1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Jan Nowicki - Taki ze mnie nieśmieszny gość

Jan Nowicki - Taki ze mnie nieśmieszny gość

fot. Tatiana Jachyra/FORUM
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
„Zgubiłem kiedyś pory roku, goniłem za zapachem bzu…”. W rozmowie z Hanią Halek Jan Nowicki zdradza swoje myśli o Bogu, czasie, kobietach i miłości. I o tym, czego nie cierpi. Po prostu: Wielki Szu rozdaje karty!

- Dziś niedziela. Idzie pan na sumę?

- Właśnie dziś mówiłem Gosi, że muszę iść do kościoła. Na sumę – masz rację – po to chodzimy, żeby podsumować tydzień. Kościół to również sprawa nawyku, rytuału. Jak człowiek przestanie, to mu się odechciewa.

- Ale po co tam właściwie chodzić?

- Jako dziecko chodziłem do kościoła przez cały czas, bo w naszym małym Kowalu nie można było nie pójść – chodzili wszyscy. To było czymś tak naturalnym jak oddech. Poza tym była to jedna z nielicznych atrakcji, poza cmentarzem. Pogrzeby, śluby i chrzciny albo jeszcze ewentualnie pożary stawały się naszymi dziecięcymi teatrami. Trudno w tym kontekście mówić o Bogu – dla nas, dzieci, był to temat trudny i nudny, ale niedziela miała dla mnie inny kolor, uroczą przejrzystość powietrza, choć wtedy jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy. W niedzielę nikt nie ośmielił się rąbać drew ani chodzić po wodę do pompy. A w zakazach jest ogromny urok, dlatego, że w pewnym momencie następuje ich finał. Wtedy radość jest ogromna. Gdy dowiedziałem się, że jakieś palanty, pewnie kościelne, wymyśliły, że w Wigilię wolno jeść mięso, po prostu oniemiałem – jakby ktoś kopnął mnie w brzuch. Całymi latami jadło się postne, a po powrocie z pasterki człowiek jak dziki rzucał się na szynkę. Jaki ona miała niesamowity smak – dziewczyno! Wynikający z zakazu.

- Czego sobie pan dziś zakazuje?

- Jestem facetem, który nie cierpi rygorów. Mnie nawet nie stać na plan. A marzenia mnie męczą. Jak coś robię, to zawsze na taki gwizdek, na jaki mi się podoba. Teraz na przykład chcę schudnąć, ponieważ zaczynam film. Pani pojęcia o tym nie ma, bo na pani można się anatomii uczyć, ale w moim przypadku jest tak, że jak schudnę 5 kg, to wydaje mi się, że jestem mądrzejszy. Kiedy grałem w filmie Márty Mészáros „Niepochowany”, straciłem 26 kg. Węgrzy lubią jeść, więc ekipa, na której oczach chudłem, patrzyła na mnie jak na świętego. To długa historia, powiem tylko, że poczułem wtedy, iż zyskałem odrębność i przewagę nad otoczeniem, bo ono było grube. Na weselu mojego Łukasza skakałem całą noc jak pasikonik, a gdy wsiadałem do samochodu, miałem wrażenie, że to nie ja, tylko mój cień siada za kierownicą. To było niesamowite.

- Nie chciał pan już taki zostać?

- Ale skąd?! Ja mam 72 lata i nie będę się wygłupiać. Chudy gość w tym wieku wygląda jak stara Indianka nad ogniskiem. Mam w nosie, czy jestem gruby czy chudy. Każdy kolejny dzień ma być smukły – nie ja!

- Dlaczego?

- Bo wiem, że łamanie paznokci i wypadanie zębów czy włosów jest naturalną koleją rzeczy. Ci bardziej naiwni kupują kremy, olejki i balsamy, żeby czuć się lepiej niż na to wyglądają. Uważam, że to tylko przedłużanie agonii. To sakramencko niemęskie. W moim wieku obowiązkowo trzeba czuć się nie najlepiej, kląć na otaczającą rzeczywistość, zapominać brać ze sobą okulary i nie mieć do siebie większych pretensji. A przede wszystkim zdobyć się na autoironię.

- A co pana w panu najbardziej śmieszy?

- To bardzo ponure pytanie... Mam odpowiedź, ale nie wiem, czy dobrą. Śmieszy mnie pewna moja niedojrzałość, której trzymam się jak rzep psiego ogona. Całe życie w niektórych sprawach jestem prawdomówny, choć już dawno nie powinienem tego robić. Nie ma przecież najmniejszemu sensu, żeby komuś, kto źle gra, mówić, że tak jest, bo to przecież boli. A ja robię to wciąż, bo wydaje mi się szlachetne. I że w ten sposób pchamy pewną ideę bycia artystą do przodu. Śmieszy mnie też, że nie potrafię pochwalić ewidentnie wstrętnego leczo przygotowanego przez gospodynię na kolację.

- To co pan wtedy robi?

- Podziubię trochę, a potem mówię, że jest ohydne i proszę o kawałek chleba ze smalcem albo z masłem. Nie będę przecież chwalił niedobrego jedzenia, bo mi się wydaje, że wtedy obrażam coś znacznie ważniejszego od nas, konsumentów. Obrażam sens smaku. Ale tak w ogóle to ze mnie bardzo nieśmieszny gość. Mnie nie śmieszą rzeczy śmieszne. W zasadzie brzydzę się ludźmi, którzy mówią komiczne monologi, i nie mogę wyjść z podziwu, że inni się z tego śmieją. Nie chciałbym się przez to wywyższać, ponieważ nie ma lepszego i gorszego poczucia humoru i w zasadzie zawsze jest dobrze, jak ludzie szczerzą zęby. Jednak mnie bardziej śmieszą rzeczy dramatyczne w swej istocie. To, co prymitywnie można określić czarnym humorem. Albo to, co było udziałem „Kabaretu Starszych Panów”.

Lubię zawstydzić się po momencie, w którym się uśmiechnąłem, albo się wystraszyć. Uwielbiam to, co trzymało nas razem z moim przyjacielem, Piotrem Skrzyneckim. Pamiętam, jak kiedyś wędrowaliśmy razem ulicą w Budapeszcie: przed nami szła staruszka, znana postać w mieście, była arystokratka, mówili o niej „księżniczka”. Idzie taka szalenie przygarbiona, że głowę ma prawie przy ziemi, a w ręku bardzo, bardzo wysoko trzyma uniesioną elegancką torebkę. Ja mówię: „Panie Piotrze, niech pan zobaczy, jaka biedna”. On pyta: „Dlaczego?”. A mnie wydaje się, że jestem dowcipny, więc brnę dalej: „No, jak to dlaczego? Przecież nie ogląda słońca”. I słyszę: „Wystarczy jej podłożyć nogę i zobaczy”. To powiedział pan Piotr, który kochał starych ludzi.

- Dlaczego mówiliście do siebie per pan?

- Bo ja sobie nie wyobrażam, żebym mógł do pana Piotra powiedzieć: Piotrusiu. No, skąd! Wykluczone. Tak się zaczęło i tak się skończyło. Rzecz polega na tym, że gdy zmarł, bardzo za nim tęskniłem. Niemal fizycznie, jakby ktoś odciął mi tlen i nie wiedziałem, co mam zrobić. Jak „Przekrój” zaproponował mi stałą rubrykę, wykorzystałem ją na pisanie listów do pana Piotra i odpisywanie w jego imieniu z nieba na ziemię. On mi donosił, co u niego w jego nieżyciu, a ja, co w moim życiu. Trwało to prawie 5 lat i poza wszystkim było niesłychaną terapią, bo ja w sposób dziecinny (ale co to za różnica, skoro skuteczny?) zmniejszyłem tęsknotę. Znieczuliłem ją. W ten sposób także dorobiłem się autoironii, tego satyrycznego stosunku do starości, przemijania, niedołęstwa. Bo innego wyjścia nie ma. Łzy są tu do niczego niepotrzebne. Lekarstwem na starość jest poczucie humoru i dystans do tego, z czym i tak nie jesteśmy  w stanie walczyć, czyli czasu i jego skutków. Ale nie wolno pogardzać człowiekiem, z którego się śmiejemy. Chodzi o godność. I tutaj... dochodzimy do odwiecznej dyskusji, czy dzieciakowi przylać, czy nie. Nas matka lała, to jasne. A godność? Odpowiedź jest jedna: jak dziecko dostanie po dupie z miłości, a matka za chwilę je przytuli i razem się popłaczą, to jest ok. A fałszywe głaskanie po twarzy, dawanie pieniędzy nie jest niczym innym jak demoralizacją. To nie miłość. To alibi dla rodziców, którzy nie kochają. Podstawowym obowiązkiem jest miłość, a nie, kurwa, rozmyślania, czy dać dzieciakowi ścierką po głowie, czy nie. Gdy mój Łukasz miał ten moment w dzieciństwie, że wkładał język w kontakt do prądu, to co? Miałem mu o woltach, watach i amperach opowiadać? Musiał dostać w łeb, bo tylko wtedy wiedział, że nie wolno.

- Superniania by się rozpłakała.

- To taka w okularach? Spotkałem ją kiedyś w telewizji, bo nie wiem, czy wiesz, że ja się wypowiadam na każdy temat. Choć nieraz jestem kompletnym dyletantem, ale w telewizji trzeba mówić głupstwa. Mądrych rzeczy nikt nie słucha. I chyba z powodu tych głupstw wygłaszanych na dowolny temat mnie zapraszają. Zdaję sobie z tego sprawę, więc idę, każę sobie płacić, mówię głupoty i wychodzę.

No więc kiedyś w jakimś programie była trójka gości. Szczęśliwy ojciec piątki dzieci, ta w okularach i ja. Rozmowa dotyczyła pewnej filozofii wychowywania dzieci, wymyślonej przez mądrą dozorczynię, która wychowała 10 dzieci i teraz naukowcy piszą o tym książki. Nagle pada pytanie do tej w okularach i ona zaczyna opowiadać, jak to z dziećmi należy postępować. Mówi językiem mądrym, mówi i mówi, ale... po co, skoro mało kto rozumie? Dalej wypowiada się ojciec piątki dzieci. Że dziecko to partner od samego początku, że z dziećmi tylko tak trzeba, bo to są mali dorośli. Potem pada na mnie. Więc mówię, że „dzieci trzeba lać”. Pauza... „Tak, ale od pasa w dół, bo jeżeli bije się od pasa w górę, to mogą mieć problemy z matematyką”. Pauza... Potem opowiadam o tym, jak co roku na Wiśle biegałem po krach. Cały czas na granicy życia i śmierci. Ale fakt, że biegałem, to jeszcze nic, bardzo często wpadałem do wody i wtedy bałem się iść do domu. Spodnie miałem sztywne, zamarznięte, ale w końcu wracałem, bo nie było gdzie się osuszyć i chowałem się mokry po kołdrę. Kiedyś wreszcie matka to zobaczyła i dała mi po dupie dyscypliną. I to jest jedno z najpiękniejszych wspomnień mojego życia, bo potem usiadła przy mnie, przytuliła mnie i popłakaliśmy się razem. Bo to nie było katowanie kablem od żelazka albo drutem kolczastym. Nie było w tym zła, tylko czysta czułość. Miłość, niepokój. Dzieciak musi być trochę wystraszony. Inaczej mógłby utopić się albo nie wrócić do domu.

- Do pewnego momentu dzieci patrzą na śmierć  jak na część życia.

- I to jest piękne, ale gdy widzę teraz, że dorośli puszkują innych dorosłych do trumny jak sardynki, że nawet nie wiadomo, kto tam w środku leży, a śmierć traktują tak, jakby komuś wypadł ząb... robi mi się słabo. Byłem przy łóżku mojej babci, gdy umierała i jeszcze zdążyła mi pogrozić, bo zawsze miała na mnie jakiegoś haka. Nie zapomnę, jak raz wyciąłem kawałek jej kożucha na procę, ale pamiętam też, jak umierała. Byłem przy śmierci wujka Paszyńskiego, ciotki Balińskiej, myśmy wszyscy zbierali się, żeby kogoś pożegnać, całowaliśmy nieboszczyka przed zamknięciem wieka trumny, śpiewaliśmy. Mądra tradycja pozwalała nam na to, żeby ból wybrzmiał w zenicie, bo „śmierć jest szczytem życia”. Mam ogromne problemy z rozmawianiem na ten temat z moją Małgorzatą, bo ona z kolei należy do tych, dla których nie istnieje czas i śmierć. A dla mnie wszystko, od momentu odkąd zacząłem jako tako myśleć, jest przemijaniem, czasem, konsekwencją. To coś, na czym oparłem swoją filozofię życiową, myślenie, teksty, felietony. Sądzę, że wiele okrucieństw bierze się z faktu, że ludzie nie mają poczucia końca, brak im świadomości, że ich nie będzie, szczególnie politycy i generałowie, którzy pod koniec chcą wziąć odwet za to, że za chwilę zamienią się w szeregowy proch.

- Mszczą się więc na czasie?

- Tak, bo to jest coś najbardziej fascynującego: czas i jego rozpad. Mam wrażenie, że można by nawet dyskutować, że Bóg jest czasem. Że czas to Bóg. Przecież on jest w każdym bukiecie w wazonie, który po tygodniu się przemienia w pył, a woda cuchnie rozkładem. Tu i teraz. Piekło i niebo mamy na ziemi. Co to znaczy wieczna szczęśliwość? Ja sobie na przykład nie życzę być szczęśliwy milion lat. Mnie interesuje, żeby „dziś” odbierać tak jak „potem”. Żeby teraz uznać, że już nie żyję. Teraz już być aniołem...

- Modli się pan czasem?

- Często i w różnych miejscach, np. jak idę po schodach. Tak idę sobie i mówię. Lubię też pomodlić się, gdy się cieszę. Mam jedynie pretensje do siebie, że modlę się kiepsko, bo słowami, które znam. A nie tymi, których powinno się dopiero poszukać. Nie klepać pacierze, ale droczyć się, rozmawiać. Ale my, Polacy, traktujemy Boga jak dojną krowę. Tak jakby nie miał nikogo innego do opieki poza narodem polskim, zlokalizowanym zwłaszcza koło Częstochowy oraz Torunia. Tak, tam jest prawdziwe epicentrum próśb i lamentu. O pieniądze, dziecko, urodzaj, a przede wszystkim, żeby sąsiadowi gorzej się działo niż nam. Bo ludzie gubią samych siebie. Tak jak ja całe lata gubiłem pory roku. Kiedyś, w moim dzieciństwie były wyrzeźbione w sercach, żołądkach, stopach, wszędzie, w stawach, lasach, zwierzętach. Potem zniknęły. Zgubiłem je. Kręciłem po trzy filmy rocznie. Zdarzało się, że wchodziłem do atelier zimą, a gdy wychodziłem, patrzę, a tu wiosna. Przy tej ciężkiej pracy, gdzie po zdjęciach jedzie się na kolację, ściera dzień jakąś wódą, jedną, drugą, trzecią, jakimś intensywnym seksem, pobudką o piątej rano, gdy jeszcze ciemno, a trzeba na plan… często zdarzało mi się, że doznawałem tego, co było dla mnie małym dramatem – gubiłem ulotne kwitnienia bzu. A to mnie bardzo wzrusza, gdy te brzydkie w istocie swej krzaki pachną czymś tak niezwykłym. Czasem kwitły przez półtora miesiąca. Zaczynałem od Węgier, potem Polska, tu kwitły później, a na końcu byłem w Finlandii, gdzie dopiero zaczynały rozkwitać. Niesamowita pogoń za zapachem.

- Za kobietami też pan tak gonił?

- Czy się uganiałem? Wiesz, nie było ich mało, jak to u każdego mężczyzny, który w gruncie rzeczy był samotny i bezradny.

- Pan bezradny?

- Ojciec zmarł mi bardzo wcześnie. Miałem wtedy bezradne 5 lat. Byliśmy biedni, wyjechałem z mojego miasteczka jako dziecko.  Miałem zaledwie 13 lat. Wyjechałem do jakichś szkół, internatów, kopalń. Nie umiałem na początku niczego sobie w życiu ustawić – ani odpowiedzialności, ani obowiązkowości, ani znaczenia spotkania z kobietą. Czułem jedynie jakieś biologiczne imperatywy, które – jak wiadomo – potrafią zwieść na manowce. W tym czasie nie było chorób i grzechów. Były dzieci kwiaty. Wszyscy kochali się ze wszystkimi. To piękny okres, ale wiem, że nie do końca dobry, bo taki stosunek do świata przyciąga szereg kobiet. Robiłem na nich wrażenie tym, że nigdy nie traktowałem tego wszystkiego (bo przecież przyszedł taki okres, gdy zacząłem grać w filmach, miałem pieniądze) jako czegoś, co mi się należy. Taki gładki facet do zaakceptowania. Może z tej wcześniejszej biedy taki byłem? Czułem się wyróżniony, gdy interesowała się mną kobieta, nawet jak była to facetka, która rozdaje zbożową kawę w fabryce. Jeżeli chciała, kochaliśmy się, a ja byłem jej ogromnie wdzięczny.

- Co jeszcze dostawała?

- Jak to co? Dawałem jej wdzięczność i młode przekonanie.  Co mogłem więcej? Miłości nie dawałem, bo chyba bym zwariował, gdybym je wszystkie kochał, tak samo jak one by zwariowały, gdyby kochały mnie. Tam chodziło bardziej o czułość i przyjemność. Poza tym nie zapominaj, że nie było wtedy innych rozrywek, np. telewizji. Mieliśmy tylko nasze dotyki, nasze usta, ręce. To był nasz sport, nasz film i teatr, nasza filharmonia.

- I z żadną nie udało się panu narysować nawet konturu miłości?

