sytuacją, z dyskomfortem, z bólem. Przybierają najrozmaitsze pozy albo chowają się w najciemniejszy kąt. Pomagają sobie, wydając dźwięki albo tańcząc, jeśli tylko mają taką możliwość.

W przygotowaniach do porodu wiodącą rolę odgrywa wymiana doświadczeń. W rodzinie, wśród znajomych, na kursach w szkołach rodzenia. Pandemia w tej kwestii postawiła nowe wyzwania. W mediach społecznościowych pojawiły się grupy wsparcia, położnicze porady online, wideoczaty. Nowe technologie wkroczyły nawet na salę porodową. Basia Röhrborn, która też musiała dostosować się do nowych zasad bezpieczeństwa, z uśmiechem wspomina „pandemiczny” poród jednej ze swoich podopiecznych. – Byłyśmy cały czas na łączach, częściowo przez telefon, częściowo przez komunikatory, które umożliwiają widzenie rozmówcy. To był poród wywoływany, rodząca była podłączona do oksytocyny, ale mogłyśmy rozmawiać. Bardzo dziwne doświadczenie, ale, sądząc z jej słów, spełniłam swoje zadanie.

W pewnym momencie rodząca po prostu się rozłączyła. – Wiedziałam, że już mnie nie potrzebuje i świetnie sobie daje radę – mówi Basia i uśmiecha się z satysfakcją.

Domowa atmosfera

Jedna kwestia to: z kim rodzić? Inna: gdzie? Magda Witkiewicz jest jedną z położnych stowarzyszonych w inicjatywie Dobrze Urodzeni, promującej ideę porodów domowych. Nawet jeśli nadal to zaledwie ułamek wszystkich porodów, jakie Magda odbiera w ciągu roku (Fundacja „Dobrze Urodzeni” podaje, że w całym kraju jest ich około 120 rocznie). Z jej doświadczenia wynika, że na porody domowe decydują się najczęściej kobiety bardziej pewne siebie, wiele z nich rodzi już po raz kolejny. Wiedzą, czego oczekują, mają zaufanie do swojego ciała. Nie chcą szpitalnych wnętrz, nerwowej atmosfery, lekarzy i aparatury. Wybór naturalnego porodu w domowym otoczeniu jest dla nich konsekwencją ekologicznego trybu życia, wiary w moc natury. Odrębną grupą są osoby głęboko wierzące.

Jest też inna opcja. Dla tych z nas, które chciałyby doświadczyć narodzin w „domowej atmosferze”, a jednocześnie potrzebują gwarancji, że jeśli coś pójdzie nie tak, będą miały natychmiastową pomoc lekarza. Chodzi o dom narodzin. Chociażby ten, który funkcjonuje przy wspomnianym szpitalu św. Zofii. Domy narodzin to wydzielone ze struktury szpitala przestrzenie, gdzie warunki przypominają te domowe. Jest domowy wystrój, nie ma sprzętu medycznego, nic nie wskazuje na to, że jesteśmy w „szponach instytucji”. – Dom narodzin z jednej strony chroni naturalną ideę porodu, z drugiej – gwarantuje bezpieczeństwo. Za ścianą zawsze jest zespół lekarski, który może interweniować, gdyby natura podążała w niewłaściwą stronę – tłumaczy Magda, zastrzegając, że tak jak poród we własnym domu, także dom narodzin to opcja dla kobiet, których ciąża przebiega bez komplikacji. Rodząca nie może mieć także żadnych obciążeń chorobami przewlekłymi.

Osobną kwestią jest, ile z nas w ogóle rozważa to rozwiązanie. Magda obserwuje, że mimo iż wiele kobiet przyjmowanych do szpitala może skorzystać z domu narodzin (poród tutaj jest bezpłatny, trzeba przejść kwalifikację i wstrzelić się w dostępność pokoju), niewiele jest na to gotowych. Większość woli jednak rodzić w tradycyjnym bloku porodowym. Jej zdaniem kobiety po prostu oczekują interwencji medycznej, która sprawi, że poród będzie krótszy, łatwiejszy, mniej bolesny. Brakuje im tej pewności, która pozwala zaufać swojemu ciału i instynktowi. To właśnie mogłybyśmy w sobie rozwijać. I pamiętać, że mamy wybór, jak, gdzie i z kim rodzić. A to już bardzo dużo.

