1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Dlaczego w Polsce rodzi się coraz mniej dzieci? Co zrobić, aby było ich więcej?

Dlaczego w Polsce rodzi się coraz mniej dzieci? Co zrobić, aby było ich więcej?

fot. Istock
fot. Istock
Czy dzieci nas uszczęśliwiają? Każda matka, którą o to zapytamy, prawdopodobnie spontanicznie odpowie, że kocha swoje dzieci najbardziej na świecie, nie wyobraża sobie bez nich życia i jest z nich dumna. Dlaczego więc nie mamy baby boomu? I dlaczego w Polsce rodzi się mało dzieci? Co musiałoby się zmienić, by rodziło się ich więcej? Odpowiada ekonomistka i politolożka dr Anna Kurowska

Daniel Kahneman, izraelsko-amerykański psycholog, ekonomista i laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, postanowił podrążyć ten temat. W tym celu zbadał prawie tysiąc amerykańskich matek, pragnąc ustalić, co zrobić, aby rodziło się więcej dzieci. Miały opowiedzieć, co robiły poprzedniego dnia i co wtedy czuły. Co się okazało? Czas spędzony na opiece nad dziećmi uważały za mniej przyjemny, niż ten spędzony w kuchni, na zakupach czy nawet na staniu w korku w drodze do pracy. No ale przyjemność jeszcze nie równa się szczęściu. Temat współczesnego rodzicielstwa i satysfakcji, jaką z niego czerpiemy, podjęła też Jennifer Senior w książce „Dużo radości, mniej przyjemności” (wyd. Media Rodzina). Już tytuł trafnie odpowiada na pytanie, co nam dają dzieci. Dają radość, dlatego nazywa się je pociechami. Nie dlatego jednak, że są słodkie i cudownie pachną – choć te zmysłowe odczucia też potrafią sprawić dużo zadowolenia. Małe dzieci wyrywają dorosłych z ich monotonnego życia. Gdy rodzice wciągną się w zabawę z dzieckiem, przestają odczuwać zahamowania, zrywają z ograniczającymi ich w dorosłym życiu etykietkami. Ponownie przeżywają stany, których nie odczuwali od czasu własnego dzieciństwa. „Najbardziej wstydliwym aspektem dorosłego życia jest to, że nakłada nam ono klapki na oczy, przez co tracimy wrażliwość i wyrozumiałość” – pisze Senior. Dzieci, wyrywając rodziców z codziennej rutyny, nie tylko uwalniają ich od ego, ale też pomagają im aspirować do wszystkiego, co lepsze. Obdarowują ich radosnymi prezentami od samych narodzin: gdy się po raz pierwszy uśmiechną, gdy wymówią słowo mama” czy „tata”, gdy zrobią pierwszy krok, gdy pięknie wyrecytują wiersz czy namalują laurkę, gdy podadzą śniadanie do łóżka czy – mimo że są nastolatkami – będą chciały się przytulić. Trudno nie czerpać z takich doświadczeń satysfakcji.

Dlaczego więc więcej przyjemności daje matkom gotowanie czy robienie zakupów niż czas spędzony z dzieckiem? Bo poza sprawianiem radości dzieci też wyczerpują, dręczą, wymagają nieustannego podejmowania decyzji i potrafią skutecznie psuć życie zawodowe oraz małżeńskie. I choć według badania przeprowadzonego przez dr Annę Baranowską-Rataj z Instytutu Statystyki i Demografii SGH w Warszawie, narodziny pierwszego dziecka dają Polkom szczęście (poczucie satysfakcji młodej matki rośnie średnio o 9,1 proc.), to z czasem zaczynają się piętrzyć kłopoty, które to poczucie zakłócają. Z obserwacji Jennifer Senior, która spotkała się z wieloma rodzicami i przeanalizowała setki badań, wynika, że rodzice nie dzielą się równo opieką nad dzieckiem – na matkę spada 70 proc., a na ojca 30. Co ciekawe, mężczyźni wcale tego nie odczuwają, często twierdząc, że dzielą się po połowie. Ale to zazwyczaj kobieta musi godzić pracę zawodową z obowiązkami domowymi lub wręcz zrezygnować z pracy czy ją ograniczyć. Kobiecie trudniej wygospodarować wolny czas dla siebie. Mniej i gorzej śpi, a co za tym idzie – łatwiej się denerwuje, niecierpliwi i popada w stany depresyjne. A to, mimo niepodważalnej miłości do dziecka, utrudnia podjęcie decyzji o kolejnym. A zatem, co zrobić, aby rodziło się więcej dzieci? Zadbać o poziom zadowolenia kobiety. A by mamy poczuły się szczęśliwsze, potrzebne jest wsparcie zarówno partnera, jak i państwa.

Jednymi z najbardziej szczęśliwych rodziców na świecie są Skandynawowie, u których istnieje rozległa sieć ochrony socjalnej. W 2012 roku socjolożka Robin Simon ze współpracownikami zmierzyła różnice w poziomach szczęścia między rodzicami a bezdzietnymi w 22 uprzemysłowionych państwach. Okazało się, że z zasady różnica jest większa w krajach o mniej hojnym systemie zasiłków socjalnych i mniejsza – czy też wręcz odwrotna – w krajach zapewniających rodzinie największe wsparcie. Arnstein Aassve, profesor demografii z Mediolanu, otrzymał podobne wyniki badań przeprowadzonych w 28 krajach Europy. Twierdzi, że szczęście, które ludzie czerpią z rodzicielstwa, jest proporcjonalnie powiązane z dostępnością publicznej opieki nad dziećmi.

Czy przyczyn, dlaczego w Polsce rodzi się się coraz mniej dzieci, należy szukać w niewłaściwej opiece państwa? Co miałoby się zmienić, by kobiety czuły się szczęśliwymi matkami i chciały mieć więcej dzieci, pytamy politolożkę i ekonomistkę dr Annę Kurowską.

Co według pani przyczynia się do decyzji o urodzeniu pierwszego dziecka?

Ważna jest szeroko rozumiana dobra sytuacja ekonomiczna pary. Pod tym hasłem nie kryje się stan konta, ale raczej poczucie bezpieczeństwa na rynku pracy, stabilności zatrudnienia, poczucie, że będę w stanie dziecko utrzymać i zainwestować w jego rozwój w dłuższej perspektywie, a także pewność, że posiadanie dziecka nie ograniczy moich szans na rozwój zawodowy. Zanim kobieta zdecyduje się na pierwsze dziecko, najpierw chce znaleźć zatrudnienie, by mieć pozycję na rynku pracy. Praca nie jest tu przeszkodą, a warunkiem koniecznym do posiadania dziecka.

Kobiety często rodzą pierwsze dziecko i choć wcześniej planowały kolejne, wstrzymują się z decyzją. Dlaczego?

Tu ciężar przesuwa się na model rodziny i wsparcie państwa w zakresie opieki nad dzieckiem. Kobieta rodzi pierwsze dziecko i zaczyna doświadczać, jak to jest być matką. Polki są zdecydowanie bardziej obciążone obowiązkami niż np. Szwedki czy Francuzki. Nie chodzi tylko o obowiązki i czas poświęcony na opiekę nad dzieckiem: ubieranie, karmienie, wizyty u lekarza, usypianie czy odrabianie lekcji, ale także o psychiczne obciążenie odpowiedzialnością za dziecko, nieustanne myślenie o nim i podejmowanie decyzji dotyczących jego dobra.

Z czego to wynika? I co zrobić, aby rodziło się więcej dzieci?

Z całokształtu modelu społeczno-kulturowego podziału ról, w tym pracy, według płci. Mało jest partnerów, którzy są chętni do dzielenia tej odpowiedzialności na równi z kobietami. Tak zwany model podwójnego obciążenia kobiet kształtuje się od dłuższego czasu i dodatkowo był umacniany brakiem realnej polityki rodzinnej, która wspierałaby udział ojców, ale też opieki państwa nad dzieckiem. Właściwie dopiero po 2010 roku możemy mówić o istotnych zmianach w polityce rodzinnej państwa w Polsce, którym jednak nadal daleko do ideału. Powstał program „Maluch”, dzięki któremu odnotowaliśmy wzrost miejsc w żłobkach, choć startowaliśmy z tak niskiego pułapu, że wzrost ten jest niemal niezauważalny. Wydłużono urlop rodzicielski, ale nie zagwarantowano mężczyznom niezbywalnego prawa do części płatnego urlopu rodzicielskiego. Kobieta może przekazać część swojego urlopu macierzyńskiego na partnera i dzielić się z nim urlopem rodzicielskim, jednak obowiązujący system nie motywuje do takich zachowań. Rzadko się zdarza, by kobieta np. po ośmiu miesiącach wróciła do pracy, a na kolejne dwa miesiące w domu przy dziecku zastąpił ją partner. Rozwiązanie, jakie mamy w Polsce, sprzyja tradycyjnemu podziałowi ról.

Jakie efekty mogłoby dać niezbywalne prawo ojca do części urlopu rodzicielskiego?

Takie prawo zostało wprowadzone w Szwecji i możemy obserwować następujące efekty: ojcowie zostają w domu przez miesiąc, dwa, a nawet dłużej i sami opiekują się małymi dziećmi w pierwszym roku ich życia. Jeśli mężczyzna od samego początku jest włączony we wszelką aktywność związaną z dzieckiem, opieka staje się częścią jego normalnego funkcjonowania. Niczym dziwnym nie jest dla niego przewinięcie, nakarmienie, ustalenie, czy dziecko ma temperaturę bądź w co je ubrać. Tak więc ojciec zaczyna dzielić z mamą odpowiedzialność w podejmowaniu decyzji dotyczących dziecka, a nie tylko spędzać z nim czas. Od narodzin dziecka opieka nad nim i odpowiedzialność spoczywa na barkach nie tylko kobiety, ale i mężczyzny. Taki system, jak wynika z badań, pozytywnie wpływa również na trwałość związków.

Nie ma u nas równego podziału ról, ale czy to sprawia, że Polki są mniej szczęśliwymi matkami?

Jeżeli pytamy o satysfakcję z życia i poczucie szczęścia, musimy pamiętać, że ludzie mają dużą zdolność dostosowywania się do sytuacji. Jeżeli kobiety przez dziesięciolecia realizowały podwójną rolę pracownika i opiekunki, to zdążyły się zaadaptować i mogą czuć się szczęśliwe. Ale patrząc na to, ile czasu na różne obowiązki poświęcają obie płcie i zwracając uwagę, jak dzielą się pracą zawodową i tą w domu – można zauważyć, że nawet jeżeli mają podobny poziom satysfakcji z życia, to czasu wolnego kobiety mają mniej. Z tego nierównego podziału mogą wynikać bardzo różne konsekwencje na przyszłość. Załóżmy, że mamy rodzinę z dwójką dzieci. Kobieta poświęca się opiece nad dziećmi albo pracuje na część etatu, a mężczyzna głównie pracuje i oboje są szczęśliwi w tej relacji. Tyle że lata upływają, dzieci dorastają, kobieta w pewnym momencie podejmuje decyzję, by wrócić do pracy. I co się okazuje? Trudniej jest jej znaleźć pracę i ma znacznie niższe dochody niż jej mąż czy partner.

Jakie to stwarza zagrożenia dla kobiety?

Ponieważ obecnie wiele par się rozwodzi, musimy myśleć, co z tymi kobietami będzie w przyszłości. Biorąc pod uwagę system emerytalny w Polsce, niestety, możemy się spodziewać bardzo poważnego ubóstwa kobiet. Kobiety, które pracują krócej, mają niższe dochody, więc automatycznie będą miały znacznie niższe emerytury niż mężczyźni, a ponieważ mają niewielki staż, może się okazać, że nie będą miały prawa nawet do minimalnej emerytury.

Według pani dlaczego w Polsce rodzi się mniej dzieci? W co powinni zainwestować rządzący, żeby Polki chciały decydować się na kolejne potomstwo, nie tracąc przy tym satysfakcji z życia?

Choć świadczenia pieniężne są potrzebne, to jednak przynajmniej połowę środków przeznaczonych na program 500+ należałoby zainwestować w powszechną opiekę nad dzieckiem w wieku do lat trzech w różnych postaciach: żłobek, klubik, dzienny opiekun. Idealnie byłoby, gdyby po skończeniu się urlopu rodzicielskiego i osobistej opieki sprawowanej przez rodzica dzieci były uprawnione do miejsca w żłobku, dziennego opiekuna czy do dofinansowanej z publicznych środków niani. Po drugie, powinno się zainwestować w instrumenty i kampanie aktywizacji ojców do opieki i przejmowania przez nich części odpowiedzialności za opiekę nad dzieckiem, np. oprócz wyłącznego prawa ojca do części urlopu rodzicielskiego warto również wprowadzić zachęty do sprawowania opieki nad chorym dzieckiem raz przez ojca, raz przez matkę – by nie było tylko tak jak jest obecnie, że w zdecydowanej większości przypadków jedynie matki biorą zwolnienia z pracy z tego powodu. Bez tego wszystkiego nie będzie prawdziwego baby boomu.

Zastanawiasz się, dlaczego w Polsce rodzi sie mniej dzieci? A czy wiesz, że…

  • ...narodziny dziecka wcale nie wzmacniają związku. Według badań Scotta Stanleya z uniwersytetu w Denver dziewięć na dziesięć małżeństw odczuwa pogorszenie się wzajemnych relacji po pojawieniu się potomstwa. Stanley badał małżeństwa przez 8 lat od urodzenia dziecka. Wyjątek stanowią pary z wyższymi dochodami i dłuższym stażem przed decyzją o pierwszym dziecku.
  • ...pary, które decydują się na pierwsze dziecko po 26. roku życia deklarują większą satysfakcję z życia od tych, które zostały rodzicami wcześniej. Tak wynika z badań profesor psychologii Sonji Lyubomirsky z Uniwersytetu Kalifornijskiego. Według niej „starsi rodzice są nie tylko bardziej dojrzali emocjonalnie, ale mają też zwykle więcej zasobów finansowych ułatwiających opiekę nad dziećmi”.
  • ...rozwody wcale nie muszą wpływać na spadek urodzeń. Pod warunkiem, że rozwodnicy wchodzą w nowe związki; wówczas często chcą mieć wspólne dziecko z nowym partnerem. Określa się to „efektem nowego partnera”. Tak wynika z badań przeprowadzonych przez zespół demografów z warszawskiej SGH, na którego czele stała prof. Irena Kotowska.

Dr. Anna Kurowska ekonomistka i politolożka, pracuje w Instytucie Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego, kieruje projektami badawczymi poświęconymi m.in. wpływowi polityki rodzinnej na dzietność

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Praca to nie wszystko – mężczyźni poszukują duchowości

Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
W czasie cywilizacyjnego kryzysu wielu mężczyzn orientuje się, że poświęcili bezwolnie wiele lat życia sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły. Intensywnie poszukują więc zgodnej z ich potrzebami życiowej ścieżki. To dobry kierunek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Przyjaciel powiedział mi, że traci firmę, musi sprzedać dom. Dodał, że pokonał go COVID-19, ale to i tak jego wina, bo powinien lepiej się zabezpieczyć. Czy mężczyźni zawsze biorą winę na siebie, gdy tracą firmę?
Tak, bo mają nieomal zapisaną w genach odpowiedzialność za materialne i finansowe bezpieczeństwo rodziny. Mają też wpisany w męski przekaz międzypokoleniowy wyścig samców, którego wynik ustawia ich w męskiej hierarchii w zależności od poziomu, na którym żyją, prestiżu, władzy i wpływu. Najgorsza pozycja, jaką mogą zająć w tym wyścigu, to „nieudacznik”; a gdy przyczyny klęski są obiektywne, to „pechowiec”. Reguły męskiego rykowiska są twarde i bezwzględne. Nieudacznicy i pechowcy nie mają szans na względy atrakcyjnej kobiety. A jeśli zdobyli ją wcześniej, to teraz czują, że zawiedli. No i tak zapewne czuje się dziś twój przyjaciel, podobnie jak tysiące innych mężczyzn w podobnej sytuacji.

Ale przecież mamy pandemię...
Pozornie sytuacja pandemiczna jest dla mężczyzn prestiżowo łatwiejsza, bo jest obiektywną przyczyną katastrofy wielu firm. Nikt też nie mógł takiej sytuacji przewidzieć ani nie jest w stanie jej dalszego rozwoju kontrolować. Trudno więc się czuć odpowiedzialnym za to, że pojawił się ten wirus i że wiele firm nie może sprzedawać tego, co do tej pory sprzedawało. Ale część mężczyzn i tak nie potrafi się z tej odpowiedzialności zwolnić, bo ich poczucie wartości, szacunku dla siebie, a nawet sens istnienia opierają się w ogromnej mierze na pracy. Od początku istnienia naszego gatunku mężczyzna – prócz płodzenia dzieci – był niezbędny do polowania, ciężkiej pracy i do walki z wrogiem. Tak więc nie ma się co dziwić, że na tym odwiecznym powołaniu nadbudowało się uniwersalne poczucie męskiej tożsamości i wartości. Patrząc z tego punktu widzenia, łatwo zrozumieć, dlaczego ostatnie 30 lat rozwoju technologii, emancypacji kobiet i przemian obyczajowych spowodowało wśród mężczyzn powszechną tożsamościową katastrofę, kompensowaną równie powszechną eksplozją patriarchalnego konserwatyzmu i szowinizmu.

Pracować mogą maszyny, a walczyć – drony czy już wkrótce roboty. Mamy też sztuczne zapłodnienie...
Właśnie. Pomijając coraz większe męskie kłopoty z płodnością, to nawet odwieczny wzorzec mężczyzny – dostarczyciela żywności, pieniędzy i innych dóbr potrzebnych do tego, aby rodzina bezpiecznie funkcjonowała, również zanika, bowiem kobiety coraz lepiej sobie radzą z zarabianiem na siebie i na dzieci. Mało tego, mężczyznom obecnie tylko się wydaje, że w ostrej rywalizacji zdobywają atrakcyjne kobiety. Dziś to raczej kobiety wybierają coraz rzadsze okazy płodnych, odpowiedzialnych i gwarantujących bezpieczeństwo mężczyzn.

Z tych wszystkich powodów mężczyzna tracący firmę, którą stworzył, w swoich własnych oczach traci wszystko. Zachowanie stałego i obfitego źródła dochodów nadal spełnia podstawowe kryteria tradycyjnego męskiego wzorca. Dziś w bardzo wielu męskich sercach i głowach kłębią się autodestrukcyjne uczucia i myśli, a szczególnie groźnymi czyni je tradycyjny scenariusz męskiej roli podpowiadający tak zwane honorowe wyjście – czyli samobójstwo. Zaznaczmy jednak, że współczesne samobójstwo niekoniecznie oznacza pozbawienie siebie życia. Może równie dobrze przybrać inną autoagresywną formę: depresję, ciężką chorobę somatyczną, wpadnięcie w nałóg, katastrofę wizerunkową lub katastrofę sumienia w postaci zejścia na drogę przestępczą.

Mój przyjaciel boi się, że żona od niego odejdzie, jeśli on sprzeda dom i nie będzie miał tyle pieniędzy, ile do tej pory…
Dotykamy tu kolejnego składnika męskiego stereotypu, zgodnie z którym mężczyzna kobietę zdobywa, porywa lub kupuje, nie zważając na jej uczucia ani wolę. W konsekwencji więc nie może liczyć z jej strony na stabilizującą związek miłość czy choćby przywiązanie, a tym samym na wierność czy lojalność. Ten stereotyp z góry zakłada, że kobieta prowadzi z partnerem wyrachowaną grę o zapewnienie sobie bezpieczeństwa i przetrwania. Może więc w każdej chwili go opuścić, gdy jakiś inny mężczyzna zaoferuje w tych sprawach więcej pewności.

Warto zauważyć, że wspomniany stereotyp do dziś znajduje potwierdzenie w faktach, bowiem tysiąclecia patriarchalnego zniewolenia i niedostateczna obecność ojców w wychowaniu dziewczynek pozostawiły w zbiorowej świadomości kobiet trwałe przekonanie, że na miłość zdobywcy nie ma co liczyć. A w konsekwencji nie wolno angażować serca w relację z nim. Z tych powodów wiele męsko-damskich związków ma nadal charakter transakcji: seks, obsługa i ewentualnie dzieci – w zamian za bezpieczeństwo i odpowiednio wysoki poziom życia. W tej sytuacji mężczyzna zdobywca słusznie boi się, że straci żonę, gdy nie będzie go stać na spłacanie rat i odsetek od ustalonej pierwotnie ceny.

Czyli pod tym zdobywcą ukrywa się chłopiec, który nie czuje się kochany. Myśli, że musi dać mamie – a teraz partnerce – kwiatek, żeby go kochała.
Przekonanie większości mężczyzn, że za uznanie i lojalność kobiety trzeba zapłacić i zasłużyć na nie ciężką pracą, bywa często uzasadnione. Kobieta, która chce mieć dzieci i rodzinę, nie wybierze na partnera faceta bez pracy, aspiracji i pomysłu na życie. Dla takiej kobiety priorytetem jest bezpieczeństwo dzieci, a wysokość uposażenia kandydata i jego zdolność do pracy w ogromnej mierze to gwarantują. Jeśli więc mężczyzna nie oferuje nadziei na materialne bezpieczeństwo, to może być dla kobiety jedynie dodatkiem, obiektem przemijającego zachwytu i ewentualnie źródłem zmysłowej przyjemności, ale nie mężem ani ojcem wspólnych dzieci.

Czyli mężczyźni muszą inwestować swoje siły w pracę, bo inaczej nie znajdą kobiety? Nie przesadzasz trochę?
Kobietę może znajdą, ale nie będzie to odpowiedzialna, długo­letnia partnerka do współwychowywania dzieci i założenia rodziny. Takie kobiety z całą pewnością pominą leniwych, pechowców i nieudaczników w swoich zasadniczych życiowych wyborach. Bezpieczeństwo dla kobiet w takich sprawach bywa najważniejsze. Często ważniejsze niż romantyczna miłość. Mówię to oczywiście na podstawie własnych obserwacji.

A dla mężczyzny? Co jest ważniejsze? Miłość czy praca?
To zależy od tego, w jaki sposób uformowało mężczyznę jego dzieciństwo. Jeśli matka w okresie do czterech lat nie dała synowi miłości bezwarunkowej, a potem nagradzała go czułością wyłącznie za osiągnięcia – a na dodatek syn widział, że ten sam schemat działa w związku rodziców – to gdy dorośnie, będzie nadmiernie, a nawet obsesyjnie poświęcał się pracy, nieświadomie rujnując zarówno siebie, jak i więź z partnerką.

Mój inny przyjaciel pracuje w korporacji, zarabia dużo, ale chciałby mieć więcej czasu na rozwój wewnętrzny. Tymczasem nie ma, bo dzieci i dom. No i ostatnio poprosił mnie o numer telefonu do jakiegoś psychiatry…
W czasie cywilizacyjnego kryzysu, w którym coraz bardziej się pogrążamy, wielu mężczyzn orientuje się, że bezwolnie poświęcili wiele lat życia, potu, łez i krwi sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły, a jednocześnie widzi, że systemowa rzeczywistość staje się coraz mniej przewidywalna. Z tych dwóch powodów coraz więcej mężczyzn intensywnie poszukuje teraz bardziej autonomicznej i zgodnej z ich prawdziwymi wartościami i potrzebami życiowej ścieżki. Staje się to dziś potrzebą wielu milionów mężczyzn na świecie, a także bardzo wielu kobiet. Bo nasze gatunkowe, megalomańskie przekonanie o tym, że jesteśmy w stanie podporządkować sobie przyrodę, okazuje się iluzją o katastrofalnych skutkach. A to każe nam dostrzec, że poświęcanie życia egoistycznej pogoni za bezpieczeństwem, przyjemnością i statusem, kosztem przyrody i życia innych gatunków zamieszkujących naszą planetę, jest w istocie autodestrukcją.

W związku z tym coraz więcej ludzi dochodzi do jeszcze jednego ważnego wniosku. Mianowicie zdają sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać.

Jest jakaś specjalna męska duchowość odkrywana w czasach takich jak dziś?
My, mężczyźni, często mamy zamknięte serca, więc nasza duchowość jest jednostronnie racjonalna, teoretyczna – staje się intelektualnym konstruktem, a nie żywym przeżyciem doznawanym z chwili na chwilę. Aby więc doświadczyć żywej duchowości, musimy otworzyć serca na miłość, empatię, współodczuwanie i troskę, czyli na to, co stereotypowo uznawane jest nadal za atrybuty kobiecości. To samo w sobie nie jest łatwe, a dodatkowo wymaga odwagi skonfrontowania się z wypartym, skumulowanym bólem własnego serca i sumienia, przed którymi od wieków uciekamy.

Jeśli mężczyzna odkrywa, że źle inwestuje czas i energię, pracując tam, gdzie pracuje, to jak to może wpłynąć na jego życie?
Rozwój duchowy – czy choćby podążanie za swoimi prawdziwymi potrzebami – z reguły wymaga radykalnej zmiany kierunku i stylu życia, co łączy się często z obniżeniem poziomu materialnej egzystencji. Ale kryzys temu sprzyja, bo tak zwana normalność już nie wróci. Świat, w którym zaczynamy żyć, będzie nas coraz bardziej skłaniał do minimalizmu, zmniejszania kosztów, do prostoty i ograniczenia rozpasanej, obsesyjnej konsumpcji. Bo przecież nie wymaga to nadzwyczajnej przenikliwości, by dostrzec, że także ideologia permanentnego wzrostu gospodarczego okazała się nader szkodliwą iluzją.

Mężczyźni w pandemii mogą przejść duchową przemianę?
I przechodzą. Nie tylko tę wymuszoną, spowodowaną obiektywnymi trudnościami i zablokowaniem przez pandemię perspektywy dalszej kariery i rozwoju. Coraz częściej obserwuję transformacje całkowicie dobrowolne, wynikające z pogłębionej refleksji nad sobą i swoim życiem. Bywają to przemiany naprawdę spektakularne. Na przykład: młody prawnik z własną dobrze prosperującą kancelarią i perspektywą rozwoju zdał sobie sprawę, że to, co robi, jest niezgodne z jego głębokimi potrzebami i aspiracjami. W rezultacie w ciągu dwóch lat zlikwidował biuro, zrezygnował z bardzo dobrych dochodów i cały swój potencjał zaangażował w proekologiczne akcje społeczne. Inny przykład: korporacyjny menedżer, przez lata ślepo i całkowicie oddany pracy, odkrył, że to jest niezgodne z jego prawdziwymi potrzebami i wartościami, i postanowił zająć się stolarką i ciesielstwem.

Co może zrobić mężczyzna, żeby się nie zabić, kiedy straci wszystko?
W takiej sytuacji pomaga perspektywa duchowa, czyli świadomość swojej prawdziwej tożsamości, a tym samym wartości. Innymi słowy, dostrzeżenie wartości życia jako takiego – i że nasze życie jest tylko jednym z niezliczonych jego przejawów. Z tym nieodzownie wiąże się świadomość postrzegania procesu życia jako nieustannej zmiany, a także tego, że nasze przemijanie jest naturalnym i oczywistym elementem tej wiecznej przemiany. Trzeba więc przestać marudzić i włączyć się na całego w ten proces – poddawać się zmianie i cieszyć się nią, zamiast chwytać się tego, co nieuchronnie przemija.

Ale co powiemy kobietom, które nie akceptują obniżenia standardu życia i oczekują od mężczyzn, żeby nadal zapewniali im wygodę i luksusy?
W takiej sytuacji mężczyzna powinien się zastanowić, czy naprawdę chce poświęcić swój czas, swoją przyszłość, swoje prawdziwe potrzeby, cele i aspiracje dla kobiety, która go zwyczajnie nie kocha. Z kolei kochające partnerki, które często mają tendencję do lekceważenia skali problemu, jakim dla mężczyzny jest utrata pracy i statusu, powinny pamiętać, że deficyt ich empatii w tej sprawie wynika być może stąd, iż dla części kobiet zdolnych do rodzenia dzieci macierzyństwo w naturalny i zasłużony sposób staje się wystarczającym sensem ich życia. Pozbawieni takiej możliwości mężczyźni są więc niejako skazani na poszukiwanie sensu ich życia w pracy, kreatywności, twórczości, budowaniu, dostarczaniu, a także w bronieniu i walce.
Warto chyba przypomnieć w tym miejscu to, co wiele razy już mówiłem: aby w dobie kryzysu i transformacji uratować mężczyzn, musimy wszyscy zapomnieć o społecznych stereotypach płci, bo dzięki temu będziemy mogli myśleć i zachowywać się w zgodzie z okolicznościami. Wtedy dopiero mężczyzna tracący pracę i skonfrontowany z koniecznością podjęcia zadań nadal pracującej żony nie będzie tego traktował jako wstydu i degradacji, lecz bycie w domu uzna za wyzwanie uruchamiające jego zasoby kreatywności, zaradności, siły oraz zdolności do zabawy. Wtedy nic złego mu się nie stanie, a wszyscy w rodzinie na tym zyskają.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Czas na zatrzymanie. Luksus, fanaberia czy potrzeba?

Pozostawiając za sobą na chwilę swoją codzienną rzeczywistość, rutynę, przyzwyczajenia – możemy łatwiej usłyszeć siebie. (Fot. iStock)
Pozostawiając za sobą na chwilę swoją codzienną rzeczywistość, rutynę, przyzwyczajenia – możemy łatwiej usłyszeć siebie. (Fot. iStock)
Zatrzymaj się, pomyśl, poczuj, odkryj sens, znajdź swoją misję, stwórz wizję... Jesteśmy zachęcani do zatrzymania się, zadawania sobie niewygodnych pytań i dzięki temu poznawaniu siebie. Po co przeszukiwać wnętrza naszych osobowości? Czy to moda, czy prawdziwa potrzeba?

Zatrzymaj się, pomyśl, poczuj – słyszymy, czytamy w wypowiedziach coachów, trenerów, psychoterapeutów czyli osób zajmujących się rozwojem osobistym. Jesteśmy zachęcani do wyjazdów w miejsca odosobnienia w kontakcie z naturą, podróży vision quest, medytacji, zadawania sobie często niewygodnych pytań: „kim jestem?”, „jaki jest sen moich działań?”. Po co mamy to robić? Po co mamy przeszukiwać wnętrza naszych osobowości, czyli – potocznie mówiąc: „grzebać w sobie”? Czy to moda, czy prawdziwa potrzeba?

Nie każdy tego potrzebuje i też nie na każdym etapie życia jest to niezbędne. Jeżeli zebrałeś już dość wiedzy i każda dodatkowa informacja przepełnia cię jak przysłowiowa herbata filiżankę – działaj. Ale może nie masz nawet czasu napełnić taczek, z którymi biegasz, nie wiedząc, co budujesz, komu i po co – zatrzymaj się. A może od dłuższego czasu leżysz na kanapie i nie sprawia ci to już przyjemności – zadaj sobie pytanie: co dalej?

Ale tak naprawdę, nic nie musisz zmieniać. Może twoją misją życiową jest właśnie bieganie z tą taczką. Może twoje leżenie na tej kanapie ma swój sens. Może nie potrzebujesz niczego więcej wiedzieć - wiesz, co robisz i co jest dla ciebie dobre. Ale jeżeli odczuwasz dyskomfort, to może warto się zatrzymać i sprawdzić, czy nie leżysz w objęciach wroga lub nie biegasz na jego usługi.

Jest czas na zadawanie pytań, czas na odpowiedzi, czas na działanie i czas na odpoczynek. Ale zbyt długie przebywanie tylko w jednym z tych okresów kończy się dyskomfortem, zniechęceniem, wypaleniem zawodowym lub nawet depresją - i wtedy może warto zatrzymać się i zadać sobie kilka ważnych pytań.

Kto jest wrogiem, a kto sprzymierzeńcem?

Carlos Castaneda, amerykański antropolog, wskazał czterech wrogów człowieka wiedzy: strach, jasność umysłu, moc, starość. Można na nich spojrzeć również jako na wrogów lub przyjaciół naszego rozwoju. Na podobnej zasadzie jak nasze cechy, które w niektórych sytuacjach mogą być naszymi zaletami, a w innych – wadami. Coś co w danej sytuacji jest dla nas sprzymierzeńcem, za chwilę może zmienić się we wroga. I odwrotnie. Przyjrzyjmy się więc bliżej sposobom ich działania.

Strach

Dzisiejszy świat oferuje nam ciągle nowinki. Można powiedzieć, że zmiana goni zmianę. Wychodzenie ze strefy komfortu pomału staje się codziennością. Naszą biologiczną reakcją na to, co nieznane, odziedziczoną po praprzodkach jest strach, bo kiedyś wiązało się to często z zagrożeniem życia. Odziedziczyliśmy więc w prezencie trzy reakcje: ucieczka, zastygnięcie lub walkę. To nas chroni przed nowym, innym, nieznanym, czyli tym, co narusza nasze dotychczasowe przekonania i związane z nimi poczucie bezpieczeństwa. Wolimy więc zaprzeczyć, wycofać się odmówić, ośmieszyć. Ale strach i tak jest z nami, a to są jego strategie, których celem jest – odciąć nas od wiedzy. I dlatego strach jest jednym z największych wrogów człowieka i tym samym pierwszym do pokonania na naszej ścieżce rozwoju. Sposobem na pokonanie go jest zyskanie świadomości: poszukiwanie informacji, zdobycie wiedzy na dany temat, poznanie punktów widzenia innych osób.

Jeżeli jesteś w tym miejscu, zadaj sobie pytania: Czym jest ta nowa sytuacja? Jak inni ją widzą? Na ile ta sytuacja jest zagrożeniem, a na ile szansą? Jaki mam wybór?

Gdy nieznane zostaje poznane, a nowe oswojone i zaprzyjaźnione z nami – strach znika.

Świadomość

Mamy już więc niezbędną wiedzę i własne zdanie na temat nowej sytuacji. Zyskujemy coraz większą pewność siebie, zaczynamy dzielić się naszą wiedzą z innymi. Ludzie słuchają nas z zainteresowaniem. Zaczynamy mieć poczucie omnipotencji, jesteśmy traktowani jako eksperci, coraz częściej widzą nas w roli lidera. Jeżeli jednak pozostajemy dłużej na etapie „gadającego guru”, nie tylko inni, ale też my sami wkrótce nie będziemy już chcieli siebie słuchać. Utkniemy w świecie naszych racji, poglądów, zaniedbując potrzebę sprawczości. Zaczniemy mieć wątpliwości, do głosu dojdzie krytyk podważający nasze kompetencje. Ratunkiem z tej sytuacji jest moc osobista i działanie.

Jeżeli jesteś w tym miejscu, zadaj sobie pytania: Jak chcę skorzystać z mojej wiedzy? Jakie są moje mocne strony? Jakie działania dają mi poczucie sensu? Co jest moją mocą osobistą?

Gdy mamy gotowość do działania, znika stagnacja, pojawiają się możliwości, propozycje.

Moc osobista

Mając wiedzę i kontakt z osobistą mocą, działamy, tworzymy w świecie nowe projekty. Rozwijamy się, inspirujemy innych, włączając ich do wspólnych działań. Świat nam na to odpowiada różnymi gratyfikacjami – finansami, uznaniem, awansem. Nabieramy poczucia, że nasze możliwości są nieograniczone, chcemy sięgać po kolejne wyzwania. Wiemy już jak to zrobić żeby osiągnąć sukces i osiągamy kolejny. Po pewnym czasie stajemy się cynicznym Midasem – wszystko jesteśmy w stanie przemienić w złoto. Co tracimy? Często poczucie wyższego sensu, bliskie relacje. Pojawia się poczucie pustki, którego nie jest w stanie wypełnić kolejna „zabawka”. Wyzwolenie często przychodzi w postaci zmęczenia, choroby, kryzysu albo jeszcze innej sytuacji, która zmusza nas do zatrzymania się, do konfrontacji ze swoją słabością, ze świadomością, że wszystko ma swój koniec, że nasze zasoby i nasz czas jest ograniczony. Zaczynamy nas coraz częściej myśleć o starości.

Jeżeli jesteś w tym miejscu, zadaj sobie pytania: Jaki świat chce zostawić moim dzieciom? Jakie były kiedyś moje marzenia? W co wierzę? Co chciałbym usłyszeć od bliskich na moje 80. urodziny? na własnym pogrzebie? Jaki jest w ogóle sens życia? Dokąd zmierza moje życie?

Starość

Mam na myśli starość nie tyle metrykalną co stan kontaktu ze swoją starością, a właściwie ze starszyzną w sobie. Czas, kiedy mamy za sobą już wiele osiągnięć, doświadczeń. Kiedy nie ogranicza nas strach, nie dajemy się uwieść władzy. Mamy świadomość swojej mocy i używamy jej rozważnie, w sprawach ważnych. Problemem jest zmęczenie i zniechęcenie. Szukanie odpowiedzi na wielkie pytania przytłacza nas niejednoznacznością i ambiwalencją, czujemy się wobec nich mali. Kanapa i ciepły kocyk ciągną coraz bardziej, szczególnie gdy mamy komfort finansowy. Można zasnąć, odejść, zniknąć…

Na szczęście budzi nas nasz przyjaciel strach! I tak ten cykl toczy się mniej lub bardziej dla nas świadomie.

Zadaj sobie pytania: Czy opisane tutaj sytuacje są ci znane? Ile cyklów jest już za tobą? Kto jest twoim największym wrogiem? Kto jest twoim sprzymierzeńcem? W której sytuacji bywasz najczęściej? W której jesteś teraz?

Powrót do natury

Samotność, post, modlitwa, medytacja i kontakt z naturą - to nieodłączne elementy rytuałów szamańskich ale też religijnych, które przez wieki towarzyszyły człowiekowi. Jeśli coś było dobre i potrzebne człowiekowi kiedyś, to może również teraz? Czy tak bardzo zmieniły się nasze potrzeby? A może wręcz przeciwnie, zostały te same, a my żyjemy w jeszcze trudniejszych warunkach, w odcięciu od natury i naszych biologicznych potrzeb. Spopularyzowana pod angielską nazwą metoda vision quest wywodzi się z tradycji indiańskiej, obecnie często jest elementem rozwoju osobistego (psychoterapia, coaching) w postaci różnych form warsztatów, medytacji, odosobnień w kontakcie z naturą, w celu uzyskania intuicyjnych odpowiedzi na pytania o sens, cel. Frank Grant światowej sławy praktyk w nurcie Wilderness & Adventure Therapy, zapytany o to jak głęboka jest praca metodą Vision Quest odpowiada: „Taka, na jaką jesteś gotowy”.

Pielgrzym również decyduje się na odosobnienie, nie tyle od ludzi, co od świata, jaki zna na co dzień, w którym nie ma zbyt wiele okazji i czasu na duchowe poszukiwania. Pielgrzymowanie z każdy krokiem oddala od tego, czym wypełniona jest nasza codzienność. Na drugi plan schodzi dom, rodzina, praca, obowiązki, najważniejsze staje się miejsce, do którego zmierzamy. Jest to jednocześnie intymna podróż w głąb siebie.

Pozostawiając za sobą na chwilę swoją codzienną rzeczywistość, rutynę, przyzwyczajenia – możemy łatwiej usłyszeć siebie. W naturze, której jesteśmy jednym z elementów, łatwiej jest szukać odpowiedzi na podstawowe pytania: „kim jestem?”, „jaki jest sens mojego istnienia?”.

Czas dla siebie – strata czy zysk?

Mówimy: „czas jest luksusem”, „najcenniejszą walutą jest czas”, tylko nikt nie wie, jaki jest dokładnie stan jego konta.

Może warto więc zastanowić się, na co go wydajemy, a może rozdajemy? Czy żyjesz na kredyt, rozrzutnie – na wszystko masz czas. A może oszczędzasz - odkładasz czas na ważne dla siebie sprawy na później. Może mówisz: „tracę czas na zatrzymywanie się”? A może właśnie wtedy go odzyskujesz?

Jak pisała Wisława Szymborska”: „Żyjemy dłużej ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami. Podróżujemy szybciej, częściej, dalej choć zamiast wspomnień przywozimy slajdy”.

Autorka jest coachem i właścicielką „Domu Pod Aniołami”, w którym z dala od zgiełku miasta towarzyszy osobom, które potrzebują się zatrzymać, spotkać ze sobą i znaleźć odpowiedzi na ważne dla siebie pytania.

  1. Psychologia

Sięgnij w głąb pokoleń – o tym, jak ważna jest relacja z przodkami

Jak odzyskać prawidłowe relacje z rodziną? Każdy z nas powinien uporządkować sobie pierwsze i drugie pokolenie wstecz, czyli zająć odpowiednie pozycje wobec rodziców i dziadków. Najpierw należy przyjrzeć się relacji z rodzicami, popatrzeć, czy ich przyjmujemy, czy odrzucamy, bo jeśli nie ma zdrowych relacji z nimi, to nie ma co szukać w głębi pokoleń. (Fot. iStock)
Jak odzyskać prawidłowe relacje z rodziną? Każdy z nas powinien uporządkować sobie pierwsze i drugie pokolenie wstecz, czyli zająć odpowiednie pozycje wobec rodziców i dziadków. Najpierw należy przyjrzeć się relacji z rodzicami, popatrzeć, czy ich przyjmujemy, czy odrzucamy, bo jeśli nie ma zdrowych relacji z nimi, to nie ma co szukać w głębi pokoleń. (Fot. iStock)
Z Alicją Bednarską, specjalizującą się w ustawieniach rodzinnych według metody Hellingera, o tym, jak ważna jest relacja z przodkami – rozmawia Katarzyna Droga.

Artykuł archiwalny

Jak głęboko warto sięgnąć w dzieje pokoleń w ustawieniach rodzinnych?
Moim zdaniem, pierwsze i drugie pokolenie wstecz człowiek powinien sobie uporządkować, zająć odpowiednie pozycje wobec rodziców i dziadków. Ja sprowadzam sens ustawień do odzyskania prawidłowych relacji z rodziną i wiem z doświadczenia, że najczęściej nasze problemy w związkach czy z dziećmi wynikają z nieprzyjęcia własnych rodziców. A jeśli nie ma zdrowych relacji z rodzicami, to nie ma co szukać w głębi pokoleń – przyczyna tkwi dużo bliżej. Dlatego najpierw należy przyjrzeć się relacji z najbliższymi – mamą, tatą. Popatrzeć, czy ich przyjmujemy, czy odrzucamy – na przykład poprzez odwrócenie ról, nadopiekuńczość i poświęcenie.

Poświęcenie się matce może być aktem jej odrzucenia?
Tak, bo nie akceptujemy jej taką, jaka jest. Kobiety często mówią: „jest słaba, bezradna, muszę się nią opiekować, bo sobie nie poradzi”. W taki sposób nie przyjmują od matki życia. To widać na ustawieniach: córka stoi twarzą do matki i patrzy na nią z pozycji osoby silniejszej. To też pozycja partnera – czyli córka nie na swoim miejscu. Cały czas jest zwrócona do przeszłości, do całego szeregu przodków, a do swojego życia odwróciła się plecami. I dopiero jak pokłoni się matce, powie: „dziękuję ci za dar życia, przyjmuję cię taką, jaka jesteś, ale to ty jesteś duża, ja jestem mała, jestem tylko dzieckiem”, i odwróci się, by mieć jej wsparcie za swoimi plecami – wtedy wejdzie w swoje życie. A mama sobie poradzi. Jeśli ktoś nie wierzy – to ustawiam go w pozycji zależnej od własnego dziecka. Co byłoby, gdyby ono mówiło: „jesteś słaba, nie dasz rady beze mnie”. To pomaga.

Jeśli niesie się za matkę jej ciężar – bo ona choruje, ojciec był dla niej niedobry, pił, bił – to bierze się na swoje barki jej los. To dotyczy zresztą obojga rodziców – trzeba być ich dziećmi – nie partnerami czy opiekunami.

Tak naprawdę wszystkim rodzicom można coś zarzucić…
Nie warto. Wspominanie krzywd doznanych od rodziców to utknięcie w przeszłości. Stoi się twarzą do nich, a tyłem do swojego życia. Jeżeli ustawimy, nawet mentalnie, swoich przodków za sobą, to dadzą nam siłę, widok na własną przestrzeń. A jeśli cały czas wspominamy, że mama mnie nie przytulała, to nie idziemy do przodu.

Niektórzy piszą listę zarzutów do rodziców, a potem ją niszczą, ale ja nie zalecam tego ćwiczenia. Ono zmusza, by wspominać to, co złe – nawet jeśli potem mamy to podrzeć i wyrzucić. Nie tędy droga. Ja wierzę w list wdzięczności do ojca lub matki. „Nie mam za co być wdzięczna” – słyszę często. „Mój ojciec pił, musiałam nocą uciekać z mamą z domu”. „Masz do zawdzięczenia życie” – mówię wtedy – „I nawet jeśli tylko to, jest to dar największy”.

Niełatwo czasem wybaczyć.
Trzeba oddzielić człowieka od jego postępków. Nie musimy godzić się na przemoc ojca, ale uznać, że jest tylko człowiekiem, coś się złożyło na jego czyny. Nie chodzi o to, by akceptować, ale krytyka nie pomoże, tylko pomnoży zło. Według Hellingera, dzieci, też dorosłe, nie powinny wtrącać się w sprawy rodziców, bo wchodzą w cudze życie i tracą obraz swojej rodziny. Widać to w ustawieniach – człowiek zwrócony twarzą do rodziców, własną rodzinę ma za plecami.

Co jeśli dziecko nie spełnia ambicji rodziców lub im nie dorównuje?
Czyli mama lub tata są silni, a my do nich nie dorastamy? Wtedy jest dużo trudniej. Jedyne co można wtedy zrobić, to pokłonić się im. Powiedzieć np.: „Mamo – za wysoko ustawiłam poprzeczkę. Nie mogę jej dosięgnąć. To nie jest moje wyzwanie, lecz twoje. A to, co twoje, z całą miłością zostawiam przy tobie”. Ale nie należy sądzić, że problem zaraz zniknie. Bo jeśli ktoś ma niską samoocenę, to rzadko przyczyną jest tylko relacja z rodzicami, trzeba poszukać głębiej. Doradzam wtedy pracę nad sobą i włączenie innych terapii.

Bywa też, że w rodzinie faworyzuje się chłopca, a siostra, nawet starsza, żyje w jego cieniu. Te dziewczyny najczęściej nie mają same dzieci, nie mogą dać sobie rady, dopóki nie pogodzą się z tym, co było. Nie dopuszczają myśli, że są zazdrosne, bo to źle o nich świadczy. A muszą wybaczyć matce, by wziąć od niej życie.

Dlaczego dzieci zdradzonych często też są zdradzane?
Dzieci zdradzonej matki czy ojca – często, choć nie zawsze, przyciągają zdradę do siebie. Bo kobiety odrzucają lub uwielbiają ojca, który zdradza matkę – i przez tęsknotę za nim, za jego doskonałością, będą szukać podobnego mężczyzny. I znajdą. To jest w nich. Jeżeli z kolei mężczyzna ma takie relacje z mamą, że wchodzi w rolę jej partnera, na przykład wspiera ją, gdy jest zdradzana, nie stworzy zdrowego związku z kobietą. On ma już partnerkę – w mamie. Może być świetnym kochankiem, nawet bawidamkiem, ale nie mężem.

Czy mężczyzna wybiera partnerkę podobną do matki?
Raczej podobną do cech, za którymi tęskni – nie tylko mężczyzna, kobieta również. Ale może być też tak: mężczyzna ma silnego ojca, zdominowaną przez niego matkę i bierze za żonę kobietę mocną, zdecydowaną. Kieruje nim tęsknota za cechami ojca, szuka ich w żonie. To samo dotyczy „córeczki tatusia” – jeśli u boku ojca zajęła rolę partnerki – będzie jej trudno stworzyć zdrową relację będzie szukać w mężu ojca.

Ukochany dziadek okazał się przybrany. Czy to ma znaczenie?
Jest to zagadnienie osoby wykluczonej z rodziny. Kiedy okazuje się, że dziadek nie jest biologicznym ojcem naszego rodzica – ten prawdziwy, nieznany staje się osobą wykluczoną, zastąpioną przez kogoś innego.

Jeśli w jakimś pokoleniu znajduje się osoba wykluczona – także przez śmierć czy ułomność – to potem, w następnym, ktoś będzie powtarzał ten los. Bo to są dusze, które należą do rodziny, system chce je przywrócić, następuje zjawisko identyfikacji. Jeśli wykluczony jest dziadek, to wnuczka może powtarzać los pozostawionej babci, i trudno jej będzie znaleźć w życiu partnera.

Mam własną teorię: że osoby, które muszą gdzieś wyjechać, zostawiają rodzinę, wyruszają w świat – to są osoby, które powielają los osoby wykluczonej. Same eliminują się z rodziny, uciekają.

Jak tajemnice i zbrodnie wpływają na los rodzin?
Bywa, że tajemnica jest tak skrywana, że ujawnia się dopiero w ustawieniach. Ale nawet jeśli o niej nie wiemy, to wpływa na nasze życie. Może być źródłem chorób, zachwianych relacji. Trzeba wtedy popatrzeć wysoko, ponad głowami i dziejami rodziny, na los, który jest większy od nas. Postarać się pogodzić z tym, co się stało. Wtedy dopiero można wrócić do swojego życia. Szczególnie jednak bywa trudno, gdy tym zdarzeniem jest na przykład zbrodnia.

W przypadku morderstwa psychoterapeuta Otto Brink ustawiał ofiarę i kata naprzeciwko siebie, bo ofiara i kat należą do siebie, są jednym. Kłaniają się sobie nisko i długo. To spojrzenie pojednania. Jeśli osoba, która nosi w sobie obraz morderstwa, powie: „zgadzam się na to, przyjmuję, że tak było”, uwolni się od tego obrazu i może dostanie coś nowego od życia.

Skoro matka jest tak ważna, to jak na dziecko działa jej utrata?
Kiedy umiera matka i zostawia swoje dziecko, to ono będzie tęsknić zawsze. I czego by w życiu nie osiągnęło, odczuwa ból, że mama tego nie widzi.

Na warsztatach ustawiam takie dziecko twarzą w twarz z mamą. To trwa. Ale kiedy ono powie: „mamo, tak bardzo mi ciebie brakuje”, kiedy przytuli się i wypłacze, to wyzna: „zawsze będziesz miała miejsce w moim sercu, pozwalam ci odejść do światła, ale pobłogosław mnie i wspieraj w dalszym życiu”. Bo pozwolenie na odejście nie oznacza, że mamy już ze mną nie będzie.

Bardzo pomaga wspominany list wdzięczności, lista wszystkiego dobrego, co dostało się od matki – to sprawia, że w pamięci ożywają dobre zdarzenia. Gdy je wypiszemy, zrównoważą te niedobre albo sprawią, że tamte zbledną.

Lepiej będzie nam w życiu, jeśli uświadomimy sobie, że to my sami bierzemy od rodziców dobro, radość, miłość lub smutek czy żal. Bo jeśli tak na to spojrzymy, wciąż możemy coś z tym zrobić, nie jesteśmy bezradni. To jedna z najważniejszych nauk.

Systemowe Ustawienia Rodzinne Berta Hellingera wywodzą się z założenia, że każda rodzina jest systemem, w którym panuje określony porządek i od którego nie można się odciąć. Zaburzenie powoduje zakłócenia i wpływa negatywnie na życie członków rodziny. Symboliczne przywrócenie rodzinnego porządku pozwala wprowadzić ład i uzdrowić relacje we własnym życiu i rodzinach.

Alicja Bednarska, trener rozwoju potencjału osobistego, praktyk NLP, integracji i transformacji oddechem. Uczennica m.in. Berta Hellingera, Otto Brinka, Daana van Kampenhouta. Praktykuje ustawienia hellingerowskie. Prowadzi ośrodek rozwoju Berckana.

  1. Psychologia

Dzieci na skraju załamania nerwowego, czyli rzecz o dziecięcej psychiatrii

Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Psychiatria dziecięca to w Polsce temat wzbudzający ogromne emocje, bo potrzebujących pomocy jest coraz więcej, a nie wiadomo, gdzie szukać wsparcia. Specjaliści apelują jednak, by zamiast straszyć statystykami, odczarować psychiatrię i usprawnić współpracę między domem i szkołą.

Jesienią przetoczyła się u nas burza o finansowanie psychiatrii dziecięcej. Potrzeby są ogromne, a oddziały psychiatryczne tak przepełnione, że trafiają tam tylko najcięższe przypadki, z udokumentowanymi próbami samobójczymi. Samobójstwa są drugą co do częstotliwości przyczyną zgonów wśród nastolatków w Polsce, a co dziesiąty nastolatek (czyli ok. 650 tys. młodych ludzi) wykazuje zaburzenia psychiczne wymagające pomocy profesjonalistów. Rośnie liczba całościowych zaburzeń rozwojowych, zaburzeń nastroju i osobowości, samookaleczeń, stanów lękowych, zaburzeń odżywiania. A pandemia spotęgowała jeszcze wzrost uzależnień behawioralnych, takich jak nałogowe korzystanie z komputerów czy smartfonów i wcale nie ograniczyła agresji rówieśniczej, bo konflikty przeniosły się do sieci.

Ze strony specjalistów, psychiatrów dziecięcych coraz częściej słychać jednak apel, żeby nie skupiać się tylko na tym, co złe. Psychiatria, szczególnie dziecięca, to delikatna materia. Jeśli wciąż, ze wszystkich stron, słychać głosy, jak jest tragicznie, beznadziejnie, nic się nie dzieje, to może zadziałać jak samospełniająca się przepowiednia. I sygnał dla potrzebujących, że i tak nie warto szukać pomocy, bo jej nie ma. Może czas zwrócić uwagę, że w mrocznym tunelu zwanym dziecięcą psychiatrią pojawia się zielone światło. A właściwie na razie światełko... Ale jest.

Pieniądze to nie wszystko

– W problemie z psychiatrią dziecięcą chodzi przede wszystkim o przebudowę systemu – podkreśla psychiatra Agnieszka Dąbrowska z warszawskiego ośrodka „Relacje”. – Dopóki mamy do czynienia z dziećmi, które przyszły do nas za późno, mając na koncie na przykład próby samookaleczenia się, oznacza to, że system nie działa, jak powinien. Gdybyśmy spotkali się wcześniej, terapia wyglądałaby zupełnie inaczej; byłaby skuteczniejsza i krótsza. I na tym trzeba się skupić.

Doktor hab. n. med. Maciej Pilecki, kierownik Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży Katedry Psychiatrii UJ CM w Krakowie, idzie jeszcze dalej: – Założeniem wdrażanej reformy w psychiatrii nie jest tylko reakcja na kryzys. Ale przede wszystkim profilaktyka. Można wręcz mówić o wyszukiwaniu dzieci z problemami, wychodzeniu im naprzeciw, żeby zadziałać na czas.

Wyobraźmy sobie dziewczynkę z obniżonym, wciąż pogarszającym się nastrojem. Z myślami samobójczymi. Która w dodatku obsesyjnie chce schudnąć. Żeby pomoc była efektywna, trzeba przede wszystkim jak najwcześniej znaleźć genezę problemu. – Dzieci chodzą często na psychoterapię, gdzie rozmowa skupia się na objawach. Tymczasem musimy się dowiedzieć, co jest źródłem takich zachowań – podkreśla Agnieszka Dąbrowska. – Znaleźć odpowiedź na pytanie, czego w życiu tej dziewczynki jest za dużo, jakich emocji, obciążeń, że nie wytrzymuje. Lub czego za mało, że zabrakło jej narzędzi do poradzenia sobie z własnymi emocjami. Czy źródło problemów tkwi w domu, szkole, w kontaktach towarzyskich? Co się wydarzyło, co przeoczyliśmy?

Odczarować psychiatrię

Od początku ósmej klasy Ania ze wszystkich stron słyszała, że musi się uczyć, żeby jak najlepiej zdać egzamin ósmoklasisty, bo od niego zależy jej przyszłość. Czuła, że nie daje rady i że jest ze swoją niemocą sama. Rodzice pochłonięci problemami młodszego brata, u którego zdiagnozowano cukrzycę, nie dostrzegli zmiany w zachowaniu córki. Ania zamykała się w pokoju, patrzyła w sufit, słuchała muzyki. Przestała się uczyć. Wychowawczyni coraz częściej sygnalizowała niepokojące zachowania nastolatki: płacz podczas lekcji, wybuchy złości. Rodzice jakby wybudzili się z letargu. Zgłosili się do Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Po kilku spotkaniach z dziewczyną terapeutka zasugerowała, że konieczne jest włączenie psychiatry, bo ma wrażenie, że wciąż nie może się dokopać do prawdziwego problemu. Ania jest zamknięta, wycofana, nie chce rozmawiać. Mówi, że nie widzi sensu terapii. Psychiatrze wystarczyło jedno spotkanie, żeby zdiagnozować depresję. Przepisała leki i Ania poczuła się lepiej.

Tyle że dla wielu osób wizyta u psychiatry to wciąż duży problem. – Wielu rodziców, szczególnie starszych pokoleniowo, myśli „psychiatria” i widzi „Lot nad kukułczym gniazdem”, drzwi bez klamek, kraty w oknach, szaleństwo, kaftany bezpieczeństwa – mówi Agnieszka Dąbrowska.

Magdalena Parol, zastępca Dyrektora Środowiskowego Centrum Zdrowia Psychicznego dla dzieci i młodzieży EZRA UKSW w Piasecznie, podkreśla, że wizyta u psychiatry to często ostateczność, bo oznacza, że dziecko jest inne, dziwne. – Dochodzi do tego strach przed ostracyzmem społecznym i tym, co powiedzą znajomi, dlatego tak ważne jest, abyśmy działali wcześniej, reagowali na objawy, zmiany w zachowaniu, momenty krytyczne – wyjaśnia.

Kiedy rodzice Tomka powiedzieli jego babciom, że psychiatra skierował chłopca na dzienny oddział psychiatryczny, obie zaniemówiły z przerażenia i oburzenia. Nie były w stanie zrozumieć, że w ten sposób można mu pomóc. Że ich ukochany 13-letni wnuczek nie jest rozbrykanym, żywym chłopcem, podobnym do rówieśników, a zdiagnozowano u niego zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne i ma za sobą liczne samookaleczenia. „Niszczycie mu życie. Już na zawsze zostanie wariatem” – próbowały przekonać rodziców chłopca, ale ci nie odpuścili. Tomek od października jest na oddziale dziennym, rano ma lekcje, później terapie, zbiorowe i indywidualne. Co jakiś czas prowadzący terapeuta spotyka się z rodzicami.

– W kryzysach psychicznych efekty nie przychodzą zaraz. To żmudny, powolny proces. Nie od razu jest się czym pochwalić – podkreśla Oliwia Pogodzińska, psycholog z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Rodzice Tomka zdają sobie z tego sprawę, ale widzą poprawę w zachowaniu i samopoczuciu syna.

Zaopiekuj się mną

Ania i Tomek mieli sporo szczęścia. Ani przyglądała się wychowawczyni, która zgłosiła problem rodzicom, a oni skontaktowali się z psychoterapeutką. Ta z kolei uznała, że musi wkroczyć psychiatra, a potem zadziałały leki. Również rodzice Tomka zaufali psychiatrze, który wystawił skierowanie na oddział dzienny.

Współpraca osób skupionych wokół dziecka jest jednym z filarów, na których ma się opierać wprowadzana reforma w psychiatrii dziecięcej. Zakłada ona zmianę modelu pomocy udzielanej osobom doświadczającym kryzysu psychicznego. Ale współpraca to nie wszystko. Aby terapia była szybka i skuteczna, niezbędna jest interwencja w najbliższym środowisku dziecka, rówieśniczym, szkolnym i rodzinnym. Magdalena Parol tłumaczy, że chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak, by szkoła, nauczyciele, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować.

Stąd pomysł na wprowadzenie trójstopniowego podziału ośrodków udzielających pomocy dzieciom i młodzieży. Podstawą mają być Ośrodki Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej. To taka pozytywistyczna praca u podstaw. Jeśli zadziała, może się okazać, że nie trzeba wdrażać (lub rzadziej niż do tej pory) drugiego stopnia, czyli kierować dziecko do psychiatry czy na dzienny oddział psychiatryczny. I uda się uniknąć ostateczności, pobytu na zamkniętym oddziale psychiatrycznym. Psychiatrzy podkreślają, że ponad połowa pacjentów nie potrzebowałaby hospitalizacji, gdyby uzyskała pomoc wcześniej, np. w poradni psychologicznej. Docelowo w każdym powiecie ma powstać co najmniej jedno Środowiskowe Centrum Zdrowia Psychicznego. Czyli ok. 300 w całej Polsce. Pomoc ma przyjść w czasie do 72 godzin od zgłoszenia. Spotkanie może odbyć się także w domu, w naturalnym środowisku dziecka. Rodziny mogą liczyć na wsparcie psychologa, diagnosty, psychoterapeuty. Tworzony jest indywidualny plan zdrowienia. Doświadczony psycholog lub psychoterapeuta zdecyduje, czy młody człowiek w ogóle potrzebuje specjalistycznej psychiatrycznej konsultacji.

Stanąć na wysokości zadania

– Duży nacisk kładziemy na rolę terapeuty środowiskowego, który zbiera wywiad, staje się opiekunem i wsparciem dla procesu zdrowienia. Przyjdzie do domu na pierwszą wizytę, zadzwoni, porozmawia z osobami, które mogłyby wspierać dziecko, zapyta, jak funkcjonuje pacjent i inni członkowie rodziny. Ma też być łącznikiem między dzieckiem, rodziną a szkołą – wyjaśnia Magdalena Parol.

Na razie, jak wynika z badań przeprowadzonych wśród nauczycieli przez Fundację „Szkoła z klasą”, współpraca pomiędzy podmiotami, które działają na rzecz dobrostanu psychicznego dzieci – czyli domem i szkołą – praktycznie nie istnieje. Zdarza się, że uczeń czy uczennica chodzą na terapię, leczą się u psychiatry, a nie wie o tym ani wychowawca, ani psycholog czy pedagog szkolny. Trzy czwarte nauczycieli uważa, że główną przyczyną problemów dzieci jest brak wsparcia ze strony rodziców. Wielu z nich nie interesuje się tym, co się dzieje w szkole. Nie wiedzą, z kim córka czy syn się koleguje, z kim jest w konflikcie. Reagują dopiero, gdy sytuacja jest dramatyczna, na przykład dochodzi do próby samobójczej.

Rodzice odbijają piłeczkę i opowiadają o nauczycielach, którzy kończą lekcję i niczym więcej się nie interesują. Dostaje się też szkolnym psychologom i pedagogom. W większości szkół pracuje pedagog, jednak często jest zatrudniony poniżej pełnego etatu. Psycholog jest w jedynie 6 na 10 placówek. Praca pedagogów i psychologów ogranicza się do gaszenia wybuchających co i rusz pożarów. A wizyta u nich staje się dla dzieci karą. Nie każdy też potrafi indywidualnie podejść do ucznia, więc uczniowie odbiegający od normy nie mają łatwego życia.

Powodzenie reformy zależy od otwartości i gotowości każdej ze stron. Na szczeblu domowym czujni powinni być rodzice. Szczególnie na wszelkie zmiany w zachowaniu dziecka, gdyż – jak przypomina Oliwia Pogodzińska – depresja nie zaczyna się z dnia na dzień. Psycholożka podkreśla, że składa się na to długotrwałe osamotnienie, brak wsparcia, umiejętności radzenia sobie z problemem. Wielu dorosłych kwestionuje depresję u dzieci, wątpi, że mogą one mieć prawdziwe problemy.

Reforma zakłada współpracę ośrodków ze szkołami i przedszkolami. Tak jak np. w poradni psychologicznej dla dzieci EZRA UKSW w podwarszawskim Piasecznie. – Mamy porozumienie ze szkołami i przedszkolami z powiatu piaseczyńskiego. Te instytucje mają zgłaszać do nas dzieci z problemami, gdy zauważą np. fobie, lęki, obniżony nastrój, pierwsze sygnały kryzysu psychicznego. Ten poziom wsparcia jest kluczowy – wyjaśnia Magdalena Parol. Przewidziano szkolenia dla psychologów i pedagogów, spotkania z rodzicami. I mają być to spotkania merytoryczne, nie pogadanki. Przekazujące konkretną wiedzę, mechanizmy, rady, jak rozmawiać z dzieckiem, na co zwracać szczególną uwagę, gdzie się zgłaszać. Rodzice muszą jednak chcieć w tych spotkaniach uczestniczyć, czyli przede wszystkim dostrzec w nich sens. Przemóc wstyd i dopuścić do siebie myśl, że dziecko, a tym samym cała rodzina, ma problem. I nie bać się skontaktować z Ośrodkiem Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej.

Doktor Maciej Pilecki uważa, że im wcześniej zwróci się uwagę na kondycję psychiczną dziecka, tym lepiej. – Już do bilansu siedmiolatka włączyłbym pytanie o jego zdrowie psychiczne. Ale przeprowadziłbym taką rozmowę bez obecności rodzica. Spytałbym dziecko, czy czuje się dobrze samo ze sobą. Czy jest coś ważnego, o czym nie chce mówić przy rodzicach. I dlaczego – dodaje.

– W psychiatrii dzieci i młodzieży mamy do zrobienia jeszcze wiele. Ale możemy to wszystko zrobić – jeśli tylko będziemy działać wspólnie. Bądźmy uważni na dziecko, nie bójmy się prosić o pomoc i pamiętajmy, że tam, gdzie pojawił się problem, tam jest jego rozwiązanie – puentuje Magdalena Parol.

I takie podejście daje nadzieję!

  1. Psychologia

Dlaczego powtarzamy te same destrukcyjne schematy w kolejnych związkach?

Jak powiedział Karl Gustaw Jung:
Jak powiedział Karl Gustaw Jung: "Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało twoim życiem, a ty będziesz nazywał to przeznaczeniem". (fot. i Stock)
Jak to się dzieje, że marzymy o dobrym i harmonijnym związku, a odnajdujemy coś zgoła odmiennego – emocjonalną huśtawkę, brak poczucia bezpieczeństwa, pustkę i poczucie, że szczęście konsekwentnie nas omija? Co więcej, każdy kolejny toksyczny partner okazuje się być bardzo podobny do poprzedniego.

Na początku nic na to nie wskazuje - jest romantyczny, czuły, zabiega o nas, wręcz nadskakuje. Aż pewnego dnia staje się zdystansowany, obojętny lub wręcz okrutny. I tak już pozostaje.

Gdy karoca zamienia się w dynię

- Mam wrażenie, że w moim życiu dzieje się coś strasznego – mówi Monika, 39-letnia kierowniczka działu w wydawnictwie. - Jestem dość nieśmiałą osobą, wiem, że moje poczucie własnej wartości jest kruche, stąd też stronię od ludzi, którzy wydają mi się mocno dominujący, natarczywi, agresywni. Jak to możliwe, że takich właśnie partnerów przyciągam? To jest jak scenariusz, który wciąż się powtarza. Zazwyczaj pierwsze dni, miesiące napawają mnie nadzieją, że karta się odwraca. Oto wreszcie spotkałam cudownego opiekuńczego i delikatnego mężczyznę - księcia z bajki. Sielanka trwa do czasu. W pewnym momencie zamiast czułych słów, słyszę tylko uwagi, złośliwości i docinki. Książę okazuje się gburem.

Mam za sobą ośmioletnie okropne małżeństwo. Mój mąż gnębił mnie psychicznie. Potrafił sprowokować kłótnię, doprowadzić mnie do płaczu, a potem wyjść z domu, trzaskając drzwiami, mówiąc, że idzie sobie, bo nie ma ochoty spędzać wieczoru z ryczącą nudziarą. Nie wracał na noc, a ja zamiast zmienić zamki w drzwiach, nie spałam do rana, czekając, że wróci. Nie wiem, jak zdobyłam się na to, aby wnieść sprawę o rozwód.

Monika po roku spotkała Michała, który wydawał się całkowitym przeciwieństwem jej eks.

- Byłam jeszcze trochę w rozsypce - wspomina. - Michał wspierał mnie, podnosił na duchu, a kiedy opowiedziałam mu swoją historię, wydawało się, że ma niemal łzy w oczach. Nie wiem, czy to jego perfidia, czy tak można się zmienić, ale kiedy zamieszkaliśmy razem od razu pożałowałam swojej decyzji. Stał się gburowaty, oschły, wydawał mi polecenia, krytykował i poniżał. Nie mogłam w to uwierzyć, ale po przejściach z mężem zdobyłam się na to, żeby z nim zerwać. Mówiąc szczerze uciekłam z naszego wspólnie wynajętego mieszkania. Bałam się jego złości.

Potem byłam sama przez półtora roku, obiecując sobie, że nigdy nie zaufam już mężczyźnie, do chwili gdy poznałam Roberta. Był starszy ode mnie o osiem lat, spokojny, wyważony, też po rozwodzie. Zaczęliśmy się spotykać, a moje dobre mniemanie na jego temat zaczęło się umacniać i znowu poczułam nadzieję w sercu. Do chwili, gdy nie usłyszałam w jego głosie zupełnie innego tonu. Otóż dostałam szansę na awans, bo w pracy radzę sobie naprawdę dobrze. Zaproponowano mi kierownicze stanowisko. Ucieszyłam się, ale miałam wątpliwości. Liczyłam na to, że Robert pomoże mi je rozwiać. Ale on wydawał się wręcz oburzony moim sukcesem. Stwierdził, że nie mam do tego predyspozycji, porywam się na coś, co mnie przerasta, że się zbłaźnię. Wtedy po prostu mnie zatkało. Zrozumiałam, że ponownie związałam się z kimś, kto próbuje mnie poniżyć… Przepłakałam całą noc, ale nigdy już się z nim nie spotkałam. Wiesz, co jest w tym najgorsze? – kończy Monika. - To, że straciłam zaufanie do samej siebie. Gdzie moja intuicja, gdzie wyczucie? Jak to możliwe, że ufałam facetom, którzy byli moimi wrogami?

W oczach Moniki pojawiły się łzy.

Przyczyny tkwienia w toksycznym schemacie

Przyciąganie parterów, którzy ranią, wynika z nierozwiązanych problemów i naszych życiowych postaw, których czasem sobie nie uświadamiamy.

Najczęściej powodują to wzorce wyniesione z domu. Jeśli między rodzicami czy opiekunami nie było głębokiej więzi i wzajemnego szacunku, a za to wiele sytuacji konfliktowych, w których padały raniące słowa, pojawiały się akty przemocy psychicznej lub fizycznej, próbujemy po prostu naśladować ten schemat. Monika przyznała, że relacje między rodzicami były chłodne. Kiedy miała 14 lat, ojciec odszedł z inną kobietą, a mama nie wydawała się nigdy szczęśliwą kobietą.

Czasem świadomie przejmujemy postawę dominującą, szukając okazji do konfrontacji. Alternatywą dla tej postawy jest rola ofiary. Oczywiście nie decydujemy się na nią z rozmysłem. Najczęściej obiecujemy sobie: nigdy nie popełnię błędu rodziców, stworzę kochający związek. Tymczasem jednak partnerstwo jawi się nam jako porażka, próba sił itp., więc nieświadomie do tego dążymy. Kiedy nie jesteśmy świadomi swoich motywów, wybieramy równie nieświadomie. Poznając partnera, koncentrujemy się na jego dobrych stronach, czasem też jesteśmy nieco naiwni i pomijamy sygnały, które mogłyby stanowić ostrzeżenie. W końcu "miły i sympatyczny" partner zdejmuje maskę i zmusza nas do podjęcia rękawicy.

Obie postawy prowadzą do uwięzienia w schemacie. Aby zacząć żyć szczęśliwie, trzeba uzyskać wgląd w sytuację. Jak powiedział Karl Gustaw Jung: "Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało twoim życiem, a ty będziesz nazywał to przeznaczeniem".

Co możesz zrobić, jeśli widzisz, że „historia” się powtarza?

Czasem doświadczenia i pojawiające się w ich wyniku refleksje stymulują nasz rozwój, stajemy się bardziej świadomi siebie i w końcu udaje się nam wyjść z zaklętego kręgu samodzielnie.

- Na początek podejmij wyzwanie i zerwij toksyczną relację, ponieważ ona sprawia, że dużo więcej tracisz, niż zyskujesz.

- Prześledź swoją historię (może ci w tym pomóc metoda dysocjacji – usiądź wygodnie i wyobraź sobie, że oglądasz a telebimie film o sobie) po to, aby znaleźć wspólne elementy i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie uczucia towarzyszą mi w moich relacjach (opuszczenie, bezradność, smutek itp.) i zadaj sobie pytanie – co sprawia, że potrzebuję czuć takie uczucia. Choć wydaje się to paradoksem, dążysz do tych emocji.

- A teraz pomyśl – jakie uczucia chciałabyś czuć (radość, przyjemność, bezpieczeństwo). Zamknij oczy i wyobraź sobie siebie uśmiechniętą i radosną. Niech te uczucia staną się twoim drogowskazem. Czujesz je? Wspaniale, idź dalej. Nie czujesz? Zatrzymaj się… Być może po raz kolejny wchodzisz w znaną rzeczywistość.

- Okazuj sobie szacunek, dbaj o to i wybieraj tylko te sytuacje, w których go do siebie czujesz. Jeśli coś powoduje, że go tracisz (np. godzisz się na złe traktowanie) od razu powiedz "stop".

- Wzmacniaj swoją samoocenę.

Jeśli jednak powtarzające się schematy powodują coraz większą bezradność i brak zaufania, warto poszukać profesjonalnej pomocy. Polecam ci metodę Integracji Oddechem i Integrującą Obecność – jest to metoda alternatywna dla terapii.