1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Filmoterapia: „Pożądanie”

Filmoterapia: „Pożądanie”

materiały prasowe
materiały prasowe
Czym może być flirt dla osób pozostających w stałym związku? Jak nie ulec fali namiętności i w odpowiedniej chwili powiedzieć „stop”? Film „Pożądanie” komentuje Izabela Wożyńska-Więch, psycholog z Poradni Centrum-Ja.

On  – spełniony w życiu osobistym, kochający mąż i ojciec, znakomity prawnik. Ona – pisarka, ma trójkę dzieci, właśnie się rozwodzi, a brak miłości zaspokaja w luźnej relacji z 25-letnim kochankiem. Ich przypadkowe spotkanie w klubie sprawia, że dochodzą do głosu uśpione emocje. Rodzi się namiętność, pragnienie, ożywają uczucia, których sami się nie spodziewali.

– Elsa, ze względu na różnicę wieku i doświadczeń życiowych, oprócz udanego seksu i przyjaźni nie czerpie ze związku z młodym kochankiem niczego więcej – komentuje Izabela Wożyńska-Więch z Poradni Psychologicznej Centrum-Ja. – Kiedy  spotyka Pierre’a, widzi w nim upragnionego mężczyznę, dojrzałego, zdolnego do przeżywania prawdziwej miłości, jednak... zajętego. Romans, w który wchodzi, pozwala jej zaspokoić potrzebę od dawna czekanej romantycznej miłości, obezwładniającego pożądania. Tak silne emocje z pewnością zagłuszają też uczucia płynące z porażki w jej małżeństwie.

Jak zauważa psycholog, Pierre z kolei widzi w Elsie ideał kobiety – inteligentnej, seksownej, uczuciowej. Fascynacja erotyczna i ekscytacja nowością wciągają go jak narkotyk. Uczucie do Elsy jest jak powiew młodości i swobody. Jest plastrem na naturalne, choć niekoniecznie przyjemne uczucia związane z przemijaniem. Z żoną nie przeżywa ekscytacji, a jako mężczyzna około pięćdziesiątki nie czuje się już tak atrakcyjny jak kiedyś. Wydaje się, że oboje od początku wiedzą, że ta miłość nie będzie spełniona ze względu na wartość, jaką dla obojga stanowi rodzina. Im dłużej trwa ta znajomość, tym hamulce są silniejsze.

Lot w dół

Po pierwszej fali zauroczenia Elsa i Pierre zaczynają powoli przecierać oczy – przypominają sobie o dzieciach, partnerach, codzienne obowiązki sprowadzają ich na ziemię. Uświadamiają sobie, że ich relacja generuje nie tylko zyski, ale również koszty.

– Pierre ma ogromne poczucie winy, głównie wobec żony, która nadal jest mu bliska, ale i wobec dzieci, dla których nie ma czasu – dodaje Izabela Wożyńska-Więch. – Elsa zaś, za każdym razem, kiedy postanawiają się już nie spotykać, cierpi, jakby ktoś odciął ją od życiodajnej energii. Fascynacja i pożądanie stają w konflikcie z dotychczasowym porządkiem, jaki panował w ich życiu.

Zdaniem Izabeli Wożyńskiej-Więch film w bardzo prawdziwy sposób pokazuje życie rodzinne i problemy miłosne dojrzałych, ukształtowanych już psychicznie ludzi, którzy potykają się o takie uniwersalne potrzeby i uczucia człowieka, jak chęć doświadczania romantycznej miłości i namiętności w związku – kochania i bycia kochanym, potrzeba poczucia własnej atrakcyjności jako partnera w związku, radzenie sobie z pierwszymi oznakami przemijania. Pozwala uciec wraz z bohaterami w świat pociągającego, acz ryzykownego romansu i wczuć się w sytuację psychologiczną osób, w których życiu nie ma na niego miejsca.

Widz może zastanowić się nad tym, jak sam postąpiłby w takiej sytuacji, jakie uczucia by mu towarzyszyły. Czy potrafiłby przeciwstawić się sile pożądania, powiedzieć sobie: „stop”? Jeśli nie, to co dalej zrobiłby z tą miłością? O co warto zadbać w obecnym związku, jakich zmian potrzebuje i co można w tym kierunku zrobić?

Tytuł: „Pożądanie” Scenariusz i reżyseria: Lisa Azuelos Występują: Sophie Marceau, François Cluzet, Lisa Azuelos Premiera: 18 lipca  

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Filmoterapia - pozwól sobie na doświadczanie uczuć i emocji

Przygoda filmowego bohatera często staje się wierną metaforą naszej sytuacji życiowej. (fot. iStock)
Przygoda filmowego bohatera często staje się wierną metaforą naszej sytuacji życiowej. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nieważne, czy siedzisz na wielkiej sali kinowej, czy we własnym salonie. Nie ma znaczenia, czy jest to megahit, czy skromna offowa produkcja – na ekranie zawsze oglądasz siebie. Bo nawet najbardziej niewiarygodną historię i tak przefiltrowujesz przez swoje doświadczenia i emocje. Na tym właśnie polega magia kina!

„Tylko prawdziwe ryzyko może sprawdzić prawdziwość wiary” – to zdanie z filmu „Bóg nie umarł” dogłębnie poruszyło moje serce. Sprawiło, że zmęczenie minionego dnia odeszło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wcisnęłam przycisk: „stop” na pilocie, musiałam przez chwilę pobyć sama ze sobą. Chciałam delektować się kolejno każdym wyrazem. Tak, właśnie tak, dokładnie to potrzebowałam usłyszeć, dokładnie w tym momencie życia…

Czasami jakiś film, nawet jeśli obejrzany przypadkiem, bez polecenia, zachęcającej recenzji, za to w odpowiednim momencie życia, nastroju, stanie ducha dotyka cię do żywego, porusza w sercu jakąś strunę, sprawia, że czujesz się tak, jakbyś usłyszała głos Boga. Jakiś wątek z życia bohatera, niekoniecznie pierwszoplanowego, melodia będąca tłem dla sceny, której nawet do końca nie rejestrujesz, miejsce, które jedynie mignie na ekranie, a ty czujesz, że już tam jesteś, albo jedno krótkie zdanie, nawet mało znaczące dla motywu przewodniego filmu – potrafią uwieść, zapaść na trwałe w pamięć, a może nawet odmienić, uleczyć. A potem latami wracasz do tego samego filmu, do tej jednej jedynej sceny. Albo kupujesz płytę z muzyką z filmu i słuchasz jej na okrągło. Z uwagą śledzisz kolejne dzieła reżysera, bo pragniesz nowych, podobnych doznań. Tak właśnie tworzy się magia. Powiedz mi, jakie oglądasz filmy, a powiem ci, kim jesteś – brzmi jak wróżenie z fusów, a jednak ma głęboki sens.

Czy masz swój ulubiony film?

Do kina chodzę rzadko, trochę z braku czasu (czy możliwości), a trochę dlatego, że nie przepadam za tłumem i gwarem sal kinowych. O wiele bardziej wolę zacisze kina domowego i odpowiednie towarzystwo, bo wspólne przeżywanie fabuły i rozmowy w trakcie, a także spory po i konieczność konfrontacji z faktem, że bliski mi człowiek nie podziela mojego zachwytu, są równie cenne jak film.

Nie jestem filmową koneserką, nie czuję obowiązku bycia na bieżąco z najmodniejszym repertuarem kin. Zdarza mi się po ciężkim dniu pracy bezmyślnie włączyć komputer i obejrzeć mało znaczący serial. Jak większość Polaków lubię komedie – na poprawę nastroju, czasami popłaczę na typowym „wyciskaczu łez”, nie pogardzę również kontrolowanym strachem na filmie mrożącym krew w żyłach. Czasami jestem zła sama na siebie, że kolejny wieczór straciłam, bezmyślnie gapiąc się na ekran. Obejrzałam nawet „50 twarzy Greya”, w końcu z jakiegoś powodu ten film widziało 1,8 miliona Polaków. Jednak film, który porusza mnie do dna, a potem wracam do niego przez lata, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że nadal działa, przytrafia mi się niezwykle rzadko. Tak było z „W pustyni i w puszczy” tym z 1973 roku. Każdy kolejny raz, kiedy go oglądam, jest jak powrót do samej siebie, tej sprzed laty, dwunastolatki, która z wypiekami na twarzy śledziła losy Stasia i Nel. To taki mój intymny rytuał – kiedy na ekranie pojawiają się końcowe napisy, zatrzymuję obraz i wyciągam z pawlacza pudełko z dziecięcymi skarbami: ulubiona maskotka, którą dostałam na 12. urodziny, album ze szkolnymi zdjęciami i pamiętnik, a w nim moje najskrytsze marzenia i plany na dorosłe życie.

