Agnieszka Grochowska: Idę prosto

fot. Bewphoto

Dlaczego nie grasz w komedii?! Jesteś zabawna – twierdzi Krzysztof Materna. Ale kto widzi vis comica Agnieszki Grochowskiej?

„Nie chcę inwestować w ten zawód całej siebie, choć to kuszące i uzależniające”. To słowa świeżo upieczonej absolwentki szkoły teatralnej.

Naprawdę coś takiego powiedziałam?

Tak, w rozmowie ze mną w 2004 roku. I co, udało się nie wpaść w pracę po uszy?

Myślę, że tak. Rzeczywiście od początku założyłam sobie, że będę robić wszystko, by nie stworzyć siebie alternatywnej, medialnej siebie wymyślonej, kogoś, kto robi karierę. Czyli żeby nie być kimś osobnym do tego, kim jestem.

Skąd już 13 lat temu taka dojrzałość?

Może z idealizmu, który zresztą jest we mnie cały czas. Teraz pewnie w znacznie mniejszym stopniu, bo mam dużo większą świadomość różnych ograniczeń. Nigdy nie interesowało mnie powierzchowne aktorstwo: żeby coś zagrać i po prostu wyjść.

Idealizm mógł zaprowadzić panią do zatracenia się w zawodzie.

Mógł. Ale nie zaprowadził, bo traktowałam ten zawód poważnie. Nie chciałam grać w średnich serialach dla pieniędzy, być w sytuacjach, w których być nie chcę. A ponieważ interesujących ról nie ma dużo, więc moje szanse na zatracenie się też nie były aż takie wielkie. Od początku dokonywałam radykalnych wyborów. Kiedy przychodziły superkomercyjne propozycje, czasem artystyczne, ale w których się nie odnajdywałam, to po prostu odmawiałam. I jak odmówiłam kilka razy z rzędu, że nie zatańczę albo nie zaśpiewam, to nikt już nie dzwoni z takimi propozycjami.

Skąd pani wiedziała, co jest ważne, a co mniej?

Sama się nad tym zastanawiam. Z całą pewnością kształtuje nas rodzina, dom. Zawsze byłam blisko rodziców, dziadków, nawet na studiach nie musiałam wyjeżdżać do innego miasta jak wiele moich koleżanek i kolegów z roku. Pamiętam siebie z tamtych lat i nie wyobrażam sobie, żeby mogło mi odbić. Najzwyczajniej w świecie byłoby mi wstyd gwiazdorzyć. Za bardzo kochałam rodziców i dziadków, żeby nagle odlecieć, bo to by znaczyło nie móc się z nimi skomunikować.

Da się pogodzić pracę przy tak wysoko zawieszonej poprzeczce z zajmowaniem się domem, dziećmi?

Moje życie zawodowe wygląda cały czas tak samo – gram, potem długo nic, upływa lato, jesień, myślę sobie: „Tego roku już nic się nie zdarzy”. A tu nagle dzwoni Andrzej Wajda i zaprasza mnie na zdjęcia próbne do „Wałęsy”. Po trzech tygodniach okazuje się, że gram Danutę. I tak od lat. Ponieważ zdecydowałam się podjąć ryzyko czekania tak długo, jak trzeba, żeby dostać rolę, w którą rzucę się na 800 procent, to w związku z tym mam dużo więcej czasu dla dzieci niż ktokolwiek inny, na pewno więcej niż kobieta na etacie. Niby czekam, a tak naprawdę zajmuję się dziećmi, swoim życiem, no bo czym mam się zajmować. Teraz realizuję jedno miłe zobowiązanie, czyli etiudę studentki drugiego roku reżyserii w Łodzi – Heleny Oborskiej. Jestem zachwycona jej talentem i przygotowaniem. Zaciekawił mnie jej projekt również dlatego, że to film gatunkowy, thriller. Szykują się dwa projekty teatralne i pięć filmowych, nie wiem jednak, co z tego uda się zrealizować. Mam nadzieję, że latem wejdę na plan, ale szczegółów na razie nie mogę zdradzić.

Zawód wymaga od pani absolutnego skupienia się na sobie, a dzieci ciągną w swoją stronę?

Ta prawda jest w jakimś sensie porażająca. Już nie mogę godzinami uczyć się tekstu zamknięta w swoim pokoju. Przygotowuję się w innym trybie, pracuję właściwie tylko wtedy, gdy dzieci idą spać albo po prostu gdy uda mi się wyjść z domu. Ostatnio miałam za zadanie nagrać w ciągu dwóch dni tekst na zdjęcia próbne do zagranicznej produkcji. Przepisałam go na kartki, włożyłam do kieszeni dresów i jak synek szedł spać albo przez chwilę zajmował się sobą, to wyjmowałam kartki i uczyłam się tekstu. W końcu pomyślałam: „Wyjdę z domu, skupię się, żeby zrobić to tak, jak chcę”. W międzyczasie zamówiłam lekarza, bo synek był trochę chory. Nagle spojrzałam na zegarek i uświadomiłam sobie, że lekarz przyjdzie do domu za minutę. Efekt mojego chwilowego oddania się pracy był taki, że się spóźniłam. Nie da się robić świetnie dwóch rzeczy jednocześnie. Mimo to staram się, żeby zawodowe sprawy na tym nie cierpiały, choć to trudne.

Co dało pani macierzyństwo?

Macierzyństwo – paradoksalnie, bo jak wiadomo, wiąże się z bardzo dużym wysiłkiem – dało mi elementarną radość z życia. Nigdy nie byłam jakąś straszną pesymistką, ale teraz dużo łatwiej jest mi cieszyć się drobnymi rzeczami. Od dzieci dostaję tyle energii, tyle poczucia sensu, że już nie trzeba innego powodu, żeby żyć.

A lęki o dziecko, o jego zdrowie, o to, żeby nic złego go nie spotkało?

Staram się nie żyć lękami. Być może jest tak, że to, co nam się przytrafia, to najlepszy wariant tego, co może nam się przytrafić. Bo to, co nas spotyka, to przecież wypadkowa naszych decyzji, naszej odwagi lub jej braku, gotowości do działania lub nie, tego, jakich ludzi spotykamy. Nie lubię projektować lęków także dlatego, że jak człowiek zakłada złe wydarzenia, to one przychodzą. Patrzę w przyszłość z założeniem, że będzie dobrze. Ale może patrzę tak teraz, kiedy moje dzieci są małe i kiedy mam poczucie panowania nad wszystkim, co ich dotyczy, kiedy łatwo zapewnić im bezpieczeństwo? Teraz noszę je na rękach dosłownie i w przenośni. Może ten lęk o dzieci pojawi się, gdy pójdą do szkoły? Nie wiem.

Dzieci weryfikują różne sprawy, także małżeństwo. Wiele związków rozpada się po przyjściu na świat dzieci.

Mogę powiedzieć, że walka trwa [śmiech]. Walczymy, żeby było dobrze.

Mąż gotuje.

Tak, nasi synowie od urodzenia obserwują tatę w kuchni, co uważam za coś bardzo cennego. Mam nadzieję, że będą potem razem gotować. Albo że w końcu nauczą mnie [śmiech]. Już teraz starszy syn bardzo pomaga, jego specjalizacją jest na razie mycie naczyń. Widać z tego, że naprawdę mam w życiu dużo lżej.

Za to mąż nie prowadzi samochodu.

No tak, tu z kolei on ma lżej, chociaż nie czuję się z tego powodu specjalnie obciążona. Lubię prowadzić samochód. Jak widać, podzieliliśmy się obowiązkami sprawiedliwie.

Oboje jesteście artystami. To dobrze wpływa na wasz związek?

Myślę, że dzięki temu lepiej rozumiemy siebie nawzajem. Oboje wykonujemy pracę, którą sami sobie tworzymy. U Darka to proces dużo bardziej długotrwały. Od napisania scenariusza, sfinansowania go, do realizacji mija czasem kilka lat. Wymaga to konsekwencji, dużego uporu i często wyłączenia się z rzeczywistości.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »