fbpx

Epidemia depresji. O najgroźniejszej chorobie cywilizacyjnej rozmawiamy z psycholożką Ewą Woydyłło

O depresji mówimy, kiedy nie jesteśmy zdolni do dwóch funkcji – kochania i pracowania. (Fot. iStock)
O depresji mówimy, kiedy nie jesteśmy zdolni do dwóch funkcji – kochania i pracowania. (Fot. iStock)

Choroba, która niszczy motywację do życia, przybiera rozmiar epidemii. Światowa Organizacja Zdrowia przewiduje, że do 2030 r. depresja będzie najczęściej diagnozowaną chorobą w krajach najbardziej rozwiniętych ekonomicznie, wyprzedzając nawet schorzenia sercowo-naczyniowe. 23 lutego obchodzimy Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją. 

 Depresja staje się chorobą cywilizacyjną…
Sami sobie jesteśmy winni. Zatraciliśmy umiejętność konstruktywnego radzenia sobie ze stresem, nie potrafimy stawiać czoła wyzwaniom, jakie niesie życie. Często nadużywamy słowa „problem” – negatywnie nacechowanego i kojarzącego się z ogromnym mozołem, łamigłówką trudną do rozwiązania. Zatem postrzegamy życie jako pasmo „problemów”, a nie zadań do wykonania, do których przecież w większości sprowadza się nasza egzystencja na różnych jej etapach. Kiedyś człowiek żył pod dyktando natury i miał takie stresy, które nam się nie mieszczą w głowie. Mówiąc metaforyczne; na prawie każdym rogu czyhał na niego drapieżnik albo zagrażał kataklizm.

Walka o przeżycie nie tylko własne, ale też całej rodziny, za którą ponosiło się odpowiedzialność, rzeźbiła charakter?
Tak, a dziś rozleniwiają nas wygody i dobrobyt. W zdecydowanej większości mamy dach nad głową, ciepłą wodę w kranie, ogrzany dom, a gdy znajdziemy się na zakręcie życia – darmowe jedzenie. Przejeżdżam często ul. Miodową w Warszawie i uderza mnie widok mężczyzn w sile wieku, którzy stoją przed kościołem Kapucynów jak w epoce Gierka po mięso, tyle że po darmową zupę. Oni według brutalnych, „darwinowskich” zasad życia nie powinni przeżyć w stanie takiej bierności. Jesteśmy stworzeni, by aktywnie funkcjonować w świecie, co oznacza efektywne radzenie sobie z przeciwnościami życia. A nas dzisiaj w większości trawi choroba mentalna – oderwaliśmy się od natury. Jesteśmy manipulowani i zewnętrznie sterowani – nasze przeważnie sztucznie rozdęte potrzeby kreują popkultura, media i reklama. Żyjemy zanurzeni w świecie tak materialnym, że pojęcie duchowości zostało z niego prawie wyparte.

W tej przestrzeni słowo „depresja” stało się modne i jest chyba nieco nadużywane?
Ostatnio depresję diagnozuje się zbyt często. Od kiedy media zaczęły nagłaśniać zjawisko tej choroby, dużo ludzi na wyrost nazywa depresją każdy prawie stan smutku. Na przykład kiedy umiera nam bliska osoba i bardzo cierpimy, często mówimy: „Mam depresję”, a tak naprawdę to przeżywamy żałobę, która jest żalem, tęsknotą i samotnością. To nie „głowa” nam zachorowała, ale w życiu stała się smutna rzecz. Depresja natomiast jest bardzo ciężką chorobą mózgu; brakiem równowagi biochemicznej. Rodzajem niewydolności centralnego systemu nerwowego. Nie jest on w stanie uruchomić syntezy neuroprzekaźników odpowiedzialnych za nasze dobre samopoczucie i przypływ energii do życia. Depresja przejawia się przewlekłym stanem zniechęcenia i apatii. Zapadamy się w sobie, pogrążamy się w bezczynności i izolujemy się od ludzi.

Jak możemy uchronić się przed depresją?
Ważna jest profilaktyka zdrowia psychicznego, która zaczyna się od kołyski. Już rodzice, mądrze wychowując dzieci, mogą je ustrzec przed zaburzeniami psychicznymi. Wojciech Eichelberger trafnie napisał, że szczęśliwe dzieci wychowują szczęśliwi rodzice. Najważniejsze, by być dobrym wzorem, bo dziecko nie robi tego, co my mówimy, ale robi to, co my robimy. Trzeba przygotować je zawczasu na trudy życia, oswoić z porażką, ale też pokazywać, że prawie wszystkie przeszkody są do pokonania. Ciemna strona życia nie dominuje.

Czeski pisarz Bohumil Hrabal napisał kiedyś: „Życie jest straszne, ale ja postanowiłem, że jest piękne”.
Bo tylko od nas samych i od sposobu, w jaki zostaliśmy wychowani, zależy, jak postrzegamy świat. Kluczem do harmonijnego funkcjonowania w życiu jest praca nad sobą i nieuleganie czarnowidztwu. Niestety, u nas w Polsce nie jest z tym najlepiej. Jesteśmy narodem smutasów. Ludzi, dla których niezadowolenie z życia i z siebie jest częścią tożsamości. Już rodzice, często dziś nie mając czasu dla dzieci, utwierdzają je w przekonaniu, że nie zasługują na uwagę i troskę. Autorytarna szkoła też nie jest miejscem przyjaznym – uczy się bać, wpędza w kompleksy i nadmiernie stresuje. Człowiek dorasta w przekonaniu, że świat jest najeżony kolcami. Nic dziwnego, że na depresję chorują już nie tylko nastolatki, ale także małe dzieci.

Czy istnieje gen depresji?
Naukowcy nie są jednoznaczni w ocenie, czy przychodzimy na świat z takimi predyspozycjami. Niewątpliwie jednak według badań nad depresją dziecięcą, w których przewodzą Kanadyjczycy, maleńkie dzieci, których matki chorują na depresję, też ją mają. Tylko że to wcale nie musi być obciążenie genetyczne, a raczej wyuczony sposób postrzegania świata. Dzieci depresyjnych matek czują się winne ich rozpaczy. Kiedy ktoś bliski zmaga się z depresją, to aura całego domu staje się mroczna. Chorują wszyscy, ponieważ rodzina to system naczyń połączonych. Smutny dom wychowa na ogół smutne dzieci. Dlatego też bardzo ważne w profilaktyce zdrowia psychicznego jest odizolowanie się od toksycznych osób i otaczanie się pogodnymi, empatycznymi, pozytywnie nastawionymi do życia ludźmi. Życzliwe otoczenie i możliwość otwartej rozmowy o swoich problemach są często ważniejsze niż późniejsza interwencja psychologa czy psychiatry.

Jak odróżnić stan przejściowego przygnębienia od depresji?
Jeżeli stan obniżonego nastroju trwa nieprzerwanie przez dwa tygodnie, powinniśmy iść do lekarza. Mówiąc za Freudem: gdy nie jesteśmy zdolni do dwóch funkcji – kochania i pracowania. W Niemczech co trzecia osoba, która zgłasza się do lekarza pierwszego kontaktu, dostaje skierowanie do psychologa. To są najczęściej pacjenci z objawami chorób psychosomatycznych. Nie mają np. apetytu, boli ich kręgosłup; źle się czują, ale nie wiedzą, co im dolega. By przywrócić im funkcje witalne, zaleca się rekreację ruchową, czytanie książek, słuchanie muzyki. W naszej służbie zdrowia takie przypadki najczęściej załatwia się pigułkami. Jaki lekarz, gdy powie mu pani o częstym i uporczywym bólu głowy, zaleci szybki marsz przez godzinę?

Dlaczego terapia ruchem jest ważna?
Gdy się ruszamy, w dobrze dotlenionym mózgu wzrasta stężenie neuroprzekaźników i wydzielają się endorfiny zwane hormonami szczęścia. Endorfina to skrót od endogenicznej, czyli naszej własnej, powstającej wewnątrz naszego organizmu, morfiny. Mówiąc prosto, to taka wewnętrzna produkcja radości życia i znieczulenia na ból istnienia. Kiedy mamy zmartwienie i zszargane nerwy, to trzeba wstać, założyć buty i iść na szybki spacer. To naprawdę pomaga. Zaniedbanie ruchowe czy nieumiejętność innych sposobów relaksowania to najprostsza droga, by wpaść w czarną dziurę apatii. Musimy zrobić wszystko, by nie dopuścić do rozwoju choroby.

Jednak gdy nie jesteśmy sobie już w stanie pomóc, depresja przybiera ciężką postać i mamy myśli: „Gaz czy sznurek?”. Chyba tylko tabletka jest ostatnią deską ratunku?
W Niemczech nawet gdy ktoś jest już ludzkim wrakiem, po kilku próbach samobójczych, przy przyjęciu na oddział leczenia depresji dostaje dres i buty do biegania. W dobrych szpitalach psychiatrycznych, by chorych przywrócić do życia, stosuje się najrozmaitsze formy terapii. Leczenie farmakologiczne, psychoterapię, leczenie alternatywne; muzykoterapię, aromaterapię, jogę, leczenie snem, ruchem, dietą itp.

Bezsensowne są rozważania nad wyższością jednej metody terapii nad drugą?
Człowiek jest całością, nie można oddzielić jego psychiki od ciała. Każdy też choruje inaczej, każdego należy traktować indywidualnie i stosować kompleksowe metody leczenia.

W Ameryce jednak króluje „kultura tabletki”.
Wiarę, że środki psychotropowe są w stanie rozwiązać wszystkie nasze problemy, uważam za naiwną i samobójczą. To droga na skróty, która kończy się ślepym zaułkiem. Pigułka nigdy nie zastąpi pracy nad sobą. Polecam świetny film „Panaceum”, który pokazuje, w jaki sposób można wpaść w pułapkę lekomanii. Winę za to w dużej części ponoszą psychiatrzy, którzy nie tłumaczą pacjentom: masz stres; postaraj się rozwiązać go samodzielnie, rozmawiaj z ludźmi, nawiązuj bliskie relacje, naucz się relaksować; biegaj, pływaj. Zamiast tego lekarze diagnozują depresję i zapisują pigułki. Zdejmują z ludzi odpowiedzialność za złe samopoczucie. Robią to, oczywiście, dla pieniędzy. Ich mecenasem jest przemysł farmaceutyczny. To niezwykle bogate i wpływowe lobby zmanipulowało opinię publiczną i wmówiło, że wszystkie zaburzenia psychiczne są faktycznie chorobami mózgu wymagającymi leczenia farmakologicznego. Zatem mamy, od lat 80., złoty wiek farmakopsychiatrii.

W ten sposób epidemia depresji zatacza coraz szersze kręgi?
Jeżeli doprowadzimy do zaniku mięśni, to trudno nam je będzie odbudować. Podobnie dzieje się z naszym mózgiem. Jeżeli zaburzymy jego naturalne sprawności biochemiczne, rozleniwimy go poprzez pigułki i przyzwyczaimy do funkcjonowania na zwolnionych obrotach, to wpadniemy w chroniczny stan depresji. To zjawisko występuje już nagminnie w społeczeństwie amerykańskim, w którym tabletkami faszeruje się nawet niemowlaki! Kiedyś przeczytałam, że gdyby Beethoven, który był nadwrażliwym dzieckiem, żył dzisiaj w Ameryce, to już w dzieciństwie byłby na lekach psychotropowych i co najwyżej zdobyłby kwalifikacje do pracy na poczcie. Mógłby się z tego utrzymywać, ale z przerwami na okresowe leczenie w szpitalu psychiatrycznym.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska – doktor psychologii i terapeuta uzależnień. Autorka wielu książek i przekładów. Spopularyzowała w Polsce leczenie oparte na modelu Minnesota, bazującego na filozofii Anonimowych Alkoholików.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru magazynu „Zwierciadło”. 

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze