1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Nowy związek - stary problem

Nowy związek - stary problem

123rf
123rf
Miało być tak pięknie. On wydawał się przeciwieństwem poprzedniego partnera, a okazał się podobny, wręcz identyczny. Otworzyły się stare rany, które bolą tak samo dotkliwie. Dlaczego tak się dzieje?

1. Poprzedni problem w związku nie został rozwiązany. Emocjonalna reakcja na to, co działo się w relacji, nie została dopełniona. Nie poczuliśmy do końca tego, co mieliśmy poczuć. Może nam się wydawać, że cierpieliśmy i wszystko co złe, się wydarzyło, ale powtórka w nowym związku temu zaprzecza. Widać próbowaliśmy uniknąć bólu, smutku, złości. Za mało koncentrowaliśmy się na własnym wnętrzu, za dużo na zachowaniu partnera. Jego zmiana miała nas wyzwolić. Tak się nie stało. Teraz jest okazja, żeby to zaakceptować i przeżyć naprawdę.

2. Dlaczego tak się pomyliłam? Możesz zadawać sobie to pytanie. Partner, który pojawia się po trudnych przejściach często jest przez nas idealizowany. Wpadamy w stan zbliżony do euforii z tego samego powodu, dla którego nie chcieliśmy przeżyć bólu poprzednio. Ze strachu przed czuciem. Wolimy nie widzieć różnych symptomów, które zapowiadają przyszłość. Nie warto jednak się o to oskarżać. Nasza psychika pokrętnymi drogami dąży do oczyszczenia się z negatywnych emocji, które są powodem starych ran. Jest w tym mądra.

3. Co teraz? U źródeł problemu leży ciągle ten sam wzorzec, który domaga się, żeby nim się zająć. Jest jak zagadka, która nie doczekała się odpowiedzi. Dlatego wróć do poprzedniej relacji. Co tam się działo? Byłaś lekceważona, nieszanowana? Może wykorzystywana przez niezaradnego mężczyznę, a ten też właśnie stracił kolejną pracę? Albo znowu jesteś z kimś, kto nie chce mieć z tobą dziecka? Popatrz na siebie w tym układzie. Gdzie kryje się twój ból? Czego się boisz? Może być trudno odpowiedzieć sobie na to pytanie. Pytanie pomocnicze brzmi - gdyby stało się tak, jak chcesz, co musiałabyś zrobić, poczuć, zmienić? Właśnie tego się boisz. I to jest twój stary problem.

Związki: Najpierw pokochaj siebie - TUTAJ

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Chcesz stworzyć dobry związek? Uporządkuj rodzinną przeszłość!

Pamiętaj, bilans związku musi być dodatki! Żeby tego dokonać uporządkuj emocje z przeszłości. (fot. iStock)
Pamiętaj, bilans związku musi być dodatki! Żeby tego dokonać uporządkuj emocje z przeszłości. (fot. iStock)
Pierwszym warunkiem udanego związku nie jest miłość, lecz… porządek. Kiedy wyczyścisz wszystkie kąty, miłość będzie miała gdzie zamieszkać.

Odchodzisz z rodzinnego domu ,,na swoje”, z głową nabitą ideałami i postanowieniami. Obiecujesz sobie, że nigdy nie będziesz taka jak twoja matka albo że nie dasz się traktować jak ciotka. Kochasz, a miłość pokona wszystko. Jest gwarancją szczęścia… Nieprawda! Podstawową zasadą udanego związku jest określony porządek. Bowiem dobry związek jest jak idealnie posprzątany pokój. Wszystko i wszyscy mają swoje miejsce, a bilans relacji musi być dodatni. Dostajesz od partnera przynajmniej tyle samo, ile mu dajesz.

Tęsknota za idealną miłością

Kobieta spotyka mężczyznę swojego życia, wierzy, że to na pewno ten jeden jedyny, a ich miłość jest wyjątkowa. Stan zakochania zakłada im na oczy różowe okulary. Mijają lata. Pojawiają się pierwsze wątpliwości. Ona patrzy na partnera i zadaje sobie pytanie: „Jak mogłam być taka ślepa?”, „Gdyby mnie naprawdę kochał, dałby mi to, czego potrzebuję”. On czuje podobnie. Zaczyna się poszukiwanie winnego. Bywa, że jedno z nich z bezradności szuka pociechy poza związkiem. Rodzą się kłótnie, pojawia się widmo rozwodu. Symptomatyczne zdania: „bo ty nigdy”, „bo ty zawsze”. Każde za wszelką cenę próbuje walczyć o swoje szczęście i prawo do miłości. Zamieniają się we wrogów.

Kto zawinił? Pierwotna tęsknota za idealną, bezwarunkową miłością. Taką, jaką dać mogą jedynie rodzice. Ale oni też nie są idealni, choć starają się z całych sił. Kochają dziecko, jak potrafią, ale pewnych rzeczy dać mu nie mogą, bo pewnie też nie dostali ich od swoich rodziców. Dlatego wyruszamy w świat z emocjonalnymi dziurami w sercach i to nie miłość, ale owe deficyty sprawiają, że z tysiąca innych ludzi wybieramy właśnie danego partnera czy partnerkę. Z wiarą, że otrzymamy to, czego nie dostaliśmy od rodziców. Ale ten pociąg już odjechał. W dorosłym życiu możemy otrzymać wiele wspaniałych darów, ale tego, czego zabrakło w dzieciństwie, nie dostaniemy już nigdy. Jak sobie z tym poradzić? Przeprowadzić stosowne porządki.

Półka z rodzicami

Musisz uznać pierwszy i najważniejszy porządek miłości – więź z rodziną, z której pochodzisz. – Chodzi o przyjęcie rodziców, wewnętrzną zgodę na nich, takimi, jacy są, ze wszystkimi zaletami, ale także wadami – mówi Elżbieta Sanigórska, psycholog, psychoterapeutka. – To, kim jesteśmy, wynika w pewnym sensie  z tego, kim są nasi rodzice. Tego, że od nich pochodzimy, nie możemy się wyprzeć. Przyjęcie ich, uszanowanie i akceptacja nie tylko uwolnią od, czasami bolesnej, przeszłości, od wszystkich trudnych spraw, jakie przeżywaliśmy w relacji z nimi, ale też pozwolą zaakceptować siebie i partnera.

Jeśli w twoim związku coś się psuje, przyjrzyj się emocjom, które przeżywasz. Czy są adekwatne do tego, co się dzieje? Czy reagujesz jak osoba dorosła, czy może jak dziecko – nadmiernie intensywnie, nie panując nad emocjami? Lęki i obawy, które ujawniają się w relacji z partnerem, pretensje, oczekiwania, złość czy chęć zranienia go do żywego, to uczucia mające zwykle źródło w relacjach z rodzicami.

Ocalić miłość, to móc powiedzieć: „Szanuję ciebie jako mężczyznę”, „…a ja ciebie jako kobietę, ze wszystkim, co twoje”. Żeby tak się stało, musisz zaakceptować swoich rodziców, a tym samym siebie, swój los, swoje życie.

– Powiedzieć: „Kochana mamo/kochany tato, uznaję ciebie jako moją matkę/mojego ojca i biorę od ciebie życie, jakie mi dałaś/dałeś” – to pierwszy, najważniejszy krok na drodze do udanego związku – tłumaczy Elżbieta Sanigórka. – Musisz przeboleć, odżałować i rozstać się z tym wszystkim, co było trudne w twoich relacjach z rodzicami. A także dostrzec i uznać to, co twoi rodzice ci dali, to, że cię wychowali. Ten krok konfrontuje cię też z własną niedoskonałością. Pozwala zaakceptować w sobie zarówno jasne, jak i ciemne strony.

Inwestycja w prawdziwą relację

Jeśli już zaakceptowałaś swoich rodziców takimi, jacy są, masz teraz szansę na to, by zobaczyć partnera – również takim, jaki jest naprawdę. Nie patrzeć na niego przez pryzmat własnych dziecięcych potrzeb, tęsknot, deficytów. Zaakceptować jego słabości, denerwujące nawyki i przede wszystkim to, że nie może ci dać tego, czego nie ma, nie potrafi lub sam nie dostał. Jesteś w stanie podjąć decyzję, czy ty z tym człowiekiem naprawdę chcesz i możesz być. Co więcej: ustalić porządek w waszej rodzinie, zgodnie z którym relacja twoja i partnera jest najważniejsza, ważniejsza niż ta z rodzicami czy z waszymi dziećmi. Energia partnerów powinna być inwestowana przede wszystkim w związek. To daje siłę do budowania wspólnego życia, do bycia rodzicami, do znoszenia codziennych trudów i do czerpania z tego radości.

Jeśli nie będziecie inwestować w waszą relację partnerską, na przykład staniecie się bardziej rodzicami niż partnerami, spowoduje to zaburzenie równowagi. Ty będziesz żyć w poczuciu rozgoryczenia, że mąż nie zajmuje się dziećmi, on będzie zazdrosny o waszego syna, może zacznie odpowiadać na adorację koleżanki z pracy, a wasza więź się rozluźni. Z lęku przed utratą miłości wzajemne rozczarowania i urazy będziecie zamiatać pod dywan i kłócić się o drobiazgi: porozrzucane po domu skarpetki, okruszki na pościeli czy o to, kto ma wyrzucić śmieci. Być może wtedy zaczniesz snuć spiskową teorię o tym, że to teściowa miesza w waszym związku – nigdy cię nie lubiła i stale wtrąca się w wychowywanie dzieci.

Równanie rodzin

Czyja rodzina lepsza – moja czy twoja? To najczęstszy powód kłótni, zwłaszcza na początku związku. – Ty i twój partner pochodzicie z dwóch różnych światów – tłumaczy Elżbieta Sanigórska. – Tradycje w waszych rodzinach mogą być odmienne i to w każdej kwestii: potraw na wigilijnym stole, wychowywania dzieci, gospodarowania rodzinnym budżetem, spędzania czasu wolnego… I wojna o to, czyje lepsze, się rozkręca.

Co będziemy jeść w naszym domu w Wigilię: barszczyk czy grzybową? – odpowiedź na to pytanie, poszukanie kompromisu, a może stworzenie swojego własnego rytuału – to podstawa udanego związku, szansa na stworzenie autentycznego ,,my”. Walka o przeforsowanie zwyczajów rodziny, którą w sprawach domowych często wygrywa kobieta, niszczy wzajemny szacunek i zagraża więzi pomiędzy partnerami. Zamiast zastanawiać się, jak to pogodzić w taki sposób, by uszanować obydwie rodziny, zamiast dążyć do wspólnych rozwiązań – często szukamy pocieszenia u… mamy i taty.

– Radzenie się rodziców jest OK – mówi Elżbieta Sanigórska. – Jednak związkowi nie służy szukanie poparcia rodziców przeciwko partnerowi. Zatem wysłuchaj rady mamy, ale to ty i partner musicie się dogadać.

Ingerencja babć w wychowywanie wnuków, obowiązek cotygodniowych obiadków u teściowej, wakacje na działce u twoich rodziców? OK. Pod warunkiem, że ty i partner naprawdę tego chcecie, a nie stracie się zaspokoić oczekiwania rodziców. Wigilia przed kominkiem we własnym domu zamiast świątecznej gonitwy od rodziny do rodziny? Czemu nie, jeśli marzycie o tym obydwoje. Zdrowy rozsądek w spełnianiu rodzinnych zobowiązań to podstawa udanego związku. Szczere i wspólnie uzgodnione stanowisko w kwestii, czy i na ile włączamy rodziców w sprawy naszej rodziny, to kolejny punkt na liście spraw do załatwienia.

Rachunki krzywd

Dawanie i branie – kolejne prawo miłości, to baza, która podtrzymuje więź i warunkuje zadowolenie ze związku. – Im więcej dobrego dajemy sobie nawzajem, tym bardziej rośnie bliskość i przywiązanie – mówi Elżbieta Sanigórska. – Bilans zawsze powinien być dodatni – i ty, i partner musicie mieć poczucie, że dostajecie przynajmniej tyle, ile sami dajecie.

I nie chodzi wcale o spektakularne czyny czy drogie prezenty, ale o zwykłą codzienność: czas, uważność, domowe rytuały, czułe gesty i bliskość. W ramach wymiany mieści się także wyrównywanie krzywd, na przykład zdrady.

– Przed wybaczeniem musi nastąpić zadośćuczynienie – mówi psychoterapeutka. – Jeśli to ty czujesz się pokrzywdzona, partner musi uznać twoją krzywdę i wyrazić chęć jej naprawienia. Wtedy ty możesz zażądać czegoś, co będzie wystarczającym zadośćuczynieniem. Tylko wtedy, gdy krzywdy zostaną wyrównane, możecie zacząć odbudowywać związek.

Możesz zażyczyć sobie, żeby partner zrobił albo podarował ci coś, o czym zawsze marzyłaś: wspólny wyjazd, każdy weekend z tobą i dziećmi albo że ma chodzić teraz na wywiadówki i pomagać synowi w lekcjach, żeby ciebie odciążyć.

Wyrównanie krzywdy musi dotyczyć także emocjonalnej strony. Jeśli czujesz się zraniona na przykład jako żona, powiedz partnerowi: „Zraniłeś mnie, to teraz ja się będę starać mniej, a ty musisz starać się bardziej. Przez najbliższe sześć miesięcy nie będę robiła tego wszystkiego, co robiłam jako dobra żona. Od ciebie oczekuję, że będziesz….”. Trzeba powiedzieć to jasno, konkretnie, rzeczowo. I to osoba skrzywdzona ustala, jaka ma być kara, jakie zadośćuczynienie i jak długo to ma trwać. Winny nie może z tym dyskutować.

A kiedy wyznaczony czas minie, a ty poczujesz, że jesteś gotowa mu wybaczyć, oddzielcie przeszłość grubą kreską i nie wracajcie już do tego, co było raniące. Rozmawiajcie o tym, jaki ma być wasz związek, byście nadal chcieli w nim pozostać.

  1. Psychologia

Samotna mama i jej nowy facet

Dzieci tak jak kochają dziadka, wujka czy przyjaciółkę mamy, tak też mogą pokochać nowego partnera. (Fot. iStock)
Dzieci tak jak kochają dziadka, wujka czy przyjaciółkę mamy, tak też mogą pokochać nowego partnera. (Fot. iStock)
„Nie powinnam myśleć tylko o swoim szczęściu”, „Czuję się winna, że zostawiam córkę i idę na randkę”– to jedne z wielu argumentów na rzecz poświęcenia swojego życia wychowaniu dzieci. – Samotna mama też ma prawo do miłości. A jej dziecko do tego, by mieć jeszcze jedną osobę do kochania – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Znam dużo samotnych mam, mniej lub bardziej aktywnie poszukujących nowego partnera. Przyznam, że nie znam żadnego samotnego taty. Czy o czymś to może świadczyć?
Może o tym, że samotny mężczyzna z dzieckiem lub dziećmi rzadko jest długo sam.

A to dlaczego?
Dlatego, że mężczyźni sobie sami nie radzą i od razu chcą mieć kobietę, która zajmie się dziećmi i zdejmie z nich ten „straszny” ciężar. Natomiast kobiety samotnie wychowujące dziecko bardzo długo radzą sobie bez partnera. One w ogóle zwykle sobie radzą.

Może to się też brać z tego, że dziećmi i tak głównie zajmuje się kobieta, dlatego jeśli rodzice dziecka się rozstają, to zwykle wyprowadza się mężczyzna, a dzieci zostają przy matce. Niemniej jednak oboje wracają na matrymonialny rynek. Czy jest im trudniej niż singlom nie „z odzysku”? W końcu wszyscy samotni rodzice są po jakichś uczuciowych przejściach.
Zazwyczaj tak, choć znam kobiety, które świadomie zdecydowały się na samotne macierzyństwo, ponieważ, jak mówią, nie spotkały nikogo, kto by się im spodobał na tyle albo komu one by się spodobały wystarczająco, by założyć rodzinę. Ale rzeczywiście, masz rację, większość samotnych matek jest po przejściach, bo albo one się chciały rozstać, albo to partner od nich odszedł, albo po prostu umarł. Niestety, dość rzadko jest tak, że rozstali się w przyjaźni.

Czy to oznacza, że już na progu nadziei na nowy związek mają określone oczekiwania? Albo gorące postanowienia typu „już nigdy nie zwiążę się ze związkofobem”?
Myślę, że tak bywa, ale nie jest to regułą. Niektóre osoby wykorzystują swoje doświadczenie i wyciągają z niego wnioski, na szczęście, bo to oznacza, że się czegoś uczą. Ale niektóre nie. A jak na nowego partnera mamy zapatrują się dzieci? Im bardziej mama jest otwarta i szczera wobec dzieci, tym bardziej będzie dla nich naturalne, że nie chce być sama, i jak się pojawi jakiś facet, który się jej spodoba i który będzie dobrze rokował – to będą zadowolone. Niektóre dzieci chcą nawet same wydać mamusię za mąż. I aktywnie szukają: a to pan nauczyciel by się nadał, a to listonosz, a to sąsiad. Jest dużo miłych komedii romantycznych na ten temat. Często głównie małe dziewczynki chcą mieć tatę. I chcą mieć go głównie dla siebie, nie myślą, że to jest mężczyzna mamy.

A czy samotne mamy widzą w mężczyźnie najpierw ewentualnego partnera czy raczej ewentualnego ojca dla ich dzieci?
Głównie szukają faceta dla siebie, ale marzy im się także, by dał im wytchnienie w rodzicielstwie, nie tyle był ojcem dla ich dzieci, co pomógł, wsparł. Większość kobiet mówi, że niezwykle istotne w wyborze faceta jest to, jaki on będzie dla dzieci. Niektóre twierdzą nawet, że jak nie dogada się z ich dziećmi, to mowy nie ma, żeby dały mu szansę. Ale czasem, moim zdaniem, tylko tak mówią. Są kobiety, które nie potrafią żyć same i w tym wypadku myślą jednak o sobie. I mają do tego prawo! Ale kiedy facet jest niedobry, obojętny, zimny czy roszczeniowy w stosunku do dzieci, to rzeczywiście gehenna się w domu czasem robi, a nie daj Boże, jeszcze się dobiera do dorastającej córki.

No właśnie, kiedyś był to temat tabu, dziś coraz częściej jest poruszany przez literaturę i film. Za każdym razem pojawia się ten sam wątek: że zakochane matki są kompletnie obojętne na swoje córki, w ogóle na wszystko są obojętne.
Nie chronią córki, a jak się wyda, to są złe na nią, a nie na faceta. Ale to dotyczy emocjonalnie prymitywnych kobiet.

Takie matki często nie rozmawiają z córkami o tym, że się zakochały, że się z kimś spotykają i zwykle dają się dopiero nakryć, jak to się mówiło, in flagranti.
A to potrafi być wielkim szokiem dla córki. I jest to wobec niej ogromnie nieuczciwe. Warto być fair w stosunku do własnego dziecka, niezależnie od tego, ile ma lat. Najlepiej zacząć od tego, by powiedzieć, że chciałoby się kogoś poznać, zakochać, nie być samą. Oczywiście, nie ma co gadać o tym bez przerwy, tylko czasem wspomnieć. Potem można zasugerować, że jest taki pan, z którym się czasem spotykam, jeszcze później można przedstawić go dziecku, najlepiej gdzieś na zewnątrz, nie w domu. Potem ponownie, i jeszcze raz. Dziecko szybko się zorientuje, że coś jest na rzeczy. Wtedy można powiedzieć, że coraz bardziej tego pana lubię i jestem ciekawa, jak podoba się dziecku. I to jest bardzo ważny moment. Bo jeśli na przykład córka powie: „A ja sobie nie życzę, żebyś ty się z nim spotykała”, to trzeba od razu odpowiedzieć: „Bardzo cię przepraszam, ale to jest mój znajomy, nie twój”. Matki czasem ulegają: „Ale moje dziecko nie chce, żebym z kimś była”. Źle robią. Dzieci chcą rządzić w domu i chcą być najważniejsze wtedy, kiedy nie czują siły rodzica.

Często słyszę o takich sytuacjach, kiedy mama mówi dziecku, że idzie na spotkanie firmowe, bo wie, że mały wpadnie w szał, jak się dowie, że to randka.
To znaczy, że ona źle pokierowała całą sprawą. Tak jak powiedziałam, dziecko rządzi, gdy czuje, że mama jest słaba. Tyle tylko, że jedyna satysfakcja, jaką wtedy ma, to ta, że rządzi. Innej frajdy nie ma. Dziecko o wiele bardziej niż rządzić chce się czuć bezpieczne, mieć pewność, że rodzice wiedzą, co robić. Oczywiście, nie chodzi o to, by wprowadzić do domu jakiegoś tyrana, tylko by nie dać się terroryzować dzieciom. Ostatecznie można powstrzymać się trochę z tym, żeby wybranek się wprowadzał, na co faceci zwykle nalegają, bo chcą sobie ułożyć życie, a nie dlatego, że już chcieliby być tatusiem dla dzieci. Skąd kobieta ma wiedzieć, czy jest to dobry moment na wspólne zamieszkanie? Łatwo powiedzieć: „wyczuj to”, ale o to mniej więcej chodzi. O to, by wiedzieć, który facet jest na romans, a który na wspólne życie.

Samotne matki mówią, że ciężko spotkać faceta, który nie dość, że jest dobry na wspólne życie, to jeszcze jest w stanie pokochać je w komplecie z dzieckiem.
Pod tym względem może być im trochę trudniej na matrymonialnym rynku, bo dziecko to odpowiedzialność. Z drugiej strony może być cennym bonusem. Wiele związków zaczyna się od tego, że facet się zakumplował w jakiejś sytuacji z dzieckiem i dopiero potem poznał jego mamę i ta mama okazała się też bardzo fajna. Przeważnie jednak kiedy ludzie się ze sobą wiążą, to chcą mieć własne dzieci. Choć był taki moment w moim życiu, kiedy miałam straszną ochotę, by to facet wniósł dziecko do naszego związku, bo wiedziałam, że swojego mieć nie będę. Raz rzeczywiście tak się zdarzyło i bardzo się polubiłyśmy z tą dziewczynką. Tylko mój facet, a jej ojciec, sobie z tym nie radził. Mówił, że jak jest ze mną, to ma wyrzuty sumienia, że zostawia dziecko, jak jest z nią, to tęskni za mną, a jak jesteśmy wszyscy razem, to nie wie, jak się ma zachować. A myśmy obie wiedziały. Ale bez niego nie mogło się udać.

Poruszyłaś ważną kwestię, poczucia winy. Randkujący rodzice często czują się winni.
Ludziom bardzo trudno jest decydować o sobie. Ta umiejętność wiąże się bowiem z dojrzałością, samodzielnością, niezależnością, pozwoleniem sobie na bycie sobą, z zaufaniem do siebie. A te cechy budują się w nas już w dzieciństwie. Rodzice dają nam zbyt mało praw jako dzieciom, więc co w tym dziwnego, że odmawiamy sobie tylu rzeczy jako dorośli. Zwłaszcza kobiety wmawiają sobie, że są samolubne, bo pragną własnego szczęścia, a powinny pragnąć tylko szczęścia dzieci, tak jak ich mama, która całe życie się dla nich poświęcała. Takie myślenie nikomu nic dobrego nie przynosi, ale jest mocno wdrukowane w nasz naród. My w Polsce jesteśmy dość masochistyczni, musisz przyznać. Grzech i poczucie winy lubią rządzić.

