1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Jasiek Mela: Ja oddycham

Jasiek Mela: Ja oddycham

for. Magdalena Buksa
for. Magdalena Buksa
Pojechał na Syberię. Zimą. Koleją Transsyberyjską. Wybrał się tam z ojcem. Wrócili zaprzyjaźnieni. A to cenniejsze niż Everest.

Pojechał na Syberię. Zimą. Koleją Transsyberyjską. Było dużo czasu na rozmowy. To dobrze, bo wybrał się tam z ojcem. Wrócili zaprzyjaźnieni. A to cenniejsze niż Everest.

Wybierasz się na Mount Everest?

Nie, a powinienem?

Niektórzy uważają, że po „Tańcu z gwiazdami” przydałoby ci się jakieś wyzwanie.

Ono nadeszło, tylko niewiele osób o tym wie, bo dużo rzadziej pokazywali to w telewizji. Pokonałem połówkę Ironmana: 1,9 km pływania, 90 km na rowerze, a na koniec półmaraton, czyli 21 km biegu. Przekroczyłem metę i samego siebie.

„Czego nogi nie dobiegną, to głowa doniesie”. Napisałeś tak na swoim profilu na Facebooku po zakończeniu zawodów.

Właśnie. To była najtrudniejsza kondycyjnie rzecz, jaką w życiu zrobiłem. O wiele trudniejsza niż bieguny, Kilimandżaro, Elbrus czy nowojorski maraton. Pod koniec myślałem, że za chwilę umrę. Gdyby nie kibice, którzy mnie dopingowali: „Jasiek, już niedaleko, biegnij”, to nie dałbym rady. Dobiegłem resztkami sił. Po przekroczeniu mety się poryczałem.

Ironman był większym wyzwaniem niż bieguny?!

Najtrudniejsze są te rzeczy, które robimy świadomie. Biegun był supertrudny, ale to była taka przygoda 15-latka, „Pójdę na biegun z Markiem Kamińskim, wow, super!”. Do końca nie rozumiałem, co się wokół mnie dzieje, nie miałem świadomości, że właśnie się wybieram na koniec świata i ktoś bierze za mnie ogromną odpowiedzialność, że mogę nie dać rady, może mi się coś stać.

Dlaczego się zdecydowałeś na udział w tych zawodach?  

Organizatorzy triatlonu w Gdyni zaproponowali, żebym został ambasadorem tego wydarzenia. Zwykle bycie ambasadorem wiąże się z daniem swojego nazwiska i tyle, a w tym przypadku ambasador musi być również uczestnikiem zawodów. Pomyślałem: „Super, mogę w sensowny sposób spożytkować energię, która mi została po »Tańcu z gwiazdami«”. Niestety, trochę się przeliczyłem. Poświęcałem zbyt mało czasu na treningi, przy moich ciągłych wyjazdach ciężko się zmobilizować i zachować dyscyplinę. Dość mocno to odczułem w trakcie samych zawodów. Dawno nie czułem tak potwornego bólu.

Ile czasu się przygotowywałeś?

Kilka miesięcy, ale najbardziej intensywne były ostatnie dwa tygodnie. Właściwie zamieszkałem wtedy u mojego trenera Piotrka Nettera. Dzienny trening wyglądał mniej więcej tak: pływanie – godzina, półtorej, rower – cztery godziny, bieganie – dwie. Z bieganiem miałem już doświadczenia, choćby z maratonu, rower lubię, chociaż nigdy nie jeździłem na rowerze szosowym, z pływaniem miałem najmniejsze doświadczenie, więc najbardziej się go bałem. Samo przygotowanie techniczne było dość trudne. Protetyk mi zrobił protezę ręki, dzięki której mogłem jechać na rowerze odpowiednio pochylony. Miałem specjalną protezę biegową. Pokonałem Ironmana w osiem godzin, czyli bardzo blisko limitu czasowego albo nawet tuż po, ale i tak uważam to za sukces. Moim celem było dotarcie do mety, a nie zrobienie wyniku.

Wspomniałeś, że chciałeś spożytkować energię, która ci została po „Tańcu z gwiazdami”. Co to znaczy?  

To nie były tylko występy w telewizji. To, co najważniejsze, odbywało się poza studiem. Ćwiczyliśmy przez cztery miesiące, sześć godzin dziennie przez sześć dni w tygodniu. Później nawet dziewięć godzin dziennie. Przeprowadziłem się w tym czasie do Warszawy i przez okres uczestnictwa w programie byłem skoncentrowany tylko na tańcu. Mam w Warszawie kuzyna, który mieszka na Pradze, ja mieszkałem na Powiślu, więc całkiem niedaleko, ale przez ten cały czas widzieliśmy się tylko kilka razy, bo zwyczajnie nie miałem czasu albo siły, żeby się z nim spotkać. Szczerze mówiąc, zupełnie inaczej sobie to wszystko wyobrażałem. Drugi raz bym w to nie wszedł.

Dlaczego?

Sam taniec był OK. Miałem wspaniałą partnerkę Magdę Soszyńską, która wykazała się nie lada determinacją, żeby mnie czegoś nauczyć, i naprawdę jej się udało. Ale to wszystko, co się działo dookoła, było – delikatnie mówiąc – straszne. Zanim zacząłem tańczyć, mnóstwo ludzi uznało, że nie powinienem się znaleźć w programie, bo będę brał jurorów na litość, poza tym to nie jest program dla kalek i oni sobie nie życzą takich „widoków”, że się lansuję na niepełnosprawności itd. Do tego doszło „wsparcie” tabloidów, które pisały, co chciały, wchodząc z butami w moje życie prywatne, choć nie dałem im do tego prawa. Ktoś przychodził i pytał: „Pije pan?”, odpowiadałem: „Nie piję”. Na drugi dzień czytałem, że mam problem z alkoholem. Oczywiście, to tylko jeden z przykładów. Te zmyślone newsy czytali moi rodzice, babcia i dziewczyna, którzy poważnie zaczęli się o mnie martwić.

To dlaczego się zgodziłeś na udział w tym programie?  

Po pierwsze, we wszystkim, co robię, staram się pokazywać, że osoby niepełnosprawne to normalni ludzie, i oswajać tych tzw. zdrowych z niepełnosprawnością. Uznałem, że to dobry moment, żeby pokonać kolejną barierę. Drugim powodem były pieniądze. Połowę honorarium przeznaczyłem na rzecz podopiecznych mojej fundacji Poza Horyzonty. Dzięki nim udało się kilka osób postawić na nogi, i to dosłownie. Niektórzy liczą sukces ilością zarobionej kasy, ja go przeliczam na liczbę protez, które udaje się kupić naszej fundacji, bo w ten sposób bardzo konkretnie zmienia się czyjeś życie.

A ciebie kto postawił na nogi?

Po wypadku taką osobą był na pewno Marek Kamiński. To on mi dał nadzieję, że coś ciekawego może mnie w życiu spotkać. Chociaż moja motywacja do tej wyprawy była zupełnie inna, niż się wtedy podawało. Ja nie chciałem zdobyć biegunów, chciałem udowodnić całemu światu, ale i mojemu tacie, że dam radę. Nasze relacje były wtedy bardzo trudne. To nie była jakaś zwykła niechęć czy złość, ja tego gościa szczerze nienawidziłem. Wielu ludzi do dzisiaj myśli: „Ten Jasiek to miał szczęście, że go Kamiński ze sobą zabrał”. To prawda, ale niewiele osób zdaje sobie sprawę, że ja się do tej wyprawy przygotowywałem półtora roku. Codziennie ćwiczyłem, żeby poprawić kondycję, żeby w ogóle mieć jakiekolwiek szanse na ten wyjazd. Uczyłem się upadać i wstawać z nartami na nogach. Pamiętam, że zimą miałem codziennie, bez względu na pogodę, pokonywać w sumie dziesięć kilometrów. Były dni, że szedłem w śniegu po pas. Jak mi się już tak strasznie nie chciało, to mój tata mówił: „I co, dzwonić do Kamińskiego, że odwołujesz wyprawę?”. Ubierałem się i szedłem. Bardzo często z zaciśniętymi zębami.

Powiedziałeś, że „szczerze nienawidziłeś ojca”, mocne słowa.

Obaj mamy cholernie trudne charaktery. Nie potrafiliśmy się porozumieć na długo przed moim wypadkiem. Do tego dwa lata wcześniej wydarzyła się tragedia, która pozamykała nas wszystkich na siebie jeszcze bardziej. Utonął mój młodszy brat Piotruś. Miał wtedy siedem lat, a ja dziewięć. Tata w ogóle przestał się odzywać, a jak już coś mówił, to było w tym mnóstwo agresji. Mama żyła w swoim świecie. A ja z dwiema młodszymi siostrami snuliśmy się po domu jak cienie. Mój wypadek trzy lata później sprawił, że oddaliłem się mentalnie od taty o całe lata świetlne. Z takiej podróży niełatwo jest wrócić.

Jednak to właśnie on pomagał ci w powrocie do sprawności?

Dzięki niemu dotarło do mnie, że jest różnica między byciem osobą niepełnosprawną a byciem kaleką. Niepełnosprawność jest związana przede wszystkim z ciałem, to słabości, które trzeba umieć w sobie zaakceptować, zaś kalectwo to stan umysłu. Jestem osobą niepełnosprawną, bo nie mam ręki i nogi, ale nie jestem kaleką, choć, oczywiście, mam mnóstwo „niepełnosprawności”, które utrudniają mi życie.

fot. Magdalena Buksa fot. Magdalena Buksa

Na przykład?

Moją największą „niepełnosprawnością” jest lenistwo, bałaganiarstwo, brak determinacji w dążeniu do różnych celów. Gdybym ja się z tym uporał, to byłbym kosmicznie sprawny.

Brak ci determinacji w dążeniu do celów? Żartujesz, prawda?

Nie, nie żartuję. Świetnie mi idą rzeczy niezwykłe, ale ze zwyczajnymi mam poważny problem. Mogę się wyprawić na bieguny i w wysokie góry, ale nie potrafię wytrzymać na studiach dłużej niż rok.

Ile razy zaczynałeś?

Trzy.

Będziesz dalej próbował?

