1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zmysł piękna – na czym polega? Wyjaśnia prof. Piotr Przybysz, filozof i kognitywista

Zmysł piękna – na czym polega? Wyjaśnia prof. Piotr Przybysz, filozof i kognitywista

Gdyby instynkt piękna i samo piękno nieodwracalnie zmieniało się w czasie, to nie wracalibyśmy z takim upodobaniem do sztuki dawnych epok. (Fot. iStock)
Obcowanie ze sztuką prowadzi do pobudzenia tzw. układu nagrody w mózgu. Tyle że ten sam efekt może wywołać seks, a u niektórych także…równanie matematyczne. Na czym zatem polega zmysł piękna? Wyjaśnia prof. Piotr Przybysz, filozof i kognitywista z UAM.

Od starożytności toczy się spór o to, czy reguły matematyczne są odkrywane czy tworzone przez samych matematyków. A jak to jest z pięknem i jego zasadami: są odkrywane czy tworzone?
Analogia między matematyką a estetyką jest tu całkiem zasadna. W przypadku matematyki argument za tym, że jej prawdy są odkrywane, stanowi na przykład to, że otaczająca nas przyroda jest dyskretnie przeniknięta matematyką – co tłumaczy, dlaczego tak dobrze daje się ona opisać za pomocą liczb, równań czy praw geometrii. Jeśli zaś chodzi o piękno, to trochę analogicznie można przyjąć, że nawet gdyby nie było artystów i dzieł sztuki, to nasz zmysł piękna byłby i tak pobudzany w zetknięciu z obiektami naturalnie pięknymi, takimi jak malowniczy krajobraz, samotne drzewo wyrastające wprost ze skały czy ludzka twarz. Pojawienie się artystów i ich dzieł sztuki sprawiło jedynie, że człowiek mógł odtąd zaspokajać swój głód piękna niezależnie od kaprysów przyrody; mógł zamówić swój portret u artysty czy pójść na koncert. Sztuka stała się dostępna na wyciągnięcie ręki. Dzięki artystom i rzemieślnikom obdarzonym zmysłem estetycznym udało się niejako przenieść piękno ze świata naturalnego do świata społecznego i świata wytworów technologicznych, dzięki czemu dziś jesteśmy w stanie podziwiać niektóre marki samochodów lub nowe modele smartfonów za ich wartości estetyczne. Niemniej wydaje się, że sam zmysł piękna wyrósł z całkiem naturalnej potrzeby.

Skąd jednak bierze się ta potrzeba? To uniwersalne zjawisko czy powstaje w procesie socjalizacji? Semir Zeki, jeden z pionierów neuroestetyki, mówi o czysto biologicznym, związanym z prokreacją źródle, z kolei Abraham Maslow, twórca hierarchii potrzeb, umieszcza potrzeby estetyczne na samym szczycie swojej piramidy.
Te dwie opcje wzajemnie się nie wykluczają. Sądzę, że „zmysł” czy „instynkt” piękna wyrasta z podłoża biologicznego. Musi taki być, bo zainteresowanie sztuką – m.in. zdobieniami, piękną biżuterią, malowaniem ciała czy tańcem – pojawiło się we wszystkich znanych nam kulturach i cywilizacjach, a więc jego korzenie muszą tkwić w odległej prehistorii ludzkiego gatunku. Nasz pociąg do sztuki jest więc prawdopodobnie jednym z tzw. biologicznych uniwersaliów, czyli cechą, której pojawienie się zawdzięczamy działającej w długim czasie ewolucji biologicznej. I w tym punkcie zgodziłbym się z Semirem Zekim.

Z drugiej jednak strony wiadomo, że występują o wiele silniejsze instynkty biologiczne niż instynkt sztuki, jak na przykład instynkt przetrwania, zaspokojenia głodu czy unikania niebezpieczeństwa. Aby chciało nam się uprawiać czy podziwiać sztukę, musimy najpierw czuć się bezpieczni, być najedzeni oraz mieć wolny czas. I w tym sensie rację ma Maslow, według którego potrzeby estetyczne są ważne, ale nieco ekskluzywne, bo nadbudowane nad bardziej pierwotnymi potrzebami. Obcowanie z pięknem wpływa więc w jakiejś mierze na jakość naszego życia, ale nie zależy od niego bezpośrednio nasze przetrwanie.

Skoro wpływa na jakość życia, to znaczy, że oddziałuje na nasz umysł. Czy piękno zmienia biochemię mózgu?
Jakiś czas temu badaczom udało się przynajmniej w kilku eksperymentach potwierdzić hipotezę, że obcowanie ze sztuką może pobudzać tzw. mózgowy układ nagrody. Jest to związane z tym, że sztuka wywołuje w większości przypadków pozytywne emocje, odpręża czy daje poczucie zadowolenia. W eksperymentach naukowcy rejestrują na przykład większą niż zwykle aktywność jądra półleżącego (wchodzącego w skład układu nagrody) podczas oglądania obrazów, a jeszcze częściej – przy słuchaniu muzyki. Jednak pobudzenie tych ośrodków towarzyszy również wielu innym przyjemnościom, jak choćby jedzeniu czekolady czy uprawianiu seksu. Jak zatem efektywnie odróżnić przyjemności związane z przeżyciami estetycznymi od bardziej codziennych przyjemnych doświadczeń? Niektórzy z badaczy przyjmują, że poczuciu piękna estetycznego towarzyszy dodatkowo dyskretna ocena estetyczna. Inni uznają, że istotą poczucia piękna jest „bezinteresowne podobanie się”. Uwzględnienie tych trudnych do pomiaru czynników znacznie jednak komplikuje odpowiedź na pytanie, jak zachowuje się wtedy nasz mózg.

Czyli wracamy do tego, że o gustach się nie dyskutuje – nie to jest piękne, co piękne, lecz co się komu podoba lub co jest przyjemne. Czy to podobanie się i przyjemność muszą więc iść w parze z pięknem?
To złożona sprawa. Wśród naukowców zajmujących się empirycznymi badaniami nad sztuką występuje silna pokusa, aby piękno redukować na przykład do poczucia przyjemności albo do podobania się. Intencja, która stoi za tym redukcjonizmem, jest dość zrozumiała: takie poczucie przyjemności lub podobanie się łatwiej badać eksperymentalnie niż dość ulotne poczucie piękna. Sądzę jednak, że poczucie piękna jest czymś bardziej skomplikowanym i polega na połączeniu trzech składników: emocji estetycznej, oceniania estetycznego oraz zmysłowego doświadczenia przedmiotu estetycznego, na przykład obrazu czy melodii. Jednak tak złożone doświadczenie estetyczne pozostaje nieuchwytne i wymyka się dość skutecznie poznaniu naukowemu.

Czy warto więc w ogóle prowadzić neuroestetyczne i psychologiczne badania nad pięknem?
Takie badania są bardzo potrzebne! Dzięki nim dowiedzieliśmy się bardzo wiele o aktywności mózgu towarzyszącej różnym formom obcowania ze sztuką. Wiemy choćby, jak informacja o obrazie czy rzeźbie – na przykład o ich barwie czy kształcie – jest przetwarzana na kolejnych etapach drogi wzrokowej. Wiedza o działaniu mózgu jest też bardzo potrzebna do zrozumienia natury emocji estetycznych, takich jak podziw bądź zachwyt, które różnią się od emocji dnia codziennego, takich jak radość czy strach. Trzeba się jednak pogodzić z tym, że badania eksperymentalne dostarczają jedynie cząstkowych, niepełnych odpowiedzi na pytania o naturę piękna, kontemplacji i tworzenia sztuki.

Zauważyłam, że neuroestetycy skupiają się przede wszystkim na bodźcach wzrokowych. Czy to znaczy, że to jedyna droga doświadczania piękna przez mózg?
To skoncentrowanie na zmyśle wzroku wynika bardziej z podziału pracy wśród badaczy zajmujących się mózgiem estetycznym. Faktycznie, neuroestetyka w swoim głównym nurcie – zapoczątkowanym przez takich badaczy jak neurofizjolog Semir Zeki czy neuropsycholog Vilayanur Ramachandran – zajmuje się badaniem reakcji mózgu na dzieła sztuki wizualnej. Z drugiej jednak strony istnieje osobny obszar intensywnie prowadzonych badań nad „zasłuchanym mózgiem”. Tego dotyczy wydana również po polsku popularnonaukowa książka Daniela Lewitina, o takim właśnie tytule – „Zasłuchany mózg. Co się dzieje w głowie, gdy słuchasz muzyki”.

Czy zatem piękno doświadczane podczas oglądania obrazu i piękno odczuwane podczas słuchania muzyki jest tym samym rodzajem piękna?
Musimy pamiętać o zasadniczej różnicy pomiędzy malarstwem a muzyką. Obraz może oddawać relacje przestrzenne i kształt przedmiotów, natomiast trudno jest na nim przedstawić relacje czasowe zachodzące w świecie. Dokładnie odwrotnie jest z muzyką, w której trudno zobrazować stosunki przestrzenne i przedmioty materialne. Z kolei muzyka doskonale radzi sobie z opisywaniem relacji czasowych i formalnych oraz potrafi odzwierciedlić narastanie czy opadanie emocji, na przykład smutku czy radości. Dlatego słynny XIX-wieczny teoretyk muzyki Eduard Hanslick był zdania, że piękno muzyczne jest specyficzne i różne od piękna sztuk wizualnych.

Nie brak jednak badaczy, którzy uważają, że piękno jest uniwersalne. Wspomniany już Semir Zeki przeprowadził szereg eksperymentów mających dowieść, że podczas oglądania pięknych obrazów, słuchania pięknej muzyki, a nawet wtedy, gdy matematyk analizuje eleganckie wzory matematyczne – w mózgach pobudzają się podobne obszary. Inaczej mówiąc: niezależnie od tego, czy informacja o estetycznym obiekcie dociera do nas za pośrednictwem wzroku, słuchu, czy jest wynikiem pracy intelektu – odczucie piękna jest takie samo.

Czy potrzeba piękna jest niezmienna, czy też ewoluuje w czasie?
Moim zdaniem instynkt piękna jest dość stały, stabilny. Nie zmienił się przez wiele tysięcy lat, choć z drugiej strony zmieniła się w tym czasie bardzo radykalnie sama sztuka, co łatwo zauważyć, obserwując choćby różnice pokoleniowe i to, jak przeobrażają się gusta ludzi oraz mody w poszczególnych epokach historycznych.

Dobrym argumentem za trwałością instynktu piękna i stabilnością samej kategorii piękna jest taki, który nazywam „argumentem z estetycznych podróży w czasie”. Rzecz w tym, że gdyby instynkt piękna i samo piękno nieodwracalnie zmieniały się w czasie, to nie wracalibyśmy z takim upodobaniem do sztuki dawnych epok. Po prostu byłaby ona dla nas niezrozumiała. Tymczasem potrafimy zachwycać się gotyckimi katedrami czy muzyką Bacha – człowiek żyjący w naszych czasach nie ma większego kłopotu z rozpoznaniem niezwykłego piękna kantaty „Actus Tragicus” skomponowanej przez niego na początku XVIII wieku. Upływ ponad 300 lat nie stanowi tu przeszkody. A zatem musi być coś uniwersalnego w muzyce Bacha, dzięki czemu ona do nas ciągle przemawia, choć w międzyczasie zmieniły się wielokrotnie style, mody muzyczne, jak również upodobania ludzi.

Kiedy patrzę na różne sklepienia, malunki, mozaiki na dużych wysokościach, zastanawiam się, po co ten cały wysiłek. Dziś możemy podziwiać szczegóły dzięki dronom lub aparatom z obiektywami, ale przecież kilkaset lat temu nie było to możliwe, nie było nawet odpowiedniego oświetlenia. Poza twórcą nikt nie był w stanie dojrzeć tego piękna.
Mieszkałem przez parę tygodni w jednym z miast w południowych Niemczech, w budynku, który liczył sobie kilkaset lat. Śniadania i obiady jadało się tam w dużej sali na pierwszym piętrze, skąd widać było na gzymsie małe figurki i inne zdobienia, które były zupełnie niewidoczne z poziomu ulicy. Ten przykład pokazuje, że tradycyjna architektura brała pod uwagę więcej punktów obserwacji (na przykład kogoś, kto siedzi w oknie i stamtąd spogląda na ulicę) niż tworzona dla masowego, uśrednionego i zabieganego odbiorcy obecna architektura, która uwzględnia zasadniczo punkt widzenia statystycznego użytkownika oglądającego budynek z poziomu chodnika. Uświadamia też, jak wielką wagę rzemieślnicy i artyści sprzed lat przywiązywali do szczegółów i detali, które może nie były funkcjonalne, a jedynie zdobiły przestrzeń, czyniąc ją ciekawą i pełną symbolicznej treści.

Psychologia zna zasadę hedonistycznej adaptacji, czyli zobojętnienia na rzeczy wcześniej dla nas wartościowe. Czy piękno także może się znudzić? Czy wprost przeciwnie – przyzwyczajamy się do niego do tego stopnia, że szpetota staje się z czasem nie do zniesienia?
Osobiście jestem przekonany, że zachodzi ta druga sytuacja i autentyczne piękno wymyka się pułapce adaptacji i przyzwyczajenia. Lubimy otaczać się pięknymi rzeczami. Wielokrotnie wracamy do ulubionych utworów, oglądamy po kilka razy te same filmy – i te powroty są zwykle przyjemne. Nucimy ulubione melodie, oglądamy nowe adaptacje powieści. I nie nudzi nas to aż tak bardzo. Przykłady ornamentów i zdobień w tradycyjnej miejskiej architekturze, o których mówiliśmy wcześniej, pokazują, że ludziom najlepiej chyba żyje się w codziennej przestrzeni, której funkcjonalność nie kłóci się z ich zmysłem estetycznym.

Piotr Przybysz: filozof i kognitywista; prof. UAM w Poznaniu; na Wydziale Filozoficznym UAM zajmuje się neurokognitywistyką społeczną i neuroestetyką; w obszarze neuroestetyki zajmuje się m.in. koncepcją emocji estetycznych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze