fbpx

Nie wszyscy muszą cię lubić. Ty sama nie musisz lubić wszystkich

Nie wszyscy muszą cię lubić. Ty sama nie musisz lubić wszystkich
Człowiek, który bardzo się stara, żeby inni go lubili, jest nijaki, żaden. Dla wszystkich być miłą? Toż to szaleństwo! Owszem, trzeba być uprzejmą, ale to dwie różne rzeczy. (Fot. iStock)

Nie polubię cię, twej koszuli pstrości – śpiewała Monika Brodka. Miała rację? Czy między „lubię” a „nie lubię” trzeba postawić grubą kreskę? Czy kobiety bardziej niż mężczyźni pragną być lubiane? Jak poradzić sobie z tym, kiedy to my słyszymy słowa podobne do wersu z piosenki? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller. 

Pamiętam, kiedy jako nastolatka dowiedziałam się, że jedna dziewczyna z klasy mnie nie lubi, nie cierpi wręcz. Wtedy po raz pierwszy poczułam od kogoś tak obezwładniającą wrogość. Do tej pory wydawało mi się, że miałyśmy dość dobre relacje. Nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzić: może powinnam zmienić moje zachowanie wobec niej? Do tego byłam wtedy na etapie, na którym chciałam, by wszyscy mnie lubili. Co ja jej takiego zrobiłam? – myślałam…
Przecież jestem taka miła… Z kolei ja od niepamiętnych czasów miałam bardzo wyraźnie sklarowaną sytuację z ludźmi: z jednymi byłam bardzo blisko, a z innymi – bardzo daleko i nie lubiliśmy się wzajemnie. Bardzo mi zależało, głównie w szkole, żeby było jasne, kto jest moim wrogiem, a kto przyjacielem. Dopiero potem zdałam sobie sprawę, że to dawało mi ogromne poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam, na kim mogę się oprzeć, przy kim mogę czuć się fajnie, ale też chciałam, żeby było wiadomo, z kim nie chcę się kolegować. Nie docierało do mnie, jak bardzo podzieliłam sobie świat: na czarne i białe. Im dłużej żyłam, tym bardziej okazywało się, że ani białe nie jest tak białe, ani czarne tak czarne.

Myślę, że pod tym względem byłam nietypowa, bo dziewczyny jednak wolą, by wszyscy je lubili. Widzę to w mojej pracy. Bardzo rzadko zdarzają się kobiety, które mówią, co myślą, tym samym ryzykując, że nie wszystkim to się spodoba. A już najrzadziej zdarzają się takie, jak ja to mówię, wojowniczki, którym bardziej zależy na tym, by ludzie się ich bali niż by je lubili.

Z drugiej strony potrzeba bycia lubianą jest biologicznie zrozumiała – daje nam większe szanse na przetrwanie.
Mało tego, kobiety zostały historycznie zmuszone do tego, by ze sobą współpracować i mieć w innych kobietach sojuszniczki, co nam się zresztą do dziś bardzo przydaje. Pan mąż i ojciec był kiedyś niemalże władcą, a że łaska pańska na pstrym koniu jeździ, dobrze było zawierać wokół tego pana sojusze i wspierać się wzajemnie. Umiejętność wzbudzania sympatii u innych jest więc, tak jak mówisz, czymś bardzo przydatnym w sensie przetrwaniowym, ale też czymś dla nas, kobiet, logicznym i naturalnym – przez to, że nasze babki i prababki były zawsze od domu, ogrodu, kuchni, dzieci i spraw emocjonalnych – to też znacznie ważniejsze stawało się, by się dogadać, rozumieć i lubić, szukać tego, co nas łączy, a nie tego, co dzieli.
Miałaś coś takiego, że kiedy jechałaś na kolonie, to pierwszą rzeczą, jaką sobie organizowałaś, była przyjaciółka?

Oczywiście. Przyjaciółka, z którą mieszkasz w jednym pokoju i robisz prawie wszystko. Dzięki temu wiesz, że jakoś te kolonie przeżyjesz.
Ja kolonie bardzo lubiłam! Znam też takie kobiety, które jako dziewczynki na każdych koloniach zaczynały nie od przyjaciółki, tylko od narzeczonego, o ile znajdowali się tam jacyś faceci. Jest bowiem silny odłam kobiet, które niekoniecznie muszą być lubiane przez dziewczyny, ale lubią być lubiane przez mężczyzn.

Jeśli już cofamy się historycznie, to nie tylko sytuacja zmuszała nas do zawierania sojuszy, ale też wpajano nam, że warto być miłą, grzeczną i uprzejmą, bo wtedy mąż cię nie odeśle. Rzadko która żona pozwalała sobie na bycie taką tytułową złośnicą z komedii Szekspira.
Poza tym mamy jednak mniej testosteronu, nie jesteśmy tak rywalizujące i walczące jak faceci. Wolimy rozmawiać, nawiązywać relacje – oprócz zagwarantowania przetrwania jest to też bardzo przyjemne. Miło ci, jeśli jesteś lubiana.

Tym większym ciosem jest wiadomość, że ktoś cię jednak nie lubi. I to nie za to, co zrobiłaś, tylko za to, jaka jesteś.
I o to właśnie chodzi! W grupach kobiecych oprócz sympatii bywa też wiele porównywania i zazdrości, oczywiście to samo dotyczy męskich grup, tylko mężczyźni rywalizują między sobą o inne rzeczy niż kobiety. Może być więc tak, że ktoś cię nie lubi, bo jesteś ładniejsza czy masz większe powodzenie u chłopaków albo jesteś popularna lub dobrze się uczysz, masz fajniejsze ciuchy, bądź dom, w którym było wiele radości i szczęścia albo pochodzisz ze znanej rodziny… Ja to wszystko pamiętam ze szkoły – szkoła to prawdziwa szkoła życia.

Czasem mam wrażenie, że nawet jako dorośli psychicznie dalej w niej tkwimy.
Bo szkoła jest takim kotłem, garem, w którym albo wygotuje się twoja mężność życiowa, albo cię zagotują na amen. Potem to powtarza się na studiach czy w pracy. Koleżanka cię obmawia, szef cię faworyzuje albo część osób cię lubi, więc druga część cię nie cierpi.

Cóż to za cudowny paradoks: nie lubią cię dlatego, że jesteś lubiana!
„A co ona taka pewna siebie”, „Wydaje jej się, że wszystkie rozumy zjadła”, „Cwana jest, oczami przewróci i wszyscy rzucają się, by jej pomóc”. Jeśli ktoś ma w sobie taki problem, że nigdy nie poprosi o pomoc, to nie znosi osoby, która o tę pomoc umie się zwrócić. Jeżeli jakaś dziewczyna czuje, że ma małe powodzenie u chłopaków, a chciałaby mieć większe – to nienawidzi koleżanek, którym się to udaje. Nie zawsze sobie uświadamiamy, co nami kieruje. Czasem nie cierpimy tego, że ktoś ma to, czego nam brakuje, a czasem tego, że ktoś ma dokładnie to samo, co my, a czego w sobie nie akceptujemy. Rozmawiałyśmy o tym poprzednim razem.

Pierwsza ważna lekcja, którą odbieramy w szkole życia, czyli po prostu szkole, to: nie wszyscy będą cię lubić.
To jest po prostu lekcja normalności i zdrowia. Człowiek, który bardzo się stara, żeby inni go lubili, jest nijaki, żaden. Dla wszystkich być miłą? Toż to szaleństwo! Owszem, trzeba być uprzejmą, ale to dwie różne rzeczy. Uprzejmość jest związana z jakimś rodzajem wewnętrznego zrównoważenia i dobrej samooceny, na zasadzie: „sama jestem w porządku, w związku z tym nie mam interesu w tym, by dopatrywać się w innych ludziach wad i mogę być wobec nich uprzejma”. Jak to się kiedyś mówiło: „bądź uprzejmy i dla żebraka, i dla króla”. Ani się nie płaszczysz przed królem, ani nie pogardzasz żebrakiem. Oczywiście kogoś bardziej lubisz, ktoś ci bardziej odpowiada – to się z nim przyjaźnisz, a jeśli ktoś ci odpowiada mniej – to mówisz mu „dzień dobry” i tyle. Ale nie fukasz na niego, nie pokazujesz, gdzie go masz (śmiech).

Czym się różni bycie uprzejmym od bycia miłym dla innych?
Osoba uprzejma potrafi powiedzieć: „Przepraszam, ale nie podoba mi się forma, w jakiej się pani do mnie zwraca“ albo: „Pozwolę sobie powiedzieć, że się z panem nie zgadzam”. Osoba miła nie powie, że się nie zgadza, bo dla niej najważniejsze jest, by niczym się nie narazić innym. Nie daj Boże, ktoś sobie pomyśli, że jest niefajna, będą potem pamiętać, że się nie zgodziła. Bo ona to pamięta.

Wielu rodziców oczekuje, że ich córki będą miłe – i może rzeczywiście dzięki temu nikomu nie przeszkadzają, ale też nikt nie wybiera ich do rzeczy ważnych. Często nawet ich nie zauważa czy wręcz nie szanuje. Bo wiadomo, że one się nie sprzeciwią, że posprzątają czy podniosą, jak komuś coś upadnie, i jeszcze za to przeproszą.

Czyli mówisz: liczmy się z tym, że jak nie będziemy miłe, to możemy być nielubiane.
Ja mówię raczej: jak masz porządnych wrogów, dobrze to o tobie świadczy!

Pierwsza lekcja: nie wszyscy muszą cię lubić. Druga: ty sama nie musisz lubić
wszystkich.
To jest właściwie ta sama lekcja. Do jednych pasujesz, do innych nie, do jednych cię ciągnie, od innych odpycha. I nic na to nie poradzisz. Dlaczego masz być miła dla kogoś, z kim nie chcesz mieć do czynienia? A poza tym taka rzecz, o której mówię wszystkim na grupach: jeżeli chcesz być czyjąś przyjaciółką i mówisz „dobrze, zgadzam się na wszystko”, to po jakimś czasie ta osoba czuje się z tobą źle. I ty z nią też. Bo jeśli za każdym razem, kiedy ona pyta: „na co idziemy do kina?”, ty odpowiadasz: „a na co chcesz”, to po jakimś czasie masz jej za złe, że chodzicie tylko na filmy, które ona wybiera. Ale i ona jest zła, bo ma wrażenie, jakby w ogóle cię nie znała, nie wiedziała, co lubisz a czego nie, co cię interesuje, bawi, cieszy. Oczywiście to wszystko bierze się z traumy odrzucenia w wieku dziecięcym, tyle że podporządkowanie się innym skończy się tak samo – ponownym odrzuceniem. Bo tak naprawdę osoba, która chce być dla wszystkich miła, sama siebie odrzuca. Nieszczęście wielu ludzi polega na tym, że uwierzyli swoim rodzicom w to, że nie są ciekawi tacy, jacy są. Dlatego uznali, że muszą udawać, bo nikt ich nie pokocha.

Z tym lubieniem to też jest ciekawa rzecz, której nauczyłam się dopiero w pracy, nie w szkole. Jeśli w szkole kogoś nie lubisz, to nie siedzisz z nim w ławce, i tyle. A w pracy – czasem musisz. I dowiedziałam się, że nie muszę kogoś lubić,
by dobrze układała nam się współpraca.
Oczywiście jeżeli jest to osoba, która posiada pewne cechy potrzebne do współpracy. No bo czasem te same cechy, za które kogoś nie lubisz, uniemożliwiają wam dogadanie się zawodowo.

Co więcej, nauczyłam się, że mimo że ktoś cię nie lubi, to ty możesz lubić
jego. Może ci czymś imponować, pociągać cię, bawić…
Może ci zależeć na kontakcie z nim, może ci się nawet bardzo podobać i możesz nawet cierpieć z tego powodu, że właśnie on nie lubi ciebie. Ja pamiętam odwrotny przykład – kiedyś na koloniach było za mało pokoi dla dziewczynek i razem z pewną koleżanką dostałyśmy do zagospodarowania strych, na którym urządziłyśmy sobie raj. Bardzo byłam z tego dumna, aż przyjechała nowa dziewczyna i nam ją dokoptowali. Wściekłam się, bo to w końcu nasz azyl, i byłam dla niej dość niemiła, natomiast moja koleżanka starała się być właśnie miłą. I okazało się, że po tygodniu nowa dziewczyna powiedziała mi: „Wiesz co, ja jej wcale nie lubiłam, a ciebie bardzo”. Pamiętam, że się niesamowicie zdziwiłam. To była więc dla mnie lekcja tego, że ludzie czytają cię niezależnie od twoich intencji.

Niektórzy są wredni, a ich uwielbiają, z kolei inni starają się być mili, by
zadowolić wszystkich, a są nielubiani. Nie mamy na to wpływu.
Na pewno jeśli jesteś prawdziwa, to jest szansa, że będzie to dla kogoś atrakcyjne. Natomiast jak udajesz, to ten fałsz, nawet jeśli ktoś nie potrafi go rozpoznać, tworzy rodzaj zadymy, mgły – podświadomie nie ufamy takiej osobie.

Może tym można tłumaczyć fakt, że często lubimy (lub nie cierpimy) osoby, których nigdy nie poznaliśmy osobiście. Mam na myśli aktorów, piosenkarzy czy inne gwiazdy. Oglądamy z nimi wywiad i często mówimy: „ona jest
taka fajna, lubię ją”. Albo: „nie wiem czemu, ale on działa mi na nerwy”.
No jakieś swoje projekcje na nich zawieszamy. To jest wszystko czysto subiektywne. Osoby znane przez sam fakt, że są znane, wydają się inne – fajniejsze, cenniejsze. W dodatku od razu wiemy, czujemy, czy im się ta sława należy, czy raczej bardzo się starają, by być rozpoznawalnymi. I zwykle szanujemy te osoby, które sobie na rozgłos zasłużyły własną pracą i dokonaniami, po prostu czujemy, czy jest w nich coś rzetelnego. Poza tym tu też działa pewnego rodzaju chemia – albo ją masz z ludźmi, albo nie. I na nic ich czy twoje staranie.

Dlatego nie przejmujmy się rzeczami, na które nie mamy wpływu.
To jedno, a drugie – bądźmy ciekawi tego, jak nas inni odbierają. Niech to będzie rodzaj podróży przez ludzi i przez siebie. Nie próbujmy usztywniać kontaktów z innymi. Nie ograniczajmy grona swoich znajomych.

Tak jest, nie zakładajmy: nigdy go nie polubię.
Wiele razy się przekonałam, że ktoś może wydawać się nieciekawy, a po jakimś czasie okazuje się najciekawszy w całej grupie, ale dlatego, że jest introwertyczny, spokojny i zrównoważony – potrzebujesz czasu, by to docenić. Poza tym wciąż się zmieniamy i bywa, że na innych etapach życia lubimy innych ludzi i inni ludzie lubią nas. Bardzo często słyszę od dziewczyn: „Jaka ja byłam głupia, że go zostawiłam, to był taki fajny chłopak, dlaczego z nim nie zostałam?!”. Dzisiaj już by nie popełniła tego błędu. Ale cóż, to też jest normalne.

Katarzyna Miller psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”. 

Instrukcja obsługi toksycznych ludzi
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze