1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Andrzej Stasiuk: Murzin i inne znajdy

Andrzej Stasiuk: Murzin i inne znajdy

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow
Rozbija obozowiska w Rumunii, Albanii, Rosji, Mongolii. Mieszka w Beskidzie Niskim. Ma owce, sadzi drzewa. Wciąż w podróży opisuje świat pełen krajobrazów i duchów. Klnie, pije, ale opowiada o Tym, który pojawia się razem z dobrą pogodą. Zrozumieć Andrzeja Stasiuka to zrozumieć mężczyznę? A może każdego, kto ruszył w drogę?  

(Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru: zwierciadło 3/2017)

Dojechałam dzięki szczęściu. Do krzyżówki w Banicy jechał przed nami pług śnieżny. A na rozjeździe do Wołowca, gdzie droga nabierała górskiej fantazji, czekał gospodarz w masywnej terenówce. Te trzy kilometry do domu torował drogę. Jest jak w bajce: konary drzew i druty wysokiego napięcia uginające się pod ciężarem śniegu. Minus 16 stopni i kurzi, jak powiedzieliby górale. Dom, gdzie mieszka i gdzie jest siedziba wydawnictwa Czarne, leży na uboczu. Furtka? Trzeba powalczyć ze skobelkiem.

Przy kuchennym stole

Pies kładzie głowę na kolanach, patrzy w oczy. W kolorze gorzkiej czekolady, długouchy gończy słowacki. Słowacja o rzut beretem stąd.

– Otworzyłem drzwi w samochodzie. Nie miał siły wskoczyć – Andrzej Stasiuk głaszcze łeb psa. – A widać było, że przyzwyczajony. Wsadziłem go na tylną kanapę i natychmiast zasnął. Taki wycieńczony. Jak się zgubiłeś w tym lesie, w górach? Czerny po słowacku, a po naszemu niepoprawnie politycznie, bo Murzin. Takie imię mu dałem, no i rodzina jest podzielona, czy to dobrze.

Dar do nadawania imion? Jedną z owiec, które miały być zamiast maszyny do strzyżenia trawy, nazwał Smoleńsk. No i tragedia, bo pies, który wabił się Dojczland, owcę zagryzł.

– To trudne, kiedy ulubiony pies zagryza lubianą owcę – wspomina. – Tu góry. Inny świat. W Warszawie wszystko pachnie kebabem. Wieś ma zapach, który pamiętam z dzieciństwa.

Wstaje od stołu w kuchni i podchodzi do okna: – Wiadomo, gdzie jesteśmy. W tym krajobrazie. Nie oszukujmy jednak, że jesteśmy stąd. Jesteśmy plemieniem wędrownym, coraz bardziej między miejscami, ideami, włóczymy się – mówi jak poeta, bo też jest autorem „Wierszy miłosnych i nie”. Zaskakujące dla tych, którzy znają tylko jego szorstką powieść „Mury Hebronu” o pobycie w więzieniu czy imprezowe „Jak zostałem pisarzem”. – Co ja wygaduję… – śmieje się.

Ikona męskości czy machista?

Obok okna zdjęcie Humphreya Bogarta, ikony męskości lat 40. i 50. XX wieku. Andrzej Stasiuk to dla wielu dziś ostatni mężczyzna.

– Co ja na to poradzę, że mam metr osiemdziesiąt dziewięć i lubię samochody? Ludzie są uwięzieni w stereotypach, prawda, Murzin? U nas seksizm jest straszny. Zwłaszcza w drodze: to ja prowadzę samochód, ja rozbijam namiot, ja gotuję, ja robię żonie rano kawę do namiotu. A ona? Podczas naszych bałkańskich i azjatyckich podróży patrzy na świat, a potem czyta. Obozowanie to męska zabawa w dom i ja to uwielbiam: rozpalać ogień, udoskonalać jakieś obozowe rzeczy. Mógłbym to robić w nieskończoność. Tu coś w garnku bulgocze, tu się kawa robi, tu zbierasz suche wielbłądzie gówno na ognisko. Tu kamienie, tu deski, bo stolik trzeba zrobić. Proste rzeczy. Szkoda czasu na zastanawianie się, zabraknie go na przeżywanie.

Psy szczekają zajadle pod oknami. – Kogo tam niesie? Murzin! Nie wolno szczekać na kota! – woła psa do domu. – Jeden wszedł, reszta została – komentuje, zamykając drzwi. – Świat nie jest sprawiedliwy.

Murzin ogonem wali w meble z radości.

Bez niej jest mnie ćwierć

„Jest we mnie ciekawość jej myśli, tego, co powie, ciekawość jej uczuć, jej życia. Jak gdzieś jadę i nie ma jej obok w samochodzie, to się czuję niepełny. Nie mam komu powiedzieć, jak jest, co widzę. Bez niej jestem jak czegoś ćwierć albo pół” („Życie to jednak strata jest”, rozmowy z Dorotą Wodecką).

Zdziwiło mnie, że podróżuje z żoną.

– A pani myślała, że z kolegami, po pijanemu? A... że sam? To trudne doświadczenie. Ostatnio z Azji wracałem dziesięć dni. Jak się jedzie samemu, to głębsza introspekcja następuje, więcej się o sobie myśli niż o „sobie w świecie”. Myśli się o strachu, o zmęczeniu, o nudzie. A to nie jest najciekawsze. Faceci w większości nie lubią swoich żon. To po co się żenili? – śmieje się. – Ja mam inaczej. Śmy, śmy… razem!

Kiedy przed 30 laty zamieszkał tu sam, a potem z Moniką Sznajderman, pisarką i antropolożką, w ich chałupie nie było prądu, a po podłodze pełzały węże. Ale też, jak mówi w książce: „To była jednak malownicza nędza (...). Nie miała wiele wspólnego z dotkliwością prawdziwej. (...) Nigdy nie przyszedł Monice do głowy pomysł, że mam pójść do pracy i zarabiać. »Masz pisać«, powtarzała”.

Teraz dom w Wołowcu jest wygodny i rozświetlony, choć bywa, że śnieg odetnie prąd.

Zza ściany słychać płacz niemowlęcia. – Młodsze dziecko córki – mówi Stasiuk. – Tak ta męskość wygląda, proszę pani, że się z jedną babą 30 lat żyje i jeździ po świecie. A w tym roku z córką jadę do Mongolii, bo ona chce.

– Miłość, skąd wiedziałem? Ja się nie zastanawiam. Autorefleksja nie jest moją mocną stroną. Kieruję się intuicją, przyjemnością, emocjami. Monika jest analityczna, prowadzi wydawnictwo, ja żyję w jego wnętrzu. To modne słowo „wspierać się”, my po prostu żyjemy razem i ciekawią nas te same rzeczy – przyznaje.

– Taki to machizm: ja płaczę na filmach. Mnie muzyka wzrusza. Fascynacja Dżyngis-chanem? On pierwszą żonę Borte do końca życia pytał, co ma zrobić. To był chłopak z małego plemienia, bez szkół. Czuję z nim wspólnotę – uśmiecha się. – Mężczyzna? Ja się wychowałem na westernach i wiem, że mężczyzna powinien przechować cechy heroiczne. Wystawiać się na ryzyko. Zużywać.

– A mężczyzna musi pić?

– Nie musi. Ale jak lubi? I potrafi? Mam kolegów, którzy nie piją, bo są AA. Jednego tu niedaleko, w dawnym PGR. Traktor kupił, zaczął zarabiać, ale patrzą na niego jak na raroga. Ja go podziwiam. Jak się posiedzi z babami, pogada, jak się otworzą, to trzeba by połowę chłopów zagnać do AA, w co drugim domu pijacka tragedia. Ale AA?! Zabiliby, jakby zaproponował…

– Mężczyzna może czegoś się bać?

– Musi, dlatego ród męski jeszcze istnieje. Ja? Śmierci. A nie? Człowiek się boi, że nie będzie się umiał zachować przy tej śmierci. O bliskich się boję: kto pierwszy. Jak sobie radzę z tym lękiem? Piszę. I nie myślę o tym tak na co dzień. No i też to życie mimo zasadzek fajne jest!

– W lesie przy bocznych drogach na starych wojennych cmentarzach zapalam świece – mówi innym tonem. – Wygląda, jakby duchy same je zapaliły. Gdyby drogi nie były zasypane, tobyśmy pojechali. Pięknie się w nocy te światła palą, w zupełnej pustce.

„Skąd ta opinia, że jest mrukiem i ignorantem” – zastanawiam się, słuchając tych opowieści. Stasiuk, jakby słyszał moje myśli, odpowiada: – Lubię, jak ludzie myślą, że jestem chamem. Obchodzą mnie łukiem, a ja lubię być sam. Za chałupą szałas wybudowałem i tam siedzę w swoim eremie, i próbuję pisać. Jest taki hyr [pogłoska], że to Monika książki mi pisze, te inteligentniejsze. I z tego się cieszę. Mam rolę i nie muszę niczego udowadniać, zagram ją, a potem wracam do swojego życia. Jakie ono jest?

Ten sad wycięty

„Nie ma już stodoły, a sad jest wycięty. Kiedyś osłaniał dom. Teraz wiatry rozpędzają się z trzech stron świata i uderzają w drewniane ściany, zwłaszcza od wschodu znad rzeki. (...) Nie ma już sadu, nie ma rozłożystych jabłoni, które brały na siebie impet powietrza i chroniły przed chłodem”.

Ten opis domu dziadków z powieści „Wschód” mam w głowie, gdy siadamy przy herbacie. Nikt tak nie pisze o uczuciach, pisząc o podróżach. Dlatego jestem przejęta i przyznaję, że trudno mi sformułować pytanie. Stasiuk się irytuje: – Ja mówię normalnie! No i już nie pamiętam, co tam powypisywałem.

– Dlaczego chcemy wrócić do tego sadu?

– Wiek dziecięcy jest wiekiem nieśmiertelności i niewinności – słyszę. – Kiedy świat do nas dociera z taką mocą, że jest w stanie zniwelować całe zło. Jego pewnie wtedy też doświadczamy, ale świat jest tak cudowny, tak głęboko wnikał w nasze serca, ciała, umysły, że przysłania to, co boli. Mnie kręciło przebywanie w świecie, a w dzieciństwie odbywało się ono najintensywniej. Azja? Wystarczyło wyjść z domu i rzeczywistość zmysłowa robiła z umysłem to, co heroina. Bez skutków ubocznych.

– Podróż to udręka – mówi, patrząc na ośnieżone drzewa, ale przypominanie sobie, gdzie człowiek był, co widział! Niestety, trzeba najpierw pojechać. Gdyby się dało bez tego, może bym się stąd nie ruszał? Tu nic się nie zmienia, tylko drzewa są wyższe. A jak się tu sprowadzaliśmy, nie było nawet jednego. Wszystkie sam posadziłem...

Pamięć ożywiać podróżą

– Się wraca i się człowiek zaszywa w jakimś kącie w śpiworze, który śmierdzi jeszcze dymem azjatyckim. Dopiero wtedy jest fajnie, kiedy się przypomina, kiedy pamięć się rozwija jak rolka filmu. Jak się jedzie, to nie ma czasu z tego, co się widzi, korzystać. Cały czas są jakieś zajęcia.

Kiedy mężczyźnie umiera matka

„Tak. Trochę jesteśmy samotni, gdy sobie siedzimy w tym porannym słońcu. To znaczy ja bardziej siedzę, a matka tylko przysiada na brzeżku i zaraz się podrywa, by zniknąć we wnętrzu domu i czegoś tam dojrzeć, coś przestawić, poprawić (...) Potem wraca, chwilę grzeje się w słońcu i znów powraca w cień domu (…) Niepokój mam po niej. Tę ruchliwość. (...) Dlatego jesteśmy trochę samotni, gdy tak siedzimy”.

We „Wschodzie” wspomina matkę, kroplę tanich perfum na palcu, którymi dotykała jego czoła, to, że była ze wsi, ale miała wiedzę taką życiową: „Lud, synku, nigdy się nie nasyci”.

– Jeżdżę do domu rodzinnego i sypiam w miejscu, gdzie umarła – mówi Stasiuk. – To już nie to samo łóżko, ale ten sam kąt pokoju. Raz mi się śniła. Prowokuję zaświaty, żeby przemówiły. Nie byłem przy jej śmierci. Chciałbym być, ale zrobiła mi psikusa...

– Jak to zmienia mężczyznę, kiedy traci matkę?

– Dorośleje. Samotność jest taka dotkliwa…

– Ojciec?

– Całe życie mieliśmy słaby kontakt. Nigdy nie został mieszczaninem, choć pracował w FSO. Budował je. Stworzył i tak wysepkę wsi. Jak urządzał obejście, to tylko elementy małej architektury przyniósł z fabryki, jakiś biało-czerwony łańcuszek. Pewnie dlatego myślę poprzez wieś, choć urodziłem się w Warszawie. Facet jak z obrazka: wychodził do roboty, przychodził z roboty. Cała rodzina podporządkowana. No, ale jakie wzorce mógł mieć od swojego ojca, chłopa podlaskiego?

– Był szczęśliwy?

– Diabli go wiedzą, czy miał jakieś uczucia. Jakieś miał! Na przykład wkurzał się. No, to musiał mieć jakieś uczucia. Wszystko własnymi rękami. Dom sam wybudował, meble zrobił z drutu, blachy, płyty.

– Czego nauczył się pan od ojca?

– Niechętnie uczyłem się od niego. Może tego, że potrafię swoimi rękami coś zrobić?

– A ma pan wady jakieś po ojcu?

– Potworny charakter. Jestem ciężkim skurwysynem, czasami...

– Zautoryzuje to pan?

– Zautoryzuję.

– Bił pana?

– To była przemoc oczywista. Nie było innych metod. Dostawałem w skórę do 16. roku życia, kiedy się ojcu sprzeciwiłem i odszedłem z domu. Ocalałem dzięki temu. Jaką ja miałem tam perspektywę? Byłbym teraz na bezrobociu po FSO. Nie było o czym rozmawiać. Czy mój ojciec słuchał Hendriksa? Musiałem sobie zbudować własny, niezależny świat. W ostatnich latach dopiero zaczęliśmy się widywać i odnajdować ślady uczuć… To intymne. W moim domu nie okazywano uczuć, a mam z obcymi, do gazety o nich mówić?! O samochodach gadajmy! Ale, błagam, nie o uczuciach!

Samochody to uczucia

„Byłem po czterdziestce, jak kupowałem. Teraz jestem po pięćdziesiątce i wciąż się jeszcze trzyma. (...) Trzysta tysięcy. Czarnohora, Bałkany, Albania zimą, Albania latem. (…) zielony osiołek został, bo jak tu się pozbyć wiernego mechanicznego bydlęcia, które nigdy nie zawiodło? Nie można. Więc trochę wczasował, trochę robił w polu, drewno woził: jak się siedzenia złożyło, to i ćwierć metra bukowych metrówek weszło, i się drapał przez najgorsze wertepy: jedynka, reduktor i smyrał z dobrze dociążonym dupskiem pod najwyższą górę, traktorek zielony” („Osiołkiem”).

W książce o samochodach „Osiołkiem” opowiada o jednym, którego marki nie zdradza. Udaje mi się ją odgadnąć na spotkaniu autorskim w Stawiskach. To tam poznajemy się i umawiamy na wywiad. – Przyjedzie do mnie, do Wołowca, w Warszawie nie umiem rozmawiać – zaprasza. – Pojeździmy po lesie. Samochód to ostatnia męska przygoda, wolność, dopóki się nie spierdoli gdzieś daleko – śmieje się Stasiuk. – Co ja tu będę z siebie mędrca robił? Fajnie jest jeździć furą po świecie. Mieć wszystko załadowane z tyłu i niczym się nie przejmować: 50 l wody, 60 l paliwa, namiot i po prostu jechać. Lubię wałęsać się po tym świecie. Snuć, przysiadać. Doceniam dom, jak wracam umęczony, umorusany po miesiącach szwendania się przez kraje tak zwane dzikie. Podróż nie jest ucieczką, jest podróżą.

Metafizyka wędrówki

Na kolejnej fotografii mężczyzna z podwiniętymi rękawami zmienia koło w amerykańskim aucie. – Zygmunt Haupt, pisarz, którego uwielbiam, złapał gumę w Ameryce! – wyjaśnia Stasiuk. – Lata 50., to były czasy! Trzeba było zdjąć koło, wyjąć dętkę, skleić, napompować i założyć. „Deszcz” to jego najdziwniejsze opowiadanie. Nie wiem o czym. O niczym, a o wszystkim. Cudowna materia języka polskiego, która oddała fragment rzeczywistości w sposób mocniejszy niż sama rzeczywistość.

Proza Haupta, podobnie jak i Stasiuka, wydaje się tylko realistycznym opisem. Jeśli się w niej zanurzyć, odsłoni świat ukryty za zasłoną codzienności.

„Żadnych świateł, osady (...) Tylko ten księżyc tuż-tuż i zarazem jednak w kosmosie, poza krawędzią ziemi, przez którą musiał się przesypywać ten piach, na którym siedzieliśmy. Obejrzałem się. Rzucaliśmy czarne cienie” („Osiołkiem”).

W prozie Stasiuka człowiek jedzie, klnie, pije i zachwyca się nieskończonością, którą odnajduje w przestrzeni. Nie bez powodu literaturoznawca prof. Michał Markowski powiedział, że Andrzej Stasiuk jest jedynym współczesnym pisarzem metafizycznym.

– Czy się zgadzam z prof. Markowskim? – Stasiuk się uśmiecha. – To inteligentny człowiek, co ja się będę z nim kłócił! Wykłada w Ameryce, książki pisze. Co ja się mam zgadzać albo nie zgadzać!

– To nowoczesna metafizyka.

– Jaka tam nowoczesna! – wzrusza ramionami. – Wakacje spędzałem na Podlasiu, a to kraina duchów. Moja babka duchy widywała. A jak można babce nie wierzyć? Nie wykluczam więc ich istnienia. Z chłopakami ze wsi chodziłem na cmentarz w nocy, a tam ich obecność była istotna. Teraz, kiedy jadę do tej krainy ważnych opowieści, patrzę na ten dom, na sad wycięty, i tym bardziej wiem, że coś jest... Zdecydowanie w pogodne dni On istnieje bardziej. Wstaje i słońce! Podnosi się za okiennicą. I jest pełna zgoda na Jego istnienie. A czasami czuję, że nie ma nic... Może on za pomocą pogody nami steruje? A Eskimosami?

Tu też jest cerkiew. Zabytek. Rzadko są msze dla tej wsi, która już wymiera. Po mszy brodaty ksiądz prawosławny wychodzi, a za nim żona, i pod cerkiew schodzą. A tam rzeki się spotykają i jest basenik taki, bunior się nazywa. Idzie on nad tę wodę. Do gaci się rozbiera, jego żona do kostiumu i pływają. Dwoje normalnych ludzi. Mówię do niego kiedyś: „Ksiądz katolicki już do mnie nie przychodzi, za daleko się zrobiło”. „To ja przyjdę” – mówi, no i może przyjdzie.

– Mężczyzna powinien być racjonalny. Stać mocno na ziemi, a nie widywać duchy – mówię zaczepnie.

– Ja piszę, żyję więc w świece nieracjonalnym. Jak już mówiłem, nie jestem za mocny w autorefleksji. Co mężczyzna powinien? Być uzupełnieniem kobiety, żeby ten świat miał jakąś harmonię.

Andrzej STASIUK – urodzony w Warszawie, autor powieści, dramatów i wierszy. Jego felietony od lat można czytać w „Tygodniku Powszechnym”. Powieść „Jadąc do Babadag” została uhonorowana Nagrodą Literacką Nike, a „Biały kruk” zdobył Nagrodę Fundacji im. Kościelskich. Razem z żoną Moniką Sznajderman prowadzi wydawnictwo Czarne.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).