Czy gdyby nie historia o Stasiu i Nel, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej? Dlaczego właśnie ten film poruszył mnie tak bardzo? Czy bohaterski Staś Tarkowski był prototypem mojej pierwszej miłości? No cóż, w autoterapii tajemnica również obowiązuje.

Czy masz podobnie? Jaki jest twój ulubiony film? Czy lubisz wracać do siebie tamtej, sprzed ekranu, na którym po raz pierwszy oglądałaś swój najważniejszy film?

Każdy odczuwa inaczej

Tomasz Raczek w książce „Kinopassana. Sztuka oglądania filmów” przyrównuje sztukę oglądania filmów do medytacji vipassany: „Jesteśmy oderwani od codzienności i pogrążeni w uważnym obserwowaniu tego, co na ekranie”. Zdaniem krytyka, dzięki uważnemu oglądaniu filmu możemy zobaczyć nie tylko to, co na ekranie, ale także wejrzeć w głąb siebie. Z uwagą i przede wszystkim z uważnością obejrzany film trafia nie tylko do naszej głowy, ale przede wszystkim porusza emocje, daje nam szansę się z nimi skonfrontować i przeżyć w bezpiecznych warunkach, w końcu płacz w kinie to rzecz ludzka. „To, co widzisz na ekranie, to zaledwie 50 proc. filmu. Drugie tyle zostaje wyświetlone na osobistym ekranie psychiki i wyobraźni”. Ów osobisty ekran uwarunkowany jest naszym intelektem, wrażliwością, doświadczeniem życiowym, samopoczuciem w danym momencie i przede wszystkim umiejętnością bycia w „tu i teraz”. Wszystko, co widzisz i słyszysz podczas projekcji, jest filtrowane przez twoje serce i duszę. Dlatego niektóre filmy doskonale pamiętasz przez wiele lat, a inne wręcz kompulsywnie chcesz oglądać w kółko lub na każde święta.

Zdaniem Tomasza Raczka nieodłączną częścią procesu przeżywania filmu jest możliwość przegadania go – podzielenia się swoimi spostrzeżeniami, opiniami, a przede wszystkim emocjami. Opowiadając o filmie, który cię poruszył, mówisz tak naprawdę o sobie: swoim poczuciu humoru, wrażliwości, o swoich marzeniach i lękach. To prawda, natychmiast po obejrzeniu filmu „Bóg nie umarł” zadzwoniłam do przyjaciółki. Okazało się, że widziała ten film i wcale jej nie zachwycił. Wręcz przeciwnie, jej zdaniem był za mało tajemniczy, za to przewidywalny i zbytnio epatujący amerykańskim katolicyzmem. Zrobiło mi się przykro, bo myślałam, że czujemy podobnie. – To pogadajmy o czuciu, a nie o filmie – zaproponowała przyjaciółka. No właśnie, jak często, spierając się z kimś na temat filmu, mamy odwagę rozmawiać nie o fabule, czyli zewnętrznym ekranie, tylko o tym, co w nas? W czasach epatowania indywidualnością i tzw. zdrowym egoizmem, pod przykrywką których często skrywamy swój lęk przed bliskością i pokazaniem prawdziwej twarzy, przeżywanie i dzielenie się swoimi odczuciami to prawdziwe wyzwanie. Ile razy zdarza ci się zachwycać jakimś modnym filmem, bo tak wypada, bo wszyscy się zachwycają? A nawet jeśli pozwalasz sobie na słowa krytyki, to płyną one bardziej z twojej głowy niż z serca? Oczywiście, masz prawo zachować swoje odczucia dla siebie, najważniejsze jednak, byś nie ukrywała ich przed samą sobą.

Co mówią o tobie obejrzane filmy?

Przygoda filmowego bohatera często staje się wierną metaforą naszej sytuacji życiowej, dlatego podświadomie identyfikujemy się właśnie z tą postacią i zaciekle jej bronimy w rozmowach o filmie. A kiedy, zwłaszcza ktoś bliski, krytykuje naszego bohatera, czujemy się dotknięci do żywego. Czasami masz wrażenie, że ty i twój partner siedzący obok w kinie widzieliście dwa różne filmy. Czujesz się wtedy rozczarowana i zawiedziona. Dlaczego on mnie nie rozumie? – zadajesz sobie pytanie. To nie tak, to nie o ciebie chodzi, tylko o film. Jeśli chcesz być zrozumiana – opowiedz o swoich odczuciach związanych z filmem. To podobnie jak w realnym życiu, kiedy ktoś interpretuje konkretne wydarzenie w inny niż my sposób, czujemy się osobiście dotknięci. Niezgodność w myśleniu nie oznacza niezgodności w czuciu. Świadome oglądanie i przeżywanie filmu pozwoli poczuć ci tę różnicę. Obrazy, kolory, dialogi, muzyka, ruch – to wszystko uruchamia naszą wewnętrzną projekcję. Wszystko, co w nas trudne, co budzi lęk, a nawet wstręt – przenosimy na ekran, rzutujemy na bohatera filmu i dzięki temu stajemy się obserwatorami naszego życia. I to jest właśnie najważniejszy cel uważnego oglądania filmów, często wykorzystany przez terapeutów stosujących metodę filmoterapii.

Zdaniem Tomasza Raczka nawet krótka drzemka w kinie ma działanie terapeutyczne – staje się swoistą śluzą, przez którą widz przedostaje się ze swojej codzienności do rzeczywistości przedstawionej w filmie. Jeśli ta rzeczywistość jest ci wyjątkowo bliska, być może właśnie to jakaś część ciebie, twojego cienia, czegoś, co ukrywasz nawet przed samą sobą. Na ekranie możesz ją w bezpieczny sposób obejrzeć, przeżyć, z dystansu znaleźć rozwiązanie problemu.

Zdarza mi się, że pacjent przez całą sesję opowiada o filmie, który go poruszył. Czasami, pomimo zachęty, wcale nie chce rozmawiać o tym, co to w nim otworzyło, tylko cały czas koncentruje się na historii bohatera. Mam wrażenie, że jesteśmy w gabinecie we trójkę, a w pewnym momencie ja i pacjent wchodzimy w role terapeuty filmowego bohatera. Uwierzcie mi, że takie sesje są bardzo terapeutyczne. Nie zawsze wszystko musi być ujawnione i nazwane wprost.

Dlatego jeśli w trakcie kinowego lub domowego seansu odkryjesz, że jakaś scena cię porusza – zatrzymaj się i wsłuchaj w siebie. Co czułaś, oglądając film? Co wywarło na tobie wrażenie i dlaczego? Jak postąpiłabyś na miejscu ulubionego bohatera? Gdybyś była reżyserem, jak zmieniłabyś zakończenie? Jeśli czujesz taką potrzebę, porozmawiaj o tym z kimś bliskim.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholożka, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Dlaczego warto rozmawiać o filmach?

  • To jeden z najelegantszych i najdyskretniejszych sposobów mówienia o sobie, bez bycia posądzonym o egocentryzm.
  • To świetny sprawdzian tego, jak bardzo jesteśmy otwarci na odmienne zdanie i wytrzymali na rzeczy trudne do zaakceptowania. Możemy przekonać się, gdzie są nasze ograniczenia i z czego wynikają. I czy stać nas na nieuleganie emocjom, gdy temat wymaga raczej racjonalnej analizy.
  • Rozmowa o filmie uczy uważności w odbieraniu świata, co w czasach kłopotów z zagospodarowywaniem nadmiaru jest bezcenne.
  • Pozwala spojrzeć na problemy szerzej i z różnych perspektyw.
  • Może być też dobrym treningiem precyzyjnego posługiwania się językiem emocji i pozwoli w przyszłości uniknąć nieporozumień wywołanych nieprecyzyjnym komunikatem wysyłanym do bliskiej osoby.
Źródło: Tomasz Raczek, „Kinopassana. Sztuka oglądania filmów”, Latarnik 2015

  1. Psychologia

Pruderia – co to znaczy? Przykłady zachowań pruderyjnej osoby

Choć zdarzają się pruderyjni mężczyźni, to jednak zdecydowanie bardziej pruderyjne są kobiety. (Fot. iStock)
Choć zdarzają się pruderyjni mężczyźni, to jednak zdecydowanie bardziej pruderyjne są kobiety. (Fot. iStock)
Pruderyjna osoba - co ją charakteryzuje? Co to za rodzaj zachowania? Jakie jest znaczenie słowa pruderia? Okazuje się, że niesłusznie mylimy ją z zahamowaniem czy wstydliwością. Czasem z prawem do intymności. Jak się jej pozbyć? Bo najwyższy czas spakować jej walizki!

Pruderyjna osoba - co ją charakteryzuje? Co to za rodzaj zachowania? Jakie jest znaczenie słowa pruderia? Okazuje się, że niesłusznie mylimy ją z zahamowaniem czy wstydliwością. Czasem z prawem do intymności. Jak się jej pozbyć? Bo najwyższy czas spakować jej walizki!

Pruderyjna, czyli jaka? - znaczenie

Słownikowa definicja mówi, że pruderia jest to udawana i przesadna wstydliwość, zwłaszcza gorszenie się sprawami seksu. Dla kontrastu, zahamowanie jest naszą osobistą granicą, której nie potrafimy swobodnie przekroczyć. Kiedy się do niej zbliżamy, czujemy lęk, wstyd, zażenowanie, poczucie winy, niewłaściwość swego zachowania, czasem obrzydzenie.

Pruderia to kłamstwo, że ta granica faktycznie jest. Pruderyjna osoba nie przekracza jej, dopóki jest poddana społecznej cenzurze. Powstrzymuje się przed działaniem w obawie: „co ludzie powiedzą”. Ale kiedy wie, że nikt jej nie obserwuje albo że jej czyny nigdy nie wyjdą na jaw, robi coś, co otwarcie potępiała. Bo pruderyjna osoba tylko usiłuje się „sprzedać” jako ktoś cnotliwy, ale naprawdę cnotliwa nie jest. Deklaruje, że seks jest zły, ale chętnie go uprawia, bywa, że nie stroniąc od udziwnień… Natomiast osoba zahamowana w obu obszarach czuje autentyczną trudność: zarówno w mówieniu o seksie, jak i w jego uprawianiu.

Pruderia jest kobietą. Pruderyjna osoba – co to znaczy dziś, a co oznaczało kiedyś?

Choć zdarzają się pruderyjni mężczyźni, to jednak zdecydowanie bardziej pruderyjne są kobiety. Nic dziwnego: od wieków żyły w społecznie generowanym przeświadczeniem, że pewne sprawy przystoją tylko mężczyźnie – tak zrodziła się pruderia. Przykłady pokazują, że jeszcze do niedawna nie do pomyślenia było, żeby kobieta inicjowała seks, mówiła, na co ma ochotę, miała własne łóżkowe potrzeby i pomysły czy domagała się zaspokojenia w sypialni. Przez wieki kobieca przyjemność nie była traktowana jako coś istotnego – ale dostarczanie jej mężowi było obowiązkiem. Co więcej, uważało się, że cnota polega na wstydliwości, zahamowaniach i właśnie braku przyjemności. Kobieta, która lubiła seks, uważana była za rozwiązłą. A ta, która otwarcie dążyła do stosunku lub miała wielu partnerów – wręcz za dziwkę. To mężczyzna dyktował, kiedy się kochać, w sposób bardziej lub mniej subtelny.

Teraz role się nieco odwróciły. Społeczna cenzura dopuszcza coraz więcej. Współczesne kobiety potrafią być bardziej odważne w swoich pomysłach, otwarcie inicjować seks i to nie tylko w ramach stałego związku. Co więcej, często decydują się na przygody na jedną noc, nastawione wyłącznie na przyjemność. Jednak pruderia ma się dobrzez. Wciąż rzesze kobiet zachowują się zupełnie inaczej i pozwalają sobie na więcej, kiedy czują, że nie są oceniane. W przeciwnym razie zaczynają taksować swoje zachowania pod kątem „przystoi – nie przystoi” i wybierają to pierwsze, choć mają wewnętrzną gotowość do diametralnie innego zachowania. Trudno się dziwić, skoro w wielu domach wciąż wobec dziewcząt i chłopców panują podwójne standardy: córka ma być w domu z powrotem o dwudziestej, bo zbyt późne eskapady zagrażają jej niewinności i bezpieczeństwu. Natomiast syn może wrócić po północy, bo przecież młody mężczyzna „musi się wyszaleć”.

Ptaszek i sikorka – jak wykształca się pruderia?

Dlaczego jesteśmy pruderyjni? Jak „rodzi się” pruderyjna osoba? Co to znaczy dla naszego dorosłego życia? Przede wszystkim warto wiedzieć, że wynosimy to z domu. Nie znam ani jednego, w którym rodzice mówią do dziecka: „Kochanie, masz już 18 lat i warto byłoby, żebyś zaczął już życie płciowe”. Takich domów nie ma. Dla rodziców zawsze jest za wcześnie, nawet jeśli potomek jest już po dwudziestce. Seks pojawia się w życiu naszych dzieci ciągle nie w porę, bo lepiej, by się uczyły. Każdy rodzic chce widzieć swoje dziecko jako „nieskażone seksem”. Już samo to sformułowanie wiele mówi o tym, co to pruderia – tak jakby seks był czymś, co może pokalać, uczynić nieczystym. Nic dziwnego, że nie potrafimy o nim swobodnie rozmawiać, jak o czymś naturalnym, czymś, co jest częścią naszego ludzkiego dziedzictwa, nieodłączną sferą życia. Skoro nie udaje się to nam nawet z partnerem, jak może się sprawdzić w przypadku naszych dzieci? A przecież kiedyś będziemy musieli z nimi o tym porozmawiać, już czteroletnie pociechy są ciekawe, czym się różni chłopczyk od dziewczynki. Z tego wprawdzie pruderyjna osoba może wybrnąć dość łatwo, tłumacząc urokliwie, że chłopczyk ma ptaszka, a dziewczynka sikorkę. Tylko że kolejne pytanie, które nas czeka, brzmi: „Skąd się biorą dzieci?”. I tu już nie będzie łatwo. Będziemy się jąkać, czerwienić. Dobrze, jeśli powiemy dziecku prawdę w sposób symboliczny, na przykład opowiadając historię o nasionku mamusi, które podlewa tatuś i które wtedy rośnie. Gorzej, jeśli wymyślamy bajki o bocianach i kapuście, bo dla dziecka, które szybko doda dwa do dwóch, jest to pierwszy sygnał, że zapytało o coś, o co lepiej nie pytać. Bo kiedy trzeba przejść do konkretów, zaczynamy czuć się niewygodnie. Do zawstydzenia osoby pruderyjnej dokłada się jeszcze ogromne poczucie odpowiedzialności: bezradnością napełnia nas własna niewiedza, co można powiedzieć dziecku, żeby zrozumiało, a czego nie mówić, żeby nie wzbudzić u niego obrzydzenia, nie przestraszyć, zniechęcić czy zablokować. Tym bardziej, że są to treści, które zapadają w pamięć.

Kulturowo wszystko, co wiąże się z płciowością, jest owiane tajemnicą, towarzyszy jej pruderia. Przykłady potwierdzają tę teorię: matki czują się skrępowane, uświadamiając dziewczynkę w sprawie jej fizjologii i mówiąc, że będzie kiedyś miała miesiączkę i z czym to się wiąże. A córka czując jej zakłopotanie, wyciąga wnioski, że to sprawy trudne i wstydliwe. Trzeba udawać, że ich nie ma. Pruderia działa zresztą w obie strony: dzieci niechętnie widzą swoich rodziców jako istoty seksualne. Przecież mama, która w dzieciństwie pieściła i dotykała całego ich ciała, jest od czułości, a nie od seksu. Już prędzej tata, ale też niekoniecznie. Autorytet w sprawach seksuologii, prof. Zbigniew Izdebski przeprowadził badania, z których wynika, że konieczne jest wprowadzenie rozsądnej edukacji seksualnej w szkołach, bo ani rodzice nie chcą rozmawiać o tym z dziećmi, ani dzieci z rodzicami.

 

Szyfrem w łóżku 

Całą sprawę utrudnia fakt, że kiedy już dochodzi do rozmowy o seksie, nasze słownictwo okazuje się niezwykle ubogie. Mamy do dyspozycji albo sformułowania medyczne, łacińskie i naukowe, albo wulgaryzmy czy infantylizmy. W granicach związku ludzie sobie z tym radzą, wymyślając związane z seksem własne miłosne szyfry, określenia dla genitaliów, typowe tylko dla danej pary. Swoją ochotę na poranny seks można np. zaanonsować stwierdzeniem: „Chciałabym, żeby rano obudził mnie nie kogut, a cietrzew” – i dla kochanków wszystko jasne. Jeśli posługujemy się swoim miłosnym tajnym językiem i przywołujemy obrazy dotyczące tylko naszej dwójki w obecności osób trzecich, dodatkowo czujemy siłę tego, co nas łączy.

Obecnie panuje moda na publiczne rozmowy o seksie – jej odbicie znajdujemy chociażby w popularnych serialach. Staramy się mówić o seksie otwarcie, czasem opowiadając nawet o technicznych detalach. To wymaga odwagi i jeśli jesteśmy na to gotowi – w porządku. Ale nie każdy, kto tego odmawia, musi być zaraz pruderyjną osobą. Są tacy, którzy nie rozmawiają o erotyzmie, ponieważ dla nich jest to strefa intymna. Starają się, żeby seksowi towarzyszyła odpowiednia sceneria i nastrój. A jeśli już zabierają głos, to raczej używając sformułowania „kochaliśmy się”, niż „uprawialiśmy seks”. Takie osoby będą unikać rozgłaszania szczegółów o swoim pożyciu. I trzeba to uszanować. Dla nich erotyka i wszystko, co się z nią wiąże, są zarezerwowane wyłącznie dla partnera – i to też w porządku. Jest wyrazem wierności wyznawanym zasadom, delikatności i skromności. Nie pruderii. Co to daje partnerom i czy warto rozmawiać o seksie w związku? Zdecydowanie warto – by ustalić, czy oboje mamy ochotę na to samo lub powiedzieć partnerowi, co lubimy, a czego nie. Chwaląc „dobre momenty”, zapewniamy sobie kolejną dawkę tego, co lubimy, a rozmawiając o problemach, korzystnie wpływamy na jakość naszego życia seksualnego – bo kiedy w łóżku jest dobrze, mniej nas irytują zostawione na środku pokoju skarpetki…

Nazywanie rzeczy po imieniu - coś, czego nie robi pruderyjna osoba

Do spraw seksu mamy dość krańcowe podejście: albo jesteśmy w nich bardzo „do tyłu”, albo bardzo „do przodu”. Albo zahamowani czy pruderyjni, albo przesadzamy z wyzwoleniem. Trudno nam traktować erotykę i seksualność jako coś naturalnego, jako jedną z podstawowych potrzeb. Cały czas przyjmujemy jakieś postawy, zamiast być zwyczajnie sobą. Dlaczego pruderyjna osoba napotyka tyle problemów w sferze intymnej?

Z jednej strony, trudno w tej dziedzinie mówić o jakiejś normie, z drugiej – rzadko się zdarza, żeby ludzie żyjący w związku spotkali się w tym samym miejscu, by ich granice seksualne były podobnie zakreślone. Zawsze jedno z nich jest bardziej wyzwolone. Jednak psychologowie uważają, że związkom partnerskim dobrze robi, gdy jedno z partnerów jest w czymś tylko odrobinę „do przodu”, bo za duży dystans jest niemożliwy do nadrobienia i zniechęca do „doganiania”. Bardziej wyzwolony partner nie powinien zatem zawstydzać, żeby druga osoba nie poczuła, że to świat, do którego ona nie ma wstępu.

Bycie pruderyjnym – co to znaczy dla komunikacji w związku? Pruderia i unikanie nazywania pewnych spraw po imieniu może też stać się źródłem nieporozumień. Nie chcąc przyznać, że ulegamy fascynacji erotycznej, która bywa silna, wręcz porywająca, nazywamy ją miłością.

W społeczeństwie, w którym nie daje się zielonego światła związkom opartym wyłącznie na pociągu fizycznym, ludzie wolą powiedzieć: „kocham cię”, zamiast: „fascynujesz mnie, bardzo pociągasz”. Wtedy sami ze sobą czują się lepiej. Bo łatwiej się rozgrzeszyć, że np. rozbiliśmy swoje małżeństwo z powodu uczucia niż pożądania. Nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć, że popęd może mieć tak wielką siłę. Gdybyśmy byli bardziej otwarci, mówili o seksie w sposób naturalny, przyznawali, że jest zwykłą potrzebą – nie wypieralibyśmy się tej sfery życia. I wszystkim wyszłoby to na zdrowie.

  1. Seks

Pożądanie w związku. To, co sprzyja namiętności, nie zawsze służy harmonii...

Czy gorący seks w związku i bliskość idą ze sobą w parze? Czego tak naprawdę pragniemy? (fot. iStock)
Czy gorący seks w związku i bliskość idą ze sobą w parze? Czego tak naprawdę pragniemy? (fot. iStock)
Czy nie zdarzyło wam się marzyć, żeby był tak jak za pierwszym razem? Żeby po pięciu, dziesięciu, trzydziestu latach dało się poczuć motyle w brzuchu, jak wtedy, kiedy wzajemnie się poznawaliście? Żeby seks był namiętny, nasycony i żeby pachniał nowością.

Esther Perel, belgijska psychoterapeutka, zajmuje się od ponad 30 lat poradnictwem małżeńskim i terapią rodzin. Owocem jej pracy jest m.in. książka pt. „Inteligencja erotyczna. Seks, kłamstwa i domowe pielesze”. Autorka przekonuje w niej, że to, co buduje nasze poczucie bezpieczeństwa, naszą stabilność rodzinną – poznanie się, przyjaźń, intymność i bliskość – bardzo często nie sprzyja ekscytującemu pożyciu seksualnemu. Brzmi to bardzo nieprzyjemnie, no bo jak to: przecież wszystkie te składniki udanego małżeństwa, właśnie porozumienie i bliskość, to najbardziej deficytowe towary na rynku uczuć. Jeśli wejdziemy do sauny z pięcioma przyjaciółkami z wieloletnim małżeńskim stażem, znacznie częściej usłyszymy, że przestały się dogadywać ze swoimi mężami, niż że seks jest do niczego. Do diabła z seksem, skoro „on mnie nie rozumie”. Jeśli się jednak dobrze zastanowimy, to ta „amerykańska myśl techniczna” nie jest niczym rewolucyjnym. Profesor Bogdan Wojciszke w „Psychologii miłości” pisze, że namiętność wygasa, gdy pogłębia się intymność. Z kolei psychoterapeutka Zofia Milska-Wrzesińska napisała kiedyś w jednym ze swoich felietonów, że „nie pożąda się wnętrza własnej kieszeni” – czy nie jest to więc w gruncie rzeczy to samo?

Nie dla każdej i nie dla każdego utrata namiętności będzie problemem. Istnieją takie pary, dla których spokojne, poukładane życie będzie wartością ponad wszystkie. Ale... nie wszystkim zależy na tym samym, dlatego może warto zastanowić się, jak działa namiętność.

Metamorfozy namiętności

Dawniej małżeństwo widziane było jako swoista umowa: para spotykała się, aby na korzystnych dla obu stron warunkach stworzyć dobrze funkcjonującą „firmę”, która pozwoli na wychowanie w dostatku potomstwa. Namiętność (nie mówiąc o miłości) nie była warunkiem sine qua non tego układu. Dziś sprawy mają się inaczej. Rewolucja seksualna, ruch feministyczny, wynalezienie tabletki antykoncepcyjnej pociągnęły za sobą nieodwracalne zmiany w zbiorowej świadomości. Seksualność stała się własnością jednostki, jednym z elementów naszej tożsamości. Tym, co pcha nas w stronę drugiego człowieka, jest przede wszystkim silna chemia. Każdy, kto tego doświadczył, wie, jak jest na początku: ogromne pragnienie drugiej osoby, chęć zbliżenia do niej i posiadania jej. I ogromna niepewność.

To właśnie ona i lęk przed utratą podsycają namiętność. Im bardziej relacja jest niepewna, niepoparta kontraktem (rozumianym nie tylko jako małżeństwo, ale np. jako szczera deklaracja), tym większe jest pragnienie. Im większa jest ciekawość, tym większa namiętność. Im więcej barier i przeszkód do pokonania, tym większy nasz zapał. Z tych silnych emocji wykluwają się owe słynne motyle w brzuchu. Jeśli jednak związek uzyska stabilność, para zna się już dobrze, wie, czego po sobie wzajemnie oczekiwać, i przypieczętowała uczucie sakramentalnym (bądź niesakramentalnym) „tak”, relacja powoli zaczyna przechodzić metamorfozę.

To, co sprzyja namiętności, niekoniecznie służy harmonijnemu pożyciu. Na co dzień chcemy się bowiem czuć bezpiecznie, wiedzieć, na czym stoimy, tworzymy związek oparty na porozumieniu i kompromisach. Gwałtowne emocje nie są dobrym fundamentem dla budowania domu, wychowywania dzieci. A człowiek to kontinuum, nie zawsze jest w stanie włączyć silne emocje, wchodząc do sypialni, by zaraz potem wyłączyć je, biegnąc do dziecinnego pokoju na przykład. Zwykle w tym „obiegu energetycznym” straty sytuują się po stronie sypialni. I cóż począć, skoro żyjemy właśnie w czasach, gdy udany, emocjonujący seks stał się konieczny, byśmy czuli się spełnieni? To, że we wszystkich mediach, w filmie, literaturze, a także przez psychologów jesteśmy przekonywani, że mamy prawo do szczęścia, przyjemności i dbania o swoje potrzeby, z jednej strony popycha nas do odważnego sięgania po swoje, z drugiej natomiast czyni nas seksualnymi frustratami. Bo namiętność, niestety, przemija. Czy jednak musi?

 

Znany nieznajomy

Psychologia podpowiada nam, że jeśli nie możemy zmienić elementów rzeczywistości, powinniśmy zmienić swoje nastawienie do tego, co nas uwiera. Autorka „Inteligencji erotycznej” przekonuje nas, że pewność i stałość, które są składnikami bezpiecznego związku, a jednocześnie z czasem zabójcami namiętności, są tak naprawdę złudzeniem. Opisujemy siebie wzajemnie serią dogmatów: „on nie zrobiłby nigdy tego”, „ona zdecydowanie nie lubi tamtego”, i święcie wierzymy w to, że nasz partner będzie się zachowywał zgodnie z przypisaną mu rolą. A przecież niczego w życiu nie możemy być pewni, łącznie z tym, czy dożyjemy jutra. Tak naprawdę też nigdy nie znamy naszej drugiej połowy tak dobrze, jak nam się wydaje. Każdy nosi w sobie element nieprzewidywalnego, nawet jeśli na co dzień zachowuje się rutynowo.

Jeśli przyznamy sobie wzajemnie autonomię, prawo do tajemnicy – powróci oczywiście niepewność, ale też pożądanie napędzane tym, co nieznane. Jeśli od czasu do czasu spojrzymy na starego poczciwego męża jak na zupełnie obcego mężczyznę, który być może ma swoje niewypowiedziane pragnienia, zapewne uda nam się poczuć tę ekscytację, która pchnęła nas kiedyś w ramiona tego mężczyzny.

Nie rozmawiajmy o tym

Ileż to razy słyszeliśmy, że dla stworzenia dobrego związku konieczne jest porozumienie. Słowa, słowa, słowa. Rozmowy, jasne deklaracje, przejrzystość i czytelne manifestowanie swoich potrzeb. Dzięki nim osiągamy bliskość, poczucie intymności. Talenty komunikacyjne to domena kobiet. To kobiety wnoszą do związku otwartość w mówieniu o emocjach, o uczuciach – rzesze psychologów twierdzą, że to dobrze. „Powiedz mi, co czujesz, porozmawiajmy o tym”, słyszymy to i czytamy w co drugim poradniku. Tymczasem ogromna część męskiej tożsamości opiera się na samokontroli i niewrażliwości. Zdolność do wyrażania (słownego) emocji nie jest cechą „prawdziwego mężczyzny”. A takiego przecież każda z nas chciałaby mieć w sypialni. Jeśli pragniemy ognistego seksu, trzeba się na to zgodzić – twierdzi Perel. Komunikacyjne ograniczenia mężczyzn często prowadzą do rozwinięcia innych, niewerbalnych sposobów narracji. Ciało może pomóc w wyrażaniu bliskości emocjonalnej. Warto mieć w pamięci, że bardzo często seks jest jedynym sposobem, w jaki mężczyzna wyraża bliskość. Zamiast się zastanawiać, czy on rozumie, co mówię, czy nie, lepiej pozwolić mu mówić, tak jak potrafi. I druga rzecz: bezgraniczne otwieranie się przed drugą osobą, mówienie jej wszystkiego jak na spowiedzi eliminuje z życia tę niezbędną tajemnicę. I może szkodzić namiętności.

Z perspektywy swojej ponadtrzydziestoletniej praktyki terapeutycznej pani Perel twierdzi, że wiara w równouprawnienie, budowanie zgody, kompromis, uczciwość i wzajemną tolerancję może prowadzić do bardzo nudnego seksu. Świat erotycznych fantazji nie ma nic wspólnego ze społeczeństwem obywatelskim.

Często bywa tak, że przedsiębiorcze i nadodpowiedzialne kobiety marzą o tym, by ich mężczyzna rządził nimi w sypialni, chcą być zniewolone. I przeciwnie: mąż, który nienawidzi, gdy żona wydaje mu polecenia w kuchni i w salonie, uwielbia, gdy dyryguje nim w sypialni. Dystrybucja władzy i kontroli jest bardzo ważnym elementem życia erotycznego. Lepiej, co sugeruje autorka, pozwolić sobie na opuszczenie stanowisk, na których się okopaliśmy. To, że pozwolimy się zakuć w kajdanki z futerkiem, nie sprawi, że będziemy niewolnikami poza sypialnią. Element lekko perwersyjnej gry (za zgodą obu stron) tylko podgrzewa atmosferę. Przekraczanie granic, łamanie tabu i tracenie kontroli – bo poddanie się własnym fantazjom to właśnie tracenie kontroli – daje nam dostęp do ogromnych pokładów namiętności.

Niepoprawna wyobraźnia

Trzeba się z tym pogodzić: to, co nas podnieca, czego pragniemy i o czym fantazjujemy, często nie pasuje ani do preferowanego obrazu ja, ani do moralności, ani do ideologii, którą się kierujemy. Mężczyźni marzą o seksie z prostytutką, aby namiętniej się kochać z żoną, kobiety pragną rozkosznych chwil w ramionach brudnego motocyklisty (choć mężowie noszą garnitury od Hugo Bossa, które im same kupują) albo z psychopatycznym eks-chłopakiem, za którego w życiu by nie wyszły. Erotyczna wyobraźnia zasilana jest uczuciami dalekimi od poprawnych: agresją, zwierzęcą żądzą, infantylnymi potrzebami, władzą, zemstą, egoizmem i zazdrością. Gdyby je dopuścić do głosu, mogłyby zniszczyć związek. Bezpieczniej zepchnąć je do sfery wyobraźni. Mądrzej – potrafić czerpać z nich radość.

Jeśli zaakceptujemy własne fantazje, radośniej i pełniej będziemy korzystać z seksu. Dla niektórych par dzielenie się nimi jest elementem gry miłosnej. Jeśli zgodzimy się na to, co w nas drzemie, o niektóre rzeczy będziemy umieli poprosić. Jeśli nas to bawi, można się posunąć do inscenizacji wymarzonych scenek, odgrywać zupełnie inne role, powędrować w świat Emmanuelle. Nie ma w tym nic złego. Wyobraźnia to tylko wyobraźnia. Jak słusznie zauważa autorka, sceny gwałtu, o których fantazjują kobiety, nie mają nic wspólnego z rzeczywistością: gwałciciele z fantazji są nad wyraz łagodni. Za takim wyobrażeniem kryje się często pragnienie bycia zdominowaną, bo tylko taki wyobrażony przymus wyzwala rozkosz: sama sobie na to nie pozwolę, ale przecież zostałam zmuszona.

Odmówienie sobie prawa do namiętności jest tym balastem wynikającym z purytańskiego wychowania, który kobiety dźwigają od stuleci. Bo nam nie wolno. Bo mamy być jak Matka Boska.

Spontaniczne planowanie

Wśród wielu rad Esther Perel kluczowa wydaje się jedna: dobry seks trzeba planować. Trzeba się nad nim zastanawiać, dopuścić do głosu własne pragnienia i robić, co nam się podoba. Jeśli pożądamy pożądania, czasem trzeba odstawić inne sprawy na bok i zająć się rozniecaniem ogniska, ale nie domowego, tylko w sypialni.

Planowanie nie musi być rozumiane jako brak spontaniczności (przecież nie będziemy rozpisywać całego aktu na minuty). To czekanie, pragnienie i tęsknota. Niepewność, czy się uda. Słowem, wszystko to, co sprzyja namiętności.

Tekst archiwalny

  1. Psychologia

Na czym polega prawdziwa bliskość w związku? - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

O intymności i bliskości w stopniu większym niż seks decyduje pokrewieństwo mentalno-intelektualne, czyli podobieństwo lub wspólnota wartości, poglądów, zainteresowań, pasji, aspiracji i gustów, a także stylu i poziomu życia. (Fot. iStock)
O intymności i bliskości w stopniu większym niż seks decyduje pokrewieństwo mentalno-intelektualne, czyli podobieństwo lub wspólnota wartości, poglądów, zainteresowań, pasji, aspiracji i gustów, a także stylu i poziomu życia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Co sprawia, że stajemy się dla siebie wyjątkowi i jedyni? Jakie są składniki miłości, bez których to uczucie jest tylko ściemą? Intymność i bliskość. Jak je budować? Zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dla tych, którzy mają szczęście być od lat w trwałych związkach, oczywiste jest, kto jest im najbliższy. Ale jeśli ktoś ma kilku byłych, trudno mu czasem się rozeznać.
Miłość bez bliskości i intymności nie istnieje. Na wszystkich poziomach: emocjonalnym, cielesnym i duchowym – lub przynajmniej na jednym z nich – naturalnie i odruchowo dążymy do bliskości. Bierze się to z głębokiej potrzeby, by przynajmniej jedna osoba na tym świecie wiedziała o nas wszystko i mimo to nas kochała, a przynajmniej akceptowała. I żebyśmy my kochali jakąś drugą osobę, mimo że wiemy o niej wszystko. Tak więc w związku umieszczamy nasze głębokie pragnienie bycia kochanym bezwarunkowo, absolutnie. Na tym się zasadza dążenie do bliskości i tym jest prawdziwa bliskość. Ale możność obdarzenia kogoś absolutną miłością jest równoznaczna z tym, co nazywa się przebudzeniem. W relacjach międzyludzkich manifestuje się ono tym, że umiemy wybaczać i kochać innych, ale i siebie mimo wszystko. Niestety, niewielu z nas uświadamia sobie, jak głębokie wyzwanie jest uwikłane w miłość. Nie traktuje więc jej jako wehikułu duchowego treningu. A ci, którzy sobie to uświadamiają i podejmują wyzwanie, przekonują się, że to chyba najtrudniejsza z duchowych ścieżek.

Dlaczego najtrudniejsza?
Po pierwsze, jeśli tylko jedno z uczestników związku dostrzega w nim szansę na duchowy rozwój i poważnie ją traktuje, to prędzej czy później drugie się zniechęci. Na przykład jeśli partner nas krzywdzi, poniża i wykorzystuje, a my mu to nieustannie wybaczamy – nie widząc z jego strony żadnej skruchy, chęci zmiany czy zadośćuczynienia – to nas demoralizuje. Sami wtedy uprawiamy świętoszkowatość, a nie świętość, uznając za cnotę swój brak odwagi w stawianiu granic.

Po drugie, często mamy pokusę bycia w związku wyłącznie biorcą wybaczającej, wszechogarniającej miłości, zapominając o świętej zasadzie wzajemności, czyli nie wymagaj i nie oczekuj od partnera tego, czego nie wymagasz od siebie.

Po trzecie, w bliskim związku łatwo odżywają i odzywają się wszystkie nasze traumy, zranienia i rozczarowania wyniesione z relacji z rodzicami i innymi ważnymi dla nas w dzieciństwie ludźmi. A te negatywne emocje bywają tak silne, że jeśli ich szybko nie ogarniemy z pomocą terapeuty, to rozwalą nam związek w kilka miesięcy. Wtedy zamiast bliskości pojawia się dystans, walka w imię obrony przed kolejnym zranieniem.

Po czwarte, bliski związek demaskuje wszystkie pozory i hipokryzję, czyli każdy rozdźwięk pomiędzy tym, co deklarujemy i uważamy na własny temat, a tym, jak się zachowujemy. Bliskość wymaga rezygnacji z masek i pozorów, co budzi lęk przed kompromitacją i odrzuceniem…

Chronimy się chyba szczególnie, jeśli przeżyliśmy miłosne zranienie już w dorosłym życiu…
Każdy poczuł się kiedyś odtrącony, ale robimy ogromny błąd, jeśli z tego powodu zamykamy się na dojrzałą, ewoluującą ku doskonałości miłość i na objęcie nią drugiego człowieka. Warto zaryzykować. Ale czasem tak się boimy rozstania i zranienia, że wolimy połowiczną, a przez to bezpieczną bliskość z kilkorgiem ludzi niż ryzykowanie całkowitej  bliskości z wybraną osobą. Zwłaszcza że bliskość i intymność są możliwe bez miłości, na przykład w przyjaźni, a te dziś bywają trwalsze niż małżeństwo. W przyjaźni odczuwamy czasem większą zażyłość niż w miłości. Bo na przykład przyjaciela mamy od szkoły średniej, a partner, z którym jesteśmy, to już nasz szósty związek. Takie są czasy, że relacje zbudowane na przyciąganiu seksualnym nie muszą mieć miłosnego wymiaru, więc są z definicji nietrwałe. Dlatego przyjaciel czy przyjaciółka, z którymi nie mamy seksualnej intymności, są nam często bliżsi niż partnerzy seksualni. Wspólnota seksualna traci rangę wskaźnika bliskości i siły związku.

A więc wspólny seks nie jest już przestrzenią, która pozwala nam uznać, że łączy nas coś jedynego, wyjątkowego?
Coraz częściej nie jest. W ogromnej mierze decyduje tu emancypacja ekonomiczna i obyczajowa kobiet, które już nie muszą sprawdzać determinacji, wytrwałości i dojrzałości swoich seksualnych partnerów, bo w razie pomyłki i tak sobie same poradzą. Oczywiście, są jeszcze tacy, dla których wspólnota seksualna oparta na wyłączności nadal jest wyznacznikiem relacji najbliższej i najważniejszej. Obawiam się jednak, że wkrótce trafią do kategorii obyczajowych dinozaurów. A ja nie powiem ci, czy to dobrze, czy źle…

Może więc zdefiniujmy intymność i bliskość.
Ale na nowo. Na czym polega dzisiaj  intymność i bliskość w związku? Zaryzykuję tezę, że o intymności i bliskości w stopniu większym niż seks decyduje pokrewieństwo mentalno-intelektualne, czyli podobieństwo lub wspólnota wartości, poglądów, zainteresowań, pasji, aspiracji i gustów, a także stylu i poziomu życia. Wtedy istnieje większa szansa na wzajemny szacunek, miłość i trwałość, a także na to, co tak ważne w związkach – że zamiast nieustannie z płonną nadzieją, że ten drugi jest źródłem szczęścia, gapić się na siebie nawzajem, będziemy patrzeć i podążać w tym samym kierunku. Seks też powinien być wtedy bardziej udany. A w razie pojawienia się dzieci wychowywanie ich będzie też bardziej spójne i bezkonfliktowe.

A co ze szczerością?
Często się zdarza, że żona czy mąż, partner lub partnerka nie są tymi osobami, którym możemy najwięcej o sobie powiedzieć. Głównie dlatego, że większość z nas pozostających w stałych, bliskich związkach zazwyczaj po maksimum pięciu latach zaczyna przeżywać trudności, które są zamiatane pod dywan i w związku z tym toczy z partnerem/partnerką różne gry i batalie. Wprawdzie mieszczą się one w przestrzeni wzajemnej relacji i nie dewastują tego, co ich łączy, ale sprawiają, że po obu stronach rośnie przestrzeń sekretów. Bo gry najczęściej polegają na udawaniu i blefowaniu. I tak kończy się marzenie o absolutnej szczerości. Wtedy przyjaciel czy przyjaciółka są lepszym adresem.

Gry? Rozumiem, że trzeba je zakończyć?
Tak byłoby najlepiej. Jednak często obawiamy się tego, co by się stało, gdybyśmy powiedzieli prawdę, boimy się przesadzonej reakcji drugiej strony. Na przykład straciliśmy pracę. A mamy taki uraz z rodzinnego domu czy z poprzedniej relacji, że jak przyznamy się do porażki, to zostaniemy odrzuceni.

I naprawdę można wtedy mówić o bliskości? Tracę pracę i nie mówię mężowi? Trochę to dziwne.
Ale ludzie tak właśnie robią. Mąż może się załamać, a ty możesz dziś nie mieć na to siły. Bywa, że cudny człowiek ma na jakimś punkcie uraz. I co? Czekasz na dobry moment, żeby mu o tym powiedzieć. Albo liczysz na to, że znajdziesz nową pracę i wtedy dopiero powiesz, co się wydarzyło. W międzyczasie nosisz to w sobie, choć ci ciężko. A kiedy już nie dajesz rady unieść tego sama, idziesz do przyjaciela: „Mój facet o tym nie wie i nie mogę mu o tym powiedzieć, boby się załamał”. A w tym samym czasie twój facet idzie do przyjaciela i mówi: „Wiesz, moja kobieta jakoś dziwnie się zachowuje, jest wycofana, może przeczuwa, że ukrywam przed nią to, o czym ostatnio rozmawialiśmy…”.

No właśnie. I to nie jest w porządku!
Nie ma co oceniać, czy to jest porządku, czy nie. Każdy związek jest inny i nie można narzucać ludziom, jak mają razem żyć. Para może żyć przez lata na dystans, nie rozmawiać ze sobą i jakoś korzystać choćby z tej odrobiny bliskości i wsparcia, jaką mogą sobie dać i jaką mogą przyjąć. Seks, jeśli w ogóle jest, niewiele tu zmienia w wymiarze ich bliskości. Dla ciebie to byłoby tak mało, że nie do zniesienia. Ale dla nich to prawdopodobnie szczyt bliskości. Czy mamy im zakazać milczenia przy kolacji i chodzenia na pogawędki do przyjaciół? Jeśli ktoś boi się bliskości, to niech choć z przyjacielem pobędzie bliżej.

Ale wraca podstawowe pytanie: czy łączy nas wtedy bliskość?
Tak, bo ona nie wymaga stuprocentowej gotowości do zwierzeń i całkowitego odsłonięcia. Każdy ma prawo do myśli i uczuć, którymi się nie dzieli. Zagrożeniem jest przemilczanie ważnych spraw, takich jak na przykład seks. Często gdy seks staje się problemem, nie jesteśmy szczerzy. Ona nie powie mu, że jest kiepski w łóżku, więc udaje orgazmy. A on, jeśli nie ma w sobie pożądania, nie powie, by jej nie robić przykrości. Bierze więc viagrę po kryjomu i milczy. Albo pogada z przyjacielem… Niestety, bywa, że jak za dużo przemilczamy, w końcu dochodzi do rozstania. Dlatego warto pamiętać, że sprawy dotyczące tego, co nas łączy, a szczególnie te intymne, powinny być znane obojgu. Tylko wtedy możemy je wspólnie rozwiązywać.

Granice, co komu wolno mówić, chyba przesunęły się na skutek wzrostu liczby rozwodów i związków partnerskich. Co pewnie też sprzyja rozstaniom?
Pewnie tak. Ludziom coraz trudniej dziś rozmawiać bezpośrednio i szczerze. Chętniej ujawniamy prawdę o sobie tam, gdzie czujemy się bezpieczni, czyli anonimowo w Internecie. Ale warto pamiętać, że jeśli ma być blisko, nie może być anonimowo.

Przyjaźń to szczerość, bliskość i bywa, że intymność, ale bez seksu. Tylko co, jeśli zwierzamy się z problemów w związku swojemu eks, bo teraz to, co nas łączy, nazywamy przyjaźnią?
Jeśli nie ma w tym podtekstu erotycznego ani sugestii, że przyjaciel czy przyjaciółka byliby lepszymi partnerami lub kochankami, to dlaczego nie mają się sobie zwierzać? Pod warunkiem że mogą liczyć na dyskrecję i lojalność. Nasi byli, jeśli przyjaźnimy się po rozstaniu, mogą być cennymi doradcami i obserwatorami. Ale w tym wypadku trzeba uważać na to, żeby nie opowiadać o nowych partnerach, lecz wyłącznie o sobie.

No co ty? Mogę pierwszemu mężowi opowiedzieć o tym, jak sobie żyję z obecnym partnerem?
Podkreślam: możesz mówić o tym, co ciebie dotyczy, nigdy o tym, co jest  wyłącznie sprawą partnera, i tylko wtedy, kiedy jesteś pewna dyskrecji i lojalności słuchacza. Ważna jest twoja świadomość intencji, która stoi za tym, że tej właśnie osobie się zwierzasz: czy nie dążysz do wskrzeszenia dawnego uczucia między tobą a byłym partnerem. A może prowadzisz grę z byłym o to, kto ma teraz lepiej albo gorzej? Czy to na pewno zwykła rozmowa z kimś, kogo lubisz i kto cię rozumie?

Zamieszanie wynikające z tego, że związki są nietrwałe, powoduje, że czasem angażujemy się bardziej w sprawy byłej żony czy męża niż obecnych partnerów.
To kwestia tego, gdzie w tej sprawie stawiają nam granice obecni partnerzy. I trzeba zapytać także siebie: „Z kim teraz jestem najbliżej?”. Ten problem dotyczy najczęściej mężczyzn, którzy odeszli od poprzednich partnerek i mają z nimi dzieci. Wtedy albo poczucie winy, albo poczucie odpowiedzialności sprawia, że mężczyzna przesadzi z pomaganiem byłej. A powinien poukładać sobie priorytety. Odradzam dążenie do sytuacji, w której każdy dorosły człowiek ma tylko jedną osobę do dzielenia się ważnymi dla siebie sprawami. I że to ma być tylko ta osoba, z którą sypiamy i żyjemy na co dzień. Bliskie związki to teren tak trudny i zaminowany, że poruszający się w nim potrzebują często grona doradców i konsultantów. Umówienie się na to, że o ważnych sprawach rozmawiamy tylko we dwójkę, kazałoby nam błądzić po omacku, zamiast pytać przechodniów o drogę. Byłoby to więc nierozsądne. A często też niezdrowe, bo tworzyłoby w związku nadmierne ciśnienie spraw niezałatwionych.

  1. Kultura

"Jak najdalej stąd" - o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Jak najdalej stąd" Piotra Domalewskiego. Produkcja dostępna jest na vod.tvp.pl. (Fot. materiały prasowe)
Ola, główna bohaterka nowego filmu Piotra Domalewskiego, dojrzewa na oczach widzów. Budzi podziw swoją determinacją, odwagą i empatią. Dokąd doprowadzi ją tytułowe „Jak najdalej stąd” i czego dowie się o sobie podczas tej drogi? Odpowiedzi na te pytania szukają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: „To moja ulubiona bohaterka” – napisałaś do mnie o Oli z najnowszego filmu Piotra Domalewskiego „Jak najdalej stąd” zaraz po jego obejrzeniu. Za co ją tak lubisz? Grażyna Torbicka:
Za jej determinację, odwagę i za empatię, której nie tylko widzowie, ale chyba ona sama też po sobie się nie spodziewa. Ola ma marzenie i zrobi wszystko, żeby je spełnić. Nawet gdy życie przynosi jej bolesne niespodzianki, nie rezygnuje ze swoich planów. Rozumie, że będzie je musiała zweryfikować, i szuka różnych sposobów, by osiągnąć swój cel. Do momentu, gdy dociera do niej – i za to też ją lubię – że może są sprawy ważniejsze i te plany trzeba odłożyć na później.

Cenię także jej ciekawość świata. Sama wyjeżdża do Irlandii, nie znając tam nikogo, i jest to jej pierwszy wyjazd za granicę – jednak świetnie sobie radzi. Obserwuje świat, poznaje nowych ludzi, widzi, jak żyją inni, jakie mają problemy – i to ją rozwija. Ola poszerza horyzonty i choć w wielu momentach działa instynktownie,  to idzie przez życie świadomie.

A to ciekawe, bo dla mnie ona właśnie nie jest świadoma siebie, a raczej zamknięta na swoje emocje. Sprawia wrażenie, jakby była „zamrożona”.
Według mnie jest to film o dojrzewaniu młodej kobiety. Bohaterka dopiero wchodzi w życie, poznaje siebie i potrafi czerpać ze swoich doświadczeń. W finale Ola jest już dojrzałą osobą, świadomą tego, co przeżyła.

Wspominam o tym „zamrożeniu”, bo wydaje mi się, że w całej rodzinie nie rozmawia się o emocjach. W scenie przy stole zobaczyłam samotne, oddzielne elektrony.
Ja odebrałam to tak, że gdy dowiadujesz się o nagłej śmierci bliskiego, nie wiesz właściwie, co to oznacza. Co będzie dalej? Nie chcesz rozmawiać o emocjach, bo tych emocji jeszcze nie znasz, one dopiero się rodzą. Matka Oli po śmierci męża obawia się o przyszłość, bo przecież zostaje sama z niepełnosprawnym synem. Ola czuje prawdopodobnie pustkę, bo przed nią było tyle planów: miała dostać samochód, robiła prawo jazdy...

Jej marzenie o samochodzie odbieram jako tęsknotę za ojcem i za relacją z nim. A co twoim zdaniem jest największym problemem Oli?
Ola chce wierzyć, że ojciec myślał o niej i ją kochał. Że dotrzymał słowa i naprawdę odkładał pieniądze na jej wymarzony samochód. Jej wiara poddana jest poważnej próbie. To film o relacji córki z nieobecnym ojcem, który pracuje za granicą, żeby zarabiać na utrzymanie rodziny. Ale najciekawsze jest to, że ta relacja odbudowuje się na naszych oczach, kiedy ojca już nie ma – po jego tragicznej śmierci. W tym sensie Piotr Domalewski jest bardzo oryginalny w opowiadaniu historii o dojrzewaniu. Ola stopniowo odkrywa, jak wyglądało życie jej ojca poza domem i dzięki temu, że nie daje się zwieść pozorom, dochodzi do prawdy. Dużo ją to kosztuje, ale zyskuje jeszcze więcej: spokój i pewność siebie.

Pokazanie, że możemy wybaczyć rodzicom i w ten sposób naprawić relacje, bez konieczności rozmowy z nimi czy psychoterapii, jest bardzo terapeutyczne.
Bohaterka dostaje dowody na to, że nie myliła się co do uczuć ojca. To nie dawało jej spokoju, więc poszukiwała prawdy.  I okazało się, że co prawda żyli z ojcem oddzielnie, ale emocjonalnie byli razem.

Przyznam, że, obserwując jej „śledztwo”, bardzo często wybuchałam śmiechem.
Dlatego, że w całej tej emocjonującej opowieści jest bardzo dużo momentów rozprężających, to nie dołujący dramat psychologiczno-obyczajowy. Bardzo często śmiałam się z sytuacji, w których znajdowała się bohaterka, ale też z tego, jak sobie radziła, z jej naturalnego sprytu. Poza tym „Jak najdalej stąd” jako jeden z niewielu ostatnio obejrzanych filmów zaskakiwał mnie w kolejnych odsłonach scenariusza. Tematyka społeczno-obyczajowa, bohaterowie wywodzący się z klasy średniej, często odrzuceni – to w kinie brytyjskim specjalność Kena Loacha, a Piotr Domalewski znajduje język swojego pokolenia, by takie historie opowiadać.

Kadr z filmu 'Jak najdalej stąd' Piotra Domalewskiego. Produkcja dostępna jest na vod.tvp.pl. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "Jak najdalej stąd" Piotra Domalewskiego. Produkcja dostępna jest na vod.tvp.pl. (Fot. materiały prasowe)

Żart i czarny humor odbieram jako mechanizm obronny bohaterki. Kiedy na nią patrzę, widzę reżysera Piotra Domalewskiego. Wydaje mi się, że dał tej postaci wiele z siebie.
Trudno mi ocenić, czy Ola jest alter ego reżysera. Widzę w niej przede wszystkim bunt i rozwagę jednocześnie. To ciekawe: jest sobą, kimś absolutnie niezależnym wewnętrznie, a z drugiej strony – stać ją na pewnego rodzaju konwenanse i grę, bo wie, że to pomaga drugiej stronie.

Ja z kolei czułam niepokój o los Oli. Zachowywała się jak przyszła Matka Polka, która zaciska zęby i bierze się do roboty. Kiedy koleżanka powiedziała jej, żeby nie płakała, bo da sobie radę, odpowiedziała: „Ja nigdy nie płaczę”.
W ogóle nie odebrałam tej postaci w taki sposób. Ola jest dla mnie niezwykle niezależna w tym, co robi i jakie podejmuje decyzje. Jest bardzo młoda, więc wszystkiego uczy się na naszych oczach. Scena, podczas której musi zidentyfikować ciało ojca i dzwoni do matki, żeby dowiedzieć się, czy on miał jakieś znaki szczególne – jest znakomita. To wielka sztuka zrobić scenę w prosektorium tak, że wybuchasz śmiechem i jednocześnie nie jesteś tą reakcją zażenowana przed samą sobą. Przekonuje mnie też scena nocnego szaleństwa z przypadkowo spotkanymi rówieśnikami. To moment, kiedy Ola może odreagować intensywne przeżycia ostatnich godzin i przygotować się do dalszej walki.

Ona świetnie daje sobie radę w tej trudnej sytuacji, jednak kiedy patrzę na Olę, widzę w niej całą masę niewyrażonej złości. Emocjonalnie jest to świetnie pokazane.
Uważam, że ta złość ją napędza w sposób konstruktywny. Gdyby nie miała w sobie takich pokładów sprzeciwu, to nie byłaby w stanie niczego zrobić.

Finał daje niesamowity oddech bohaterce, ale i nam, widzom. Dostajemy upragnione katharsis.
To prawda i to jest wielka zasługa wspaniałej gry Zofii Stafiej, czyli filmowej Oli. Aktorstwo na najwyższym poziomie.

Dla kogo ten film może być terapeutyczny? Moim zdaniem dla osób, które są w kryzysie czy trudnej sytuacji, którym bohaterka może dodać siły, żeby się nie poddawać. Myślę, że kiedy dajemy sobie radę w trudnej sytuacji, próbujemy czasem uciec „jak najdalej stąd”, czyli najdalej od nieprzyjemnych emocji. Ale one zawsze w końcu nas dosięgają i trzeba się nimi zająć. I właśnie film pokazuje nam ten moment w życiu przetrwania na wdechu…
Tak, ale można też odczytać to bardziej dosłownie. „Jak najdalej stąd”, czyli uciec z miejsca, z którego się wywodzę i które mnie ogranicza. Uniezależnić się. Ola wiedziała, że musi wyrwać się z kręgu, w którym tkwi, a marzenie o samochodzie było symbolem wolności i niezależności, wyruszenia w nieznanym kierunku.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.