1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Moje serce znowu śpiewa, czyli o tym jak być sobą

Moje serce znowu śpiewa, czyli o tym jak być sobą

123 RF
123 RF
„Chcemy być sobą!” - śpiewamy z mocą u cioci na imieninach. Ale kiedy na przykład czujemy złość, jesteśmy przerażeni własnym uczuciem, jakby tykała w nim bomba. Wycofujemy się z takiej deklaracji i zaczynamy uciekać od siebie gdzie pieprz rośnie.

Dlaczego odrzucamy sami siebie? Bo nie chcemy być kimś, kto przykładowo trzęsie się ze strachu. Bo nie wyobrażamy sobie, jak można czuć i zaakceptować własną wściekłość czy bezradność. Przypominamy kogoś, kto ucieka przed własnym cieniem. Nie podoba mu się jego cień, więc biegnie i biegnie bez wytchnienia, aż pada martwy. Każdy z nas ma chwile, kiedy najchętniej zwiałby, schował się pod kołdrę przed samym sobą, życiem, odczuwaniem. Przerzucił odpowiedzialność na los, Boga, rodzinę i powiedział: „Ja wysiadam”. Wysiadłby z łupiny płynącej po rzece życia na jakiś bezpieczny brzeg. Tylko gdzie on jest? Czy można uciec przed własnym cieniem?

Tęsknimy za bezpiecznym lądem, tylko czy można być bezpiecznym i pozostać żywym? Bo przecież życie jest jak miłość - przychodzi niezapowiedzianie, nie znasz dnia ani godziny, nie możesz jej schować do szafy, włożyć do banku i żyć z procentów. Ale my próbujemy. „Już mnie nie kochasz? - pytamy - to przynajmniej udawaj i bądź wierny. Ja też udaję”. Nie podążamy swoją ścieżką serca, wybieramy drogę szeroką, ekspresową, ale cudzą. Żywe pragnienia zamieniamy na opłacalne, prawdziwe emocje na zapewniające bezpieczeństwo. A potem zapisujemy się na warsztaty z motywacji i entuzjazmu. Albo mówimy: „Takie jest życie”. Ale to właśnie nie jest życie. Już go nie ma. Jest poza naszą szkołą, pracą, poza naszą rodziną, poza nami. Zostawiamy to, co żywe, zagłuszamy to, co w nas śpiewa, uciszamy bunt, tłumimy złość, żeby wieść martwe, bezpieczne życie. A nocami tęsknimy do tego, co prawdziwe, piękne, dzięki czemu chce się skakać, śmiać. Ale nie wystarczy to zrozumieć, wielu ludzi to rozumie. Trzeba jeszcze pokochać swoje przerażenie, zawstydzenie, usztywnianie, nawet swoją martwość. Bo tylko miłość jest w stanie sprawić, że wstaniemy z martwych.

Łatwo powiedzieć, a wczoraj sama uciekłam od siebie.Nie poszłam na spektakl o pewnym przedwojennym pieśniarzu warszawskim, chociaż moje serce się wyrywało, a potem, po fakcie poczułam żal, taki bardzo znajomy, dotkliwy żal. Pamiętam, że kiedy byłam małą dziewczynką, uwielbiałam słuchać przedwojennych piosenek. Potem ktoś się z tego śmiał, a ja śmiałam się razem z nim. Moje usta się śmiały, chociaż serce było smutne. Śmiałam się ze swojego serca, dlatego teraz nie od razu je usłyszałam. Nie od razu pobiegłam za nim, gdy znowu chciało śpiewać. Przestraszył mnie ten śmiech. Nie pobiegłam za sercem i poczułam wściekłość. Teraz czułam już nie tylko smutek, żal, ale i wściekłość. Spojrzałam w przerażone oczy tej małej dziewczynki i objęłam mocno jej strach, żal, wściekłość... na siebie, na tego, kto się śmiał, na cały świat. Wyglądała groźnie, przeraziłam się jej, ale nie wypuszczałam z objęć. Pozwoliłam jej przeżyć w pełni jej ból, mój ból, nasz ból. I stał się cud, moje serce ożyło i zaczęło śpiewać. Jak cudnie znowu je słyszeć.

Zapraszam na mój , na którym możesz nauczyć się słuchać śpiewu serca.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Problem z podjęciem decyzji? Najlepszym doradcą jest intuicja

W podejmowaniu decyzji najlepiej sprawdza się połączenie intuicji z analizą. (Fot. iStock)
W podejmowaniu decyzji najlepiej sprawdza się połączenie intuicji z analizą. (Fot. iStock)
Serce czy rozum? Rady znajomych czy lista „za” i „przeciw”? Czym się kierować w podejmowaniu drobnych i większych decyzji? Dr Anna Mazur stawia na połączenie intuicji z analizą.

Przede mną konieczność podjęcia decyzji. Analizuję plusy i minusy różnych rozwiązań i coś postanawiam. To słuszna droga?
Według teorii racjonalnej – jak najbardziej, ale w życiu niekoniecznie (śmiech). Podobnie w biznesie. Ważne, ile masz czasu na podjęcie decyzji. Jeśli niewiele, to by postanowić, czy wziąć kredyt mieszkaniowy, nie przeanalizujesz przecież wszystkich danych, bo nie masz do nich dostępu. Rozważysz tylko parę podstawowych opcji.

Nadal obraz jest niepełny.
Klasyczna teoria decyzji tego nie przewidywała, dopiero współczesne o tym mówią, że rynek może w krótkim czasie zachować się na nieskończoną ilość sposobów. Świat za dwa dni będzie wyglądał tak jak dziś, ale za tydzień wszystko może się zmienić.

Czyli analiza słabych i mocnych punktów nic nie daje. Załóżmy, że zastanawiam się nad rozwodem. Wiele kobiet przegaduje taki problem z przyjaciółką...
No tak, ale w jaki sposób przyjaciółka spojrzy na sprawę? Zdecydowanie pod swoim kątem, przez własne filtry, a nawet sympatię (lub jej brak) do twojego męża. Udzieli porad, które niekoniecznie muszą być dla ciebie dobre. Załóżmy, że sama wyszła za mąż z powodów ekonomicznych i dojdzie do wniosku, że skoro nie opływasz w bogactwo, lepiej się rozwieść. A dla ciebie inne wartości są ważne.

Może więc szukać innych sposobów?
Przede wszystkim trzeba mieć dobry wgląd w siebie, bo nie zawsze dobrze wiemy, czego chcemy od życia. Jeśli znamy siebie, to podjęcie decyzji o rozwodzie nie powinno być trudne, choć i tak nie przewidzimy, co się wydarzy później.

Co pozostaje? Intuicja?
Ludzie zwykle myślą schematami, w podejściu intuicyjnym chodzi o to, by się od nich oderwać. Potocznie się mówi, by kierować się sercem. Jednak nasze odczucia również mogą być nafaszerowane wartościami społecznymi. To, co mówiła matka i babcia, bierzemy za swoje.

Gdzie więc szukać odpowiedzi?
W sobie! Jeśli masz uruchomiony mechanizm samorefleksji, wtedy uzyskasz dla siebie jasne odpowiedzi. Pewnie, że warto słuchać ludzi, bo czasami mogą pokazać rozwiązanie, którego nie wzięłaś pod uwagę. Nie należy go jednak bezkrytycznie przyjmować! Raczej obserwować siebie, jak reagujesz. Załóżmy, że w konkretnej sytuacji pojawia się u ciebie lęk i nie jesteś w stanie go pokonać, więc kierowanie się intuicją okaże się zawodne, bo zwycięży strach.

Reakcja jest szyta na moją miarę?
Ona zależy od typu osobowości, ale pozostaje pytanie, czy od dziecka uczymy się konkretnych reakcji, jak chociażby ucieczki, czy reagujemy automatycznie, z poziomu podświadomości.

A reakcji wyuczonych łatwiej się pozbyć?
Jeśli zdajesz sobie sprawę, jak reagujesz, i wiesz, że przekazała ci to matka albo ojciec, łatwiej się przeprogramować. Jeżeli reakcja wychodzi z podświadomości, to informacja nie przebija się do świadomości i nie możesz nic z tym zrobić. Pozostaje ci tylko wypytać otoczenie o to, jak się zachowujesz. Załóżmy, że boisz się ryzyka finansowego, a masz podjąć decyzję o kredycie. Obawiasz się, że nie spłacisz, bo możesz stracić pracę. A może warto zaryzykować i pożyczyć pieniądze, mimo lęku?

No właśnie, głos lęku a intuicji, jak je odróżnić?
To nie takie łatwe. Jeśli podświadomość masz oczyszczoną i nie widać u ciebie reakcji automatycznych...

To sytuacja idealna!
Ale załóżmy, że możliwa. Wtedy możesz świadomie podejmować decyzje. Gdy decyduje osoba lękowa, to intuicja bywa zawodna. Może też nie być czystą intuicją! Bo pytanie, czy zawsze szybka ocena z poziomu podświadomości jest intuicją? Wyobraźmy sobie, że głos wewnętrzny podpowiada mi, żeby nie iść na spotkanie. A może to być zwykły opór i lęk, że na przykład kogoś spotkam? By to rozróżnić, wchodzę w stan relaksu, wyciszam się. Wtedy zadaję sobie jeszcze raz pytanie: iść czy nie iść? Gdy jestem spokojna i pozytywnie nastawiona do życia, reakcje lękowe znikają. Jeśli głos wewnętrzny nadal mi szepcze, żebym została w domu, słucham go. Inną metodą odróżniania lęku od intuicji jest poznanie języka tejże intuicji. W jaki sposób ona do mnie przemawia, jak reaguje ciało, co mi przychodzi do głowy, jakie myśli i emocje. Wtedy od razu wiem, czy to intuicja, czy lęk albo wygodnictwo.

A gdyby zdefiniować intuicję?
Niektórzy badacze mówią, że jest to instynkt albo że ona idzie z umysłu podświadomego, ale dzisiejszy rozwój nauki jest ekspresowy i nie postawiłabym znaku równości między informacją płynącą z podświadomości a intuicją. Raczej chodzi o kontakt z nadświadomością, którego na razie nauka nie rozważa. Noblista z dziedziny ekonomii Herbert A. Simon mówił, że intuicja to umiejętność racjonalna, ale tak szybka, że nie rejestrujemy poszczególnych kroków analizy. Tradycyjnie intuicja była związana z poznawaniem świata i angażowano ją do poznawania tego, czego nie dało się zbadać w sposób racjonalny. Dzięki rozwojowi nauki i wprowadzeniu intuicji do zarządzania nieco zmieniła status. Teraz jest uważana za umiejętność praktyczną. Można powiedzieć, że to zdolność błyskawicznego osądu bez racjonalnego analizowania krok po kroku. My wiemy, którą drogą pójść, ale nie wiemy, skąd to wiemy! Zresztą, coraz więcej mówi się o intuicji, bo wiedza racjonalna nie wystarcza, kiedy rzeczywistość jest nieprzewidywalna, brakuje informacji lub jest ich za dużo, a my mamy szybko zadecydować. Logiczna analiza może doprowadzić do sytuacji, w której nie jesteśmy w stanie wybrać żadnego wyjścia, bo np. wszystkie rozwiązania są równie dobre.

I co wtedy?
To sytuacja, w której musimy sięgnąć do innych sposobów, jak intuicja właśnie. Możemy patrzeć na nią z różnych punktów widzenia. Często się podkreśla, że intuicja bywa omylna. A czy metoda racjonalna nie bywa omylna? Pewność daje tylko droga dedukcji, lecz na starcie możemy mieć błędne założenia. Coraz częściej okazuje się, że właśnie baza danych nie jest prawdziwa. Można na przykład przyjąć fałszywe założenia o naszej rzeczywistości.

To będzie nasze spojrzenie na rzeczywistość...
No tak, a jak zestawimy choćby fizykę klasyczną z kwantową, to mamy dwa inne światy, nieprzystające do siebie rzeczywistości. Posługujemy się cały czas metodami racjonalnymi i dochodzimy do innych wniosków. Fizyka klasyczna mówi, że świat będzie istniał z nami i bez nas, jesteśmy tylko zewnętrznymi obserwatorami. Fizyka kwantowa mówi, że tworzymy ten świat w procesie życia, jesteśmy kreatorami, i zależnie od tego, co stworzymy, tak widzimy świat. Dlatego tak znaczącą rolę odgrywają nasze filtry, wartości. Każda osoba może podjąć inną decyzję, zobaczyć inne rozwiązania.

Chociaż analiza słabo się sprawdza, w naszym świecie wciąż króluje logiczna lewa półkula mózgowa, racjonalizm...
Intuicja jest często przeciwstawiana logicznemu myśleniu, tak jak analiza syntezie. Synteza to kojarzenie informacji z różnych dziedzin i łączenie ich w całość. Często stawia się wręcz znak równości między nią a intuicją. Analiza to logiczne wyciąganie wniosków punkt po punkcie. Osoby, które potrafią myśleć syntetycznie, często mają dominującą prawą półkulę, osoby analityczne – lewą. Warto tu dodać, że podział na funkcje prawej i lewej półkuli jest bardziej skomplikowany, niż się do tej pory wydawało naukowcom! Cokolwiek robimy, wymaga to współdziałania obu półkul. Filipiński mistyk Jaime Licauco mówi, że osoby podejmujące decyzje głównie intuicyjnie potrafią w pewnym sensie zawiesić działanie lewej części mózgu i dopuścić do głosu prawą półkulę. Istnieje też hipoteza, że potrzebna jest równowaga obu półkul. Dopiero wtedy możemy w pełni wykorzystać możliwości umysłu. Licauco opublikował test sprawdzający, którą półkulę mamy dominującą. Gdy sam się przetestował, okazało się, że ma równowagę między półkulami. Kiedy zajmował się rynkiem nieruchomości, wchodził do mieszkania i odczuwał energię miejsca. Decydował się na transakcję zależnie od swoich odczuć. Jeśli czuł negatywne emocje, nie kupował.

Tu miał decyzję prostą, a sytuacje złożone?
Taka zdolność może nie wystarczyć. Weźmy pod uwagę ludzkie zachowanie, sposób reagowania w określonych sytuacjach, tu potrzebna jest większa baza danych. Myślę, że skuteczniejsze będzie połączenie decyzji intuicyjnych z analitycznymi.

Słyszałam, że osoby intuicyjne zwracają uwagę na reakcje ciała?
Jak najbardziej! Wyobrażają sobie, że decyzje są daniami w restauracji, i obserwują reakcje ciała. Jeśli ich odrzuca, to odpowiedź brzmi „nie”, a jeśli czują, że to danie było smaczne, odpowiedź jest na „tak”.

Biznesmeni niechętnie się przyznają do korzystania z intuicji....
Tak, ale to dlatego, że nie ma aprobaty społecznej dla intuicji, dużo się mówi i publikuje na temat tego, że bywa omylna.

A co mówią prywatnie?
Twierdzą, że byli przekonani o podejmowaniu decyzji racjonalnych, teoretycznie działali według schematu. Ale na podstawie racjonalnych danych często nie sposób podjąć dobrej decyzji. Zwłaszcza gdy staje się przed nową, niepowtarzalną decyzją, a dostęp do informacji albo czas jest ograniczony. Wtedy ujawnia się intuicja. Biznesmeni nie chcą się jednak przyznawać do zawierzenia intuicji, bo osiągnęli sukces. Wciąż chcemy opierać się na twardych danych, wierząc, że to nam da wiedzę pewną albo chociaż prawdopodobną. Naszą kulturę zdominował rozum, a nie przeczucia. Intuicja kojarzy się z czymś irracjonalnym, szalonym, dlatego menedżerowie boją się, że mogą zostać posądzeni o niekompetencję.

Mówi się, że intuicja to bardziej kobiece narzędzie...
To wynika w dużym stopniu z wychowania i tradycji. Kobiety w naszej kulturze częściej rozwijają zdolności prawej półkuli, mężczyźni – lewej, i w efekcie kobiety mają bardziej rozwiniętą intuicję. Dziewczynki częściej uczą się rysować, tańczyć, śpiewać. Tak sytuacja wygląda u przeciętnych ludzi, bo według amerykańskich badań im wyższe stanowisko, tym częstsze korzystanie z intuicji, a na samej górze wciąż jest więcej mężczyzn. Dlatego wydaje mi się, że ideałem będzie zsynchronizowanie obu półkul.

Jak do tego doprowadzić?
Są specjalne nagrania muzyczne, są też ćwiczenia oddechowe. Jeśli chodzi o rozwój intuicji, powstało wiele nowych technik, zestawy ćwiczeń jogi, które powodują wejście w odmienny stan świadomości, medytacje, techniki relaksacyjne, także Theta Healing albo Matryca Energetyczna dr. Bartletta. Najnowsze badania, m.in. Richarda Davidsona, potwierdzają w pełni skuteczność takich sposobów. Jeśli kogoś to nie pociąga, może uprawiać sport, on też wyzwala korzystne stany umysłu. Bardzo polecam.

Anna Mazur, doktor nauk ekonomicznych w dziedzinie zarządzania, socjolog i filozof. Specjalizuje się w zarządzaniu wiedzą i intuicją w podejmowaniu decyzji.