  1. Zdrowie

Ćwiczenia dna miednicy dla zdrowia i satysfakcji seksualnej

Ilustracja iStock
Ilustracja iStock
„Twoje ciało, łono, dno miednicy są realne. Należą do ciebie, a nie do lekarzy”. Rozmawiamy z francuską położną Claire Dahi, która uczy, jak dbać o najczulsze mięśnie w ciele kobiety.

Pracuje pani z kobietami w ich własnych domach. Co nosi pani w torbie?
Przede wszystkim formularze do wypełnienia, żeby poznać dobrze swoją pacjentkę. Są tam pytania dotyczące historii porodu, wydarzeń medycznych w jej życiu, chorób kobiecych w jej rodzinie, ale też kilka bezpośrednich pytań  dotyczących stanu jej krocza. Na przykład czy kiedyś w życiu zdarzyło jej się uronić kilka kropli moczu w trakcie kichania albo śmiania się. Noszę też ze sobą rękawiczki i lubrykant do badania wewnętrznego, a także plastikowy model dna miednicy.

Po co?
Żeby pokazać pacjentce, co to jest krocze. Nawet jeśli miałyśmy kilka lekcji z kobiecej anatomii w podstawówce, to jako dorosłe kobiety często nie wiemy, jak ono wygląda. Na modelu mogę pokazać, gdzie są nasze mięśnie dna miednicy, czym się różnią. Dzięki temu kobieta może sobie zwizualizować własne ciało od środka. Kiedy zobaczy mięśnie na plastikowym modelu i ich dotknie, będzie jej łatwiej je poczuć, a potem uruchomić. Moim celem nie jest nadrobienie wiedzy medycznej, utrwalenie trudnych nazw łacińskich, ale po prostu pokazanie, gdzie owe mięśnie się znajdują. Bo tam zaczynają się historie, które chcę kobiecie opowiedzieć.

Łono też ma swoje historie?
Oczywiście. Mówię kobietom, że ich wagina to malutka jaskinia, miniaturowa grota.

Brzmi lepiej niż bardzo medyczne i odstręczające polskie słowo "krocze".
No właśnie. Ale nasza mała kobieca grota to nie jakieś byle co. Prowadzą do niej piękne drzwi frontowe jak do prawdziwego zamku. Najpierw widzimy most zwodzony, a potem bronę, czyli kratę, którą opuszcza się w dół, żeby zamknąć wejście do groty. Tak naprawdę to dwa przeciwstawne mięśnie. Jak wejdziemy do środka, zobaczymy sufit: to przód naszej waginy. Ten sufit podtrzymuje nasz pęcherz moczowy na swoim miejscu. Można powiedzieć, że pęcherz jest na suficie groty. Kiedy wejdziemy głębiej i trochę wyżej, znajdziemy coś jeszcze – szyjkę macicy, która jest wejściem do naszej macicy, a także mięsień łonowo-pochwowy. Nasza grota jest też zamknięta z dołu i po bokach wielkim mięśniem, który idzie z głębi miednicy aż do naszego sromu, tworząc jednocześnie podłogę i ściany naszej waginy. Na ten wielki mięsień tak naprawdę składają się trzy mięśnie anatomicznie różne. Ale kiedy opowiadam o nim historię, to mówię, że przypomina wielki i bardzo szeroki dywan, który pokrywa zarówno podłogę, jak i dwa boki groty.

