1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Marzenia się spełnia, a nie czeka, aż same się spełnią. Historia dyrygentki Anny Sułkowskiej-Migoń potwierdza tę tezę

Anna Sułkowska-Migoń, dyrygentka, zwyciężczyni prestiżowego konkursu La Maestra w Paryżu (2022) i stypendystka programu Taki Alsop Conducting Fellowship (Fot. Joanna Gałuszka)
Ten rok wydaje się kluczowy dla kariery dyrygentki Anny Sułkowskiej-Migoń. W najbliższym sezonie artystycznym poprowadzi między innymi: trasy koncertowe Paris Mozart Orchestra oraz Orquestra de La Comunitat Valenciana, koncerty z Southbank Sinfonia w Londynie, z Filharmonią Narodową w Warszawie czy w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu.

Wygrałaś międzynarodowy konkurs dla dyrygentek La Maestra. Wielki sukces.
Za to moja droga do La Maestry zaczęła się od… porażki, kiedy jako jedyna z roku nie dostałam się na ogólnopolski konkurs dyrygentów symfonicznych. W dodatku z powodu pandemii odwołano prestiżowy konkurs chóralny, który chciałam zawojować. Stwierdziłam, że pora zawalczyć o siebie, i stworzyłam plan mojego dyrygenckiego rozwoju obejmujący ważne konkursy zagraniczne i kursy. Punktem zwrotnym był mistrzowski kurs dyrygencki w NOSPR [Narodowej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia – przyp. red.], prowadzony przez Marin Alsop. Nie zakładałam, że się uda, straciłam wiarę w siebie po tamtych porażkach. Po czym dowiedziałam się, że mnie przyjęli!

Spotkanie ze światową legendą dyrygentury Marin Alsop było kamykiem, od którego zaczęła się lawina sukcesów?
Tak! Udział w konkursie La Maestra był spełnieniem marzeń, ale też wielkim wyzwaniem. Wiedziałam, że muszę się solidnie przygotować, stąd mój udział w licznych, ale mniejszych konkursach. Każde takie doświadczenie uczyło mnie czegoś nowego, na przykład jak pracować z zespołem i radzić sobie ze stresem. W świecie muzyki nic się nie dzieje samo z siebie – trzeba praktykować.

La Maestra to jedyny na świecie konkurs dla dyrygentek.
Dlatego z zaciekawieniem przyglądają mu się przedstawiciele orkiestr, instytucji muzycznych, agenci z całego świata. Wiedziałam, że tak będzie, ale skala gratulacji i zaproszeń do współpracy pozytywnie mnie zaskoczyła. Na Instagramie odezwał się do mnie nawet dyrektor artystyczny Metropolitan Opera z Nowego Jorku Yannick Nézet-Séguin. Zaproponował mi w kolejnym sezonie projekt z Philadelphia Orchestra – topową orkiestrą w Stanach. W najbliższych miesiącach będę też współpracowała między innymi z Oregon Bach Festival, Dresdner Philharmonie czy Orchestre de chambre de Paris. Wcześniej to było nieosiągalne. Wiem, że ten rok będzie niezwykle istotny dla mojej kariery. Czuję się obserwowana przez wielu ludzi z branży muzycznej zastanawiających się, czy utrzymam lub wręcz podniosę poziom prezentowany na konkursie. Więcej myślę jednak o tym, żeby dobrze wykorzystać daną mi szansę.

Do tego potrzebna jest siła psychiczna. Skąd ją czerpać?
Są oczywiście momenty załamania, kiedy ktoś mnie krytykuje niekonstruktywnie. Powtarzam sobie, że to normalne. Jestem dyrygentką i mój styl dyrygowania nie musi wszystkim pasować, ponieważ wiąże się on też ze stylem osobowości. W orkiestrze i na widowni są ludzie o różnej wrażliwości, dlatego nie da się wszystkich zadowolić. Trzymam się słów, które skierowała do mnie Marin Alsop: „Orkiestra nie musi cię lubić. Sukcesem będzie to, jeśli będziecie się nawzajem szanować”. Wspierająca jest też rada mojego taty [cenionego dyrygenta Piotra Sułkowskiego – przyp. red.] – jeśli coś mi w danym momencie nie wyszło, nie oznacza to, że jestem nieudolna jako dyrygentka. Wszystko wymaga czasu i pracy. Staram się o tym pamiętać.

Jak zdobyć szacunek muzyków, często starszych i bardziej doświadczonych?
Nie marnować ich czasu [śmiech]. Znajomość partytury to podstawa, bo inaczej to tak, jakbym miała wygłosić wykład bez wcześniejszego przygotowania. Ważne jest też dobre rozplanowanie próby. Myślenie o tym, które części programu są trudniejsze i wymagają więcej pracy albo jakim składem orkiestry operujemy w danym utworze, żeby dany muzyk nie musiał czekać dwie godziny na jedyny utwór, w którym gra. Moim zadaniem jest takie przeprowadzenie prób, aby podczas koncertu muzycy mieli komfort podczas wykonywania utworu i żeby nie odczuwali stresu, ale dobre emocje. Kluczowe są też bycie po prostu człowiekiem i otwartość na drugiego. Co nie jest równoznaczne z byciem nieustannie miłym. Kiedy orkiestra jest nieprzygotowana, otwarcie zwracam na to uwagę. Przecież koncert to nasze wspólne dzieło.

Muzyka jest dla Ciebie najważniejsza?
Staram się pamiętać, żeby życie przeżyć, a nie „przegrać”. Ponieważ bardzo angażuję się w muzykę, kiedy mam czas wolny, potrzebuję od niej odpocząć. Wbrew pozorom lubię ciszę. I bardzo jej potrzebuję – zwłaszcza jeśli wiem, że w kolejnych dniach będę pracować po kilka godzin dziennie z żywą muzyką. Oprócz prób moja praca to przygotowanie się z partytury, a jedna symfonia ma po 200–300 stron. Nie jestem w stanie tego zrobić w jeden dzień. Bardzo ważna jest więc dla mnie dyscyplina pracy i hierarchizacja – kiedy mam wolne nawet kilka godzin, nie pracuję, a kiedy pracuję, zostawiam sprawy domowe za drzwiami sali prób.

Myślisz, że takie podejście to standard wśród dyrygentów?
Jest różnie. Przy moim tacie na przykład nigdy nie czułam, żeby muzyka była dla niego ważniejsza niż my, jego dzieci. Z drugiej strony o balans zapytałam wybitnego francuskiego dyrygenta François-Xaviera Rotha. Uśmiechnął się i powiedział: „Ja nie wierzę w balans, muzyka jest dla mnie wszystkim – ze wszystkimi tego konsekwencjami”.

Fot. Piotrek Banasik/Banan Studio.pl 

Patrzyłam, z jaką pasją prowadzisz koncert. Ile w dyrygowaniu jest techniki, a ile talentu czy artyzmu?
Wiele osób mówi mi: „Aniu, masz to coś”, i faktycznie odkrywam w sobie taką łatwość, nie boję się wychodzić przed ludzi i ich prowadzić. Lubię być liderem. Widzę też u siebie pewną naturalność w muzykalności. Kiedy dostaję nuty, śpiewam je i wiem od razu, jak chcę ten utwór poprowadzić. Zastanawiam się, jak czuję tę muzykę, w którą stronę mnie ona kieruje. Bez warsztatu nie wiedziałabym jednak, jak to właściwie przekazać muzykom. To on uczy nas dyscypliny. Dyrygent nie tylko ma dodać wykonaniu emocji. Potrzebny jest też od strony technicznej – po to, żeby orkiestra grała równo i wiedziała, kiedy wchodzą poszczególni muzycy. Warsztat uczy nas też, jak brać poprawnie oddech, jak ruszać rękami czy batutą, a także wyplenia złe nawyki.

Na przykład jakie?
Kiedy dyrygent się garbi, muzycy czy śpiewacy też automatycznie trochę się „zamykają” i ich oddech jest gorszy. Kiedy się wyprostuje, to zespół bierze głęboki wdech. Mowa ciała dyrygenta dużo przekazuje, choćby intensywność brzmienia. Jak myślisz – czy wielkie, głębokie brzmienie pokażę w dole ciała, a więc ręce będą na wysokości pępka, a nawet niższych mięśni brzucha, czy też na wysokości piersi? Zdecydowanie na dole, prawda?

Co z batutą? Wielu dyrygentów z niej rezygnuje.
Są utwory czy wykonania, w których batuta nie jest faktycznie potrzebna, ale po rozmowach z kolegami i koleżankami, profesorami czy tutorami mogę stwierdzić, że batuta dyrygentów po prostu dyscyplinuje. Wymusza ruch ręki w pozycji widocznej dla wszystkich.
Można zrobić prosty test. Poprośmy pięć osób, żeby klasnęły w dłonie dokładnie w tym momencie, kiedy wskażemy im jakiś konkretny punkt, na przykład kropkę na stole. Jeśli wskażemy ten punkt dłonią, klaśnięcie pojawi się w podobnym, ale nie identycznym momencie. Kiedy jednak wskaże się ją palcem wskazującym, to będzie równiej. Z batutą łatwiej znajduje się punkt startu. Trzymając ją, mogę też wykonywać gest nadgarstkiem, a nie muszę ruszać całą ręką. Ma to wielkie znaczenie przy dyrygowaniu opery, która trwa kilka godzin. Poruszanie całymi rękami przez tak długi czas jest sporym wysiłkiem i ograniczanie ruchu przynosi fizyczną ulgę.

No właśnie, Twój zawód, o czym chyba często się zapomina, to fizyczny wysiłek, spore wyzwanie dla ciała.
Jeśli dyrygent ma po koncercie spięte ciało, to znak, że coś zrobił źle. Ciało musi być zwarte, ale ręce powinny być luźne jak przy grze na instrumencie, podczas malowania obrazu czy ręcznego pisania. Problemy mogą wynikać też z niewłaściwej postawy. Dyrygenci, kiedy chcą być „blisko muzyki”, pochylają się do muzyków. Gdy robią tak na każdej próbie i na koncertach, w końcu nabawią się kontuzji. Niestety, jeśli chodzi o edukację dyrygentów, nadal brakuje w planie studiów zajęć związanych z fizjoterapią. Wiedzę o prawidłowej pozycji ciała przekazują nam inni dyrygenci czy nauczyciele. Ćwiczeń rozgrzewających przed dyrygowaniem nauczyłam się dopiero na kursach w Szwecji. Świetny kataloński dyrygent Josep Vila i Casañas pytał nas: „Jak chcecie dobrze ruszać rękami, skoro ich nie rozgrzewacie? One muszą sobie przypomnieć, że są elastyczne”. To bardzo pomocne, zwłaszcza że dyrygenci muszą umieć sobie wyobrazić, że poruszają dłonią w wodzie, mące, oleju czy nawet miodzie, żeby ten ruch był dostosowany do utworu.

Jak wyglądają studia na kierunku dyrygentura? Czego przede wszystkim się na nich uczy?
Dyrygentura jest zawodem, którego nie nauczymy się bez orkiestry. Na studiach dyrygujemy dwoma fortepianami, a raz na semestr mamy praktyki z orkiestrą. Nie częściej, ponieważ byłoby to za drogie rozwiązanie. I kiedy przychodzi moment dyrygowania pierwszego koncertu symfonicznego z 60 osobami w zespole, to najczęściej okazuje się, że jest… nierówno. No ale gdzie mamy się tego nauczyć? Niestety, tylko przed orkiestrą. To spory problem młodych dyrygentów, ponieważ zespoły nie chcą ich angażować do współpracy.

Czy za granicą jest inaczej?
Zależy od kraju. Przykładem dobrych praktyk jest Francja. W konserwatorium muzycznym w Paryżu raz w miesiącu odbywa się tygodniowy blok ćwiczeń z orkiestrą symfoniczną. Tylko że w całym kraju dyrygenturę studiuje... dziewięć osób, i to w sumie na wszystkich latach. U nas jest to mniej więcej 15 osób, ale na każdym roku.

Ile z tej piętnastki ma faktycznie szansę na pracę w zawodzie?
To przykre, ale średnio jedna osoba z roku na każdej uczelni ma szansę na pracę na poziomie profesjonalnym. Naprawdę trudno się wybić. Trzeba mieć nie tylko talent, ale też dużo szczęścia.

Jaka jest szansa, że będzie to kobieta?
Spora – zwłaszcza teraz. Przyszła odwilż i dotąd głównie męski świat szybko się zmienia. Trzeba też wyraźnie powiedzieć, że modne stało się też promowanie dyrygentek. Jest to oczywiście duża pomoc dla kobiet w moim zawodzie. Czasem się jednak zastanawiam, czy ktoś mnie zaprasza, dlatego że jestem kobietą i wpisuję się w politykę równościową, czy dlatego, że jestem dobra i naprawdę chcą ze mną pracować. Te pytania będą się zawsze pojawiać i uważam, że nie warto na nie tracić energii.

Problem dyskryminacji nadal jest żywy w świecie dyrygentury?
Osobiście nie doświadczyłam dyskryminacji, a nawet studiowałam na roku, na którym było więcej kobiet niż mężczyzn. W lipcu, podczas pierwszego festiwalu poświęconego kobietom dyrygentkom, organizowanego w Chicago przez Marin Alsop, słyszałam jednak wiele historii odrzucenia czy umniejszania zasług. Myślę, że z problemem mierzyć musiały się kobiety z wcześniejszych pokoleń. Sama Marin miała za sobą zupełnie inną niż moja czy moich koleżanek historię dostawania się na studia. Możliwe, że pani Agnieszka Duczmal też ma inne doświadczenia niż jej córka Anna Duczmal-Mróz.

Czyli sytuacja dyrygentek jest dobra i stabilna?
Nie do końca. Marin Alsop do dziś zdarza się słyszeć od menedżerów orkiestr na przykład: „Była u nas dyrygentka, ale się nie spodobała zespołowi, więc kobiet nie będziemy już zapraszać”. To krzywdzące uogólnienie. Dlaczego ciągle wrzucamy wszystkie kobiety do jednego worka? Z drugiej strony równoważy sytuację fakt, że jest obecnie bardzo wiele programów przeznaczonych tylko dla dyrygentek. Od razu wymienić mogę: Taki Alsop Conducting Fellowship, Hart Insitute for Woman Coductors przy Dallas Opera, konkurs La Maestra czy Mentorship w ramach Festival d’Aix-en-Provence. Mężczyźni współcześnie nie mają w dyrygenturze aż tylu programów skierowanych tylko do nich. Powinnyśmy zrobić wszystko, żeby je dobrze wykorzystać.

Co kryje się za stwierdzeniem, że dyrygowanie to Twoja pasja?
Zdarza się, że fabuła, a nawet sama melodia czy sposób jej brzmienia oddają mi pewne emocje. Staram się więc wyciągnąć je z muzyków i zadbać o to, by grali naprawdę tu i teraz.

Masz swoje sposoby, żeby uzyskać taki efekt?
Staram się przede wszystkim patrzeć muzykom w oczy w trakcie wykonywania dzieła. I nie mówię tylko o pierwszych pulpitach. Szukam wzrokiem ludzi z najdalszych części orkiestry. Jeśli ktoś zagra piękne solo, a wiem, że to jest zawsze olbrzymi stres, uśmiecham się do tej osoby. Chcę, aby było czuć, że pracujemy na ten sukces jako partnerzy. Oczywiście są też muzycy, którzy sobie nie życzą patrzenia w oczy, i ja to szanuję. Nie każdy ma ochotę czy zasoby, żeby angażować się emocjonalnie w koncert, bo na przykład przeżywa trudne chwile. W większości przypadków dzieje się jednak między nami magia.

Muzyka jednoczy?
Im relacja jest dłuższa, tym dla mnie lepiej. Najwspanialsze koncerty do tej pory miałam właśnie z muzykami, z którymi wcześniej się poznałam. Dreszcz emocji pojawia się u mnie też wtedy, gdy wiem, że na widowni są osoby bliskie, przyjaciele, profesorowie i znajomi. Wtedy tak naprawdę nie chcę kończyć koncertu.

Anna Sułkowska-Migoń (rocznik 1995), zwyciężczyni prestiżowego konkursu La Maestra w Paryżu (2022) i stypendystka programu Taki Alsop Conducting Fellowship (2022–2024). W najbliższym sezonie artystycznym (2022/2023) poprowadzi między innymi: trasy koncertowe Paris Mozart Orchestra oraz Orquestra de La Comunitat Valenciana, koncerty z Southbank Sinfonia w Londynie, z Filharmonią Narodową w Warszawie czy w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze