1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Dlaczego w Polsce rodzi się coraz mniej dzieci? Co zrobić, aby było ich więcej?

Dlaczego w Polsce rodzi się coraz mniej dzieci? Co zrobić, aby było ich więcej?

fot. Istock
fot. Istock
Czy dzieci nas uszczęśliwiają? Każda matka, którą o to zapytamy, prawdopodobnie spontanicznie odpowie, że kocha swoje dzieci najbardziej na świecie, nie wyobraża sobie bez nich życia i jest z nich dumna. Dlaczego więc nie mamy baby boomu? I dlaczego w Polsce rodzi się mało dzieci? Co musiałoby się zmienić, by rodziło się ich więcej? Odpowiada ekonomistka i politolożka dr Anna Kurowska

Daniel Kahneman, izraelsko-amerykański psycholog, ekonomista i laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, postanowił podrążyć ten temat. W tym celu zbadał prawie tysiąc amerykańskich matek, pragnąc ustalić, co zrobić, aby rodziło się więcej dzieci. Miały opowiedzieć, co robiły poprzedniego dnia i co wtedy czuły. Co się okazało? Czas spędzony na opiece nad dziećmi uważały za mniej przyjemny, niż ten spędzony w kuchni, na zakupach czy nawet na staniu w korku w drodze do pracy. No ale przyjemność jeszcze nie równa się szczęściu. Temat współczesnego rodzicielstwa i satysfakcji, jaką z niego czerpiemy, podjęła też Jennifer Senior w książce „Dużo radości, mniej przyjemności” (wyd. Media Rodzina). Już tytuł trafnie odpowiada na pytanie, co nam dają dzieci. Dają radość, dlatego nazywa się je pociechami. Nie dlatego jednak, że są słodkie i cudownie pachną – choć te zmysłowe odczucia też potrafią sprawić dużo zadowolenia. Małe dzieci wyrywają dorosłych z ich monotonnego życia. Gdy rodzice wciągną się w zabawę z dzieckiem, przestają odczuwać zahamowania, zrywają z ograniczającymi ich w dorosłym życiu etykietkami. Ponownie przeżywają stany, których nie odczuwali od czasu własnego dzieciństwa. „Najbardziej wstydliwym aspektem dorosłego życia jest to, że nakłada nam ono klapki na oczy, przez co tracimy wrażliwość i wyrozumiałość” – pisze Senior. Dzieci, wyrywając rodziców z codziennej rutyny, nie tylko uwalniają ich od ego, ale też pomagają im aspirować do wszystkiego, co lepsze. Obdarowują ich radosnymi prezentami od samych narodzin: gdy się po raz pierwszy uśmiechną, gdy wymówią słowo mama” czy „tata”, gdy zrobią pierwszy krok, gdy pięknie wyrecytują wiersz czy namalują laurkę, gdy podadzą śniadanie do łóżka czy – mimo że są nastolatkami – będą chciały się przytulić. Trudno nie czerpać z takich doświadczeń satysfakcji.

Dlaczego więc więcej przyjemności daje matkom gotowanie czy robienie zakupów niż czas spędzony z dzieckiem? Bo poza sprawianiem radości dzieci też wyczerpują, dręczą, wymagają nieustannego podejmowania decyzji i potrafią skutecznie psuć życie zawodowe oraz małżeńskie. I choć według badania przeprowadzonego przez dr Annę Baranowską-Rataj z Instytutu Statystyki i Demografii SGH w Warszawie, narodziny pierwszego dziecka dają Polkom szczęście (poczucie satysfakcji młodej matki rośnie średnio o 9,1 proc.), to z czasem zaczynają się piętrzyć kłopoty, które to poczucie zakłócają. Z obserwacji Jennifer Senior, która spotkała się z wieloma rodzicami i przeanalizowała setki badań, wynika, że rodzice nie dzielą się równo opieką nad dzieckiem – na matkę spada 70 proc., a na ojca 30. Co ciekawe, mężczyźni wcale tego nie odczuwają, często twierdząc, że dzielą się po połowie. Ale to zazwyczaj kobieta musi godzić pracę zawodową z obowiązkami domowymi lub wręcz zrezygnować z pracy czy ją ograniczyć. Kobiecie trudniej wygospodarować wolny czas dla siebie. Mniej i gorzej śpi, a co za tym idzie – łatwiej się denerwuje, niecierpliwi i popada w stany depresyjne. A to, mimo niepodważalnej miłości do dziecka, utrudnia podjęcie decyzji o kolejnym. A zatem, co zrobić, aby rodziło się więcej dzieci? Zadbać o poziom zadowolenia kobiety. A by mamy poczuły się szczęśliwsze, potrzebne jest wsparcie zarówno partnera, jak i państwa.

Jednymi z najbardziej szczęśliwych rodziców na świecie są Skandynawowie, u których istnieje rozległa sieć ochrony socjalnej. W 2012 roku socjolożka Robin Simon ze współpracownikami zmierzyła różnice w poziomach szczęścia między rodzicami a bezdzietnymi w 22 uprzemysłowionych państwach. Okazało się, że z zasady różnica jest większa w krajach o mniej hojnym systemie zasiłków socjalnych i mniejsza – czy też wręcz odwrotna – w krajach zapewniających rodzinie największe wsparcie. Arnstein Aassve, profesor demografii z Mediolanu, otrzymał podobne wyniki badań przeprowadzonych w 28 krajach Europy. Twierdzi, że szczęście, które ludzie czerpią z rodzicielstwa, jest proporcjonalnie powiązane z dostępnością publicznej opieki nad dziećmi.

Czy przyczyn, dlaczego w Polsce rodzi się się coraz mniej dzieci, należy szukać w niewłaściwej opiece państwa? Co miałoby się zmienić, by kobiety czuły się szczęśliwymi matkami i chciały mieć więcej dzieci, pytamy politolożkę i ekonomistkę dr Annę Kurowską.

Co według pani przyczynia się do decyzji o urodzeniu pierwszego dziecka?

Ważna jest szeroko rozumiana dobra sytuacja ekonomiczna pary. Pod tym hasłem nie kryje się stan konta, ale raczej poczucie bezpieczeństwa na rynku pracy, stabilności zatrudnienia, poczucie, że będę w stanie dziecko utrzymać i zainwestować w jego rozwój w dłuższej perspektywie, a także pewność, że posiadanie dziecka nie ograniczy moich szans na rozwój zawodowy. Zanim kobieta zdecyduje się na pierwsze dziecko, najpierw chce znaleźć zatrudnienie, by mieć pozycję na rynku pracy. Praca nie jest tu przeszkodą, a warunkiem koniecznym do posiadania dziecka.

Kobiety często rodzą pierwsze dziecko i choć wcześniej planowały kolejne, wstrzymują się z decyzją. Dlaczego?

Tu ciężar przesuwa się na model rodziny i wsparcie państwa w zakresie opieki nad dzieckiem. Kobieta rodzi pierwsze dziecko i zaczyna doświadczać, jak to jest być matką. Polki są zdecydowanie bardziej obciążone obowiązkami niż np. Szwedki czy Francuzki. Nie chodzi tylko o obowiązki i czas poświęcony na opiekę nad dzieckiem: ubieranie, karmienie, wizyty u lekarza, usypianie czy odrabianie lekcji, ale także o psychiczne obciążenie odpowiedzialnością za dziecko, nieustanne myślenie o nim i podejmowanie decyzji dotyczących jego dobra.

Z czego to wynika? I co zrobić, aby rodziło się więcej dzieci?

Z całokształtu modelu społeczno-kulturowego podziału ról, w tym pracy, według płci. Mało jest partnerów, którzy są chętni do dzielenia tej odpowiedzialności na równi z kobietami. Tak zwany model podwójnego obciążenia kobiet kształtuje się od dłuższego czasu i dodatkowo był umacniany brakiem realnej polityki rodzinnej, która wspierałaby udział ojców, ale też opieki państwa nad dzieckiem. Właściwie dopiero po 2010 roku możemy mówić o istotnych zmianach w polityce rodzinnej państwa w Polsce, którym jednak nadal daleko do ideału. Powstał program „Maluch”, dzięki któremu odnotowaliśmy wzrost miejsc w żłobkach, choć startowaliśmy z tak niskiego pułapu, że wzrost ten jest niemal niezauważalny. Wydłużono urlop rodzicielski, ale nie zagwarantowano mężczyznom niezbywalnego prawa do części płatnego urlopu rodzicielskiego. Kobieta może przekazać część swojego urlopu macierzyńskiego na partnera i dzielić się z nim urlopem rodzicielskim, jednak obowiązujący system nie motywuje do takich zachowań. Rzadko się zdarza, by kobieta np. po ośmiu miesiącach wróciła do pracy, a na kolejne dwa miesiące w domu przy dziecku zastąpił ją partner. Rozwiązanie, jakie mamy w Polsce, sprzyja tradycyjnemu podziałowi ról.

Jakie efekty mogłoby dać niezbywalne prawo ojca do części urlopu rodzicielskiego?

Takie prawo zostało wprowadzone w Szwecji i możemy obserwować następujące efekty: ojcowie zostają w domu przez miesiąc, dwa, a nawet dłużej i sami opiekują się małymi dziećmi w pierwszym roku ich życia. Jeśli mężczyzna od samego początku jest włączony we wszelką aktywność związaną z dzieckiem, opieka staje się częścią jego normalnego funkcjonowania. Niczym dziwnym nie jest dla niego przewinięcie, nakarmienie, ustalenie, czy dziecko ma temperaturę bądź w co je ubrać. Tak więc ojciec zaczyna dzielić z mamą odpowiedzialność w podejmowaniu decyzji dotyczących dziecka, a nie tylko spędzać z nim czas. Od narodzin dziecka opieka nad nim i odpowiedzialność spoczywa na barkach nie tylko kobiety, ale i mężczyzny. Taki system, jak wynika z badań, pozytywnie wpływa również na trwałość związków.

Nie ma u nas równego podziału ról, ale czy to sprawia, że Polki są mniej szczęśliwymi matkami?

Jeżeli pytamy o satysfakcję z życia i poczucie szczęścia, musimy pamiętać, że ludzie mają dużą zdolność dostosowywania się do sytuacji. Jeżeli kobiety przez dziesięciolecia realizowały podwójną rolę pracownika i opiekunki, to zdążyły się zaadaptować i mogą czuć się szczęśliwe. Ale patrząc na to, ile czasu na różne obowiązki poświęcają obie płcie i zwracając uwagę, jak dzielą się pracą zawodową i tą w domu – można zauważyć, że nawet jeżeli mają podobny poziom satysfakcji z życia, to czasu wolnego kobiety mają mniej. Z tego nierównego podziału mogą wynikać bardzo różne konsekwencje na przyszłość. Załóżmy, że mamy rodzinę z dwójką dzieci. Kobieta poświęca się opiece nad dziećmi albo pracuje na część etatu, a mężczyzna głównie pracuje i oboje są szczęśliwi w tej relacji. Tyle że lata upływają, dzieci dorastają, kobieta w pewnym momencie podejmuje decyzję, by wrócić do pracy. I co się okazuje? Trudniej jest jej znaleźć pracę i ma znacznie niższe dochody niż jej mąż czy partner.

Jakie to stwarza zagrożenia dla kobiety?

Ponieważ obecnie wiele par się rozwodzi, musimy myśleć, co z tymi kobietami będzie w przyszłości. Biorąc pod uwagę system emerytalny w Polsce, niestety, możemy się spodziewać bardzo poważnego ubóstwa kobiet. Kobiety, które pracują krócej, mają niższe dochody, więc automatycznie będą miały znacznie niższe emerytury niż mężczyźni, a ponieważ mają niewielki staż, może się okazać, że nie będą miały prawa nawet do minimalnej emerytury.

Według pani dlaczego w Polsce rodzi się mniej dzieci? W co powinni zainwestować rządzący, żeby Polki chciały decydować się na kolejne potomstwo, nie tracąc przy tym satysfakcji z życia?

Choć świadczenia pieniężne są potrzebne, to jednak przynajmniej połowę środków przeznaczonych na program 500+ należałoby zainwestować w powszechną opiekę nad dzieckiem w wieku do lat trzech w różnych postaciach: żłobek, klubik, dzienny opiekun. Idealnie byłoby, gdyby po skończeniu się urlopu rodzicielskiego i osobistej opieki sprawowanej przez rodzica dzieci były uprawnione do miejsca w żłobku, dziennego opiekuna czy do dofinansowanej z publicznych środków niani. Po drugie, powinno się zainwestować w instrumenty i kampanie aktywizacji ojców do opieki i przejmowania przez nich części odpowiedzialności za opiekę nad dzieckiem, np. oprócz wyłącznego prawa ojca do części urlopu rodzicielskiego warto również wprowadzić zachęty do sprawowania opieki nad chorym dzieckiem raz przez ojca, raz przez matkę – by nie było tylko tak jak jest obecnie, że w zdecydowanej większości przypadków jedynie matki biorą zwolnienia z pracy z tego powodu. Bez tego wszystkiego nie będzie prawdziwego baby boomu.

Zastanawiasz się, dlaczego w Polsce rodzi sie mniej dzieci? A czy wiesz, że…

  • ...narodziny dziecka wcale nie wzmacniają związku. Według badań Scotta Stanleya z uniwersytetu w Denver dziewięć na dziesięć małżeństw odczuwa pogorszenie się wzajemnych relacji po pojawieniu się potomstwa. Stanley badał małżeństwa przez 8 lat od urodzenia dziecka. Wyjątek stanowią pary z wyższymi dochodami i dłuższym stażem przed decyzją o pierwszym dziecku.
  • ...pary, które decydują się na pierwsze dziecko po 26. roku życia deklarują większą satysfakcję z życia od tych, które zostały rodzicami wcześniej. Tak wynika z badań profesor psychologii Sonji Lyubomirsky z Uniwersytetu Kalifornijskiego. Według niej „starsi rodzice są nie tylko bardziej dojrzali emocjonalnie, ale mają też zwykle więcej zasobów finansowych ułatwiających opiekę nad dziećmi”.
  • ...rozwody wcale nie muszą wpływać na spadek urodzeń. Pod warunkiem, że rozwodnicy wchodzą w nowe związki; wówczas często chcą mieć wspólne dziecko z nowym partnerem. Określa się to „efektem nowego partnera”. Tak wynika z badań przeprowadzonych przez zespół demografów z warszawskiej SGH, na którego czele stała prof. Irena Kotowska.

Dr. Anna Kurowska ekonomistka i politolożka, pracuje w Instytucie Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego, kieruje projektami badawczymi poświęconymi m.in. wpływowi polityki rodzinnej na dzietność

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Skąd w nas potrzeba kontrolowania dorosłych dzieci?

- Permanentne rodzicielstwo to podwójne wiązanie: wymaga od nas, byśmy, przepełnieni obezwładniającą, niesłabnącą miłością do naszych dzieci, jednocześnie godzili się z granicami tego, co możemy i czego nie możemy, co powinniśmy i czego nie powinniśmy dla nich robić; godzili się z granicami naszej kontroli” - podsumowuje Judith Viorst.(Fot. iStock)
- Permanentne rodzicielstwo to podwójne wiązanie: wymaga od nas, byśmy, przepełnieni obezwładniającą, niesłabnącą miłością do naszych dzieci, jednocześnie godzili się z granicami tego, co możemy i czego nie możemy, co powinniśmy i czego nie powinniśmy dla nich robić; godzili się z granicami naszej kontroli” - podsumowuje Judith Viorst.(Fot. iStock)
Kontrola, słowo o wielu znaczeniach i skojarzeniach, wywołuje silne emocje. Odnosi się do kwestii tak kluczowych i wszechobecnych jak: siła i poczucie bezradności, wolność i ograniczenia, podmiotowość i przedmiotowość, zmagania o pozycję „szefa”. Z kontrolą mierzymy się każdego dnia.

„Dokładnie w tej chwili niektórzy synowie przebywający w klinice, biurze czy banku, czyli swoim miejscu pracy, prawdopodobnie rozmawiają przez telefon ze swoimi matkami. Wielu z nich to osoby cieszące się powszechnym szacunkiem, a jednak niejeden z nich właśnie krzyczy do słuchawki: „Mamo, może byś w końcu przestała!”, to słowa amerykańskiego dziennikarza, Rona Suskinda, przytoczone przez Judith Viorst w książce „Niedoskonała kontrola”, które doskonale obrazują problem dotyczący wielu z nas – choć dorastamy, wyprowadzamy się z rodzinnych domów i zakładamy swoje rodziny, żyjemy na „własny rachunek” nasze matki wciąż mają w sobie głęboką potrzebę, a czasem wręcz przymus, kontrolowania nas.

Kiedy powiem sobie „dość!”?

„Jako rodzic inwestujemy mnóstwo lat życia w wychowywanie dzieci, dawanie im coraz więcej wolności, żeby mogły podejmować własne decyzje i popełniać własne błędy, i zrzekanie się coraz większych obszarów rodzicielskiej kontroli. Chwalimy ich niezależność, okazujemy szacunek ich autonomii i aktywnie wspieramy ich stopniowe odseparowywanie się od nas. Jeśli kształtują swoją przyszłość w sposób, który niekoniecznie budzi nasz entuzjazm czy choćby aprobatę, powtarzamy sobie: „To ich życie, nie nasze”, pisze Judith Viorst. I od razu dodaje: „Tak w każdym razie powinien wyglądać proces przechodzenia od etapu rodziców małych dzieci do etapu rodziców dzieci nieco starszych, które w międzyczasie dorabiają się wąsów, kobiecych piersi, stopni naukowych i własnych rodzin. Wiemy, że niestosownością jest prosić, by dorosłe dzieci działały zgodnie z naszymi oczekiwaniami; mówić im, co powinny robić, a czego nie; wyskakiwać z niechcianymi radami; oczekiwać, że będą te rady stosować. Wiemy, że niewłaściwie jest próbować kontrolować nasze dorosłe dzieci. Co nie znaczy, że nie będziemy próbować.”.

Takie próby najczęściej tłumaczymy (naszym dzieciom i często samym sobie!) szlachetnymi intencjami: To jasne, chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej. Kierują nami wyłącznie miłość i troska… A skoro już pomagamy, czy nie możemy oczekiwać czegoś w zamian? „Przecież skoro naprawdę możemy przyczynić się do poprawienia ich dobrostanu w kwestii np. nagłych potrzeb zdrowotnych czy sercowych, czy to naprawdę takie złe, że zostawiamy sobie choć odrobinę kontroli?, pisze autorka. Tylko że… bardzo często zupełnie nie zdajemy sobie sprawy, że ta chęć pomocy, a przy tym zostawienie sobie „odrobiny” kontroli, to przede wszystkim zaspokojenie własnych potrzeb i realizowanie swoich, niewłaściwie pojmowanych, praw! „I choć jesteśmy gotowi zgodzić się, że każdy dorosły (w tym nasze dorosłe dzieci) ma prawo samodzielnie decydować, co je, gdzie śpi, jak się ubiera, jaką partię polityczną wspiera, w jakiego boga wierzy lub nie, gdzie pracuje, z kim się przyjaźni, z kim się wiąże, jak wydaje pieniądze i jak wychowuje dzieci, wciąż dajemy sobie prawo ingerowania, gdy jesteśmy pewni, że nasze potomstwo zmierza prostą drogą do życiowej katastrofy bądź czyni nieodwracalne szkody naszym wnukom.”, pisze autorka.

Według Viorst jest kolejnym powodem, dla którego chcemy kontrolować dorosłe dzieci, jest współzawodnictwo oraz próżność. W „Niedoskonałej kontroli” pisze: „Jak zauważa McBride, „dziecko jest końcową oceną wystawianą rodzicom”, a wszystkim przecież marzy się „6”. Zabiegając o nią, możemy obciążać dzieci oczekiwaniami doskonałości przez jasne wytyczne w sprawie kariery, życiowego partnera, cech charakteru, a nawet wagi, które sprawią, że będziemy czuć dumę. Zdaniem psychiatry Normana Kiella możemy je też obciążać naszymi przytłumionymi nadziejami i niespełnionymi aspiracjami, co włącza nas do grona rodziców „marzących o spełnieniu własnych marzeń rękami swojego potomstwa”. Łatwo się jednak domyślić – choć często podświadomie nie chcemy porywać się na takie przemyślenia – że ten rodzaj rodzicielskiej taktyki nie wpłynie dobrze na nasze relacje z dziećmi.

Nie idę twoją ścieżką!

„Ostatnio na lotnisku w Cleveland byłam świadkiem następującej sceny: Z samolotu wysiada babcia, żwawo podąża w kierunku wnuczki i porywa w ramiona uśmiechniętą sześciolatkę. – Cudownie cię widzieć. Kocham cię w każdym kawałeczku. Jesteś moim oczkiem w głowie. Ja... co oni, u licha, zrobili z twoimi włosami?! W tym momencie syn robi krok do przodu i z promiennym uśmiechem na ustach oraz wyraźną irytacją w głosie mówi: – Mamo, przymknij się, dobrze? Nie zaczynaj.”, opisuje autorka książki.

Scenka przytoczona przez Viorst, odczytana jako metafora, idealnie opisuje to, co robi z relacją rodzic-dziecko permanentna próba sprawowania kontroli – otóż, w najlepszym przypadku, mocno ją nadszarpuje, w najgorszym – przerywa ją bezpowrotnie.

„– Mamo, przestań mi ciągle pomagać – mówi mamie trzydziestojednoletni syn. – Za każdym razem, gdy mi pomagasz, czuję się taki bezsilny.

Nie chcemy, żeby nasze dzieci czuły się bezsilne. Ale bardzo, wręcz desperacko pragniemy im pomagać. Permanentne rodzicielstwo to podwójne wiązanie: wymaga od nas, byśmy, przepełnieni obezwładniającą, niesłabnącą miłością do naszych dzieci, jednocześnie godzili się z granicami tego, co możemy i czego nie możemy, co powinniśmy i czego nie powinniśmy dla nich robić; godzili się z granicami naszej kontroli” podsumowuje Judith Viorst.

Więcej w książce „Niedoskonała kontrola” autorstwa Judith Viorst.

  1. Psychologia

Jedynak w dorosłym życiu – obalamy mity

Jeśli jesteś jedynakiem, masz za partnera życiowego jedynaka albo masz tylko jedno dziecko – spróbuj z nami zrozumieć, co może być prawdą o jedynakach, a co nią na pewno nie jest.(Fot. iStock)
Jeśli jesteś jedynakiem, masz za partnera życiowego jedynaka albo masz tylko jedno dziecko – spróbuj z nami zrozumieć, co może być prawdą o jedynakach, a co nią na pewno nie jest.(Fot. iStock)
W związku boją się bliskości, w rodzicielstwie – obowiązków, a w pracy – zależności. Prawda to? O nakreślenie psychologicznego wizerunku jedynaków Aleksandra Malinowska poprosiła psycholożkę Agnieszkę Wróblewską

Najstarsza siostra jest osobą odpowiedzialną, pracowitą i opiekuńczą, średnie dziecko to sprytny człowiek kompromisu, natomiast najmłodszy, rozpieszczony brat przez całe życie buja w obłokach. Oto popularne mniemania o wpływie układów rodzinnych na dalsze losy człowieka, konsekwentnie potwierdzane przez rozmaite poradniki.

Jedynakom przypisuje się bowiem pewną wyjątkowość. Podobno są egoistami, przodownikami w nauce oraz perfekcjonistami. Potrafią prosić o pomoc, ale nie umieją przepraszać. Brak im spontaniczności i ducha rywalizacji. Stronią od imprez towarzyskich, przyjaźnią się z książkami. Dominują nad ludźmi i nimi manipulują. Są wygodniccy, szukają autorytetów…

– To stereotypy – mówi psycholożka Agnieszka Wróblewska, zresztą mama jedynaka. – Czasami bycie młodszym bratem, starszą siostrą czy jedynaczką jest ważnym elementem dzieciństwa i buduje tożsamość, a czasami nie odgrywa specjalnie dużej roli w porównaniu z innymi życiowymi doświadczeniami. Dlatego uważam, że nie ma jakiegoś jednorodnego szablonu układów rodzinnych.

Stereotypy są nam wprawdzie potrzebne, żeby łatwiej odnajdywać się w świecie, niektóre mają swoje racje, jednak traktowanie ich jako jedynej prawdy prowadzi do uproszczeń. Jeśli zatem: jesteś jedynakiem, masz za partnera życiowego jedynaka albo masz tylko jedno dziecko – spróbuj z nami zrozumieć, co może być prawdą, a co nią na pewno nie jest.

1. Jedynacy są egoistyczni

Ten stereotyp bierze się z powszechnego przekonania, że jeśli w rodzinie jest dużo dzieci, to uczą się dzielić swoimi rzeczami i nawzajem sobą opiekować. Niby tak – w niektórych stadłach rzeczywiście tak się zdarza, ale bywa też, że rodzice faworyzują jedno z dzieci, bo... mądre, najmłodsze lub przyszło na świat w wyniku trudnego porodu. W ten sposób ma podobne jak jedynak szanse, by wyrosnąć na egoistę.

Dla odmiany jedynak, którego rodzice mają problemy ze sobą, są zajęci karierą i na dziecko pozostaje im niewiele czasu, nie tylko egoistą nie będzie, ale zazna poczucia samotności i odrzucenia

Skupiać na sobie uwagę może też najstarsze w rodzinie, które długo było jedynakiem i nigdy nie poradziło sobie z nowym „rywalem”. Albo dziecko średnie wychowywane przez babcię, obdarzone przez nią ciepłem i bezwarunkową akceptacją.

Bo „bycie jedynakiem” jest pewną rolą w polu rodziny. Przypisuje się ją z reguły jedynemu dziecku, ale może też być przyjmowana w rodzinach wielodzietnych przez jedno z rodzeństwa, a nawet z rodziców. Jeśli taką rolę określimy jako bycie kimś najważniejszym, kim trzeba się zajmować, kto dostaje bez dyskusji najlepsze kąski, to może się okazać, że każdy na swój sposób walczy w rodzinie o takie miejsce, a czasami po prostu je dostaje „w prezencie”. W małżeństwach wielodzietnych zdarza się, że gdy jedno dziecko zaczyna chorować i skupiać na sobie uwagę rodziców, inne także niedomaga lub staje się niegrzeczne po to tylko, żeby poczuć się równie ważne.

2. Jedynacy to samotnicy

Dziecko dzięki rodzeństwu uczy się, jak to jest przebywać ze sobą przez cały czas, kłócąc się, godząc, przekomarzając, rywalizując i opiekując sobą, czyli doświadczając wielu różnych interakcji i emocji. Wówczas jego obraz świata, także siebie, staje się bogatszy, bo ma dostęp do innych wzorców zachowania. Jedynak nie ma na co dzień obok siebie osoby w podobnym wieku, a zatem nie ma się z kim porównywać, kogo obserwować – to prawda. Nie może się przekonać, z czym sobie nie radzi, a w czym jest świetny. Odkrywa, kim jest, tylko poza rodziną. Rodzice czy dziadkowie nie stanowią dla niego takiego punktu odniesienia, gdyż dzieli ich zbyt duża różnica wieku. Sferę równoległych relacji może jednak wypełnić grupa rówieśnicza spoza najbliższej rodziny. Czasem rodzice robią to świadomie, zapraszając do domu znajome dzieci lub dbając o bliskie kontakty z kuzynami w podobnym wieku. Jedynacy często sami wypełniają tę lukę, zabiegając o kontakty z kolegami, przyjaźniąc się z rówieśnikami i bywając bardzo towarzyskimi.

3. Jedynacy są mało empatyczni

Przekonanie, że jeśli ktoś wychowywał się sam, to nie potrafi wczuwać się w stany emocjonalne innych – jest myśleniem błędnym. Wszyscy tęsknimy do dużej uważności w kontaktach z innymi ludźmi, zwłaszcza w związkach. To zwykle kobiety oczekują od mężczyzn, by je rozumieli bez słowa i siódmym zmysłem odbierali ich potrzeby.

Jeżeli jednak dziecko pozostaje w silnej zależności emocjonalnej od rodziców, to świetnie się ćwiczy w rozpoznawaniu nastroju, w jakim jest tata czy mama. Wtedy ma szansę lepiej i łatwiej odbierać emocje swojego partnera i stać się empatycznym.

4. Jedynacy w sposób szczególny opiekują się starszymi rodzicami

Na pewno są bardziej „obarczeni” odpowiedzialnością za opiekę nad rodzicami, co nie znaczy, że zawsze się jej podejmują. Ten sam mechanizm może występować w przypadku starszego lub młodszego rodzeństwa: zwykle jedno nie chce się opiekować chorym rodzicem, a drugie – czasami nawet to, które wydawało się mniej z nim związane – podejmuje się tego. Jedynacy, na których rodzice wywierali dużą presję, pragnęli poprzez dziecko urzeczywistnić swoje niespełnione marzenia – mogą chcieć od nich uciec, odciąć się od ich oczekiwań i żyć według własnego scenariusza. Zbytnia zależność nie bierze się bowiem z częstego przebywania ze sobą czy bliskości fizycznej, to kwestia psychiki. Można pojechać na koniec świata i dalej ją odczuwać. I odwrotnie – codziennie robić ojcu zakupy, nie mając z nim głębokiej więzi. Dotyczy to każdego dziecka.

5. Jedynaczki są emocjonalnie zależne od mężczyzny

Mówi się, że wiążą się często ze starszym mężczyzną, są kapryśne i skłonne do testowania uczuć swojego partnera. Że albo są perfekcyjnymi żonami i matkami, albo w ogóle się tym nie interesują. A jaka jest prawda o jedynaczkach?

Testowanie partnera to bardzo popularne zjawisko. Robią to zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Sięgamy po tego typu techniki, gdy czujemy, że nie jesteśmy wystarczająco atrakcyjni lub gdy druga strona nie daje nam dowodów swojego zaangażowania. I chociaż posiadanie rodzeństwa nie chroni przed niepewnością w związku, to – owszem – poczucie osamotnienia, jakie często towarzyszy jedynaczkom, może prowadzić do poszukiwania wsparcia i zależności emocjonalnej. Z drugiej strony dążą niekiedy do niezależności, bo nie są przyzwyczajone do przebywania z kimś od rana do wieczora. Partnera–rodzica poszukują zwykle kobiety, które w dzieciństwie miały silną więź z ojcem, niezależnie od tego, czy są jedynaczkami czy nie. Podobnie jest z lękiem przed opuszczeniem.

6. Jedynacy nie potrafią pracować w zespole

I podobno dlatego wolą być szefami lub wolnymi strzelcami. Mówi się też, że są tacy, którzy szukają mentora i źle znoszą rywalizację. A co z tymi jedynakami, którzy tak bardzo mają dość samotności, że zawsze podejmują pracę w zespole?

Niezależnie od układu rodzinnego, w którym wyrośliśmy, możemy być albo bardziej nastawieni na zdobywanie osiągnięć, albo na bycie z innymi. Dla jedynaków, na których spoczywała presja rodziców, by odnieśli sukces, potrzeba kontaktu z ludźmi może być drugorzędna, ale mogą też próbować to połączyć i robić karierę w większym zespole. Z kolei chęć do rywalizowania pojawia się zarówno u osób z rodzin wielodzietnych, bo są do tego przyzwyczajone, jak i u jedynaków, którzy na przykład lubili błyszczeć w szkole, bo w domu nie mieli do tego okazji.

7. Jedynacy są nudni, perfekcyjni, mało spontaniczni i radośni

W domu, w którym jest więcej dzieci, więcej też zabawek, ochoty i pomysłów do rozrabiania. Jeśli jedynak był wychowywany w atmosferze rygoru, może mieć problemy z ekspresyjnością czy pobłażaniem sobie. Jego perfekcjonizm z kolei może wynikać z wygórowanych wymagań, jakie stawiali mu rodzice. Za taką postawą kryje się często lęk przed krytyką. Źle ocenieni jedynacy nie chcą czasem robić czegoś po raz drugi, ponieważ rzadko widzieli, jak inne dzieci wykonywały coś wielokrotnie, zanim się tego nauczyły. Pamiętajmy jednak, że równie dobrze żelazna dyscyplina może panować w rodzinie wielodzietnej, a towarzyskie i artystyczne życie na luzie – w domu jedynaka. No i jak się wtedy ma do tego nasz stereotyp?

8. Jedynacy oczekują od innych pomocy

Owszem, niektórzy z nich potrafią o nią prosić i przyjmować, a także radzić sobie z jej odmową lepiej niż inni. Chyba że zostali wychowani w przekonaniu, że – bez względu na sytuację – mają radzić sobie sami. Lubimy myśleć schematycznie. Są dwa modele rodziny: jedna, w której mamusia i tatuś cały swój czas poświęcają jedynemu dziecku, druga, w której rodzice nie mają czasu dla czeredy dzieciaków. Tymczasem to, czy ktoś umie prosić o pomoc, wynika z „dostępności” jego opiekunów i tego, jakie ma prawa w rodzinie. Nie powinno się jednak stawiać znaku równości między byciem jedynakiem a posiadaniem rodzica w permanentnej gotowości do obsługi.

9. Jedynacy są ambitni i inteligentni. To prymusi

To rzeczywiście może być prawdą i zależeć od oczekiwań rodziców, którym wydaje się, że jeśli mają jedno dziecko, to ma ono być najlepsze na świecie. Z takim problemem zmaga się chyba większość jedynaków. Z wysokimi wymaganiami może się jednak równie dobrze spotkać jedno z dzieci w większej rodzinie, na które padł wybór, że ma być wyjątkowe. Najważniejsze to pamiętać, że z pewnymi oczekiwaniami wolno, a nawet czasem trzeba, się nie zgadzać.

Jedyne stwierdzenie, pod którym można by się podpisać, to takie, że każda rodzina jest inna, a wszelka generalizacja – nieprawdziwa.

Agnieszka Wróblewska dyplomowana psychoterapeutka, trenerka i superwizorka. Pracuje terapeutycznie z szerokim spektrum ludzkich doświadczeń od prawie 20 lat.

  1. Spotkania

Maria Czubaszek i Wojciech Karolak – kompletnie niepospolita miłość

Dla Marii Wojciech Karolak był „Zającem”, sama więc została „Zajęczycą”. (Fot. Krzysztof Kuczyk/Forum)
Dla Marii Wojciech Karolak był „Zającem”, sama więc została „Zajęczycą”. (Fot. Krzysztof Kuczyk/Forum)
Gdy 23 czerwca zmarł Wojciech Karolak, wybitny muzyk jazzowy, kompozytor i wirtuoz organów Hommonda, obok smutku, tęsknoty i wspomnień, pojawiła się mała iskierka radości. Dołączył bowiem do Marii Czubaszek, bez której przecież nie umiał żyć.

Poznali się na imieninowej prywatce u wspólnych znajomych. Ona – w trakcie rozwodu, on – żonaty. Przyznała, że zrobił na niej piorunujące wrażenie – pukle włosów do ramion, dżinsowy garnitur, cholernie przystojny. Słyszała o nim już dużo wcześniej – Andrzej Jarecki, jej kolega z radia, opowiadał, że ma wybitnie uzdolnionego muzycznie kolegę. Jednak wtedy, podczas ich pierwszej rozmowy w oknie warszawskiego mieszkania, nie wiedziała, że rozmawia właśnie z nim – Wojciechem Karolakiem. „[…] ja bardzo lubię utalentowanych ludzi. I rzeczywiście, kiedy już się poznaliśmy z Karolakiem, to fajnie się rozmawiało. Ale żebym przeżyła jakiś szał uniesień; co to, to nie. Zresztą, zachwycić to ja się mogę, na przykład, kiedy zobaczę jakiegoś małego szczeniaka. No, wtedy po prostu dostaję bzika. Człowiek jeszcze nigdy nie wywołał u mnie takich reakcji. Nawet Karolak” - pisała w książce „Nienachalna z urody” (Wyd. Prószyński i S-ka).

Z kolei jego pierwszym wrażeniem o Marii Czubaszek był zachwyt jej… nogami. A do tego niezwykłym intelektem i poczuciem humoru. Po latach Karolak wspominał, że od razu przekonał się, że „to kompletnie niepospolita dziewczyna”. Niedługo po ich poznaniu on wyjechał do Szwajcarii, ich kontakt się urwał. Jednak po powrocie do kraju szybko się do niej odezwał, umówili się na spotkanie, które skończyło się kłótnią.

„Nie wychowujemy się nawzajem, nie wchodzimy sobie na głowę”

Wzięli ślub w 1976 roku. Początki w małżeństwie nie były łatwe. Oboje mieli wybuchowe charaktery, często się kłócili, a Maria dodatkowo była o niego nadzwyczaj zazdrosna. Podczas jednej z awantur ze złością kopnęła Karolaka i złamała mu dwa żebra. On twierdził, że czuł się wtedy wzruszony, bo zrobiła to z zazdrości o niego. Dla Marii Wojciech Karolak był „Zającem”, sama więc została „Zajęczycą”. Po imieniu wołała go tylko wtedy, gdy była na niego zła.

Po ślubie stali się niemal nierozłączni i zdali sobie sprawę z tego, że nie wyobrażają sobie życia z kimś innym. Oprócz ogromnej miłości łączyło ich przede wszystkim poczucie humoru i dystans do siebie i do świata. „Nas połączyło bardzo dużo wspólnych upodobań. Miłość do zwierząt. […] Cały światopogląd, stosunek do życia. To, że nigdy nie musieliśmy uzgadniać, kto jest w czym najważniejszy i jak to w ogóle będzie” – mówił Wojciech Karolak w rozmowie z Krystyną Pytlakowską w książce „Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz, że ja cię kocham” (Wyd. Prószyński i S-ka). Oboje nie lubili podróżować, nie jeździli więc na wakacje, najchętniej w ogóle nie wyjeżdżaliby z domu. Byli również zgodni w kwestii dzieci – nie chcieli ich mieć i uzgodnili to już na początku związku.

„Marysia miała duży seksapil – kiedy wchodziła do pokoju, erotyzm otaczał ją jak niewidzialny welon. I to na mnie od razu działało. Bo to była ona”. Seks nigdy jednak nie stanowił dla niego pierwszorzędnej sprawy. I w tym także się zgadzali, bo Maria Czubaszek wielokrotnie przyznawała, że seks jest według niej przereklamowany – dużo bardziej pociąga ją rozmowa. „Kiedy mnie pytają, jak to się stało, że jesteśmy już tak długo z Karolakiem, to wyjaśniam, że między innymi dlatego, że nie wychowujemy się nawzajem, nie wchodzimy sobie na głowę. Po prostu staramy się zostawiać sobie maksymalnie dużo przestrzeni. Nie chodzę na jego koncerty, on nie czyta moich tekstów. Dzięki temu nie zawracamy sobie głowy, nie zamęczamy się wzajemnie. No i nie śpimy razem” – mówiła.

„Nigdy więcej, bo stracę moją Marysię”

Gdy się poznali, Wojciech był w okresie abstynencji. W czasach, gdy w artystycznym środowisku każdą, poważną bądź nie, rozmowę przeprowadzało się przy wódce, niepijący mężczyzna był ewenementem. Marię to niepokoiło, bo sama lubiła pogawędki przy alkoholu, jednak on od początku uczciwie mówił, że nie pije, bo jest alkoholikiem.

Niedługo po ich ślubie Karolak wrócił do swoich zwyczajów. Jego nałóg nasilał się, wraz z nim w ich związku pojawiały się coraz poważniejsze kryzysy. W jednym z wywiadów Maria stwierdziła, że picie Wojciecha było jednym z najgorszych okresów jej życia. Ciągłe kłótnie, pretensje, kolejne odwyki. I choć nigdy nie błagała go o to, by przestał pić, dopiero groźba rozwodu przyniosła pożądany skutek. „Decyzję podjąłem w ciągu kilku sekund. Miałem ze sobą wódkę, która dla mnie była artykułem pierwszej potrzeby − można nie mieć chleba, ale jeśli się pije wódkę, trzeba ją mieć. Nie wylałem jej do zlewu, tak jak to się pokazuje w filmach, tylko dopiłem to, co było w butelce, i postanowiłem, że to jest koniec picia. Nie wstanę z łóżka, dopóki zupełnie nie wytrzeźwieję. Męczyłem się przez dziesięć dni i wstałem już trzeźwy. Przyrzekłem sobie wtedy, że już nigdy więcej, bo stracę moją Marysię. I będę za to w całości odpowiedzialny” – mówił Wojciech Karolak w książce „Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz, że ja cię kocham”.

„Między nimi nic nie było na pokaz”

Byli świadomi swoich talentów, choć nigdy się z tym nie obnosili. „Wielokrotnie dawałem jej do zrozumienia, że pisze genialne teksty, zwłaszcza te dla radia. Wiedziałem też, że jest przeświadczona o moim geniuszu muzycznym. Bardzo mnie to cieszyło” – mówił Karolak. Jednocześnie nigdy nie informowali się nawzajem o tym, nad czym aktualnie pracują. Dawali sobie przestrzeń, bo oboje bardzo jej potrzebowali. I być może właśnie to najbardziej umacniało ich miłość.

Nieczęsto mówili sobie, że się kochają, choć w jednym z wywiadów Karolak przyznał, że pod koniec życia Maria potrafiła stanąć w drzwiach do jego pokoju, patrzeć na niego, jak siedzi przed komputerem i zapytać: „Czy ty wiesz, że ja cię kocham?”. On nie wiedział wówczas, co powinien odpowiedzieć, „ja ciebie też” wydawało mu się banalne, bo przecież całe ich życie świadczyło o tym, że się kochają. Świadczyły o tym również drobne, codzienne gesty. Na przykład takie, że gdy Maria wyjeżdżała, zostawiała Wojciechowi jedzenie w paczuszkach w lodówce, z dokładnymi wskazówkami, jak powinien je przyrządzić. – Było w tym dużo czułości, ale nie takiej na pokaz. Między nimi nic nie było na pokaz. Nie było czegoś takiego, że ona przyjdzie i pogłaszcze Wojtka po głowie, i pocałuje go w czółko, żeby mu pokazać, jak ona bardzo go kocha. Miała opory przed fizycznym kontaktem – mówił Artur Andrus, wieloletni przyjaciel Marii.

„Strasznie mi jej brakuje”

„Kto się zajmie Karolakiem?” – pytała z troską, gdy wiedziała, że jej organizm jest już bardzo słaby. Maria Czubaszek odeszła 12 maja 2016 roku. „Z jednej strony dziękuję opatrzności, że była łaskawa, bo obdarzyła mnie kimś tak wspaniałym, jak Marysia, ale z drugiej strony czuję, że żal za tym pięknem, które się skończyło, bywa silniejszy niż przyjemność wspominania. Wiem, że tak nie powinno być, że w ten sposób marnuję coś cennego, ale przychodzą chwile, kiedy nie potrafię sobie z tym dać rady. Po prostu strasznie mi jej brakuje” – mówił Wojciech Karolak.

Przyznał też, że po jej śmierci najbardziej brakuje mu ich rozmów. „Zauważyłem, że bez Marysi głupieję. Przede wszystkim dlatego, że nie mam z kim rozmawiać, bo skończyły się w tym domu rozmowy o niczym, które były najpiękniejsze. W ogóle skończyły się rozmowy” – mówił w wywiadzie dla magazynu „VIVA!”. On zmarł 5 lat później. Od tego dnia ich rozmowy mogą trwać bez końca.

Korzystałam z książek: Maria Czubaszek „Nienachalna z urody” (Wyd. Prószyński i S-ka), Krystyna Pytlakowska „Małżeństwo doskonałe. Czy Ty wiesz, że ja Cię kocham” (Wyd. Prószyński i S-ka), Violetta Ozminkowski „Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć” (Wyd. Prószyński i S-ka).

  1. Styl Życia

Wychować syna na feministę

Świat naszych synów jest wciąż pełen stereotypów, a do „prawdziwej męskości” prowadzi jedna, sztywno wytyczona droga. Chłopcy wciąż słyszą, żeby "nie płakać", że „nie wolno zachowywać się jak baba”, a „kolor różowy nie jest męski”. Odbiera się im prawo do bycia sobą. Aurélia Blanc w książce „Jak wychowa syna na feministę” daje podpowiedź, jak wychować chłopca, który: wie, że kobiety i mężczyźni są równi, potrafi zadbać o siebie, nie krzywdząc innych, potrafi kochać i nie boi się okazywać uczuć.

Fragment książki „Jak wychowa syna na feministę” Aurelii Blanc, tłum. Adriana Celińska, wyd. Znak Koncept. Wybór i skróty pochodzą od redakcji.

Był piękny letni wieczór. Spotkaliśmy się w gronie najbliższych przyjaciół. Było ciepło, sączyliśmy piwo i prowadziliśmy ożywione dyskusje. W tamtym czasie (nie tak znów odległym) nikt z nas jeszcze nie miał dzieci. To jednak one, choć wciąż nienarodzone, zdominowały naszą rozmowę. Jeden z naszych znajomych mimochodem rozpętał prawdziwą awanturę, gdy na dzień dobry wyraził zgorszenie widokiem nastolatek spacerujących w krótkich spodenkach: „Szczerze? Wyglądają jak dziwki. Jeśli kiedykolwiek będę miał córkę, nie ma takiej możliwości, żebym pozwolił jej wyjść z domu w takim stroju!”. W jednej chwili przyjemna nasiadówka przerodziła się w zażartą kłótnię.

Większości moich kolegów (i koleżanek) uznało, że naszą rolą jako przyszłych rodziców jest ochrona córek. A dokładnie ich cnoty. Choć te, o które tak się martwiliśmy, jeszcze się nie narodziły. „Wyobraź sobie, że twoja córka zachodzi w ciążę w wieku piętnastu lat!” „Co zrobisz, gdy odkryjesz, że zamieściła swoje nagie zdjęcia w sieci?” „Z córką nigdy nie zaznam spokoju. Czy widzieliście, jak się teraz ubierają dziewczyny?! Nic dziwnego, że pakują się w kłopoty!” To mi uświadomiło, że tym razem nie chodzi wyłącznie o niestety dość powszechny slut-shaming przebijający z ich słów. Uświadomiłam sobie wtedy – i cały czas to sobie uświadamiam – że w podobnych dyskusjach chłopcy należą do wielkich nieobecnych! Zawsze (lub prawie) tak jest, gdy wypływa ten temat.

Spróbuj i się przekonaj na własnej skórze: rozpocznij rozmowę o życiu seksualnym nastolatków i zobaczysz, że wszyscy natychmiast zaczną mówić o… dziewczynach, dziewczynach i jeszcze raz dziewczynach. O niebezpieczeństwach, które na nie czyhają, przedwczesnych ciążach, molestowaniu, agresji seksualnej, prostytuowaniu się nieletnich (bo tak, w temacie dziewczyn i seksu, najczęściej dominuje pryzmat zagrożeń). A chłopcy? Puf, zniknęli. Nie ma ich. Co zmusza do zadania sobie następujących pytań: czy dziewczyny uprawiają seks same ze sobą (czy między sobą)? Zachodzą w ciążę za sprawą Ducha Świętego? Są gwałcone przez… ba! No właśnie, kto je gwałci?

Martwimy się, że pewnego dnia nasze córki zostaną napadnięte, choć nawet przez myśl nam nie przejdzie, że to nasi synowie mogą być agresorami. Boimy się, że zostaną zwyzywane od „dziwek”, nie zastanawiając się nawet, czy to czasem nie nasi chłopcy je znieważą. Za wszelką cenę chcemy je uchronić przed nastoletnią ciążą, ale niezbyt nas niepokoi, że nasi synowie mogą zostać nastoletnimi ojcami (przy okazji zauważmy, że to wyrażenie, w odróżnieniu od budzących grozę „nastoletnich matek”, nie trafia do nagłówków gazet). W kwestii zarówno seksu, jak i życia uczuciowego wciąż całą odpowiedzialnością obarczamy dziewczyny. Nigdy nie kwestionujemy sposobu, w jaki wychowujemy chłopców. I jest to powód do wstydu.

Przemoc na tle seksualnym ma swoją płeć

Każdego roku kolejne instytucje prowadzą badania, które potwierdzają: w miażdżącej większości aktów przemocy na tle seksualnym ofiarami są kobiety, sprawcami zaś – mężczyźni. Weźmy na przykład raport francuskiego Krajowego Instytutu Badań Demograficznych (INED) opublikowany w 2016 roku: we Francji przemocy seksualnej doświadcza rocznie ponad pół miliona kobiet (580 000) i niecałe dwieście tysięcy (197 000) mężczyzn (statystyki nie uwzględniają przypadków molestowania ani ofiar ekshibicjonizmu). Co roku średnio zgłasza się dziewięćdziesiąt trzy tysiące przypadków gwałtów lub usiłowania gwałtu na osobach dorosłych, w których ofiarami są w 96% kobiety. W dziewięciu na dziesięć przypadków napastnikami są mężczyźni.

Tak się przedstawia sytuacja nie tylko w przypadku gwałtów, lecz także innych napaści na tle seksualnym (obmacywanie, ekshibicjonizm, molestowanie itd.): w 2017 roku na dwadzieścia dwa tysiące trzystu skazanych za przestępstwa seksualne 98% stanowili mężczyźni.

Niedawny raport Wysokiej Rady ds. Równości Kobiet i Mężczyzn ujawnił, że 100% kobiet przynajmniej raz w życiu padło ofiarą molestowania i/lub przemocy seksualnej w środkach transportu publicznego. Gwizdy, sprośne uwagi, natarczywie lubieżne spojrzenia, obelgi, obmacywanie pośladków… W 2016 roku szeroko zakrojona międzynarodowa ankieta pokazała, że we Francji 65% kobiet pierwszy raz doświadczyło „ulicznego nękania” przed ukończeniem piętnastu lat, a 82% między jedenastym a siedemnastym rokiem życia. Powszechne zjawisko – kobiety nie zaprzeczą! – w którym znów stroną czynną są prawie wyłącznie… mężczyźni.

Przemoc seksualna nie jest ani przypadkiem, ani zrządzeniem losu

Jakie z tego płyną wnioski? Trzeba nauczyć dziewczyny przynajmniej tego, jak się bronić. Przede wszystkim uwrażliwiać je, żeby uważały na postawę, zachowanie, ubrania, miejsca spotkań… Słowem, powinny wziąć własną wolność w nawias.

Od najmłodszych lat dziewczynki wiedzą, że ryzyko gwałtu jest jak najbardziej realne: wcześnie dowiadują się, że ich ścieżki życiowe mogą skrzyżować się na parkingu z drogą niebezpiecznego typa. Żeby uniknąć pożarcia w całości przez bestię, powinny zostać w domu, gdzie jest bezpiecznie.

Tyle że gwoli ścisłości do większości gwałtów dochodzi w domu (ofiary lub napastnika). W 74% przypadków sprawca należy do rodziny ofiary – często jest jej (byłym) partnerem. Nagle uświadamiamy sobie, że zamykanie dziewczyn w domach jest złe, bo przed niczym ich nie chroni. Jeśli naprawdę chcemy zapobiegać gwałtom, lepiej powiedzieć córkom, że w ich najbliższym otoczeniu czai się największe niebezpieczeństwo. Że ofiary nigdy nie ponoszą winy za przemoc, której doświadczyły. A przede wszystkim nauczmy chłopców, żeby powstrzymali się od aktów agresji. Gwałt nie jest bowiem domeną chorych, niezrównoważonych facetów: popełnia go Pan Każdy, który pochodzi z każdego środowiska społecznego, bez wyjątku. Wbrew powszechnemu mniemaniu, sprawcy agresji seksualnej rzadko są chorzy psychicznie. W 2009 roku badanie przeprowadzone w jedenastu europejskich krajach wykazało, że mniej niż 7% oskarżonych o gwałt cierpiało na zaburzenia natury psychiatrycznej. Zresztą gwałt nie jest pochodną frustracji, jak się powszechnie uważa.

W badaniu przeprowadzonym w 1990 roku na stu czternastu mężczyznach skazanych za gwałt, 89% przyznało, że przed aresztowaniem regularnie uprawiało seks przynajmniej dwa razy na tydzień. Wiele eksperymentów, jak na przykład ten przeprowadzony w 2004 roku przez czterech amerykańskich naukowców, wykazało, że za skłonnością do gwałtu kryje się żądza dominacji, a nie przyjemność seksualna. Innymi słowy, sprawcy nie gwałcą, dlatego że mają potrzebę lub ochotę na seks, popycha ich żądza dominacji. „Inne badania udowodniły, że mężczyzn przejawiających skłonności do przestępstw na tle seksualnym lub tych, którzy je popełnili, pociąga władza i automatycznie utożsamiają ją z seksem” – podkreśliła Noémie Renard w swoim eseju En finir avec la culture du viol [Skończmy z kulturą gwałtu]. Trzeba przypominać, że to nie ofiary, a już na pewno nie ich zachowanie, prowokują gwałciciela. Żeby obalić ten utarty mit Centrum Edukacji i Zapobiegania Przemocy Seksualnej przy amerykańskim Uniwersytecie Kansas, zorganizowało w 2017 roku wystawę zatytułowaną: Jak byłaś ubrana? Wystawiono na niej ubrania, jakie miało na sobie osiemnaście kobiet w chwili, gdy zostały zgwałcone: szorty, sukienka, koszulka polo… czyli zupełnie zwyczajne ciuchy. W 2007 roku amerykańska badaczka Theresa Beiner przeanalizowała korelację między seksownym strojem a molestowaniem. W rezultacie udowodniła, że nie ma między nimi żadnego związku, że kobiety nie były molestowane ze względu na to, jak były ubrane. Tym, którzy wciąż mają wątpliwości, przypominam, że gdyby to kobiecy strój popychał sprawców do łamania prawa, plaże stałyby się scenami masowych gwałtów, a kraje, w których kobiety są zmuszane do zakrywania całego ciała, nie odnotowywałyby żadnych aktów przemocy seksualnej. Tak jednak nie jest.

Rozmawiajmy o przemocy seksualnej z naszymi synami

Choć nie zapominamy przestrzegać córek przed przemocą na tle seksualnym, której mogą paść ofiarą, nigdy (albo bardzo rzadko) nie podejmujemy tego tematu w rozmowach z synami. Jakby ich to zupełnie nie dotyczyło. Ale przecież ten problem dotyczy przede wszystkich ich.

Po pierwsze – o czym była mowa wcześniej – dlatego, że sprawcami przemocy seksualnej w przeważającej większości są mężczyźni. Oczywiście nie wszyscy mężczyźni są gwałcicielami (na szczęście!). Nie wiadomo jednak, którzy mogą – lub mogliby – dopuścić się złamania prawa. We Francji nikt nigdy nie przyjrzał się temu z bliska. W swoim eseju Noémie Renard przypomina jednak, że istnieją potwierdzone dane, wyniki badań przeprowadzanych za granicą, głównie w Stanach

Zjednoczonych. Z nich dowiadujemy się, że od 5% do 13% mężczyzn użyło siły lub wykorzystało stan upojenia alkoholowego lub narkotycznego, żeby wykorzystać swoją ofiarę – albo usiłowało wykorzystać. Równie licznej grupie (do 27%) zdarzyło się wywierać presję, aby przymusić partnerkę do seksu: szantaż, groźby zerwania itd. Zakłada się, że od 10% do 20% mężczyzn obmacywało kobietę bez jej zgody. „Ogólnie rzecz ujmując, z badań wynika, że 25–43% mężczyzn przyznaje, że przynajmniej raz w życiu uciekło się do agresji seksualnej lub ­stosunku pod przymusem” – podsumowuje Noémie Renard.

Jeśli nie chcemy, żeby nasi synowie zasilili szeregi agresorów seksualnych, musimy ich wyczulić na powyższe kwestie, mimo że nie napawa nas to entuzjazmem. „Trudno tłumaczyć córce, »jak nie dać się zgwałcić«, bo nie chcemy jej sobie wyobrażać w roli ofiary. Perspektywa wyjaśniania synowi, jak „nie gwałcić”, jest jeszcze boleśniejsza, bo nie chcemy w nim widzieć napastnika” – zauważyła niedawno Carina Kolodny w liście otwartym do „rodziców nastolatków” opublikowanym na łamach „Huffington Post” i zatytułowanym: La conversation que vous devez avoir avec votre fils à propos du viol [Rozmowa o gwałcie, jaką musisz przeprowadzić z synem]. Rozmawiajmy z chłopcami o przemocy seksualnej. Jest to tym bardziej konieczne, że sami także mogą paść jej ofiarą. W 2016 roku szeroko zakrojona ankieta Contexte de la sexualité en France (CSF) pokazała, że 15,9% kobiet przyznaje, że doświadczyła próby wymuszenia albo wymuszonego stosunku seksualnego; było tak również w przypadku 4,5% mężczyzn. W styczniu 2018 roku raport francuskiego Narodowego Obserwatorium ds. Ochrony Dzieci ujawnił, że wśród nieletnich 22% skarg na przemoc seksualną wnieśli chłopcy. W 2016 roku złożyli 19% doniesień o gwałcie i 23% o molestowaniu i agresji seksualnej. Jest to jedynie czubek góry lodowej, bo instytucja przypomina, że „zgłaszanych jest mniej niż 10% aktów przemocy seksualnej”. Nie pozwólmy naszym synom samotnie mierzyć się z problemem przemocy seksualnej, która ich dotyka: w roli sprawców, lecz również ofiar.

Uszanowanie zgody – tego się uczy

Co odróżnia zabawę od agresji? Podryw od molestowania? Gwałt od stosunku? Odpowiedź jest oczywista: zgoda partnera. Ostatnio często się na ten temat dyskutuje, choć zasada jest prosta: nie znaczy nie. Moje ciało należy do mnie, podobnie jak moja seksualność, i nikt nie ma prawa mnie dotykać bez mojej zgody. W definicji wszystko wydaje się jasne. Niestety rzeczywistość jest zgoła odmienna. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że kobiety masowo padają ofiarami agresji seksualnej?

„Statystyki gwałtów lub usiłowania gwałtu są przerażające, a w liczbach kryją się faceci, którzy nawet nie są świadomi, że dopuścili się gwałtu” – uważa artysta D’de Kabal. Od 2016 roku kwestia zgody stała się centralnym zagadnieniem jego Laboratorium dekonstrukcji męskości. W trakcie warsztatów D’ de Kabal trafia w sedno: „Wymagamy od mężczyzn, żeby pytali kobiety o zgodę, a przecież nawet nie potrafią sami siebie o nią zapytać. Jeśli chcemy rozwiązać problem przemocy, według mnie trzeba zacząć właśnie od tego”.

W społeczeństwie, które uważa, że mężczyźni myślą tylko o seksie, zostało powszechnie przyjęte – zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety – że zgoda mężczyzn jest oczywista. Co wyjaśnia, dlaczego tylu mężczyzn nigdy nie zadało sobie trudu, aby zakwestionować własne pożądanie („Czy naprawdę mam na to ochotę? W ten właśnie sposób?”). Tłumaczy to także, dlaczego mężczyzna, na którym kobieta wymusi stosunek, nigdy nie użyje słowa „gwałt”… choć przecież to jest gwałt.

Innymi słowy, jeśli chcemy walczyć z przemocą seksualną, uczenie, czym jest zgoda, to absolutna podstawa – zarówno w przypadku dziewczynek, jak i chłopców.

Zacznijmy rozmawiać z nimi o zgodzie jak najwcześniej, nie czekajmy, aż wejdą w okres dojrzewania. „Czym jest intymność? Kto ma prawo cię dotykać? Takie pytania dziecko powinno sobie stawiać już od przedszkola” – radzi edukator seksualny Alexandre Chevalier. W tym celu posługujmy się językiem i przykładami odpowiednimi dla ich wieku. Rozumienie „zgody” jako pozwolenia w sensie prawnym może nie być oczywiste, zwłaszcza w wypadku bardzo małych dzieci. Dlatego właśnie Alexandre Chevalier proponuje, żeby sięgać po konkretne przykłady codziennych sytuacji, niekoniecznie związanych z seksem. „Można na przykład powiedzieć: »Gdy będziesz spał, twoja młodsza siostra obetnie ci włosy. Podoba ci się to? Zgadzasz się?«. Można także poruszyć kwestię wymuszenia: »Wyobraź sobie, że chodzisz do szkoły, ale nie masz żadnych przyjaciół w klasie. Pewnego dnia jeden z kolegów namawia cię, żebyś coś ukradł ze sklepu, i obiecuje, że wtedy będzie twoim kumplem. Co zrobisz? Może przystaniesz na jego propozycję, ale czy działając pod presją, twoja zgoda będzie autentyczna?«” – podpowiada Alexandre Chevalier. Powyższe przykłady z życia codziennego nie tylko mają tę zaletę, że są zrozumiałe dla dzieci, lecz pokazują także, że konieczność wyrażenia zgody dotyczy różnych sfer życia, nie tylko seksualności. Nie zmuszajmy dzieci do całowania (lub bycia całowanym) wbrew ich woli. W Wielkiej Brytanii ten komunikat próbuje przekazać Lucy Emmerson, szefowa stowarzyszenia Sex Education Forum [Forum edukacji seksualnej]. W 2014 roku temat wzbudził liczne kontrowersje po drugiej stronie kanału La Manche, wielu rodziców uznało jej zalecenia za zbyt ekstremalne. Jednak, co wyjaśnia Lucy Emmerson podczas licznych publicznych wystąpień, zmuszając dzieci do kontaktów fizycznych, mówimy im nie wprost, że ich ciało do nich nie należy i że dorośli mogą z nimi zrobić cokolwiek tylko zechcą, nawet jeśli dziecko nie wyrazi zgody. Jeśli nasz syn lub córka nie chce pocałować dziadków na dzień dobry, nie ma najmniejszych powodów do paniki: możemy wymuszone „buziaki” zastąpić przesyłaniem całusa dłonią w powietrzu lub „papatkami”. Mamy prawo odmówić kontaktu fizycznego, co wcale nie oznacza, że musimy przy okazji wyjść na gburów!

Zgoda: w pięciu krokach

1. Jest dobrowolna: ustępowanie (pod wpływem szantażu) nie jest zgodą.

2. Jest wyrażana w sposób jasny: milczenie nie oznacza zgody. W razie wątpliwości lepiej zapytać i się upewnić.

3. Udziela jej osoba, która jest w stanie ją wyrazić: innymi słowy, jeśli ktoś śpi, jest pijany, nieprzytomny lub nie może się wypowiedzieć (z powodu na przykład wypadku lub niepełnosprawności), nie może wyrazić zgody.

4. Jest konkretna: zgody udziela się konkretnej osobie i dotyczy ona konkretnego czynu, a także konkretnej chwili. Fakt, że raz się zgodziliśmy, nie oznacza, że jutro będzie tak samo.

5. Może zostać unieważniona: mamy prawo anulować naszą zgodę lub wycofać się na każdym etapie stosunku płciowego.

Zmieńmy wyobrażenia związane z gwałtem

Najpierw dowiedzmy się, czym jest „kultura gwałtu”… żeby ją skuteczniej zwalczać. Kultura gwałtu – termin utworzony w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w Stanach Zjednoczonych – obejmuje całokształt „postaw i przekonań – najczęściej błędnych, lecz szeroko rozpowszechnionych i trwale wpisanych w struktury społeczne – służących negowaniu i legitymizowaniu męskiej agresji seksualnej wobec kobiet”. Jesteśmy jej częścią, na przykład, gdy insynuujemy, że ofiary przemocy seksualnej to najczęściej kłamczuchy niesłusznie oskarżające napastników (choć w rzeczywistości fałszywe zarzuty stanowią zaledwie od 2% do 10% wszystkich doniesień14; identyczna proporcja obowiązuje też w przypadku innych przestępstw). A także, kiedy bezrefleksyjnie zgadzamy się z twierdzeniem, jakoby Iksińska została zgwałcona, bo przecież sama się o to prosiła (i do wyboru: bo ubrała się zbyt seksownie, bo piła alkohol, bo umawiała się z chłopakiem). Również wtedy, gdy uważamy, że kiedy kobieta mówi „nie”, to naprawdę myśli „tak”. Wszystkie powyższe mity związane z gwałtem nieuchronnie przyczyniają się do obwiniania ofiar (więc zniechęcają do zwierzeń i składania zeznań) i rozmywania odpowiedzialności sprawców (którzy mogą sobie spokojnie dalej żyć, a nawet wciąż bezkarnie gwałcić). Sprawiają, że nasze społeczeństwo bagatelizuje gwałt, a wręcz go toleruje. Problem polega na tym, że kultura gwałtu jest bardzo głęboko zakorzeniona w naszej świadomości i systematycznie przenika do kultury popularnej. Żeby to zmienić, musimy:

• zacząć wierzyć ofiarom;

• przestać je obwiniać;

• wytykać powszechne, lecz błędne przekonania tradycyjnie związane z przemocą seksualną (nie wszyscy napastnicy są zwyrodniałymi potworami, większość to zwykli faceci);

• przypominać naszym dzieciom, że nigdy nikomu nie muszą się odwdzięczać seksem w podziękowaniu za przysługę (nawet jeśli druga strona jest troskliwa, daje prezenty lub się ją kocha);

• wyjść z friendzone (z ang. friend zone) – ten dość mglisty termin, popularny zwłaszcza wśród nastolatków, oznacza sytuację, gdy jedna osoba marzy o głębszym związku z drugą, która jednak woli, aby ich stosunki pozostały na przyjacielskiej stopie. Można powiedzieć, że ktoś „wpakował się w friendzone”. Zjawisko podtrzymuje kulturę gwałtu, bo sugeruje, że pod pretekstem bycia miłym (zazwyczaj chłopak) może oczekiwać od dziewczyny seksu w ramach wdzięczności. Mimo to ten wątek regularnie pojawia się w serialach, u youtuberów, a w konsekwencji na szkolnych korytarzach…

Powiedzmy wprost: gwałt jest agresją seksualną. Alexandre Chevalier podkreśla, że w dziedzinie relacji z drugą osobą i granic tego, co można, a czego nie, wiele kwestii wciąż pozostaje (bardzo) rozmytych. W trakcie warsztatów zdarza mu się spotkać młodych, dla których wymuszony stosunek oralny nie jest postrzegany w kategoriach gwałtu, lecz „gry wstępnej”. Zabawy seksualne, agresja… wszystko się radośnie miesza. Żeby rozgraniczyć pojęcia, zazwyczaj bazuje na obowiązujących przepisach prawnych i zachęca, aby iść w jego ślady, nawet w gronie rodzinnym, na przykład w trakcie komentowania bieżących wydarzeń lub dyskusji na ten temat.

Można wyjaśnić, że:

• kiedy dochodzi do penetracji (także palcem lub przedmiotem) bez zgody zainteresowanej osoby, to dochodzi do gwałtu, czyli przestępstwa zagrożonego karą pozbawienia wolności;

• kiedy pozwalamy sobie na gesty o podłożu seksualnym, niezależnie od tego czy dochodzi do fizycznego kontaktu z drugą osobą (obmacywanie, ekshibicjonizm), a druga strona nie wyraża na nie zgody, mamy do czynienia z agresją seksualną i także jest to czyn zagrożony karą pozbawienia wolności;

• kiedy używamy słów i/lub gestów o charakterze seksualnym, które krępują, zastraszają lub poniżają drugą osobę, jest to forma molestowania seksualnego – także ścigana prawnie.

Podważajmy słuszność własnych wyobrażeń.

„Musimy opracować nowy język mówienia o problemie przemocy seksualnej. Dotyczy to także wielu osób dorosłych, którym brakuje jasności. Mając to na uwadze, jak możemy oczekiwać, że dzieci nie będą mieć z tym problemu?” – pyta Alexandre Chevalier. Trudno się z nim nie zgodzić. W marcu 2016 roku stowarzyszenie Mémoire traumatique et victimologie [Pamięć traumatycznych zdarzeń i wiktymologia] przeprowadziło sondaż, żeby dowiedzieć się, jak Francuzi postrzegają gwałt: dwóch na dziesięciu ankietowanych uważa, że jeśli kobieta mówi „nie”, to myśli „tak”. Natomiast dla 61% Francuzów i 65% Francuzek mężczyźnie „więcej trudności nastręcza kontrolowanie własnych popędów niż kobiecie”. Ta koncepcja jest powszechnie podtrzymywana przez stereotypy płciowe. I przypomina, dlaczego tak ważna jest jak najwcześniejsza dekonstrukcja wyobrażeń odnośnie do „męskiego” i „żeńskiego”. Jeśli chcemy skończyć z księżniczkami i rycerzami, to nie dla przyjemności zabawy w ikonoklastów, lecz dlatego, że z tych właśnie wyobrażeń wyrasta przemoc seksualna.

Aurelia Blanc, „Jak wychować syna na feministę”, wyd. Znak Koncept

  1. Psychologia

Jak zaopiekować się sobą? – 10 sposobów na okazanie sobie ciepłych uczuć

Brak miłości własnej jest źródłem niesatysfakcjonującego życia (fot. iStock)
Brak miłości własnej jest źródłem niesatysfakcjonującego życia (fot. iStock)
Zwłaszcza kobiety mają tendencje do tego, żeby opiekować się dzieckiem, kotem, mężczyzną, koleżanką, czy sąsiadką. Ale nie sobą. Lato to dobry czas, żeby wreszcie to zmienić.

Dr Sherrie Campbell jest psychologiem klinicznym z 30-letnim doświadczeniem prowadzenia psychoterapii. Uważa ona, że właśnie brak opiekowania się sobą leży u przyczyn naszych kłopotów psychologicznych. Ktoś, kto nie zajmuje się sobą, nie ma ze sobą kontaktu i ciepłych uczuć wobec siebie. Brak miłości własnej jest źródłem niesatysfakcjonującego życia. Tymczasem są proste sposoby, żeby zacząć dbać o siebie. Jakie? Sherrie Campbell wymienia 10 z nich.

1. Ćwicz, spaceruj, chodź na basen, biegaj po parku. Cokolwiek, byle w samotności i na świeżym powietrzu. To właśnie czas dla siebie i bliskość natury sprawiają, że inaczej patrzymy się na świat, stajemy się spokojniejsi i przede wszystkim nawiązujemy kontakt ze sobą. Na świeżym powietrzu i ze sobą nie czujemy już tej presji obowiązków i wymagań innych ludzi. To już powiew wolności.

2. Przez 30 minut dziennie kontempluj. Obserwuj każdą swoją myśl oraz uczucie. Poświęć sobie uwagę całkowicie i do końca. Niech te półgodziny będzie dla ciebie święte. Od tego zacznij, potem staniesz się uważna na siebie przez 24 godziny na dobę.

3. Twórz. Odwołaj się do swojej kreatywności, ona powoduje, że życie staje się soczyste i pełne pasji. Pisz, tańcz, piecz tarty, haftuj, maluj czy naprawiaj samochody. Byle sprawiało ci to radość i nie było twoją pracą.

4. Odpowiednio dobieraj towarzystwo. To ważne, żeby dbać o swoją energię psychiczną. Jesteśmy stworzeniami społecznymi i potrzebujemy kontaktu z innymi ludźmi. Jednak jesteśmy również emocjonalni i łączymy się z uczuciami innych. Dlatego tak ważne jest, żeby świadomie wybierać towarzystwo. Unikaj ludzi agresywnych, złośliwych, zazdrosnych i źle ci życzących. Zwróć się ku radosnym, optymistycznym i dobrym. Naprawdę możesz wybrać.

5. 20 minutowa drzemka w ciągu dnia. Prosta rzecz i przyjemna a odprężająca nasze emocje oraz ciało. Dostępna dla każdego.

6. Nagrody. Każda okazja jest dobra, żeby się nagradzać. Przeżyłaś pracowity dzień, zrobiłaś kolejny mały krok w kierunku swojego celu, wybierz się na masaż, kup sobie inspirującą lekturę, usiądź z ulubionymi lodami na ławce w parku.

7. Żyj duchowo. Medytuj, żeby poczuć jedność ze wszystkim, co cię otacza. Szukaj ludzi, którzy żyją w ten sposób, dbaj o to, żeby energia, którą wibrujesz, była coraz wyższa i czystsza.

8. Dotyk. Jest jak uzdrowienie, bo zmniejsza skutki stresu i pozwala poczuć miłość do siebie. Dlatego dbaj o to, żeby dotykać się z bliskimi tobie ludźmi.

9. Zdrowe jedzenie. Tak, to krok w kierunku miłości własnej. To znak, że o siebie dbasz, bo masz kontrolę nad negatywnymi kompulsjami.

10. Mniej elektroniki w życiu. Sprzęty elektroniczne, którymi się otaczamy, sprawiają że nasz mózg nie emituje wystarczającej dla zrelaksowania się ilości fal alfa. Niech jakaś część dnia będzie dla ciebie wolna od telewizora, telefonu, laptopa. Jeśli się na to zdecydujesz, będziesz dla siebie dobra. A o to przecież chodzi w nauce opiekowania się sobą.