Ostatnio zrobiłem listę rzeczy, które mają dla mnie największy sens. Na górze są spotkania motywacyjne i fundacja. Może za jakiś czas poczuję, że powinienem iść na studia i znajdę w sobie tyle determinacji, żeby je skończyć, ale dzisiaj jej nie mam.

Twoja mama miała podobnie. Powiesz, ile lat studiowała psychologię?

15, ale to nie było tak, że zaczęła studia i przerwała, bo jej się nie chciało dalej uczyć. Nie mogła ich skończyć, bo założyła rodzinę i urodziła czwórkę dzieci, które musiała wychować. Wróciła na uczelnię, jak poczuła, że teraz ma szansę ją skończyć, i skończyła, pracuje jako psycholog. Podziwiam ją za to. Z drugiej strony – myślę sobie, że nie każdy musi robić studia. Może ja nie muszę [śmiech].

Przecież to ty powtarzasz, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Bo nie ma. Niemożliwe nie istnieje. Przed wyprawami z Markiem Kamińskim myślałem sobie: „Jak to ja, niepełnosprawny 13-latek z przedmieść Malborka, mógłbym pójść na biegun?”. Potem sobie myślałem: „Ja na Kilimandżaro albo na Elbrus? Ja mam przebiec maraton nowojorski na jednej nodze?”. Skoro to wszystko się udało i jest możliwe, to co jest niemożliwe? To znaczy, że niemożliwe znaczy „nie chce mi się”, „nie wiem, jak to zrobić”. Dzisiaj nie zadaję sobie pytania: „Czy dam radę?”, tylko od razu: „Jak to zrobię?”. Z drugiej strony – doskonale zdaję sobie sprawę, że wygłaszając takie sądy, rozbudzam oczekiwania co do moich kolejnych celów. Często mnie ktoś pyta: „Gdzie się teraz wybierasz? Jakie wyzwanie przed tobą?”.

I co wtedy odpowiadasz?

Że chcę robić rzeczy ważne, a nie dumne. Nie muszę zdobywać Korony Ziemi, żeby czuć, że moje życie ma sens. Wiele osób oczekuje ode mnie, że będę robił ekstremalne wyprawy, w nieskończoność przekraczał granice ludzkiej wytrzymałości. Kiedy pod szyldem mojej fundacji zorganizowaliśmy z jej podopiecznymi wyprawę w Bieszczady, to wiele osób pytało: „Ten Jasiek Mela od biegunów organizuje wyprawę w Bieszczady? Brakuje mu kasy? Boi się? Co się dzieje?”. Robienie wyprawy, która byłaby tylko zaliczeniem kolejnej wysokiej góry, mnie nie interesuje. Wiele rzeczy jest do zrobienia o wiele bliżej, niż nam się wydaje. Nie przekreślam dalszych wypraw, po prostu chcę pokazać, że zmieniła mi się perspektywa. Jestem kimś innym niż kilka lat temu. O wiele cenniejsza niż potencjalna wyprawa na Everest była dla mnie wyprawa na Syberię, na którą pojechałem z moim tatą.

Opowiedz o tym…

Od dawna marzyłem, żeby pojechać na Syberię zimą, zobaczyć zamarznięty Bajkał, spędzić tam kilka nocy w namiocie. Porozmawiać z tamtejszymi ludźmi. Jakieś dwa i pół roku temu usłyszałem, jak mój tata rozmawiał ze swoją mamą, która jako dziecko została z rodziną wywieziona na Syberię. Powiedział, że bardzo chciałby kiedyś zobaczyć miejsca, w których wtedy była. Wiedziałem, że sam tam nie pojedzie. Za to zna świetnie rosyjski i myślę, że ma duszę poszukiwacza przygód. Zaproponowałem, żebyśmy pojechali razem. Spędziliśmy wspólnie miesiąc. W obie strony jechaliśmy koleją transsyberyjską, byliśmy w miejscach, gdzie wychowywała się moja babcia, spędziliśmy wspólnie trzy noce na zamarzniętym Bajkale. Mieliśmy mnóstwo czasu, żeby ze sobą szczerze porozmawiać. Wtedy usłyszałem rzeczy, których wcześniej nie wiedziałem o moim tacie. O tym, przez jakie trudności przechodził w swoim życiu, a to przecież zawsze się w nas odkłada. Łatwiej było mi go wtedy zrozumieć i dostrzec jego starania. Ta wyprawa była dla mnie dowodem na to, że nawet z bardzo trudnych relacji może narodzić się coś pięknego. Teraz mogę nazwać mojego tatę przyjacielem i na nim polegać. Cieszę się, że zdobyliśmy się na tę szczerość.

Wcześniej wam tej szczerości brakowało?

Myślę, że bardziej niż szczerości brakowało nam odwagi, żeby się tak bardzo odsłonić. A może po prostu nie byłem jeszcze na to gotowy. Dzisiaj na wiele rzeczy patrzę zupełnie inaczej. Nie jestem już małym Jasiem, tylko dorosłym facetem. Mam 27 lat, wiem, jak wiele rzeczy zależy wyłącznie ode mnie, i czasem mnie to przeraża.

Co robisz, kiedy jesteś przerażony?

Głęboko oddycham.

A później?

Idę dalej.

 

Jasiek Mela rocznik 1988; polarnik, najmłodszy w historii i pierwszy niepełnosprawny zdobywca biegunów (północnego i południowego) w jednym roku. Założył fundację Poza Horyzonty. W wolnych chwilach np. szyje na maszynie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak pozbyć się blokad z naszego ciała? Rozmowa z terapeutką Marią Rozwadowską

W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie, nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. (Fot. iStock)
W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie, nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. (Fot. iStock)
Dla mnie radość jest efektem ubocznym tego, że wszystkie zamrożone blokady w naszym ciele odpuszczają – mówi terapeutka Maria Rozwadowska.

Alexander Lowen, twórca bioenergetyki, w książce „Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć” pisze, że pacjenci często wychodzą od niego radośni, ale nie trwa to długo, bo ten stan osiągnęli dzięki niemu, nie dzięki sobie. Jego zdaniem jako dorosłym jest nam trudniej odczuwać radość, niż wtedy, kiedy byliśmy dziećmi. Dlaczego tak się dzieje?
Nawet dzisiaj rano miałam sytuację, która jest idealną ilustracją tych słów. W trakcie porannej śpiewanej modlitwy nasza 6-letnia córka zaczęła tańczyć, robić dziwne miny, śmiać się i wariować. A jak najczęściej reaguje rodzic w podobnej sytuacji, gdy chce opanować dziecko albo spieszy się do kolejnych zadań? Zwykle mówi: przestań się wygłupiać! Dziecko zapamiętuje to raz i drugi, po czym przestaje wyrażać siebie w naturalny sposób, z ciała. Bo w naszej kulturze naturalne, pierwotne, cielesne odruchy są ograniczane.

Gdy dorastamy, ogranicza nas także ego.
Ego to jest nasz umysł i wewnętrzny kontroler odruchów ciała. Wyróżniamy jeszcze superego, czyli ten społeczno-kulturowy wymiar świata, w którym żyjemy. Tata, mama, nauczyciel, dla niektórych także ksiądz, to osoby mające największy wpływ na nasze zachowanie. Od najwcześniejszych lat dzieciństwa kształtują w nas przekonanie na temat tego, co wypada, a co nie. To symbole świata zewnętrznego, który często kastruje naszą pierwotną radość. Oczywiście, pewne ograniczenia są potrzebne do tego, żebyśmy mogli odnaleźć się w społeczeństwie. Jednak w wielu rodzinach przekonanie, że dzieci mają być grzeczne, ciche i nie przeszkadzać, potrafi bardzo skutecznie przykryć, niczym czarną płachtą, ich umiejętność wyrażania siebie. Sztuką jest dostrzeganie w pracy ze sobą i swoją świadomością tego, co w moim myśleniu czy zachowaniu nie jest moje, a płynie z zewnątrz. A co jest naturalne i dobre dla mnie.

Dlaczego rodzicom trudno jest wytrzymać to „wygłupianie się” dziecka?
Prawdopodobnie gdy byliśmy dziećmi, kogoś drażniło takie zachowanie. Podświadomie myślimy więc: „jeśli ja nie mogłam, ty też nie możesz”. Oczywiście nie jest tak, że chcemy zrobić krzywdę swojemu dziecku, to działa w nas automatycznie, nie zdajemy sobie z tego nawet sprawy. Straciliśmy kontakt z własną spontaniczną radością, jesteśmy zmęczeni i chcemy mieć po prostu święty spokój. W ten sposób bronimy swoich granic. To, co możemy zrobić, to popracować nad swoim wewnętrznym dzieckiem, czyli ukochać siebie, dać sobie czas, uwagę i spokój, których potrzebujemy. Nad tym właśnie pracuję z kobietami na warsztatach „Świadoma mama”, by mieć więcej cierpliwości i otwartości na wolność i wyrażanie emocji swojego dziecka.

A jaki związek ma ta przyblokowana radość z naszym ciałem?
Jeśli dziecko krzyczy ze złości albo radośnie wygina się we wszystkie strony, a świat mówi mu „przestań”, to z lęku lub pod presją uspokaja się i wewnętrznie zamraża. Energia życia przestaje płynąć przez jego ręce, nogi, ciało. Pytanie: jaka emocja zostaje wtedy zamrożona? Złość, smutek, tęsknota? Wszystkie emocje, których nie mogliśmy swobodnie wyrazić w dzieciństwie, wpływają na nas najmocniej i jeśli to „przyblokowanie” trwa latami, jako dorośli zaczynamy żyć w twardej zbroi. Nasze ciało sztywnieje.

Czy praca z ciałem może pomóc w większym odczuwaniu radości?
W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie – na przykład, jak radzi Lowen, poprzez wydobywanie z siebie długiego i głośnego dźwięku, który prowadzi nas do głębszego oddechu – to nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. Ta ochota nie przychodzi z głowy, ona obudziła się w ciele. Jeśli uda się za tym pójść, możemy odczuwać, jak ciało drga czy trzęsie się, bo chce wyrazić jakąś wcześniej zamrożoną emocję. Komunikuje nam, że jest gotowe, by się z nią spotkać, bo ma już dość życia w pancerzu.

Lowen twierdzi, że zarówno płacz, jak i śmiech idą z brzucha. Człowiek, który jest w stanie oddychać głęboko i potrafi tak samo głęboko płakać, czuje się dobrze sam ze sobą.
To prawda. Energia może wtedy swobodnie przepływać, a my czujemy się zdrowi, radośni i pełni sił. Dla mnie radość jest efektem ubocznym tego, że wszystkie zamrożone blokady w ciele odpuszczają. To wolność wyrażania siebie. Ciało zaczyna się poruszać, energia przepływa z jednej nogi do drugiej i czujesz przyjemne mrowienie. Ja najczęściej osiągam ten stan w tańcu Pięciu Rytmów.

Czym jest taniec Pięciu Rytmów?
Jest rodzajem tańca intuicyjnego, w którym muzyka pomaga nam puścić nasze ego i zrzucić skorupę. Czuję wtedy niemalże orgazmiczną radość, do której dochodzę po dwóch – trzech godzinach wirowania bez odpoczynku. Następuje moment, kiedy wyłączam umysł i nie myślę już o niczym. Czuję flow i całkowite odpuszczenie ciała.

Jakie jeszcze ćwiczenia mogą pomóc nam uwolnić radość z ciała? Lowen pisze o tym, że warto okładać pięściami swoje łóżko. Albo krzyczeć w aucie: „nienawidzę cię, mogłabym cię zabić!”. Podstawą ćwiczeń bioenergetycznych jest również kopanie.
Nigdy nie sugeruję pacjentom konkretnego ruchu. Raczej podążam za nimi. Chcę, by sposób ich wyrażania siebie był swobodny i bardziej zgodny z ich naturą. Czyli zaczynamy od oddechu, podobnie jak Lowen, ale później skupiamy się na ciele i intuicyjnie sprawdzamy, dokąd nas ten oddech prowadzi. Ciało ma mądrość i samo powie: „teraz oddychaj i zobaczymy, co będzie dalej”. Czasem może zaprowadzić do stłumionej agresji w barkach i rękach oraz wywołać chęć uderzenia w coś, ale wtedy jestem pewna, że to nie ja kieruję tą energią, tylko idzie ona z ciała pacjenta.

Czy można wykonywać te ćwiczenia samemu, czy jednak warto, żeby ktoś przyjął naszą wyrażoną emocję?
Ważne, żeby terapeuta był wtedy obok nas. Nawet bardzo emocjonalne doświadczenie nie daje nam bowiem umiejętności eksplorowania swojego ciała i energii w samotności. Jeżeli będziemy próbowali zrobić to w pojedynkę, umysł będzie nas od tego odrywał, trudno nam będzie się skupić. Druga osoba wspiera w tym procesie, pilnuje, żeby nie zapominać o głębokim oddechu, no i towarzyszy w trudniejszych momentach. Ludzie mają w sobie mnóstwo mechanizmów obronnych, które utrudniają ten proces, na zasadzie: „dobra, dalej to już nie wejdę” – one blokują nas przed ponownym poczuciem trudnych emocji.

Lowen uważał, że sztywność, inaczej przewlekłe napięcia mięśniowe, ma na celu tłumienie bolesnych uczuć. Kiedy podczas terapii bioenergetycznej uwalnia się owe napięcie, można oczekiwać, że do świadomości pacjenta przedostaną się trudne wspomnienia. I od umiejętności ich zaakceptowania i tolerowania zależy to, czy pacjent będzie umiał doznawać też uczuć przyjemnych.
Nie lubię stwierdzenia: „zaakceptować to, co trudne” i myślę, że niewielu z nas lubi. A już na pewno nie cierpi tego nasze ego. Myślę, że wystarczy spotkanie z tym, co trudne, wyparte; sam fakt, że dostrzegamy daną emocję czy problem. Już to jest uzdrawiające. W ten sposób rozumiem proces akceptacji, wspólny dla każdego rodzaju terapii: Lowenowskiej, psychoanalitycznej czy ustawień Hellingera. Dostrzeganie zamrożonej emocji.

Czy koniecznie trzeba wracać do traum z dzieciństwa? Może wystarczy poczuć je w ciele?
To wszystko zależy od tego, czego potrzebuje dana osoba – czy chce wiedzieć dokładnie, o co chodzi, czy wystarczy jej, że poczuje to, co zamrożone w ciele. Osoby związane z psychoanalizą stwierdzą, że trzeba jednak uświadomić sobie problemy z przeszłości. Natomiast ci, którzy zajmują się pracą z ciałem i oddechem, nie wchodzą tak głęboko. Ważna jest emocja, którą poczułam i nazwałam, pracuję z nią i uwalniam ją z ciała. Zresztą często jest tak, że gdy jesteśmy skupieni na procesie oddychania i wykonywania jakiegoś ruchu, nagle wizja z przeszłości pojawia się sama. I nie trzeba o to nawet pytać, jak robili to Jung czy Freud.

Postęp w analizie bioenergetycznej Lowena wynikał ze zmiany pozycji pacjenta w trakcie terapii z leżącej lub siedzącej, jak u Freuda, na stojącą. Taka pozycja pozwala ocenić, w jaki sposób ktoś jest ugruntowany – fizycznie i psychologicznie w relacji z ciałem.
Ja wykorzystuje terapię oddechem biodynamicznym, tak że pacjent nie tylko stoi, ale też nieustannie się rusza i oddycha w ruchu. Jeśli się nie boisz i jesteś świadoma tego, że nic złego ci się nie stanie, bo masz u boku doświadczonego terapeutę – oddychasz mocniej i głębiej, a ciało zaczyna pozbywać się wszelkich blokad. Można wymiotować, pluć, intensywnie kasłać, trząść, uderzać o coś, krzyczeć.

To wszystko jest terapią bioenergetyczną?
Tak. Cały czas jesteśmy pod wpływem jakiejś energii, tylko nikt nas tego nie uczy, dlatego trudno jest nam to zrozumieć. Medycyna chińska i tybetańska mówią o siedmiu czakrach, czyli kanałach energetycznych w ciele. Zajmuje się nimi akupunktura, polegająca na nakłuwaniu i pobudzaniu miejsc supełków energii, żeby je rozplątać.

Jakie części ciała i emocje mamy przyblokowane najczęściej?
Pracuję z kobietami, które zwykle zgłaszają się z problemem zamrożenia w okolicy miednicy lub z miednicą mocno cofniętą, tak, że pojawia się lordoza. A za cofniętą miednicą stoi zwykle jakaś historia nadużyć seksualnych. Kobiety przychodzą też z zimnymi stopami, jak również z pochylonymi plecami czy garbami, które pokazują, że coś ciężkiego na tych ramionach niesiemy lub przed czymś się zasłaniamy. Za każdą zmienioną sylwetką stoi jakaś bolesna historia.

Przygarbiona sylwetka może oznaczać też brak ruchu albo to, że ktoś długo i często pracuje w tej pozycji na komputerze...
Ale czemu ktoś zaczął siedzieć w ten sposób? Bo w przygarbionej pozycji było mu wygodnie i bezpiecznie. Za chowaniem klatki piersiowej mogą stać różne sytuacje, jak próba ukrycia się przed krzykiem rodziców. To rodzaj ochrony swojego ciała, jak ślimak wchodzimy do skorupki. To, co widzę u pacjentów najczęściej, to sztywność ciała. Ludzie chodzą jak roboty. Bo ktoś musiał być grzeczny, cichy, posłuszny, i taki już został. Przestał wyrażać to, co chciał – smutek, złość, radość, lęk. No i zesztywniał. A życie w zbroi oznacza, że zakładamy potencjalny atak lub zagrożenie dla naszego życia. Jest to psychiczny i fizyczny stan gotowości do walki o przetrwanie. Ilość energii, którą pochłania ten stan, nie pozwala nam cieszyć się życiem.

Jakie ćwiczenia fizyczne na uwolnienie energii z ciała stosujesz najczęściej? Co pomaga ci odczuwać radość?
Podoba mi się to, że Lowen kładł swoich pacjentów wygiętych mocno do tyłu na krześle bioenergetycznym. W ten sposób otwiera się klatkę piersiową i łatwiej jest wejść w głębszy oddech. Codziennie stosuję też oklepywanie ciała: pukasz delikatnie palcami w różne miejsca na ciele, zwane meridianami: ręce, nogi z przodu, z tyłu, nadnercza, nerki – co powoduje, że mówisz: „rusz się” do swoich miejsc energetycznych. Inspiruję się też metodą ćwiczeń tai-chi, dzięki którym energia w ciele zaczyna się budzić i płynąć.

Jednak najbardziej lubię pracować z tańcem intuicyjnym. Muzyka świetnie oddaje emocje, a tupanie przy bębnach i pierwotnej, rytmicznej muzyce kontaktuje nas z męską energią agresji. Nawet jeśli w trakcie takiego tańca nasza głowa mówi nam: „nie rozumiem, co tu się dzieje”, to jest to niezwykle życiodajna energia. Kończysz taki seans i masz energię do życia.

A co to znaczy poddać się swojemu ciału? Jak to zrobić?
Poddawanie się to podążanie za ciałem, słuchanie go, bo ciało codziennie coś ci mówi. Tylko najpierw musisz wyjść ze swojego ego, z kontroli umysłu, choćby poprzez taniec. Ważna jest też świadomość ciała. Kiedy jej nie mamy, przestajemy rozumieć, że jesteśmy zmęczeni albo że ktoś nam przed chwilą zrobił przykrość, tylko bierzemy kieliszek wina, tabletkę albo kawę. Zagłuszamy nasze ciało, aż pojawia się ból lub schorzenie.

Jak sprawdzić, czy jesteśmy w kontakcie z naszym ciałem?
Zdarza się, że kiedy proszę kogoś, aby się zrelaksował, często w ogóle nie wie, o co mi chodzi. Nie widzi różnicy w ciele między relaksem a napięciem. Ma permanentny stan kontroli ciała. Wtedy zalecam masaż i odczucie tego, co to znaczy relaks. Dopiero później można próbować pracy ze świadomym oddechem i ruchem.

Jak już skontaktujemy się z tym, co trudne, i dojdziemy do radości, to co nam to da?
Ja na przykład przestałam czuć większość dolegliwości: bóle głowy, pleców, karku, nawet bóle menstruacyjne. Dzięki temu pojawia się u mnie nadwyżka energii, która zamienia się w siłę życiową i kreację.

Maria Rozwadowska, doktor psychologii społecznej na Uniwersytecie SWPS, certyfikowana terapeutka ustawień systemowych, terapeutka Reiki oraz Theta Healing (poziom podstawowy). Pracuje takimi metodami jak koherencja serca, tai chi czy taniec intuicyjny. Prywatnie mama trójki dzieci.

Ćwiczenie SKŁON

Poprawia przepływ energii w nogach, a dodatkowo wzmacnia poczucie bezpieczeństwa. Jest to dość znana pozycja stanowiąca część chińskiego systemu tai chi. W oryginalnej wersji stoi się ze stopami szeroko rozstawionymi, kolana są ugięte, a ciało delikatnie wygięte w łuk do tyłu. Aby utrzymać się w takiej pozycji, należy umieścić pięści w dolnej części pleców. Ułatwia to głębsze oddychanie. Lowen, prowadzony intuicją, odwrócił tę pozycję, pochylając ciało do przodu, tak aby palce dotykały podłogi. Stopy powinny być lekko rozstawione i skierowane do wewnątrz. W tej pozycji można poczuć bliskość ziemi, a opierając ciężar ciała na stopach i powoli prostując kolana – doświadczyć wibracji w nogach.

Więcej w książce: "Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć", Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca. 

Polecamy książkę: 'Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć', Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca. Polecamy książkę: "Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć", Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca.

  1. Styl Życia

Odchudzanie zastąpiłam akceptacją siebie - 12 rad Karoliny Szaciłło

Zamiast kalorii lepiej liczyć wartości odżywcze. (Fot. iStock)
Zamiast kalorii lepiej liczyć wartości odżywcze. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia

Spójrz w lustro. Co widzisz? Czy podoba ci się ten obraz? Czujesz niechęć i niesmak? Kto wie, być może nawet twój widok cię odrzuca. 

Jak pisze bliski mi mędrzec w "Świętowaniu ciszy": "Akceptacja czegoś, czego nie lubisz, może okazać się trudna. Z pewnością jednak da się zaakceptować odrobinkę tego - maleńki atom. Przekonasz się, że w chwili, kiedy zaakceptujesz jeden atom, zajdzie zmiana. (...) Choć rzeka jest bezmierna, wystarczy jeden łyk, aby ugasić pragnienie. Choć na ziemi jest obfitość pożywienia, wystarczy mały kęs, aby zaspokoić głód. Potrzebujesz zaledwie odrobinki. Przyjmij w życiu odrobineczkę wszystkiego - to właśnie przyniesie ci spełnienie". Tobie też polecam ten zabieg. Zaakceptuj choćby niewielki "atom siebie".

Myśl i mów dobrze o sobie, również o swoim ciele. Spoglądaj w lustro i za każdym razem odnajduj w sobie coś pięknego...
'Większość ścisłych diet w rzeczywistości jest nieskuteczna, ponieważ są one wynikiem postawy nienawiści do siebie, obrzydzenia do tłuszczu lub niechęci wobec siebie i swoich słabości, przez które tłuszcz odłożył się w naszym ciele. Postawa taka wywołuje pragnienie zagłodzenia ciała po to, aby ukarać umysł. Ciało będzie się czuło wygłodzone podczas każdej drastycznej diety, a ponieważ nie lubi takie być, samoistnie będzie się starało uruchomić tkanki, które potrzebują najwięcej energii, spowalniając w nich procesy metaboliczne, co przyczyni się do wolniejszego spalania tłuszczów - tłumaczy Robert Svoboda w "Prakriti - odkryj swoją pierwotną naturę".

W pokonywaniu tej niechęci do siebie pomagało mi m.in. wspomniane spoglądanie z miłością i akceptacją w lustro. Była to jedna z wielu technik, dzięki którym odnalazłam moją drogę do równowagi. W efekcie (ubocznym) schudłam ponad 25 kg. Poniżej cały zestaw zasad, którymi się kierowałam. Już w tym miejscu zaznaczę, że poniższego zestawienia nie powinieneś traktować jeden do jednego. Przede wszystkim wsłuchaj się w siebie. Skorzystaj z tych punktów, które poczujesz całą sobą!

Ustawiłam swój nowy cel. Utratę wagi zastąpiłam akceptacja siebie. Przestałam walczyć ze sobą i swoimi kilogramami!
1. Wyrzuciłam swoje tzw. ubrania motywacyjne, czyli za małe jeansy, które miały mnie mobilizować do schudnięcia. Tak naprawdę działały odwrotnie. Z każdym tygodniem, miesiącem i rokiem wpadałam w coraz większe poczucie winy, że nie udaje mi się wrócić do mojej upragnionej sylwetki.

2. Do codziennej, porannej rutyny włączyłam masaż ciała najlepiej ciepłym (ale nie gorącym) olejem sezamowym (zima i jesień), kokosowym (lato) lub ich mieszanką (wiosna). W trakcie masażu szczególną uwagę zwracałam na to, aby spoglądać i odnosić się do swojego ciała z akceptacją oraz miłością. Masaż olejem trwa około 10-15 minut. Po masażu możesz przepłukać ciało wodą. Olej doskonale nawilża, ale również oczyszcza oraz rozgrzewa (sezamowy) ciało. Z powodzeniem zastępuje balsam.

3. Zmieniłam optykę patrzenia na moje menu. Wyszłam z przestrzeni muszę się zdrowo odżywiać. Zaczęłam robić i jeść tylko te rzeczy, na które mam ochotę.

4. Biorę odpowiedzialność za własne samopoczucie i ciało. Przez lata z łatwością wpadałam w kolejne gotowe diety obiecujące szybką i bezbolesną utratę wagi. Dlaczego? Bo w momencie porażki mogłam łatwo przerzucić odpowiedzialność.

5. Zaczęłam układać mój jadłospis, kierując się smakiem. Smak jest prezentem od natury. Naszym wewnętrznym kompasem, który w pierwotnej postaci wskazuje to, co nam służy. Jeśli spożywane jedzenie, nawet najzdrowsze, nam nie smakuje, nie jesteśmy w stanie dobrze go strawić. Co za tym idzie - nie wchłaniamy składników odżywczych.

6. Obserwuję emocje towarzyszące jedzeniu. Staram się nie siadać do posiłku zła, smutna lub pod wpływem stresu. Emocje również wpływają na nasze trawienie. Przed posiłkiem (np. w pracy) dobrze jest przejść się na krótki spacer, zmienić otoczenie i wyczyścić głowę z myśli.

7. Jem, kiedy rzeczywiście jestem głodna. Nie najadam się na wszelki wypadek. Udało mi się zaobserwować, kiedy głód wynika z rzeczywistej potrzeby organizmu, a kiedy jest tzw. głodem emocjonalnym.

8. Nie chodzę głodna. Nie oszukuję też mojego organizmu wodą, herbatą, czy np. kilogramami spożywanych owoców w zastępstwie głównego posiłku. Ajurweda podkreśla, że głód wywołuje lęki. Te ostatnie, jak już wspominałam, zaburzają trawienie i wchłanianie składników odżywczych.

9. Przestałam odżywiać się intelektualnie. To jeden z 7 sposobów odżywiania, który wyróżnia makrobiotyka. Ten typ odżywiania opiera się wyłącznie na sugestiach innych osób, na tym, co przeczytamy, również na przynależności do określonej grupy (np. osób będących na diecie surowej).

10. Odżywiam się w sposób, który makrobiotyka nazywa wolnym. Słucham się siebie i swojej intuicji. Wybieram to, co rzeczywiście mi służy i czego do zachowania zdrowia potrzebuje moje ciało, dusza oraz umysł.

11. Liczę wartości odżywcze, a nie kalorie. Nadwaga często wiąże się z niedoborami składników odżywczych. W takiej sytuacji organizm domaga się dodatkowej porcji jedzenia. Liczy na to, że w ten sposób uzupełni niedobory. Im więcej wartości odżywczych przyswoisz, tym mniejszy głów będziesz odczuwać.

12. Ajurweda doprecyzowuje godziny jedzenia poszczególnych posiłków. Ustalenie takiego rytmu dnia może być pomocne (ale niekonieczne) w trakcie odchudzania. I tak śniadanie staram się jeść między 7 a 9. Obiad w godzinach popołudniowych (od 12 do 14). Pamiętaj, że jest to najważniejszy posiłek dnia. Kolację w wersji idealnej zjadam przed zachodem słońca. Możemy jednak ogólnie przyjąć, że optymalnie należy ją spożyć między godziną 17 a 19 i najpóźniej 3 godziny przed snem. W kwestii godzin jedzenia poszczególnych posiłków słuchaj się jednak przede wszystkim siebie i własnego zegara biologicznego.

Więcej w książce:

  1. Psychologia

Taniec serca - na czym polega biodanza?

Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Patrzysz komuś w oczy, dotykasz go tylko przedramionami, oboje poruszacie się w swoim rytmie… Kilka sekund i zmiana partnera. Po dwóch godzinach jesteś pełna euforii, miłości do świata i akceptacji. Możliwe? David Goodman, nauczyciel biodanzy, twierdzi, że jak najbardziej.

Kiedy po raz pierwszy spotkałeś się z pojęciem „biodanza”?
Byłem już wtedy naukowcem i psychoterapeutą, ćwiczyłem też różne formy tańca. Na biodanzę natknąłem się na jakimś festiwalu. Od razu zauważyłem, że jest silnie związana z intymnością pracy psychoterapeutycznej. Chociaż to było dziewięć lat temu, to nadal pamiętam kobietę, która jej uczyła. W jej ruchach widziałem smutek, który spowijał jej życie, ale też ogromną miłość do dzieci. Zrozumiałem, że biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. I to właśnie w niej fantastyczne – ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. Kiedy się go uczysz, dowiadujesz się, jak zmierzać uczuciami w tę samą stronę, co ciałem.

No właśnie, na czym dokładnie polega ten taniec?
Biodanza to taka unia tańca i tantry. Ruchu tanecznego, miłości i radości. Oferuje znacznie więcej możliwości niż zwykły taniec. Pozwala dawać miłość innym, ale też ją przyjmować. Nie tylko pojedynczym osobom, ale także grupie. W nieseksualnej formie – to bardzo ważne. Pozwala wyrażać siebie jako osobę delikatną, troskliwą, odważną. Możesz być kimś, kim wiesz, że chcesz być, właśnie dzięki tej akceptacji grupy, miłości, poczuciu wolności na zajęciach. Jeśliby się jej głębiej przyjrzeć, to nie jest nawet taniec. Główną różnicę stanowi tantryczny element, który pozwala łączyć się w ruchu z innymi ludźmi w grupie. Każdy poziom biodanzy jest jak szamańska podróż zaplanowana przez prowadzącego, by tworzyć spójne dwie godziny aktywności. Etap po etapie. Co trzy minuty kolejna sekcja. Na początku taneczne gry mają tylko rozgrzać. Stopniowo zwiększa się ich intensywność. Każda kolejna sekcja jest wyższym etapem w tej rozwojowej podróży. Prowadzący może zabrać wszystkich do miejsca, do którego bez niego by nie dotarli. W ciągu dwóch godzin w ludziach pojawiają się takie emocje, jakich nie odczuliby, chodząc przez lata na kurs tańca czy na dziesiątki imprez. Pamiętasz te grupowe, ekstatyczne tańce w filmie „Dirty Dancing”?

Oczywiście.
To się nigdy nie zdarza. Bo ludzie w grupie nie są tak naprawdę razem. Chyba że, jak w biodanzie, ktoś przeprowadzi ich przez kolejne etapy, by pozbyli się swoich blokad, nawiązali kontakt z innymi i wreszcie naprawdę się spotkali. I po to jest biodanza – dla chwil, które potem się długo pamięta. Które zabierają nas głęboko w „tu i teraz”.

Słyszałem, że potrafi też leczyć niską samoocenę, wstyd, nieśmiałość...
To prawda. Pierwsza część zajęć wprowadza atmosferę, w której wyzwanie jest minimalne. To istotne, bo dla osób z niskim poczuciem wartości samo wyjście na parkiet i zatańczenie z kimś twarzą w twarz jest już wyczynem. Pojawiają się myśli: „On mnie nie lubi, nie tańczę dobrze, jestem gruba”… Na kolejnych etapach ćwiczeń biodanzy te wyzwania stopniowo się zwiększają. W drugiej części zajęć wchodzimy już w coś, co nazywa się „regresją”. Chemia ciała, a konkretnie hormony, kompletnie się zmienia. Na tym etapie jesteś już w stanie głęboko połączyć się z podświadomym umysłem – to część, w której gromadzone są m.in. zakazy i nakazy z dzieciństwa. Pomiędzy kolejnymi ćwiczeniami są pauzy. Cisza. I w tych momentach kogoś przytulasz albo ktoś przytula ciebie. Ta cisza jest silnie wyczuwalna. Wtedy dokonuje się w uczestnikach zmiana. Bo czują się całkowicie zaakceptowani. Głęboko i bezwarunkowo. Kolejna osoba z grupy cię przytula albo ty obejmujesz kogoś. I następna, następna.... Aż w końcu grupa tworzy jedną całość. To wszystko mówi twemu ciału: „Jesteś w porządku, lubimy cię”. Dzięki temu blokady puszczają. Zdajesz sobie sprawę, że możesz z kimś zatańczyć i że będziesz zaakceptowany. Takie informacje podświadomie trafiają do uczestnika. I leczą jego niską samoocenę.

Stosujesz biodanzę także w terapii?
Oczywiście. Człowiek, który rozwinął ćwiczenia biodanzy, był lekarzem, psychologiem klinicznym. Szkolenie prowadzących trwa aż trzy lata. Uczymy się na nim, jak reaguje ciało, i całej biologii procesu. Jej nazwa jest z tym związana – „bio” oznacza skupienie na tym, jak reaguje organizm, a „danza” to południowoamerykańskie określenie tańca, ruchu.

Jak silna może być terapia biodanzą? Na Maltę, gdzie mieści się nasz ośrodek, przyjeżdżają zwykle ludzie, by tam zamieszkać. Wpadają na moje zajęcia i widzę, że na początku bywają niespokojni, zdenerwowani, nie potrafią patrzeć sobie w oczy. Ale po roku, dwóch są pełni życia, radości. Sposób, w jaki się poruszają, mówią, gestykulują – jest pełen sensualności. Są świadomi swoich emocji. Ich życie totalnie się zmienia.  Znajomy powiedział mi: „Od kiedy skończyłem 12 lat, nie potrafiłem przytulić się do ojca. Ale od czasu, gdy chodzę na biodanzę, często go obejmuję i on też zaczął to robić. To niesamowite”. Ludzie opowiadają mi o tym, jak biodanza zmieniła ich relacje z matkami – nie złoszczą się już na nie. Z kolei rodzice twierdzą, że dzięki zajęciom mniej krzyczą na dzieci, rzadziej reagują nerwowo na problemy. Biznesmeni, którzy mieli kłopoty z delegowaniem obowiązków albo komunikowaniem się ze współpracownikami, na biodanzie uczą się utrzymywać kontakt wzrokowy. „Teraz jestem o wiele bardziej efektywny. Mogę spotykać się z ludźmi, patrzeć im w oczy i czuję się z tym znacznie lepiej. Przez kilka dni po każdych zajęciach mam takiego kopa, jakbym dostał skrzydeł” – opowiadał mi jeden z uczestników.

Biodanza też świetnie relaksuje i pomaga w zasypianiu – wiele ludzi przychodzi do nas właśnie z powodu stresu i problemów ze snem. Te efekty biodanzy są silne i trwałe.
Mnie uczestnicy mówili, że najbardziej przyciąga ich poczucie obezwładniającej radości.
Tak, ludzie wychodzą z tych zajęć w euforii. To pierwszy profit, jaki odczuwają. Z czasem zauważają, że tym, co naprawdę dają im zajęcia, jest zdolność do okazywania swojej wrażliwości i praca ze swoimi emocjami.

Mam wrażenie, że biodanza może być potężnym narzędziem do tworzenia społeczności.
Jak najbardziej. Ludzie zbierają się w grupy, spotykają po zajęciach, wyjeżdżają razem na festiwale biodanzy, które są organizowane na całym świecie i bardzo popularne zwłaszcza na południu Europy, ale także w Anglii, Norwegii, Niemczech, we Francji, w Holandii. Są nawet specjalne ćwiczenia, które można stosować do team buildingu.

Dlaczego tak istotny jest kontakt wzrokowy?
Celem biodanzy nie jest tworzenie wyzwań, po których ludzie będą się mogli szybko dowartościować, ona ma stworzyć warunki, w których zmieniają się pragnienia uczestnika. A to umożliwia właśnie kontakt wzrokowy. Ilość ćwiczeń z jego elementem zależy od grupy. Na przykład tutaj, na Festiwalu w Nowym Kawkowie, ludzie przywykli do dobrych relacji z innymi, więc ten kontakt wzrokowy podczas ćwiczeń jest relatywnie częsty. Ale nie zawsze tak bywa, to prowadzący ocenia, co jest właściwe dla danej grupy i sytuacji. Biodanza ma sprawić, że niewerbalnie mówimy do siebie: „Widzę cię, a ty widzisz mnie”. Dzięki kontaktowi wzrokowemu między ludźmi odbywa się piękna konwersacja, bez użycia jednego słowa. Rozmawiają tylko oczy. Kontakt wzrokowy to doskonały sposób przekazywania innym miłości. Biodanza otwiera twoje serce. Pozwala zobaczyć piękno w innych osobach. W grupach zaawansowanych najistotniejsza nie jest już radość, euforia, ale właśnie piękno człowieka, którego widzisz naprzeciw ciebie.

Drugi z najistotniejszych elementów zajęć to dotyk.
Tak. To niezbędny element rozwoju człowieka. Na przykład niemowlętom jest potrzebny, by zbudować system nerwowy i odporność organizmu, zwłaszcza przez pierwszy rok życia. Ale także jako dorośli powinniśmy być dotykani. Dotyk redukuje stres i zmęczenie, pomaga też w podejmowaniu decyzji – ludzie regularnie dotykani łatwiej dokonują trudnych wyborów. W przeszłości, w czasach plemiennych, dotyk był powszechny. Był potwierdzeniem twojej przynależności do danej grupy. Teraz zredukowany jest do minimum, praktykujemy go tylko wobec najbliższych. Ale to za mało, potrzebny jest również w kontaktach społecznych. Ani kino, ani wyjście do restauracji, ani spotkania ze znajomymi tego nie zapewnią. Ale zrobi to biodanza.

Na ile pomaga fakt, że w zajęciach uczestniczą dość duże grupy?
Dynamika grupy silnie wpływa na uczestników. Radość i euforia nie pojawią się w małej, 2–3-osobowej grupie. Tutaj potrzeba spotkania w większym kręgu, co najmniej 12–15 osób.

Liczebność grupy zależy także od tego, jak doświadczeni są uczestnicy – na wyższych poziomach wystarczy nawet 5 osób – wtedy atmosfera robi się bardziej intymna. Prowadzący stymulują dynamikę grupy, m.in. poprzez różnorodną muzykę –  rock, opera, etno. Jest przestrzenią, w której uczestnicy mają się poruszać. Zresztą próba opisania biodanzy jest próbą opisania smaku czekolady. Musisz jej sam spróbować, by to zrozumieć.

Jak to wygląda?

Ćwiczenie pierwsze
  • Uczestnicy chodzą po sali, swobodnie, swoim krokiem i tempem. Kiedy kogoś mijają, spoglądają mu w oczy, uśmiechają się i idą dalej. Na hasło „Jeden” każdy tańczy w rytm muzyki, jak chce i czuje. Na hasło „Dwa” uczestnicy próbują kopiować taniec czy zachowanie kogoś w pobliżu. Na hasło „Trzy” wszyscy tworzą pociąg. Na hasło „Cztery” jedna osoba tańczy w środku, a reszta wokół niej.
Ćwiczenie drugie
  • Uczestnicy dobierają się w pary i w rytm muzyki wykonują równo następujące zadania: cały czas patrząc sobie w oczy, klaszczą prawymi rękami, a potem lewymi. Co kilkanaście sekund na hasło prowadzącego następuje zmiana partnera.
Ćwiczenia na wyższych poziomach
  • Przy spokojnej muzyce uczestnik delikatnie dotyka włosów drugiej osoby. Bardzo delikatnie. Co kilkanaście–kilkadziesiąt sekund następuje zmiana partnera.
  • Uczestnicy w parach delikatnie dotykają siebie nawzajem, ale tylko przedramionami.
David Goodman terapeuta, doktor fizyki kwantowej, trenuje techniki walk Wschodu oraz różne formy tańca.

  1. Psychologia

Terapia ruchem - wytupać złość, wytańczyć smutek

Człowiek jest jedynym ze ssaków, który jako dorosły przestaje się bawić. A taniec, ruch to zabawa. Pozwólmy sobie na nią, pozwólmy sobie czuć się dobrze w swoim ciele. (Fot. iStock)
Człowiek jest jedynym ze ssaków, który jako dorosły przestaje się bawić. A taniec, ruch to zabawa. Pozwólmy sobie na nią, pozwólmy sobie czuć się dobrze w swoim ciele. (Fot. iStock)
To, jak stoimy, chodzimy czy tańczymy, ale też jak zachowujemy się, gdy ktoś na nas krzyczy lub przysuwa się blisko – stanowi nasz podpis ruchowy. Warto go poznać, ale przede wszystkim świadomie kształtować.

To, jak stoimy, chodzimy czy tańczymy, ale też jak zachowujemy się, gdy ktoś na nas krzyczy lub przysuwa się blisko – stanowi nasz podpis ruchowy. Warto go poznać, ale przede wszystkim świadomie kształtować – bo zawsze odzwierciedla aktualne myśli i uczucia. – Zmieniając go, zmieniamy nasze życie – twierdzi terapeutka tańcem i ruchem Agnieszka Sokołowska.

W jednym z numerów "Sensu" pisaliśmy, że Kartezjusz nie miał racji, mówiąc, ze jesteśmy naszymi myślami. A czy jesteśmy naszym ciałem? Zdecydowanie! Zwrócił zresztą na to uwagę w swojej książce „Błąd Kartezjusza” Antonio Damasio, profesor neurologii behawioralnej. Jestem nie dzięki temu, że myślę, ale dlatego, że jestem, mogę myśleć. Póki żyjemy, jesteśmy ciałem i żyjemy w ciele. Za każdym razem, kiedy wpływamy na ciało, wpływamy tez na siebie. Dlatego praca że świadomością ciała umożliwia lepszy kontakt ze sobą. Pracujemy z ciałem po to, by nasze życie uczynić lepszym. Co to znaczy lepszym? To już każdy indywidualnie określa. Nie ma jednego wzorca dobrego życia.

To, jak się ruszamy, jak gestykulujemy, chodzimy, jaka mamy postawę, jak posługujemy się naszym ciałem – charakteryzuje nas, definiuje? Tak jak każdy z nas ma swój podpis, którym sygnujemy rozmaite dokumenty, tak każdy ma swój znacznie pełniejszy podpis ruchowy. Chodzi o to, jak się zachowujemy w rożnych sytuacjach, choćby wstając rano z łózka. Czy zwlekamy się przygarbieni, z myślą: „O nie, kolejny ranek”, czy raczej długo się przeciągamy i czujemy przypływ energii. Albo kiedy spotykamy się z bliskimi osobami – czy chcemy jeszcze bardziej się do nich zbliżyć, czy raczej oddalić, mieć więcej własnej przestrzeni. Ale też, jak reagujemy na to, gdy ktoś na nas krzyczy albo jest smutny. To jest cała gama rożnych zachowań.

Rudolf Laban, który opisał język ruchu i w którego metodzie się szkoliłam, powiedział, ze ruch jest przezroczystym opakowaniem naszych emocji, intencji, marzeń, nastawień. To coś więcej niż tylko gesty i mimika – one aktywują tylko część naszego ciała. Kiedy wykonujemy gest, nie musimy nawet się w niego specjalnie angażować. Ale kiedy poruszamy się, aktywując centrum naszego ciała – już tak. Chodzi o rożne aspekty, według Labana – różne kategorie ruchu, które są powiązane z rozmaitymi obszarami życia człowieka. To jest nasz podpis cielesny. I nie da się go łatwo zinterpretować, w rodzaju: jak wykonujesz taki gest, to znaczy, że... Nie, tu wszystko zależy od kontekstu, w jakim go wykonujesz. Szukamy wzorców, strategii ruchu i powtarzalności w rożnych momentach.

Czyli to nie jest takie proste, że patrzymy na kogoś i od razu wiemy, czy jest otwarty, czy raczej skryty. Powiedziałabym, że z czyjegoś ruchu prędzej możemy odczytać to, jak na nas ten ktoś oddziałuje, jakie wrażenie sprawia. Ale to bardziej mówi o nas niż o kimś. Kiedy pracuje terapeutycznie z ludźmi, proszę ich o przypomnienie sobie konkretnych sytuacji z życia i tego, jak ciało na nie zareagowało. Pomagam znaleźć link, połączenie pomiędzy tym, co ktoś robi, a jak się czuje. Ruch zawsze oddaje jakaś myśl, jakieś uczucie, ale jakie – wie tylko osoba, która go wykonuje.

Obserwując własny ruch, możemy dotrzeć do swoich myśli i emocji? Najbardziej zaawansowany etap pracy polega na tym, że proszę drugą osobę, by pokazała ciałem, co czuje i co myśli. Na początku pracy z ciałem jest to jednak bardzo trudne. Ale można próbować. Kiedy ktoś przychodzi do mnie z jakimś problemem, który go męczy od dłuższego czasu, proszę, by poruszał się trochę z tą myślą i zobaczył, jak jego ciało na nią reaguje. Jak oddycha, co się dzieje z jego postawą, czy jest skulony, czy usztywniony, a może czuje drganie w nogach? Czy ma w ogóle ochotę się ruszać, czy może raczej paść na ziemię? Albo skakać?

Czyli najpierw staramy się zauważyć, co myśl robi z naszym ciałem. A potem… …możemy zastanowić się, w jaki sposób moglibyśmy zmienić tę myśl, w jakim kierunku mogłaby ona pójść, by było to dla nas bardziej korzystne. I dopiero potem tę myśl zamieniamy w ruch.

Już taki bardziej terapeutyczny, leczący? Można to tak określić. Ruch ma leczącą, rozwojową moc. Ostatni etap to przejście od ruchu przy niesprzyjającej myśli – do ruchu, który towarzyszy tej nowej, sprzyjającej.

Chodzi o to, że wykonując ten ruch, utrwalamy myśl i zmieniamy swoje nastawienie? Tak. Mam oczywiście świadomość, że jesteśmy społeczeństwem ufającym racjonalnemu myśleniu. Sceptycznie podchodzimy do przekazu, że wystarczy głęboko oddychać, wyprostować sylwetkę i otrzymywać z drugą osobą kontakt wzrokowy, by zmienić swoje życie. Ale to naprawdę jest możliwe. Przecież jeśli zwykle unikamy kontaktu wzrokowego i jesteśmy przygarbieni – mamy mniejsze szanse, by znaleźć dobrą pracę czy nawiązać nowe znajomości. Na przykład wyprostowanie pleców – wydawałoby się banalny ruch, ale możne wywołać w nas wiele myśli i reakcji. Ktoś możne poczuć, że boi się wyprostować, bo zwróci czyjąś uwagę. Może wtedy będzie widzieć więcej i w związku z tym zacznie chcieć więcej? Albo kiedy zacznie patrzeć ludziom w oczy, w naturalny sposób będzie nawiązywać z nimi relacje, a do tej pory tego właśnie unikał.

I to może być dla niego zbyt rewolucyjne? Właśnie. Dlatego nie ma jednoznacznych wskazówek, jaki ruch będzie dla danej osoby najlepszy. Na pewno niezależnie od sytuacji ważny jest oddech – by pozwalać mu spokojnie płynąć, bez zatrzymywania.

Ale są pewne kategorie ruchów, które uznajemy za otwarte i te, które uznajemy za zamknięte. Czy nie lepiej być otwartym niż zamkniętym? Te otwarte też mogą zmęczyć, jeśli jest się w nich cały czas. Wszystko zależy od tego, jakie ktoś ma potrzeby, plany i jakiego siebie potrzebuje rozwinąć, wzmocnić. Jeśliby już szukać jakiejś uniwersalnej recepty, to powiedziałabym, ze jest nią posiadanie dostępu do jak najszerszego spektrum ruchu. Niezamykanie się w jednym określonym zestawie ruchów pasujących do każdej okazji. Dlatego tak istotna jest praca w grupie – wtedy możemy zaobserwować, że każdy ma inny repertuar ruchów i inny podpis ruchowy. Można się przejrzeć w innych osobach jak w lustrze, zainspirować się, ale też odkryć, jaki ruch budzi w nas opór. Bardzo często jest tak, ze podczas zajęć wchodzi ktoś na sale, patrzy na innych uczestników i myśli: „OK, to ja mogę się poruszać z tobą i z tobą, ale z tamtą osobą nigdy się nie poruszę”.

Czyli nie poruszę się tak jak tamta osoba? Tak. I najczęściej oznacza to, ze ruch tej osoby „porusza“ jakieś moje życiowe tematy, jakieś zranienia, blokady, emocje, odcięte pragnienia. Oczywiście nie chodzi o to, by zmuszać się do wykonania ruchu, który budzi w nas opór. Bo jeśli dobrze się czuję w moim życiu z tym, co mam, jaki jestem, co czuje i co myślę – to mogę spokojnie zostać przy swoim repertuarze ruchów. Ale jeśli chcę zmiany, jeśli z czymś się meczę – warto spróbować takiego wyzwania.

Najważniejsze podczas pracy z ciałem, zwłaszcza na jej początku, jest to, by znaleźć dobre i sprzyjające dla siebie ruchy. Ruchy, które są dla nas bezpieczne, niezagrażające, przyjemne.
Chodzi o to, by nie blokować się na przepływ ruchu – tylko wtedy możemy przepracować pewne stany czy sytuacje z naszego życia. Natura ruchu jest podobna do natury emocji – jeśli pozwalam sobie coś przeżywać, to jest to znacznie bezpieczniejsze, niż kiedy to blokuje. Ale do tego dochodzi się powoli, łagodnie. Tylko wtedy jest szansa na zmianę.

Słyszałam, że dobrze sobie pozwolić zwłaszcza na wyrażanie trudnych emocji, takich jak złość, w sposób, który wydaje się nam naturalny, ale przed którym się wzbraniamy. Czyli tupnąć, zacisnąć ręce w pieści... Tak jak to robiliśmy jako dzieci. Każda emocja ma swoja energie. Złość ma ogromny ładunek energetyczny i jeśli go nie wyrazimy, on zablokuje dostęp do innych emocji. Złość często przykrywa smutek czy rozczarowanie, czyli emocje dla wielu osób trudniejsze do odczuwania i okazywania. Zdaje sobie sprawę z tego, ze jeśli ktoś przez lata dusił w sobie złość, a teraz słyszy, ze ma ją wyrażać, może być zdziwiony: „Jak to, mam teraz tupać przy szefie?!”. A nie o to chodzi, tylko o to, by w adekwatny sposób i w adekwatnym kontekście pozwolić sobie doświadczyć energii, jaką niesie w sobie emocja, którą odczuwamy. Na początku warto zrobić to w kontakcie z terapeutą lub kimś innym do tego przygotowanym. Poczuć tę emocję w ciele, gdzie się umiejscowiła – w rękach, w brzuchu, a może w nogach. Bo dla kogoś, kto czuje złość w nogach, może być dobre tupanie, a dla kogoś lepienie w glinie – bo u niego złość wchodzi w ręce. Ktoś inny będzie potrzebował krzyknąć – bo u niego złość siedzi w gardle. Chodzi o pozwolenie sobie na kontakt z energią emocji i nieblokowanie jej, ale pozwolenie na własna ekspresję.

Nasze emocje i myśli wyrażają się przez ruch w odmienny sposób… ... i wyrażają się rożnie w zależności od sytuacji. Ktoś może być w domu bardzo ekspresyjny, a w pracy wyciszony i opanowany. W ten sposób zachowuje równowagę, i jest to zupełnie normalne. Chyba że jest mu z tym źle, bo na przykład czuje, że w domu wyraża się w pełni, a w pracy jest przytłumiony.

Poprzez intencyjną, celową pracę z ciałem możemy wyrażać się bardziej w pełni? Przede wszystkim możemy złapać lepszy kontakt ze sobą i otworzyć się na swoje potrzeby, marzenia, poczuć, jak się czujemy, a nie tylko myśleć o tym. Często prawdziwy kontakt ze sobą otwiera nas na to, co jest dla nas ważne. I to jest najistotniejsze na początek – by odnaleźć siebie w sobie. Móc czuć, myśleć, przezywać, wyrażać. Niby takie proste, a trzeba dużej odwagi, by zajrzeć w siebie na nowo. W konsekwencji możemy zmienić swoje relacje, swoje myśli i swoje życie.

Z badań nad embodimentem, czyli ucieleśnieniem, wiemy, że kiedy uśmiechamy się, nawet na siłę, nasze samopoczucie się poprawia. Wpływ ciała na nasz nastrój jest udowodniony naukowo. I to wzajemny wpływ: ciała na nastrój i nastroju na ciało. Im jesteśmy bliżej naszego ciała, tym lepszy kontakt mamy ze sobą i z naszymi emocjami. Odcięcie od ciała odcina od przezywania. A zablokowanie, zamknięcie dostępu do emocji może prowadzić do depresji.

Mówimy: jesteś twoim ciałem. Wielu osobom może się to nie spodobać, bo nie podoba im się własne ciało. Za grube, za duże, z niewłaściwymi proporcjami… Ale co to znaczy, że moje ciało mi się nie podoba, że ja się sobie nie podobam? Jeśli mamy dobry kontakt z ciałem, to dbamy o nie nie tylko dlatego, żeby dobrze wyglądać, ale by dobrze się czuć. Żeby sobie nie szkodzić. Niestety, nasza kultura sprzyja traktowaniu ciała przedmiotowo, czyli albo jego pomijaniu, albo przesadnemu seksualizowaniu. Na pewno taniec i inne metody pracy z ciałem pomagają w zyskaniu zaufania do własnego ciała, szacunku do niego. Jeśli ktoś dzięki ciału może ruszać się jak chce, to znaczy, że może być, kim chce, ciało pozwala mu na kreatywność, przygodę, poszukiwania.

Człowiek jest jedynym ze ssaków, który jako dorosły przestaje się bawić. A taniec, ruch to zabawa. Pozwólmy sobie na nią, pozwólmy sobie czuć się dobrze w swoim ciele.
Życie wielu osób jest bardzo zadaniowe, a wysiłek fizyczny traktują one jako kolejne zadanie. Nie dają sobie miejsca i czasu na swobodną ekspresję i kontakt ze sobą. Tymczasem ciało jest o wiele bardziej elastyczne niż umysł, jeśli poczujemy w nim luz, powoli wprowadzimy go też do innych dziedzin naszego życia. Ludzie przychodzący na moje wieczory inspiracji często mówią, że poczuli coś, czego po sobie się nie spodziewali, ze ruszali się tak, jak nigdy nie przypuszczali, że będą i mogą się ruszać. Tak mocno mają zakorzenione przekonania na własny temat.

Jesteśmy krytyczni nie tylko wobec swojego ciała, ale też sposobu poruszania się. Nie chcemy się ośmieszyć. To zwykle bierze się z zachwianego poczucia własnej wartości i wpajanej od najmłodszych lat konieczności dyscyplinowania siebie. System edukacyjny jest bardzo oceniający, i w niewielkim stopniu wspierający kreatywne, innowacyjne myślenie. Paradoksalnie w szkole uczy się nas nie wybijać się i być grzecznym, a potem nagle w dorosłym życiu oczekuje, ze będziemy mistrzami autoprezentacji i wystąpień publicznych, i na dodatek jeszcze będziemy w tym naturalni i autentyczni.

Ostatnio to dyscyplinowanie się wkroczyło do sfery sportu, uprawianego hobbystycznie. Mało w nim przyjemności, dużo tresowania ciała. Ja jestem temu przeciwna, natomiast komuś, kto lubi sobie folgować, polecałabym, by poszedł na taki trening i zobaczył, że jednak można się zdyscyplinować. Z kolei kogoś, kto ma bardzo dużo zadań w codziennym życiu i jest perfekcjonistyczny, takie zajęcia nie rozwiną. On potrzebuje odpuszczenia sobie, czyli raczej swobodnego ruchu, bez struktury. To może być taniec, spacer, wycieczka rowerowa – ale nie z ustalona trasa tylko spontaniczna, podczas której skręcam tam, gdzie mam ochotę. W życiu co chwila tracimy równowagę i znów ją odzyskujemy. Nie szkodzi, że czasem się chwiejemy, ważne, byśmy umieli powrócić do harmonii i nie popadali w skrajności. Bądźmy dla siebie dobrzy, czyli wybaczający i wyrozumiali, ale też wspierający i motywujący. W wyważonych proporcjach, oczywiście. Doświadczajmy tego, że ciało, emocje i myśli tworzą całość, dynamicznie się zmieniającą, żywą i wzajemnie siebie potrzebującą.

  1. Psychologia

Dlaczego tak trudno jest nam realizować plany i postanowienia?

Praca z każdym celem polega na tym, żeby nie tylko jasno go zobaczyć, ale przede wszystkim dostrzec w nim siebie. Czy jestem w stanie go udźwignąć? (Fot. iStock)
Praca z każdym celem polega na tym, żeby nie tylko jasno go zobaczyć, ale przede wszystkim dostrzec w nim siebie. Czy jestem w stanie go udźwignąć? (Fot. iStock)
Przez całe życie ciągle coś zaczynamy – naukę, pracę, związki. Nieustannie też coś planujemy, często jedno i to samo. Dlaczego w snuciu planów jesteśmy świetni, a w ich realizacji już nie?

Karol, lat 42, informatyk, ojciec 15-letniego syna: – Od kilku lat w nowym kalendarzu sporządzam listę spraw, które chciałbym załatwić w nadchodzącym roku: basen, koszykówka, dieta, rzucenie palenia, czas dla syna. Ale potem okazuje się, że lista sobie, a życie sobie. Bo obowiązki zawodowe, choroba, wyjazd. Zastanawiałem się, dlaczego nie udaje mi się wytrwać w postanowieniach, choć naprawdę przez pierwsze tygodnie mocno skupiałem się na zapisanych punktach i bardzo się starałem, żeby tym razem je zrealizować. Zauważyłem jednak, że im częściej przypominam sobie o postanowieniach, tym bardziej się stresuję. W końcu plany stają się mało ważne, choć przecież nie wykreśliłem ich z kalendarza.

Karol powiela schemat noworocznych postanowień, jak zresztą robi to wielu z nas. Na czym ten schemat polega? Na tym, że najpierw coś planujemy, a potem sobie uświadamiamy, że plany oznaczają przymus robienia tego, co postanowiliśmy, więc się do ich realizacji zniechęcamy, co z kolei nas złości i stresuje. A ponieważ uczucia te nie są przyjemne, zaczynamy wypierać postanowienia, wmawiać sobie, że nie są ważne. I mimo że widnieją nadal na pierwszej stronie kalendarza, ignorujemy je. Aż do następnego roku, kiedy znów zapisujemy je w kalendarzu i znów powielamy stary schemat.

Chcę, nie muszę

Dlaczego tak się dzieje? Błąd tkwi w założeniu, że najważniejsze są postanowienia, a nie my, nasze uczucia, możliwości, potrzeby. Karol doszedł do tego sam po kilku sesjach terapii.

– To było jak olśnienie – nagle uświadomiłem sobie, że nie jest ważna ta głupia lista, tylko ja, który mam ją realizować. Dotarło do mnie, że używając siebie jako narzędzia do wykonania postanowień, zapomniałem o szacunku dla samego siebie. I pamiętam ten moment, to było na szóstej sesji. Przeczytałem punkty, a było ich sześć, wykreśliłem trzy i powiedziałem: „Teraz to ja chcę pracować nad tym, kim jest ten człowiek, który ma spełnić postanowienia, a nie nad postanowieniami”. Przewartościowałem zupełnie cały proces. Z jednej strony analizowałem, tak na chłodno, kim jest ten mężczyzna, którym jestem teraz, a z drugiej – kim jest ten, którym chcę być. I co jest pomiędzy, jaki dystans dzieli jednego od drugiego. Wtedy dokonałem kolejnego ważnego odkrycia: Nie muszę od razu być tą wymarzoną osobą, mogę stawać się nią powoli. I dopiero wtedy przyszła duża motywacja, żeby zacząć coś w życiu zmieniać.

Karol wspierany przez psychologa zaczął pracę nad umiejętnościami potrzebnymi do zrealizowania kolejnego celu. Na pierwszy ogień poszedł punkt: muszę poprawić relacje z synem. Skreślił słowo: „muszę”, napisał: „chcę”. W planowaniu najbardziej obciąża nas właśnie to „muszę”. Bo na ogół nie liczymy się z możliwościami, jakimi w tym momencie dysponujemy, tylko sobie coś narzucamy, rozkazujemy. Nawet kiedy jest nam to „coś” bardzo potrzebne, nie wolno się przeciążać, katować, bo po prostu w tym momencie i tak nie będziemy w stanie tego osiągnąć.

Drogę dochodzenia do celu najlepiej podzielić na małe odcinki. Karol postanowił, że najpierw popracuje nad formą swojej komunikacji z synem. Kiedy psycholog zapytał go, co oznacza dla niego dobra relacja z synem, odpowiedział: „Taka, w której otwarcie możemy rozmawiać o trudnościach, o tym, co nam przeszkadza w osiągnięciu zgody i porozumienia, o tym, co możemy robić wspólnie”. Dla Karola od tej pory cel nie był już pustym frazesem, ale miał kształt konkretnych kroków. Bo często bywa tak, że cel jest wzniosły, wyrafinowany jak perspektywa dobrej kolacji, a brakuje konkretów, owego menu, które by go wypełniły. Menu Karola składało się z wielu punktów, które dopisywał, na przykład: „Akceptuję to, czego do tej pory nienawidziłem w synu”, „spokojnie rozmawiam z nim, a nie wpadam w furię, gdy robi coś nie tak”.

– Tym, co odróżniało ten proces od poprzednich prób porozumienia się z synem, było to, że teraz miałem poczucie szacunku do siebie, że czułem się podmiotem tego procesu, a nie przedmiotem, który wykonuje tylko pewne działania.

Praca z każdym celem polega na tym, żeby nie tylko jasno go zobaczyć, ale przede wszystkim dostrzec w nim siebie. Czy jestem w stanie go udźwignąć? W jakim czasie? Co mogę zrobić, żeby zdobyć siły i umiejętności do tego potrzebne? Poradzę sobie sam czy mam szukać wsparcia? Gdzie?

Akcja realizacja

Samo postawienie celu nie wystarczy. Trzeba zobaczyć, co znajduje się „pod” nim. Chcę nauczyć się angielskiego? Czyli zakładam, że po drodze mogę kaleczyć język, narażać się na śmieszność, mieć opory w nawiązywaniu kontaktu z cudzoziemcami. I przyjmuję, że te wszystkie pochodne celu są w porządku. Nauka języka oznacza wysiłek, ale też zgodę na krytykę, na to, że ją uniosę. Trzeba cel „porozbijać”, zobaczyć, co się za nim kryje, jakie umiejętności, jakie cechy charakteru. Może odwaga do mierzenia się zarówno z krytyką otoczenia, jak i z wewnętrznym krytykiem, który szepcze: „Nie mów po angielsku, bo się ośmieszysz”?

Ważne, żeby ten proces miał pewną dynamikę, żeby dać sobie czas na jego realizację. A kiedy już ten czas upłynie, warto sprawdzić, co się w tym okresie udało, a co nie. Jeżeli nowe otwarcie nie wyszło, to trzeba się zastanowić dlaczego. Ale nie szukajmy wtedy łatwych odpowiedzi w zewnętrznych okolicznościach, takich jak brak czasu albo zły nauczyciel. Posprawdzajmy przyczyny, które leżą po naszej stronie. Czy na przykład nie dokonaliśmy niechcący wobec siebie nadużyć? Czy nie zadaliśmy sobie gwałtu, że chcemy czegoś, co nie jest realne teraz, już? Bo czy realne jest zakładać, że po roku nauki angielskiego będziemy wykładać w tym języku fizykę kwantową? Nie. Dlaczego zatem zmuszamy się do tego, co nie jest możliwe? System, który nakazuje, że musimy być „jacyś”?

Piotr, lat 34, menedżer w dużej korporacji, dostał propozycję pracy w Singapurze. Na początku nie posiadał się z radości, bo wyjazd oznaczał awans, większe zarobki, poznanie nowego kraju. Ale szybko pojawiły się też wątpliwości: Ma pojechać sam czy z rodziną (żoną i dwójką dzieci w wieku przedszkolnym)? Czy sobie poradzi z tak dużym wyzwaniem zawodowym? Czy odnajdzie się w nowym klimacie i kulturze? Przed podjęciem decyzji musiał zadać wiele pytań sobie, ale także jak najwięcej dowiedzieć się o tym, co czeka go w nowej pracy i nowym kraju. Poznać długoterminową „prognozę pogody” dla tego miejsca i się do niej przygotować.

Bo na to, czy uda nam się zrealizować plany, czy nie, wpływają dwie siły: my sami i system. Obydwie trzeba uwzględnić, planując ważne przedsięwzięcie. Gdy nie będziemy dobrze przygotowani, system może utrudnić albo wręcz uniemożliwić zadanie. Dlatego zawsze dobrze jest najpierw rozpoznać wszelkie okoliczności, w jakich przyjdzie nam działać, zarówno zewnętrzne (w przypadku Piotra będzie to np. kultura kraju), jak i wewnętrzne (całe swoje know-how). Potem wyznaczamy sobie mniejsze cele, na przykład: kupię książkę do angielskiego, poszukam kogoś wokół mnie, kto może mi pomóc. Do celu lepiej iść małymi kroczkami.

Zawsze jest jakieś wyjście

Jedną z trudności, jaką musimy przejść przy nowych otwarciach, są nawyki. Dlatego zawsze trzeba je uwzględniać. I albo dopasować system do nawyku, czyli na przykład wynająć mieszkanie blisko pracy, jeżeli rzeczywiście rano trudno nam się podnieść z łóżka, albo zmienić nawyk.

Piotr w końcu wyjechał do Singapuru ze swoją rodziną. I okazało się, że nowa kultura totalnie wybiła go z przyzwyczajeń. Do tego stopnia, że żona Piotra Basia śmiała się, że ma nowego męża. Basia też się zmieniła. Wcześniej zarzekała się, że nie będzie mieć więcej dzieci, że chce wrócić do pracy. A w Singapurze zamarzyła o trzecim dziecku i zaszła w ciążę.

Nowe otwarcia zmieniają perspektywę myślenia. Nagle widzimy coś, czego w ogóle wcześniej nie dostrzegaliśmy.

Na ogół jednak w pierwszym odruchu opieramy się zmianom. Ale gdy nie mamy wyjścia, powoli je akceptujemy. Potwierdzają to badania nad stosunkiem pracowników do nowych procedur wdrażanych w firmach.

Paweł Gniazdowski z Lee Hecht Harrison DBM Polska: – Z badań wynika, że ludzie dzielą się na trzy grupy: tradycjonalistów, innowatorów i tych, którzy adaptują się do nowości. Pierwsi dostrzegają w zmianie przede wszystkim zagrożenia i niewygody. Drudzy upatrują w niej szansę na rozwój. Przeważającą część zespołu stanowią pracownicy szybciej lub wolniej adaptujący się do tego, co się wydarza. W odróżnieniu od pozostałych ludzie z tej grupy nie mają potrzeby podtrzymywania silnych emocji (pozytywnych lub negatywnych) wobec nowych rozwiązań. Najchętniej wyrażają na ten temat zdawkowe opinie i przyjmują postawę wyczekującą. Nie hamują innowacji, choć mogą w praktyce regulować jej tempo. Ich stosunek do całego procesu zmian z czasem staje się coraz bardziej racjonalny i zdroworozsądkowy. Co najważniejsze, ta właśnie grupa decyduje o ostatecznych praktycznych efektach reform.

W życiu prywatnym zachowujemy się podobnie. Pierwszą reakcją jest lęk przed utratą poczucia bezpieczeństwa, przed „nie wiem” po drugiej stronie. Tymczasem zmiana nie oznacza, że wszystko się skończyło, że oto rodzimy się na nowo. Istnieją przecież mocne filary, które się nie zmieniają, jak rodzina, przyjaciele, związki. I to one dają poczucie bezpieczeństwa.

Czasem emocje aż kipią, wylewają się z nas, a my trzymamy się kurczowo starego, bo boimy się, że gdy coś utracimy, będziemy cierpieć. Ale kiedy trwamy w oporze i nie chcemy dopuścić nowego, też cierpimy. Tkwimy bowiem w wewnętrznym rozwodzie – z jednej strony żal nam tego, co odeszło, z drugiej – to, co nowe, jest nieuchronne jak pory roku. W takich momentach chowa się gdzieś ta część nas, która przecież wie, że zawsze mamy wyjście. Mogę zrezygnować ze studiów i wybrać inne. Mogę wyjechać. Mogę się rozwieść.

Nowe otwarcie jest szczególnym momentem, w którym cała nasza uważność musi być na najwyższym poziomie. A często niedobrze ją ukierunkowujemy – skupiamy się na tym, co mamy osiągnąć, a nie na tym, czy jesteśmy do tego gotowi, czy mamy predyspozycje, czy tego chcemy. W takich momentach „światło” powinniśmy kierować do środka, nie na zewnątrz. Wtedy widzi się to, co najważniejsze. Karol określił ten stan „rozszerzeniem siebie”.

– Dosłownie poczułem się mocniejszy, spokojniejszy. Zmieniły się niby tylko moje relacje z synem, a tak naprawdę zmianie uległo wszystko, całe moje życie. Osiągnąłem stan spokoju, który mój psycholog nazwał „wewnętrzną latarnią morską”. Ta latarnia pomaga mi trzymać się właściwego kierunku, gdy wokół szaleją sztormy. Odnalezienie jej jest niezwykle trudne. Ale jak się ją już w sobie ma, to nic nie jest straszne. Człowiek wie, co planować, wybierać, dokąd iść.