Przejdźmy teraz do ćwiczeń. Od czego zaczynamy?
Kobieta najpierw ćwiczy mięsień umiejscowiony przy wejściu do pochwy. Nie musi wiedzieć, gdzie on jest, jak się naprawdę nazywa. Naśladuje ruch, jakby podnosiła do góry zwodzony most, a ja pomagam jej to zrobić, pokazując palcem, gdzie zacząć. Potem jest zamkowa krata. Ruch odwrotny do mostu zwodzonego. „Łapiemy” mięsień z góry i ściągamy go bardzo delikatnie w dół. Najpierw „łapiemy” punkt przy wejściu do pochwy, a potem wchodzimy z nim do góry, do góry, do góry, aż do poziomu serca. Potem zajmujemy się mięśniami sufitu. Jest tam łuk ścięgnisty miednicy, który podtrzymuje cewkę moczową, a my podrywamy go do góry. Potem trzeci etap – ściany i podłoga. Spróbujmy to sobie wyobrazić. Piękna, duża sala, otoczona z każdej strony mięśniami.

Trochę to zawiłe.
Tak, ale ta historia odkrywa przed kobietą architekturę małej groty. Te obrazy poruszają obszar w mózgu, który mieści się między świadomym a nieświadomym. Mogą odtraumatyzować różne problemy związane z tą sferą.

Rozumiem, że te obrazy zostaną z kobietą całe życie?
Właśnie o to mi chodzi. Położna jest z kobietą tylko na początku pracy z mięśniami dna miednicy. Towarzyszy jej, żeby sprawdzić, czy dobrze się nimi zajmuje, czy je wyczuwa, czy dobrze je kurczy. Po drugie, sprawdza, czy nie ma gdzieś uszkodzeń, małych otarć, pęknięć, naderwań tkanki mięśni, które mogły się wydarzyć podczas porodu. Trzeba to jasno powiedzieć: każda kobieta, która przeżyła poród, ma rodzaj minidraśnięć, otarć, czyli cieniutkich pęknięć w mięśniach dna miednicy. To normalne. Chociaż są różne typy naruszeń mięśni. Bywają bardzo delikatne, ale i głębokie pęknięcia, które trzeba było zszyć w szpitalu po porodzie.

Mięśnie mogą być po porodzie zwiotczałe?
Tak. Albo po prostu rozciągnięte. W czasie ciąży i porodu musiały się rozciągnąć, żeby dziecko ułożyło się w brzuchu jak w koszyku, a potem przepuścić je na świat. Po takich zmianach anatomicznych mogły nie wrócić do normy, nie ściągnąć się. Sprawdzam manualnie każdy z nich.

Teraz jest pani specjalistką od mięśni krocza. Czy kiedyś przyjmowała pani porody?
Przed przyjazdem do Polski asystowałam przy porodach w szpitalu francusko-brytyjskim Levallois-Perret w Paryżu. Kiedy mój mąż dostał pracę w Polsce i się przeprowadziliśmy, nie myślałam w ogóle, żeby uprawiać tutaj swój zawód. Nie znam polskiego. W sytuacjach codziennych, np. w supermarkecie, jeszcze mogłam się dogadać, ale nauczyć się wszystkich polskich słów medycznych?! Niemożliwe! Jednak pewnego dnia spotkałam doktora Pascala Eechouta, francuskiego ginekologa, który pracuje w Warszawie. Jak się dowiedział, że jestem położną, zaczął mnie urabiać. Powiedział, że w Polsce prawie nie ma osób, które zajmują się manualną rehabilitacją krocza. Są instruktorzy, którzy pracują z elektrostymulacją i z biofeedbackiem. „Jasne, to dobrze”, pomyślałam, ale według mnie te metody są niewystarczające. Postanowiłam wrócić do Francji i zrobić specjalizację z rehabilitacji krocza, która jest przeznaczona dla położnych i fizjoterapeutów.

Dlaczego praca z sondą jest według pani niewystarczająca?
Elektrostymulacja nie ma nic wspólnego z historią o małej grocie. Pracuje nad sufitem, końcem sufitu i dwoma mięśniami podłogi i ścian, ale całe wejście, czyli podwójne drzwi i mięsień odpowiedzialny za kurek pęcherza, czyli zwieracz cewki moczowej, są nieruszone. Inny problem związany z sondą jest bardziej fundamentalny. W tej technice kobieta nie jest autonomiczna, ponieważ nie może pracować bez maszyny, obcego ciała, tzn. sondy dopochwowej. Ja uczę kobietę ćwiczeń, które potem już samodzielnie wykonuje w domu.

A gdy minie etap nauki?
Kobieta ma wykonywać swoje ćwiczenia regularnie raz w miesiącu. Od razu po miesiączce. Kiedy przestaje krwawić, robi dziesięć ćwiczeń mięśni dna miednicy (kilka minut) przez dwa, trzy dni do końca życia. Ale to jeszcze nie koniec. Drugą ważną rzeczą jest nowe rozumienie krocza. Moja nauczycielka Dominique Trinh Dinh mówiła, że krocze nie jest bytem wyabstrahowanym. Żyje w naszym ciele, a ciało wytwarza pewne obciążenia, naciski, które nie są dla niego dobre. O tym jeszcze nie rozmawiałyśmy.

Zacznijmy.
Najprościej rzecz ujmując, równowaga w naszym ciele zależy od równowagi napięcia mięśni, które się w nim znajdują. Praca mięśnia przepony wpływa na stan naszego krocza, ponieważ  mięśnie krocza i przepony leżą równolegle i pracują zależnie od siebie w jamie brzusznej. Przepona porusza się, kiedy oddychamy, i powinna dźwigać ciśnienie, które tworzy się wtedy w klatce piersiowej.

A tego nie robi?|
Niestety, wiele kobiet oddycha, obciążając mięśnie krocza. Ten mechanizm nazywa się tłocznią brzuszną. Kiedy przepona zamiast unosić napięcie w górę, wpycha je w dół, w mięśnie krocza. Jest wiele kobiet, które po całym dniu czują ciężar w okolicach brzucha z powodu złego oddychania. Dziś już wiadomo, że kobieta, która nigdy nie urodziła dziecka, ale źle oddycha, obciążając krocze, może mieć zaburzenia funkcjonalne przepony moczowo-płciowej.

Wydawało mi się, że oddech nic nie waży?
Gdy oddychamy, nasza przepona poprzez ciśnienie, jakie wytwarza, uciska mięśnie krocza. Nawet jak to jest lekkie napięcie, krocze je dźwiga. Przez dziesięciolecia. Często stres jest czynnikiem, który powoduje, że zaczynamy źle oddychać. Inna z teorii mówi, że krocze nie zostało ewolucyjnie dostosowane do pozycji stojącej człowieka. Nie zostało stworzone, żeby nosić ciężary, ale żeby zamykać dół naszego ciała. Inaczej mówiąc: nie możemy robić ze swojego krocza paska, który spina nasz brzuch i go dźwiga. Ono jest zbyt wrażliwe. Podobne obciążenia pojawiają się, kiedy kichamy, kaszlemy, śmiejemy się, wydmuchujemy nos, głośno mówimy. Albo kiedy się poruszamy i coś dźwigamy, biegamy albo skaczemy. Musimy się nauczyć podczas tych czynności funkcjonować na odwrót.

Czyli?
Czyli wsłuchać się w swoje ciało i wychwycić to subtelne odczucie, że coś w nas „prze, naciska w dół”. A potem nauczyć się unosić to napięcie do góry.

Wyjaśnijmy w takim razie, jak dobrze oddychać?
Dobrze oddychamy, kiedy śpimy. Można to sprawdzić, na przykład patrząc na śpiące dzieci albo partnera. Kiedy nabierają powietrza, unosi im się brzuch, a jak następuje wydech, w górę idzie klatka piersiowa. Przepona powinna przechwytywać całe napięcie. Fizjologicznie, kiedy nabieramy powietrza, przepona się obniża, a mięśnie brzucha się rozluźniają, co daje efekt wypiętego brzucha. W trakcie wydechu z kolei przepona unosi się, zasysając mięśnie dna miednicy w górę, i w ten sposób ułatwia im pracę. Brzuch jest wtedy płaski.

Jak jeszcze powinnyśmy dbać o swoje krocze?
Chodzić regularnie do toalety, żeby nie dźwigać ciężaru moczu, bo on też naciska na krocze. Trzeba oddawać mocz nie rzadziej niż raz na trzy godziny. Pomijając, oczywiście, noc, bo wtedy leżymy i nie ma ciężaru, który naciskałby na krocze. Kobiety generalnie się z tym nie spieszą. Pracują, sprzątają, bawią się z dziećmi i przetrzymują mocz w pęcherzu, ile się da. Zapominają, że litr wody to aż kilogram ciężaru na dno miednicy. Druga ważna sprawa to pozycja, którą przyjmujemy w czasie wypróżniania. Mówię teraz zarówno o oddawaniu moczu, jak i stolca. Pamiętajmy, żeby nie przeć, nie robić tego na siłę. Zaparcia to nasz wróg. Bezpieczną pozycją jest pozycja, kiedy mamy kolana wyżej niż uda. To nic nie kosztuje, a w prosty sposób nas zabezpiecza. Wystarczy kupić prostą, plastikową podstawkę pod nogi.

Od czego zależy to, kiedy nasze mięśnie wrócą do normy? Od wieku, genów?
Raczej od stopnia uszkodzenia w trakcie porodu. Kiedy doszło do nacięcia krocza i kobieta odczuwała ból w tym miejscu, podświadomie nauczyła się omijać bolące mięśnie i zaczęła używać innych. Nie zacznie ich znowu używać bez użycia własnej woli. Musi się znów tego nauczyć.

Kobiety boją się, że po porodzie nie będą już miały takich samych odczuć w trakcie stosunku seksualnego.
Nawet gdy jesteśmy obolałe po nacięciu krocza, musimy pamiętać, że jak mięśnie się prężą, poruszają, następuje napływ krwi do tego miejsca i szybciej wracamy do komfortu w tej sferze.

Ale czy każda kobieta potrzebuje rehabilitacji krocza?
Wielu kobietom mięśnie wracają do normy niemal całkowicie samodzielnie, bo np. nie ucierpiały bardzo w czasie porodu i w odpowiedni sposób oddychają. Kwestie genetyczne są też ważne, czyli jeżeli twoja mama i babcia miały wysoką jakość mięśni Kegla, ty też pewnie ją masz. Są kobiety, które mają tylko drobne naruszenia, ale nie potrafią unosić napięcia do góry, obciążają krocze i mogą mieć potem problem z nieszczelnością i nietrzymaniem moczu, obniżaniem narządów. Ale nie ma zasad uniwersalnych.

Czy możemy ćwiczyć bez nauczycielki?
To bardzo trudne z wielu powodów. Przede wszystkim kobieta nie kontroluje, czy w trakcie ćwiczeń mięśni Kegla nie napina innych mięśni, np. pośladków czy ud. Robimy to automatycznie i nieświadomie i przez to zatracamy sens ćwiczenia. Wiele kobiet myśli też, że gdy ćwiczymy mięśnie, to trzeba to robić intensywnie, mocno jak w fitnessie.

A jak jest?
Odwrotnie. Im mniej wysiłku, tym lepszy rezultat. Napinanie mięśni Kegla powinno być bardzo delikatne. Trzeba nauczyć się świadomie kurczyć mięśnie, których do tej pory nie czułyśmy, czasem nawet nie miałyśmy pojęcia, że istnieją. Położna pomoże je odnaleźć. Celem jest to, żeby każdy mięsień pracował niezależnie od drugiego, żeby nie napinały się wspólnie.

Dlaczego?

Bo wtedy pracują najmocniej te mięśnie, które są rozległe. Mięśnie znajdujące się przy wejściu do pochwy są po prostu słabsze i trudniej nam je uruchomić. Metoda, której uczę, zajmuje się wszystkimi mięśniami naszej pochwy, od wejścia do samej głębi. To my jesteśmy odpowiedzialne za tę sferę, która zamyka nasze ciało. Jeżeli będziemy dobrze pracować, będzie sprężyste.

 

Autorka dziękuje za konsultację położnym: Marii Romanowskiej i Karolinie Łataś-Zagrajek (terapeutce uroginekologicznej).

 

CLAIRE DAHI,
położna i rehabilitantka mięśni dna miednicy wg francuskiej metody CMP (Connaissance & Maîtrise du Périnée); pracuje z kobietami różnych kultur i narodowości.