  1. Psychologia

Uśmiech działa zawsze. Jak ciało wpływa na emocje i zachowanie?

Badania wskazują, że uśmiech na twarzy zawsze działa, wywołując w nas pozytywne emocje. Wystarczy go odpowiednio długo „przytrzymać”, a dobre samopoczucie w końcu się pojawi. Nawet jeśli jesteśmy świadomi tego sprzężenia i staramy się je powstrzymywać, poprawa i tak nastąpi. (Fot. iStock)
Badania wskazują, że uśmiech na twarzy zawsze działa, wywołując w nas pozytywne emocje. Wystarczy go odpowiednio długo „przytrzymać”, a dobre samopoczucie w końcu się pojawi. Nawet jeśli jesteśmy świadomi tego sprzężenia i staramy się je powstrzymywać, poprawa i tak nastąpi. (Fot. iStock)
Z dr Michałem Parzuchowskim, zajmującym się tematyką embodimentu, czyli wpływu ciała na emocje i zachowanie, rozmawia Joanna Olekszyk.

Jesteśmy zgodni przyznać, że to, jak się czujemy, ma wpływ na to, jak wyglądamy. Odwrotna zależność już rzadziej przychodzi nam do głowy.
Ciało wpływa na umysł i odwrotnie. Dysponujemy licznymi dowodami na somatyzację, np. pogorszenie stanu zdrowia naszego ciała na skutek negatywnych myśli. Najobszerniejsze dotyczą np. zjawiska wypisywania się, zaobserwowanego przez laboratorium Jamesa Pennebakera z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin. Z jego wieloletnich eksperymentów wynika, że jeśli poświęcimy 20 minut dziennie na zapisywanie swoich myśli i emocji, rzadziej będziemy się zgłaszać do lekarza, narzekając na problemy ze zdrowiem. Natomiast mniej intuicyjny jest pogląd, że to, co robimy z naszym ciałem, wpływa na to, co myślimy. Amerykanie częściej noszą na ustach uśmiech (w myśl maksymy „keep smiling”) i choć Polakom może wydawać się to sztuczne, to każdy, kto pojedzie do Ameryki, przyzna, że ludzie tam nie tylko wyglądają, ale rzeczywiście są szczęśliwsi niż uśmiechający się o wiele rzadziej Polacy.

A naukowcy wypowiedzieli się w tej sprawie?
Owszem. Na przykład w jednym z badań niemiecki psycholog Fritz Strack prosił badanych o sędziowanie komiksów. Część z nich podczas czytania trzymała w zębach ołówek, co nadawało twarzy grymas uśmiechu, a część – w ustach, blokując w ten sposób możliwość naprężania mięśnia jarzmowego odpowiedzialnego za uśmiech. Co się okazało? Otóż ci pierwsi ocenili komiksy jako zabawniejsze niż ci drudzy. Inny badacz, Jesse Chandler, prosił grupę studentów z Uniwersytetu w Michigan, żeby wystawiali oznaczony odpowiednią literą palec w określonym momencie, w celu przerwania wiązki lasera (literki były po to, by badani nie uświadamiali sobie znaczenia gestykulacji). W konsekwencji jedna grupa badanych wystawiała dłużej palec środkowy (gest agresywny), a druga – kciuk (gest pozytywny). Jednocześnie czytali historyjkę o osobie, która może być dwuznacznie postrzegana – albo pozytywnie, jako zuchwała i żądna przygód, albo negatywnie, jako lekkomyślna i arogancka. Efekty były zbieżne z tym, co badani robili z palcami – przy geście pozytywnym odbierali daną osobę pozytywnie, i odwrotnie, przy negatywnym – bardziej negatywnie. Wyników podobnych badań jest zresztą coraz więcej.

Czyli na nasze myślenie i emocje mają wpływ konkretne gesty. A wygląd, na przykład wzrost?
Z pewnością osoba o wzroście 2 metry widzi świat inaczej niż ta, która mierzy 150 cm – odmiennie odbierają np. ten sam korytarz, po którym idą. Nie znam jednak rzetelnych badań, które skupiałyby się na tym zagadnieniu. Prawdopodobnie dlatego, że trudno przeprowadzić eksperyment, jeśli nie można manipulować wzrostem jego uczestników (poza rzeczywistością wirtualną). Ale prowadzono badania, które wskazują, że obiekty, do których sięgamy, są dla nas bardziej atrakcyjne. W zasięgu osoby o niskim wzroście jest więc mniej przedmiotów i pewnie mogłaby postrzegać więcej rzeczy bardziej pozytywnie, gdyby miała większy zasięg ramion, ale to tylko czyste spekulacje.

Ja jestem wysoka i podczas dłuższej rozmowy z kimś niższym czuję się dość niekomfortowo, nie wiem, jak ułożyć ciało, jaką przyjąć postawę. Podobne zdanie mają osoby niższe, które w adekwatnej sytuacji muszą z kolei zadzierać głowę…
Pani rozmówcy, którzy muszą zadzierać głowę, by na panią patrzeć, są w trochę lepszej sytuacji, bo taka postawa towarzyszy bardziej pozytywnym uczuciom niż gdy, tak jak pani, musimy cały czas patrzeć w dół – pochylenie w naszej kulturze jest kojarzone raczej z uległością. Wspomniany wcześniej Fritz Strack przeprowadził ze współpracownikami badanie, w którym studentom podawano informację zwrotną na temat rozwiązywanego przez nich testu, zawieszając kartkę z wynikami na ścianie wysoko lub nisko. Same wyniki też były albo pozytywne, albo negatywne. Przedmiotem eksperymentu był pomiar ich poczucia dumy. Okazało się, że u osób, które otrzymały pozytywną informację zwrotną, poczucie dumy było wyższe, jeśli została podana z wysokości, czyli zgodna z postawą, która zwykle towarzyszy przyjmowaniu zaszczytów. Pani intuicja jest więc tu bardzo rozsądna. Jeśli miałaby pani czuć się przez całą rozmowę niekomfortowo, to mogłoby wpłynąć na jej przebieg.

Czy dlatego dyrektorzy wolą, by ich pracownicy stali, podczas gdy oni siedzą?
To bardziej skomplikowana sytuacja. Ciało odgrywa dużą rolę w przywoływaniu określonych wspomnień. Jeśli dziecko wrodzony mechanizm powtarzania uśmiechu kojarzy z czymś miłym, wtedy naprężanie mieśnia jarzmowego (niezbędne do uzyskania grymasu uśmiechu) też będzie kojarzyło z czymś miłym. Tak samo dzieje się nie tylko w kwestii mimiki, gestów, ale i całej postawy. Na przykład wielu z nas w dzieciństwie, a i młodości, stało na baczność na niezliczonych apelach, więc ta postawa przywodzi nam na myśl grzeczność, posłuszeństwo i szacunek. Jeśli mamy powtarzający się kontekst z przeszłości, w którym jednoznaczny układ mięśniowy (np. stanie na baczność) jest skojarzony z pewnym uczuciem, to wystarczy, że inna, nowa sytuacja będzie wymagała od nas powtórzenia tylko jednego elementu tego układu i rozpoczniemy symulację pozostałej części układanki – przywołamy odczucia, jakie nam wówczas towarzyszyły. W naszych badaniach wykazaliśmy, że stanie na baczność jest konotowane z uległością, a uległość zwiększa dystans, jaki odczuwamy w stosunku do innych osób. W jednym z eksperymentów uczestnicy, którzy stali w tej pozycji jedynie przez 20 sekund, stawiali następnie krzesło naprzeciwko eksperymentatora o 70 centymetrów dalej niż ci z grupy kontrolnej, którzy stali w sposób bardziej swobodny!

Czy miejsca, w których źle się czujemy, zmuszają nas do przyjęcia niewygodnej dla nas postawy?
Zdecydowanie tak! Fotele skonstruowane w ten sposób, że się w nich zapadamy, krzesełka, na których siadamy jak na zydelku, czy nawet zbyt niskie sufity, które zmuszają nas do garbienia się, mogą mieć wpływ na to, co myślimy...

A czy możemy się przed tym jakoś bronić? Przyjmować określone postawy lub wykonywać gest poprawiający samopoczucie?
Można starać się wyrównywać efekt dyskomfortu, na przykład pobudzając się do uśmiechu. To powinno mieć podobny efekt jak afirmacje powtarzane przed lustrem. Badania wskazują, że fałszywy (lub nie) uśmiech na twarzy zawsze działa, wywołując w nas pozytywne emocje. Wystarczy go odpowiednio długo „przytrzymać”, a dobre samopoczucie w końcu się pojawi. Nawet jeśli jesteśmy świadomi tego sprzężenia i staramy się je powstrzymywać, poprawa i tak nastąpi. A więc uśmiechajmy się jak najczęściej, nawet jeśli z początku będzie to tylko gimnastyka mięśni twarzy, bardziej przypominająca strojenie min. Innym pozytywnym gestem jest uruchomienie mięśni zginaczy rąk – odpowiadających za czynności przyciągania przedmiotów. Proszę przypomnieć sobie, co robimy, gdy ktoś wręcza nam prezent – łapiemy go obiema rękami i przyciskamy do siebie. Ten układ mięśniowy również wzbudza nasze pozytywne uczucia. Możemy więc kilka minut dziennie poświęcić na dociskanie blatu stołu od spodu, co zaktywizuje układ mięśniowy i poprawi nam nastrój, np. podczas długiego dnia w pracy. Wystarczy też, bym teraz przez 10–15 minut rozmawiał z panią przez telefon, trzymając słuchawkę przy uchu i aktywizując zginacze, żebym miał poczucie, że rozmowa poszła nam świetnie, niezależnie od jej rzeczywistego przebiegu. Być może jest to powód, dla którego tak mało osób korzysta z zestawów słuchawkowych.

Dr Michał Parzuchowski, psycholog, wykłada w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Sopocie.

  1. Psychologia

Nie musisz być zawsze miła. Pozwól sobie na bunt!

Złość, wściekłość często świadczą o tym, że chcemy bronić siebie i swoich granic, ale nie wiemy jak... (fot. iStock)
Złość, wściekłość często świadczą o tym, że chcemy bronić siebie i swoich granic, ale nie wiemy jak... (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Kobiety często przełykają gorzką pigułkę i powstrzymują chęć wykrzyczenia, co naprawdę myślą, bo nie chcą robić zamieszania, kłopotu. OK, bądźmy miłe. Ale nie bójmy się też uderzyć pięścią w stół, kiedy ktoś nas lekceważy czy oszukuje. Nie rób afery? A może właśnie zrób!

Pamiętam dzień, kiedy kupowałam swój pierwszy samochód. Weszłam do salonu używanych aut i… zakochałam się w cudownym czerwonym cacku. Sprzedawca natychmiast zauważył mój babski zachwyt i zginając się w ukłonach, rozpływał się nad moim doskonałym gustem. Nie zapomniał dodać, że tapicerka jest w kolorze mojej torebki, a owal samochodu doskonale współgra z moim temperamentem (ciekawe, skąd on to wiedział). Kiedy wróciłam do domu, szybko okazało się, że cena wozu była znacznie wygórowana. Mąż namawiał mnie, żebym wróciła i próbowała ją negocjować. Podpisałam już umowę, ale nie to było najważniejsze. Zrozumiałam, że sprzedawca bez skrupułów wykorzystał mój zachwyt, moje babskie zauroczenie, które niewiele miało wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, i poczułam, że mam ochotę go zabić: zastrzelić, udusić albo przynajmniej na niego nawrzeszczeć. Oczywiście nic nie zrobiłam, po kilku dniach stałam się właścicielką czerwonego samochodu, ale ilekroć do niego wsiadałam, niewyrażona, stłumiona złość zaciskała mi przeponę, wywoływała gulę w gardle i przyprawiała o zawroty głowy, a mordercze instynkty ożywały.

Chów grzecznych dziewczynek

Ile razy czułaś podobnie: miałaś ochotę walnąć pięścią w stół albo kopnąć w kostkę kogoś, kto bez skrupułów nabił cię w butelkę, mamił, wykorzystując twoją łatwowierność, kolejny raz nie dotrzymywał danej obietnicy, naruszył twoje granice, manipulował tobą dla własnych interesów, wykorzystał, zlekceważył, kusił, wzbudził twoją litość? Chciałaś krzyknąć, zaprotestować, ale nie byłaś w stanie wydobyć głosu z zaciśniętego gardła. Miałaś ochotę tupnąć, trzasnąć drzwiami, przekląć jak szewc, ale tego nie zrobiłaś. Dlaczego? Agresywne sceny są przecież w złym guście, nie przystoją kobiecie, są ordynarne i nie na miejscu. A w każdym razie taki jest przekaz społeczny. Takie nauki pobierają dziewczynki w domu i w szkole. W konsekwencji są wychowywane do uległości. Powtarza się im, że powinny być delikatne, subtelne, ugodowe. Nie wchodzić w otwartą konfrontację, bo mężczyźni nie lubią agresywnych kobiet.

„Nikt cię nie zechce, jeśli nie przestaniesz być taką jędzą”, „Złość piękności szkodzi”, „Nie marszcz tak gniewnie czoła, bo ci zmarszczki wyjdą” – ile razy częstowano cię tego typu pogróżkami? Zgadzałaś się, by świat traktował cię pobłażliwie: „Wiadomo, baba”, drwił z twojej kobiecości: „Co ty taka wściekła, okres ci się zbliża?”. Byłaś ,,grzeczna”, choć złość zaciskała ci szczęki. Nie robiłaś awantury – dla świętego spokoju, z lęku, że ludzie przestaną cię lubić. Brałaś odpowiedzialność za uczucia innych, bo dobrze pamiętałaś słowa matki: „Mamusi jest przykro, kiedy tak się zachowujesz”. Bo w naszej kulturze kobieta ma być ugodowa, a mężczyzna ma prawo walczyć o swoje. To fakt, ale nie tylko o to chodzi…

Pewnego dnia byłam z wnukiem na placu zabaw i zaobserwowałam taką oto sytuację. Mali chłopcy biegali po całym placu z plastikowymi pistoletami, szabelkami i inną bronią. Byli głośni i rozbrykani. Na środku placu, na trawniku siedziały dwie około pięcioletnie dziewczynki i grzecznie bawiły się lalkami. Mali panowie poczuli zew natury i zaczęli zaczepiać spokojne koleżanki; a to poszturchali szabelką, a to pociągnęli za włosy, sypnęli piaskiem, rzucili kamyk na kocyk. Dziewczynki długo nie reagowały. Jednak w pewnym momencie jedna z nich wolno podniosła się z ziemi, spokojnym gestem otrzepała spódniczkę, potem stanęła na szeroko rozstawionych nóżkach, wyprostowała się, wypięła brzuszek, uniosła głowę, chwyciła się pod boczki i wrzasnęła jak dzika. Chłopcy wymiękli. I ja też, bo była w tej małej kobietce prawdziwa moc. Wtedy zrozumiałam, że kobieca agresja jest tak potężna, że przeraża nas same. Przez lata ją tłumimy z lęku, że kiedy damy jej upust, świat może tego nie wytrzymać.

Nie gódź się na rolę ofiary

Marta przychodziła do mnie na sesje już od kilku tygodni. Zawsze siadała na brzegu fotela: pochylona, z zamkniętą klatką piersiową i nieruchomym brzuchem, zaciśniętymi kolanami, włosami opadającymi na smutną twarz, prawie nie oddychała. Smętnym głosem relacjonowała, co on, czyli jej partner, znowu jej zrobił. Coraz mniej uważnie słuchałam, bo od tygodni „robił jej” to samo: lekceważył, pojawiał się i znikał, kłamał, nie dotrzymywał obietnic, raczył niewybrednymi żartami. Jednym słowem – typ bierno-agresywny. Patrzyłam na jej bezradność i sama robiłam się coraz bardziej bezradna.

Na jednej z sesji poczułam w sobie narastającą złość: gorącą kulę w środku brzucha, która wolno przemieszczała się do góry. Czułam, że moja złość jest nie do zatrzymania, postanowiłam za nią pójść. Wstałam z fotela, wyprostowałam się, zacisnęłam pięści i podniesionym głosem powiedziałam: „Albo coś z tym zrobisz, albo pogódź się z rolą ofiary”. Marta popatrzyła na mnie przerażonym wzrokiem, potem powiedziała nieśmiało:

– Masz rację, nie chcę dłużej tak żyć. – Co chcesz zrobić? Powiesz mu, żeby tak cię nie traktował, odejdziesz od niego? – zapytałam. – Mam ochotę dać mu w twarz.

Na pustym fotelu położyłam poduszkę i powiedziałam: – To twój facet. Odpłać mu pięknym za nadobne. Pokaż, na co cię stać.

Agresja to sposób chronienia naszego życia. Jeśli ją bezustannie tłumisz, to tak, jakbyś odbierała sobie prawo do życia. Doświadczasz jej każdego dnia: kiedy ktoś bezczelnie wepchnie się przed tobą do kolejki, szef pominie cię przy awansie, kolega z pracy opowie ordynarny kawał, robotnik na ulicy zagwiżdże na twój widok… Nierozładowana, a jeszcze wcześniej – nieprzeżyta agresja zamraża się w ciele w postaci napięć, które zamieniają się w symptomy: bóle kręgosłupa, dolegliwości barku czy bioder, depresję lub stany lękowe.

Masz dwa wyjścia: możesz być grzeczną dziewczynką, która wędruje od lekarza do lekarza, kiedy ból lub cierpienie stają się zbyt silne, albo… od czasu do czasu być kobietą „bez klasy”.

Irena pojawiła się u mnie, kiedy odkryła, że mąż ją zdradza. Przyznał się, a ona zachowała się „z klasą”: nie krzyczała, nie wystawiła mu walizek za drzwi, nie zagroziła rozwodem, nawet nie płakała (wiadomo, mężczyźni nie lubią płaczących kobiet). Przyszła z krwawiącym sercem. Utulałyśmy je tygodniami. Czekałam, kiedy pojawi się złość. – On mnie nawet nie przeprosił, nie okazał skruchy, nie zapewnił, że kocha – powiedziała na jednej z sesji.

Milczałam, bo po raz pierwszy poczułam w niej moc, wiedziałam, że poprowadzi ją jej złość. Miałam rację. Pewnego dnia Irena postanowiła przestać być kobietą z klasą.

– Jesteś złamanym k…em! – wykrzyczała mężowi prosto w twarz. – Kiedy ja zajmowałam się twoją chorą matką, ty zabawiałeś się z jakąś zdzirą. Chcę, żebyś mi za to zapłacił – i wręczyła zdumionemu mężowi listę żądań: złoty zegarek, sfinansowanie zabiegu wybielania zębów w najdroższej klinice, wyjazd na Bali, o którym zawsze marzyła, ale nigdy nie doszedł do skutku. Łaskawie zgodziła się, by wybrał jedno z nich. Bolesne zranienie zawsze wymaga zadośćuczynienia sprawcy. Kobiety „bez klasy” doskonale o tym wiedzą.

Poczuj złość, a potem zdecyduj co z nią zrobić

Latami przyuczana do nieujawniania agresji, w końcu przestajesz ją czuć. Można cię ranić do woli, a ty jesteś niczym zamrożona, wchodzisz w rolę ofiary („jak on mógł mi to zrobić?”) albo reagujesz z opóźnieniem. Jeśli chcesz wyjść z tego schematu, najpierw musisz nauczyć się czuć swoją złość. Oto ćwiczenie, które może ci w tym pomóc:

Usiądź i spróbuj się odprężyć. Potem przypomnij sobie sytuację, która cię zezłościła. Wyświetl sobie ją przed oczami, z najdrobniejszymi szczegółami, tak jak film na ekranie. Teraz skoncentruj się na doznaniach w ciele: co czujesz w klatce piersiowej, co dzieje się w twoim brzuchu, czy zęby masz zaciśnięte, czy rozluźnione? Wybierz najsilniejsze doznanie. To właśnie w ten sposób twoje ciało odczuwa złość. Kiedy następnym razem je poczujesz, będziesz wiedziała, że to złość.

Kolejny krok to sporządzenie listy sytuacji, słów, zachowań, które najbardziej cię złoszczą. To może być niewybredny żart, pominięcie, zlekceważenie.

Kiedy już wiesz, co cię najbardziej złości, jak i gdzie w ciele czujesz złość, decyzja, co z tym zrobić, należy do ciebie. Jeśli postanowisz nie reagować, bo uznasz, że to ci się bardziej opłaca albo chcesz mieć święty spokój – masz do tego prawo. Kiedy zaś twoje ciało poczuje smak walki: huknij, tupnij, przeklnij i… przekonaj się, że świat z tego powodu nie przestanie istnieć. No i bądź z siebie dumna!

  1. Psychologia

Jak uleczyć zranione serce i żyć naprawdę – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Fot. iStock
Fot. iStock
Za finezyjną i elastyczną konstrukcją z żeber bije serce. Dzięki niemu jesteśmy skłonni do wzniosłych, wielkich i skomplikowanych uczuć oraz silnych wzruszeń. Kochamy poezję, zachwycamy się i współczujemy. Zdobywamy się na odwagę, bezinteresowność, wierność, troskę i tkliwość. Ale uwaga – nie wtedy gdy nasze serce jest zranione...

Czy serce ma naprawdę takie znaczenie, czy to tylko pogłos po romantycznym micie, że jest siedliskiem uczuć?
Precyzyjne pomiary fal elektromagnetycznych emitowanych przez różne organy ludzkiego ciała wykazują, że sygnał emitowany przez serce jest najsilniejszy. Silniejszy niż sygnał mózgu. Pewnie dlatego, gdy zapytamy ludzi, z jaką częścią ciała się najbardziej utożsamiają, to najczęściej kładą ręce na sercu. Tak więc również w subiektywnym odbiorze uznajemy serce za szczególny obszar ciała. To oczywiste, że jest niezmordowaną pompą krwi, od której zależy nasze życie. Ale ma inne, jeszcze ważniejsze, funkcje emocjonalne i symboliczne. Jest przecież organem miłości, współodczuwania i różnych wyższych uczuć, a co najważniejsze, siedliskiem ducha albo duszy, a inaczej mówiąc – miejscem, w którym to, co ludzkie, spotyka się z tym, co boskie. Stąd bierze się owa zasadnicza diagnoza dotycząca naszych ludzkich kwalifikacji, którą czasami możemy usłyszeć: „Ty nie masz Boga w sercu” albo: „Ty masz Boga w sercu”.

Mówimy także: „Miej serce i patrz w serce” , „to człowiek o wielkim sercu” albo „ona serce ma z lodu”. Czy to tylko metafory?
Formalnie rzecz biorąc, to są metafory, które widocznie najlepiej opisują różne właściwości i stany ludzkich serc. Wskazują też na to, że serce jest organem kontaktu z ludźmi i ze światem, zdolnym albo zjednoczyć nas z nimi, wprowadzić w stan komunii, albo odciąć od ludzi i od świata. W obu sytuacjach potrzebuje solidnej ochrony, więc jak największego skarbu broni go mocna i sprężysta klatka piersiowa. Ale to nie zranienia fizyczne zagrażają mu najbardziej, lecz emocjonalne. Te goją się trudniej i dłużej niż prawdziwe rany. Czujemy wówczas, że nasze serce pękło, że ktoś nam złamał serce, że niesiemy na sercu ciężar albo że ktoś nam zamroził serce lub że nasze serce się zatrzasnęło. Widać wyraźnie, że wszystkie te odczucia wskazują na negatywny stan naszych relacji z innymi i ze światem.

Mam wrażenie, że wielu ludzi, których spotykam, jest w którymś z tych negatywnych stanów serca.
Ja też mam takie wrażenie. Bo, niestety, wiele serc, myślę, że wręcz większość, zostało w jakiś sposób zranionych. Gdy lądujemy na tym świecie i nic nam nie dolega ani nie boli, to jesteśmy jednym wielkim, otwartym sercem. Sercem zachwyconym światem, każdym kwiatkiem, każdym zwierzątkiem, każdą pogodą, każdym – także złym – człowiekiem, jedzeniem i kupą, tym, co brudne, i tym, co czyste – wszystko jest wtedy jednym wielkim cudem. Lecz to niewinne, bezinteresownie kochające serce dziecka prędzej czy później zostaje zranione przez ludzi, których wcześniej uszkodzone serca nie potrafią ochronić i wzmocnić jego bezbrzeżnej miłości. Bo jej zazdroszczą albo nie czują się jej godni, albo z obawy o źle pojęte bezpieczeństwo dziecka czy z innych jeszcze powodów. W każdym razie gdy otwarte serce dziecka trafi do kręgu serc zranionych, to wcześniej czy później upodobni się do nich, zarazi się nieufnością, zawiścią, nienawiścią lub pogardą. Niestety, starsze poranione serca nie zawsze potrafią skorzystać z szansy uleczenia, jaką stwarza bliskość dziecięcego serca. I potrafią znacząco zmodyfikować rozwijającą się konstrukcję i sylwetkę jego ciała.

Kształt klatki piersiowej się zmienia, a ciało dziecka  próbuje obolałe serce ukryć w zagłębieniu skorupy pleców, które zwijają się i garbią. Zapada się klatka piersiowa, barki wysuwają się do przodu, pochyla się głowa. Ręce często krzyżują się na piersiach. Sylwetka sygnalizuje otoczeniu: „Mam zranione serce, boję się i bronię przed prawdopodobnym, kolejnym ciosem”.

Inni ludzie domyślają się tej postawy ciała, że oto spotkali zranione serce?
Tak, a jeśli są wrażliwi, empatyczni, to inaczej się do kogoś takiego odnoszą – łagodnie, wspierająco i z szacunkiem dla granic takiej osoby. Bo ona czuje się jak rekonwalescent po operacji serca. Obolałe serce pochłania całą energie i uwagę, której potem brakuje do otwartego kontaktowania się ze światem. W tej sytuacji najbezpieczniej jest się wycofać.

Wiele razy słyszałam od ludzi, którzy jak mi się wydaje, mieli skrzywdzone serce, że najlepiej czują się sami.
Tak, bo dla poranionych i upokorzonych samotność oznacza bezpieczeństwo, jest upragnionym wytchnieniem, za które – mimo ogromnej tęsknoty za ufną bliskością – chętnie płacą izolacją. Często serca tych ludzi są tak zalęknione, że boją się każdego spotkanego na swej drodze. Tylko jakieś inne serce zdolne do bezinteresownej i bezwarunkowej miłości potrafi taką osobę wyrwać z izolacji.

Boję się zapytać, ale czy serca zranione potrafią kochać?

Potencjalnie każde ludzkie serce potrafi kochać. Pod warunkiem że się nie boi. A miłość, jak wiadomo, to jazda bez trzymanki z sercem na wierzchu, co w życiu dorosłych – częściej niż w dzieciństwie – niesie ryzyko odrzucenia, zranienia, rozczarowania. Zranione serce, zanim zacznie dawać miłość, potrzebuje choć trochę jej dostać. Ukryty miłosny potencjał zranionego serca ujawnia się dopiero po jego otwarciu, a otwarcie wiąże się z ryzykiem, którego zranione serce się boi. Całkowicie zapomniało o naturalnej miłości i zachwycie, którymi obdarowywało świat przez pierwsze lata po swoich narodzinach. Dlatego dorosłe, zranione serce raczej bywa chciwe, zachłanne i zazdrosne, a nie kochające. Często jest nielojalne, bo dojmujący głód ciepła, bezpieczeństwa i miłości każe mu korzystać z każdej miłosnej okazji, jaka się nadarza. Tak więc dorosłe zranione serce z reguły bywa egoistyczne. Tak bardzo, że nie tworzy miłosnej, partnerskiej więzi z innymi ludźmi, jedynie wikła ich, uzależnia i wykorzystuje, aby w końcu bez skrupułów porzucić. Wiele złamanych serc najbezpieczniej czuje się w otoczeniu udomowionych zwierząt – szczególnie wiernych, cierpliwych, bezwarunkowo kochających psów, a także koni. Dla nich potrafi mieć nieskończone współczucie, miłość i empatię.

Wystarczy kochać zwierzaki, by nauczyć się kochać i czuć kochanym?
Nie wystarczy. Bo wówczas nieświadomie umieszczamy swoje zranione serce i swój ból w porzuconych, zdradzonych, skrzywdzonych zwierzakach. Skutecznie wówczas pozbywamy się własnego bólu. A w konsekwencji, poświęcając się bez reszty zwierzętom, nie dostrzegamy już potrzeby zajęcia się własnymi problemami i iluzjami. W dodatku nasz lęk przed kochaniem ludzi fałszywie i wygodnie uzasadniamy ich niską wartością. Przekonujemy samych siebie, że nie są warci naszej miłości, że są z gruntu źli. W tej sytuacji miłość innych ludzi też niewiele dla nas znaczy. To znany mechanizm obrzydzania sobie tego, co upragnione, ale niedostępne. Tak rozmyślając, nieświadomie nadal będziemy żywić fałszywe przekonanie, że nie zasłużyliśmy na miłość rodziców, co wyklucza możliwość nasycenia się jakąkolwiek miłością – także tą zwierzęcą. Wprawdzie wpatrzone w nas zwierzaki mogą wtedy koić nasz ból, ale go nie uleczą. Bo ich oddanie i uzależnienie uśmierzają tylko nasze objawy, więc nie sięgają do przyczyny bólu, a co gorsza, ją kamuflują. Z drugiej strony – nie ma nic złego w tym, że chcemy sobie przynieść ulgę w bólu. Jeśli w relacjach ze zwierzętami zachowamy stosowny umiar, to ich miłość i dobre wibracje mogą wiele dobrego zrobić dla naszych serc. Jednak gdy na tym poprzestaniemy, to grozi nam uzależnienie od uśmierzającej substancji i z czasem pozostanie nam tylko zwiększanie dawek zwierzęcej miłości i dalsze oddalanie się od ludzi.

Jak więc zająć się zranionym sercem w przyczynowy sposób?
Z wolna rezygnować ze strategii skorupiaka, który chroni swoje bezbronne ciała w głębi muszli czy pancerza. Ale skorupiak nie ma innego wyjścia, bo nie posiada wewnętrznego szkieletu, który tak bardzo zadecydował o ewolucyjnej przewadze kręgowców. Dla skorupiaków pancerz czy muszla są nie tylko tarczą i obroną, ale także zewnętrznym szkieletem. A ów ma tę wadę, że oddziela od świata i utrudnia poruszanie się, lecz stanowi jednak jakiś punkt zaczepienia dla mięśni. No i daje schronienie. Na szczęście my, ludzie, mamy inną możliwość. Jesteśmy kręgowcami, mamy wewnętrzny szkielet, którego niezastąpioną osią jest kręgosłup. Jak wiemy, mocny i sprawny kręgosłup w wymiarze mentalnym to poczucie godności i moralny kompas. Stąd prosty wniosek: aby właściciele zranionych serc porzucili strategię skorupiaka, muszą wpierw odzyskać swoją uszkodzoną wewnętrzną konstrukcję, szkielet i kręgosłup. Z punktu widzenia psychologicznej pracy z ciałem nie wolno otwierać komuś zatrzaśniętego serca, dopóki nie zbuduje podstawowego oparcia w sobie. Bo serce, aby się otworzyć, potrzebuje poczuć się bezpiecznie. Wewnętrzne, autogenne i autonomiczne oparcie dla serca budujemy, oczywiście, od dołu. Najpierw wzmacniamy stopy, nogi i biodra. Potem kręgosłup, po drodze wzmacniając brzuch. A na końcu ręce, które powinny być na tyle silne i sprawne, by móc odepchnąć agresora i obronić serce. Wtedy czas na umysł, który musi przynajmniej przypuścić, że rodzice nie kochali, bo nie potrafili, a nie dlatego, że z nami było coś nie tak. I dopiero wtedy serce odważy się wychynąć spod skorupy zgarbionych pleców i zacznie z wolna, ostrożnie rozkwitać.

Są jednak ludzie bardzo mocni i sprawni, którzy mają serca zatrzaśnięte, pełne złości?
To ci, którzy jako skorupy używają swojej muskulatury. Otulają zranione serca warstwami nadmiernie rozbudowanych mięśni i nastawiają się na czynną jego obronę, na walkę. W przeciwieństwie do wycofanych ich obroną jest agresja.

Dlaczego ich serca nie otwierają się?
Mają tylko potężne mięśniowe pancerze, ale nie mają poczucia oparcia w sobie. A co gorsza, przywykli do satysfakcji, jakiej dostarcza im ich pancerz mięśniowy, gdy za jego pomocą straszą, podporządkowują lub atakują niewinnych ludzi w imię obsesyjnej potrzeby zemsty za to, co ich niegdyś spotkało. Oni też boją się sięgnąć do źródła zranienia. Bo wprawdzie mają dużo siły, ale brakuje im samoświadomości. Gdy w środku coś boli, to łatwiej i bezpieczniej koncentrować się na zewnętrznej zbroi i wypierać trudne uczucia oraz potrzebę ciepłego, ufnego i bliskiego kontaktu z ludźmi. Wielka trudność w tym, że aby się na to wszystko otworzyć, trzeba jednocześnie otworzyć się na rozpacz, która wydaje się bezdenna. Ale tylko przeżycie tamtej, prawie zapomnianej, rozpaczy zranionego dziecka może otworzyć zatrzaśnięte serce na miłość.

W jaki sposób rozpacz może otworzyć na miłość? Czy nie można konfrontacji z rozpaczą ominąć?
Przykro mi, ale nie możemy. Chcesz otworzyć zatrzaśnięte, zlodowaciałe serce, to musisz przeżyć rozpacz, która zmusiła cię do tego, by je zamrozić, bo inaczej zabiłby cię ból. Teraz dopiero jako dorosła osoba możesz to w sobie pomieścić. Dasz radę. Uczciwe duchowe poszukiwania też cię tam zaprowadzą, pod warunkiem że unikniesz pokusy egzaltacji, wywyższania się lub ucieczki w wewnętrzną, martwą ciszę. Duchowe zderzenie z rozpaczą ma z reguły wymiar ponad-osobisty, co nie znaczy łatwiejszy – wręcz przeciwnie, znacznie trudniejszy. To tak jakby nasze serce przeżywało rozpacz wszystkich ludzi, którzy się kiedykolwiek narodzili na tym świecie. Wtedy serce otwiera się na miłość i współczucie w jeszcze głębszy, trudny do opisania sposób.

Czyli rozwój duchowy też jest drogą, by otworzyć serce?
Tylko jeśli nie jesteśmy nastawieni na obronę status quo. A, niestety, wielu takich jest wśród wyznawców każdej religii. Na naszym polskim podwórku najłatwiej zaobserwować to wśród katolików. Mimo że Jezus jest prorokiem otwartego serca, to wielu jego gorących wyznawców używa Go jako tarczy i oręża przeciwko innym ludziom, których nienawidzi i którymi pogardza. To zjawisko ma mniejszy zasięg, gdy duchowi wędrowcy mają od czasu do czasu bezpośredni kontakt z kompetentnym nauczycielem, który potrafi adepta uchronić przed zbłądzeniem na duchowe manowce.

To może na koniec: istnieją jakieś ćwiczenia dla serca?
Śpiewać, dużo śpiewać. Śpiew otwiera serce. Gdy jesteśmy szczęśliwi, to przecież aż się nam chce śpiewać. Trudniej wydobyć z siebie głos, kiedy czujemy się źle. Wtedy jednak tym bardziej warto zadać sobie pytanie, jaki dźwięk moje serce chciałoby z siebie wydobyć. I próbować go zaśpiewać, zanucić, zamruczeć czy zajęczeć. Szukajmy takiego dźwięku i melodii, które okażą się głosem naszego serca tu i teraz. Jeśli w ślad za tym śpiewem podążą nasze emocje, to bardzo dobrze. Wyraźmy je głośno i do końca. Nagrodą będzie ogromna ulga i bardziej otwarte serce.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Frustracja, cierpienie, rozczarowanie - jak wyzwolić umysł z własnych pułapek?

Jak przestać toczyć batalie w swojej głowie i odzyskać spokój? (fot. iStock)
Jak przestać toczyć batalie w swojej głowie i odzyskać spokój? (fot. iStock)
W życiu ciągle zabiegamy o pewne rzeczy, a jak się nie udaje, przeżywamy rozczarowanie. Tak działa uwarunkowany umysł. Czy można go okiełznać? Tak! Wystarczy pozwolić rzeczom, by były, jakie są.

Jak wiadomo, jedną z gier, w jakie gramy w życiu, jest poszukiwanie przyjemności i unikanie cierpienia. Temu podporządkowane jest nasze codzienne działanie, stąd biorą się też wszystkie etykietki, czarne–białe, dobre–złe. Umysł „staje na głowie”, żeby przeprowadzić nas możliwie najbezpieczniej przez teren oznaczony zasadniczo dwoma znaczkami: plusem i minusem. Codziennie zbieramy punkty, sumujemy. I albo oddychamy z ulgą, albo cierpimy i szukamy sposobu, jak rozwiązać problem (czyli znów główkujemy). Czasem przypominamy sobie o filozofii stoickiej albo o szkołach wschodnich, o zen. Ale na ile podobne podejście może się sprawdzić dzisiaj?

Tak naprawdę stan, w którym nie pożądamy, nie unikamy i nie walczymy, to przekroczenie ego, czyli... oświecenie. Człowiek Zachodu czuje się z tym pojęciem nieco niezręcznie – kojarzy mu się ono z odosobnieniem w jaskini, lewitacją... Całkowitym oderwaniem od życia, ziemskich spraw. A chodzi „po prostu” o niedualną (nieuwarunkowaną) świadomość. O stan czystej obecności. Wyzwolenia. Filozof Peter Fenner nazywa ten stan „promieniującym umysłem” .

Umysł, który stara się za bardzo

Fenner to człowiek Zachodu, który uwierzył, że wschodnią mądrość można praktykować na co dzień. Przekroczyć podziały umysłu, porzucić jego batalie. Jako doktor filozofii wykładał na uniwersytetach w Australii i USA. Sporo czasu spędził w Nepalu i w Indiach – poznał tamtejszych lamów, studiował zen, został nawet mnichem. Ale po paru latach zwrócił ślubowania, by zgłębiać zachodnie metody leczenia, psychoterapię. Dlatego stworzony przez niego kurs „Promieniującego umysłu” opiera się zarówno na wschodniej duchowości, jak i zachodniej psychologii. Fenner jest przekonany, że stan niedualnej świadomości dostępny jest każdemu. Że dzięki uważności, obecności możemy demaskować i rozmontowywać źródła naszych frustracji i cierpień. Jego zdaniem nieuwarunkowana świadomość jest ostatecznym celem wszelkich ludzkich dążeń. Nawet jeśli sami ludzie o tym nie wiedzą...

Wszyscy chcemy osiągnąć stan, w którym nasze potrzeby będą zaspokojone. Dlatego uwarunkowany umysł wciąż podejmuje wyzwania, prze do przodu. Ponagla, strofuje. Wyszukuje sposoby, żeby osiągnąć kolejne niezbędne do szczęścia rzeczy. W stanie niedualnej świadomości mamy wszystko. Czujemy się spełnieni z tym, co jest. Chodzi więc o to, by zaufać życiu. Uwierzyć, że wszystko, czego potrzebujemy, jest dostępne już dziś!

Stan niedualnej świadomości nie jest czymś, o co musimy zabiegać – możemy się w nim znaleźć w każdej chwili. O ile ominiemy przeszkody, jakie nas od niego oddzielają.

Jedną z nich jest przywiązanie do cierpienia. Do historii pełnych skarg, obwiniania, użalania się. Przywiązujemy się też do sztywnych scenariuszy i cierpimy, że coś poszło nie po naszej myśli. Kiedy pojawia się sytuacja, którą uznajemy za problematyczną, zaczynamy walczyć. A kiedy pole oczyszcza się i nie mamy żadnych problemów, zaczynamy czuć się nieswojo – jakby ktoś pozbawił nas celu, kierunku. Nawet brak problemów potrafimy więc uznać za problem! Dobrze, nie my – uwarunkowany umysł.

W doświadczaniu nieuwarunkowanej świadomości przeszkadza nam też nawykowa potrzeba aktywności. Wciąż działamy, tworzymy projekty, planujemy czas, a – kiedy nie uda nam się wypełnić go po brzegi – „zabijamy” go. Oglądając jakąś telewizyjną papkę albo przynajmniej bazgrząc coś na kartce. Za punkt honoru stawiamy sobie bycie zajętym. Im ktoś bardziej zajęty, tym ważniejszy... Zachodnia kultura nie akceptuje zwykłego bycia – zrelaksowanego, bezproduktywnego spełnienia. A gdyby tak przyjąć, że żaden wysiłek nie jest potrzebny? Że na ten moment rzeczy mają taki kształt, a nie inny, i już?

Od niedualnej świadomości oddziela nas też potrzeba nazywania, precyzowania, nadawania wszystkiemu sensu. Określania tego, kim jesteśmy, do czego zmierzamy. Jakie mamy stanowisko w tej czy innej sprawie. Nie znosimy niewiadomych, musimy wiedzieć – najlepiej natychmiast! Odrzucamy to, co brytyjski filozof Alan Watts nazwał „mądrością niewiedzy”. Jak wydostać się z tego matriksa? Zacznij od tego, że będziesz obserwować niestrudzone wysiłki umysłu. Jego gry. Jaką potrzebę odczuwasz najsilniej? Zrozumienia? Działania? Planowania? Dlaczego to takie ważne?

Samo siedzenie zamiast medytacji?

Prosty przykład: medytacja. Nie każdy się do tego przyzna, ale zwykle praktykowanie medytacji jest dla nas źródłem... wielu frustracji. Chcemy zastosować się do wszystkich zaleceń: prosty kręgosłup, koncentracja na oddechu, wyznaczony czas bez myśli (chyba że uda się je obserwować), absolutna cisza... Podchodzimy do sprawy z pozycji umysłu – czyli zadaniowo – spinamy się, oceniamy swoje postępy. Mamy pretensje do siebie (i do świata). „Za dużo myślę! Nie byłam obecna! Zgarbiłam się i energia nie mogła przepływać swobodnie przez kręgosłup! Zgubiłam się w liczeniu oddechów! Mąż wszedł do pokoju, chociaż prosiłam, żeby nikt mi nie przeszkadzał! Pies zaszczekał!”.

Fenner nazywa to „konwersacją o medytacji”. I uspokaja: „Nie można dobrze albo źle medytować”! Praktyka, którą proponuje, to „samo siedzenie”. Samo siedzenie jest bardzo proste i (wbrew nazwie) niekoniecznie musi się odbywać na siedząco. Na czym więc polega? Na odcięciu się od bodźców zewnętrznych (telewizja, książka, komputer, towarzystwo), przyjęciu względnie nieruchomej pozycji, pozostawaniu w ciszy i byciu świadomym. I tak codziennie, przez około 20 minut. W tym czasie możesz siedzieć na podłodze, kanapie, poduszce. Albo leżeć. Jeśli ci niewygodnie, możesz się poruszyć – byle nie wstawać i nie chodzić. Oczy mogą pozostawać zamknięte, chyba że wolisz je otworzyć. Mantra? Liczenie oddechu? Jak chcesz. Rozproszysz się? W porządku. Cieszy cię ta sesja? Ciesz się nią! Złościsz się? Nudzisz? OK. „Myśl, co myślisz, odczuwaj, co odczuwasz, doświadczaj tego, czego doświadczasz” – mówi Fenner. Zadbaj tylko o spokojne miejsce, nastaw budzik, żeby nie musieć pilnować czasu. Ale jeśli chcesz skrócić czas siedzenia czy wprowadzić jakieś modyfikacje (muzyka relaksacyjna, kontakt z naturą), czuj się swobodnie.

Cel? Hm, tak naprawdę niedualne podejście nie zakłada celów. Ale dobrze – przyjmijmy, że praktyka siedzenia prowadzi do spowolnienia. To okazja, żeby dostrzec chociażby, że rzeczy, które „koniecznie musimy zrobić”, mogą poczekać. Może nawet wcale nie są takie ważne? Fenner przyznaje, że chodzi tu o coś więcej: zrozumienie, że żadna praktyka nie jest konieczna, że każdą chwilę i sytuację możemy kontemplować, otwierać się na nią. „Promieniujący umysł” to w pewnym sensie propozycja drogi na skróty. Niemal wszystkie systemy rozwoju sugerują potrzebę zmiany. Przyjmujemy, że to, co mamy i czym jesteśmy, „to nie jest to” i podejmujemy trud stania się kimś innym. Po to, by w którymś momencie przekonać się, że wcale nie musimy... To paradoks, ale ponoć każdy poszukujący wcześniej czy później się z nim styka: praktyka pokazuje nam, że nie potrzebujemy żadnej praktyki. Tyle że bez niej byśmy tego nie odkryli! Jeśli zdecydujesz się na samo siedzenie, możesz sprawdzić po jakimś czasie, jak wygląda twoja „konwersacja”. Czy myślisz: „To przyjemne”? „To działa”? A może: „To nudne”, „Ile jeszcze czasu zostało”? Nie osądzaj – to tylko myśli.

A gdyby tak odpuścić?

Ważne miejsce w praktyce „Promieniującego umysłu” zajmuje nieingerowanie. Przytłacza cię jakaś sytuacja, zalewają emocje? Zamiast szukać natychmiastowej transformacji, oczyszczenia, pozwól rzeczom być takimi, jakie są. Nie osądzaj, nie komentuj, nie zmieniaj. Może okaże się, że skłębione emocje czy kompulsywne myśli rozproszą się szybciej, niż gdybyśmy w nie ingerowali. To jakbyśmy stworzyli przestrzeń wokół problemu – po to, by mógł rozwinąć się i rozpuścić na własny sposób. Dla naszych zachodnich umysłów to nie lada wyzwanie... Tymczasem – zamiast analizować dane, mnożyć byty, wywierać presję – może warto poczekać, aż doświadczenie samo się wyklaruje. Wstrzymać się z działaniami do czasu, aż pojawi się wyraźny kierunek.

Fenner tłumaczy, że za każdym cierpieniem ukrywa się opór.

Albo opieramy się przeciw temu, co się wydarza, albo przeciw utracie tego.
Kiedy odkryjemy, na czym polega ten opór i odpuszczamy go, stajemy się wolni. Sprawdź, jak działa nierobienie niczego – zachęca autor „Promieniującego umysłu”. Zrób ćwiczenie: jeśli pojawi się w twoim życiu jakiś problem, nie podejmuj walki, konfrontacji. Nie unikaj go, nie uciekaj, ale nie próbuj też manipulować tym doświadczeniem, zmieniać go. Prawdopodobnie samo się zmieni.

Proponuje też, by obserwować własne fiksacje, czyli przywiązania, awersje, ustalone poglądy. Albo po prostu powtarzające się myśli. Kiedy jesteśmy zafiksowani, skupiamy naszą energię (umysłową, emocjonalną i fizyczną) na jednej interpretacji. Oczywiście, w niedualnym podejściu fiksacje nie są niczym złym. Ale bezstronna obserwacja pomaga im się rozpuścić. Wystarczy obserwować, co nas przyciąga, a co odrzuca. Co opowiadamy sami sobie na temat danego doświadczenia. Jaki wzorzec kryje się pod tymi opowieściami, myślami, reakcjami. Perfekcjonizm? Niezdecydowanie? Koncentrowanie się na tym, co negatywne? Rozdrabnianie się? Dramatyzowanie? Fenner demaskuje różne wzorce, podając usprawiedliwienia, jakich zwykliśmy używać, żeby się ich trzymać. Osoba niezdecydowana na przykład uważa się za ostrożną, rozdrabniająca się twierdzi, że sprawdza wiele możliwości, dramatyzująca – że przynajmniej się nie nudzi („Czuję, że żyję”). A wszystkie wzorce nakręca ten sam mechanizm, który autor nazywa „to nie jest to” („nie podoba mi się, nie tak to miało wyglądać”). Obserwując swoje reakcje, możemy odkryć, co robimy z doświadczeniem, jak próbujemy je zminimalizować albo zintensyfikować, przyspieszyć albo odsunąć. Jak działa nasz autopilot. Nie potrzeba tu jakichś pogłębionych badań, studiów. Wystarczy zatrzymać się na chwilę, kiedy czujemy, że któryś ze wzorców jest aktywny, i zadać sobie proste pytanie: „Co ja robię?”. Narzekam? Oskarżam? Lituję się? Dzięki takiej demaskacji stajemy się bardziej bezstronni, zyskujemy dystans do własnych problemów. Przestajemy się z nimi utożsamiać.

Rozpuścić opór, który swarza napięcia

Trudno znaleźć człowieka, który przeżyłby życie, nie negując otaczającej go rzeczywistości. Tak naprawdę trudno przeżyć jeden dzień bez takich myśli, odczuć. Odrzucamy korki na drodze, zachowania polityków, pogodę, jakość produktów w sklepie albo ich brak, głośną muzykę w restauracji... Wciąż coś zakłóca nasz spokój. Więc negujemy to, wyczerpując naszą energię. Angażujemy ją w bitwę, która z góry skazana jest na przegraną. – To tak, jakbyśmy wciąż żyli fantazją, że jest jakieś lepsze miejsce, w którym powinniśmy być – mówi Peter Fenner. Stawia sprawę jasno: „Źródło cierpienia nie leży w okolicznościach życia, ale w sprzeciwie”. Kiedy opieramy się życiu, stwarzamy napięcia, stres, ból.

Jaką postawę możemy więc przyjąć wobec problemów? Uznać, że są. Nie robić problemu z problemów. Nie szukać winnych (rodzice, szef, Bóg), nie robić uników. Zamiast pytać „dlaczego ja?” albo wmawiać sobie, że to nie powinno się wydarzyć, możemy przyznać: „Tak, mam problem, co mogę z tym zrobić?”. Albo sprawdzić: „Czy muszę coś z tym zrobić?”.

Oczywiście, nieingerowanie, o którym była mowa wcześniej, nie oznacza, że – cokolwiek się dzieje – mamy siedzieć z założonymi rękoma. Nieuwarunkowana świadomość nie jest jakąś próżnią czy czarną dziurą, w której tkwimy biernie, niezainteresowani ziemską egzystencją. Postawa kontemplacyjna to nie wycofanie czy znieruchomienie! Rzecz w tym, że w stanie nieuwarunkowanej świadomości nasze zachowania przestają być nawykowe. Opór rozpuszcza się, nasz wewnętrzny spokój obejmuje również trudne doświadczenie. Wzrasta umiejętność przeżywania wszystkich zdarzeń bez strachu czy sięgania po zachowania ucieczkowe (nałogi). Przestajemy walczyć, stajemy się bardziej tolerancyjni i akceptujący. Zauważamy myśli, które próbują nas ostrzec (przestraszyć!) albo pchnąć do zdobywania czegoś, bez czego nasze życie podobno nie jest pełne. I odkrywamy, że w danej chwili niczego nam nie brakuje.