- Nie. Ja chyba nie jestem mistrzem świata w tym uczuciu. Nie nauczyłem się odpowiedzialności i wierności nie tylko w stosunkach damsko-męskich. Nie nauczyłem się poważnie traktować świata. Wierność kojarzyła mi się z jakimś zardzewiałym drągiem, a tymczasem to jedyna naprawdę męska rzecz. Mężczyzna, który ma dużo kobiet, to królik. A kobiety, których jest dużo, przypominają owce. I tak oto między królikiem a owcami dzieje się jakieś czochranie organów. Jakie to smutne.

- Przestał pan być królikiem?

- Za późno, żebym się w cokolwiek przekształcił. Ja już nie zdążę się rozwinąć ani być do końca poważnym człowiekiem, a miłość do kobiety to odpowiedzialna praca i czas. Nie nadrobię zaległości, a też nie wiem, czy chcę i czy jestem na to gotów. Bo ja okropnie lubię kobiety, szanuję i podziwiam. Traktuję je na pograniczu świętości.

- Nie przyszło panu do głowy, że mógł je krzywdzić?

- Ból rozwija każdego, daje do myślenia. Kobiety tak naprawdę nigdy nie zmieniają się w popiół. Nie da się ich spalić, bo wytrzymują każdy ogień. Za chwilę zjawiają się w kolejnym domu i wnoszą kolejne dziewictwo. A jeśli jeszcze urodzi się dziecko, szybko zapominają o swoich byłych. Świat składa  się z bólu. Mnie też wielokrotnie bolało, a żyję.

- Co zabolało najbardziej?

- Pamiętam ból, który przeżywałem nad małym jeziorem w środku upalnego lata. Wszedłem do ciepłej wody, która wydała mi się lodowato zimna. Ktoś mnie skrzywdził, odszedł. Ale nie to mnie bolało, bo wielokrotnie byłem opuszczany. Bolał mnie styl. Zły styl. To on mnie zabił. Ten sposób, ta metoda. Każdy ból jest do zniesienia, problem tylko w tym, jak nam go zadano, czy jak ktoś wbije nóż w serce, to czy na tym poprzestaje, czy jeszcze przekręca parę razy w lewo i prawo. Kobiety są jak dzieci, choć potrafią być okrutne jak mordercy. Szczerze mówiąc wolę otrzymać od mężczyzny nóż w serce niż od kobiety fałszywy pocałunek. A skąd się to kobiece okrucieństwo bierze? Stąd, że one muszą być mocne, bo w dużym stopniu dźwigają ten świat na swoich barkach. Ta ich fizyczna odporność powoduje, że znacznie lepiej sobie od nas radzą. One rodzą dzieci.

To cud. Mężczyzna jest tu niczym, choć oczywiście może stać się kimś, jeśli się pięknie zachowa w roli ojca. Ale to jest tylko i tak akompaniament do arii, która rozgrywa się w sercu i brzuchu kobiety. Mężczyzna w dzisiejszych czasach jest więc skazany na przegraną, coraz bardziej się boi, mocniej uzależnia od szefa, czyli na oczach swojej samicy poniżany samiec  lęka się, czy wywalczy 100 zł podwyżki. Jak takiemu dupy dać? Ale… na dobrą sprawę można go zastąpić menzurką, prawda? Tajemnicą jest dla mnie, gdy widzę taki obrazek: ona, laska niesamowita, on jakiś krzywonogi kurdupel, ale to dobra para. I nie chodzi o szmal. Ona postawiła na niego jako na reproduktora. Powiedziała: „on będzie ojcem mojego dziecka”. Może to się stało pod wpływem wzruszenia erotycznego? Tak też w łóżku bywa. Łukasz, mój syn, urodził się w wyniku czegoś takiego. Zobaczyłem Basię, gdy wychodziła z basenu, taka opalona, silna, duża i wtedy pomyślałem, że tak wyobrażam sobie matkę mojego dziecka. Co to znaczy? To nie tylko zdrowe dziecko, ale także siła, która go wychowa, jak mnie nie będzie... Bo mnie nigdy nie było. 200 filmów, w których zagrałem, było równoznaczne z nieobecnością. Całe życie byłem gdzieś. Ja nie mam domu. Miewam mieszkania, nawet dom nad jeziorem to tylko dekoracja. Gdyby ktoś sugestywnie spytał mnie, co ja w nim robię, i powiedział, żebym z niego spadał, to bym spadł. Na cztery łapy, rzecz jasna. Rozmawiasz z niekompletnym gościem, który już kompletny nigdy nie będzie. Mnie się nie zmieni, bo moja wędrówka dobiega końca. Teraz jedyną moją troską jest to, żeby elegancko po sobie posprzątać. Uciekanie już mnie zmęczyło…

No, chodź już, koniec tego, zobaczymy, czy to cholerne powietrze rzeczywiście jest przejrzyste.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze