fbpx

Magnetyzm ikony

123RF.com

Ikonopisarstwo to tradycyjne i twórcze rzemiosło, w którym oba elementy: warsztatowy i duchowy, są równie istotne.

Zachwycają swoim subtelnym, antyrealistycznym rysunkiem i bogatą kolorystyką. Przyciągają wzrok w kościołach, muzeach i albumach o sztuce. Ikony. Święte, piękne, budzące pożądanie kolekcjonerów. Choć wywodzą się z prawosławia, to zafascynował się nimi także Kościół katolicki. Kanon malowania, a właściwie pisania ikony (ikonographia to z greckiego pisanie wizerunku lub życiorysu), przetrwał do dzisiaj. Zgodnie z dziewięcioma przykazaniami ikonopistów, jest darem, za który należy być wdzięcznym. Nie robi się tego dla własnej chwały, ale dla chwały Boga i pożytku innych. Najważniejsze, że pisać ikonę może każdy. Gdzie? Na specjalnych warsztatach organizowanych m.in. przez Pracownię św. Judy -Tadeusza w Warszawie.

Działać przez piękno

– Na warsztaty ikony zabrała mnie siostra, którą namówiła jej znajoma – wspomina Marta. – Wahałam się, nigdy nie malowałam…, ale tak mnie ciągnęło…

Zdecydowała się. Poszła na kurs semestralny, spotkania raz w tygodniu przez cztery miesiące.

– Zaczęliśmy od oblicza Chrystusa – wspomina. – Uczyliśmy się elementów twarzy, po kolei: oko, nos, usta. Potem sporządzaliśmy szkic na papierze, który po akceptacji prowadzącego przenosiliśmy na deskę. Kładliśmy sankiry (podkłady malarskie) i kolejne modelunki (rozjaśnienia).

Była zachwycona. Okazało się, że dwie i pół godziny to za mało, więc z siostrą i koleżankami spotykały się dodatkowo w niedzielę. Największym problemem okazała się opieka dla dziecka.

– Ani mąż, ani matka nie chcieli się nimi zająć – wyznaje Marta. – Na kurs angielskiego mogłam wychodzić, a na ikony nie. Myślę, że bali się mojej przemiany.

Dla świętego spokoju chciała zrezygnować z kontynuacji – drugiego stopnia. Znowu zadziałała siostra. Przekonała ją, by wysłała jednak zgłoszenie. Udało się!

– Widocznie tak miało być – opowiada. – Mąż w końcu zaakceptował mój wybór, a mama zaczęła pomagać. Zobaczyli, że stałam się bardziej wyciszona i uporządkowana.

Zdaniem Marty to zasługa ikony. – Ona oddziałuje pięknem – mówi.

Pisanie ikony wymaga skupienia. Marta nie może tego robić, jak jest głośno i ma bałagan. Dlatego takie ważne jest dla niej przychodzenie do pracowni. Tu panuje cisza i porządek. Wszyscy są otwarci i pomocni. Widują się też prywatnie. Robią wyjazdy plenerowe i wycieczki szlakiem ikon.

 

– Ikona uczy cierpliwości – dodaje Marta. – Gdy robiłam oblicze Matki Boskiej Włodzimierskiej, co chwila coś się psuło: a to wyszedł mi krzywy nos, a to czarna kreska. Wcześniej denerwowałam się, ale ostatnio odpuściłam, pomyślałam: „No tak, po prostu nie wychodzi”. Pojawił się we mnie spokój. Teraz czekam, aż ikona zechce zstąpić na deskę.

Wejść w relację miłości

Ula nie mogła się doczekać warsztatów, chciała wszystko chłonąć, robić notatki. Z nerwów rozchorowała się. Przychodziła z gorączką. – To była lekcja posłuszeństwa – śmieje się. – Dzięki temu robiłam krok po kroku, jak prowadzący przykazał.

Po pierwszym kursie była tak rozentuzjazmowana, że wszystkich „zarażała” ikonopisaniem: koleżanki, sąsiadki, nawet męża, który teraz jest na kursie pierwszego stopnia. Sama ma już za sobą drugi stopień, czyli pisanie ikony Matki Boskiej. W jej domu leżą cztery rozpoczęte prace, dwie kolejne czekają w pracowni.

– Jak tylko widzę jakąś ikonę, która mnie chwyta za serce, od razu chciałabym nad nią pracować – przyznaje. – Doskonalę warsztat i siebie. Coraz więcej wiem i mogę się tą wiedzą dzielić z innymi. Kupuję albumy o ikonach, umiem rozpoznawać cechy kanoniczności i typ ikonograficzny. Przestałam chodzić na kółko malarskie – nie chcę już malować kapusty ani tulipanów, chcę tylko pisać ikony.

Od kilku miesięcy asystuje w nowych kursach, pomaga pisać innym. Chodzi na każde zajęcia, czasami nawet kieruje domem na odległość. – Muszę tutaj być – tłumaczy. – To daje mi spokój i pancerz przeciwko wszelkim problemom.

Po pierwszym stopniu nie była już taka impulsywna. Po drugim powróciła do kultu maryjnego, który w dzieciństwie był jej bliski. – Jak się pisze ikonę, trzeba być w łączności ze świętym, wejść z nim w relację miłości – mówi Ula. – Ikona żyje, gdy ktoś się przed nią modli. To nie jest malowany obraz, to jest okno. Trzeba przez nie wyglądać, by coś zobaczyć.

Spotkać się w modlitwie

Na warsztatach własnoręcznie robi się farby z naturalnych składników i przygotowuje podobrazie. Potem rysuje się szkic według zasady geometrycznej i przenosi go na deskę. Uczy się podstaw pozłotnictwa, nakładania podkładów i rozjaśniania ikony. To ma znaczenie duchowe: naturalne materiały to włączenie przyrody do powstawania nowego życia, a malowanie wizerunku od ciemnego do jasnego symbolizuje proces wewnętrznej przemiany.

– Ikona była we mnie zawsze – opowiada jezuita ojciec Jacek Wróbel, twórca niezależnej i otwartej grupy „Droga Ikony”, związanej z Pracownią św. Judy-Tadeusza. W 2008 r. odbyły się tu pierwsze warsztaty, w których wzięło udział 20 osób.

– Przychodzą do nas ludzie w różnym wieku, różnego wykształcenia i zawodu – opowiada. – Każdy ma inne doświadczenie duchowe, ale wszystkich przyciąga magnetyzm ikony. Mówią potem, że przeżyli przemianę, coś się w nich otworzyło. Bo pisanie ikon jest indywidualnym, ale też wspólnym doświadczeniem.