Czy to prawda, że niektóre kobiety traktują dziecko jako argument, by zamknąć się na związek, na miłość? Wymówkę dla wyjścia z domu, do ludzi?
Prawda. Poza tym bardzo często kobiety mają dziecko po to, żeby kogoś mieć. Dziecko jest dowodem na to, że nigdy już nie będą same i że zawsze będą matką, czyli będą pełnić tę zaszczytną zwłaszcza w Polsce rolę. A dobrze by było, by z tego powodu nie miały poczucia ani jakiegoś ogromnego obowiązku, ani jakiejś specjalnej wyjątkowości. W końcu dużo kobiet jest matkami. A już najfajniej jest być dobrą matką, czyli ufać sobie, lubić swoje dziecko, traktować je jako odrębną istotę, a nie swoją własność.

Dużym problemem jest również taka sytuacja, kiedy to dzieci postrzegają rodziców jako swoją własność. Kiedy nie pozwalają starszym rodzicom żyć tak, jak oni chcą. Ja mam nawet wrażenie, że często to jest odwet. Dzieci się wtrącają dlatego, że rodzice się wtrącali. Na przykład mamusia wchodziła i przemeblowywała córce pokój, układała ubrania w szafie lub krytykowała jej miłości i przyjaźnie. No to jak córka jest już dorosła, a mamusia, dajmy na to, nie chce się leczyć albo właśnie kogoś poznała, to córka jej od razu powie, co ona by sobie wyobrażała, żeby było lepsze dla matki.

„Skoro mama mówiła, co jej się nie podoba, to ja teraz też mam prawo”?
Tak jest. Tyle tylko, że jeśli mieszkamy razem, to nasze zdanie w jakimś sensie jest istotne, ale jeśli już mieszkamy osobno, to niech mamusia i tatuś żyją sobie jak chcą. Już nie wspominam o ohydnych rzeczach typu pozbawianie rodziców mieszkania czy majątku. Ale mówienie: „Czego ci się zachciewa na starość?!” potrafi być równie obrzydliwe. Bardzo dużo dzieci reaguje na romans rodzica strasznie małomieszczańskim oburzeniem i to jest ewidentnie odbicie tego, że jako dzieciom nie wolno im było być istotami seksualnymi. U nas w Polsce rzadkie jest przyzwolenie na radość, na czerpanie przyjemności z życia. Pewne wytłumaczenie tego znajdziemy w naszej skomplikowanej i trudnej historii, ale też w klimacie, który na szczęście nam się ociepla.

Czy słusznie podejrzewam, że ten brak przyzwolenia dotyczy głównie relacji: matka–córka?
To w ogóle szczególny typ relacji, a jej szczególność objawia się tym, że kiedy córka jest zła na to, że mama randkuje, to zwykle dlatego, że mama wcześniej jej samej na to nie pozwalała. Dziewczyny mówią: „Nie mogę patrzeć, jak moja matka się do kogoś mizdrzy”. „A co ci to przeszkadza? Przecież ty też się mizdrzysz”. To bardzo nieszczęśliwe kobiety, ciągle pod presją zakazu.

Córka powinna w sobie przepracować tę urazę?
Tak, ale dobrze by było, gdyby wcześniej mamusia też w sobie pewne rzeczy przepracowała i nie była wobec niej taka opresyjna.

Kim powinien być nowy partner mamy dla dziecka?
Na pewno nie ojcem. Jest takie piękne określenie Berta Hellingera: „w imieniu rodzica”. Rodzic adopcyjny kocha dziecko właśnie w imieniu rodzica. Podobnie powinien się ustawić wobec niego nowy partner mamy. Kiedy wchodzi do nowej rodziny, niech najpierw rozejrzy się w tym, jakie normy panują w domu jego partnerki i jakie nastawienie ma dziecko, bo często ono ma żal do ojca o rozwód albo nadzieję, że rodzice się jeszcze zejdą – wtedy może być niemiłe. Trzeba więc powiedzieć: „Ja cię bardzo dobrze rozumiem, jestem dla ciebie intruzem. Nie chcę zajmować miejsca twojego taty. Poznajmy się i zobaczymy, co będzie dalej”. Dzieci często „sprawdzają” nowych parterów mamy, czy mają poczucie humoru, czy naprawdę im zależy, czy potrafią przełknąć czasem żabę… Ogromnie lubię cechy mężczyzn, które się uwydatniają przy dzieciach jako inne od cech mamy – dzieci to też strasznie lubią. Że z tym facetem można się posiłować, pobiegać, pobrudzić, rozpalić ognisko, złowić rybę, urządzić survival w lesie. Tym można ich do siebie bardzo przekonać.

Poza tym nowy partner dobitnie pokazuje, że mama też ma swoje życie i swoje potrzeby, w związku z tym dziecko też może mieć swój świat.
I może być osobne. Poza tym im więcej dzieci mają dorosłych ludzi do kochania, tym lepiej. Tak jak kochają dziadka, wujka czy przyjaciółkę mamy, tak też mogą pokochać nowego partnera. Choć nie muszą od razu wszyscy się kochać, ważne, by umieli się ze sobą dogadać.

Katarzyna Miller  
psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). 

  1. Psychologia

Czy wakacyjny romans może przerodzić się w miłość do końca życia?

Warunkiem tego, czy wakacyjny romans przerodzi się w trwałą relację, są nastawienie i dopasowanie obydwu stron. (Fot. iStock)
Warunkiem tego, czy wakacyjny romans przerodzi się w trwałą relację, są nastawienie i dopasowanie obydwu stron. (Fot. iStock)
Wakacje to czas urlopów, kolorowych drinków z palemką, plażowego leżaka i luzu. Do tego odświeżonego morską bryzą obrazka brakuje nam jeszcze tylko miłosnej przygody. Czy taka „przygoda” ma szansę pozostać na dłużej? Może nawet na zawsze i nie tylko na fotografii z wakacyjnych wspomnień?

Odpowiedź nie jest jednoznaczna, tak jak niejednoznaczne są nasze intencje, z którymi wchodzimy w przygodne wakacyjne romanse. Na początku takiej znajomości może nam się wydawać, że kieruje nami zaledwie przelotna chęć przeżycia uniesienia, poczucia na swojej skórze dreszczu emocji związanego z fascynacją pierwszego spojrzenia, dotyku, bliskości. Po dwóch, a najczęściej po trzech miesiącach, kiedy to poziom hormonów i neurotransmitterów odpowiedzialnych za stan zakochania spada, wakacyjna znajomość może okazać się przeszłością. Kolejny, tym razem bardzo krótki, choć barwny rozdział naszego życia dobiegł końca, a my zamykamy za sobą drzwi, wychodząc naprzeciw nowym wyzwaniom lub zwyczajnej codziennej rutynie do której przywykliśmy.

