1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Gorzki smak sukcesu - felieton Olgi Kozierowskiej

Gorzki smak sukcesu - felieton Olgi Kozierowskiej

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Ona: żona i matka, rozdarta między pracą a rodziną. On: pan i władca, z wizją bycia samcem alfa i głównym żywicielem rodziny. Choć to stereotyp, to nadal funkcjonuje w życiu wielu rodzin. Pytanie: co dalej?

Ostatnich kilkanaście wykładów, które prowadziłam, uświadomiło mi wagę rosnącego problemu, z jakim spotykają się kobiety z ambicjami zawodowymi. Ten problem nazywa się: „ona, jej marzenia i rozwój zawodowy versus on i akceptacja jej potencjalnych sukcesów”. Bo jakby z tym nie walczyć, to emancypacja kobiet postępuje. Chcą pracować, chcą się rozwijać, sięgają po wysokie stanowiska w biznesie, nauce i polityce. Mają coraz więcej pieniędzy. Ba, coraz częściej więcej niż „on”, co oczywiście jest dla niego trudne do zaakceptowania lub wręcz nieakceptowalne. Jaką cenę płaci dziś kobieta, która wybiera swoje marzenia? Przyjrzyjmy się dwóm przypadkom:

Karierowiczka

Magda, właśnie dostała awans, czekała na to prawie rok. Mąż pocieszał ją, gdy sfrustrowana przestawała już liczyć na to, że szef zauważy jej zaangażowanie i gotowość na rozwój. Teraz z radością i dumą oświadczyła mężowi, że spełniły się jej marzenia, dostała awans, co wiąże się z większymi zarobkami, samochodem służbowym i podróżami, na razie tylko kilka razy w miesiącu. Otworzyła butelkę wina, nalała kieliszek mężowi, sobie i… wzniosła toast za swój sukces, bo jakoś jemu nie przeszło to przez gardło. Wyczuła, że coś jest nie tak, ale mąż zapewnił ją, że to tylko zmęczenie, że miał ciężki dzień. W kolejnych tygodniach kłócili się o byle co. Wyrzucał jej, że zapomniała kupić jego ulubiony ser, że nie ma świeżego chleba, że zaczęła pracować w domu i cierpi na tym rodzina – w domyśle on, bo dzieci jeszcze nie mieli. W końcu odebrała też telefon od teściowej, z wykładem na temat dobra rodzinnego, wartości, dbania o dom i jej syna. Wysłuchała również złowieszczych przepowiedni na temat tego, jak praca negatywnie wpłynie na jej zajście w ciążę i wychowywanie dziecka. Magda zaczęła funkcjonować w rozdarciu, pomiędzy pracą i radością z nowych wyzwań a strachem przed kolejną kłótnią i wyrzutami. Nie mogła zrozumieć, dlaczego najbliższa osoba próbuje zniszczyć w niej tę radość ze spełnionego marzenia, nie chce zrozumieć, że dla Magdy praca jest ważna, że ona sama dla siebie też jest ważna.

Po roku takiego życia obok siebie on oznajmił, że ma kogoś innego. Dziewczynę, dla której praca nigdy nie będzie ważniejsza niż on.

Wyrodna matka

Jola, matka dwójki dzieci. Kiedyś pracowała, ale gdy urodził się pierwszy syn i miał problemy zdrowotne, postanowiła sobie na chwilę odpuścić. Byli z mężem dobrze sytuowani, więc pieniądze nie stanowiły problemu. Po czterech latach przerwy zapragnęła jednak zmiany. Zawsze marzyła o własnej firmie, a w czasie gdy zajmowała się dziećmi oraz domem, szukała inspiracji w internecie, czytając ciekawe magazyny. Wreszcie dojrzała do tego, by zrobić pierwszy krok i założyć działalność. Pomysł na biznes, jak to często bywa, zrodził się nagle. Mąż się ucieszył, pomógł nawet napisać prosty biznesplan i oszacować koszty inwestycji. Pierwszy sukces przyszedł bardzo szybko. Jola trafiła na okładkę poczytnego pisma o innowacyjnych biznesach, zaproszono ją do telewizji i radia. Zamówienia spływały jak szalone. Telefony, e-maile, spotkania. Czuła nareszcie, że żyje, że coś znaczy. Zaczęła się lepiej ubierać, staranniej malować, chodzić w szpilkach. Pewnego wieczoru, po trudnym dniu w pracy, odebraniu dzieci, spacerze, zajęciach dodatkowych, nakarmieniu ich, wykąpaniu i poskładaniu wszystkiego, co było do poskładania… usiadła nareszcie przy stole, zrobiła sobie herbatę i zaczęła odpowiadać na zaległe e-maile. Wtedy właśnie wrócił z zakupami mąż, położył je na stole i z miną cierpiętnika zaczął odgrzewać sobie obiad. Zapytała: „Czy coś się stało?”. Długo milczał, po czym wybuchł: „Miało nie być pracy w domu! Cierpi na tym rodzina, nie zgadzam się na to. Wybieraj: praca albo ja!”. Wyszedł, trzaskając drzwiami.

Rano pogodzili się, ale Jola zaczęła żyć w strachu, że straci mężczyznę, którego tak bardzo kocha, tylko dlatego, że nie jest w stanie zrezygnować ze swoich ambicji. Stanęła przed trudnym wyborem. Wiedziała też, że już nigdy nie będzie tak samo.

Jak powinny zachować się nasze bohaterki, by zyskać, a nie stracić? Czy można zrezygnować z siebie, swoich marzeń i żyć szczęśliwie? Kiedy kończy się świadomy wybór, a zaczyna poświęcenie? Kiedy społeczeństwo przestanie od nas wymagać pełnienia roli matki Polki, kiedy przestanie nas ganić za to, że zapragnęłyśmy więcej?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Spójrzmy prawdzie w oczy. Czy możliwe jest życie bez kłamstwa?

Naukowcy dowodzą, że kłamstwo jest po prostu wpisane w naszą egzystencję. (Fot. iStock)
Naukowcy dowodzą, że kłamstwo jest po prostu wpisane w naszą egzystencję. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Wszyscy wiemy, czym jest kłamstwo. Mimo to etycy, prawnicy, filozofowie łamią sobie głowy, jak je udowodnić. Wszyscy myślimy źle o kimś, kto kłamie, a mimo to kłamiemy jak z nut – według badań średnio dwa razy dziennie. Czy możliwe jest życie bez kłamstwa?

Odpowiedź kilkunastu ankietowanych przeze mnie osób brzmiała identycznie: „Nie jest to możliwe”. Nawet dzieci nie wyobrażają sobie świata, w którym króluje prawda. Pytane przez psychologa Tomasza Witkowskiego, co sądzą na ten temat, odpowiadały: „Bez kłamstwa nie dałoby się żyć!”.

Okazuje się, że i tym razem dzieci wiedzą lepiej. Naukowcy dowodzą, że kłamstwo jest po prostu wpisane w naszą egzystencję. Tomasz Witkowski we wszechstronnie ujmującej ten problem książce „Psychologia kłamstwa” pisze: „Jeśli spojrzymy na historię naszego gatunku daleko, daleko wstecz, nietrudno będzie odnaleźć kłamstwa i uznać je za jedno z naczelnych praw natury. Bo to nie człowiek, lecz natura, a ściślej rzecz biorąc, ewolucja »wynalazła« zachowania, które my nazywamy kłamstwem bądź oszustwem”. Kłamie kameleon, upodobniając się do otoczenia, kłamie pewien rodzaj południowo-afrykańskich gąsienic, które w sytuacji zagrożenia udają jadowitego węża, kłamią pasożyty oszukujące nasz system odpornościowy. Ale zwierzęta robią to na ogół po to, żeby przetrwać: nie dać się zjeść, zdobyć pożywienie, w celach prokreacyjnych. Dlaczego kłamie człowiek?

Białe i czarne

Siedem lat temu ciężko zachorował mój ojciec. Nikt w rodzinie nie odważył się wyjawić mu prawdy, baliśmy się, że jej nie udźwignie. Skłamaliśmy, że to nic poważnego, że wszystko będzie dobrze. Zrobiliśmy to z tak zwanych szlachetnych pobudek. Czy jednak mieliśmy do tego prawo? Po latach, gdy prawda wyszła na jaw, tata miał do nas żal, że nie przygotowaliśmy go do walki z chorobą.

Już Tomasz z Akwinu próbował ustalić motywy kłamstw, dzieląc je na żartobliwe, konieczne i obliczone na szkodę. Z kolei święty Augustyn sklasyfikował je na dziewięć kategorii, począwszy od kłamstwa służącego pomocy, poprzez takie, które rani, po kłamstwo według niego najcięższego kalibru – dotyczące religii. Współczesne teorie opisują motywy kłamców o wiele precyzyjniej, jedna z nich przytacza tych motywów aż 41. Na przykład: Z przyzwyczajenia. Ponieważ inni wokół nas kłamią. Bo jesteśmy zmuszeni. Ponieważ nie chcemy wyjawić naszych przekonań. Żeby się zrewanżować. Dlatego że jesteśmy irracjonalni.

Tomasz Witkowski, konstruując swoją klasyfikację kłamstw (mimowolne, altruistyczne, żartobliwe, egoistyczne, manipulacyjne, destrukcyjne), przyznaje jednocześnie: „Zamykam ją bardziej z obawy przed nadmiernym rozrostem niż poczucia wyczerpania tematu. Bo oto pojawia się katalog motywów bardziej subtelnych, takich jak: marzenia, potrzeba piękna, ucieczki ze świata rzeczywistości w świat fikcji”.

Profesor Jolanta Antas z Zakładu Teorii Komunikacji Instytutu Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego od wielu lat zajmująca się teorią komunikacji niewerbalnej, autorka książki „O kłamstwie i kłamaniu”, też twierdzi, że życie bez kłamstwa to idée fixe. „Nigdy bym się nie upierała, żeby kłamstwo wyplenić ze społeczeństwa. Często jest to bowiem skuteczna strategia lecząca stosunki międzyludzkie. Mam tu na myśli zabraniające powiedzieć prawdę konwencje grzecznościowe, które nazywa się »białymi kłamstwami« w przeciwieństwie do kłamstw ciężkich, czyli »czarnych«. Kiedy mamy do wyboru »białe« kłamstwo albo bolesną prawdę, wybieramy to pierwsze”.

O skali zjawiska (kłamstwa czarnego i białego razem wziętych) świadczą badania amerykańskich naukowców. Brało w nich udział 77 studentów, którzy mieli zarejestrować wszystkie swoje kłamstwa w ciągu tygodnia. I co się okazało? Że badani kłamali średnio dwa razy dziennie i to przede wszystkim na swój temat – żeby obronić lub podwyższyć swoją samoocenę. Około dwukrotnie więcej kłamstw przynosiło korzyść samemu kłamcy, przy czym częściej były to korzyści psychologiczne niż materialne. Co czwarte kłamstwo wypowiadano po to, żeby nie ranić czyichś uczuć lub ochronić kogoś przed niezręczną sytuacją.

Zdradliwe przebieranie nogami

Katarzyna, 23-letnia studentka lingwistyki o subtelnej urodzie, ma błahy z pozoru problem. Nie umie powiedzieć koleżankom, że wyglądają w czymś okropnie, tylko odpowiada nieszczerze: „super”. – Wiem, że jestem fałszywa, ale inaczej nie potrafię. Może robię im w ten sposób krzywdę, bo utwierdzam w błędnym przekonaniu? A może mówiąc swoje zdanie, skrzywdziłabym je, bo zepsułabym im dobre samopoczucie?

Stan Walters, jeden z największych amerykańskich ekspertów w wykrywaniu oszustw, w książce „Kłamstwo. Cała prawda o…” pisze, że ten proceder niejedno ma imię. Bo to zarówno dezinformacja, wprowadzanie w błąd, zatajanie, oszukiwanie, fałszowanie, jak i bardziej niewinne jego odmiany, czyli: ukrywanie, kręcenie, gmatwanie, maskowanie, koloryzowanie, zmyślanie, przekręcanie, unikanie. Jakkolwiek by nazwać tę praktykę, jedno jest pewne – nie byłaby możliwa bez odbiorcy, czyli okłamywanego, któremu kłamiący „wciska kit” w określonym celu.

Kłamcy posiedli różne strategie. Potrafią fałszować emocje, zakładać maski, próbować uwiarygodniać fakty, manipulować przekazywaniem informacji, grać. Ale nie są w tym doskonali. Iwona Winiarska Feleszko, adwokat specjalizująca się w sprawach cywilnych, rodzinnych i gospodarczych, obserwuje na sali rozpraw różne postawy zeznających.

– Sąd jest miejscem stresującym i jeżeli nawet ktoś wcześniej przygotuje sobie w głowie kłamliwe zeznania, to w konfrontacji z sędzią, przed którym miałby je wygłosić, bardzo często łagodzi swoje kłamstwo albo wręcz wycofuje się ze składania fałszywych zeznań. Tylko starzy wyjadacze, czyli ludzie zeznający w sądzie wiele razy, nabierają przekonania, że nic im się nie może stać i że ich kłamstwo nie zostanie zweryfikowane, w związku z tym kłamią niejako na luzie. Ci, którzy są w sądzie po raz pierwszy, okropnie się denerwują. Każdy przeżywa to na swój sposób: jedni wyłamują palce, inni się czerwienią albo jąkają, tracą wątek. Obserwowałam niedawno pewnego człowieka, który ewidentnie kłamał, co wynikało z dokumentów, jakie miałam przed sobą. Był przy tym tak zdenerwowany, że drgał każdy mięsień jego twarzy. Sędzia czy adwokat z dużym prawdopodobieństwem mogą odczytać po zewnętrznych symptomach zachowania człowieka, czy ten mija się z prawdą.

– Kłamstwo jest stanem podwójnej świadomości – wyjaśnia Jolanta Antas. – Kłamca musi wyprodukować nieprawdziwą wersję, ale jego ręce są jakby podłączone do myśli, które chce ukryć. I przestaje gestykulować, co jest sygnałem, że coś nie gra. Ale świadczą o tym nie tylko ręce. Wykonując ten w gruncie rzeczy ogromny wysiłek mentalny, jakim jest spreparowanie kłamstwa, człowiek traci kontrolę nad ciałem, szczególnie tymi jego partiami, których nie widzi. Przeprowadzono eksperyment polegający na tym, że trzem grupom terapeutów pokazano materiał nagrany podczas rozmowy z człowiekiem, który usiłował ukryć chorobę psychiczną. Pierwsza grupa widziała jedynie jego twarz, druga twarz i tułów, a trzecia całą postać. Jedynie trzecia grupa trafnie oceniła stan chorego. Zdradziło go przebieranie nogami, szuranie, wiercenie się. O kłamstwie informuje nawet nasza skóra – wytwarza się na niej wtedy rodzaj napięcia. Wygodna na co dzień koszula nagle nas pije, drażni i mamy przemożną ochotę się podrapać. To często silniejsze od nas. Jak wynika z badań Desmonda Morrisa zajmującego się kłamstwem, człowiek na prawdziwe swędzenie reaguje co najmniej siedmioma drapnięciami. Kiedy wykonuje ich mniej, to znaczy, że odczuwa jakiś niepokój. Podczas kłamstwa poza naszą kontrolą pozostaje ruch źrenic, które wtedy wyraźnie się zwężają. Natomiast nie jest prawdą przekonanie, że kłamca nie patrzy w oczy. Wytrawny oszust nie tylko będzie nam patrzył prosto w oczy, ale jeszcze się uśmiechał.

Język naszego ciała doskonale „czyta” wariograf, zwany potocznie wykrywaczem kłamstw. To aparatura wielkości aktówki wyposażona w czujniki rejestrujące pracę serca, oddech, przewodniość skóry. Zakłada się ją na klatkę piersiową, ramię oraz palce dłoni.

 
Jacek Bieńkuński, jeden z najbardziej uznanych polskich ekspertów obsługujących to urządzenie (badał m.in. podejrzanych o zabójstwo Jaroszewiczów), tak precyzuje swoją rolę: – Nie zajmuję się wykrywaniem kłamstw, bo z tym odsyłam do wróżki. Zajmuję się śladami, jakie zostają w naszej pamięci i systemie nerwowym po dokonaniu określonego czynu.

Badanie wariografem to naukowa metoda z dziedziny kryminalistyki ustalająca, czy w świadomości badanej osoby są zarejestrowane ślady związane z uczestnictwem w jakimś zdarzeniu. Żeby zaistniała reakcja na ten bodziec, muszą wystąpić dwa czynniki: świadomy odbiór – badania wariografem nie mają nic wspólnego z podświadomymi reakcjami – i poczucie zagrożenia, które wynika z lęku badanego przed ujawnieniem faktycznego związku ze zdarzeniami, o które będzie pytany. Naukowo dowiedziono, że człowiek aktywnie uczestniczący w zdarzeniu reaguje inaczej niż osoba, która jest o to uczestnictwo pomówiona. Świadczą o tym zmiany psychofizjologiczne organizmu, które są zapisywane na przesuwającej się taśmie papieru w postaci wykresu. To na jego podstawie ekspert opracowuje opinię.

Co do wiarygodności tych badań zdania są podzielone. Na pytania, czy urządzenie można oszukać, Jacek Bieńkuński odpowiada: – Urządzenia nie, eksperta tak, zwłaszcza jeżeli ma małe doświadczenie. Bo najtrudniejszy element badania to ułożenie dobrych pytań testowych i interpretacja zapisu urządzenia.

Portret kłamcy

Paweł, lat 35, biznesmen z branży budowlanej, wzbudza zaufanie. Przystojny, spokojny, uprzejmy. Zawsze uważnie słucha swoich klientów i nigdy nie mówi, że coś nie jest możliwe. Umie czarować kobiety, a ponieważ to one najczęściej prowadzą dziś budowy swoich domów, ma w tym względzie wiele „sukcesów”. Gorzej z dotrzymywaniem słowa. Notorycznie łamie umowy, nie wywiązuje się z zobowiązań, wymyślając przy tym wyszukane alibi. O takich ludziach jak Paweł mówi się „urodzony kłamca”. Czy słusznie? Czy można urodzić się z predyspozycją do oszukiwania?

Psychologia już dawno dowiodła, że coś takiego jak wrodzona cecha nieuczciwości nie istnieje. Mówi jedynie o naturalnych kłamcach, czyli ludziach od urodzenia mających łatwość wprowadzania innych w błąd i nieodczuwających z tego powodu żadnego strachu. Naturalni kłamcy mają zdolność do podejmowania racjonalnych decyzji, potrafią uczyć się na podstawie własnych doświadczeń i myśleć elastycznie, są indywidualistami. „Dobry kłamca powinien nie tylko być sprawny intelektualnie, ale również mieć dobrą pamięć, wszak musi pamiętać, kiedy, komu, w jakich okolicznościach, w zestawieniu z jakim innym sądem przedstawiał nieprawdziwe dane” – pisze w „Psychologii kłamstwa” Tomasz Witkowski.

Jego przypuszczenia potwierdzają badania Belli DePaulo, profesor psychologii z uniwersytetu w Wirginii, która wykazała, że ludzie z wyższym wykształceniem częściej mijają się z prawdą. Kłamstwa (zwykle niewinnego) w czasie 10-minutowej rozmowy dopuszcza się 20 procent ludzi, podczas gdy wśród tych z wyższym wykształceniem ta proporcja wynosi 33 procent. Uczona tłumaczy to zjawisko większym zasobem słów i pewnością siebie ludzi wykształconych. Niektórzy ewolucjoniści idą dalej – ich zdaniem właśnie doskonalenie sztuki wzajemnego oszukiwania doprowadziło do przyspieszonego rozwoju ludzkiego mózgu! Na szczęście to tylko hipotezy.

Na podstawie badań można pokusić się o stworzenie psychologicznego portretu kłamcy. To pragmatyk, dla którego cel doraźny jest o wiele bardziej istotny niż wyznawane zasady. Z łatwością zmienia poglądy dla uzyskania jakichś korzyści, swobodnie operuje sprzecznymi informacjami, umie powstrzymywać emocje. (Bycie pragmatykiem nie jest jednak równoznaczne z byciem kłamcą.) Rasowy kłamca jest na ogół bezwzględnym graczem o cynicznych poglądach na ludzką naturę, zakładającym, że wszyscy – tak jak on – dążą do władzy i prestiżu, że dobro publiczne to pozory, które nie mają większego znaczenia.

Zdaniem niektórych naukowców to kobiety częściej mijają się z prawdą. „Dlaczego kobiety kłamią?” pyta w tytule książki Harriet Lerner i winą za to obarcza patriarchalny system społeczny, w którym kobiety od wieków żyją i w którym muszą sobie jakoś radzić. Tomasza Witkowskiego nie przekonują takie tłumaczenia. Pisze: „Być może pokutuje w tym względzie stereotyp podobny do tego, który mówi, że kobiety mają większą od mężczyzn skłonność do gadulstwa. Badania pokazują jednak, że jeśli w grupie mężczyzn kobiety i mężczyźni mówią tyle samo, to ludzie sądzą, że więcej mówiły kobiety! Niewykluczone, że podobny stereotyp funkcjonuje w zakresie kłamstwa”.

Najdroższy rachunek

Ewa, studentka medycyny, zachodzi w ciążę z przygodnie poznanym mężczyzną. Ukrywając prawdę, poślubia swojego długoletniego chłopaka. Dziś ma 42 lata, jest szanowaną lekarką, żyje z mężczyzną, którego poślubiła, i ma z nim syna. Córka z przelotnego związku studiuje medycynę. Nikt poza Ewą nie zna prawdy. Co by było, gdyby ją wyjawiła? Czy ma prawo oszukiwać najbliższych? A czy ma prawo burzyć ich szczęście, mówiąc o wszystkim?

Oto dylematy moralne, przed jakimi stają ludzie dopuszczający się kłamstwa. Prawda i kłamstwo to pojęcia ściśle związane z moralnością. To pierwsze wypisuje się na wielu sztandarach, drugie wywołuje oburzenie, potępienie, choć w świecie natury bywa oceniane jako doskonała umiejętność przystosowawcza. Zresztą nie tylko w naturze. O legitymizacji kłamstwa świadczy wiele przykładów z historii kultury, począwszy od mitycznego Odysa, mistrza forteli, przez romantycznego bohatera Konrada Wallenroda.

Wielu filozofów sądzi jednak, że kłamstwo nie jest ani moralnie dobre, ani moralnie złe. Jest po prostu formą społecznego działania. Dopiero skutki, które wywołuje, mogą być oceniane w kategoriach moralnych.

Sofokles na pytanie, czy kłamstwo jest godne pogardy, odpowiedział: „Nie, jeśli kłamstwo może nas ocalić”. Wielu z nas dorzuciłoby kolejne „nie”: Jeśli kłamiemy w dobrych intencjach. Jeśli nie chcemy zrobić komuś przykrości. Jeśli chcemy pomóc. Gdy chcemy podkolorować szarą rzeczywistość.

Ten ostatni argument podnosi też znany pisarz latynoamerykański Mario Vargas Llosa, pisząc w „Prawdzie kłamstw”: „Fikcja wzbogaca naszą egzystencję, dopełnia i wynagradza przelotnie ów tragiczny los, jaki przypadł nam w udziale: wiecznie pragnąć i marzyć o czymś więcej, niż rzeczywiście jest nam dane. Fikcja wzbogaca ludzką egzystencję, nadając jej ów wymiar, którym karmi się nasze życie sekretne – nieuchwytne i ulotne, a tak drogocenne, choć przeżywane tylko na niby. Jest to prawo, którego powinniśmy bronić bez wstydu”.

Chciałoby się dodać – pod warunkiem że realizacja tego prawa nie szkodzi innym. Pozwalam sobie nieskromnie polemizować z wielkim pisarzem. Wydaje mi się, że w dzisiejszym zakłamanym świecie o wiele bardziej niż obrona prawa do fikcji potrzebna jest obrona prawa do prawdy.

Jak nie dać się okłamać? – Nie ma na to jednego dobrego sposobu – odpowiada profesor Jolanta Antas. – Gdyby był, kłamalibyśmy mniej. Jedyną szansą jest uważne analizowanie przekazu naszego rozmówcy, ćwiczenie się w wyłapywaniu niespójności w zachowaniu. Tak szkoli się między innymi agentów służb specjalnych. Oni mają świetne wyniki, więc i nam powinno z czasem iść coraz lepiej. Lepszej rady nie mam.

Jacek Bieńkuński instruuje kandydata do badań pół żartem, pół serio: – Proszę odpowiadać na pytania testowe zgodnie z prawdą „tak” lub „nie”. I dodaje: – Bo najtrudniejszy do zapłacenia jest rachunek sumienia.

Korzystałam z: Tomasz Witkowski „Psychologia kłamstwa”,  Moderator, Taszów 2006; Jolanta Antas „O kłamstwie i kłamaniu. Studium se-mantyczno pragmatyczne”, Universitas, Kraków 2000; Stan B. Walters „Kłamstwo. Cała prawda o…”, GWP, Gdańsk 2005; Harriet G. Lerner, „Dlaczego kobiety kłamią? Prawda i kłamstwo  w życiu kobiet”, Wydawnictwo Książkowe „Twój Styl”, Warszawa 1997.

  1. Psychologia

Znajdź swoje zen

Własna praktyka zen to może być rytuał parzenia ulubionego naparu, spacer, grzebanie w ziemi, medytacja, pieczenia chleba - coś co cię wyciszy, duchowo nakarmi, wypełni umysł i ciało poczuciem harmonii. (Fot. iStock)
Własna praktyka zen to może być rytuał parzenia ulubionego naparu, spacer, grzebanie w ziemi, medytacja, pieczenia chleba - coś co cię wyciszy, duchowo nakarmi, wypełni umysł i ciało poczuciem harmonii. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Być może zabrzmi to jak paradoks, ale spokój wymaga wysiłku. Własna praktyka zen pomoże ci zapanować nad lękiem i rozpocząć życie w harmonii.

Zen dla każdego człowieka znaczy coś innego. Jedna z definicji stosowanych przez buddyjskich mnichów mówi, że zen to rygorystyczna praktyka medytacji, bycia obecnym mimo odczuwanego dyskomfortu oraz kultywowania głębokiej obecności i świadomości. Dla osób świeckich we współczesnym społeczeństwie zen może kojarzyć się z jogą, wizytą w spa albo podążaniem za chwilą, nawet jeśli jest ona stresująca. Dla kogoś, kto zmaga się z zaburzeniami lękowymi, zen często oznacza próbę stłumienia nieprzerwanego, negatywnego oddziaływania lęku.

Istotą zen w przypadku lęku jest utrzymanie wewnętrznej harmonii mimo trudności i rozterek. Kultywując poczucie harmonii, zostawiasz mniej miejsca dla obaw i niepokojów, które zaczynają się kurczyć, aż stają się małym punkcikiem w otoczeniu całkowitej ciszy.

Aby znaleźć swój osobisty stan zen i wypracować skuteczną praktykę obniżania lęku, musisz najpierw go zdefiniować. Czym jest dla ciebie wewnętrzna harmonia? Skąd będziesz wiedzieć, że ją osiągnąłeś? Jak zmieni się twoje życie, gdy twój wewnętrzny świat będzie wypełniony spokojem, a nie chaosem?

Gdy już lepiej zrozumiesz, co oznacza dla ciebie spokojne życie, kolejnym krokiem będzie obudzenie w sobie wewnętrznego mnicha. Ponieważ ludzki umysł zwykle jest daleki od spokoju, mnich zen pracuje nad osiągnięciem stanu wewnętrznej ciszy i uspokojenia. Czy jesteś gotowy do tego rodzaju pracy?

Stwórz własną praktykę zen, która pozwoli ci uciszyć lęk i wypełnić umysł i ciało poczuciem harmonii. Oto kilka podpowiedzi:

  • Wykorzystaj chwile oczekiwania, np. na światłach albo w długiej kolejce, do medytacji. Skup się na oddychaniu, wsłuchuj się w odgłos swojego oddechu i patrz, jak twoja klatka piersiowa unosi się i opada.
  • Kup małe akwarium i dodaj do codziennego grafiku rytuał polegający na cichym obserwowaniu ryb. Jeśli poczujesz przypływ lęku, przenieś uwagę na ryby.
  • Zajmij się pracami ogrodowymi. Bierz do rąk ziemię i przesypuj ją między palcami. Wdychaj zapach ziemi, trawy i słońca. Uśmiechaj się.
Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Psychologia

Ile mamy wolności? Ile mamy kontroli?

Z kwestiami kontroli mierzymy się nieustająco, każdego dnia. Czy mamy jej tyle, by kształtować swoje życie – czy może leży ona głównie w gestii genów? (fot. iStock)
Z kwestiami kontroli mierzymy się nieustająco, każdego dnia. Czy mamy jej tyle, by kształtować swoje życie – czy może leży ona głównie w gestii genów? (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Gdy rozważamy miejsce, w którym przyszło nam żyć i w którym postawił nas los, oraz mierzymy się z emocjami, jakie to w nas budzi; gdy podejmujemy próby definiowania samych siebie w relacjach zarówno prywatnych, jak i zawodowych, bez przerwy – świadomie lub nie, pozytywnie lub negatywnie – mierzymy się z problemem kontroli – pisze Judith Viorst w książce „Niedoskonała kontrola”.

Rozważania na temat kontroli mogą się wydawać niemal dziwactwem, gdy tak wiele czynników, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych, jest w stanie w jednej chwili pokrzyżować wszelkie plany i marzenia; gdy trzęsienia ziemi, burze śnieżne, plagi i wojny – rozumiane dosłownie i metaforycznie – mogą podważyć nasze najszczersze, najpilniejsze zamiary. Mimo to większość z nas zachowuje się tak, jakbyśmy byli kowalami swego losu, jakby grunt pod naszymi nogami był stabilny niczym skała, jakbyśmy mieli moc wkraczania każdego ranka w życie kształtowane przez nasze potrzeby, wybory, działania i wolę.

Większość z nas funkcjonuje, jakbyśmy byli w posiadaniu rzeczywistej kontroli. Przyjmujemy, rzecz jasna, do wiadomości, że są sprawy na które nie mamy wpływu, takie jak katastrofy naturalne – choć niektórzy podejmują wysiłek ograniczenia ich niszczycielskiego wpływu (…). Jesteśmy też gotowi przyznać, że nie możemy sprawować kontroli nad ruletką życia, choć i tu staramy się czynić pewne kroki zapobiegawcze, na przykład nie będziemy się włóczyć w rejonach, gdzie prawdopodobieństwo ataku chuliganów (nieraz z bronią w ręku) jest całkiem spore. Przyznajemy też, że wydarzenia, które mają miejsce i są poza naszą kontrolą, mogą nas wzbogacić w zdolność odczuwania miłości, zaufania i nadziei – lub nas jej pozbawić, dają nam poczucie dumy z samych siebie, skłaniają do obdarzania troską i współczuciem innych. Jakby tego było mało, przyjmujemy do wiadomości, że codzienne i bardzo sumienne czyszczenie nitką zębów i przyjmowanie przeciwutleniaczy niekoniecznie uchroni przed wizytami u periodontologa czy onkologa.

Jednak jeśli odłożyć na bok choroby przyzębia, nowotwory, uzbrojonych szaleńców i katastrofy serwowane przez matkę naturę, mimo poważnych niedoborów wychowawczych (na przykład z powodu niewłaściwych kompetencji naszych rodziców) czy społecznych nie przestajemy wierzyć, że mamy wystarczająco dużo wolności, by dotrzeć tam, gdzie pragniemy, by stać się tym, kim chcemy. Przekonani o plastyczności nas samych, nieograniczanej przez los, pokładamy wielką nadzieję w samokontroli.

Bazując na tej nadziei, obiecuję sobie, że w ciągu trzech tygodni od jutra skończę projekt, a przed upływem kwietnia zrzucę trzy kilogramy. Poza tym codziennie przygotowuję listę – to mój konik – RZECZY DO ZROBIENIA DANEGO DNIA, święcie przekonana, że przed pójściem do łóżka niemal wszystkie pozycje z niej będą odhaczone. Oczywiście mam też bardziej ambitne plany, takie jak nauczenie się języka francuskiego, wypracowanie umięśnionych ramion czy umiejętności trzymania języka za zębami, gdy bardzo chcę coś powiedzieć, ale wiem, że nie powinnam – choć jeszcze tych celów nie osiągnęłam, wierzę, że są w zasięgu moich możliwości i to tylko kwestia czasu, kiedy je zrealizuję. Przez lata uczono mnie (jak nas wszystkich), że chcieć znaczy móc – z tego właśnie względu wciąż czynimy noworoczne postanowienia i jesteśmy przekonani, że mamy moc sprawczą, że jesteśmy panami sytuacji, nawet jeśli wiele wskazuje na coś wręcz przeciwnego.

Gdy w naszych staraniach stania się tym, kim chcemy być, przychodzi nam doświadczyć niepowodzeń, wciąż pokładamy ufność w naszej plastyczności, wierzymy, że mamy moc zmieniania się – wystarczy odpowiednia dawka determinacji i starań wspartych wiedzą z dostępnych kursów i poradników, które obiecują nauczyć nas, jak…

…zapanować nad gniewem, wagą, kompulsywnymi zakupami, piciem, czasem, stresem, fobiami, …pokonać nieśmiałość, strach przed lataniem, przed intymnością, współuzależnienie, …zyskać dobrą pamięć, męża, żonę, fortunę, spokój umysłu, …poprawić życie seksualne, inteligencję, charakter, mięśnie brzucha, …przejąć kontrolę.

Jednak o jakiej kontroli mowa, skoro badania wskazują na wpływ genów na wszystko – od nieśmiałości po otyłość? O jakiej kontroli mowa, skoro bliźniaki jednojajowe, które zostały rozdzielone i wychowane w różnych domach i środowiskach, wykazują wręcz niepokojąco podobne cechy? O jakiej kontroli mowa, skoro poważni naukowcy donoszą o odkryciu genu „szczęścia”, genu „nerwicy”, genu „poszukiwania nowych doświadczeń” i – a jakże – genu „dobrej matki”*? O jakiej kontroli mowa, skoro niezależnie od tego, jak daleko rzucamy jabłko, ono zawsze zdaje się spadać niedaleko jabłoni?

* Dean Hamer w „Nature Genetics” recenzuje badania sugerujące, że poziom szczęścia w znacznym stopniu jest kwestią dziedziczną, choć wielce prawdopodobne, że rolę odgrywa nie jeden gen „szczęścia”, a więcej genów. Kilkoro naukowców piszących do tego samego periodyku donosi o odkryciu genu powiązanego z neurotyzmem, wewnętrznym napięciem i pesymizmem. Grupa naukowców, również publikująca we wspomnianym periodyku, raportuje o znalezieniu łącznika między genem a cechą skłaniającą do poszukiwania nowości. W „The Washington Post” 1996, July 27, s. A2, ukazał się artykuł Associated Press z następującym fragmentem: „Naukowcy odkryli gen «dobrej matki», zapalnik, który popycha mysią mamę do opieki nad potomstwem. Gdy tego genu brakuje, myszy nie okazują swoim dzieciom żadnego zainteresowania”.

Dodie była pewna, że postąpiła właściwie, oddając po porodzie swojego synka do adopcji. Pragnęła dla niego jak najlepszego życia, a nie była w stanie mu go zapewnić, będąc w związku z Benjym, wolnym duchem, który ostrzegał ją, że nie pozwoli, by jakiś bachor zmusił go do zmiany stylu życia. Trzy lata później Benjy, wyniszczony narkotykami, już nie żył – przedawkował w jednym z zaułków – a Dodie pozostał pełen goryczy żal, że dokonała złego wyboru.

Dwadzieścia pięć lat później odebrała telefon, w którym usłyszała dziwnie znajomy głos młodego mężczyzny twierdzącego, że jest jej synem i chce się z nią spotkać. Dodie, samotna i bezdzietna, przez jakiś czas myślała, że oto otrzymała od losu drugą szansę. Odnalezienie syna było przecież spełnieniem marzeń. Jakby tego było mało, syn okazał się równie urzekający i przystojny jak jego ojciec – niczym młody Marlon Brando. Niestety przypominał go też w innym aspekcie: był narkomanem. Sześć miesięcy potem i on nie żył po przedawkowaniu.

Jaką naukę można wysnuć z tej historii? Czy kluczową rolę odgrywa genetyka? Czy to geny każą nam zachowywać się w określony sposób? A jeśli tak, to ile mamy w sobie wolności?

Genetyka zachowania (inaczej genetyka behawioralna) to dyscyplina, która tchnęła nowe życie w ciągnącą się od lat debatę nad kondycją człowieka i która zasadniczo traktuje o kontroli. Jeżeli rzeczywiście jest tak, że to geny są odpowiedzialne za otyłość, agresję, popadanie w nałogi, głupotę i homoseksualizm, być może trzeba będzie inaczej rozmawiać o takich kwestiach, jak wybór, zmiana, wolna wola i odpowiedzialność. W obliczu niepowodzeń szukanie pocieszenia w myśli, że nie my za nie odpowiadamy, jest bez wątpienia bardzo kuszące. Czyż nie jest przyjemnie uznać, że za naszymi paskudnymi zachowaniami stoją nie wady charakteru, ale DNA? Niektórzy posuną się nawet dalej i przyjmą pozycję „genetycznych ofiar”, niemających żadnego wpływu na to, jakimi uczyniła ich natura. Jednak większości z nas wcale nie odpowiada idea, że jesteśmy tym, co mamy w genach, że definiuje nas jedynie biologia. Większość z nas pozostaje na stanowisku, że wolna wola istnieje i jest naszym udziałem.

„Bo swego losu jestem panem. I kapitanem duszy swojej”. (William Henley, Invictus) „Każdy jest synem swoich czynów”. (Miguel de Cervantes) „Drogi Brutusie (…) jeśliśmy zeszli do nędznej sług roli, to nasza tylko, nie gwiazd naszych wina” . (William Shakespeare, Juliusz Cezar)

Niezupełnie.

Fragment z książki Judith Viorst „Niedoskonała kontrola. Czyli jak całe życie walczymy o władzę: jako dzieci i rodzice, żony i mężowie, kochankowie, pracownicy i w końcu jako zwykli śmiertelnicy”.

  1. Psychologia

Stres a płeć. Czy kobiety gorzej radzą sobie ze stresem niż mężczyźni?

Kobiety mają większą skłonność do zamartwiania się, bardziej przejmują się drobiazgami i przemijaniem. (Fot. iStock)
Kobiety mają większą skłonność do zamartwiania się, bardziej przejmują się drobiazgami i przemijaniem. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Ciało nie lubi stresu – podobnie zresztą jak umysł i duch... Poddawane różnym naciskom będzie prosić, błagać, wreszcie krzyczeć! Dlatego tak ważne jest, by właściwie odczytać pierwsze symptomy. I od razu działać!

Nie ma się co oszukiwać – organizm kobiecy radzi sobie ze stresem gorzej niż męski. Mamy delikatną konstrukcję, jesteśmy bardziej wrażliwe, drażliwe. I bardzo obciążone. Weźmy choćby fizjologię i trzy złożone procesy, które mogą być tylko naszym udziałem: menstruacja, ciąża, menopauza. Weźmy presję, jakiej doświadczamy w związku z łączeniem różnych ról. Presję czasu, który – podobnie jak dwa wieki temu, kiedy tych ról było mniej – uparł się, żeby pozostać przy 24-godzinnej dobie. Jak podkreśla Georgia Witkin, autorka książki „Stres kobiecy”, kobiety muszą się tłumaczyć pracodawcy ze swojego stanu cywilnego. Wciąż są na cenzurowanym, jeśli chodzi o zachowania seksualne. Muszą radzić sobie ze sprzecznymi przekazami społecznymi: mają być seksowne, ale nie prowokujące; asertywne, ale nie agresywne; ambitne i rodzinne... Od najmłodszych lat wychowywane są tak, by umiały kontrolować swoje uczucia, zwłaszcza gniew.

Kobiety mają większą skłonność do zamartwiania się, bardziej przejmują się drobiazgami i przemijaniem. Co na to nasz organizm? Podwyższone ciśnienie krwi, szybkie tętno, nieregularny oddech, zimne (albo spocone) dłonie i stopy, bóle barków, zaschnięte usta, utrata apetytu, zaburzenia trawienia, bezsenność, niepokój, roztargnienie, wycofanie – to tylko niektóre z objawów, jakie dzielimy z mężczyznami. A przecież są jeszcze takie dolegliwości jak napięcie przedmiesiączkowe i zatrzymanie miesiączki, zarezerwowane dla kobiet. Do tego – znacznie częściej przez nas doświadczane – lęki napadowe, napięciowe bóle głowy, wreszcie anoreksja, bulimia i depresja.

Dzwonek na alarm

Źródła stresu są niezliczone. Każdy ma swoje „ulubione”. Są też tzw. dobre stresy, potrafiące spowodować niemałe zamieszanie w organizmie. Może je wywołać ślub, wyjazd wakacyjny, wysoka wygrana, spektakularny sukces, nawet pojednanie małżeńskie. W ostatnich latach bardzo wysokie notowania na tej liście mają święta Bożego Narodzenia... Stres może się pojawiać sporadycznie i być krótkotrwały – wówczas jest stosunkowo niegroźny, bo organizm ma dość czasu na regenerację. Najbardziej niebezpieczny jest stres długotrwały – sprzyjają mu takie okoliczności, jak mobbing w pracy, utknięcie w niezdrowej relacji, nieprzetrawione traumy. Ale też dużo mniejsze rzeczy, które z jakichś powodów permanentnie „działają nam na nerwy”.

Rozpoznaj sygnały, wprowadź zmiany

Georgia Witkin pisze o czterech podstawowych stadiach rozwoju stresu. I podaje strategie zaradcze.

Pierwsze stadium: Dezorganizacja Wiesz, że przed chwilą miałaś w ręku kluczyki do samochodu. A teraz zniknęły, zapadły się pod ziemię. Kiedy je w końcu dostrzegasz, okazuje się, że cały czas miałaś je pod nosem. Twoje zdrowie nie jest jeszcze zagrożone, ale zdolność rozwiązywania problemów może być ograniczona.

Drugie stadium: Trudności z podejmowaniem decyzji Te naprawdę poważne paradoksalnie nie stanowią problemu, za to rozważania na temat tego, co przygotować na obiad, mogą nawet przyjąć rozmiary obsesji. Jeśli przez pół dnia łamiesz sobie głowę nad tą kwestią albo na przykład zmieniasz piąty raz bluzkę przed wyjściem z domu, zastanów się, czy nie jesteś przeciążona stresem.

Trzecie stadium: Fantazje o zależności Pojawiają się, jeśli stres ma charakter długotrwały. Zaczynasz wyobrażać sobie sytuacje, które uzasadniałyby oddanie się pod opiekę innych osób. Na przykład taką, że skręcasz kostkę albo lądujesz w szpitalu z jakimś niegroźnym schorzeniem – wszystko po to, żeby wreszcie odpocząć, pooglądać filmy, dostać trochę troski i uwagi...

Czwarte stadium: Depresja, niekoniecznie kliniczna Być może jedzenie i spanie nie straciły jeszcze dla ciebie sensu, ale w sumie niewiele poza tym cię obchodzi. Optymizm i energia są w zaniku, wzmaga się odczuwanie bólu, a zdolność sprawowania kontroli nad własnym życiem słabnie. Jeśli nie zredukujesz stresu, depresja stanie się trwałym stanem twojego umysłu i przejdzie w bardziej zaawansowaną fazę.

Co się dzieje z twoim ciałem?

Pierwsze oznaki stresu można także łatwo zaobserwować po pogarszającym się wyglądzie. Pod wpływem stresu nasza skóra staje się przesuszona, szorstka i ziemista. Oczy puchną albo się zapadają. Włosy reagują przesuszeniem albo nadmiernym przetłuszczaniem, siwieją i wypadają. Aha, stres ma też wpływ na masę ciała. Na płodność. Wreszcie – na naszą odporność. Dość powiedzieć, że w warunkach stresu zmniejsza się liczba pewnych ciałek krwi, zabezpieczających nas przed infekcjami i nowotworami.

Jak widać, stres stresowi nierówny i warto go najpierw zidentyfikować, żeby wiedzieć, jak się z nim obchodzić. Zwykle zaczyna się od tego, co na powierzchni, by potem sięgać głębiej i głębiej... Pewnie – możesz odpowiednio zadbać o skórę (oczyszczenie, delikatny peeling), włosy (maski nawilżające, kuracje wzmacniające) i oczy (kompresy z rumianku, świetlika czy choćby herbaty), ale to raczej eliminowanie szkód... Jeśli przypadkiem nie jadasz śniadań, palisz tytoń, pijesz alkohol, nie stronisz od kofeiny, słodyczy i produktów mącznych – wiesz, co robić... Zmienić nawyki na zdrowe.

Co innego, kiedy znajdziesz się w sytuacji krótkotrwałego i nagłego stresu – takiego, który sprawia, że poziom adrenaliny gwałtownie wzrasta, oddech przyspiesza, serce wali... W zależności od okoliczności (i od tego, co wydaje ci się bardziej adekwatne w danym momencie) masz dwie drogi: spożytkować od razu nadmiar adrenaliny dzięki aktywności fizycznej albo powstrzymać jej przepływ poprzez techniki relaksacyjne. Lista takich działań może być długa i bardzo indywidualna. Najlepiej przygotować ją samodzielnie, uzupełniać i zawsze mieć pod ręką. Spacer, aerobik, pływanie, bieganie, taniec... Niektóre kobiety wysoko cenią sobie sporty oparte na współzawodnictwie – tenis, squash. Inne rzucają się do sprzątania albo przesadzają kwiaty. Szydełkują albo majsterkują. Ważne, by rozładować napięcie, obniżyć presję, zwiększyć poczucie kontroli. Jeśli wybrałaś relaks, możesz też wziąć ciepłą kąpiel z olejkami zapachowymi, sięgnąć po ulubioną lekturę, włączyć wyciszającą muzykę, zrobić automasaż – stóp, twarzy, głowy.

Bądź w centrum

Georgia Witkin przyznaje, że skuteczne radzenie sobie ze stresem nie sprowadza się do chwilowego uczucia ulgi. Wtóruje jej autorka dzieła „Ciało kobiety, mądrość kobiety”, dr Christiane Northrup: „Przestrzeganie specjalnej diety i przebiegnięcie pięciu kilometrów dziennie nie przywróci kobiecie dobrego samopoczucia, jeśli wciąż żyje ona z alkoholikiem czy pracoholikiem lub jeśli doświadczyła kazirodztwa i nie pozwoliła sobie na uwolnienie związanych z tym emocji”. Praca z objawami stresu na dłuższą metę nie wystarczy. Trzeba sięgnąć głębiej. Podjąć pracę z przyczynami. Być może niezbędna okaże się terapia... Zmiana myślenia, przekonań. Relacji z samą sobą.

Zadbaj o samoocenę, nie żałuj sobie komplementów, wyrazów uznania i zachęty, a nawet czułości (kiedy ostatni raz się głaskałaś?). Zaakceptuj swoje cechy, również te, które uważasz za wady. Spójrz na nie życzliwszym okiem. Nie musisz być chodzącą doskonałością! Zdaniem Georgii Witkin realistyczne postrzeganie siebie i własnych możliwości to główny warunek, by zacząć radzić sobie z zespołem stresu kobiecego. Nie traktuj niepowodzeń w kategoriach porażki. Nie pozwól, by Wewnętrzny Krytyk beształ cię, wpędzał w poczucie winy. Zamień samooskarżanie na obserwację. Zapytaj na przykład: „Ciekawe, dlaczego to zrobiłam?”. Albo uznaj: „Następnym razem wolałabym...”.

Ważne, byś przyjrzała się swoim priorytetom. Wyznaczyła granice, nauczyła się mówić „nie”. Wykreśliła część zadań z harmonogramu. Angażuj się w mniej spraw, pozwól sobie na relaks i rozrywkę. Odrzuć część oczekiwań, nie wchodź w kilka ról jednocześnie... Być może zdarza ci się czuć odpowiedzialną za nastrój otaczających cię osób, a kiedy są skwaszone, zadawać sobie pytania „co zrobiłam?” albo „co mogę zrobić?”. A może wciąż przepraszasz, mówisz, że ci przykro? Obserwuj ten impuls – a nuż uznasz, że w niektórych sytuacjach warto go powstrzymać... Albo po prostu zapytasz drugą osobę, czy ma ochotę porozmawiać o tym, co ją trapi. Jeśli będziesz szanowała cudze granice, twoje też będą rzadziej naruszane.

Pamiętaj, że we wszystkich kwestiach dotyczących twojego życia czy gustów nikt nie ma większych kompetencji od ciebie. Nie pozwól więc innym decydować o sobie. – Przestań mówić: „obojętnie”, gdy pytają cię, jaki film chciałabyś obejrzeć albo do jakiej pójść restauracji - podpowiada Georgia Witkin. – Przekonasz się wówczas, że wybór złego filmu lub kiepskiej restauracji nie oznacza jeszcze końca świata – tłumaczy. Pozwól, by zarówno twoje błędy, jak i sukcesy zapisywane były na twój rachunek. Wiąże się to z czymś, co autorka „Kobiecego stresu” nazywa „byciem w centrum swojego życia”. Jak często spoglądasz na siebie oczami innych, stajesz się widzem własnych zachowań? Nic dziwnego, że pojawiają się wątpliwości i skrępowanie, obawy „jak wypadnę?”, „co o mnie myślą?”. Przy takim podejściu możesz zmieniać nieustannie opinię na własny temat, rozpaczliwie szukać aprobaty. Kiedy nie jesteś sobą, prawdopodobnie jesteś zestresowana!

Przenieś uwagę z innych na siebie. Ale też z przyszłości do teraźniejszości. Nadmierne rozmyślanie o tej pierwszej to jedno ze źródeł długotrwałego stresu. Pewnie – planuj i spodziewaj się, co najlepsze – ale pamiętaj, że wszystko jest w ruchu, podlega zmianom i wymyka się przewidywaniom...

20 oddechów – sposób na szybkie uspokojenie

Weź 20 głębokich, wolnych oddechów, starając się przy co piątym nabrać więcej powietrza. Bardzo pomocne bywa też powolne rozluźnianie poszczególnych części ciała, poczynając od palców stóp aż do mięśni twarzy. By uzyskać głębsze rozluźnienie, możesz poprzedzić je napinaniem ciała: najpierw wolno, później (przy kolejnej rundzie) szybciej. Koncentruj się przy tym na różnicy między stanem napięcia a relaksu.

Ćwiczenie koncentracji na sercu obniżające poziom hormonów stresu

Krok 1. Zatrzymaj się i obserwuj swój stan emocjonalny.

Krok 2. Określ, co cię trapi – możesz to nawet zapisać albo wypowiedzieć na głos w obecności przyjaciółki lub przyjaciela.

Krok 3. Skoncentruj uwagę na okolicy serca; jeśli pomoże ci to w koncentracji, połóż tam dłoń.

Krok 4. Skieruj uwagę na szczęśliwe, zabawne lub krzepiące wydarzenie, osobę albo miejsce i spędź jakiś czas, wyobrażając je sobie dokładnie raz jeszcze.

Krok 5. Przypomnij sobie coś, co wzbudza w tobie poczucie bezwarunkowej miłości lub wdzięczności – na przykład małe dziecko lub ukochany zwierzak – utrzymuj to uczucie przez co najmniej 15 sekund (tutaj także pomaga trzymanie dłoni na sercu).

Krok 6. Zauważ, jak zmiana myśli i percepcji zmieniła twoje samopoczucie. Zauważ także, że masz siłę, by wyjść z negatywnych emocji, w które mogłaś się uwikłać.

Monitoruj, płacz i kochaj się

Czy wiesz, że kobieta przegląda się w lustrze średnio 17 razy dziennie? Każdy z tych razów to dobra okazja, by sprawdzić, czy czoło nie jest zmarszczone, szczęki zaciśnięte, ramiona zwieszone. Jeśli wyglądasz, jakby ktoś cię nastraszył, zatrzymaj się i zrelaksuj.

Inny sposób monitoringu to prowadzenie dzienniczka objawów. Notowanie, czym zajmowałaś się albo zamierzałaś się zająć, kiedy pojawił się jakiś niepokojący symptom: zimne poty, zawroty głowy, atak astmy, szybkie bicie serca... Co to było? Która była godzina? Czy rozpoznajesz jakiś wzorzec? Czy zmieniłoby się coś, gdybyś podejmowała daną czynność o innej porze? Czy nie poświęcasz jej zbyt dużo czasu i energii? Czy nie wywierasz na sobie presji?

Podczas tych badań i obserwacji wcześniej czy później przyjdzie ci się spotkać z twoimi myślami. Christiane Northrup nie ma wątpliwości: „Chcąc poprawić swoje życie i zdrowie, musimy uznać niezaprzeczalną jedność pomiędzy naszymi przekonaniami, sposobem postępowania i ciałem fizycznym. Musimy następnie wnikliwie się przyjrzeć wszelkim, niszczącym zdrowie, nieświadomie odziedziczonym po rodzicach i kulturze, przekonaniom i założeniom, które przyjęłyśmy jako własne, i zmienić je”.

Myśli generują emocje, emocje odciskają się na ciele... Ale Northrup przypomina, że pomagają nam one w pełni uczestniczyć w życiu. Że warto im zaufać. Poddać się im, zamiast mówić: „nie teraz, teraz nie wolno mi się smucić, muszę najpierw skończyć ten artykuł”. A przecież nie doświadczysz prawdziwej radości, jeśli nie będziesz gotowa poczuć głębi smutku. Niewyrażone emocje kumulują się w nas, tworzą blokady energetyczne. To jeszcze jedno źródło przewlekłego stresu. Co można z tym zrobić? Płakać. Usuniesz w ten sposób toksyny z ciała, uruchomisz przepływ energii. Uwolnisz ciało, umysł i ducha. „Wiele chorób to wynik emocji, które przez lata były tłumione, niezauważane i niewyrażane” – twierdzi dr Northrup. Ona sama zauważyła, że ból głowy nawiedza ją, kiedy przestaje o siebie dbać...

I jeszcze dwa słowa o seksie. Czy wiesz, że kobiety są bardziej wrażliwe na dotyk niż mężczyźni? Prawdopodobnie odnajdują więcej przyjemności w pieszczocie. Ponoć seks ma równie korzystny wpływ na układ krążenia jak lekki jogging. Pobudza wydzielanie oksytocyny (naturalnego środka uspokajającego), a także neuroprzekaźników o działaniu przeciwdepresyjnym i przeciwbólowym. Nie masz partnera? Masturbuj się – radzi Georgia Witkin. I pamiętaj, że nad najbardziej stresującymi wydarzeniami (śmierć, kataklizmy, utrata pracy) i tak nie masz kontroli. A skoro tak, próby wymuszenia czegokolwiek do niczego nie prowadzą, tylko pogłębiają frustrację... Może więc rzeczywiście mogłabyś się w końcu rozluźnić?

[newsletterbox]

  1. Psychologia

Psychologia konfliktu – jak sprawić, by obie strony wygrały spór?

Podłoża konfliktów wszędzie są te same. Można wyróżnić dwa główne. Pierwsze to potrzeba zwycięstwa i otrzymania tego, czego się chce. Drugie to potrzeba dowiedzenia komuś, że ma się rację. (fot. iStock)
Podłoża konfliktów wszędzie są te same. Można wyróżnić dwa główne. Pierwsze to potrzeba zwycięstwa i otrzymania tego, czego się chce. Drugie to potrzeba dowiedzenia komuś, że ma się rację. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Gdyby buntownicy z Majdanu i Putin znali zasady transformującej komunikacji, na Ukrainie nie doszłoby do przemocy. Podczas gdy w polityce, biznesie i we własnych domach wciąż jeszcze na różne sposoby do siebie strzelamy, powstają coraz doskonalsze strategie rozwiązywania konfliktów. Dzięki nim być może już za sto lat światu przestaną przydarzać się wojny, a małżeństwom kłótnie z rzucaniem porcelaną – mówi trener z Nowej Zelandii dr Richard Bolstad.

Podczas gdy w polityce, biznesie i we własnych domach wciąż jeszcze na różne sposoby do siebie strzelamy, powstają coraz doskonalsze strategie rozwiązywania konfliktów. Dzięki nim być może już za sto lat światu przestaną przydarzać się wojny, a małżeństwom kłótnie z rzucaniem porcelaną – mówi trener z Nowej Zelandii dr Richard Bolstad.

Uchodzisz za najskuteczniejszego na świecie instruktora wychodzenia z konfliktów. Pracowałeś w Sarajewie, a z twoich podręczników korzystali nie tylko działacze pokojowi w Czeczenii. Tysiące biznesmenów, ale i tysiące skłóconych par wyszło dzięki tobie na prostą. Jak to robisz? Stworzyłem model komunikacji pozwalający rozwiązywać spory tak, by obie strony były szczęśliwe. Ponad 20 lat temu napisałem o tym książkę, a dziś uczę swojej metody na wszystkich kontynentach. Wierzę, że gdybyśmy umieli się nią posługiwać, żylibyśmy w całkiem innym świecie.

W czym tkwi tajemnica metody? To zbiór zasad mówiących, jak się zachować i rozmawiać w sytuacji konfliktu niezależnie od jego skali. Jak skutecznie przerwać spiralę agresji i znaleźć satysfakcjonujące dla obu stron, trwałe wyjście ze sporu. Siłą tych instrukcji jest to, że nie opierają się na żadnej eksperymentalnej teorii czy filozofii, która mogłaby zadziałać bądź nie. Są za to wykreowane w oparciu o twarde wyniki wielu badań psychologicznych przeprowadzonych na związkach międzyludzkich, w tym głównie na parach.

To możliwe znaleźć lek o przyspieszonym działaniu, którym można uzdrowić zarówno konflikt w rodzinie, w pracy, jak i na arenie międzynarodowej? Tak. Bo podłoża konfliktów wszędzie są te same. Można wyróżnić dwa główne. Pierwsze to potrzeba zwycięstwa i otrzymania tego, czego się chce. Drugie to potrzeba dowiedzenia komuś, że ma się rację. Większość ludzi w trakcie zażartego sporu ma naturalną tendencję do dowodzenia słuszności swoich opinii. Czasem dążymy do tego kosztem innych i siebie, nie bacząc na to, jak wiele tracimy. Pierwszym krokiem, żeby sobie z takim konfliktem poradzić, jest przełączenie się z myślenia o racjach na myślenie o potrzebach. Bo nieważne, kto ma słuszność, ale kto czego pragnie i co chce osiągnąć.

A gdzie można znaleźć przełącznik? We własnej głowie. Na początek warto usłyszeć i uznać to, co mówi druga strona. I nie chodzi o to, by się z nią zgodzić. Raczej, by uświadomić sobie, czego potrzebuję ja, a czego przeciwnik w sporze. Warto artykułować potrzeby bez obrażania drugiej strony. Posłużę się przykładem ze świata. Przypominam sobie konflikt w Irlandii Północnej. Irlandczycy uskarżali się, że nazywa się ich mordercami. Świat nie chciał wtedy usłyszeć, jak bardzo ich to boli, a od tego należało zacząć zażegnywanie tamtego konfliktu. Dziś Rosja wysyła pod adresem Ukrainy wyzwiska: „faszyści, antysemici, ekstremiści”. To w niczym nie pomoże. Podobnie jak podczas domowych kłótni. Gdy mąż z żoną zaczynają rzucać w siebie przedmiotami, warto, by przerwali na chwilę, zrobili krok do tyłu i zapytali siebie: „Czego właściwie chcesz od życia w tej chwili? Co chciałbyś dokładnie osiągnąć? Czego całym sercem pragniesz?”.

Mało kogo stać na taki krok, kiedy już zawrzało… Warto się na niego zdobyć, bo z badań wiemy, że to, co wyartykułujesz w pierwszej fazie sporu, a czasem nawet już w pierwszym jego zdaniu, zdeterminuje wynik konfliktu. Reguła ta sprawdza się w 92 procentach.

On wścieka się na nią, że jest rozrzutna. Ona na niego, że ma węża w kieszeni. „Czego właściwie chcesz od życia w tej chwili?” „Żebyś przestała tyle wydawać”. „A ty czego całym sercem pragniesz?” „Żebyś przestał być taki skąpy”. I... I konflikt wartości gotowy. Trzeba nauczyć się odróżniać go od konfliktu potrzeb. Gdy on i ona mają różne potrzeby, wystarczy znaleźć takie rozwiązanie, dzięki któremu obie strony spełnią pragnienia. Ale ze sporem, w którym mamy do czynienia z dwoma systemami wartości, już nie jest tak łatwo. Wzajemne przekonywanie, że to właśnie oszczędność czy wręcz przeciwnie – spontaniczność w wydawaniu na przyjemności jest lepsza, to ślepa uliczka.

Ale to właśnie konflikty wartości są przyczyną tysięcy rozwodów. Jak je przekraczać? Po pierwsze, nie warto zaczynać rozmowy od roztrząsania różnic w wartościach. Znów zwracam uwagę na to, żeby spór pozytywnie zacząć. Bo jak go zaczniemy, tak zakończymy. Najpierw trzeba skupić się na tym, jakie wartości mamy wspólne czy podobne. Powiedzieć sobie o nich. „Wprawdzie z innym temperamentem wydajemy pieniądze, ale oboje cenimy zdrowe jedzenie i na nie oboje lubimy wydać”. Albo: „Wartością, która nas łączy, jest miłość do nowych technologii… natury… do zwierząt”. Dopiero gdy zbudujemy atmosferę wspólnoty, czas na kolejny krok. Uświadomienie sobie, jakie różnice w naszych systemach wartości są zarzewiem powtarzających się w naszym związku konfliktów. I… uznajmy wzajemnie nasze wartości.

Co to właściwie znaczy uznać? Ano właśnie. Po czym poznać, czy druga strona rzeczywiście przyswoiła fakt, że lojalność, wierność czy porządek są dla mnie istotne? Nie wystarczy, żeby ktoś przyjął te wartości do wiadomości. Żeby otworzyć się na prawdziwą zgodę, musi nam zademonstrować ich uznanie.

W jaki sposób? Wyobraźmy sobie parę zakochanych. Ona buddystka i on katolik. Katolik nie akceptuje do końca praktyk swojej wybranki, która jednak pragnie, by jej duchowa ścieżka była przez mężczyznę zaaprobowana. Co robi? Zamiast zaogniać sytuację, świeci przykładem, demonstrując swoją akceptację wobec jego religii. Jak? Czyta Pismo Święte albo co jakiś czas wybiera się z nim do kościoła. Pokazuje ukochanemu, że to OK mieć różne wyznania. I że jest otwarta na zgłębianie jego religii, mimo że wciąż praktykuje swoją. To właśnie przykład przejawiania wartości w działaniu. Prawie pewne, że on odpowie narzeczonej tym samym – akceptacją. Podsumowując, jeśli chciałbyś, by druga osoba przyjęła twoje wartości, musisz być jej modelem. Zrobić w jej kierunku to, czego sam od niej oczekujesz.

Podobno obserwując parę, potrafisz przewidzieć, jak długo przetrwa? Nie tylko ja to potrafię. Badania słynnego psychologa prof. Johna Gottmana z Uniwersytetu Stanowego Washington pokazały, że wystarczy posłuchać przez pięć minut, jak ona i on rozmawiają ze sobą, by z 96-procentową pewnością stwierdzić, czy przeżyją razem następne 12 lat i z 80-procentową dokładnością przewidzieć rok rozstania.

Nie wierzę. To wróżenie z fusów… Przeciwnie. Całkiem wiarygodna diagnoza trwałości pożycia. Możemy jej dokonać przez obserwację poziomu werbalnej i niewerbalnej synchronizacji dwójki partnerów. Werbalna to niekontrolowane upodabnianie tonu głosu i szybkości mówienia do tonu głosu i tempa wypowiedzi osoby, z którą rozmawiasz. Z kolei niewerbalna to nieświadome przyjmowanie takiej samej pozycji ciała co partner w dyskusji. Jeśli przyjrzeć się dokładniej np. małżeństwu o dobrym rokowaniu, możemy zauważyć zrównane oddechy, a gdyby podłączyć ją i jego pod aparaturę, ich fale mózgowe miałyby podobną częstotliwość. Im bardziej zsynchronizowani są partnerzy, tym dłuższe wspólne życie przed nimi. To jedna z zasad transformującej komunikacji, tzw. idea raportu.

Czego przejawem jest synchronizacja? Czego właściwie dowodzi? To jest podświadoma próba zrozumienia, jak czuje się druga osoba. Żeby obniżyć poziom napięcia sporu, możemy stosować synchronizację, świadomie dopasowując się do przeciwnika w dyskusji. Jeśli mówimy w różnym tempie i z różnym natężeniem głosu, znaczy, że żadna ze stron nie czuje się uznana i rozumiana przez drugą. A ludzie nie mają ochoty pozostawać w relacji, w której nie czują się uznani.

Rozumiem, że gdy już wybuchnie kłótnia, na synchronizację za późno? Stan umysłu uczestników sporu jest ważny. Z badań wiemy, że jeżeli puls człowieka przekracza 95 uderzeń na minutę, nie ma szans na pojednanie. Bo jest pod wpływem zbyt dużego stresu. Istnieją techniki obniżania adrenaliny podczas dyskusji. Można w ciągu minuty zrelaksować się, zmniejszając częstość uderzeń serca. Ale wcześniej trzeba to wytrenować. Nauka obejmuje m.in. fizyczny trening, np. oddechowy. Z drugiej strony – doświadczenie podczas ćwiczeń takiego konfliktu, który kończy się porozumieniem, staje się matrycą pod nasze kolejne zachowania w podobnych sytuacjach.

Ale konflikt to nie zawsze kłótnia na noże angażująca równie mocno obie strony. W bliskich relacjach zdarzają się konflikty w jakimś sensie jednostronne – jedna osoba jest niezadowolona, a drugiej jakby to nie obchodziło… Dużym błędem popełnianym w związku jest wychodzenie z założenia, że jeśli mi jest dobrze, a jemu źle, to nie jest to mój problem. Niech druga strona coś ze sobą w końcu zrobi… Pójdzie na terapię, ogarnie się… Ale tak naprawdę to również nasza sprawa. Przecież to, co zrobi nieusatysfakcjonowany partner, wpłynie na relację i nasze samopoczucie. Jeśli jakaś osoba zgłasza kłopot, warto dać jej przestrzeń do tego, by zaistniała z nim w naszej obecności. Dać jej poczucie, że przyjmujemy to, o czym mówi. Nie odwracamy się od tego. Taka postawa w perspektywie buduje zgodę. Warto pomóc partnerowi znaleźć takie rozwiązanie, które dla niego będzie satysfakcjonujące, co nie znaczy, że mamy powiedzieć mu, co ma zrobić.

Mówiłeś już, jak przekroczyć konflikt wartości, nie powiedziałeś wiele o drodze wyjścia z konfliktu potrzeb… On potrzebuje dziś wieczorem samochodu i ona też. Dokładnie o tej samej porze. Mają jedno auto. Co jest rozwiązaniem?

Kompromis? W żadnym wypadku! W potocznym myśleniu kompromis to złoty środek dla zwaśnionych stron. Tymczasem nie jest wcale najlepszy. Często sprawia, że dwie osoby nie są do końca usatysfakcjonowane, a nawet bywają rozdrażnione. Bo coś tracą. Kompromis zakłada poświęcenie jakiejś części swoich potrzeb w imię bycia razem. Uważam, że to paskudnie unieszczęśliwia. Wróćmy do rodziny, która ma jedno auto na dwoje dorosłych kierowców. Wieczorem każde chce coś załatwić. Kompromisem byłaby sytuacja, w której każdy jedzie autem, ale tylko na pół swojego spotkania.

Fatalnie. No właśnie. Rozwiązanie, do jakiego trzeba dążyć, to win – win, czyli sytuacja wygrana – wygrana. Szukamy kreatywnie takiego wyjścia, które zapewni obu stronom możliwość pełnego zaspokojenia swoich potrzeb. Ona podwozi go na jego spotkanie, a potem jedzie autem na swoje. Następnie odbiera go ze spotkania, gdy już oba się zakończą. Ewentualnie para może zaangażować przyjaciela, który podwiezie ją lub jego. Nie ma sensu wyszarpywać sobie auta, warto skupić się na tym, jakie mamy potrzeby i w jaki sposób możliwe będzie ich spełnienie.

Rozumiem, że takie pary żyją długo i szczęśliwie. Nie tylko pary. Izrael z Egiptem prowadził w XX wieku kilka wojen, ale w latach 80. państwa zawarły pokój. To było po zdobyciu przez Izraelczyków półwyspu Synaj, który był im potrzebny do celów obronnych. Egipt postawił wtedy weto. Nie oddamy półwyspu. Przecież tam żyją Egipcjanie! Strony znalazły jednak rozwiązanie win – win. Egipt wciąż miał administracyjną kontrolę nad Synajem, a Izrael mógł wprowadzać tu swoje wojska, by patrolowały stąd okolice Kanału Sueskiego. Wygrana – wygrana. I na Bliskim Wschodzie to jest najdłuższy w historii rozejm i akt pokoju, który trwa. Trwa dlatego, że jest podwójną wygraną, a nie kompromisem.

Synchronizacja z partnerem w kłótni, demonstrowanie uznania dla jego odmiennych wartości, wspólne dbanie o zaspokojenie potrzeb obu stron na 100 procent. Transformująca komunikacja daje narzędzia do wychodzenia z konfliktów. Paradoksalnie jednak konflikty przynoszą też czasem spore profity. Np. napędzają zmianę… Każdy konflikt czegoś nas uczy. Wzrasta nasza wiedza o sobie nawzajem, a przez to – w perspektywie – jakość relacji. Dzięki sporom dane jest nam odkryć, że nie mamy wszystkich odpowiedzi w sobie. Że świat może nas jeszcze zaskoczyć swoją innością czy różnorodnością. Z badań wynika, że liczba sporów nie wpływa wcale na trwałość relacji. Raczej sposób, w jaki przechodzimy przez sytuacje konfliktowe. I to, czy potrafimy zachować wobec siebie szacunek, życzliwość.

Skoro nadmiar sprzeczek nie osłabia związku, to jak jest z odwrotną sytuacją? Znam pary, które żyły w zgodzie przez dziesięć lat i po pierwszej kłótni natychmiast się rozstały. Z jednej strony mógłbym się zgodzić, że brak konfliktów świadczy o pewnej martwocie związku. Z drugiej jednak – wykładam w Japonii, której kultura uważa konflikt właśnie za coś infantylnego. Za dziecinadę. Japończycy nie wchodzą w konflikty. Ba! Powiem więcej, oni ich zwyczajnie nie mają. Jednak ich małżeństwom niczego nie brakuje. Są szczęśliwe i trwałe. Harmonia jest tam wartością cenioną ponad wszystko, dlatego pary dochodzą do różnych rzeczy całkiem inną ścieżką niż znana ludziom Zachodu ścieżka konfliktowa. Dla Europejczyków to bardzo dziwny koncept. Znajdować sposoby na unikanie różnicy zdań, a jednak być świadomym, czego pragnie druga strona.

To prawda. Ciężko sobie wyobrazić małżeństwo wiecznej zgody. Jak oni to robią? Są inaczej skonstruowani, a ich system wartości wynosi dobro wspólnoty ponad dobro osobiste. Konflikty przestają być ważne. Japończycy, nawet gdy mają różne opinie, nie angażują w nie swoich emocji. Spośród narodów, które szkoliłem, Japończycy są nacją najmniej konfliktową. Polacy są na drugim biegunie, czyli kłócą się całkiem sporo.

A czy ktoś w tej dyscyplinie nas bije? Czy jednak jesteśmy mistrzami? [Śmiech]. Byłoby z mojej strony niedyplomatyczne, gdybym odpowiedział. Europa Północna, kraje germańskie czy Skandynawia dużo lepiej tolerują konflikt niż reszta świata. Do spięć dochodzi tu częściej.

Czy twoim zdaniem w podejściu do konfliktów my, Polacy, przejawiamy coś charakterystycznego? Badania na całym świecie pokazują, że znalezienie odrobiny poczucia humoru, które ułatwia przejście przez spór, jest na wagę złota. Dla mnie Polska jest krajem, który się pod tym względem wyróżnia. Potraficie zażartować w środku najcięższej kłótni, pokazać dystans i lekkość. Polska ma 500 lat historii bycia atakowaną ze wszystkich stron i myślę, że sposoby, jakie Polacy zbudowali, by zachować odporność na sytuacje konfliktowe, to z jednej trony – stawianie sobie wyzwań, a z drugiej – szczere obśmiewanie tego, co trudne.

A czego moglibyśmy uczyć się od innych w kwestii wychodzenia ze sporów? Umiejętności wyciszania się i wysłuchania drugiej osoby.

Skoro po pięciu minutach rozmowy pary potrafisz przewidzieć, kiedy się rozstanie, to czy obserwując wydarzenia na Ukrainie, znasz jej przyszłość? W tej sprawie nie ma dobrych znaków.

Tak pesymistycznie skończyć nie możemy. I nie ma powodu. Rozwiązywanie konfliktów wychodzi ludzkości coraz lepiej. Dowodem jest znacznie mniejsza liczba wojen na planecie niż dawniej. Około 1990 roku przekroczyliśmy masę krytyczną, jeśli chodzi o nowoczesną komunikację. Przed tą datą częściej rozwiązywaliśmy konflikty zbrojnie, po jej przekroczeniu częściej i skuteczniej robimy to dyplomatycznie. Mimo rosnącej populacji maleje liczba przestępstw na świecie i po wieloletnim wzroście zaczyna też spadać liczba rozwodów. Trudno o wieści bardziej optymistyczne.

Richard Bolstad – doktor, nowozelandzki trener i nauczyciel qi gong, twórca metody komunikacji i szybkiego rozwiązywania konfliktów pod nazwą: transformująca komunikacja. Autor światowego bestsellera „Transforming Communication” i warsztatu pod tą nazwą. Prowadzi treningi w Australii, Azji, Ameryce i Europie. Polskę odwiedził kilkakrotnie.

[newsletterbox]