1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Jan Nowicki - Taki ze mnie nieśmieszny gość

Jan Nowicki - Taki ze mnie nieśmieszny gość

fot. Tatiana Jachyra/FORUM
fot. Tatiana Jachyra/FORUM
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
„Zgubiłem kiedyś pory roku, goniłem za zapachem bzu…”. W rozmowie z Hanią Halek Jan Nowicki zdradza swoje myśli o Bogu, czasie, kobietach i miłości. I o tym, czego nie cierpi. Po prostu: Wielki Szu rozdaje karty!

- Dziś niedziela. Idzie pan na sumę?

- Właśnie dziś mówiłem Gosi, że muszę iść do kościoła. Na sumę – masz rację – po to chodzimy, żeby podsumować tydzień. Kościół to również sprawa nawyku, rytuału. Jak człowiek przestanie, to mu się odechciewa.

- Ale po co tam właściwie chodzić?

- Jako dziecko chodziłem do kościoła przez cały czas, bo w naszym małym Kowalu nie można było nie pójść – chodzili wszyscy. To było czymś tak naturalnym jak oddech. Poza tym była to jedna z nielicznych atrakcji, poza cmentarzem. Pogrzeby, śluby i chrzciny albo jeszcze ewentualnie pożary stawały się naszymi dziecięcymi teatrami. Trudno w tym kontekście mówić o Bogu – dla nas, dzieci, był to temat trudny i nudny, ale niedziela miała dla mnie inny kolor, uroczą przejrzystość powietrza, choć wtedy jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy. W niedzielę nikt nie ośmielił się rąbać drew ani chodzić po wodę do pompy. A w zakazach jest ogromny urok, dlatego, że w pewnym momencie następuje ich finał. Wtedy radość jest ogromna. Gdy dowiedziałem się, że jakieś palanty, pewnie kościelne, wymyśliły, że w Wigilię wolno jeść mięso, po prostu oniemiałem – jakby ktoś kopnął mnie w brzuch. Całymi latami jadło się postne, a po powrocie z pasterki człowiek jak dziki rzucał się na szynkę. Jaki ona miała niesamowity smak – dziewczyno! Wynikający z zakazu.

- Czego sobie pan dziś zakazuje?

- Jestem facetem, który nie cierpi rygorów. Mnie nawet nie stać na plan. A marzenia mnie męczą. Jak coś robię, to zawsze na taki gwizdek, na jaki mi się podoba. Teraz na przykład chcę schudnąć, ponieważ zaczynam film. Pani pojęcia o tym nie ma, bo na pani można się anatomii uczyć, ale w moim przypadku jest tak, że jak schudnę 5 kg, to wydaje mi się, że jestem mądrzejszy. Kiedy grałem w filmie Márty Mészáros „Niepochowany”, straciłem 26 kg. Węgrzy lubią jeść, więc ekipa, na której oczach chudłem, patrzyła na mnie jak na świętego. To długa historia, powiem tylko, że poczułem wtedy, iż zyskałem odrębność i przewagę nad otoczeniem, bo ono było grube. Na weselu mojego Łukasza skakałem całą noc jak pasikonik, a gdy wsiadałem do samochodu, miałem wrażenie, że to nie ja, tylko mój cień siada za kierownicą. To było niesamowite.

- Nie chciał pan już taki zostać?

- Ale skąd?! Ja mam 72 lata i nie będę się wygłupiać. Chudy gość w tym wieku wygląda jak stara Indianka nad ogniskiem. Mam w nosie, czy jestem gruby czy chudy. Każdy kolejny dzień ma być smukły – nie ja!

- Dlaczego?

- Bo wiem, że łamanie paznokci i wypadanie zębów czy włosów jest naturalną koleją rzeczy. Ci bardziej naiwni kupują kremy, olejki i balsamy, żeby czuć się lepiej niż na to wyglądają. Uważam, że to tylko przedłużanie agonii. To sakramencko niemęskie. W moim wieku obowiązkowo trzeba czuć się nie najlepiej, kląć na otaczającą rzeczywistość, zapominać brać ze sobą okulary i nie mieć do siebie większych pretensji. A przede wszystkim zdobyć się na autoironię.

- A co pana w panu najbardziej śmieszy?

- To bardzo ponure pytanie... Mam odpowiedź, ale nie wiem, czy dobrą. Śmieszy mnie pewna moja niedojrzałość, której trzymam się jak rzep psiego ogona. Całe życie w niektórych sprawach jestem prawdomówny, choć już dawno nie powinienem tego robić. Nie ma przecież najmniejszemu sensu, żeby komuś, kto źle gra, mówić, że tak jest, bo to przecież boli. A ja robię to wciąż, bo wydaje mi się szlachetne. I że w ten sposób pchamy pewną ideę bycia artystą do przodu. Śmieszy mnie też, że nie potrafię pochwalić ewidentnie wstrętnego leczo przygotowanego przez gospodynię na kolację.

- To co pan wtedy robi?

- Podziubię trochę, a potem mówię, że jest ohydne i proszę o kawałek chleba ze smalcem albo z masłem. Nie będę przecież chwalił niedobrego jedzenia, bo mi się wydaje, że wtedy obrażam coś znacznie ważniejszego od nas, konsumentów. Obrażam sens smaku. Ale tak w ogóle to ze mnie bardzo nieśmieszny gość. Mnie nie śmieszą rzeczy śmieszne. W zasadzie brzydzę się ludźmi, którzy mówią komiczne monologi, i nie mogę wyjść z podziwu, że inni się z tego śmieją. Nie chciałbym się przez to wywyższać, ponieważ nie ma lepszego i gorszego poczucia humoru i w zasadzie zawsze jest dobrze, jak ludzie szczerzą zęby. Jednak mnie bardziej śmieszą rzeczy dramatyczne w swej istocie. To, co prymitywnie można określić czarnym humorem. Albo to, co było udziałem „Kabaretu Starszych Panów”.

Lubię zawstydzić się po momencie, w którym się uśmiechnąłem, albo się wystraszyć. Uwielbiam to, co trzymało nas razem z moim przyjacielem, Piotrem Skrzyneckim. Pamiętam, jak kiedyś wędrowaliśmy razem ulicą w Budapeszcie: przed nami szła staruszka, znana postać w mieście, była arystokratka, mówili o niej „księżniczka”. Idzie taka szalenie przygarbiona, że głowę ma prawie przy ziemi, a w ręku bardzo, bardzo wysoko trzyma uniesioną elegancką torebkę. Ja mówię: „Panie Piotrze, niech pan zobaczy, jaka biedna”. On pyta: „Dlaczego?”. A mnie wydaje się, że jestem dowcipny, więc brnę dalej: „No, jak to dlaczego? Przecież nie ogląda słońca”. I słyszę: „Wystarczy jej podłożyć nogę i zobaczy”. To powiedział pan Piotr, który kochał starych ludzi.

- Dlaczego mówiliście do siebie per pan?

- Bo ja sobie nie wyobrażam, żebym mógł do pana Piotra powiedzieć: Piotrusiu. No, skąd! Wykluczone. Tak się zaczęło i tak się skończyło. Rzecz polega na tym, że gdy zmarł, bardzo za nim tęskniłem. Niemal fizycznie, jakby ktoś odciął mi tlen i nie wiedziałem, co mam zrobić. Jak „Przekrój” zaproponował mi stałą rubrykę, wykorzystałem ją na pisanie listów do pana Piotra i odpisywanie w jego imieniu z nieba na ziemię. On mi donosił, co u niego w jego nieżyciu, a ja, co w moim życiu. Trwało to prawie 5 lat i poza wszystkim było niesłychaną terapią, bo ja w sposób dziecinny (ale co to za różnica, skoro skuteczny?) zmniejszyłem tęsknotę. Znieczuliłem ją. W ten sposób także dorobiłem się autoironii, tego satyrycznego stosunku do starości, przemijania, niedołęstwa. Bo innego wyjścia nie ma. Łzy są tu do niczego niepotrzebne. Lekarstwem na starość jest poczucie humoru i dystans do tego, z czym i tak nie jesteśmy  w stanie walczyć, czyli czasu i jego skutków. Ale nie wolno pogardzać człowiekiem, z którego się śmiejemy. Chodzi o godność. I tutaj... dochodzimy do odwiecznej dyskusji, czy dzieciakowi przylać, czy nie. Nas matka lała, to jasne. A godność? Odpowiedź jest jedna: jak dziecko dostanie po dupie z miłości, a matka za chwilę je przytuli i razem się popłaczą, to jest ok. A fałszywe głaskanie po twarzy, dawanie pieniędzy nie jest niczym innym jak demoralizacją. To nie miłość. To alibi dla rodziców, którzy nie kochają. Podstawowym obowiązkiem jest miłość, a nie, kurwa, rozmyślania, czy dać dzieciakowi ścierką po głowie, czy nie. Gdy mój Łukasz miał ten moment w dzieciństwie, że wkładał język w kontakt do prądu, to co? Miałem mu o woltach, watach i amperach opowiadać? Musiał dostać w łeb, bo tylko wtedy wiedział, że nie wolno.

- Superniania by się rozpłakała.

- To taka w okularach? Spotkałem ją kiedyś w telewizji, bo nie wiem, czy wiesz, że ja się wypowiadam na każdy temat. Choć nieraz jestem kompletnym dyletantem, ale w telewizji trzeba mówić głupstwa. Mądrych rzeczy nikt nie słucha. I chyba z powodu tych głupstw wygłaszanych na dowolny temat mnie zapraszają. Zdaję sobie z tego sprawę, więc idę, każę sobie płacić, mówię głupoty i wychodzę.

No więc kiedyś w jakimś programie była trójka gości. Szczęśliwy ojciec piątki dzieci, ta w okularach i ja. Rozmowa dotyczyła pewnej filozofii wychowywania dzieci, wymyślonej przez mądrą dozorczynię, która wychowała 10 dzieci i teraz naukowcy piszą o tym książki. Nagle pada pytanie do tej w okularach i ona zaczyna opowiadać, jak to z dziećmi należy postępować. Mówi językiem mądrym, mówi i mówi, ale... po co, skoro mało kto rozumie? Dalej wypowiada się ojciec piątki dzieci. Że dziecko to partner od samego początku, że z dziećmi tylko tak trzeba, bo to są mali dorośli. Potem pada na mnie. Więc mówię, że „dzieci trzeba lać”. Pauza... „Tak, ale od pasa w dół, bo jeżeli bije się od pasa w górę, to mogą mieć problemy z matematyką”. Pauza... Potem opowiadam o tym, jak co roku na Wiśle biegałem po krach. Cały czas na granicy życia i śmierci. Ale fakt, że biegałem, to jeszcze nic, bardzo często wpadałem do wody i wtedy bałem się iść do domu. Spodnie miałem sztywne, zamarznięte, ale w końcu wracałem, bo nie było gdzie się osuszyć i chowałem się mokry po kołdrę. Kiedyś wreszcie matka to zobaczyła i dała mi po dupie dyscypliną. I to jest jedno z najpiękniejszych wspomnień mojego życia, bo potem usiadła przy mnie, przytuliła mnie i popłakaliśmy się razem. Bo to nie było katowanie kablem od żelazka albo drutem kolczastym. Nie było w tym zła, tylko czysta czułość. Miłość, niepokój. Dzieciak musi być trochę wystraszony. Inaczej mógłby utopić się albo nie wrócić do domu.

- Do pewnego momentu dzieci patrzą na śmierć  jak na część życia.

- I to jest piękne, ale gdy widzę teraz, że dorośli puszkują innych dorosłych do trumny jak sardynki, że nawet nie wiadomo, kto tam w środku leży, a śmierć traktują tak, jakby komuś wypadł ząb... robi mi się słabo. Byłem przy łóżku mojej babci, gdy umierała i jeszcze zdążyła mi pogrozić, bo zawsze miała na mnie jakiegoś haka. Nie zapomnę, jak raz wyciąłem kawałek jej kożucha na procę, ale pamiętam też, jak umierała. Byłem przy śmierci wujka Paszyńskiego, ciotki Balińskiej, myśmy wszyscy zbierali się, żeby kogoś pożegnać, całowaliśmy nieboszczyka przed zamknięciem wieka trumny, śpiewaliśmy. Mądra tradycja pozwalała nam na to, żeby ból wybrzmiał w zenicie, bo „śmierć jest szczytem życia”. Mam ogromne problemy z rozmawianiem na ten temat z moją Małgorzatą, bo ona z kolei należy do tych, dla których nie istnieje czas i śmierć. A dla mnie wszystko, od momentu odkąd zacząłem jako tako myśleć, jest przemijaniem, czasem, konsekwencją. To coś, na czym oparłem swoją filozofię życiową, myślenie, teksty, felietony. Sądzę, że wiele okrucieństw bierze się z faktu, że ludzie nie mają poczucia końca, brak im świadomości, że ich nie będzie, szczególnie politycy i generałowie, którzy pod koniec chcą wziąć odwet za to, że za chwilę zamienią się w szeregowy proch.

- Mszczą się więc na czasie?

- Tak, bo to jest coś najbardziej fascynującego: czas i jego rozpad. Mam wrażenie, że można by nawet dyskutować, że Bóg jest czasem. Że czas to Bóg. Przecież on jest w każdym bukiecie w wazonie, który po tygodniu się przemienia w pył, a woda cuchnie rozkładem. Tu i teraz. Piekło i niebo mamy na ziemi. Co to znaczy wieczna szczęśliwość? Ja sobie na przykład nie życzę być szczęśliwy milion lat. Mnie interesuje, żeby „dziś” odbierać tak jak „potem”. Żeby teraz uznać, że już nie żyję. Teraz już być aniołem...

- Modli się pan czasem?

- Często i w różnych miejscach, np. jak idę po schodach. Tak idę sobie i mówię. Lubię też pomodlić się, gdy się cieszę. Mam jedynie pretensje do siebie, że modlę się kiepsko, bo słowami, które znam. A nie tymi, których powinno się dopiero poszukać. Nie klepać pacierze, ale droczyć się, rozmawiać. Ale my, Polacy, traktujemy Boga jak dojną krowę. Tak jakby nie miał nikogo innego do opieki poza narodem polskim, zlokalizowanym zwłaszcza koło Częstochowy oraz Torunia. Tak, tam jest prawdziwe epicentrum próśb i lamentu. O pieniądze, dziecko, urodzaj, a przede wszystkim, żeby sąsiadowi gorzej się działo niż nam. Bo ludzie gubią samych siebie. Tak jak ja całe lata gubiłem pory roku. Kiedyś, w moim dzieciństwie były wyrzeźbione w sercach, żołądkach, stopach, wszędzie, w stawach, lasach, zwierzętach. Potem zniknęły. Zgubiłem je. Kręciłem po trzy filmy rocznie. Zdarzało się, że wchodziłem do atelier zimą, a gdy wychodziłem, patrzę, a tu wiosna. Przy tej ciężkiej pracy, gdzie po zdjęciach jedzie się na kolację, ściera dzień jakąś wódą, jedną, drugą, trzecią, jakimś intensywnym seksem, pobudką o piątej rano, gdy jeszcze ciemno, a trzeba na plan… często zdarzało mi się, że doznawałem tego, co było dla mnie małym dramatem – gubiłem ulotne kwitnienia bzu. A to mnie bardzo wzrusza, gdy te brzydkie w istocie swej krzaki pachną czymś tak niezwykłym. Czasem kwitły przez półtora miesiąca. Zaczynałem od Węgier, potem Polska, tu kwitły później, a na końcu byłem w Finlandii, gdzie dopiero zaczynały rozkwitać. Niesamowita pogoń za zapachem.

- Za kobietami też pan tak gonił?

- Czy się uganiałem? Wiesz, nie było ich mało, jak to u każdego mężczyzny, który w gruncie rzeczy był samotny i bezradny.

- Pan bezradny?

- Ojciec zmarł mi bardzo wcześnie. Miałem wtedy bezradne 5 lat. Byliśmy biedni, wyjechałem z mojego miasteczka jako dziecko.  Miałem zaledwie 13 lat. Wyjechałem do jakichś szkół, internatów, kopalń. Nie umiałem na początku niczego sobie w życiu ustawić – ani odpowiedzialności, ani obowiązkowości, ani znaczenia spotkania z kobietą. Czułem jedynie jakieś biologiczne imperatywy, które – jak wiadomo – potrafią zwieść na manowce. W tym czasie nie było chorób i grzechów. Były dzieci kwiaty. Wszyscy kochali się ze wszystkimi. To piękny okres, ale wiem, że nie do końca dobry, bo taki stosunek do świata przyciąga szereg kobiet. Robiłem na nich wrażenie tym, że nigdy nie traktowałem tego wszystkiego (bo przecież przyszedł taki okres, gdy zacząłem grać w filmach, miałem pieniądze) jako czegoś, co mi się należy. Taki gładki facet do zaakceptowania. Może z tej wcześniejszej biedy taki byłem? Czułem się wyróżniony, gdy interesowała się mną kobieta, nawet jak była to facetka, która rozdaje zbożową kawę w fabryce. Jeżeli chciała, kochaliśmy się, a ja byłem jej ogromnie wdzięczny.

- Co jeszcze dostawała?

- Jak to co? Dawałem jej wdzięczność i młode przekonanie.  Co mogłem więcej? Miłości nie dawałem, bo chyba bym zwariował, gdybym je wszystkie kochał, tak samo jak one by zwariowały, gdyby kochały mnie. Tam chodziło bardziej o czułość i przyjemność. Poza tym nie zapominaj, że nie było wtedy innych rozrywek, np. telewizji. Mieliśmy tylko nasze dotyki, nasze usta, ręce. To był nasz sport, nasz film i teatr, nasza filharmonia.

- I z żadną nie udało się panu narysować nawet konturu miłości?

- Nie. Ja chyba nie jestem mistrzem świata w tym uczuciu. Nie nauczyłem się odpowiedzialności i wierności nie tylko w stosunkach damsko-męskich. Nie nauczyłem się poważnie traktować świata. Wierność kojarzyła mi się z jakimś zardzewiałym drągiem, a tymczasem to jedyna naprawdę męska rzecz. Mężczyzna, który ma dużo kobiet, to królik. A kobiety, których jest dużo, przypominają owce. I tak oto między królikiem a owcami dzieje się jakieś czochranie organów. Jakie to smutne.

- Przestał pan być królikiem?

- Za późno, żebym się w cokolwiek przekształcił. Ja już nie zdążę się rozwinąć ani być do końca poważnym człowiekiem, a miłość do kobiety to odpowiedzialna praca i czas. Nie nadrobię zaległości, a też nie wiem, czy chcę i czy jestem na to gotów. Bo ja okropnie lubię kobiety, szanuję i podziwiam. Traktuję je na pograniczu świętości.

- Nie przyszło panu do głowy, że mógł je krzywdzić?

- Ból rozwija każdego, daje do myślenia. Kobiety tak naprawdę nigdy nie zmieniają się w popiół. Nie da się ich spalić, bo wytrzymują każdy ogień. Za chwilę zjawiają się w kolejnym domu i wnoszą kolejne dziewictwo. A jeśli jeszcze urodzi się dziecko, szybko zapominają o swoich byłych. Świat składa  się z bólu. Mnie też wielokrotnie bolało, a żyję.

- Co zabolało najbardziej?

- Pamiętam ból, który przeżywałem nad małym jeziorem w środku upalnego lata. Wszedłem do ciepłej wody, która wydała mi się lodowato zimna. Ktoś mnie skrzywdził, odszedł. Ale nie to mnie bolało, bo wielokrotnie byłem opuszczany. Bolał mnie styl. Zły styl. To on mnie zabił. Ten sposób, ta metoda. Każdy ból jest do zniesienia, problem tylko w tym, jak nam go zadano, czy jak ktoś wbije nóż w serce, to czy na tym poprzestaje, czy jeszcze przekręca parę razy w lewo i prawo. Kobiety są jak dzieci, choć potrafią być okrutne jak mordercy. Szczerze mówiąc wolę otrzymać od mężczyzny nóż w serce niż od kobiety fałszywy pocałunek. A skąd się to kobiece okrucieństwo bierze? Stąd, że one muszą być mocne, bo w dużym stopniu dźwigają ten świat na swoich barkach. Ta ich fizyczna odporność powoduje, że znacznie lepiej sobie od nas radzą. One rodzą dzieci.

To cud. Mężczyzna jest tu niczym, choć oczywiście może stać się kimś, jeśli się pięknie zachowa w roli ojca. Ale to jest tylko i tak akompaniament do arii, która rozgrywa się w sercu i brzuchu kobiety. Mężczyzna w dzisiejszych czasach jest więc skazany na przegraną, coraz bardziej się boi, mocniej uzależnia od szefa, czyli na oczach swojej samicy poniżany samiec  lęka się, czy wywalczy 100 zł podwyżki. Jak takiemu dupy dać? Ale… na dobrą sprawę można go zastąpić menzurką, prawda? Tajemnicą jest dla mnie, gdy widzę taki obrazek: ona, laska niesamowita, on jakiś krzywonogi kurdupel, ale to dobra para. I nie chodzi o szmal. Ona postawiła na niego jako na reproduktora. Powiedziała: „on będzie ojcem mojego dziecka”. Może to się stało pod wpływem wzruszenia erotycznego? Tak też w łóżku bywa. Łukasz, mój syn, urodził się w wyniku czegoś takiego. Zobaczyłem Basię, gdy wychodziła z basenu, taka opalona, silna, duża i wtedy pomyślałem, że tak wyobrażam sobie matkę mojego dziecka. Co to znaczy? To nie tylko zdrowe dziecko, ale także siła, która go wychowa, jak mnie nie będzie... Bo mnie nigdy nie było. 200 filmów, w których zagrałem, było równoznaczne z nieobecnością. Całe życie byłem gdzieś. Ja nie mam domu. Miewam mieszkania, nawet dom nad jeziorem to tylko dekoracja. Gdyby ktoś sugestywnie spytał mnie, co ja w nim robię, i powiedział, żebym z niego spadał, to bym spadł. Na cztery łapy, rzecz jasna. Rozmawiasz z niekompletnym gościem, który już kompletny nigdy nie będzie. Mnie się nie zmieni, bo moja wędrówka dobiega końca. Teraz jedyną moją troską jest to, żeby elegancko po sobie posprzątać. Uciekanie już mnie zmęczyło…

No, chodź już, koniec tego, zobaczymy, czy to cholerne powietrze rzeczywiście jest przejrzyste.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).