Niemniej wakacyjna znajomość ma szansę przetrwać. Nie trzeba się zaklinać, mówiąc: „nam się na pewno uda”, „przetrwamy”, „ to nie jest tylko wakacyjna przygoda”. To w większości są tylko nasze pobożne życzenia, które mogą przeciągnąć w czasie koniec iskry, którą rozpaliliśmy w wakacyjnym kurorcie. Determinantem tego, czy wakacyjny romans przerodzi się w trwałą relację, są nastawienie i dopasowanie obydwu stron. Jeśli opadła kurtyna zakochania, a efekt „wow” nie jest już taki głośny, wówczas należy się sobie nawzajem przyjrzeć. Stajemy wobec siebie „sauté”, a w naszych umysłach, jak i całym naszym organizmie zachodzą procesy decyzyjne. Warto wówczas pamiętać:

  • czy dobrze czujemy się w towarzystwie swojej ukochanej/ukochanego,
  • czy język, jakim się wzajemnie komunikujemy jest zrozumiały i odpowiadający naszej wrażliwości,
  • czy nie towarzyszy nam często poczucie winy w relacji z nowym/nową partnerem/partnerką,
  • czy możemy swobodnie mówić o tym co myślimy i czujemy w sposób nie godzący w godność partnera/partnerki, czy raczej nie możemy sobie pozwolić na szczerość.
Tych kilka podstawowych pytań warto zapamiętać, jako tak zwany self coaching w relacjach, na których nam zależy. Odpowiedzi, jakich sobie udzielimy pozwolą nam podjąć decyzję i dojrzale, bardziej świadomie ukształtować swoją przyszłość.
„Po co przeżywać jedną przygodę w wieloma kobietami/mężczyznami, skoro równie dobrze można przeżyć wiele przygód z jedną kobietą/mężczyzną”
Gdy emocje związane z kolorową wakacyjną przygodą już opadną… a my będziemy gotowi na powyższe wyznanie to znaczy, że rozpoczęliśmy życiową podróż zaczynając od wakacyjnej fotografii. To możliwe!

  1. Psychologia

Wzorce w relacjach. Może lepiej nie wiedzieć, jaki ma być mój partner?

Jeśli już potrzebujemy marzyć i składać zamówienia dotyczące naszego ideału partnera, myślmy raczej o tym, jak chcemy się czuć z nim w związku. Radośni, wolni, uskrzydleni? (Fot. iStock)
Jeśli już potrzebujemy marzyć i składać zamówienia dotyczące naszego ideału partnera, myślmy raczej o tym, jak chcemy się czuć z nim w związku. Radośni, wolni, uskrzydleni? (Fot. iStock)
A może by tak porzucić oczekiwania, że on ma być opiekuńczy, zaradny, wysportowany i mieć niebieskie oczy? Bo czasami lepiej nie wiedzieć, jaki ma być i wybrać tego z etykietką „zupełnie do mnie nie pasuje”. Do czego taka postawa doprowadzi w związku, mówi life coach Joanna Godecka. 

To żadne odkrycie, że w związki wchodzimy rządzeni przez różnego rodzaju wzorce. Do czego może prowadzić ich nieuświadomione odtwarzanie w kolejnych relacjach?
Funkcjonując zgodnie z wzorcami, mamy tylko dwie drogi do wyboru. Nagle budzimy się dokładnie w takim samym związku, w jakim żyli nasi rodzice, albo w jego zaprzeczeniu. W jednym i drugim przypadku jest to nieprawda. A w pewnym momencie życia chcemy już tylko prawdy.

Kiedy wreszcie uświadomimy sobie te schematy i powiemy „dość”, tracą one swoją moc. Jednak wtedy docieramy jednocześnie do miejsca dużej niepewności. Potrzebny jest nam nowy pomysł. Jak go znaleźć?
Niczego nowego nie stworzymy, jeśli usiądziemy i będziemy myśleć, co już było, a czego jeszcze nie. Kalkulacja w sprawach uczuć nie ma żadnych szans. I tak zweryfikuje się negatywnie. Znowu wpadniemy w jakąś rolę i będzie teatr. Kiedyś mężczyzna miał zarabiać, a kobieta prowadzić dom, potem to zaczęło się zmieniać, kobiety zaczęły robić karierę i zapracowały na swoje złote karty kredytowe. Wszyscy to wiemy, ten proces ewoluował całe lata na naszych oczach. Natomiast teraz liczy się partnerstwo, oboje pracujemy, oboje przynosimy pieniądze. Czyli pojawił się następny model, w którym – jak widać – po raz kolejny grzęźniemy.

Często zdarza mi się pracować z ludźmi, którzy boją się związku, bo kojarzy im się on z ciasnym, dusznym pokojem, w którym nie ma okien. Mam wrażenie, że przeczuwają oni nadchodzącą katastrofę. I słusznie, bo każdy model jest jakimś schematem, jakimś ograniczeniem, a one przecież do niczego dobrego nie prowadzą.

Model partnerski może niektórych straszyć wymuszaniem niezależności, na którą nie każdy i nie zawsze ma ochotę. Jest tu też coś niebezpiecznie bezpłciowego.
Myślę, że związki budzą lęk przed codziennością, taką „misiowatością”. Ciągłe eksploatowanie tych samych zachowań sprawia, że przestają one być atrakcyjne. Schematem jest też myślenie, że jak żyjemy w związku, to pewne rzeczy musimy robić. Na przykład wracać po pracy do domu. I rezygnujemy z plotek u przyjaciółki, żeby partner nie czuł się zaniedbywany. Zawsze, gdy wyznaczamy sobie sztywne reguły, życie staje się obowiązkiem. Jeśli sobie pomyślisz, że musisz, jak się czujesz?

Źle.
A jeśli powiesz sobie: „chcę”, jaka energia jest w tym słowie?

Dużo lepsza. Będąc w związku, nie powinniśmy zapominać o swoich przyjemnościach, ale też nie róbmy z tego obowiązku. Jest chyba teraz taka tendencja, żeby dmuchać i chuchać na swoją strefę „ja”. A może czasem ktoś wolałby wrócić po pracy do domu i cieszyć się, że ukochana osoba jest blisko?
Doszłyśmy teraz do punktu prawdy. Sama próbuję jej szukać dla siebie i pomagać ją znaleźć ludziom. Mówię: „Poszukaj prawdy o tym, co tak naprawdę lubisz. Czego chcesz w życiu?”. Wydaje się, że są to najprostsze, podstawowe pytania, ale wbrew pozorom trudno na nie odpowiedzieć. Zwykle nie wiemy, co lubimy, bo to, co lubimy, zastąpiliśmy tym, co robimy. A że tego nie lubimy? Już o tym zapomnieliśmy.

Powiedzmy sobie: „nie wiem, jaki ma być mój związek, nie wiem, jaki ma być mój partner, ale wiem, co lubię”.
Tak. Wydaje mi się, że to lubienie jest drogowskazem do związku. A każdy lubi co innego, tutaj się nie trzeba od razu definiować. O ile damy sobie szansę, żeby zauważyć, co lubimy. W tej stołówce zwanej życiem dosyć wcześnie jesteśmy przyrządzani na takie danko, żeby nikomu nie zaszkodziło. Dziewczynki mają być grzeczne, chłopcy zresztą też. Musimy to pranie mózgu troszkę odwrócić, wejść w siebie.

Kiedyś dostałam wino od koleżanki, która sama nie pije wina. Poszła do sklepu i powiedziała, że chce kupić wino dla koleżanki w prezencie. Polecono jej słodkie, bo ktoś założył, że kobiety takie piją. Ja go nienawidzę. Nie pijmy zatem słodkiego wina, skoro go nie lubimy. Pijmy to, co lubimy, i zorientujmy się w różnorodności swoich ulubionych smaków. Używając tej monopolowej metafory – próbujmy w życiu różnych rzeczy, żeby móc jak najpełniej zdefiniować swoją osobowość.

Dobre warunki do zdefiniowania własnej osobowości mamy chyba podczas różnego rodzaju przerw, chwil spokoju. Na przykład między związkami.
Jeśli ktoś kończy związek i desperacko ląduje w następnym, zwykle robi to ze strachu. Powinniśmy mieć trochę czasu, żeby opadły emocje. Ale też, żeby zauważyć, w jakim punkcie jesteśmy, bo na pewno się zmieniliśmy, na pewno mamy już nowe doświadczenia. To jest dobry czas na rozmontowanie się, kiedy najlepiej nic nie robić i za bardzo nie chcieć. Pozwolić sobie na wielkie „nie wiem”.

Rozmontowanie się jest trudne, bo umysł chce się czymś zajmować. Poza tym mamy w głowę wbite hasła o wyznaczaniu celów, świadomym kreowaniu rzeczywistości. Co robić, kiedy naprawdę nie wiemy? Mówimy „nie wiem, jakiego chcę związku”, bo niby skąd mamy wiedzieć? Wyszliśmy ze schematów, które były znane, ale nieprawdziwe. Boimy się.
Ten lęk może znowu zaprowadzić na znane ścieżki albo złapiemy się byle czego. Z jakiego powodu niektórzy, będąc na przykład na wakacjach w Hiszpanii, wcinają hamburgery, zamiast delektować się miejscowymi specjałami? Bo boją się nowości. Wyobraź sobie, że nagle zapomniałaś wszystkie przepisy, które znasz. Otwierasz lodówkę, wyjmujesz produkty i zaczynasz eksperymentować. Odkrywasz nowe smaki dzięki temu, że przepisy wyleciały ci z głowy.

Zdrowo jest zapomnieć.
I zdrowo jest nie wiedzieć. Ta amnezja, to „nie wiem” i ten nieprzyjemny moment, kiedy czujemy, że już nie mieścimy się w jakimś schemacie i kompletnie nie wiemy, co mamy sobie dać zamiast – to powinno być nasze święto. Wtedy warto zabrać się do eksperymentowania. Iść do sklepu i nie ściągać z wieszaków tego, co zawsze – piątego szarego sweterka, tylko wziąć rzecz z etykietką „to do mnie zupełnie nie pasuje”.

Tak. Ale zwykle w tym momencie pojawia się psychiczny dyskomfort. Wzorce nie pozwalają być sobą, ale w pewien sposób chronią. Jak sobie pomóc?
Warto sobie pomagać technikami praktyki obecności. Na przykład świadomym oddychaniem, tym wszystkim, co nas zbliża do siebie samych. Kiedyś podczas sesji coachingu oddechu straciłam poczucie tożsamości. Byłam przerażona i miałam moment paniki. Jednak gdy wzięłam oddech z tym moim lękiem, poczułam, że wszystkie definicje są mi niepotrzebne. To, że ja jestem, to już definicja, nie muszę tego nazywać. Trzeba pozwolić sobie zbliżyć się do siebie, czuć tak, jak się czujemy. Beznadziejnie na przykład. Wtedy odkryjemy w tym coś szalenie bliskiego i idealnego.

Dopiero gdy zbliżymy się do siebie, możemy prawdziwie zbliżyć się do drugiego człowieka.
Nie podamy tu recepty na idealny związek, właściwie obojętne, czy będzie on mniej, czy bardziej partnerski. Chodzi o to, żeby dojść do tego, czy jest to nasz wybór. Czy jest to nasza prawda, czy coś, co nam narzucono.

To bliskie wolności.
Tak. A wolność czujemy w ciele. Gdybyśmy, żyjąc w jakimś schemacie, byli uważni na sygnały ciała, odkrylibyśmy, że na przykład barki są napięte, a kręgosłup trzeszczy. Schematy usztywniają, ciało zawsze pokazuje prawdę. Jego rozluźnienie jest dowodem, że żyjemy tak, jak lubimy.

Kiedy już zdecydujemy się pozostać w stanie „nie wiem”, przychodzi czas prób. Pojawiają się osoby, sytuacje, rzeczy, którym mówimy „nie”, chociaż na horyzoncie nie pojawia się jeszcze nic, czemu można powiedzieć „tak”.
Wtedy trzeba zmierzyć się z pustką. Ale tylko w momencie, kiedy przejdziemy przez ten etap, pojawi się coś naprawdę nowego.

Całkowitą pustką. Mam wrażenie, że nawet marzenia o tym nowym kimś mogą przeszkadzać.
Jeśli już potrzebujemy marzyć i składać zamówienia, myślmy o tym, jak chcemy się w tym związku czuć. Radośni, wolni, uskrzydleni? W ten sposób dajemy życiu szansę, żeby nas zaskoczyło. Niespodzianki może wprowadzają chaos, ale nie są przypadkowe.

Wtedy pojawia się szansa, że w naszym życiu zmaterializuje się ktoś, kim wcześniej byśmy się nie zainteresowali. To znak, że schematy są już za nami.
Kiedy wchodzimy w nowy związek, jak najczęściej pytajmy siebie, co czujemy, bądźmy uważni na to, jak reaguje ciało. Ostrożnie wchodźmy w tę relację, zastanawiajmy się nad intencją działań, bądźmy czujni, czy robimy coś, bo chcemy, czy dlatego, że musimy. Czy jesteśmy sobą, komunikujemy swoje uczucia, nie udajemy niczego, ale jednocześnie pozwalamy partnerowi, żeby był sobą i wyrażał to, co czuje. Wówczas damy sobie szansę na wejście w prawdziwą totalną bliskość, która nie mieści się w żadnym wzorcu.

Joanna Godecka dyplomowany life coach, coach oddechu i terapeutka TSR. Specjalizuje się w tematyce związków partnerskich, skutecznego podnoszenia poczucia własnej wartości oraz atrakcyjności. 

  1. Seks

Na miłość nigdy nie jest za późno. Związek po rozwodzie

Warunkiem przetrwania dojrzałych związków jest samoświadomość obojga partnerów, czyli wyciągnięcie wniosków z poprzednich doświadczeń. (Fot. iStock)
Warunkiem przetrwania dojrzałych związków jest samoświadomość obojga partnerów, czyli wyciągnięcie wniosków z poprzednich doświadczeń. (Fot. iStock)
Po przejściach, doświadczeni, czasem zgorzkniali. Myśleli, że porywy serca dawno już za nimi. Przygotowywali się do życia w samotności. Dziś mówią: „Na miłość nigdy nie jest za późno”.

Rozwodzimy się coraz częściej. Smutne? Niekoniecznie. Bo prawie wszyscy rozwodnicy wchodzą w nowe związki. Część już rok po rozstaniu zawiera drugie małżeństwo. Połowa wszystkich rozwodników decydujących się na zalegalizowanie nowego związku robi to do trzech lat po rozwodzie.

Pięć minut przed miłością

– Liczba związków zawiązywanych w drugiej połowie życia rośnie i będzie rosnąć - mówi Katarzyna Popiołek, psycholożka społeczna z SWPS. - Osoby, które wchodzą w takie relacje, to najczęściej dwa typy. Pierwsi to ci, którzy rozstali się z pierwszymi partnerami. Drudzy – których też jest coraz więcej – to ludzie, którzy do pewnego momentu stawiają na karierę. Dopiero z upływem czasu doceniają wartość stabilnej relacji.

Anna: – Miałam 42 lata, za sobą wiele związków i jedno (studenckie) małżeństwo. Przeczytałam mnóstwo mądrych psychologicznych książek, byłam na wielu warsztatach. Dzięki temu dużo zrozumiałam. Między innymi to, że w niektóre relacje wchodziłam niepotrzebnie, bo chciałam mieć dziecko. Przed poznaniem Jego pierwszy raz pomyślałam: „Nic na siłę. Nie muszę być matką. Mam fajną pracę, przyjaciół, pieniądze. Moje życie jest pełne. Czuję ulgę, odpuszczam”.

Ewa: – Pamiętam taką scenę pięć lat temu. Wracam z pracy z siatami wypchanymi zakupami. Na kanapie leży mąż. Ogląda wiadomości. Nawet nie wstaje, żeby mi pomóc. Nie, nie jesteśmy złym małżeństwem. Jesteśmy poprawni. Seks uprawiamy dwa razy w tygodniu. Mamy córkę w liceum i tych samych przyjaciół od lat. Sporo jem, mało marzę. Na terapii mówię: „Tak będzie zawsze, chyba się z tym pogodziłam”. I pamiętam scenę cztery lata temu. Jestem już sama, mąż odszedł do kochanki (nie wiedziałam, że od pięciu lat prowadził podwójne życie). Mało jem, dużo piję. Na terapii mówię: „Nigdy już nikomu nie zaufam”.

Adam: – Większość życia spędziłem sam. W sumie mi to pasowało. Związki miałem przelotne. Poważniejsze dwa. Na studiach i cztery lata temu. To moje partnerki odchodziły. Zdawałem sobie sprawę, że w jakimś sensie jestem za to odpowiedzialny. Nie chciałem się zmieniać dla drugiej osoby, nie uważałem, że koniecznie muszę z kimś być. Kiedy czułem, że ranię tym kobietę – emocjonalnie stygłem. Wolałem się odsunąć. Jednak rozpad ostatniego związku bardzo mnie zabolał, zdezorganizował moje życie. „Nie chcę więcej się tak czuć” – postanowiłem. Więc na krótko przed poznaniem Jej stan był mniej więcej taki: jestem 43-letnim singlem. Przygotowuję się do spędzenia reszty życia w samotności.

Paweł: – Śmiałem się często: „Czego może chcieć od życia taki gość jak ja?”. Po rozwodzie, z dwiema córkami, miałem kochankę. Ona marzyła o ślubie i dzieciach. Ale ja nie chciałem wspólnego życia, garów i kobiecych pretensji. Nie chciałem więcej dzieci. Poświęciłem się pracy.

Poznanie

– W młodzieńczym okresie życia rządzi nami biologia. Ona często przyciąga osoby bardzo się różniące, które – z czasem – muszą się do siebie dopasować. To nie jest łatwe - twierdzi Katarzyna Popiołek. - Dodatkowa trudność: młodzi ludzie, dojrzewając, zmieniają się, przeformułowują swoje preferencje i dotychczas uznawane wartości. Zglobalizowany świat odrzuca wszystko, co odbiega od idealnej normy, więc i my mamy duże wymagania. Jeśli znajdujemy kogoś lepszego pod jakimś względem, a taki zawsze przecież istnieje, odchodzimy do niego. Kiedy w niedojrzałym związku pojawiają się problemy, zamiast naprawy tego, co się zepsuło, następuje wymiana partnera na nowy model. Gdy wchodzimy w związki w późniejszym wieku, lepiej znamy siebie i trafniej też możemy rozpoznać, z kim się wiążemy, bo nasi przyszli partnerzy także są wyraźniej określeni. Wybieramy najczęściej w grupie osób podobnych do nas. Stawiamy na odpowiedniość stylu życia, upodobań. Rzadziej się oszukujemy, bo już nam się nie chce. Patrzymy przede wszystkim na to, jaką ten ktoś ma wartość dla nas, a nie które miejsce zajmuje w społecznym rankingu.

Anna: – Zaczęliśmy się spotykać na firmowych korytarzach. Sprawiał wrażenie ciepłego i nieśmiałego. Przystojny, inteligentny, szarmancki. Podobał się kobietom, byłam pewna, że ktoś taki nie może być samotny. Dużo rozmawialiśmy, ale głównie na tematy zawodowe. Przełom nastąpił, kiedy podczas wyjazdu integracyjnego zobaczył mnie wyjadającą z puszki gulasz angielski. „Chcesz trochę?” – spytałam po prostu. Potem wyznał: „Pomyślałem, że kobieta, która wcina mięso z puszki, nie może być sztywna i niedostępna”. Po powrocie potrafił trzy razy dziennie przyjść do mnie pod jakimś pretekstem. A to chciał czyjś telefon, a to podpytać o moje projekty. Z czasem zaczął mi opowiadać o swojej rodzinie. Nic za tym jednak nie szło. Nie proponował spotkania poza pracą, choć między wierszami wyznał, że z nikim nie jest związany. Kiedyś mi się przyśnił. To był mocny sen. Jakiś koszmar, dokładnie nie pamiętam. I on w tym śnie mnie uratował. Rano wstałam kompletnie wytrącona z równowagi, rozmiękczona. Jestem realistką, zwykle takie rzeczy nie mają na mnie wpływu, ale cały dzień o nim myślałam. Następnego dnia zadzwonił: „Musimy pogadać”. Pogadaliśmy, ale nie o nas. Tyle że od tej pory i tak patrzyłam już na niego inaczej.

Ewa: – Było lato, siedziałam w poczekalni u dentysty, przeglądałam gazetę. Miałam nieułożone włosy, kiepski makijaż, brzydką sukienkę. Wszedł On. Zadbany, w garniturze, bardzo przystojny. „Cholera, dlaczego nie ubrałam się inaczej” – przeklęłam w duchu. Zauważył chyba moje spojrzenie. Zagadał. „Ciekawa gazeta?” „Niezwykle” – zaśmiałam się. Gdy wychodziłam z gabinetu, zapytał, czy dam mu swój telefon. Zadzwonił dopiero pięć dni później, wchodziłam akurat do windy, ledwo słyszałam: „Nie zapisałem jednej cyfry. Przez pięć dni próbuje dociec, jakiej. Obdzwoniłem ponad 40 osób”. Jeszcze tego samego dnia piliśmy herbatę w kawiarni pod moim domem. Opowiedzieliśmy sobie całe życie. Też był po rozwodzie. Miał dzieci. W weekend wyjechaliśmy razem w Bieszczady.

Adam: – Od razu zwróciłem uwagę na jej oczy. I uśmiech, bo kiedy się uśmiecha, śmieje się całymi oczami. Była wysoka, zgrabna, nie mogłem przestać na nią patrzeć. Zrobiło na mnie wrażenie jej mieszkanie, do którego trafiłem kiedyś ze znajomymi. Jestem architektem, wnętrza są dla mnie ważne. „To dom osoby silnej i zdecydowanej” – pomyślałem. Żadnych kobiecych pierdółek, śladu taniego romantyzmu, którego nie lubię. Potem zorganizowałem imprezę specjalnie po to, żeby ją do siebie zaprosić. Poszliśmy na balkon zapalić, przytuliłem ją. I tak zostało.

Paweł: – Mój przyjaciel zadał mi niedawno pytanie: „Stary, ale dlaczego ona?!”. Nie potrafię odpowiedzieć. Miałem wiele piękniejszych, zgrabniejszych kochanek. Gdy ją zobaczyłem, w ogóle nie myślałem o wyglądzie. Ona miała ciepłe oczy. Fajnie odgarniała włosy z czoła i bardzo mi się spodobała jej sukienka. W pracy otaczają mnie sztuczne, profesjonalne kobiety. W niej było coś prawdziwego. Na pierwszym spotkaniu powiedziała mi, że rzuciła pracę w korporacji i zakłada własną działalność, bo skończyła 40 lat i już najwyższy czas, żeby zacząć być wolnym człowiekiem. Zawsze imponowali mi odważni ludzie. Żona taka nie była.

Wnioski z dawnego życia (po poznaniu nowych miłości)

Anna: – Kochałam awantury i życie na krawędzi. Byłam wymagająca, nietolerancyjna. Bałam się stabilizacji, bo tylko emocjonalny chaos znałam z domu. Partnerów musiałam zdobywać. Gdy już osiągnęłam swoje, nudziłam się. I albo odchodziłam sama, albo prowokowałam, by partner mnie zostawił. A wtedy cierpiałam. Ten stan kojarzyłam z miłością.

Ewa: – Jestem pewna, że w jakimś sensie przyczyniłam się do tego, że mąż mnie zdradził. Nie chciało mi się. Byłam zajęta dziećmi, potem przyjaciółkami. Pochodzę z rodziny, gdzie normalne jest to, że kobieta usługuje mężczyźnie. Więc ja też usługiwałam, a potem robiłam awantury. Albo płakałam i zamykałam się w sobie.

Adam: – Często się bałem, że dziewczyna mnie porzuci. Znajdowałem kobiety trochę w typie borderline. Wieczna huśtawka. Jedna z nich, kiedy się ze mną kłóciła, po prostu przestawała jeść. „To przez ciebie” – mówiła. Wiesz, jak się czuje mężczyzna, który słyszy coś takiego? Jak morderca.

Paweł: – Byłem egoistą: „Ja, ja, ja”. Moje sprawy, moje priorytety. Uważałem, że tylko życie na ful ma sens.

Związek

- Młodzi żyją iluzjami, romantyczna miłość nakłada im różowe okulary, dlatego ich związki nie wytrzymują często zderzenia z twardą rzeczywistością. Poza tym pojawienie się dzieci, walka o pracę generują konflikty. Dojrzali ludzie są już od tego wolni. Mają – zwykle – ustabilizowaną pozycję i realistyczne wymagania, nie oczekują, że ktoś ich będzie stale bezwarunkowo uwielbiał. Nie wierzą w ekstatyczne szczęście, które nie przestaje trwać. Mają już za sobą trening społeczny. Są mniej roszczeniowi. Wiedzą, że wszystkie relacje wymagają kompromisu - mówi Katarzyna Popiołek.

Anna: – Po miesiącu związku zorientowaliśmy się, że w zasadzie mieszkamy razem. Po pracy wracaliśmy do mnie, bo było bliżej od naszej pracowni, on u siebie praktycznie nie bywał. Po pół roku zdecydowaliśmy – moje małe mieszkanie w centrum wynajmujemy, a ja przenoszę się do jego pięknego dużego domu pod lasem. I to chyba jedyny minus, bo nie znoszę tej okolicy, długich dojazdów do pracy, brak mi gwaru miasta. Ale pierwszy raz w życiu pomyślałam, że uczucie to też pójście komuś na rękę. Kompromis. I odpuszczanie. Kiedyś miałam wszystko wysprzątane. W środku nocy potrafiłam szorować wannę. Przy nim nauczyłam się, że nic się takiego nie dzieje, kiedy nie jest sterylnie. Sprzątamy raz w tygodniu, proszę bardzo. Porozrzuca ciuchy? Niech leżą. Nie robię o to awantur. Szkoda mi życia. Nagle okazało się, że drobiazgi nie muszą być problemem. Jednak czasem wybucham. On, kiedy go zdenerwuję, zamyka się w sobie. Ale na szczęście o wszystkim rozmawiamy. On mnie uspokaja, wycisza, daje poczucie bezpieczeństwa. Wszystko robimy razem, ciągle się przytulamy, trzymamy za ręce. Nie mamy siebie dość, tak jakbyśmy nadrabiali stracone lata, gdy nie byliśmy razem.

Ewa: – Po miesiącu mi się oświadczył. „Zwariowałeś” – powiedziałam. Bałam się. Ale on po roku znów spytał: „Wyjdziesz za mnie?”. Jak nastolatka napisałam przyjaciółce: „Hurra, jednak znów zostanę żoną”. Nie mieliśmy problemów z dziećmi, nie było dystansu. Oboje byliśmy dawno po rozwodzie – to zniwelowało ewentualne konflikty. Nasze córki się polubiły. Dziś razem mieszkają. Przed oczami stają mi takie obrazki: nasze pierwsze święta. Jest śmiech i radość. Nie pamiętam, kiedy śmiałam się z eksmężem. Kiedyś wszystko dusiłam w sobie, teraz otwarcie mówię: „Nie podoba mi się to i to”. A on nie ma żadnego focha – mój były nie odzywałby się przez dzień albo dwa. Pierwszy raz w życiu widzę, że to mit, że mężczyźni nie rozmawiają o uczuciach. „A co czujesz, czego chcesz, masz ochotę wyjść do moich znajomych, nie masz?” – pyta mnie wciąż. Nakręcamy się pracą – dla niego też to jest ważne. Teraz dopiero widzę, ile znaczą wspólne wartości. Były o 17.00 wyłączał służbowy telefon i miał wszystko w nosie. Z drugiej strony – nie umiał z tej wolności korzystać, zanurzał się w kanapie. Teraz podróżuję, w weekendy organizujemy kolacje dla mnóstwa znajomych. Nie ma podziału: „to moje”, „to twoje”. Dzielimy się rachunkami. On na początku się tego bał, ale przegadywaliśmy to milion razy. „Albo jesteśmy razem ze wszystkim, albo nie jesteśmy” – powiedziałam. Uważałam, że wiek nie ma nic do rzeczy, bo miłość to miłość.

Adam: – Przed chwilą zadzwoniła. Była zła, bo jej powiedziałem, że się zagadaliśmy i się spóźnię, a za chwilę ma przyjść do domu hydraulik. Kiedyś bym się bał, że ją stracę, bo zawodzę. Ale emocje miną, wiem. Teraz bycie razem kojarzę z radością, a nie z lękiem. Nie boję się, że ona odejdzie. Miłość jest zaprzeczeniem lęku. Doceniam zwyczajność. Moment, gdy dzwoni jej budzik, a ja wstawiam wodę na kawę. Potem przynoszę jej tę kawę do łóżka, rozmawiamy. Lubię nasze dyskusje o literaturze, o filmie, bieżących wydarzeniach. I lubię jej siłę, jestem dumny, że jest taka inteligentna i bystra. Jesteśmy partnerami. Męczył mnie podziw młodszej dziewczyny, z którą się kiedyś spotykałem: „Bo ty tak wszystko wiesz”, mówiła. Nie nadaję się na Pigmaliona.

Paweł: – Jest piątek po południu, jadę po kwiaty. Jutro wyjeżdżamy do domu na Mazurach. Czasem myślę, że mamy wszystko. Odchowane dzieci, pieniądze i szczęśliwą miłość. Córkom powtarzam: „Nigdy nie jest na nic za późno”. Ale nie myśl, że jest idealnie. Nie jest. Tyle że dojrzali ludzie chyba już nie wierzą, że coś może być idealne. Widzą swoje błędy, chcą się zmieniać. I są tolerancyjni wobec tej drugiej osoby. Mam na przykład obsesję na punkcie porządku, to się nie zmieniło. Wracam do domu, kuchnia wygląda, jakby przeszło przez nią tornado. „Ugotowałaś kolację? Pycha. To ja potem pozmywam” – mówię. Nie chcę sprawiać jej przykrości. To jest ważniejsze niż jakiś tam porządek.

Plany

Anna: – Wspólna starość. Takie zwykłe bycie razem. Wkrótce ślub. Wierzę, że nam się uda.

Ewa: – Ja już nie mam planów. Bliska mi jest praktyka mindfulness. Jest tu i teraz. I o to „tu i teraz” dbam.

Adam: – Myślę o dziecku, czasem. I myślę, że ono się pojawi. Nie musi być „nasze” biologicznie. Możemy przecież zaangażować się w wolontariat. Pomóc komuś. To jeszcze przed nami.

Paweł: – Po raz pierwszy myślę, że chciałbym mieć jeszcze syna. Albo jeszcze jedną córkę. Mamy oboje po 43 lata – dlaczego nie mielibyśmy spróbować?

Dojrzali ludzie są bardziej pogodzeni ze sobą, z tym, jacy są, jak wyglądają. Nie uważają, że wszystko im się należy, potrafią lepiej docenić starania partnera. Dojrzałe związki mają więc dużo większe szanse na przetrwanie. Ale warunkiem jest samoświadomość obojga partnerów, czyli wyciągnięcie wniosków z poprzednich doświadczeń. U osób despotycznych, narcystycznych, które chcą być uwielbiane, a jednocześnie nie potrafią kochać, z wiekiem pewne cechy – uniemożliwiające szczęśliwy i trwały związek – się pogłębiają. W efekcie dzieje się tak, że z nowym partnerem mają te same, stare problemy.

PS Anna i Adam są parą od 2011 roku. Ewa i Paweł – małżeństwem od trzech lat.