1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Niech twoje ciało przemówi

Niech twoje ciało przemówi

fot.123rf
fot.123rf
Terapia czaszkowo-krzyżowa jest formą pracy z ciałem poprzez dotyk, ale trudno ją nazwać masażem. To raczej dialog, w którym decydujący głos ma ciało - porozumiewa się z terapeutą, komunikuje swoje potrzeby.

Terapia czaszkowo-krzyżowa rozwinęła się na bazie osteopatii. Zakłada, że ciało to spójny system funkcjonujący na zasadzie wzajemnych połączeń, współzależności. Każda nieprawidłowość ma swoją przyczynę - można do niej dotrzeć i usunąć ją, przywracając naturalny ruch w organizmie. Ten ruch bierze się z pulsowania płynu mózgowo-rdzeniowego i przenoszony jest z mózgu na kości czaszki i dalej. Jeśli rytm pulsowania jest właściwy - 6 do 10 cykli na minutę, to człowiek jest zdrowy. Do takich wniosków doszedł jeszcze w latach 20. amerykański lekarz William G. Sutherland. Zakwestionował wcześniejszy pogląd o nieruchomości kości czaszki, a rytm pulsacji płynu mózgowo-rdzeniowego, wprawiający je w ruch, nazwał „oddechem życia”. Uznał go za trzeci rytm fizjologiczny (pierwszy to oddech płucny, drugi - bicie serca).

Na granicy biopola

Oddech życia płynie przez cały kręgosłup - od czaszki po kość krzyżową i z powrotem - tłumaczy praktykująca TCK Katarzyna Hajduga. Dla naszego zdrowia ważne jest, by ten przepływ odbywał się harmonijnie. Organizm nieustannie odtwarza matrycę doskonałego zdrowia, którą ma w sobie każdy z nas, bez względu na doświadczenia. Jest takie piękne zdanie, że zdrowie nigdy nie ginie - ono się tylko czasem chowa pod różnymi zdarzeniami, ściśniętymi tkankami, które zaczynają żyć swoim życiem, niejako poza systemem. Jeżeli boli nas na przykład ręka, oznacza to, że jest tam coś, co potrzebuje naszej uwagi. W terapii czaszkowo-krzyżowej można bardzo delikatnie uwalniać te traumy.

Bardzo dobre rezultaty daje łączenie TCK z wywodzącą się z ajurwedy metodą pracy z „odciskami życia”, opracowaną przez mojego nauczyciela Donalda van Howtena (odciski życia to informacje i zdarzenia zapisane w tkankach). Traumatyczne doświadczenia prowadzą do wytworzenia silnego napięcia w układzie nerwowym.

Przypuśćmy, że wystraszyliśmy się czegoś, komórki i tkanki naprężyły się - jeśli nie dojdzie do oczyszczenia, trauma umocni się. Kolagen w wybranych tkankach staje się twardszy, trudniej się do nich dostać, a kiedy już się to uda, mogą się pojawić bardzo silne objawy, np. dreszcze. Te ogniska mogą z czasem przyjąć postać fizyczną - tak jak wszystko, z myślami włącznie. Dlatego sposób chodzenia, poruszania ciałem ujawnia nasze myśli i doświadczenia, przez które przeszliśmy.

W TCK pracuje się z kośćmi czaszki, kręgosłupem, kością krzyżową, a odzyskiwanie zdrowia następuje poprzez harmonijny przepływ i dożywienie całego ciała. Kiedy podczas sesji płyn mózgowo-rdzeniowy przepływa przez bardziej napięte miejsca, w pewnym sensie odtwarza historię, która tę blokadę spowodowała. Czasami uwolnienie jest tak silne, że ludzie podskakują, płaczą, śmieją się albo natychmiast zasypiają. Zaczynają nagle czuć poszkodowane miejsce, przypominają sobie jakieś odległe zdarzenie. Bywa, że ktoś nie pamięta, iż spadł z motoru, ale jego ciało tak. Jako terapeuta jestem takim cichym towarzyszem, który zapewnia ciału bezpieczną przestrzeń pracy. Ono nawiązuje ze mną dialog, ale muszę w tej rozmowie zachować odpowiednią odległość. Fizycznie jestem blisko, natomiast mentalnie wycofuję się do granicy biopola. Chodzi o to, by niczego nie wymuszać, nie przyspieszać - tylko dać organizmowi impuls, aby wyzwolił swoje wewnętrzne siły przywracające równowagę.

Głowa jak orzeszek

Osoba poddająca się masażowi prawie nie rejestruje mojego dotyku. Od strony terapeuty wygląda to jednak inaczej - pracując z czaszką, miewam odczucie, że potylica buja się na różne strony, tańczy. Czasem pojawiają się spiralne ruchy, co znaczy, że trauma „odwija się”. Nie musimy wiedzieć, jaka to trauma, układ nerwowy i tak sobie poradzi - przewija film, coś uwalnia - trzeba po prostu poczekać, aż skończy. Zwykle przychodzi moment ciszy, płyn mózgowo-rdzeniowy zatrzymuje się na chwilę, po czym zaczyna harmonijny, bardzo subtelny ruch. Potrzeba dużego skupienia i wyciszenia, żeby go poczuć.

W tej metodzie - poza znajomością anatomii - istotna jest intuicja, uważność. Układy terapeutyczne są cały czas te same, ale każdy człowiek jest inny, także podczas kolejnej wizyty.

Ważne są też komendy mentalne, jakie wydaje się organizmowi. To są takie ogólne polecenia, na przykład „fluktuacja poprzeczna” (inicjuje uwalnianie traumy). Po wydaniu komendy czekam na reakcję organizmu, która pojawia się wcześniej czy później, ale zawsze we właściwym czasie. Ważne jest, by na nic się nie nastawiać, nie oczekiwać określonych reakcji. Często podczas pierwszych sesji ludzie nic nie czują, leżą rozluźnieni i nagle, na którymś spotkaniu, wchodzą w tak bliski kontakt ze swoim ciałem, że zaczynają je słyszeć. Ciało mówi tak długo, aż się uspokoi i da sygnał, że na razie wystarczy.

 
Na początku spotkania najpierw słucham człowieka, potem tego, co chce mi powiedzieć jego organizm.

Nie zakładam z góry, że dana dolegliwość czy emocja związana jest z brzuchem czy głową - ciało samo sygnalizuje, co się w nim dzieje. Może się na przykład okazać, że w danym momencie trzeba uwolnić traumę sięgającą życia płodowego - jest taki obszar na wewnętrznych krawędziach stóp, gdzie uwalnia się traumy okresu prenatalnego. Porodowe z kolei umiejscowione są w okolicach pasa, a te związane z poczęciem – w obszarze głowy. Bardzo ważna jest praca w ustach i ze stawami żuchwowo-skroniowymi - dość powiedzieć, że wzdłuż linii szczęk znajdują się odpowiedniki narządów wewnętrznych.

Każda sesja jest inna, każde ciało przyswaja zmiany w swoim czasie i we własnym rytmie. Zdarza się, że jakiś problem trzeba rozłożyć na kilka spotkań, pracować odcinek po odcinku. Jeśli ktoś cierpi na silną nerwicę, jego organizm potrzebuje więcej czasu na to, żeby się odbudować.

Kiedy trzymam głowę osoby z depresją, to wszystko z pozoru wygląda normalnie, ale kiedy zamknę oczy, wydaje mi się, że mam w ręku orzeszek - tak się kuli do środka. To potwierdza starą prawdę, co zewnętrzne, nie zawsze odpowiada temu, co wewnątrz.

Wszystko jest połączone

Praktykując TCK mam do czynienia z dorosłymi, dziećmi, nawet niemowlętami. Czasem sesja trwa zaledwie 10 minut, bo akurat organizm tyle może wytrzymać, ale jest równie wartościowa jak ta trwająca godzinę czy półtorej. Pracuję z różnymi problemami, które wytrącają nas z równowagi: z depresjami, fobiami, bezsennością, bezpłodnością, urazami okołoporodowymi, porażeniem mózgowym. Nie przypisuję dolegliwości do określonego obszaru ciała. Nawet jeśli w danym momencie koncentruję się na jednym miejscu, cały czas ogarniam całość, sprawdzam, jak przebiega przepływ. Wszystko jest połączone - bez względu na to, na jakim odcinku w danym momencie jest większe zapotrzebowanie na dotyk, i tak organizm będzie dążył do równowagi w całym obszarze. Tak jak nie da się oddzielić poszczególnych części ciała, nie sposób też odseparować ciała od emocji. Na przykład stały ucisk na kość ciemieniową i krzyżową może wywołać niekontrolowane wybuchy agresji (co zresztą zostało wykorzystane przy wyrobie za ciasnych hełmów dla żołnierzy pewnej armii).

Postawa ciała, jaką przyjmujemy, wynika z tego, czego doświadczyliśmy, i odwrotnie: to, w jakiej kondycji jest nasze ciało, przekłada się na emocje, na to, jak żyjemy. Pracując z ciałem, możemy zmieniać wzorce myślowe, stosunek do siebie. Ciało nosi w sobie różne „odciski życia”. Taki drobiazg: niemowlę leży w łóżeczku przy ścianie, zawsze z głową w tym samym kierunku. Wszystkie zdarzenia w pomieszczeniu będą się dla niego rozgrywać po tej samej stronie, co może spowodować, że dziecko będzie się skupiało na jednej stronie ciała, a drugą całkowicie zaniedba. Tak tworzy się wzorzec, przekładający się potem na czucie własnego ciała i stosunek do niego. To samo dzieje się w dorosłym życiu - jeśli ktoś przez 20 lat stał przy taśmie produkcyjnej skręcony w jedną stronę, będzie mieć zrotowane tkanki, nawet gdy odpoczywa. Wszystko ma znaczenie.

Ponieważ TCK działa głęboko na poziomie tkankowym, powoduje odmładzanie komórek. Jeżeli nasza matryca na zdrowie jest uruchomiona i właściwa informacja przekazywana z płynem mózgowo-rdzeniowym do wszystkich komórek, to dopasowują się one do tej informacji. Praca z ciałem działa też na innym poziomie: osoba korzystająca z terapii staje się bardziej dojrzała, świadoma, gotowa wziąć odpowiedzialność za swoje zdrowie i życie. Zaczyna traktować ciało jako osobistego informatora. Jej emocje stają się bardziej harmonijne, może wyjść poza schematy działania. Terapia zmienia postrzeganie siebie, a w konsekwencji relacje z ludźmi. Nagle dostrzegamy wewnętrzne światło, mamy lepszy kontakt ze sobą, więc jesteśmy też bardziej uważni na zewnątrz.

Katarzyna Hajduga praktyk terapii czaszkowo-krzyżowej i pracy z oddechem, międzynarodowy praktyk spiralnego balansowania aury, certyfikowana masażystka Kahi Loa, trener EFT.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Emocje zamrożone w ciele - gdzie powstają napięcia?

Emocje, które wyparliśmy zapisują się w naszym ciele. Skutek? - Coraz więcej fizycznych dolegliwości. (fot. iStock)
Emocje, które wyparliśmy zapisują się w naszym ciele. Skutek? - Coraz więcej fizycznych dolegliwości. (fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Odrętwienie ciała to objaw nienawiści. Sztywność karku charakteryzuje uparte, nieustępliwe nastawienie. Zaciśnięte szczęki oznaczają nadmierną kontrolę. Źródłem napięć w ciele są zamrożone w dzieciństwie emocje. W jaki sposób je uwalniać?

Według Alexandra Lowena, amerykańskiego psychiatry i psychoterapeuty, twórcy bioenergetyki, nosimy w sobie niewyrażone: smutek i złość. Jeśli jako dzieci nie mogliśmy pozwolić sobie na okazywanie uczuć, jeśli nie były one akceptowane, byliśmy za nie strofowani, karani, nasze ciała odzwierciedlają bolesne historie z przeszłości. Można wyczytać z nich nasze dawne cierpienia. Uwolnimy się od nich, jeżeli je sobie uświadomimy i na nowo przeżyjemy.

Kiedy do Alexandra Lowena przychodził klient, terapeuta przyglądał mu się jaką przybiera postawę, jaki ma ton głosu, wyraz twarzy, oczu. Pytał w jaki sposób doświadcza swojego ciała, jakich napięć jest świadomy, czy ma problemy zdrowotne, czy coś go boli. Oglądał jego ciało, poszukując wzorców napięć. Najczęściej robił to, kiedy pacjent stał przed lustrem, bo wtedy mógł od razu pokazać i wytłumaczyć, co widzi. Z 40-letniego doświadczenia Lowena wynika, że ogólne odrętwienie jest fizycznym objawem nienawiści. Nienawidzimy tych, których kiedyś bardzo kochaliśmy, a którzy – w naszym odczuciu – zdradzili nas. Ten stan zamrożenia może być przełamany tylko dzięki uwolnieniu gorących emocji, zwłaszcza palącej złości. Wściekłość, w przeciwieństwie do złości, jest zimna choć wybuchowa i wymyka się spod kontroli. Złość można okiełznać, odczuwa się ją jako ciepło, które wznosi się aż do poziomu głowy, wraz ze wzrostem pobudzenia płynącego w górę. Osoba odczuwająca złość robi się czerwona na twarzy, ponieważ ciśnienie krwi w głowie rośnie. Złość jest tak naprawdę pozytywną siłą życiową, ma moc uzdrawiania.

Szczęki mogą być cofnięte, co oznacza komunikat „nie mogę odpuścić”, natomiast wysunięte do przodu zdradzają postawę „nie odpuszczę”. Napięcie w szczękach sprawia, że osoba nie może w pełni otworzyć ust, co ogranicza zarówno oddech, jak i głos. Zaciśniętym szczękom towarzyszy zwykle zaciśnięcie mięśni gardła, co ogranicza wyrażanie uczuć. Utrudnia płacz i krzyk. Dlatego należy często płakać, wciąż na nowo, coraz głębiej i swobodniej, aż płacz stanie się prosty jak chodzenie. W ten sam sposób należy ćwiczyć krzyk, aż stanie się tak naturalny jak mówienie.

Poddanie się wymaga też rozluźnienia mięśni karku i szyi (zwłaszcza tych łączących głowę z szyją). W naszej kulturze napięcia tych mięśni są powszechne, gdyż działamy głównie z poziomu głowy i strach przed utratą umysłowej kontroli jest ogromny. Jeśli jednak go nie odpuścimy, w jaki inny sposób możemy poddać się naszemu ciału i życiu? W jaki sposób możemy się kochać? Ludzie, którzy nie wychodzą poza głowę, mają trudności z zakochaniem się i spaniem. Napięcie mięśni u podstawy czaszki, powoduje bóle głowy. To samo napięcie odpowiada za wiele kłopotów ze wzrokiem. Rozprzestrzenia się w dół karku, uniemożliwiając swobodny ruch głowy.

Sztywność karku charakteryzuje uparte, nieustępliwe nastawienie. Jeśli taka sztywność utrzymuje się przez lata, staje się przyczyną bolesnych zmian artretycznych w kręgach szyjnych. Tak się dzieje dlatego, że odcięliśmy się od uczuć. Co ciekawe, według Lowena głównym uczuciem, które skrywają tego rodzaju napięcia, jest smutek. Można się od niego uwolnić dzięki „złamaniu się ” i pozwoleniu na płacz.

Pozostałe napięcia można zredukować przez krzyk. Gdy krzyczymy, ogromny ładunek energetyczny przebiega przez nasze ciało, wreszcie „tracimy głowę”, odzyskując serce, czyli dostęp do uczuć.

Źródło: Na podstawie książki "Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć" (Alexander Lowen, Wydawnictwo Czarna Owca).

  1. Zdrowie

Masaż jivaka na rozluźnienie - odblokuj ciało i emocje

Równoczesne otwarcie ciała i umysłu powoduje wzmożony ruch energii życiowej. Wzrasta percepcja, otwieramy się na bogactwa życia. Dlatego ludzie tak chętnie korzystają z masażu jivaka. (Fot. iStock)
Równoczesne otwarcie ciała i umysłu powoduje wzmożony ruch energii życiowej. Wzrasta percepcja, otwieramy się na bogactwa życia. Dlatego ludzie tak chętnie korzystają z masażu jivaka. (Fot. iStock)
Jak by to było, gdybyś w pełni doświadczała swojego potencjału? Gdyby wszystkie wskazówki – ta pokazująca stan zdrowia i ta od dostatku, i od relacji – przesunęły się w stronę górnej granicy? Zdaniem Gunthera Krügera, założyciela szkoły Jivaki, to jest możliwe.

Zdaniem Gunthera Krügera, założyciela międzynarodowej szkoły „Jivaka – body and mind”, osiągnięcie dobrostanu we wszystkich sferach życia to kwestia zaangażowania. Decyzji. – Bardzo wiele osób żyje poniżej swojego potencjału. Ma to związek z ograniczonym odczuwaniem. Kiedy zamykamy się na nie, wycofujemy, ciało traci witalność. Dlatego tak ważna jest świadoma eksploracja ciała i zmagazynowanej w nim historii. Im bardziej stajesz się jednym z ciałem, tym jesteś zdrowsza, bardziej świadoma, nieustraszona. Zyskujesz dostęp do swojej pełni.

Jak się ma do tego umysł? – Ciało odbija wszystkie wrażenia zgromadzone w umyśle, pozostaje więc z nim w nierozerwalnej więzi – mówi Gunther Krüger i jeszcze raz podkreśla rolę świadomości. Dzięki niej możemy uwolnić się od nieaktualnych informacji, przekonań. – Jak słońce oświetla każdą roślinę, by wzrastała, tak świadomy umysł może oświetlić każdą dziedzinę życia. Każdą ukrytą traumę. Dzieje się to, kiedy pozwalamy sobie na spotkanie z ciałem. Kiedy zaczynamy głęboko odczuwać.

Równoczesne otwarcie ciała i umysłu powoduje wzmożony ruch energii życiowej. Wzrasta percepcja, otwieramy się na bogactwa życia. Dlatego ludzie tak chętnie korzystają z masażu. Czy też z praktyk, które – jak w Jivace – nazywane są body treatment. Po to też przychodzą na warsztaty Jivaki: żeby doświadczyć dotyku. Być bliżej – siebie i innych. Ale też coraz więcej osób chce się uczyć masażu. Dzielić się nim z innymi, niekoniecznie klientami. Zwłaszcza kiedy przekonają się, ile może się wydarzyć podczas takiego bliskiego spotkania. Kiedy uświadomią sobie, że masaż jest jak życie.

Ciało – zbiór informacji o twoim życiu

Warsztaty z Guntherem Krügerem zaczynamy od prostych ćwiczeń. Udajemy stado goryli – po to, żeby rozluźnić się, nawiązać kontakt. Potem rozciąganie. Nie możesz połączyć dłoni na plecach? Wyobraź sobie, że to robisz. W którymś momencie to nastąpi, przecież ciało podąża za umysłem... I jeszcze ćwiczenie energetyczne. Pocieramy dłonie, budzimy w nich energię. Są bramą – za ich pośrednictwem możemy tak wiele przekazać. I otrzymać. Ważne, by były otwarte, świadome. Teraz tymi naenergetyzowanymi dłońmi „myjemy” ciało, dotykając po kolei wszystkich części. – Możesz wybrać, czy włączysz też partie intymne – mówi Gunther Krüger – czy uważasz je za gorsze, wolisz pominąć. Jeśli budzą twoje zakłopotanie, jest teraz okazja, by przekroczyć ten próg. Ciało zawiera wszystkie informacje dotyczące twojego życia. Im większy masz do tego dostęp, tym lepiej. Zaproś wszystko. Całość.

Rozluźnienie

Tajniki systemu, który stworzył ponad 2,5 tysiąca lat temu osobisty lekarz Buddy, Jivaka Kumar Bhaccha, nie są dostępne w żadnej książce. – To wiedza przekazywana z nauczyciela na ucznia. Nie wystarczy technika, kluczowe jest zaufanie. Informacje płyną z serca do serca. O ile pozostanie ono otwarte.

Podczas zabiegu Jivaki pozostajesz ubrana. Najważniejsza jego część to otulanie kocem. Chodzi o zaopiekowanie się drugą osobą. Bo wielu z nas nie dostało wystarczająco opieki... – Leżąc pod kocem, relaksujesz się, niczego nie udajesz. Jak się czujesz z tą prawdą? Masz wybór: zostać, wejść głębiej albo powiedzieć „dość”. Zamknąć się, uciec od sytuacji, od ludzi. I tak nie uciekniesz od siebie...

Poddając się masażowi, poddajemy się życiu. Zamykamy oczy, rezygnujemy z kontroli. Dlatego ważne jest, by nie odrywać rąk od masowanego. – Nie wiemy, co przyniesie życie – mówi Krüger. – Ale wciąż pozostajemy z nim w kontakcie. Gotowi na zmiany. Można się im, oczywiście, opierać. Ale po jakimś czasie zmiana i tak przyjdzie.

Czasem życie przynosi ból. Nie zawsze go ujawniamy. Chcemy być dzielni (grzeczni?), pilnujemy się, żeby nawet nie syknąć. – Ja też zatrzymywałem ból, tak byłem nauczony. Nie jest łatwo zmieniać takie rzeczy. To znów kwestia wyboru. Jeśli nie wyrażasz bólu, nie będziesz też wyrażać ekstazy. Wszystkie te uczucia kumulują się, w końcu całe życie staje się ściśnięte – tłumaczy Krüger. I przyznaje, że niektórzy mają bardzo wysoki próg bólu, są na niego uodpornieni. – Doświadczyli czegoś trudnego, wycofali się. Żelazny płaszcz chroni przed przykrymi wydarzeniami, ale też nie dopuszcza innych.

Najboleśniejsze miejsca w ciele (czyli te najbardziej zablokowane) można poznać po tym, że mają twardszą tkankę, inną temperaturę. Warto zostać tam dłużej. Gdzie dotyk, tam świadomość. Oczywiście, może to obudzić historię ukrytą w tym miejscu.

Wyparte emocje

Wiele historii gromadzimy w nogach. I to od nich rozpoczyna się zabieg Jivaki. Bo wszystko zaczyna rosnąć od ziemi, a nogi to korzenie. Praca z nimi daje poczucie stabilności, ugruntowania. Jeśli twoje fundamenty są słabe, brakuje ci wewnętrznej siły, poczucia bezpieczeństwa. – Osoby ze słabymi nogami dużo mówią, dużo myślą. Żyją fantazjami. Ich energia kumuluje się w górnych partiach ciała, w głowie. Przypominają drzewo o rozrośniętej koronie i słabych korzeniach. Łatwo je złamać. Narażone są na różnego rodzaju problemy mentalne, poczynając od neurozy – twierdzi Gunther Krüger. I proponuje ćwiczenie (patrz: na dole). Jeśli rozpoznajesz się w tym opisie, wypróbuj je! Będziesz musiała pokłonić się ziemi, może ci się to nie spodoba... Praca z ciałem ożywia wyparte emocje. – Niektóre kawałki wyglądają pięknie, inne brzydko. Nie chcesz zatruwać nimi świata. Co zrobisz? Schowasz je, odetniesz? Spróbujesz zaakceptować? – bada Gunther Krüger.

Wypuszczając z siebie emocje, nie zatruwasz świata – pozwalasz, by to, co zalega, poszło sobie. Pójdzie, jeśli będziesz głęboko oddychać.

Czasem jednak oddech nie wystarczy. Zwłaszcza że masaż daje poczucie bliskości, której niejednokrotnie nie doświadczamy nawet z domownikami. – Im głębsze doświadczenie staje się naszym udziałem, tym większe prawdopodobieństwo, że pojawią się silne uczucia, projekcje. Po dwóch godzinach dzielenia się mocnymi przeżyciami dobrze zrobić coś, by odzyskać wolność – podpowiada Krüger. Dlatego lubi mieć przy sobie pudełko z ryżem – żeby rzucić garść czy choćby kilka ziarnek w przestrzeń. Symbolizują brak przywiązań i dobre intencje. – Dajemy to w wyobraźni wszystkim, którzy gotowi są skorzystać z takiego prezentu. Co za ulga!

Nawyk wybierania piękna

Drugi dzień warsztatów. Siedzimy w dwóch szeregach, twarzami do siebie. Patrząc w oczy osobie z naprzeciwka, zwracamy się do niej słowami: „Piękno, które widzę w tobie...”. I tak przez minutę: jedna osoba mówi, druga tylko słucha. Potem zamiana ról. A potem par. Energia wyraźnie wzrasta. Po początkowym skrępowaniu zaczynają napływać, gdzieś z głębi, dobre słowa. Trzymamy się za ręce. I nagle trzeba się rozstać... Jak w życiu. – To było niespodziewane śniadanie mentalne. Nie kupicie go w żadnym sklepie. Czy często mówimy sobie takie rzeczy? Czy potrafimy patrzeć na innych w ten sposób? – pyta Gunther Krüger. – Skierowałem was bezpośrednio do mandali piękna. Mówiąc: „Piękno, które widzę w tobie”, otwieram się na inną rzeczywistość. Czy oznacza to, że zaszła zmiana rzeczywistości absolutnej? Nie. Ale jej kawałka na pewno. Jeśli mam wybór między pięknem a beznadzieją, wybieram piękno. Jeśli akurat nie masz wyboru, po prostu obserwuj.

Kiedy przykrywa kogoś kocem, mówi: „Żeby ci było przyjemnie”. Nie: „Żeby nie było zimno”... Na tym polega przejmowanie władzy nad rzeczywistością poprzez słowa. Podobnie rzecz się ma z myślami. Dlatego tak ważna jest uważność. Dyscyplina pozwalająca zmieniać nawyki.

Ból niesie informację

Czasem ludzie tak mocno wycofują się do jakiejś rzeczywistości, że przypominają pusty dom. Trzeba popukać w klatkę piersiową, żeby wrócili do siebie. Można tak własną klatkę opukać: jest tam ktoś? Gunther Krüger podkreśla, że masażysta zna różne triki, ale często działa intuicyjnie. Dlatego – choć na zajęciach rysujemy sobie kreski na łydkach, by łatwiej było odnaleźć linie energetyczne – przyjmujemy, że ciało pozostanie tajemnicą. – Ja pytam ciała. Moje ręce stają się ciepłe, odczuwam prawdziwą miłość w sercu. Ludzie potrafią otworzyć się nagle, nawet jeśli przeszli przez piekło. Ważne, żeby przestać odcinać to, co się nam nie podoba. W sobie i w innych. Przestać walczyć. Jestem taki – w porządku, jesteś taka – w porządku. To wymaga odwagi – mówi prowadzący.

Nie wierzy książkom ze szczegółowymi analizami dolegliwości, opisami przyczyn, interpretacjami. Zaleca coś przeciwnego: wejść w kontakt z problemem, z bolesnym miejscem. – Jeśli pojawia się ból, znaczy to, że ktoś w środku woła „Hej, zaopiekuj się mną!”. Lekarz może pomóc ci się odciąć... Tymczasem prawdopodobnie właśnie tego potrzebujesz – bólu. Kiedy dajesz mu uwagę, zaczyna pulsować. Żyć. Przestaje być problemem albo się zmienia. Otwierając się na ból, kontaktujesz się z jego przyczyną. Co nie znaczy, że masz ją zgłębiać. Po co? Niektórzy ludzie tracą całe lata na psychoanalizę, rozgrzebywanie dawnych historii. I pozostają przy starych nawykach – stwierdza Krüger.

Inna rzecz, że kiedy masuje twarz, potrafi rozpoznać (choćby po zmarszczkach na czole), czy ktoś ma skłonność do martwienia się, rozmyślania, złości... Bo każdy stan umysłu ma swoją minę. – Jeśli wciąż oglądamy ten sam rodzaj filmów, nasza twarz przyjmie określony wyraz, w zależności od preferowanego gatunku. Melodramat, sensacja, porno... – mówi.

Na szczęście działa to w obie strony. – Skoro stan umysłu ma wpływ na materię, logiczne jest, że poprzez pracę z materią możemy ten proces odwrócić. Wyobraź sobie kogoś, kto złości się z rozluźnionym karkiem. Niemożliwe, prawda? Jeśli więc uda ci się rozluźnić kark zdenerwowanej osoby, zmienisz błyskawicznie jej stan umysłu – twierdzi. Inne strategiczne obszary? Żuchwa, broda. Ta pierwsza ma mięśnie tak silne, że potrafią zatrzymać każdy ruch w ciele. Druga pozwala kontrolować łzy, więc często ją zaciskamy. – Rozluźnienie tych mięśni podczas masażu przypomina uchylenie pokrywki czajnika z wrzątkiem. To ryzykowne. Ale bez rozluźnienia nie ma rozwoju – stwierdza Krüger.

Przekraczanie „słabości”

„Wakacje, wakacje, wakacje” – mówi Krüger po polsku, podczas gdy wymieniamy się w parach masażem. Po dobrym zabiegu powinien pojawić się spokój w umyśle (mamy więcej elementu ziemi). Po przyjemnym masażu czujemy się bardziej otwarci. Ale ciało uchyla się powoli, jak róża. Ważne, by niczego nie wymuszać, nie przyspieszać. Raczej cieszyć się każdym dotykiem, poruszeniem, myślą. I nie brać niczego osobiście. Bo masowany może poczuć wściekłość, miłość... – Spotkanie z człowiekiem, który jest w pełni obecny, to prawdziwy dar. To dlatego ludzie tak lgną do lamów. To też powód, dla którego to robię – przyznaje Gunther Krüger.

A inni? Dlaczego chcą to robić? Z czym zostają? Ktoś ponownie zaufał dotykowi. Ktoś odkrył, że można wylać morze łez i być silniejszym. Że odczuwanie nawet najtrudniejszych emocji jest bezpieczne. Ktoś przekroczył poczucie bezsilności, znalazł nowy kierunek. Czujemy, jak pogłębia się nasz oddech, czyli umiejętność doświadczania. Jak bardzo pulsuje w nas życie.

Najlepsze ćwiczenie na świecie (według Gunthera Krügera)

Dlaczego najlepsze? Bo pozwala zachować elastyczność ciała i umysłu. Uwolnić emocje. Łagodzi ból kolan i pleców. Wzmacnia nogi. Daje ugruntowanie, większą żywotność. Świadomość ciała i oddechu, wewnętrznych i zewnętrznych okoliczności. Możesz wykonywać je niezależnie od wieku i stanu zdrowia. Sama wybierasz tempo i liczbę powtórzeń.

Jak je wykonywać? Klękasz na podłodze, po czym siadasz na piętach i skłaniasz głowę do ziemi. Wstajesz i powtarzasz całą sekwencję, najlepiej wielokrotnie. – Ukłon to hołd składany ziemi, akt poddania. Oddajemy naszą sztywność, nasze ja. Może pojawić się złość – uprzedza Gunther Krüger. Ważne, żeby pokłonowi towarzyszył wydech – to pozwala wyjść poza gniew, nawyki mentalne. Stworzyć coś nowego.

Powyższe ćwiczenie w wykonaniu G. Krügera możesz zobaczyć też na YouTube.

Gunther Krüger założyciel międzynarodowej szkoły „Jivaka – body and mind”, wieloletni praktyk metody. Prowadzi kursy przygotowujące do praktykowania masażu Jivaka. 

  1. Psychologia

Ucieczka z krainy dzieciństwa - jak wyjść z rodzinnych traum?

Zdaniem psychologów, dojrzałość polega na rozliczeniu się z przeszłością. (fot. iStock)
Zdaniem psychologów, dojrzałość polega na rozliczeniu się z przeszłością. (fot. iStock)
Nawet najlepsi rodzice mają jakieś wady. Nadopiekuńczy lub zbyt surowi – autorzy naszych lęków, klęsk i rozterek. Nie obwiniaj ich za to, kim jesteś. Rozstań się z dziecięcym pokoikiem w sobie.

Proszą, by zdjąć z nich rodzinną klątwę, która nie pozwala im być sobą, cieszyć się pracą, rodziną, osiągać sukcesy. ,,Mój ojciec pił i teraz jestem w związku z alkoholikiem”, ,,Matka uważała, że miejscem kobiety jest dom. Nie potrafię znaleźć się w pracy”... – zwierzają się pacjenci pukający do gabinetów terapeutycznych. Większość z nich czuje, że nie żyje własnym życiem. Kierowani cierpieniem, szukają winnego: nadopiekuńcza matka, zbyt surowy ojciec, przedwczesna śmierć, rozwód itp. Co czwarta osoba jest DDA (dorosłe dziecko alkoholika), co druga wychowała się w toksycznej rodzinie… Epidemia, moda? Potrzeba wyjaśnienia, kto odpowiada za moje klęski?

Pytanie: W jakim stopniu dzieciństwo rzeczywiście determinuje dorosłe życie człowieka? I kiedy trzeba powiedzieć sobie: ,,Dość. Nie jestem już dzieckiem. To moje życie, biorę za nie pełną odpowiedzialność”?

Rodzinne klątwy

Jesteśmy jak drzewo, siłę czerpiemy z korzeni. Nasze korzenie to rodzinne dziedzictwo. Dzięki rodzinie stajemy się tym, kim jesteśmy. Poznajemy wartości, pomysły na to, czego chcemy od innych ludzi, a przede wszystkim weryfikujemy prawdę na swój temat. Potrzebujemy bezwarunkowej miłości i akceptacji rodziców. Ci chcą dla nas jak najlepiej, ale bywa, że stawiają swoje warunki: ,,Będę kochać dziecko grzeczne, posłuszne, pracowite…”.

I wtedy dla zdobycia rodzicielskiej miłości trzeba zaprzeczyć sobie, wyprzeć się własnych uczuć, pragnień, potrzeb. Rodzi się tzw. uwarunkowane poczucie wartości, bo tożsamość uzależniona jest od wymagań stawianych w  domu rodzinnym. Po latach wyruszasz w dorosłe życie z plecakiem pełnym wyniesionych z domu przekonań na temat świata, a przede wszystkim na temat samego siebie. Czeka cię konfrontacja tego „posagu” z  rzeczywistością. Dziewczyna traktowana w domu jak ,,głupia gąska”, nawet po kilku fakultetach nie uwierzy, że zasługuje na uznanie. ,,Klątwa” rzucona w złości przez ojca: ,,Żaden mężczyzna cię nie zechce!”, blokuje w  kobiecie wiarę, że zasługuje na miłość. Potrzeba wielu lat, żeby zweryfikować mocno ugruntowane przekonania. Nie jest to łatwy proces, ponieważ większość rodzinnych skryptów jest ukrytych w podświadomości, są jak niewidzialne kajdany, które wstrzymują kolejny krok na drodze indywidualnego rozwoju.

Zdaniem psychologów, dojrzałość polega właśnie na rozliczeniu się z przeszłością, symbolicznym rozprawieniu się z dziecięcym pokoikiem, który nosimy w duszy. Trzeba zabrać z niego tylko to, co naprawdę nasze, a odrzucić wszystko, co nie jest prawdziwą tożsamością. Potem zamknąć drzwi do przeszłości, na zawsze.

 

Syndrom porzucenia

Zawsze zaczyna się i kończy tak samo. Anka najpierw przeżywa wielkie zauroczenie, później wielkie rozczarowanie. Żaden jej związek nie przetrwał roku.

– Nigdy nie czułam się tak naprawdę kochana. Moi partnerzy mnie porzucają – dla pracy, pasji albo innej kobiety. Czasami to ja odchodzę, bo nie czuję się chciana, pożądana, podziwiana. Czy prawdziwa miłość rzeczywiście istnieje? Taka, w której mężczyzna i kobieta stają się jednym?

Anka jako dwutygodniowe niemowlę została oddana na wychowanie do dziadków. Czasami myśli, że to właśnie dlatego nie potrafi ofiarować ani przyjmować miłości.

Jak widzą jej problem terapeuci?

Wojciech Pierga (psychoterapeuta w nurcie POP – Psychologii Zorientowanej na Proces): Oddanie niemowlęcia na wychowanie do dziadków może być działaniem, przed którym małe dziecko nie jest w stanie się obronić, a odczuwa je jako nadużycie – to zawsze odbiera siłę i wewnętrzną moc. Może stać się skryptem powtarzanym w dorosłym życiu: ,,Nie zasługuję na miłość”. Ale lęk Anki przed odrzuceniem niekoniecznie musi wynikać z tej konkretnej sytuacji w dzieciństwie.

W terapii nie skupiam się tylko na przyczynach, uwzględniam też znaczenie, jakie pacjent nadaje minionym wydarzeniom. Tu zapytałbym, co dla Anki oznacza fakt, że czuje się niewystarczająco kochana. Ważne są jej indywidualne odczucia, a nie fakty. Jeśli pacjentka chce pracować nad problemem lęku przed odrzuceniem, w terapii odtwarza się sytuacje z przeszłości, po to, by ponownie je przeżyć, skonfrontować się z nimi i znaleźć rozwiązanie.

Elżbieta Sanigórska (psycholożka, psychoterapeutka pracująca w nurcie ericksonowskim): Celem mojej pracy jest sprawdzenie, w jakim momencie życia znajduje się pacjent, w którą stronę chce iść i co może mu w tym pomóc. Dlatego ważne jest, jaki kontakt ma Anka ze sobą – to podstawowa relacja w życiu człowieka i na niej buduje się relacje ze światem. Pacjentka, jak każdy z nas, nosi w sobie radosne i bolesne wydarzenia z dzieciństwa, co znajduje odzwierciedlenie we wspomnieniach, pomysłach na życie, słowach, a także jest zapisane w ciele. Dlatego ja poprosiłabym Ankę, by zrobiła „rzeźbę z ciała”, czyli zastygła w postawie, która najlepiej oddaje obraz jej obecnego życia. Jest ono walką, aktem bezradności, radością? Pomogłabym jej odkryć, co wzięła z rodzinnego systemu, co z tego jest naprawdę jej, a co powinna zostawić.

Teresa Raczkowska (psycholożka, psychoterapeutka prowadząca terapię humanistyczno-egzystencjalną): Nasze obecne życie budują różne doświadczenia, nie tylko te z dzieciństwa. Być może dziadkowie Anny cudownie zastępowali rodziców w roli wychowawców i doszukiwanie się w tym powodu niepowodzeń nie ma sensu. Jeśli pacjentka uparcie twierdzi, że jej los jest zdeterminowany dzieciństwem, zwróciłabym uwagę, na czym opiera to założenie. Jednak  przede wszystkim skupiłabym się na ,,tu i teraz”, na jej aktualnych relacjach z mężczyznami. Razem szukałybyśmy odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie czuje się kochana, co to dla niej znaczy i jakie ma oczekiwania w związku.

Miejsce kobiety

Elżbieta jest kobietą sukcesu. Bardzo lubi swoją pracę. Niedawno awansowała na kierownika działu, ale…

– Czuję się niedoceniana. Każdy mężczyzna na moim stanowisku na pewno wynegocjowałby znacznie wyższą pensję, a ja? No cóż, moi szefowie doskonale wiedzą, że zależy mi na tej pracy i nie muszą motywować mnie pieniędzmi.

Matka Elżbiety często powtarzała, że rolą kobiety jest zajmowanie się dziećmi i domem. Jeśli praca jest dla niej ważniejsza, to jaka z niej żona i matka? Ela jest pewna, że właśnie dlatego nie potrafi w pracy upominać się o to, co jej się słusznie należy.

Na co, w jej przypadku, zwracają uwagę terapeuci?

Wojciech Pierga: Podczas procesu wychowywania nasiąkamy pewnymi systemami przekonań, które tworzą tzw. pierwotną tożsamość, czyli wizję siebie. „Uważam, że jestem…” – np. uległa, nadopiekuńcza, naiwna... Większość takich poglądów wynosimy z domu. Ale istnieją w nas także procesy wtórne, które upominają się o zaistnienie w życiu, także poprzez to wszystko, co nam się przytrafia, a z czym się nie identyfikujemy. Być może ważnym krokiem w rozwoju Elżbiety byłoby teraz nauczenie się przebojowości czy umiejętności realnej wyceny swojej pracy i nad tym warto pracować. Dlatego próbowałbym odtworzyć na sesji sytuację, w której pacjentka nie potrafi upomnieć się o podwyżkę, i zwrócić uwagę, jakie informacje (werbalne i pozawerbalne) się pojawią: co będzie mówiło jej ciało, jakie wybuchną emocje itd. To one wskażą dalszy kierunek pracy. Może się okazać, że niska ocena własnej wartości Elżbiety wynika z przekonań wyniesionych z dzieciństwa, ale ta historia ma też związek z szerszym polem społecznym – z wyższą rangą mężczyzny na rynku pracy. Elżbieta być może potrzebuje to sobie uświadomić i uzyskać wsparcie, żeby to zmienić.

Elżbieta Sanigórska: Każdy z nas czuje się w obowiązku żyć zgodnie z rodzinnym przekazem. Być może przekonania matki na temat kobiet odnoszących sukces nie pozwalają córce w pełni cieszyć się osiągnięciami zawodowymi. Dlatego zaproponowałabym Elżbiecie, by porozmawiała – w wyobraźni – z innymi ważnymi dla niej kobietami (babcią, ciotką?) na temat roli kobiety w jej rodzinie. Może np. iść na cmentarz do babci i zapytać, co sądzi o jej kierowniczym stanowisku, kim naprawdę powinna być kobieta należąca do ich rodziny. Kiedy Elżbieta poczuje, że jej praca, zajmowane stanowisko są w zgodzie z rodzinnym przekazem, że ona jako kobieta „jest w porządku” – będzie w stanie przełożyć swój wysiłek na pieniądze.

Teresa Raczkowska: Zapytałabym Elżbietę, co musiałoby się wydarzyć w jej życiu, by poczuła się naprawdę doceniona? Być może jej głód sięga korzeniami dzieciństwa i to od matki, a nie od szefa potrzebowała potwierdzenia swojej ważności? Warto byłoby nazwać swoje niezaspokojone w dzieciństwie deficyty. Jeśli ambicje zawodowe Elżbiety są przede wszystkim jej buntem przeciwko matce, nie poczuje w pełni swojej siły sprawczej, dopóki będzie uwikłana w tę relację. Najważniejsza jest praca ze świadomością Elżbiety nad weryfikacją jej przekonań na temat roli kobiety.

Życie bez słabości

Iwona była późnym dzieckiem. Odkąd pamięta, rodzice powtarzali jej, że musi się jak najszybciej usamodzielnić, bo ich wkrótce może zabraknąć. Jako nastolatka opiekowała się najpierw umierającym ojcem, a potem chorą matką. Dziś jest niezależna, zaradna, ale bardzo często choruje.

– Kiedy infekcja unieruchamia mnie w łóżku, a zdarza się to przynajmniej raz w miesiącu, jestem w rozsypce, wszystko wali mi się na głowę – mówi.

Iwona, nawet w chorobie, nie lubi cudzej troski, nie pozwala nikomu sobie pomóc, zaopiekować się nią, chociażby zrobić zakupy.

Co powinna przepracować zdaniem terapeutów?

Wojciech Pierga: Wszystko to, co wypieramy, odrzucamy jako nieswoje, może pojawić się w postaci np. bólu gardła, kataru czy gorączki. W pracy z Iwoną szukałbym prawdziwego znaczenia symptomów jej choroby, czyli zwrócił uwagę na to, kiedy się pojawiają, jak na nią wpływa to, że tak często się przeziębia? Być może choroba jest jedynym momentem, kiedy Iwona choć trochę sobie „odpuszcza”, przez chwilę kontaktuje się ze „słabszą” częścią siebie? To, że nie pozwala się sobą zaopiekować, może wynikać z systemu przekonań wyniesionych z domu rodzinnego. Trzeba odkryć, co dla niej oznacza bycie słabą, dlaczego zawsze musi być samodzielna?

Elżbieta Sanigórska: Choroby dają nam okazję i szansę doświadczenia tego, że częścią życia jest również słabość. Bycie w prawdziwej relacji z samym sobą to odkrywanie wszystkiego, na co do tej pory się nie godziliśmy, czemu w sobie zaprzeczaliśmy. W Iwonie rozwinęło się jedynie to, co silne, dzielne, niezależne, zaradne, czyli zgodne z rodzinnym przekazem. Choroba to sygnał, że czegoś jej w życiu brakuje. Może pozwolenia sobie na słabość albo zaufania do świata i obalenia mitu, że tylko sama może się sobą zaopiekować.

Teresa Raczkowska: Iwona wypełnia rodzinny przekaz, który można by sformułować następująco: ,,Musisz sama sobie radzić”. Starsi rodzice w ten sposób przekazali jej kiedyś swój lęk o byt córki, a ona nadal trzyma się tego przesłania jako głównej zasady życiowej. Warto sprawdzić, jaką cenę płaci za ciągłe bycie silną i niezależną? Może stale żyje w stresie, napięciu, bo stara się osiągnąć coś ponad prawdziwe możliwości własnego organizmu? Jej ciało woła w chorobie: ,,Zajmij się mną!”. Iwona powinna go posłuchać, pójść za różnymi jego impulsami, zrozumieć, co naprawdę chce jej przekazać.

Jeśli ktoś w przeszłości odwrócił naszą uwagę od własnych potrzeb, pragnień, prawdziwej tożsamości, to dziś nie jesteśmy w stanie doświadczyć siebie w pełni albo zniekształcamy swój obraz, minimalizując własne potrzeby i ignorując sygnały płynące z ciała.

Zawsze inni liczą się od nas bardziej. I właśnie zmiana tego przekonania jest najważniejsza w pracy z Iwoną. Zaproponowałabym wyjść od pytania: „Co mogłoby się stać, gdyby pozwoliła sobie na otwarcie na siebie i pomoc innych?”. W chorobie każdy potrzebuje troski i opieki, nie musimy być samowystarczalni w stu procentach.

  1. Psychologia

Jak się otrząsnąć po traumie?

Trauma to nie tylko coś, co zdarza się nagle, całkowicie nas zaskakując. Takie same szkody wyrządza organizmowi chroniczny stres, choćby związany z pracą. Pozostając długi czas pod jego wpływem, doświadczasz traumy. (Fot. Getty Images)
Trauma to nie tylko coś, co zdarza się nagle, całkowicie nas zaskakując. Takie same szkody wyrządza organizmowi chroniczny stres, choćby związany z pracą. Pozostając długi czas pod jego wpływem, doświadczasz traumy. (Fot. Getty Images)
Czym jest dawna trauma? To energia, która tworzy napięcia w ciele, narusza równowagę systemu nerwowego. Jak się jej pozbyć? A gdyby tak ją wytrząść? Możesz to zrobić sama, ćwicząc TRE, czyli Trauma Releasing Exercises.

Stajesz w rozkroku, na lekko ugiętych kolanach, po czym przenosisz stopy na ich krawędzie – zewnętrzną jednej i wewnętrzną drugiej. To pierwsze z zestawu siedmiu ćwiczeń, opracowanych przez specjalistę od traumy Davida Bercelego. Ćwiczenia są proste (ich opis znajdziesz w książce Bercelego „Zaufaj ciału”). Tylko jedno z nich wymaga większego wysiłku, ale można je pominąć. – Tak naprawdę, jak nabierzemy wprawy, możemy przejść od razu do dwóch ostatnich – sugeruje trenerka TRE, Małgorzata Lachs z Instytutu Doświadczania w Warszawie. Na początku jednak uczy swoich klientów całej sekwencji: wspinania na palce stopy, zginania nogi w kolanie, „krzesła” przy ścianie... Wprowadza korekty, sprawdza natężenie bólu, przypomina, żeby oddychać. W razie potrzeby interweniuje, uciskając pewne punkty w ciele. Pomaga osiągnąć cel ćwiczeń. Jaki? Wibracja! Rzeczywiście, przy ostatnim ćwiczeniu – kiedy leżysz na macie ze złączonymi podeszwami stóp – ciało wchodzi w drgania. Niektórzy są przerażeni, inni zachwyceni!

Drżące ciało

Twórcę TRE (Trauma Releasing Exercises), Davida Bercelego, ukształtowała bioenergetyka Alexandra Lowena. I wojna. Biorąc udział w wielu akcjach humanitarnych w różnych krajach, odczuł na własnej skórze jej okrucieństwo. Z czasem zaobserwował u siebie wiele poważnych dolegliwości fizycznych i psychicznych. Problemy z układem trawiennym, bóle niewiadomego pochodzenia, zmęczenie, depresję. Któregoś dnia w sklepie z błahego powodu wpadł w furię... Zrozumiał, że cierpi na zespół stresu pourazowego. Potrzebował pomocy. – Zaczął zastanawiać się: jak to możliwe, że kiedyś nie było terapeutów, a ludzie radzili sobie z traumami? Jak uwalniać takie rzeczy? Zaangażował się też w szukanie odpowiedzi na pytanie, jak w sytuacjach zagrożenia zachowują się zwierzęta – opowiada Małgorzata Lachs. – Otóż, jeśli uciekały one przed drapieżnikiem czy myśliwym albo zamarły dla niepoznaki w bezruchu, po tym, jak niebezpieczeństwo minie, kładą się i zaczynają się trząść. Wyrzucają z siebie całą tę traumę, rozluźniają mięśnie i funkcjonują dalej.

Okazuje się, że u ludzi działa ten sam mechanizm. Kiedy Berceli przebywał w schronie w jednym z krajów objętych wojną, zauważył, że – w miarę zbliżania się samolotów – dzieci coraz bardziej trzęsły się ze strachu, krzyczały, płakały, a dorośli coraz bardziej się usztywniali. Przytrzymywali emocje, żeby nie straszyć dzieci. – Efekt był taki, że po nalocie dzieci poszły się bawić, a dorośli zostali z traumą. Zabrakło odreagowania – podsumowuje Małgorzata Lachs.

Te doświadczenia i badania przywiodły Davida Bercelego do TRE. Czerpiąc z Lowena, tai chi, jogi i sztuk walki, stworzył sekwencję ćwiczeń prowadzących do wyzwalającego drżenia. Podkreśla, że ciało jest największym sprzymierzeńcem w leczeniu traumy. Drżące ciało. Jeśli nadmiar energii związanej z traumatycznym przeżyciem nie zostanie rozładowany, próbujemy poradzić sobie z nią w inny sposób. Napinamy mięśnie. Znieczulamy się. Działamy niejako pod przymusem, zachowujemy się nieprzewidywalnie. Szukamy balansu między nadpobudliwością a depresją.

– Ludzie wibrowali od zawsze. I wibrują do tej pory. To reakcja na ładunek elektryczny w mięśniach – tłumaczy Małgorzata Lachs. – To, że nie wchodzimy dziś w te drgania w naturalny sposób, że nie usuwamy z ciała wszystkich toksyn – jest wynikiem nadmiernej socjalizacji. Pilnujemy pewnych standardów zachowania: kiedy dokonujemy prezentacji, nie możemy pozwolić, żeby trzęsły nam się nogi. Nie wolno też złościć się, płakać. Trzeba trzymać gardę!  A przecież w sytuacji stresowej w organizmie rozgrywa się prawdziwa rewolucja. – Uwalnia się 1300 różnych substancji chemicznych, głównie adrenalina i kortyzol. Jednocześnie spada gwałtownie poziom hormonów witalności i szczęścia. Zalewają nas toksyny – opisuje Małgorzata Lachs. – Żeby sobie z tym poradzić, odcinamy się od uczuć – to pozwala pójść dalej. Ale zdarza się też, że – pozostając pod wpływem potężnych emocji – w pewnym sensie odtwarzamy traumę. Cała ta historia wciąż w nas krąży.

Co oznacza trauma?

Przyjmuje się, że traumę wywołują katastrofy naturalne i te spowodowane przez człowieka – wypadki, napaść albo tzw. przemoc domowa. Nagła śmierć partnera, wojna... Małgorzata Lachs zauważa jednak, że w ostatnich latach to podejście się zmienia: – Trauma to nie tylko coś, co zdarza się nagle, całkowicie nas zaskakując. Takie same szkody wyrządza organizmowi chroniczny stres, choćby związany z pracą. Pozostając długi czas pod jego wpływem, doświadczasz traumy. Również poród może być traumatycznym doświadczeniem, a przecież kobiety rodzą od stuleci.

Pod wpływem traumy najbardziej przykurcza się mięsień biodrowo-lędźwiowy, łączący górną i dolną część tułowia. – Gdyby teraz do pokoju wpadła bomba, skuliłybyśmy się automatycznie, żeby ochronić jamę brzuszną, serce, przeponę. Pytanie, co zrobiłybyśmy z tym potem – mówi Lachs. – Podczas ćwiczeń TRE mięsień biodrowo-lędźwiowy zaczyna się rozluźniać i ze ścięgien, łączących go z resztą ciała, idzie informacja do mózgu, że niebezpieczeństwo minęło. Uwalnia się napięcie z pozostałych mięśni, hormony stresu zaczynają opadać, wychodzimy z błędnego koła, w którym tkwiliśmy.

Kiedy ćwiczymy, zwykle w pierwszej kolejności drżą uda, potem mięsień biodrowo-lędźwiowy, miednica, dolna część pleców, barki, ręce, wreszcie dłonie. Tak naprawdę jednak każdy reaguje inaczej. – Czasem wibruje całe ciało, a czasem tylko jedna ręka – opowiada Małgorzata Lachs. – Mogą to być ledwo zauważalne mikrodrgania albo silne ruchy, budzące w niektórych niepokój. Zdarza się, że ktoś w ogóle nie wchodzi w wibracje i trzeba pomóc im przejść od zamrożenia do większego odczuwania siebie. Na poziomie fizjologii jesteśmy tacy sami, ale każdy ma inną historię, inne doświadczenie. Do tego im jesteśmy starsi, tym bardziej zaciskamy się, poddajemy starym przekonaniom, zamykamy. Dlatego na początku warto ćwiczyć regularnie, np. trzy razy w tygodniu przez trzy miesiące. Z czasem wibracje będą obejmować kolejne obszary ciała.

Mogą też uwalniać się emocje związane z napięciami, historią zapisaną w ciele. – Zdarza się nawet, że ktoś przez dwa tygodnie czuje niczym nieuzasadniony lęk. Przechodzi przez coś, co zatrzymał, nie chciał się z tym wcześniej mierzyć – mówi Małgorzata Lachs. – Czasem pojawiają się wspomnienia, obrazy. Może to oznaczać potrzebę pracy na poziomie bardziej psychologicznym. Zgodnie z podejściem twórcy TRE, sesji nie powinno się przegadywać, jednak dla mnie osobiście, jako dla psychoterapeuty Gestalt, ważne jest, żeby zapytać na koniec, jak klient się czuje. Czy jest coś, czym chciałby się podzielić.

Samo TRE z psychoterapią ma niewiele wspólnego. Na początku sesji trener pyta, co skłoniło klienta do rozpoczęcia ćwiczeń, sprawdza, czy nie ma przeciwwskazań zdrowotnych (operacje, poważne wady kręgosłupa, psychozy). – Ogólna idea jest taka, że twoje ciało zna sposób wyjścia z traumy. Trener jest po to, żeby towarzyszyć ci w tym procesie – tłumaczy Małgorzata Lachs. – Ludzie korzystają ze wsparcia trenera z różnych powodów, na początku głównie po to, żeby nauczył ich metody. Czasem ktoś ma za sobą bardzo trudne doświadczenia i nie chce sam kontaktować się z tym, co jest w środku. Wiele osób boi się puścić kontrolę. W pewnych sytuacjach – żeby uniknąć retraumatyzacji – lepiej korzystać z ćwiczeń TRE w niewielkich dawkach. Na szczęście w każdej chwili możemy przerwać wibrowanie – wystarczy, leżąc na macie, wyprostować nogi.

TRE jest dla wszystkich

Ćwiczenia TRE (wykonywane regularnie) pracują na rzecz ciała na bardzo głębokim poziomie. – Wycisza się cały układ nerwowy, organizm odzyskuje równowagę biochemiczną i neurofizjologiczną – twierdzi Małgorzata Lachs. – Powięź i mięśnie wydłużają się, relaksują, zmienia się postawa ciała. Poprawia się samopoczucie, pamięć, koncentracja, kreatywność. Masz więcej przestrzeni w sobie. Szybciej regenerujesz się po trudnych sytuacjach. Jesteś bardziej ugruntowana. Lepiej śpisz, trawisz. Traumy mają szansę się domknąć.

TRE jest dla wszystkich. Dużą popularnością cieszy się wśród żołnierzy amerykańskich. David Berceli zaleca tę metodę terapeutom, lekarzom, pielęgniarkom, ratownikom – tym wszystkim, którzy na co dzień kontaktują się z silnymi emocjami. Czasem spinają się, zatrzymują różne historie w ciele. – To narzędzie samoregulacji. Każdy może opanować ćwiczenia i wykonywać je samodzielnie w domu – zapewnia Małgorzata Lachs. Ale przyznaje, że dla niektórych zejście do poziomu ciała może być za dużym bodźcem. Wtedy proponuje psychoterapię. – Moim zdaniem psychoterapia okazuje się też bardzo przydatna w odbudowywaniu zaufania po traumie. Jedna kwestia to zaufanie do samego siebie, a druga – do innych. Skoro doszło do traumy, oznacza to, że ktoś to zaufanie nadwerężył. Po takim doświadczeniu trudno się otworzyć.

Małgorzata Lachs prowadzi też zajęcia grupowe. Wiele osób uważa takie spotkania za stymulujące. – Jeżeli ktoś pozwala sobie na płacz, dlaczego ja mam tego nie zrobić? Prowadziłam kiedyś grupę dla firmy, to nie był zgrany zespół. Podczas ćwiczeń jedna z osób, najmniej lubiana, zaczęła się śmiać. Nie mogła przestać, zaraziła tym śmiechem całą grupę. Wszyscy zaczęli rozluźniać przeponę, płuca... Po tych zajęciach ci ludzie bardzo się ze sobą zintegrowali. Poprawiła się atmosfera pracy, a tym samym jej efekty.

W miarę treningu odczuwamy drżenie jako coś całkiem oczywistego. – Są ludzie, którzy położą się na podłodze, uniosą do góry miednicę i już zaczynają wibrować. Możesz nawet wejść w wibracje, siedząc czy stojąc – mówi Małgorzata Lachs. – Pamiętam, jak podczas warsztatów David Berceli wibrował tak przez minutę, odpowiadając na czyjeś pytanie. Organizm wie już, że ma nasze przyzwolenie, żeby się zrelaksować, że to jest w porządku. Niestety, w międzynarodowej klasyfikacji chorób psychicznych opisuje się takie drżenie jako element zaburzeń psychicznych, napady lęku czy fobie społeczne. Lekarzom przyjmującym porody wciąż trudno jest zrozumieć, że urodzenie dziecka to szok dla ciała, że trzeba pozwolić tym napięciom się uwolnić, a nie aplikować trzęsącym się kobietom leki uspokajające.

Na szczęście zaczynamy powoli wracać do bardziej naturalnych metod. Do ciała, do jego mądrości. – Dobrze jest spojrzeć na siebie holistycznie. Czas umysłu się wypełnił, oprócz głowy mamy przecież ręce i tułów... Przy okazji – Małgorzata Lachs zaznacza, że to jej osobiste zdanie – warto sprawdzić, jakie przekonania masz w tej głowie. Czy to nie one cię traumatyzują, napinają. Ludzie mają nawet oczekiwania co do tego, jak ich ciało powinno drżeć! Złoszczą się, kiedy ciało nie jest im posłuszne. Tymczasem David Berceli zaleca: „Nigdy nie oceniaj ciała, tylko je obserwuj”.

Małgorzata Lachs certyfikowany praktyk TRE, psycholożka, psychoterapeutka Gestalt, założycielka i właścicielka Instytutu Doświadczania w Warszawie.

  1. Psychologia

Praca to nie wszystko – mężczyźni poszukują duchowości

Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
W czasie cywilizacyjnego kryzysu wielu mężczyzn orientuje się, że poświęcili bezwolnie wiele lat życia sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły. Intensywnie poszukują więc zgodnej z ich potrzebami życiowej ścieżki. To dobry kierunek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Przyjaciel powiedział mi, że traci firmę, musi sprzedać dom. Dodał, że pokonał go COVID-19, ale to i tak jego wina, bo powinien lepiej się zabezpieczyć. Czy mężczyźni zawsze biorą winę na siebie, gdy tracą firmę?
Tak, bo mają nieomal zapisaną w genach odpowiedzialność za materialne i finansowe bezpieczeństwo rodziny. Mają też wpisany w męski przekaz międzypokoleniowy wyścig samców, którego wynik ustawia ich w męskiej hierarchii w zależności od poziomu, na którym żyją, prestiżu, władzy i wpływu. Najgorsza pozycja, jaką mogą zająć w tym wyścigu, to „nieudacznik”; a gdy przyczyny klęski są obiektywne, to „pechowiec”. Reguły męskiego rykowiska są twarde i bezwzględne. Nieudacznicy i pechowcy nie mają szans na względy atrakcyjnej kobiety. A jeśli zdobyli ją wcześniej, to teraz czują, że zawiedli. No i tak zapewne czuje się dziś twój przyjaciel, podobnie jak tysiące innych mężczyzn w podobnej sytuacji.

Ale przecież mamy pandemię...
Pozornie sytuacja pandemiczna jest dla mężczyzn prestiżowo łatwiejsza, bo jest obiektywną przyczyną katastrofy wielu firm. Nikt też nie mógł takiej sytuacji przewidzieć ani nie jest w stanie jej dalszego rozwoju kontrolować. Trudno więc się czuć odpowiedzialnym za to, że pojawił się ten wirus i że wiele firm nie może sprzedawać tego, co do tej pory sprzedawało. Ale część mężczyzn i tak nie potrafi się z tej odpowiedzialności zwolnić, bo ich poczucie wartości, szacunku dla siebie, a nawet sens istnienia opierają się w ogromnej mierze na pracy. Od początku istnienia naszego gatunku mężczyzna – prócz płodzenia dzieci – był niezbędny do polowania, ciężkiej pracy i do walki z wrogiem. Tak więc nie ma się co dziwić, że na tym odwiecznym powołaniu nadbudowało się uniwersalne poczucie męskiej tożsamości i wartości. Patrząc z tego punktu widzenia, łatwo zrozumieć, dlaczego ostatnie 30 lat rozwoju technologii, emancypacji kobiet i przemian obyczajowych spowodowało wśród mężczyzn powszechną tożsamościową katastrofę, kompensowaną równie powszechną eksplozją patriarchalnego konserwatyzmu i szowinizmu.

Pracować mogą maszyny, a walczyć – drony czy już wkrótce roboty. Mamy też sztuczne zapłodnienie...
Właśnie. Pomijając coraz większe męskie kłopoty z płodnością, to nawet odwieczny wzorzec mężczyzny – dostarczyciela żywności, pieniędzy i innych dóbr potrzebnych do tego, aby rodzina bezpiecznie funkcjonowała, również zanika, bowiem kobiety coraz lepiej sobie radzą z zarabianiem na siebie i na dzieci. Mało tego, mężczyznom obecnie tylko się wydaje, że w ostrej rywalizacji zdobywają atrakcyjne kobiety. Dziś to raczej kobiety wybierają coraz rzadsze okazy płodnych, odpowiedzialnych i gwarantujących bezpieczeństwo mężczyzn.

Z tych wszystkich powodów mężczyzna tracący firmę, którą stworzył, w swoich własnych oczach traci wszystko. Zachowanie stałego i obfitego źródła dochodów nadal spełnia podstawowe kryteria tradycyjnego męskiego wzorca. Dziś w bardzo wielu męskich sercach i głowach kłębią się autodestrukcyjne uczucia i myśli, a szczególnie groźnymi czyni je tradycyjny scenariusz męskiej roli podpowiadający tak zwane honorowe wyjście – czyli samobójstwo. Zaznaczmy jednak, że współczesne samobójstwo niekoniecznie oznacza pozbawienie siebie życia. Może równie dobrze przybrać inną autoagresywną formę: depresję, ciężką chorobę somatyczną, wpadnięcie w nałóg, katastrofę wizerunkową lub katastrofę sumienia w postaci zejścia na drogę przestępczą.

Mój przyjaciel boi się, że żona od niego odejdzie, jeśli on sprzeda dom i nie będzie miał tyle pieniędzy, ile do tej pory…
Dotykamy tu kolejnego składnika męskiego stereotypu, zgodnie z którym mężczyzna kobietę zdobywa, porywa lub kupuje, nie zważając na jej uczucia ani wolę. W konsekwencji więc nie może liczyć z jej strony na stabilizującą związek miłość czy choćby przywiązanie, a tym samym na wierność czy lojalność. Ten stereotyp z góry zakłada, że kobieta prowadzi z partnerem wyrachowaną grę o zapewnienie sobie bezpieczeństwa i przetrwania. Może więc w każdej chwili go opuścić, gdy jakiś inny mężczyzna zaoferuje w tych sprawach więcej pewności.

Warto zauważyć, że wspomniany stereotyp do dziś znajduje potwierdzenie w faktach, bowiem tysiąclecia patriarchalnego zniewolenia i niedostateczna obecność ojców w wychowaniu dziewczynek pozostawiły w zbiorowej świadomości kobiet trwałe przekonanie, że na miłość zdobywcy nie ma co liczyć. A w konsekwencji nie wolno angażować serca w relację z nim. Z tych powodów wiele męsko-damskich związków ma nadal charakter transakcji: seks, obsługa i ewentualnie dzieci – w zamian za bezpieczeństwo i odpowiednio wysoki poziom życia. W tej sytuacji mężczyzna zdobywca słusznie boi się, że straci żonę, gdy nie będzie go stać na spłacanie rat i odsetek od ustalonej pierwotnie ceny.

Czyli pod tym zdobywcą ukrywa się chłopiec, który nie czuje się kochany. Myśli, że musi dać mamie – a teraz partnerce – kwiatek, żeby go kochała.
Przekonanie większości mężczyzn, że za uznanie i lojalność kobiety trzeba zapłacić i zasłużyć na nie ciężką pracą, bywa często uzasadnione. Kobieta, która chce mieć dzieci i rodzinę, nie wybierze na partnera faceta bez pracy, aspiracji i pomysłu na życie. Dla takiej kobiety priorytetem jest bezpieczeństwo dzieci, a wysokość uposażenia kandydata i jego zdolność do pracy w ogromnej mierze to gwarantują. Jeśli więc mężczyzna nie oferuje nadziei na materialne bezpieczeństwo, to może być dla kobiety jedynie dodatkiem, obiektem przemijającego zachwytu i ewentualnie źródłem zmysłowej przyjemności, ale nie mężem ani ojcem wspólnych dzieci.

Czyli mężczyźni muszą inwestować swoje siły w pracę, bo inaczej nie znajdą kobiety? Nie przesadzasz trochę?
Kobietę może znajdą, ale nie będzie to odpowiedzialna, długo­letnia partnerka do współwychowywania dzieci i założenia rodziny. Takie kobiety z całą pewnością pominą leniwych, pechowców i nieudaczników w swoich zasadniczych życiowych wyborach. Bezpieczeństwo dla kobiet w takich sprawach bywa najważniejsze. Często ważniejsze niż romantyczna miłość. Mówię to oczywiście na podstawie własnych obserwacji.

A dla mężczyzny? Co jest ważniejsze? Miłość czy praca?
To zależy od tego, w jaki sposób uformowało mężczyznę jego dzieciństwo. Jeśli matka w okresie do czterech lat nie dała synowi miłości bezwarunkowej, a potem nagradzała go czułością wyłącznie za osiągnięcia – a na dodatek syn widział, że ten sam schemat działa w związku rodziców – to gdy dorośnie, będzie nadmiernie, a nawet obsesyjnie poświęcał się pracy, nieświadomie rujnując zarówno siebie, jak i więź z partnerką.

Mój inny przyjaciel pracuje w korporacji, zarabia dużo, ale chciałby mieć więcej czasu na rozwój wewnętrzny. Tymczasem nie ma, bo dzieci i dom. No i ostatnio poprosił mnie o numer telefonu do jakiegoś psychiatry…
W czasie cywilizacyjnego kryzysu, w którym coraz bardziej się pogrążamy, wielu mężczyzn orientuje się, że bezwolnie poświęcili wiele lat życia, potu, łez i krwi sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły, a jednocześnie widzi, że systemowa rzeczywistość staje się coraz mniej przewidywalna. Z tych dwóch powodów coraz więcej mężczyzn intensywnie poszukuje teraz bardziej autonomicznej i zgodnej z ich prawdziwymi wartościami i potrzebami życiowej ścieżki. Staje się to dziś potrzebą wielu milionów mężczyzn na świecie, a także bardzo wielu kobiet. Bo nasze gatunkowe, megalomańskie przekonanie o tym, że jesteśmy w stanie podporządkować sobie przyrodę, okazuje się iluzją o katastrofalnych skutkach. A to każe nam dostrzec, że poświęcanie życia egoistycznej pogoni za bezpieczeństwem, przyjemnością i statusem, kosztem przyrody i życia innych gatunków zamieszkujących naszą planetę, jest w istocie autodestrukcją.

W związku z tym coraz więcej ludzi dochodzi do jeszcze jednego ważnego wniosku. Mianowicie zdają sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać.

Jest jakaś specjalna męska duchowość odkrywana w czasach takich jak dziś?
My, mężczyźni, często mamy zamknięte serca, więc nasza duchowość jest jednostronnie racjonalna, teoretyczna – staje się intelektualnym konstruktem, a nie żywym przeżyciem doznawanym z chwili na chwilę. Aby więc doświadczyć żywej duchowości, musimy otworzyć serca na miłość, empatię, współodczuwanie i troskę, czyli na to, co stereotypowo uznawane jest nadal za atrybuty kobiecości. To samo w sobie nie jest łatwe, a dodatkowo wymaga odwagi skonfrontowania się z wypartym, skumulowanym bólem własnego serca i sumienia, przed którymi od wieków uciekamy.

Jeśli mężczyzna odkrywa, że źle inwestuje czas i energię, pracując tam, gdzie pracuje, to jak to może wpłynąć na jego życie?
Rozwój duchowy – czy choćby podążanie za swoimi prawdziwymi potrzebami – z reguły wymaga radykalnej zmiany kierunku i stylu życia, co łączy się często z obniżeniem poziomu materialnej egzystencji. Ale kryzys temu sprzyja, bo tak zwana normalność już nie wróci. Świat, w którym zaczynamy żyć, będzie nas coraz bardziej skłaniał do minimalizmu, zmniejszania kosztów, do prostoty i ograniczenia rozpasanej, obsesyjnej konsumpcji. Bo przecież nie wymaga to nadzwyczajnej przenikliwości, by dostrzec, że także ideologia permanentnego wzrostu gospodarczego okazała się nader szkodliwą iluzją.

Mężczyźni w pandemii mogą przejść duchową przemianę?
I przechodzą. Nie tylko tę wymuszoną, spowodowaną obiektywnymi trudnościami i zablokowaniem przez pandemię perspektywy dalszej kariery i rozwoju. Coraz częściej obserwuję transformacje całkowicie dobrowolne, wynikające z pogłębionej refleksji nad sobą i swoim życiem. Bywają to przemiany naprawdę spektakularne. Na przykład: młody prawnik z własną dobrze prosperującą kancelarią i perspektywą rozwoju zdał sobie sprawę, że to, co robi, jest niezgodne z jego głębokimi potrzebami i aspiracjami. W rezultacie w ciągu dwóch lat zlikwidował biuro, zrezygnował z bardzo dobrych dochodów i cały swój potencjał zaangażował w proekologiczne akcje społeczne. Inny przykład: korporacyjny menedżer, przez lata ślepo i całkowicie oddany pracy, odkrył, że to jest niezgodne z jego prawdziwymi potrzebami i wartościami, i postanowił zająć się stolarką i ciesielstwem.

Co może zrobić mężczyzna, żeby się nie zabić, kiedy straci wszystko?
W takiej sytuacji pomaga perspektywa duchowa, czyli świadomość swojej prawdziwej tożsamości, a tym samym wartości. Innymi słowy, dostrzeżenie wartości życia jako takiego – i że nasze życie jest tylko jednym z niezliczonych jego przejawów. Z tym nieodzownie wiąże się świadomość postrzegania procesu życia jako nieustannej zmiany, a także tego, że nasze przemijanie jest naturalnym i oczywistym elementem tej wiecznej przemiany. Trzeba więc przestać marudzić i włączyć się na całego w ten proces – poddawać się zmianie i cieszyć się nią, zamiast chwytać się tego, co nieuchronnie przemija.

Ale co powiemy kobietom, które nie akceptują obniżenia standardu życia i oczekują od mężczyzn, żeby nadal zapewniali im wygodę i luksusy?
W takiej sytuacji mężczyzna powinien się zastanowić, czy naprawdę chce poświęcić swój czas, swoją przyszłość, swoje prawdziwe potrzeby, cele i aspiracje dla kobiety, która go zwyczajnie nie kocha. Z kolei kochające partnerki, które często mają tendencję do lekceważenia skali problemu, jakim dla mężczyzny jest utrata pracy i statusu, powinny pamiętać, że deficyt ich empatii w tej sprawie wynika być może stąd, iż dla części kobiet zdolnych do rodzenia dzieci macierzyństwo w naturalny i zasłużony sposób staje się wystarczającym sensem ich życia. Pozbawieni takiej możliwości mężczyźni są więc niejako skazani na poszukiwanie sensu ich życia w pracy, kreatywności, twórczości, budowaniu, dostarczaniu, a także w bronieniu i walce.
Warto chyba przypomnieć w tym miejscu to, co wiele razy już mówiłem: aby w dobie kryzysu i transformacji uratować mężczyzn, musimy wszyscy zapomnieć o społecznych stereotypach płci, bo dzięki temu będziemy mogli myśleć i zachowywać się w zgodzie z okolicznościami. Wtedy dopiero mężczyzna tracący pracę i skonfrontowany z koniecznością podjęcia zadań nadal pracującej żony nie będzie tego traktował jako wstydu i degradacji, lecz bycie w domu uzna za wyzwanie uruchamiające jego zasoby kreatywności, zaradności, siły oraz zdolności do zabawy. Wtedy nic złego mu się nie stanie, a wszyscy w rodzinie na tym zyskają.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.