1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. 4 żywioły - Ziemia

4 żywioły - Ziemia

123rf.com
123rf.com
Esencję świata tworzą 4 żywioły: ziemia, powietrze, ogień i woda. Naucz się świadomie korzystać z ich mocy. Ziemia jest fundamentem pod trwałe osiągnięcia.

Ziemia – żywioł potrzebny do realizacji planów

To najbliższy człowiekowi spośród 4 żywiołów, podstawa dla wszystkich pozostałych. Domem. Mamy z nią w zasadzie stały kontakt – kiedy chodzimy, siadamy, jemy, pracujemy. To typowa żeńska energia, jest jak matka: płodna, opiekuńcza, zaspokaja podstawowe potrzeby, daje oparcie, poczucie bezpieczeństwa, pokarm, schronienie. Ziemia jest najbardziej fizycznym z żywiołów, związanym ze zdrowiem, siłą, ale też ze strukturą, solidnością, stabilnością, wytrwałością. Aby nadać realny kształt naszym planom, projektom, marzeniom, potrzebujemy żywiołu ziemi. Bo ziemia ma moc urzeczywistniania. Zapewnia dostatek, powodzenie finansowe – odpowiada za udane plony. O osobach obdarzonych tym pierwiastkiem mówi się, że są ugruntowane, twardo stąpają po ziemi. Brak tego elementu to – wiadomo – głowa w chmurach, uczucie zagubienia, rozchwiania, lekkomyślność, nieprzystosowanie do rzeczywistości.

Przypisane ziemi:

  • części ciała – kości i narządy płciowe,
  • zmysł – dotyk,
  • pora dnia – noc,
  • miejsca to pola, łąki, lasy,
  • a instrumenty – bębny.
Jak zaczerpnąć energii ziemi?

Sposoby są bardzo proste: praca w ogrodzie czy na działce, chodzenie boso po trawie, siadanie na piasku, spacery po lesie, obejmowanie drzew. Bliski kontakt z naturą, pielęgnowanie roślin. Inny sposób – bez wychodzenia z domu – to chociażby porządki. Albo zabawa ze zwierzętami. Energię ziemi można też zaczerpnąć podczas ćwiczenia oddechowego. Wystarczy usiąść na krześle, ze stopami na podłodze i oddychając powoli, rytmicznie przez nos, wyobrazić sobie, że stopy wrastają w ziemię. Dobrze jest wizualizować energię ziemi jako czerwony kolor, który wchłaniamy przez podeszwy. Tak długo, aż poczujemy się nią nasyceni.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Aktorka, która wyprzedziła swoje czasy. Marlena Dietrich oczami Tomasza Raczka

Marlenę Dietrich kochały miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. (Fot. Getty Images)
Marlenę Dietrich kochały miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Fascynująca, odważna, burząca stereotypy, a może skoncentrowana na sobie, żądna wrażeń i niemogąca pogodzić się z upływem czasu? Kochały ją miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. Jaka była naprawdę Marlena Dietrich, gwiazda starego kina, a jednocześnie na wskroś nowoczesna kobieta, próbujemy ustalić razem z Tomaszem Raczkiem, krytykiem i publicystą, prywatnie jej wielkim fanem.

Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu 'Destry znowu w siodle' z 1939 roku. (Fot. East News) Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu "Destry znowu w siodle" z 1939 roku. (Fot. East News)

Marlena Dietrich (własc. Marie Magdalene Dietrich) urodziła się 27 grudnia 1901 roku w berlińskiej dzielnicy Schöneberg. Międzynarodowy rozgłos przyniósł jej film "Błękitny anioł" z 1930 roku. Jej najbardziej znane piosenki to "Falling In Love Again", "Where Have All The Flowers Gone" czy "Lili Marlene". Zmarła 6 maja 1992 roku w Paryżu.

W czasach, kiedy Marlena Dietrich była na topie, widzowie po obejrzanym filmie z jej udziałem pytani, co im się najbardziej podobało, odpowiadali: „Nogi Marleny Dietrich”.
W dodatku podobno ubezpieczone na jakieś bajońskie sumy. O niczyich nogach się tyle nie mówiło, co o jej i jeszcze może Josephine Baker. W związku z tym wszyscy chcieli zobaczyć, co jest w nich tak wyjątkowego, że aż tyle kosztują. Rzeczywiście miała piękne nogi, i bardzo długo się nimi chwaliła, nawet jako pani mocno już w latach. Jednak w jej ostatniej  filmowej roli,  filmie „Zwyczajny żigolo” z 1978 roku, już ich nie zobaczymy. W kontrakcie miał się znaleźć zapis, że nie można pokazywać jej od pasa w dół. W scenie, w której występuje, a gra tam epizod szefowej żigolaków, pojawia się w pustej restauracji, staje za fortepianem, który w połowie ją zakrywa i śpiewa tytułową piosenkę „Just a gigolo” tym swoim zduszonym głosem, tak jakby każdy wyraz miał być ostatnim. To było właściwie jej pożegnanie z karierą, ostatni publiczny występ. Wzięła udział jeszcze w dokumencie Maximiliana Schella „Marlene” z 1984 roku, ale jedynie jako narratorka. Od tego czasu aż do śmierci zaszyła się w swoim apartamencie w Paryżu i całkowicie wycofała z życia publicznego.

Mówiono, że – podobnie jak w wypadku jej filmowej rywalki Grety Garbo, która w wieku 36 lat zniknęła z przestrzeni publicznej był to wynik jej niepogodzenia się z upływającym czasem.
Na pewno zdawała sobie sprawę z tego, że jej słynne nogi nie są już takie, jakie chciałaby, by były. Ale poza tym była osobą bardzo inteligentną i nowoczesną, podchodziła do sprawy wręcz marketingowo. Miała świadomość, że w jej interesie jest utrzymać mit pięknych nóg i że dla jej kariery i wizerunku lepiej będzie, jeśli ich już nie pokaże. Myślę, że z jej strony była to czysta kalkulacja.

Kiedy umawialiśmy się na tę rozmowę, powiedział pan, że spośród wszystkich gwiazd złotej ery Hollywood wybrałby pan właśnie Marlenę Dietrich jako tę najbardziej intrygującą, mimo upływu tylu lat. Dlaczego?
Dla mnie ona jest niezmiennie intrygująca i bardzo współczesna w swoim podejściu do kariery i życia. Powiedziałbym nawet, że Dietrich miała kilka żyć, niczym kot. Pewnie nie doliczylibyśmy się aż siedmiu, ale pięciu na pewno. Najpierw była przedwojenną gwiazdą filmową w Niemczech, prawdziwym brylantem w kolekcji aktorek UFA, największej niemieckiej wytwórni filmowej. I zrobiła tam naprawdę porządną, profesjonalną karierę – była po szkole teatralnej, umiała grać na skrzypcach, tańczyć, śpiewać, znała języki obce, nie była tylko piękną kobietą, która świetnie prezentuje się przed kamerą, ale osobą doskonale – oczywiście według europejskich standardów – przygotowaną do tego zawodu. Te jej nogi pojawiły się trochę przez przypadek, w „Błękitnym aniele” Josefa von Sternberga, jej pierwszej znaczącej roli. I wszyscy zwrócili na nie uwagę. W ten sposób zaczęła się jej międzynarodowa kariera. Von Sternberg był nią zachwycony, a że był wtedy już uznanym reżyserem w Hollywood, ściągnął ją tam i kręcili  film za filmem. „Maroko”, „Szanghaj Ekspres”, „Zniesławiona” – stały się głównym elementem jej dorobku filmowego. I tak zaczęło się drugie życie Marleny Dietrich. Bo Marlena niemiecka i amerykańska to były dwie różne aktorki. W Ameryce po raz pierwszy dała się komuś uformować. Tym kimś był Sternberg. Stworzył praktycznie cały jej wizerunek filmowy, łącznie z fryzurą, słynnymi brwiami, sposobem ubierania się, co z dzisiejszego punktu widzenia, kiedy już wiemy, jak silną była osobowością, jest aż zdumiewające. Jej wizerunek nie zasadzał się tylko na tym, jak gra i jak wygląda, ale też – co zależało już tylko od reżysera i operatora – jak jest filmowana, pokazywana. To były te piękne czarno-białe zdjęcia, niesłychanie rzeźbiące jej twarz i sylwetkę.

Jestem prawie pewna, że to właśnie w „Perłach z lamusa”, które prowadził pan z Zygmuntem Kałużyńskim, usłyszałam po raz pierwszy, że Dietrich wiedziała, że ma dość płaską twarz i trzeba oświetlać ją z góry, by tworzyła coś na kształt trójkąta.
I moim zdaniem fakt, że ona się tego nauczyła, był właśnie zasługą von Sternberga. Tworząc jej wizerunek, w pełni świadomie odrzucił to, co w niej było słabsze, a wyeksponował to, co było najlepsze. A ona równie świadomie się na to zgodziła. I z tym perfekcyjnie uszytym wizerunkiem dotrwała do II wojny światowej. Wtedy dopiero pokazała się od zupełnie innej strony, która nie jest wcale typowa dla gwiazd ekranu, mianowicie od strony poglądów politycznych. Powiedziała: „W żadnym wypadku nie wracam do Niemiec, bo jestem przeciwko faszyzmowi”. To była bardzo trudna decyzja dla niej jako Niemki, bo opowiedziała się przeciwko swojej ojczyźnie.

Ale ona opowiedziała się przeciw faszyzmowi…
Pani mówi to z dzisiejszej perspektywy. Jeśli przy niej zostaniemy, to można by pomyśleć: a co w tym heroicznego, że nie popierała Hitlera? Wtedy dla Niemców znaczyło to jedno: opowiedziała się przeciwko ich realnej władzy – faszystowskiej czy nie. Nie dość tego, w Niemczech została jej matka. Dietrich, odmawiając powrotu do Berlina, zamknęła więc sobie jakąkolwiek drogę do kontaktu z nią. Tamta decyzja miała swoje konsekwencje do końca życia aktorki, a nawet jeszcze długo po jej śmierci. Kiedy po raz pierwszy wystąpiła po wojnie w Berlinie, to wcale nie powiedziano jej: „Wiemy, że Hitler i faszyzm były wielką pomyłką i plamą na historii Niemiec – miałaś rację”. O nie, mówiono nadal: „Ty zaparłaś się swojej ojczyzny”. Nie wybaczono jej tego. Bardzo trudno jej było odbudować swoją pozycję w Niemczech. Właściwie do dzisiaj zdarzają się protesty wokół jej grobu na berlińskim cmentarzu.

Czytałam o napisie bezczeszczącym jej grób: „tu leży „k... w futrze”. Dopiero po jej śmierci, w stulecie urodzin, w 2001 roku burmistrz Berlina Klaus Wowereit przeprosił ją za krzywdy, których doznała ze strony rodaków.
Oczywiście ta bardziej światła część społeczeństwa rozumiała jej powody i zgadzała się z nimi, ale byli tacy – w Polsce też by pewnie się znaleźli – którzy nigdy jej tego nie zapomnieli. Krótko mówiąc, wtedy rozpoczęło się kolejne, trzecie już życie Marleny Dietrich. Silnej, świadomej intelektualnie i politycznie osoby, w dodatku odważnej, która jest w stanie podjąć decyzje formujące jej życie, z konsekwencjami ciągnącymi się przez lata. A to nie było typowe!

Gdybym teraz panią zapytał, jakie poglądy polityczne miała Pola Negri albo Greta Garbo – nie wiemy tego, bo wtedy gwiazdy nie zdradzały się ze swoimi sympatiami lub antypatiami politycznymi. A Marlena robiła więcej – jeździła na front śpiewać dla amerykańskich żołnierzy. I tego nie mogli jej zapomnieć rodacy: „Jak to?! Śpiewała dla tych, którzy walczyli z naszymi chłopcami?! Faszyści, nie faszyści, ale to byli nasi chłopcy. A ona śpiewała dla wrogów, którzy ich zabijali”. Uważam, że to był z jej strony wielki akt odwagi. Gdybym miał wymienić współczesną gwiazdę, która byłaby jej największą spadkobierczynią, to wskazałbym na Jane Fondę. Ona wzięła to, co najlepsze, z przykładu Marleny. Może nie ma jej talentu wokalnego, ale ma tę samą świadomość, tę samą odwagę i to samo zdecydowanie, by bronić swoich poglądów.

Skończyła się II wojna światowa. Czy dla Marleny zaczęło się kolejne, czwarte życie?
Próbowała wrócić do filmu, ale to było już niemożliwe. Świat się zmienił. Dla tej Marleny Dietrich, którą była przed wojną, nie było już miejsca. Skończyło się zapotrzebowanie na gwiazdy w starym stylu. Weszliśmy w lata 50., 60., pojawiły się nowe twarze i nowe kariery. Przykładem ich była choćby Brigitte Bardot, bezpośrednia, zwyczajna, bosonoga. A mądra Marlena, kiedy zobaczyła, że jej kariera w Stanach Zjednoczonych się wypaliła, wyjechała do Paryża, który zawsze kochała, a że była poliglotką, mogła sobie na to swobodnie pozwolić. Z Paryża było też bliżej do Niemiec, zaczęła więc jeździć do ojczyzny i odwiedzać matkę, dawać koncerty, od początku oswajać Niemców ze sobą. Zagrała w kilku filmach, w tym w „Wyroku w Norymberdze”, ostatnim dużym filmie ze znaczącą rolą. I cóż, trzeba było wymyślić siebie na nowo. A ponieważ zawsze śpiewała w filmach, wpadła na pomysł, że bardziej płynnym przejściem z tamtej kariery do nowej stanie się estrada. Będzie wychodziła na scenę nadal jako wielka gwiazda, posągowa, niedostępna i odpowiednio oświetlona – do tego wyśpiewująca swoim niesamowitym, seksownym głosem największe standardy (Dietrich nigdy nie miała wielkiego głosu, ale miała ogromny talent posługiwania się nim). I to zaiskrzyło! Tak narodziło się czwarte wcielenie Marleny, z którym objechała cały świat.

W tym Polskę, gdzie koncertowała dwukrotnie.
Zgadza się, i za każdym razem była niesamowicie magnetyczna, fascynująca. Do tego z szerokimi artystycznymi horyzontami. Dowód? Nie wahała się wziąć od młodego muzyka Czesława Niemena piosenki „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”, którą usłyszała w Sali Kongresowej, podczas koncertu Czarno-Czarnych, i włączyć ją do swojego repertuaru z nowym tekstem w języku niemieckim. Nawet dzisiaj mało jest artystów światowej klasy, którzy biorą jakąś polską piosenkę, bo zobaczyli w niej potencjał. We wszystkim, co robiła, co mówiła i co pisała Marlena Dietrich, przejawiała się niezwykła umiejętność krytycznego spojrzenia i nazwijmy to po imieniu – inteligencja, która wcale nie jest taka częsta i oczywista u gwiazd.

Dietrich była też trendsetterką. To ona wymyśliła na przykład słynne naked dress, czyli sukienki, które wyglądają jakby się nie miało niczego na sobie, jedynie kryształki i frędzle.
I pajety! Wyglądała w nich zjawiskowo. Widziałem jej ostatni zarejestrowany koncert w Londynie, była ubrana w tak wymagającą suknię, że każdy mankament figury byłby w niej od razu widoczny – podobno zszywano ją na niej przed wejściem na estradę – a prezentowała się bez zarzutu. Myślę, że ona całe życie miała świadomość, że musi być właśnie bez zarzutu, a jeśli zarzuty się pojawią, to nie będzie jej wcale.

To również w pewnym sensie akt odwagi.
Też bym tak to określił. Marlena wiele razy dała wyraz swojej niepokornej naturze, że wspomnę jeszcze o wielokrotnym odrzuceniu zaproszenia Adolfa Hitlera, który bardzo chciał ją ściągnąć ze Stanów do Niemiec i za każdym razem obiecywał, że będzie grała, w czym będzie chciała, a ona za każdym razem mówiła: nie.

Kiedy myślę o filmie, który najbardziej oddaje jej charakter i osobowość jako artystki, wybrałabym chyba „Maroko”, w którym nie dość, że pali papierosa za papierosem, to jeszcze gra w smokingu i całuje kobietę.
Można powiedzieć, że „Maroko” było jej „Casablancą”. Ja wymieniłbym jeszcze „Szanghaj Ekspres”. Oczywiście należałoby się zastanowić, ile w tej kreacji było geniuszu reżysera, a ile jej inwencji, ale na pewno czuła się w tej odsłonie jak ryba w wodzie. Nie była laleczką, która daje się ustawić i wystylizować, ale działo się to przy jej udziale, a od pewnego czasu nawet z jej inicjatywy.

Marlena Dietrich w słynnej 'naked dress' podczas koncertu Deutsches Theater w 1960 roku. (Fot. A.Schorr/BEW Photo) Marlena Dietrich w słynnej "naked dress" podczas koncertu Deutsches Theater w 1960 roku. (Fot. A.Schorr/BEW Photo)

Dużo się mówiło o jej życiu miłosnym. Miała tylko jednego męża – filmowca Rudolfa Siebera, któremu urodziła córkę Marię i z którym przyjaźniła się do końca, choć wiedli życia całkowicie osobne. Miała też kochanków, w tym tak znanych jak Erich Maria Remarque czy Jean Gabin, oraz kochanki…
Marlena była biseksualna, co na tamte czasy było bardzo ekscentryczne. Powiedziałbym, że jej życie uczuciowo-seksualne ukazywało ją pod jeszcze innym kątem, że to było jej piąte życie. W tej sferze okazała się chyba najbardziej postępowa. Jej córka podsumowała to wprawdzie w swoich wspomnieniach tak, że matka z niej była żadna: zawsze niedostępna, skoncentrowana na sobie i chłodna. Macierzyństwo ewidentnie nie było dla niej przeżyciem artystycznym. A seks – owszem. Ona stale potrzebowała bodźców. Męskie, powiedziałbym nawet: lesbijskie elementy jej wizerunku, jak wspomniany przez panią smoking czy pocałunek z inną kobietą, nie wisiały w powietrzu, tylko odnajdywały uzasadnienie w jej osobowości, co czyniło ją jeszcze bardziej fascynującą. I to dla obu płci. Mężczyźni byli ogromnie zauroczeni Marleną, ale i kobiety ją podziwiały. Niektóre aktorki irytują inne kobiety, a są takie, które kobiety kochają. Zygmunt Kałużyński zawsze powtarzał, że gwiazdą, która stała się sławna dzięki temu, że właśnie kochały ją kobiety, bo mężczyźni mniej zwracali na nią uwagę – była Audrey Hepburn. Dziś przyznałbym mu rację. Natomiast Marlena fascynowała po równo.

Marlena Dietrich i mężczyźni jej życia: pisarz Erich Maria Remarque, który uwiecznił ją na kartach powieści 'Łuk triumfalny' (na pierwszym planie) i reżyser Josef von Sternberg, który stworzył jej filmowy wizerunek. (Fot. East News) Marlena Dietrich i mężczyźni jej życia: pisarz Erich Maria Remarque, który uwiecznił ją na kartach powieści "Łuk triumfalny" (na pierwszym planie) i reżyser Josef von Sternberg, który stworzył jej filmowy wizerunek. (Fot. East News)

Czytałam, że największe gwiazdy kina miały w sobie właśnie to coś, co przyciągało obie płcie. Na przykład James Dean czy współcześnie – Angelina Jolie.
Angelinę Jolie to bym tu jednak oprotestował. Mam z nią taki problem, że dużo wiemy o jej wydarzeniach miłosno-rodzinnych czy zdrowotnych, nawet o jej zaangażowaniu społecznym, natomiast gdybym miał wymienić jej wybitne role, to nie wymieniłbym żadnej. Dlatego nie nazwałbym jej gwiazdą. Natomiast rzeczywiście może pociągać swoim wyglądem i seksapilem.

Kiedy patrzę na życie Marleny Dietrich, zastanawiam się, czy epoka gwiazd się już ewidentnie skończyła. Czy aktorki wzbudzają dziś takie emocje jak kiedyś? Może – jak powiedziała Catherine Deneuve – stały się zbyt dostępne, zbyt zwyczajne?
Myślę, że obecnie największe emocje, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, wzbudzają gwiazdy, które nazwałbym działaczkami. To kobiety z silną osobowością, inteligencją i silnym ego, do tego zaangażowane w sprawy społeczno-polityczne w sposób wyrazisty, biorące udział w marszach, a nawet dające się aresztować. Wspomnieliśmy już Jane Fondę. Do tego grona zaliczyłbym jeszcze Meryl Streep, której poczynania śledzę z zainteresowaniem zarówno kiedy gra, jak i kiedy przemawia. Z całego grona kobiet, o których mówimy, jest ona zdecydowanie najwybitniejszą aktorką. Natomiast młode gwiazdy, moim zdaniem, są dziś głównie celebrytkami: wiemy o tym, w co się ubierają czy jak mieszkają, a rzadko wiemy, jakie mają poglądy. Ale dzisiaj jest miejsce i na takie gwiazdy, i na inne oraz na dziesiątki celebrytek, co więcej – i będzie to najbardziej rewolucyjna koncepcja mojego autorstwa – uważam, że nie tylko nastąpił koniec zapotrzebowania na gwiazdy, do których się ludzie modlą i które uważają za archetypy kobiecości, ale że gwiazdami przyszłości będą… twory wirtualne, wykreowane, nieistniejące w realnym życiu.

Marlena Dietrich ze swoją przyjaciółką, piosenkarką Edith Piaf. (Fot. East News) Marlena Dietrich ze swoją przyjaciółką, piosenkarką Edith Piaf. (Fot. East News)

Ma pan na myśli na przykład postaci z gier komputerowych, jak Tomb Raider?
Dokładnie tak. Edward Gordon Craig, wielki reformator teatru, który wraz z kilkoma kolegami wymyślił na początku XX wieku zawód reżysera, powiedział, że żeby teatr mógł zrobić krok dalej, potrzebna jest Nadmarioneta, czyli sztuczny aktor lub aktorka. Bo największym problemem dla sztuki jest fakt, że aktorzy są ludźmi. Nadmarionetka nie dozna kontuzji, nie powie, że się nie rozbierze do tej sceny czy nie powie jakiejś kwestii, bo obraża jej uczucia religijne. Dzisiaj, czyli 100 lat później, okazało się, że teoria Craiga jest możliwa do realizacji – stało się to w „Avatarze” Jamesa Camerona. Moim zdaniem będzie coraz więcej wirtualnych aktorów z „wkładką” ludzką, potrzebną do tego, by odwzorować ludzkie ruchy czy mimikę. I powiem pani, że ja jestem gotowy na taką gwiazdę.

Czyli Marlena, stworzona komputerowo, może powrócić?
Myślę, że jeśli już, to będzie to nad-Marlena, ktoś zupełnie inny, kto nie będzie powtarzał tego, co już było i kto – co najważniejsze – nie będzie się starzał ani umierał.

Tomasz Raczek, teatrolog, krytyk filmowy i publicysta, wydawca Instytutu Wydawniczego Latarnik. Autor programów radiowych, telewizyjnych i internetowych, m.in. legendarnych „Pereł z lamusa”, które prowadził wspólnie z Zygmuntem Kałużyńskim. Obecnie ma swój kanał „Wideorecenzja Tomasza Raczka“ na YouTubie, a w nowo powstałym Radiu Nowy Świat prowadzi program „Raczek Movie”.

  1. Zwierciadło poleca

Wrześniowy "Sens" z Marleną Dietrich na okładce już w sprzedaży

Ukazanie się wrześniowego SENSu oznacza, że lato wkracza na ostatnią prostą. Proponujemy jednak, by – zamiast żałować, że to już – cieszyć się każdą chwilą.  Czyli? Po prostu być tu i teraz... I czytać SENS, w którym co miesiąc staramy się podpowiedzieć Czytelnikom, jak żyć bardziej świadomie.

„We wrześniowym SENSie przeszłość miesza się z teraźniejszością, a nawet przyszłością. Piszemy o ludziach, którzy swoje serce oddali rekonstrukcjom historycznym, a jednocześnie o jednej ze współczesnych plag – internetowym hejcie. Wygrzebujemy z niepamięci (wcale nie tak odległej) pionierki polskiej informatyki czy gwiazdę sprzed lat (ale jakże wyprzedzającą swoje czasy) Marlenę Dietrich, a kilka stron dalej uderzamy w mit miłości romantycznej, w którym od lat wychowywane są kolejne pokolenia” – pisze redaktor naczelna Joanna Olekszyk w edytorialu.

Na naszą okładkę trafiła tym razem Marlena Dietrich, gwiazda kina i estrady. Utalentowana, konsekwentna, odważna, pożądana ... prowokowała i budziła wielkie emocje. Z Tomaszem Raczkiem rozmawiamy o jej pięciu życiach i pewnej współczesnej aktorce, którą można by nazwać jej intelektualną następczynią. O kim  mowa? Zapraszamy do lektury wywiadu w numerze!

W Temacie Numeru odkrywamy zalety świadomego ograniczania – nie tylko rzeczy, ale i bodźców, powierzchownych znajomość, pożeraczy czasu i energii. W cyklu tekstów pt. „Minimalizm na nowe czasy” przybliżamy doświadczenie tych, którzy minimalizm traktują nie jako kolejną modę, ale narzędzie rozwoju.

Drugi duży blok tematyczny poświęcamy miłości do retro. Skąd w nas zamiłowanie do minionych czasów? Jak wyjaśnia terapeuta, Mateusz Ostrowski, każdy z nas tego czasem potrzebuje. O swojej pasji opowiada rekonstruktorka Marta Veil a prof. Irena Ponikowska dzieli się z Oriną Krajewską profesjonalną wiedzą o leczeniu uzdrowiskowym.

Wspomniany w edytorialu hejt to nie jedyne niebezpieczeństwo związane z rozwojem Internetu. Brak umiaru w korzystaniu z sieci grozi uzależnieniem. Jak nauczyć młodych ludzi zdrowej relacji z technologią Ewa Nowak pyta terapeutę i autora książek Krzysztofa Piersę. 

Jak zwykle, wiele miejsca poświęcamy relacjom. Wspólnie z ekspertami szukamy m.in. odpowiedzi na pytania: Co się kryje pod naszą złością na partnera? Jacy są współcześni ojcowie? Czy związek na odległość może przetrwać?

W numerze także rozmowa z uznanym pilot szybowcowym Sebastianem Kawą, który opowiada o podniebnych falach i niecodziennych lądowiskach, oraz kolejny odcinek filmoterapii Grażyny Torbickiej i Martyny Harland, w którym polecają „Pojedynek na głosy”.

Zanim przyjedzie babie lato, naładujmy wszyscy wewnętrzne baterie! Tego Wam, Drodzy Czytelnicy, i sobie życzymy na ostatniej prostej wakacji.

  1. Styl Życia

Najlepsze wakacje dla ciebie - jak dostosować urlop do naszych potrzeb, osobowości i poziomu zmęczenia?

Dobierz sobie dobry urlop dostosowany do potrzeb, osobowości i poziomu zmęczenia. (Fot. 123rf)
Dobierz sobie dobry urlop dostosowany do potrzeb, osobowości i poziomu zmęczenia. (Fot. 123rf)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Psychologowie pracy grzmią: homo faber potrzebuje pełnych trzech tygodni urlopu, żeby zregenerować siły. Ilość to jedno – jakość drugie. Dobierz sobie dobry urlop dostosowany do potrzeb, osobowości i poziomu zmęczenia.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru magazynu Sens. 

Urlop szyty na miarę

Nie leć na oślep do modnego kurortu, bo tam chcą przyjaciele. Nie jedź po raz kolejny do sprawdzonego od lat, nudnego pensjonatu, bo tam miła pani Zosia dobrze gotuje. Wsłuchaj się w swoje potrzeby – pomyśl, jaka forma wypoczynku pozwoli ci się odprężyć, doładować energię?

Zasady wyboru urlopu

  • Odmień dni. Spędzaj urlop na aktywności zupełnie innej niż ta, którą masz na co dzień. Jeśli twoja praca wymaga siedzenia przed monitorem komputera – nie odpoczywaj, surfując po Internecie. Taki urlop nie przyniesie wytchnienia. Będzie pozornym oderwaniem się od codziennych obowiązków. Zafunduj sobie dużą dawkę świeżego powietrza i ruchu. Natomiast osoby, których codzienna praca wiąże się z wysiłkiem fizycznym, przemieszczaniem się, najlepiej zrelaksują się w hamaku z książką.
  • Spraw sobie przyjemność. Wtedy zarówno ciało, jak i dusza się zrelaksują. Wydzielają się hormony szczęścia, podnosi się poziom serotoniny. Ciało uwalnia się od nagromadzonych stresów, a nawet bólu fizycznego. Niech urlop będzie spełnieniem marzeń!

Klasztorna cisza

Pracujesz na wysokich obrotach, wśród wielu ludzi, z klientami, kontrahentami? A potem resztkami sił próbujesz zadbać wieczorem o rodzinę? Pewnego pięknego dnia poczujesz symptomy wypalenia zawodowego. Spotykasz się ze wszystkimi, ale nie ze sobą! Recepta wakacyjna dla ciebie to długa przerwa – od wszystkiego.

Propozycja urlopu: izolacja w klasztornej celi i spotkanie z samym sobą. W tym wypadku wystarczy tydzień. Jak się okazuje, wcale nie trzeba jechać do aśramy do Indii. Już kilkadziesiąt klasztorów w Polsce przyjmuje zmęczone i przepracowane istoty, oferując wyciszenie i odpoczynek, np. klasztor Kamedułów na krakowskich Bielanach, Benedyktynów w Tyńcu, Franciszkanów w Pińczowie czy pokamedulski klasztor o wdzięcznej nazwie Pustelnia Złotego Lasu w Rytwianach.

Pod gruszą, na plaży

Ach, wyspać się wreszcie, wygrzać, godzinami wpatrywać się w naturę... Czy taki obraz wprowadza cię w błogostan? Jeśli tak, zaplanuj trzytygodniowy wypoczynek. Pierwszy tydzień poświęć na odespanie i relaks, drugi na korzystanie z uroków miejsca, trzeci na ładowanie akumulatorów i regenerację. Nie oczekuj, że natychmiast poczujesz się wakacyjnie. Twój mózg potrzebuje czasu, by przystosować się do upragnionego nicnierobienia. Przez pierwsze dni ciągle będą się kotłować w głowie nieprzetrawione myśli, fragmenty rozmów z zebrań, będziesz sprawdzać komórkę. Nie biczuj się za to, tak musi być, nie wyłączysz przecież swojej głowy ot tak, pstryk!

Skuteczną metodą na okiełznanie mózgu jest ruch, dlatego na początku przeplataj leniuchowanie ze sportem. Wybierz formę aktywności, którą lubisz, nie zmuszaj się do jakichś dyscyplin, tylko dlatego, że akurat są w zasięgu ręki. Nic nie musisz! To najważniejsze hasło dobrego urlopu.

Sztuka i przeszłość

Jeśli należysz do osób skazanych na monotonną pracę – w wakacje obcuj z pięknem, sztuką, z przeszłością. Wybierz urlop w miejscu, gdzie odbywa się festiwal teatralny albo w takim jak Florencja, gdzie można kontemplować renesansowe obrazy i freski na plenerze ceramicznym. Zaspokoisz potrzebę rozwoju osobistego, intelektualnego, manualnego. Codzienność pozostanie gdzieś daleko...

Jeśli uczta ducha cię nie pociąga, jedź tam, gdzie świętem jest każdy posiłek, by delektować się smakiem świeżych lokalnych potraw – do Toskanii. Spowolnione tempo lokalnego życia pozwoli ci delektować się szczegółami, na które na co dzień nie ma czasu. Spowoduje też wzmocnienie więzi z bliskimi. Na nowo przyjrzysz się partnerowi, zaznasz radości wspólnego biesiadowania przy wielkim, suto zastawionym stole...

  1. Psychologia

Energia z kamienia – na czym polega litoterapia?

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Śpiewając, że brylanty są najlepszymi przyjaciółkami kobiety, Marilyn Monroe myślała prawdopodobnie o ich pięknie. Średniowieczna mniszka Hildegarda z Bingen przypisywała im jednak także działanie lecznicze.

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. Najbardziej znana jest dziś praca Hildegardy z Bingen, w której średniowieczna mniszka polecała m.in. szmaragd na atak padaczki czy silne bóle głowy. Historycy przywołują również zapiski Pliniusza Starszego, powstałe w I wieku naszej ery.

Litoterapia, czyli leczenie kamieniami (od lithos – kamień i therapeuo – leczenie, pielęgnacja) opiera się na zasadzie przepływu energii. Kamienie pochodzenia mineralnego zawierają te same pierwiastki co ciało człowieka i mogą uregulować biochemiczny niedobór albo nadmiar w organizmie.

Terapeutyczne działanie kamieni, odrzucane przez medycynę akademicką jako naukowo niepotwierdzone, ma jednak wielu zwolenników. „Dlaczego na przykład korale bledną, gdy osoba je nosząca choruje na niedokrwistość, a odzyskują barwę, gdy wraca do zdrowia?” – pyta prezes polskiej filii światowej federacji medycyny alternatywnej Zbyszko Patyk i zwraca uwagę, że z przeprowadzonych kiedyś badań wynikło, że ułożone wokół głowy kryształy zmieniają zapis encefalogramu.

Mimo niechęci naukowców do litoterapii (która być może wzięła się po części stąd, że sama nazwa powstała w kręgach newage'owskich w latach 70. XX wieku) ma ona jednak wielu praktyków, którzy rozwijają ją jako uzupełnienie medycyny zachodniej.

Jak stosować litoterapię?

Zwolennicy metody radzą, żeby wybrać kamień, który do nas przemówi, i stworzyć własne rytuały z jego udziałem: przytrzymać co rano przez kilka chwil w dłoni czy przykładać do punktów energetycznych na ciele.

Ważna jest również odpowiednia pielęgnacja kamienia, trzeba go czyścić zgodnie ze wskazówkami, czasem w czystej wodzie, w innych przypadkach np. w roztworze soli.

Terapeutyczne znaczenie będzie miało ponadto noszenie biżuterii z wybranym kamieniem czy nawet postawienie go w swoim pokoju.

O kilka wskazówek poprosiliśmy prowadzącą sesję terapii kryształami Alicję Radej (@alicja_radej). Oto, co poleciła na nękające nas często schorzenia fizyczne i psychosomatyczne:

  • na bezsenność: ametyst, celestyn, czaroit, howlit, hematyt, lapis lazuli, sodalit, malachit;
  • na otyłość: czarny onyks, turmalin, kamień księżycowy, cytryn;
  • na wzmacnianie odporności: heliotrop, ametyst, czarny turmalin, zielony kalcyt, karneol, kwarc;
  • na bóle miesiączkowe: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menstruacją: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menopauzą: cytryn, granat, lapis lazuli, perła, kwarc różowy, rubin, heliotrop.

Wszystkie te kamienie są do kupienia w Polsce.

Kamienie lecznicze wg Hildegardy z Bingen

  • szmaragd
  • hiacynt
  • onyks
  • beryl
  • sardoniks
  • szafir
  • sard
  • topaz
  • chryzolit
  • jaspis
  • praz
  • chalcedon
  • chryzopraz
  • karbunkuł
  • ametyst
  • agat
  • diament
  • magnetyt
  • liguriusz
  • kryształ
  • perła rzeczna
  • karneol
  • alabaster
  • wapień
  1. Psychologia

Przyszłość małżeństwa – monogamia symetryczna

Małżeństwo symetryczne zakłada równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. (Fot. iStock)
Małżeństwo symetryczne zakłada równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. (Fot. iStock)
Pisze się o zdradach, rozwodach, poliamorii itp. Czy jest więc sens zastanawiać się nad monogamią i wiernością albo nad spełniającym te kryteria małżeństwem? Tak, Helen Fisher, amerykańska antropolożka i badaczka miłości, przepowiada im wielką przyszłość. Nowy rodzaj związku nazywa symetrycznym.

Gdyby kobieta żyjąca w monogamii symetrycznej miała opowiedzieć o swojej seksualności, to co by powiedziała? Jak brzmiałoby jej wyznanie? Zainspirowane przez Helen Fisher, amerykańską antropolożkę, napisałyśmy z Izabelą Jąderek, warszawską seksuolożką i psychoterapeutką, wyznanie takiej kobiety: Naga? Jestem otwarta i naturalna w miłości. Nie wstydzę się swojego ciała. Lubię je. Piersi za małe, pupa za duża? Akceptuję swój wygląd, niedoskonałości nie spędzają mi snu z powiek. Jestem taka, jaka jestem. A jeśli coś mi przeszkadza, czuję zawstydzenie czy zakłopotanie, to przyglądam się temu. Zastanawiam się: „Czy tego nie chcę, czy może uważam, że nie powinnam chcieć, bo tak mnie wychowano?”. Naga w seksie, ale też naga w emocjach, w marzeniach, w fantazjach, w pragnieniach: uległości czy dominacji nad tobą. Nie czuję się zmuszona do bierności! Inicjuję seks bez obawy, że powiesz: „Jesteś zbytnio wyzwolona”, albo nawet: „wyuzdana!”. Oddaję ci się też bez wstydu, jeśli tylko mam takie pragnienie. W łóżku mogę śmiać się, krzyczeć albo śpiewać. To zależy, co czuję i jak przeżywam miłość. Mam oczekiwania i chcę, byś je spełnił. Spotkałam cię po kilku bardziej lub mniej nieudanych związkach i nareszcie mogę być sobą, będąc z mężczyzną. Ufam ci. Dajesz mi poczucie bezpieczeństwa.

Cudne? Ba! Ale czy takie pogodzenie ze swoją cielesnością i seksualnością to dla wielu kobiet nie utopia? Czy każda z nas, jeśli tylko zachce, może stać się kimś takim?

Poznaj samą siebie

Myślimy, że serce i miłość to synonimy, mówimy: „Oddałam mu serce”; „Złamał mi serce”. Izabela Jąderek przekonuje, że najważniejsze jest zbudowanie relacji z samą sobą. Poznając siebie, kobieta odkrywa, jak chce się kochać, i znajduje w sobie śmiałość, by właśnie tak to robić. Czy jednak każda z nas może zacząć kochać i żyć w zgodzie ze swoją zmysłowością, seksualnością? I czy jest to aż tak ważne? – W moim osobistym przekonaniu każda może i ma do tego potencjał – stwierdza Izabela Jąderek. – Oczywiście, napotka na tej drodze mnóstwo wybojów, ale kluczem jest słowo „chcieć”: przyglądać się sobie po to, by zrozumieć siebie i swoje potrzeby również w tym aspekcie, jakim jest seksualność. Potem można ją przyjąć albo coś w niej zmienić.

A czy to ważne? Tak, jeśli marzy nam się symetria we dwoje, a nawet małżeństwo symetryczne. Zakłada ono równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. Żeby być równą mężczyźnie w realizacji swoich pragnień, kobieta musi wiedzieć, jakie one są, czego chce od kochanka. A to wcale nie jest takie oczywiste, nawet dla niej samej. Dlaczego? Związek monogamiczny dziś oznacza często tradycyjny podział ról i zależności. Wynika to z wychowania, a często i ekonomii. – Kobieta ekonomicznie zależna bywa też zależna mentalnie – wyjaśnia Jąderek. Powściąga się w łóżku i dostosowuje do partnera, i to w sposób całkiem bezwiedny.

Nie zawsze tak jest, ale jeśli mamy wątpliwości, czy realizujemy swoją seksualność, warto się zastanowić, jak nas wychowano. Czy moi rodzice okazywali sobie nawzajem czułość? Czy ja lubię swoje ciało? Czy potrafię wskazać, gdzie pojawiają się w nim uczucia? A może chcę się upodobnić do modelek, aby poczuć się atrakcyjna? A seks? Czy kojarzy mi się z przyjemnością, czy ze skrępowaniem? To pomoże nam odnaleźć drogę do zrozumienia swojej seksualności i do ewentualnej erotycznej zmiany siebie.

Szczęśliwi we dwoje

Równość ekonomiczna jest ważna, bo zdaniem badaczy monogamia symetryczna to powrót do archaicznego związku, w którym panowało partnerstwo! W czasach łowców i zbieraczy, a więc przed wynalezieniem pługu, kobieta i mężczyzna wnosili tyle samo do wspólnej spiżarni. Czyli byli ekonomicznie równi i dlatego mieli równe prawa erotyczne. Małżeństwo symetryczne wraca, bo kobiety stają się na powrót równe swym partnerom. Ale też mężczyźni mają dziś do wykonania wewnętrzną pracę. Do gabinetu seksuologów trafiają ci, którym przeszkadza, że żona zarabia więcej lub po prostu dużo. Mężczyzna chce czuć się potrzebny, mieć co dać kobiecie. Nie muszą to jednak być pieniądze. A co? Warto nad tym pomyśleć.

Dziś ludzie są ze sobą z różnych powodów i na różnych zasadach. Ale jeśli łączy ich miłość romantyczna (prawie 90 proc. par), czują się sobie równi także w seksie i są wierni, taki rodzaj związku to właśnie monogamia symetryczna. Sposób na szczęście we dwoje. Trwałe szczęście.

To zachęcające! Gdyby więc chcieć stworzyć taki związek, to od czego zacząć? Od udanego seksu? A co jeśli do tej pory seks nie był naszą mocną stroną? Nie wszystkie kobiety nawet go lubią. Można odblokować ukrytą, nawet przed samą sobą, energię seksualną.

– Pomagają w tym rytuały niemające wiele wspólnego z seksem – mówi Izabela Jąderek. – Bo też radość w łóżku znajdziemy, jeśli wejdziemy do niego prowadzeni intymnością i uczuciem. Miłością. Staroświeckie? Może, ale skuteczne – dodaje seksuolożka. Czerpanie radości z seksu opiera się na intymności. Udany seks nie wydarzy się bez udanej relacji, dlatego to, co wzmacnia bliskość, uwalnia także seksualną energię. Kobieta i mężczyzna czasem jej nie odczuwają tylko dlatego, że nie łączy ich intymność.

Miłosne rytuały

Siadamy naprzeciw siebie na łóżku czy dywanie. Dłonie kładziemy w okolicach serca partnera. Próbujemy dostosować oddech do jego oddechu: z jego wydechem bierzemy wdech, tworząc oddechowe koło. Patrzymy sobie w oczy.

– Jedno i drugie z dużą dozą prawdopodobieństwa może się rozpłakać, bo też rzadko kiedy ludzie okazują sobie czułe zainteresowanie przez kilka minut, bez przerwy patrząc na siebie – mówi psychoterapeutka. Po tym czasie, jeśli poczują taką potrzebę, mogą się przytulać, całować, ale nie kochać. Chodzi o odczucie bycia razem blisko, ale bez seksu. To doświadczenie intymne. Czułe bycie razem zbliża bardziej niż seks i przygotowuje do seksu, który buduje intymność. Bo też często brakuje nam właśnie tej czułości. Dlatego taki rytuał czasem wystarczy, by kobieta, która uważała, że nie ma libido, odczuła nagle ochotę na seks. Uważność mężczyzny jako afrodyzjak? Ochota na seks maleje wskutek jej braku. Odwrotnie działa poczucie bycia widzianą. Samo jednak ćwiczenie nie wystarczy.

– Potrzeba uważności w codziennym życiu – dodaje Jąderek. – Ale i na to jest sposób: nauka uważnej komunikacji. Ona lub on mówią przez trzy do pięciu minut. Drugie słucha bez przerywania, a potem powtarza to, co usłyszało, własnymi słowami. „Czy o to chodziło?” Następnie zamieniają się rolami.

– Para dodatkowo może skorzystać z rytuałów, które oparte są już na kontakcie cielesnym, ale nie seksualnym. Dzięki nim można doświadczyć tego, że w seksie nie chodzi o sam mechaniczny akt – dodaje Jąderek.

Kobieta opiera nogi na biodrach partnera, on wprowadza członek do jej pochwy. I tu podobieństwa do stosunku seksualnego się kończą. Bo oboje są tak spleceni przez pięć do dziesięciu minut. Patrzą sobie w oczy. Dłonie trzymają na klatce piersiowej, oddychają w podobnym tempie. A potem on wychodzi z niej i ją przytula. Mówią, co czują. Z seksu lepiej na tę chwilę zrezygnować, a zyska się coś, co będzie pomagało i w nim, i w byciu razem, i w miłości… Genitalia nie służą tylko do seksu, ale też byśmy poczuli, co to znaczy być Jednym. To już jest bardziej emocjonalny czy duchowy wymiar seksu. Przekroczenie jednostkowego bytu.

Mężczyzna w monogamii

– I tu jest sedno sprawy – mówi Izabela Jąderek. – Kobieta żyjąca w monogamii symetrycznej może tak się zachowywać, ponieważ spotkała właściwego mężczyznę – takiego, przy którym czuje się bezpiecznie i do którego ma zaufanie. Tworzą związek partnerski, począwszy od podziału obowiązków domowych, poprzez opiekę nad dziećmi, jeśli je mają, a skończywszy na seksie. To, jacy jesteśmy, ma związek z relacjami, jakie tworzymy.

A gdyby tak dla odmiany miał się nam zwierzyć mężczyzna żyjący w monogamii symetrycznej, to jak brzmiałoby jego wyznanie? Puśćmy znów wodze wyobraźni: Pożądam cię, kiedy masz ogień w oczach. Jesteś pełna energii. A więc kiedy zajmujesz się tym, co cię pasjonuje. Pożądam cię, gdy robimy razem coś nowego, niecodziennego. Jedziemy do jaskiń obejrzeć nietoperze, gotujemy mule na ognisku, a nigdy tego nie robiliśmy. Pragnę cię, kiedy czuję, że mogę się przy tobie swobodnie zachowywać. Chcę cię zdobywać. Zgadywać, kim jesteś. Chcę, byś ciągle wzbudzała moją ciekawość.

Gdy pokochamy i poczujemy się kochane – nie rezygnujmy więc ze swoich pasji. Z siebie. A często tak robimy. Bardziej zajmują nas nowe rolety niż to, co pasjonowało przed ślubem, na przykład taniec współczesny. – Pożądanie karmi się innymi emocjami niż stabilność – dodaje Izabela Jąderek.

Pozwalajmy więc sobie na świeżość, ekscytację, tajemniczość – tam mieszka pożądanie. Pożądanie związane jest z poziomem dopaminy, a ta wydziela się, gdy robimy rzeczy nierutynowe. Dopamina zaś odpowiada za doświadczanie orgazmu, a ten stymuluje przepływ oksytocyny i wazopresyny, budzących uczucie przywiązania. Dlatego udany seks jest elementem szczęśliwej i trwałej miłości. Utrwala on wierność, która wydaje się nieoceniona w związku symetrycznej pary.

Wierność otwiera ciało

Kobieta, która wierzy, że jej partner jest wierny, mogłaby powiedzieć coś takiego: Jesteś dla mnie najważniejszy, ja dla ciebie – jedyna. To pozwala mi przeżywać naszą bliskość wyjątkowo. Moje ciało przed nikim tak się nie otwiera jak przed tobą. Kiedy się kochamy, jesteśmy jednym ciałem i duchem… A tu nagle: trzask! W twoim telefonie zdjęcie nagiej kobiety i SMS: „Będę jutro w porze lunchu”. Zdradziłeś mnie?! A więc nie jestem jedyną, na którą tak patrzysz? Jest jeszcze ktoś, kto stał się ode mnie atrakcyjniejszy, ważniejszy. Ciało się zamyka. Serce się zamyka. Czuję wstyd, lęk przed oceną, porównywaniem. Już nie patrzę na ciebie z miłością. Patrzę z lękiem i złością. Zastanawiam się, kim ty jesteś, kim ja jestem.

Zdaniem belgijskiej psychoterapeutki i badaczki Esther Perel, kiedy kochamy romantycznie, symetrycznie, zdrada bywa ostateczna właśnie dlatego, że sięga naszej tożsamości, poczucia tego, kim jesteśmy. Kiedy kochamy, wierność jest konieczna. Kiedy jesteśmy z kimś dla złotej karty, nie ma ona takiego znaczenia. Ale też trudniej wtedy o to upragnione szczęście we dwoje. Symetryczna miłość daje głębsze możliwości realizowania siebie we dwoje, ale więcej też wymaga.

Przyszłość małżeństwa

Dla wielu to żart. Wzrasta akceptacja dla rozwodów, ba, pojawił się nawet nowy rodzaj wstydu – związany z tym, że nie odchodzimy od kogoś, kto jest nie taki, jak powinien. Nie sprzyja monogamii także stawianie na siebie.

– Mimo to, a może właśnie z tego powodu, monogamia jako swoista przeciwwaga powraca – stwierdza seksuolożka. Kultura konsumpcyjna, oderwanie seksu od miłości nawet jeśli dają przyjemność, to także nużą. Coraz częściej widać chęć powrotu do takich wartości, jak miłość, partnerstwo, czułość. Zmianie ulega tylko definicja związku i potrzeb z nim związanych. Nie rezygnujemy ze ślubu. Mamy po prostu inną strategię szukania partnera czy partnerki – czekamy, aż będziemy pewni. A pewni bywamy zazwyczaj po kilku związkach. Bliżej 40. niż 20. urodzin. Nadal jednak chcemy kochać i być kochani.