1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Stare i nowe metody walki z nadmiarem

Stare i nowe metody walki z nadmiarem

Uwolnienie się od nadmiaru to może być pierwszy krok na drodze do minimalizmy. (Fot. iStock)
Uwolnienie się od nadmiaru to może być pierwszy krok na drodze do minimalizmy. (Fot. iStock)
A gdyby tak w kolejny rok wejść jedynie z walizką? W dodatku wypełnioną tym, czego naprawdę potrzebujesz. Joanna Olekszyk sprawdza, czy nowe i stare metody walki z nadmiarem są dobrym pomysłem na szczęśliwe życie.

Ryan pewnego dnia obudził się w pokoju, w którym nie było niczego oprócz łóżka. Wstał, przeciągnął się i ruszył przez puste mieszkanie w kierunku kartonów stojących przy wejściu i opisanych kolejno: kuchnia, łazienka, ubrania, różności… Podszedł do tego drugiego i wyjął z niego szczoteczkę do zębów i pastę. Poszedł do łazienki. Po czym wrócił, jeszcze raz sięgnął do pudełka i wyjął z niego żel pod prysznic i ręcznik. Znów zniknął w łazience… Tak wyglądał pierwszy dzień jego eksperymentu. Postanowił spakować do pudeł i worków wszystko, co ma, i przez 21 dni (jak wyczytał, tyle trwa wyrabianie nawyku) wyjmować z nich tylko to, czego akurat potrzebuje. Po upływie tego czasu miał się dowiedzieć, ilu rzeczy naprawdę używa. Nigdy nie rozpakował wszystkich pudeł. Po 21 dniach uświadomił sobie, że potrzebuje ledwo procenta rzeczy, które posiada. Cała reszta ma mu zapewniać status, być potwierdzeniem tego, że osiągnął sukces.

Ryan Nicodemus to jeden z bohaterów książki „Rzeczozmęczenie” Jamesa Wallmana, dziennikarza, futorologa i prognostyka trendów.

Ryan dorastał w biedzie, obiecał więc sobie, że kiedyś będzie zarabiał tyle, by móc zamieszkać w jednym ze wspaniałych domów, które remontowali razem z ojcem. I dopiął swego. W wieku 28 lat, zarabiając ponad 100 tysięcy dolarów rocznie, mając piękny dom i fajną dziewczynę, czuł się jednak nieszczęśliwy i zagubiony. Po zakończeniu eksperymentu pozbył się większości dobytku. Przestał też pracować do późna, by zarabiać na przedmioty, których tak naprawdę nie potrzebował. Rozpoczął nowe życie, w którym nie był już przytłoczony rzeczami. Jak pisze Wallman, zamiast realizować swoje materialne aspiracje, zaczął dążyć do innych celów – dbania o zdrowie czy dobre relacje z bliskimi. I rzeczywiście stał się szczęśliwszy.

Mało, coraz mniej

„Z własnej woli zaprzestań już teraz marnotrawstwa, zanim zostaniesz do tego zmuszona w niedalekiej przyszłości” – apelowała w 2008 roku w książce „Sztuka prostoty” Dominique Loreau, Francuzka propagująca japoński minimalizm. Już wtedy zwracała uwagę na to, że wszystko, co jednorazowe, nie tylko niszczy środowisko naturalne, ale i nas samych. Od tego czasu dosłownie utonęliśmy w jednorazówkach, na szczęście ten trend ostatnio się odwrócił. Nie nauczyliśmy się jednak przestać gromadzić rzeczy. Przywykliśmy do kupowania kolejnych gadżeciarskich modeli smartfonów, telewizorów nowszej generacji czy trzeciej pary takich samych butów, tylko w innym kolorze. Tak sobie wynagradzaliśmy i wynagradzamy czasy, kiedy albo nie było nas stać na pewne rzeczy, albo nie mogliśmy ich dostać. Ale czy staliśmy się szczęśliwsi?

„Obfitość nie uczy wdzięku ani elegancji. Niszczy duszę i pozbawia wolności – przestrzega Loreau. – Prostota zaś rozwiązuje wiele problemów. Miej mało rzeczy – będziesz mogła poświęcić więcej czasu swojemu ciału. A gdy poczujesz się dobrze w swojej skórze, będziesz mogła zapomnieć o sprawach ciała i zająć się kwestiami duchowymi, wieść życie pełne sensu”.

Wielu z nas przyznaje jej dziś rację. I marzy o życiu prostym, bardziej ekologicznym, pozbawionym tysięcy drobnych decyzji i wydatków (oraz niekończącego się sprzątania ich efektów). Dlatego obiecujemy sobie: w nowym roku walczę z nadmiarem! Ja też tak postanowiłam, po tym jak przeprowadziłam własny eksperyment.

Otóż z powodu remontu na miesiąc przeniosłam się z całym moim dobytkiem w inne miejsce. I zobaczyłam, jak ogromną ilość rzeczy posiadam. To, co do tej pory było dla mnie powodem do czegoś w rodzaju dumy, okazało się męczarnią – zwłaszcza że musiałam przenosić ów dobytek tam i z powrotem. Bez żalu więc część przedmiotów oddałam, a część wyrzuciłam. Zorientowałam się też, że korzystam jedynie z ubrań zapakowanych do podręcznej walizki – i niczego mi nie brakuje. Mogłam w parę minut spakować się i wyruszyć w podróż w dowolnym kierunku. I było to rzeczywiście coś na kształt wolności.

„Prostota oznacza, że mamy niewiele, by stworzyć miejsce dla spraw najważniejszych – pisze Dominique Loreau. – Jeżeli zrezygnujemy z posiadania zbyt wielu rzeczy, będziemy potrafili lepiej docenić to wszystko, co przynosi satysfakcję duchową, emocjonalną i intelektualną”.

Ryan postawił na minimalizm, czyli na eliminację ze swojego życia i otoczenia wszystkiego, co zbędne. Można pomyśleć: cóż pozostaje? Tylko to, co konieczne. I wyjątkowe. Bo aby żyć w stylu minimalistycznym, przedmioty, które masz – nawet te najmniejsze – muszą być piękne i funkcjonalne. „Nie wahaj się pozbywać przedmiotów, które są jako takie, i zastąpić ich rzeczami doskonałymi, nawet jeśli pociągnie to za sobą wydatki, które wiele osób uzna za marnotrawstwo – radzi Dominique Loreau. Jej zdaniem przed wejściem na drogę minimalizmu powstrzymuje nas właśnie lęk przed marnotrawstwem, czyli wyrzuceniem lub oddaniem tego, co kiedyś jeszcze może się przydać. Ale czy nie większym marnotrawstwem jest właśnie to zachowywać? Minimalizm dużo kosztuje, ale właśnie płacąc tak dużo, zadowolisz się tym, co rzeczywiście niezbędne.

Czyli: mniej kupuj, oddawaj niepotrzebne i zbędne rzeczy, no i upraszczaj, krok po kroku. Pomyśl: Czy naprawdę potrzebujesz aż tylu zestawów sztućców? Albo ciepłych czapek? Dawno przeczytanych książek? Może ucieszą kogoś innego? Czy nie lepiej przenieść się z wielkiego domu do mniejszego mieszkania, a przy okazji zaoszczędzić? Zwłaszcza to ostatnie pytanie jest na czasie. Zdaniem Loreau w wyniku przeludnienia za kilka lat wszyscy będziemy zmuszeni funkcjonować na niewielkich, ale za to świetnie zorganizowanych metrażach. Lepiej już teraz umieć się tym rozkoszować.

Jak upraszczać życie?

  • nie miej poczucia winy, gdy coś wyrzucasz lub oddajesz;
  • nie akceptuj tego, czego sobie nie życzysz;
  • wyobraź sobie, że twój dom spłonął – zrób listę rzeczy, które kupisz ponownie;
  • pozbądź się wszystkiego, czego nie użyłeś chociaż raz w ciągu ostatniego roku;
  • powtarzaj co jakiś czas: „Nie pragnę niczego, co nie jest konieczne”;
  • odróżniaj swoje potrzeby od swoich pragnień;
  • przekonaj się, jak długo możesz żyć bez czegoś, co uważasz za niezbędne;
  • znajdź miejsce dla każdej rzeczy;
  • zawsze zadawaj sobie pytanie: „Dlaczego trzymam to w domu?”;
  • dla zabawy zrób listę wszystkich rzeczy, które masz; niemożliwe?
  • nigdy nie akceptuj wyboru drugiej kategorii;
  • kupuj tylko wtedy, gdy masz pieniądze w kieszeni;
  • miej zaufanie do rzeczy klasycznych, które sprawdziły się do tej pory.

Jakość ponad ilość

Minimalizm może jednak okazać się dla niektórych zbyt restrykcyjny. Jeśli chcesz pożegnać się z nadmiarem, ale w bardziej stonowany sposób, postaw na „rozważną aranżację”. Określenie to stworzyła blogerka Tara Burton. W skrócie oznacza ono, że rozważnie otaczamy się przedmiotami – inwestujemy w te godne zaufania, dzięki czemu oszczędzamy czas, energię i pieniądze, które pochłaniają ich naprawy lub wymiana na nowe. Według tej koncepcji kupujemy rzadziej i tylko takie rzeczy, które będą towarzyszyły nam przez lata – radowały oko, sprawnie funkcjonowały i stawały się dla nas ważne. W przeciwieństwie do minimalizmu nie zakłada ona ograniczenia się do określonej liczby przedmiotów, które można spakować do walizki, choć możesz, tak jak Burton, sporządzić listę rzeczy, których nie potrzebujesz – pomoże ci ona podejmować decyzje zakupowe. Nie chodzi bowiem o całkowite zaprzestanie kupowania, tylko o kupowanie jedynie tego, co wspiera funkcjonalny i satysfakcjonujący styl życia. Idealna sytuacja jest wtedy, gdy możesz sobie powiedzieć, że „masz wszystko, czego potrzebujesz” – tak jak brzmi tytuł książki Tary Burton, wydanej w tym roku.

Pisze w niej: „Nasze domy, podobnie zresztą jak całe życie, zostały wypchane przedmiotami, które zawodzą i sprawiają, że nasz poziom stresu wzrasta, a oszczędności topnieją”. Jak przyznaje, sama zawsze była rozrzutna, już jako dziecko, bez względu na to, ile kieszonkowego dostawała, zawsze pod koniec miesiąca była spłukana. W końcu doprowadziło to do jednego: jej karty kredytowe były obciążone na kilka tysięcy funtów. „Wracałam do zagraconego domu, którego sprzątanie mnie wykańczało, a  potem wpatrywałam się niewidzącym wzrokiem w sterty ciuchów będących pokłosiem szybko zmieniającej się mody i zastanawiałam, dlaczego wydaje mi się, że nie mam co na siebie włożyć” – wspomina. Kiedy rozpadł się jej ostatni związek, tak bardzo się pogubiła, że musiała wspomagać się antydepresantami, do tego dołowała ją praca – pisała teksty reklamowe, jak mówi: „dla ludzi takich jak ja, przekonujące ich do kupowania niezależnie od tego, czy rzeczywiście czegoś potrzebują”.

Na szczęście w jej życiu nastąpił punkt zwrotny. Zmiana zaczęła się od jednego naczynia – błękitnego garnka marki Le Cruset, który dostała na 30. urodziny. Francuska firma słynie z tego, że jej produkty służą pokoleniom. Kiedy Burton trzymała go w rękach, zdała sobie sprawę, że nigdy więcej nie będzie musiała kupić podobnego. I pomyślała: „Gdyby tylko wszystko w moim życiu takie było”. Stworzyła firmę i stronę internetową BuyMeOnce, na której poleca rzeczy z dożywotnią gwarancją przydatności do użycia. „Z czasem ze zdumieniem odkryłam zarówno praktyczne, jak i emocjonalne korzyści z wybierania tylko tych przedmiotów, które odzwierciedlają moje wartości i zostaną ze mną na dziesięciolecia” – pisze.

Blogerka zwraca uwagę na to, że nadmierne kupowanie często wiąże się z niskim poczuciem własnej wartości. Ma wypełnić emocjonalną pustkę, jednak tylko ją pogłębia. Trwające sześć lat badanie, którego wyniki opublikowano w „Journal of Consumer Research”, pokazało, że niezależnie od tego, ile wydamy, materializm potęguje samotność, a ta z kolei zwiększa materializm.

Trzeba jednak podkreślić, że to niecała prawda o tym problemie. Burton demaskuje w swojej książce tzw. planowane postarzanie. Ma ono dwie odmiany: pierwsza polega na tym, że firmy projektują przedmioty tak, aby psuły się wcześniej niż powinny, na przykład nie pozwalając na wymianę baterii lub jakiejś części w urządzeniu. Druga to postarzanie psychologiczne – celowo wywołuje się w nas przekonanie, że nie chcemy już dłużej korzystać z tego, co mamy, choć nadal jest to sprawne.

Jak pisze Burton, „przed nastaniem XX wieku ludzie nie mieli naturalnej potrzeby wymieniania  dobytku, dopóki się nie zużył, dlatego wymyślono powody, by trwale to zmienić”. Na przykład taki, że nowa kosiarka jest bardziej wydajna, samochód to ulepszony model zeszłorocznego, pralka ma dodatkowy gadżet, a torebka jest po prostu trendy. Pora przestać się dłużej na to nabierać.

Jak walczyć z materializmem?

  • każdego dnia po przebudzeniu uśmiechnij się i podziękuj za to, co dzisiaj cię spotka;
  • codziennie znajdź czas, aby skupić się na rozwoju osobistym i poczuciu własnej wartości;
  • odszukaj ludzi, których pasjonuje to samo co ciebie, i poczuj z nimi więź;
  • blokuj materialistyczne treści, które do ciebie docierają;
  • medytuj i rozwijaj świadomość;
  • wychodź z domu jak najczęściej, choćby do ogródka albo do parku (udowodniono, że kontakt z przyrodą redukuje materializm).

Doznania uszczęśliwiają

Czy można w ogóle „wypisać się” z materializmu? Według Jamesa Wallmana – tak. Tym bardziej że jako mieszkańcy całkiem dostatniej Europy cierpimy na jedno z najbardziej dotkliwych schorzeń – rzeczozmęczenie. Jak z nim walczyć? – Zamiast kupować – przeżywaj, a z dużym prawdopodobieństwem osiągniesz szczęście – radzi Wallman. Swoje zalecenie opiera na najnowszych pracach takich badaczy jak Thomas Gilovich czy David C. Howell. A ponieważ stary system nazywał się materializmem – nowy nazwał się „eksperientalizmem” (od angielskiego experience, czyli doświadczenie, przeżycie, doznanie).

Skąd przekonanie, że doznania nas uszczęśliwią bardziej niż rzeczy? Po pierwsze, nie nudzimy się nimi tak jak przedmiotami; po drugie, na doświadczenia patrzymy przez różowe okulary; po trzecie, są częścią naszej tożsamości; po czwarte, zbliżają nas do innych, i po piąte, choć możemy porównywać przeżycia, to – w przeciwieństwie do rzeczy – trudno jednoznacznie ocenić, które z nich jest lepsze. Dlatego rzadziej żałujemy swoich wyborów. Poza tym kiedy działamy, jest większe prawdopodobieństwo, że popchnęła nas do tego motywacja wewnętrzna i doświadczymy wtedy stanu przepływu. A tego nie można osiągnąć przez sam fakt posiadania. Wallman podkreśla, że rozwój technologii sprzyja eksperientalizmowi – niedługo zamiast mieć coś na własność, będziemy jedynie korzystać z usług. Zamiast chodzić do pracy dla pieniędzy, za które możemy kupić różne rzeczy, będziemy robić to dla samego sensu pracy. To już się dzieje!

Niedawno przeczytałam o brytyjskiej dziennikarce, Suzy Walker, która przeprowadziła małą życiową rewolucję. Jej 16-letni syn rozpoczął dwuletnią naukę w jednym z londyńskich koledżów, a że Suzy mieszka na stałe w hrabstwie Sussex, pomyślała, że ponad dwugodzinne dojazdy do domu ich wykończą. A wynajęcie mieszkania w Londynie to nie taka prosta sprawa. Ani tania. Jej syn za dwa lata będzie pełnoletni i wyfrunie z domu, chciała dobrze wykorzystać te ostatnie chwile, kiedy może być przy nim. I nagle ją olśniło. Robiła akurat wywiad do swojej rubryki w magazynie „Psychologies” z Tiu de Haan, mówczynią motywacyjną, która mieszka w Londynie… na barce. Pomyślała: „A czemu by nie przenieść się na dwa lata na taką łódź?!”. Będzie tanio, syn Charlie będzie miał ze szkoły jedynie pięć minut komunikacją miejską, a ona – prawdziwą przygodę.

Po sześciu tygodniach udało jej się wynająć swój dom, pozałatwiać sprawy na miejscu i kupić długą na 14 metrów (46 stóp) barkę, którą właśnie płynie w kierunku Londynu. Jak przyznaje, będzie to eksperyment, który pokaże jej, czy zdoła pomieścić się (wraz z synem) na tak małej przestrzeni, w dodatku z niewielką liczbą ekwipunku. Zdała sobie też sprawę, że tyle razy przekonywała czytelników, by podążali za własnym głosem, tymczasem ona – wciąż gdzieś pędząc – zapominała słuchać swojego. Postanowiła, że nadchodzący rok będzie dla niej nie tylko minimalistyczny, ale i powolny. Toczący się ze spokojną, stałą prędkością rzeki.

Według Wallmana tak może wyglądać nie tylko kolejny rok, ale i nasza przyszłość. Zamiast gadżetów będziemy kupować rzeczy umożliwiające nam przeżycia. Przyjemna wizja, przyznacie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kto nie potrafi obronić swoich granic?

Jakie cechy mają ludzie nieasertywni? Na czym polega asertywność w praktyce? (fot. iStock)
Jakie cechy mają ludzie nieasertywni? Na czym polega asertywność w praktyce? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nadwrażliwość, samotność, brak kontroli nad emocjami, problemy w relacjach - mogą wskazywać na brak asertywności. Co jeszcze charakteryzuje osoby nieasertywne? W jaki sposób stać się człowiekiem, który w sposób nieraniący innych potrafi być sobą? - wyjaśnia Jarosław Józefowicz, psychoterapeuta.

Jak można opisać ludzi nieasertywnych? Ich postawę często nazywamy nieśmiałością, wycofaniem. Są zbyt ulegli, nie bronią swoich granic, pozycji, praw.

Są mało elastyczni? Z jednej strony mogą być nieelastyczni. Ktoś taki nie ma wewnętrznej pewności. Próbuje uzyskać ją z zewnątrz, na przykład przestrzegając jakiegoś regulaminu w pracy i nie odstępując od niego na krok. Albo przyswoi sobie zasady zachowania w towarzystwie i, choć będzie miał na to ochotę, nigdy nie wskoczy na stół, żeby zatańczyć. Zawsze będzie pilnował reguł. Ale z drugiej strony człowiek nieasertywny może wydawać się elastyczny, otwarty na różne propozycje, tymczasem jest to postawa uległa. Tak naprawdę ludzie wiele na nim wymuszają, bo on nie potrafi się obronić.

Zdarza się też, że osoby nieasertywne w sposób niekontrolowany wyrażają złość, a nawet agresję. Często tak to wygląda. Ludzie mający trudności z asertywnością są przyzwyczajeni do nie zważania na swoje uczucia, do ich ignorowania. W związku z tym nie reagują na bieżąco, gdy ktoś na przykład próbuje ich wykorzystać. Można powiedzieć, że w momencie kiedy są krzywdzeni, nie zauważają tego. Jednak poczucie skrzywdzenia w nich pozostaje i po iluś podobnych doświadczeniach wybucha z wielką siłą, często nieadekwatnie do sytuacji. Na przykład ktoś pobije tego, kto się wepchnął do kolejki. Sytuacyjnie - agresja i złość są nadmierne, nieuzasadnione, jeżeli jednak spojrzy się na ich historię, stają się bardziej zrozumiałe.

Nieasertywni mają problemy w nawiązywaniu satysfakcjonujących kontaktów. Powiem więcej - mogą w ogóle mieć problem z nawiązywaniem kontaktów. W relacjach często są wykorzystywani, więc w pewnym momencie samoistnie przychodzi decyzja o wycofaniu się. Jest to jedyna skuteczna metoda, żeby nie cierpieć.

Są samotni. Tak, samotni, wyobcowani. Nie mogą się odnaleźć wśród ludzi, ponieważ nie potrafią skutecznie się obronić. Osoby nieasertywne chcą być akceptowane, bo same siebie nie akceptują. I wydaje im się, że droga do tego wiedzie przez spełnianie żądań otoczenia. Myślą w ten sposób - jeżeli zrobię to, co ktoś ode mnie chce, to będzie mnie lubił, coś za coś. Ale w pewnym momencie zauważają, że to działa tylko w jedną stronę, że jest układ niesprawiedliwy, pochyły. A więc z jednej strony są mili, zgodni, z drugiej wycofują się, bo boją się że zostaną wykorzystani czy odrzuceni. W ten sposób wysyłają sprzeczne sygnały, ich zachowanie jest niejednorodne, nie wiadomo czego po nich oczekiwać. To sprawia trudność otoczeniu, które zaczyna ich unikać. W konsekwencji samotność puka do drzwi.

Nieasertywni są nadwrażliwi? Na ogół tak, bo zewsząd wypatrują zagrożenia. Tego doświadczyli w dzieciństwie. Nie wiedzieli z której strony spadnie cios - czy to będzie ton głosu, uderzenie, złe słowo, czy stanie się to za minutę, czy dopiero za dwa dni. Dobrze widzieć ich trudną sytuację.

Dobrze jest mieć świadomość swoich atutów. To kolejny bardzo, bardzo istotny punkt. Wszyscy mamy swoich wewnętrznych krytyków. Jednak natężenie ich działalności to rzecz indywidualna. W przypadku osób mało asertywnych głos krytyczny jest zazwyczaj bardzo nasilony. „Bombarduje” negatywnymi komunikatami, na które reagują z pozycji małej dziewczynki lub małego chłopca. Są niepewni siebie. Myślą o sobie, że ich zdanie jest mało warte, więc nie będą go wyrażać, wycofują się. Jeżeli natomiast zdadzą sobie sprawę z całej puli bogactwa wewnętrznego i zewnętrznego, do  świadomości dotrze, jak ważni są dla siebie. Wtedy będą też ważni dla innych.

Atuty ma każdy z nas, kwestia czy umiemy je dostrzec. Chociażby to, że jesteśmy Europejczykami i żyjemy w takich a nie innych warunkach. W ramach programów rozwojowych Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces organizowane były wyjazdy do Afryki czy Azji, gdzie spotykaliśmy się z prawdziwą biedą i zacofaniem. Wtedy można zrozumieć to, czego na co dzień się nie dostrzega - jaki to wielki przywilej życia w Europie. Inny przykład to wykształcenie. Czy potrafię docenić, że mam zasób wiedzy, intelektu, sprawności komunikacyjnej? Takich, wydawałoby się oczywistych atutów każdy z nas ma wiele. Ludzie asertywni zdają sobie z nich sprawę niejako automatycznie, między innymi na nich opiera się ich siła i umiejętność adekwatnego reagowania. Natomiast ludzie mający trudności z asertywnością często nie umieją siebie docenić, wydaje im się, że nie są dość dobrzy.

Jeżeli ktoś miałby ochotę, może zrobić krótkie ćwiczenie - wypisać 20 przywilejów, jakimi cieszy się w życiu. Warto je co pewien czas powtarzać.

Co jeszcze może zrobić ktoś nieasertywny, żeby poprawić jakość swojego życia? To są działania wielotorowe i długotrwałe. Najprościej zacząć od przyjrzenia się temu, co utrudnia relacje na poziomie komunikacyjnym. Do asertywności należy posługiwanie się komunikatami, mówiącymi o swoich stanach emocjonalnych. Jeżeli doznajemy trudnej reakcji na czyjeś zachowanie, dobrze jest to sobie uświadomić i powiedzieć o tym - że mi się to nie podoba, że trudno mi z tym, że jest mi przykro.

Druga rzecz - w sytuacji, gdy nie akceptujemy czyichś działań, mówimy o nich, nie krytykując osoby. Przykładowo, jeśli ktoś nadużył naszego zaufania, nie mówimy mu, że jest niesłowny i że nie można na niego liczyć, tylko na przykład: „Miałem trudności, bo długo nie oddawałeś mi pieniędzy, które ci pożyczyłem”. Żeby taki poziom komunikacyjny mógł zaistnieć, trzeba umieć zobaczyć co nam przeszkadza, czyli mieć kontakt ze swoimi uczuciami. Tutaj dochodzimy do głębszego poziomu. Chodzi o rozpoznawanie i nazywanie emocji, które mnie dotyczą. Zwykle posługujemy się określeniem - jestem zdenerwowany, wściekły, zły a jak jest fajnie, to najczęściej w ogóle emocji nie zauważamy. Tymczasem jest mnóstwo odcieni uczuć, które przeżywamy. Z tym zadaniem trudniej jest samemu się uporać. Dlatego zachęcam do chodzenia na warsztaty rozwojowe czy pracę terapeutyczną.

Jakie mogą być efekty pracy nad asertywnością? Uświadomienie sobie, że świat nie jest zagrażający. Zwiększona potrzeba i umiejętność otwarcia się na ludzi. Reagowanie adekwatnie do sytuacji, a nie z miejsca obrony. Wyrażanie złości, kiedy jest ku temu powód. Pełniejsza komunikacja z ludźmi, czyli umiejętność opowiedzenia o swoich potrzebach, odczuciach, usłyszenia drugiej strony, co pozytywnie wpływa na jakość relacji. Ludzie nieasertywni stoją na krańcach - albo agresji i złości, albo wycofania i uległości. Asertywna postawa jest bardziej na środku. I do niej warto dążyć.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe.

  1. Psychologia

Psychologiczne podłoże odczuwania samotności

Co, według badaczy, jest powodem tego, że czujemy się samotni? (fot. iStock)
Co, według badaczy, jest powodem tego, że czujemy się samotni? (fot. iStock)
Samotność doskwiera tak wielu ludziom, że warto przyjrzeć się, co na jej temat mówią badania.

Jak podkreśla Sławomir Prusakowski, psycholog i trener biznesu z Uniwersytetu SWPS: Samotność jest nam czasem potrzebna. Jednak samo poczucie osamotnienia może być efektem braku znajomości własnych potrzeb i trudnym doświadczeniem. Badanie przeprowadzone na Uniwersytecie Kalifornijskim wykazało, że 76% dorosłych czuje się samotnie.

Co może być powodem samotności według badaczy?

Po pierwsze – okoliczności i sposób w jaki żyjemy. Zbyt duża ilość bodźców i przeciążenie informacjami powodują tak duże zmęczenie u niektórych osób, że w następstwie wycofują się one z interakcji społecznych.

Kolejnym powodem samotności może być brak przestrzeni na autorefleksję, która umożliwia nam określenie swoich potrzeb. Jeżeli wokół nas jest chaos, to bardzo trudno jest usłyszeć, co dzieje się w środku nas. A jeśli sami nie odkryjemy swoich potrzeb, trudno nam będzie odnaleźć je w relacjach społecznych.

Innym zjawiskiem, które może być powodem samotności jest obawa, że nie znajdziemy akceptacji w oczach drugiej osoby. Z lęku przed odrzuceniem podejmujemy paradoksalny wybór: wolimy samotność niż odrzucenie.

We wspomnianych badaniach podjęto próbę zdiagnozowania tego, co różni osoby samotne od tych, które nie odczuwają bycia samemu w sposób negatywny. Okazało się, że osoby, które nie czują się samotnie charakteryzują się tak zwaną życiową mądrością. Składa się na nią 6 obszarów i związane z nimi codzienne praktyki:

  • wiedza o życiu – przyglądanie się mu i uważne doświadczanie go,
  • umiejętność zarządzania emocjami – ćwiczenie kontrolowania własnych reakcji na emocje,
  • empatia i współczucie – umiejętność przyjmowania perspektywy innych ludzi,
  • wgląd w siebie – samotność i cisza sprzyjają autorefleksji, która jest kluczowa do budowania relacji z innymi ludźmi,
  • akceptacja różnorodności – akceptując różnych ludzi i różne sytuacje, łatwiej jest nam nawiązać kontakt z innymi,
  • zdolność do efektywnego podejmowania decyzji – nie wystarczy rozumieć, że się jest samotnym i nie wystarczy wiedzieć, jakie ma się potrzeby – trzeba zacząć działać.
Rozwijając te cechy, możemy sprawić, że zminimalizujemy nasze poczucie osamotnienia. Samotność będziemy mogli potraktować jako okazję do zatrzymania się, poświęcenia sobie uwagi i nauczenia się umiejętności, które mogą nam pomóc budować wartościowe i silne relacje z innymi ludźmi – komentuje Sławomir Prusakowski, psycholog.

Źródło: materiały prasowe Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu

  1. Psychologia

Plaga samotności - jak radzić sobie z poczuciem osamotnienia?

Co wpływa na odczuwanie przez nas samotności? Co mówią ostatnie badania? (fot. iStock)
Co wpływa na odczuwanie przez nas samotności? Co mówią ostatnie badania? (fot. iStock)
Czujemy się samotni w wielu sytuacjach i z różnych powodów. Zawsze jest jednak sposób, żeby, mimo trudności, wykorzystać to doświadczenie dla rozwoju osobistego.

 

Poczucie osamotnienia niekoniecznie musi pojawiać się u osób żyjących w pojedynkę. Często występuje w związkach i w rodzinie. Poniżej kilka przykładów, kiedy możemy odczuwać samotność:

Samotność z powodu braku partnera
To najczęstszy powód czucia się samotnym. Wydaje się, że ludzie stworzeni są do tego, żeby doświadczać bliskości. Bez dotyku, przepływu uczuć, seksu - nasz organizm wydziela zbyt mało oksytocyny i endorfin, żeby czuć się w pełni szczęśliwymi. I wtedy dokucza samotność odczuwana bardziej jako bolesne osamotnienie.

Samotność w rodzinie
Niektórzy ludzie nie czują, że są częścią rodziny. Mają poczucie głębokiej odmienności i niedopasowania. Przeżywają wyobcowanie a nawet traumę z powodu wykluczenia. Mogą wówczas doświadczać lęku, bo nie są wspierani przez system rodzinny oraz poczucia winy, z powodu tego, że zasłużyli na ostracyzm.

Samotność w małżeństwie
To też się zdarza i wcale nie rzadko. Ludzie są razem, ale tak naprawdę żyją w znacznym oddaleniu od siebie. Brakuje między nimi bliskości a pojawia się wrogość albo obojętność.

Samotność w grupie społecznej lub w pracy Zwłaszcza introwertycy i wrażliwcy nie potrafią odnaleźć się w grupach. Nie ma w nich często poczucia przynależności do grupy. W towarzystwie innych ludzi tracą dobre samopoczucie, komfort oraz poczucie bezpieczeństwa.

Jak radzić sobie z samotnością?

1. Przełącz się na czucie wewnętrzne.
Pierwszym krokiem w kierunku radzenia sobie z samotnością jest uświadomienie sobie jej. Dlatego zbadaj swoje osamotnienie i to, co w związku z nim czujesz. Najczęściej jest to lęk lub depresyjne nastroje. Każde z uczuć przyjmij i uszanuj.

2. Nie oceniaj źle swojej samotności.
Najczęściej krytykujemy się za to, że czujemy się samotni. „Jestem nieudacznikiem” - mówimy sobie. „Coś musi być ze mną nie tak” - zastanawiamy się. „Widać zasługuję na takie doświadczenie” - wydajemy na siebie wyrok. Tymczasem doświadczanie samotności nie ma nic wspólnego z twoją wartością jako osoby. Tego typu negatywne myśli zamykają cię w bolesnych uczuciach, które nie mogą znaleźć dobrego ujścia. Katujesz się tylko krzywdzącymi myślami i niewiele czujesz.

3. Popatrz na samotność jak na informację.
Jeśli czujesz się samotna w związku, zobacz co się pod tym kryje. Jaka jest kondycja tej relacji, gdzie ty w niej jesteś a gdzie partner. Uświadomienie sobie takiej samotności może być pierwszym krokiem do potrzebnych zmian. Czujesz się samotna w jakiejś grupie ludzi? Nie obwiniaj siebie za to, tylko pomyśl wśród jakich ludzi poczułabyś się dobrze. Poszukaj ich.

4. Podejdź do samotności jak do etapu.
Kiedy jest nam źle w danej chwili, trudno nam zobaczyć większy plan tego, co się dzieje. Podejdź do samotności jako do pewnego etapu w twoim życiu, który minie. Wykorzystaj tę ciszę na introspekcję i regenerację sił. Zasil swoje źródło energii.

5. Wykorzystaj samotność dla siebie.
To najlepszy czas, żebyś zajęła się rozwojem osobistym i wreszcie zaczęła robić to, na co zawsze miałaś ochotę. Naucz się czegoś nowego, zacznij uprawiać sport, popracuj nad swoją atrakcyjnością. Poczuj się ze sobą lepiej. Dzięki samotności można połączyć się ze sobą i własną siłą witalną. Ostatecznie właśnie samotność może doprowadzić do znaczącego związku.

 

  1. Psychologia

Jestem sama, bo…

Kiedy bycie samemu staje się bardziej darem niż torturą, wiesz, że twoje szczęście nie jest przez nikogo uwarunkowane. (Fot. iStock)
Kiedy bycie samemu staje się bardziej darem niż torturą, wiesz, że twoje szczęście nie jest przez nikogo uwarunkowane. (Fot. iStock)
Nastawienie na własny komfort i potrzeby. Zbyt wysoko ustawiona poprzeczka oczekiwań. A może lęk wyniesiony z dzieciństwa, chęć bycia niezależną i samostanowiącą o sobie. Samotność z wyboru czy przypadku ma wiele przyczyn i… nie musi być taka straszna

W kulturze skupionej na dążeniu do zaspokojenia indywidualnego prawa do szczęścia, wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. Osoby po rozwodach, choć podjęły tę decyzję świadomie, przyznają, że odzyskana niezależność nie jest wcale taka kolorowa. Choć zmienia się społeczny obraz małżeństwa – już nie jest ono ostoją wartości i gwarantem stałości, a coraz więcej rodzin jest patchworkowych – to nadal tęsknimy za trwałym, szczęśliwym związkiem. Gdyby ktoś zagwarantował nam, że tam za rogiem czeka ktoś, z kim będziemy szczęśliwi, mało kto powiedziałby „nie”.  Nikt nie chce być sam, nawet jeśli twierdzi że chce.

Hania, 40-letnia singielka, mówi wprost: – Ktoś, kto ucieka przed związkiem, jest w pewnym sensie upośledzony emocjonalnie – tak myślę. Jasne, można całe życie przeżyć samemu, ale właściwie po co? Bywają też tacy, którzy mimo że mają żony czy mężów, są sami, ale tak naprawdę nie do końca sami, bo jednak mają do kogo się odezwać w domu czy nawet z kim się pokłócić! Mają kogo prosić o zakupy czy nawet na kim wieszać psy! To zupełnie co innego niż bycie samemu naprawdę... Generalnie nie zazdroszczę mężatkom, bo bardziej mój odruch wymiotny wzbudzają zdrady, fałsz i obłuda. I chęć bycia żoną, żeby odhaczyć obrączkę na palcu – dodaje. – Cel główny: nie być starą panną. A gdzie miłość? Gdy tak patrzę na niektóre mężatki, to mam wrażenie, że trzymają się związku głównie ze strachu, by nie być samą, i są też takie, którym wydaje się, że obrączka na palcu jest wystarczającym powodem, by na niezamężne koleżanki patrzeć ze współczuciem lub pogardą.

Dobra samotność

Choć samotność doskwiera, to bywa też zbawienna. Zwłaszcza jeśli wypełnia czas „pomiędzy” – gdy już zakończyliśmy ważną relację, a jeszcze nie nawiązaliśmy nowej. Wtedy możemy bliżej przyjrzeć się sobie, bez pośpiechu, bez zagłuszania deficytów kimś lub czymś z zewnątrz, gdy możemy sprawdzić, jak mi ze sobą jest, z czym sobie dobrze, a z czym gorzej radzę, jakie są moje największe potrzeby, ale i najważniejsze potencjały. Gdy nie patrzymy na potencjalnego partnera jak na kogoś, kto nas wypełni, uzupełni (jakbyśmy sami byli niewystarczająco kompletni). Idealna „druga połówka” może się nigdy nie pojawić. Z prostego powodu – bo jej nie ma. Każdy z nas jest całością, jest kompletny. Dobrze to wiedzieć zwłaszcza w czasach, gdy małżeństwo nie gwarantuje ani bycia szczęśliwszym, niż kiedy jest się samemu, ani czegoś stałego, co daje poczucie bezpieczeństwa. To poczucie możemy dać sobie tylko my sami. I warto się tego dowiedzieć właśnie wtedy, kiedy akurat nie jesteśmy z nikim w związku. Wojciech Kruczyński, psycholog, autor książki „Wirus samotności”, mówi: – Jeśli umiesz cieszyć się samym sobą, dla innych ludzi jest to sygnał, że masz wiele do zaoferowania – że przebywając blisko Ciebie nie tylko nie będą czuli się wykorzystywani, ale wręcz zostaną w jakiś sposób zainspirowani, wzbogaceni lub ogrzani Twym wewnętrznym ogniem.

Basia, 36-latka, zawsze myślała, że będzie mieć dom, męża i dwójkę dzieci. Na potencjalnych partnerów na męża patrzyła dość krytycznie, wyszukując cechy, które mogą przeszkodzić w dopełnieniu tego obrazu. Z czasem, gdy już uznała, że ideału nie ma, gotowa była związać się z aktualnym chłopakiem, próbując zaakceptować go takim, jakim jest. Był już pierścionek zaręczynowy i miał być ślub… Realna szansa, że plan się ziści, okazała się jednak zbyt przerażająca i dziś Basia od kilku lat jest sama. – Może to wyświechtane, ale w pojedynkę każdy dylemat, nawet najdrobniejszy, urasta do rangi megaproblemu, tragedii, czarnej dziury, katastrofy. Może trochę przesadzam, ale w pojedynkę trudniej się „ogarnąć” i znów przyjąć „właściwą perspektywę rzeczy” – wyznaje. – Przyjaciele? Pewnie, są bardzo ważni, ale z doświadczenia wiem, że kiedy ten sam problem przegada się z osobą bliską sercu, ma się wrażenie, że jest was dwoje do rozwiązania tej kwestii. A kiedy ten sam problem omawiasz z przyjaciółką – dostajesz rady, wskazówki, a i tak wszystko spoczywa na twoich barkach. Mimo pomocy, jesteś sama i sama musisz to zrobić. Odkąd jestem singielką, brakuje mi na co dzień męskiej energii. Po pracy zazwyczaj nie chce mi się samej iść do kina, na spacer, na piwo czy coś ugotować. Siadam i czytam książkę, pracuję, oglądam film w telewizji, ale sama. Brakuje kogoś, kto powie: „Chodź, idziemy na spacer”. Tęsknię za ciepłem drugiego człowieka, pocałunkami, seksem, dotykiem. Tęsknię za „okazywaniem i odbieraniem”, że się komuś podobam, że ktoś na mnie zwraca uwagę, że jestem dla kogoś atrakcyjna... Próżne? Może tak, ale bardzo ważne. Bez tego niezwykle trudno stawić czoło życiu i światu, a kiedy się wie i czuje, że ktoś za tobą stoi i cię wspiera, jest łatwiej.

Choć tęskni za związkiem, przyznaje, że lubi też być sama: – Doceniam bycie samej ze sobą. Za możliwość wykonywania różnych dziwnych rzeczy o rozmaitych porach dnia i nocy. Namiętnie korzystam z kąpieli o 13.00 lub 14.00. Nikt mi nie zawraca głowy, nikt nie stuka do drzwi. Doceniam i korzystam z tego. Bezkarnie mogę nałożyć maseczkę na twarz – bez jej utraty przed moim ukochanym.

Dopiero gdy umiemy być sami, gdy kochamy siebie łącznie z naszymi wadami, to możemy pokochać kogoś także z jego wadami. – Kiedy bycie samemu staje się bardziej darem niż torturą, wiesz, że twoje szczęście nie jest przez nikogo uwarunkowane – mówi Bob Mandel, pisarz i terapeuta, autor książki „Terapia otwartego serca”. – Wówczas możesz wybierać związki, które automatycznie odzwierciedlają miłość, jaką znalazłeś w sobie.

I – dodam od siebie – nikomu niczego nie zazdrościć.

  1. Psychologia

(Nie) utonąć w konsumpcji. Czy można wyćwiczyć samokontrolę?

Badania naukowe pokazały, że systematyczne ćwiczenia fizyczne prowadzą do powiększenia zasobów samokontroli, zwiększenia sił reakcji wykorzystywanych w samokontroli i rozwijaniu zdolności do pokonywania zmęczenia. (Fot. iStock)
Badania naukowe pokazały, że systematyczne ćwiczenia fizyczne prowadzą do powiększenia zasobów samokontroli, zwiększenia sił reakcji wykorzystywanych w samokontroli i rozwijaniu zdolności do pokonywania zmęczenia. (Fot. iStock)
O źródłach niepohamowanej konsumpcji, jej wpływie na psychikę człowieka oraz o tym, jak pracować nad samokontrolą, pisze dr Jacek Buczny, psycholog.

„Kolekcjonuj i konsumuj” to współczesna odpowiedź kultury zachodniej na pytanie o szczęście. Satysfakcjonujące życie utożsamiane jest z szeroko pojętą konsumpcją, ta zaś stanowi fundament współczesnej „hedonomii” – gospodarki działającej tak, aby klientowi było przyjemnie tu i to jak najszybciej. Niepohamowana konsumpcja jednak ma służyć psychicznej i behawioralnej ucieczce od rzeczywistości i jest jednym z przejawów społecznego kryzysu umiejętności kontrolowania własnego zachowania. Utrata samokontroli nie tylko nie służy konsumentom, ale także i tym, którzy dostarczają towary i usługi do skonsumowania.

Samokontrola w cenie

Kontrolowanie własnego zachowania jest kluczową umiejętnością, umożliwiającą człowiekowi utrzymywanie wybranego kursu. W psychologii istnieje kilka koncepcji samokontroli. Jedną z nich jest zasobowy model samokontroli. Jego podstawą jest założenie, że samokontrola  tak jak inne czynności  wykorzystuje ograniczoną pulę zasobów energetycznych. „Pobór mocy"  czyli to, ile tych zasobów zostaje zużyte, zależy od rodzaju wykonywanych czynności.

Zachowania wymagające hamowania niepożądanych reakcji, wymagają szczególnie dużej puli zasobów samokontroli. Przykładowo, powstrzymywanie zgubnych nawyków eksploatuje zasoby znacznie silniej niż rozwiązywanie trudnych zadań matematycznych  co na własnej skórze odczuł chyba każdy, kto np. rzucał palenie.

Obok hamowania istotnym składnikiem samokontroli jest cel, który wyznacza kierunek zachowania. Samokontrola nasila się wtedy, gdy w czasie dążenia do celu pojawiają się czynniki zmniejszające szansę jego osiągnięcia. Jednym z takich czynników są impulsy. Samokontrola służy albo do radzenia sobie ze skutkami ich pojawienia się (opanowania ochoty na coś słodkiego) albo do zmniejszenia szansy ich wystąpienia w przyszłości (nie kupowania słodyczy na zapas). Wyczerpanie zasobów samokontroli zwiększa zarówno prawdopodobieństwo pojawienia się impulsów (chęci na papierosa), jak i zmniejsza skuteczność opanowania skutków ich pojawienia się (poddajemy się i zapalamy).

Samokontrolę można traktować też jako cechę jednostki, która stanowi miarę wyjściową puli zasobów do wykorzystania w zadaniu albo radzeniu sobie z konsekwencjami impulsów. Silniejsza samokontrola może sprzyjać także lepszej kontroli impulsów i utrzymywaniu działania nakierowanego na cel. Szczególnym przypadkiem samokontroli jest odraczanie nagród. O osobach, które potrafią długo czekać na nagrodę, nie poddając się pokusom mówimy, że mają bardzo silną wolę. Badania zaś wskazują, że tak rozumiana silna wola leży u podstaw życiowych sukcesów  także tych finansowych.

Konsumpcjonizm zużywa samokontrolę

Współczesny świat daje człowiekowi wiele potencjalnych kierunków rozwoju, ale jednocześnie stawia przed nim liczne pokusy, co powoduje drenaż naszych zasobów samokontroli. Wynika to zarówno z motywacji i potrzeb konsumentów (hedonizm), jak i działań firm oraz agencji marketingowych, ukierunkowanych na zysk. Za pomocą różnych chwytów stwarzają one liczne pokusy, wymuszając impulsywne zachowania klientów oraz osłabiają racjonalność decyzji konsumenckich.

Każdy rodzaj decyzji konsumenckich wymaga samokontroli, a zasoby samokontroli zużywają się, gdy człowiek musi wybierać spośród wielu obiektów ten jedyny, który najlepiej zaspokaja jego potrzeby. Wyczerpywaniu zasobów towarzyszą większa uległość względem pokus i częstsze zachowania impulsywne. Skutkiem tego może być m.in. zmniejszenie racjonalności kolejnych decyzji konsumenckich, wydawanie pieniędzy ponad dopuszczalny lub założony limit. Oznacza to, że szereg decyzji prowadzi do osłabienia zdolności do hamowania procesów albo reakcji, służących regulowaniu działania impulsów. Paradoksalnie, im więcej obiektów, czyli im większa „wolność konsumencka”, tym większa szansa na popełnienia nieracjonalnych decyzji. Sama więc czynność dokonywania konsumenckich wyborów upośledza naszą zdolność do samokontroli.

Zawiedzione nadzieje

Z braków samokontroli wynikają także błędy w ocenianiu i przewidywaniu zadowolenia, które przyniosą nam różne konsumenckie wybory, co często skutkuje złymi decyzjami. Po pierwsze, nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że do przyjemności przystosowujemy się bardzo szybko. Wynika to zarówno z działania mózgu (taka sama przyjemność z czasem przestaje nas pobudzać), jak i uwagi (obiekty pozytywne stają się mniej istotne niż obiekty zagrażające). Często przewidujemy, że zdarzenie odległe w czasie może dostarczyć nam wiele przyjemności, ale gdy już uczestniczymy w tym zdarzeniu, to przyjemność nie jest taka jak oczekiwaliśmy, a w jej miejsce pojawia się niezadowolenie. Towarzyszy temu złudzenie, że „większe jest lepsze”. Na przykład, możemy zakładać, że większe mieszkania na obrzeżach miasta jest lepszym rozwiązaniem niż małe mieszkanie w centrum. Badania naukowe pokazały, że ludzie bardzo szybko przystosowują się do większej przestrzeni w domu, ale nie są w stanie przystosować się uciążliwych dojazdów do pracy, więc w dłuższej perspektywie mieszkanie w centrum jest o wiele lepsze dla tych, którzy pracują w tej części miast.

Często wydaje nam się także, że dokonywanie wyborów spośród wielu różnych opcji spowoduje, że wybrany produkt będzie dostarczał nam najwięcej przyjemności, bo porównując wiele opcji naraz jesteśmy w stanie dokonać bardziej racjonalnej decyzji, niż wybierając z mniejszej puli. Badania pokazały, że efekt jest odwrotny – przyjemność wynikająca z mniej skomplikowanej decyzji jest większa. Do tego dochodzi znana zasada, że „głodny kupuje więcej”. Długotrwała sytuacja braku zaspokojenia jakiejś potrzeby może skutkować nieracjonalnymi zachowaniami w różnych sferach. Gdy jesteśmy głodni jesteśmy bardziej narażeni na kupienie niepotrzebnych produktów, bo zakupy mogą na chwilę zastępować przyjemność związaną z zaspokajaniem głodu. I wreszcie, często zbyt mocno koncentrujemy się na zdobywaniu środków do realizacji celu, zamiast na osiąganiu samego celu. Dobrym przykładem są tutaj pieniądze. Ludzie koncentrują się na ich zarabianiu, uznając często, że jest to najlepsza droga do maksymalizacji przyjemności wynikających z ich wydawania. Okazuje się jednak, że nadmierna koncentracja na dobrach materialnych i zarabianiu wcale nie powiększa dobrostanu tak, jak tego ludzie oczekują, a to rodzi niezadowolenie.

Skutki utraty samokontroli

Jednym z negatywnych społecznych przykładów braku samokontroli jest skłonność do impulsywnego kupowania. Zdaniem naukowców Basa Verplankena i Ayana Sato, sprzedawcy oraz producenci reklam ukształtowali impulsywnego konsumenta, którego zachowania na rynku konsumenckim przynoszą korzyści jedynie w perspektywie krótkoterminowej (poprawa nastroju, zaspokojenie potrzeb posiadania i prestiżu). Konsumpcja może służyć poprawianiu dobrostanu psychicznego poprzez redukowanie negatywnego nastroju, ale kupowanie może być także źródłem wyższej samooceny i satysfakcji z siebie. Jednocześnie badania pokazują, że osoby chętniej i częściej korzystające z dóbr konsumpcyjnych, w porównaniu z osobami nie przejawiającymi takich tendencji, są mniej szczęśliwe.

Okazuje się zatem, że choć liczne badania naukowe pokazują, że zachowania konsumenckie, np. jedzenie, picie, kupowanie, stają się sposobem na radzenie sobie z trudnościami wynikającymi ze spraw codziennych, to ucieczka w konsumpcję i brak samokontroli nie czynią ludzi szczęśliwymi. Paradoksalnie, w ujęciu długoterminowym, większa samokontrola służy i pojedynczym konsumentom, i tym, którzy do konsumowania nas namawiają. Bardziej racjonalny i lepiej kontrolujący się klient jest także lepszym kupującym, bo jest w stanie utrzymać konsumpcję na odpowiednim poziomie, gdyż nie popada w długi, których później spłacić nie może. Nadmierne obciążenie długami powoduje silny stres, osłabienie odporności i liczne choroby, na przykład układu krążenia.

Odzyskać kontrolę

Czy istnieją sposoby łagodzenia tych niekorzystnych zjawisk społecznych i rozluźnienia pętli „hedonomii”, która zaciska się na naszych szyjach? Na szczęście samokontrolę można wytrenować. Badania naukowe pokazały, że systematyczne ćwiczenia fizyczne prowadzą do powiększenia zasobów samokontroli, zwiększenia sił reakcji wykorzystywanych w samokontroli i rozwijaniu zdolności do pokonywania zmęczenia. W innych badaniach pokazano, że porzucenie jednego nałogu za pomocą treningu samokontroli zwiększa prawdopodobieństwo pozbycia się innego uciążliwego nawyku. Wykazano także, że systematyczna kontrola i utrzymywanie właściwej postawy własnego ciała powodowało, że osoby te były bardziej wydolne w pokonywaniu kolejnych zadań. Uczestnicy tych badań za każdym razem wykonywali tylko jeden rodzaj ćwiczenia, bowiem zaangażowanie zbyt dużej samokontroli poprzez wykonywanie wielu działań jednocześnie osłabia skuteczności treningu.

Dzisiaj nawet instytucje ze świata finansów interesują się tym, jak zwiększać samokontrolę, gdyż dostrzegają, że w perspektywie długoterminowej klient racjonalny jest lepszy niż klient impulsywny i nadmiernie zadłużony. Liczne przykłady z krajów objętych kryzysem gospodarczym wskazują, że częściowo powodem tych niekorzystnych zmian gospodarczych były zarówno decyzje polityczne, bowiem wzrost konsumpcji napędza gospodarkę, oraz decyzje konsumentów, wynikające z chęci posiadania czy też podwyższania jakości życia. Wiąże się to oczywiście z wydawaniem coraz to większych sum pieniędzy na różne, czasem zbyt luksusowe i niepotrzebne dobra. Poznanie mechanizmów samokontroli zachowań impulsywnych może prowadzić do lepszego zrozumienia bardzo poważnych problemów społecznych, takich jak nadmierne zadłużanie się, ale też otyłość, czy niezdrowy tryb życia. Jednym ze sposobów wspomagania samokontroli może być minimalistyczny styl życia (na przykład slow life), który sprowadza się między innymi do tego, że ludzie ograniczają liczbę pokus i decyzji trywialnych, oczyszczając własną przestrzeń życiową z przejawów konsumpcjonizmu.

Społeczna edukacja pod tym względem jest bardzo ważna, bo w świecie obfitości łatwo utonąć zanim dopłynie się do wybranego celu. Na problem utraty samokontroli narażeni są młodzi ludzie, u których zdolności do odraczania przyjemności i powstrzymywania się rozwija się później niż wrażliwość na nagrody i czerpanie przyjemności ze frywolnej konsumpcji.

*Przygotowanie tego tekstu było finansowane w ramach projektu „Zwiększanie samokontroli i racjonalności w zachowaniach konsumenckich” kierowanym przez dr Jacka Bucznego. Fundatorem jest Bank Zachodni WBK i Santander Universidades. Dziękuję dr Aleksandrze Cisłak za ogromną pomoc w przygotowaniu tego tekstu.