fbpx

Steven Spielberg: Spielberg GIGANT

fot. 123rf

Nie ma reżysera równie demokratycznego. Każde pokolenie znajdzie w jego dorobku coś dla siebie. Kończy w tym roku 70 lat i ani na chwilę nie zwalnia. Do kin wchodzi jego baśniowa opowieść o wielkoludzie według książki Roalda Dahla. Sam Steven Spielberg przyznaje, że żeby nakręcić taką historię, musiał mieć jeszcze w sobie coś z chłopca, który zmierzył się niegdyś ze swoimi lękami i spojrzał prosto w oczy kamiennemu olbrzymowi.

Spotykamy się w Cannes – to właśnie tutaj w 1982 roku wchodził pan w wielki filmowy świat. Przyjechał pan wtedy z „E.T”.

To prawda. A wie pani, że kiedy przybyłem tu po raz pierwszy, nie miałem pojęcia, czym tak naprawdę jest ten festiwal? Wcześniej myślałem, że Cannes to tylko modowy show. Z kolei organizatorzy nie mieli pojęcia, czym jest „E.T.”. Byliśmy kwita [śmiech]. Wspominam tę pierwszą wizytę jako niezwykłe doświadczenie. Uwielbiam obserwować, podglądać ludzi, jak wariat w kółko analizuję ich wygląd i zachowanie, cieszyła mnie więc perspektywa wycieczki do miejsca pełnego intrygujących osobistości. Wyobrażałem sobie, że będę przesiadywał pod parasolem w kapeluszu i okularach przeciwsłonecznych, obserwując przechodniów. Tak zresztą było. Ciekawe, że przez te trzy dekady z okładem nie zmieniło się zbyt wiele. To wciąż wspaniałe uczucie przybyć do miejsca, gdzie wokół ciebie jest mnóstwo gorliwych kinomanów. Mimo skali całego wydarzenia i tego nieodłącznego blichtru czuję się tu… Nie wiem, jak to opisać. Bezpiecznie? Tak, chyba chodzi o poczucie bezpieczeństwa. Do Cannes można przyjechać z filmem konwencjonalnym, ekscentrycznym, intrygującym, nudnym lub zbyt seksownym dla przeciętnego widza, jak „Życie Adeli” Kechiche’a, który trzy lata temu nagrodziliśmy Złotą Palmą, kiedy zasiadałem w jury. Na marginesie: widziałem ten film jeszcze dwa razy po naszym werdykcie i do tej pory uważam, że podjęliśmy słuszną decyzję.

Tak się zastanawiam, czy w dobie zaawansowanej technologii nie tęskni pan za czasami, kiedy trzeba było się bardziej starać? Teraz wszystko robi za nas komputer.

Od razu przypomina się chmura, która była nam potrzebna na planie „Bliskich spotkań trzeciego stopnia”. Wie pani, jak ją stworzyliśmy? Najpierw zbudowaliśmy wielki zbiornik wodny, wypełniliśmy go wrzątkiem i lodowatą wodą, co sztucznie doprowadziło do naturalnie zachodzącego zjawiska pogodowego, czyli do inwersji. Na to wylaliśmy białą farbę. Wyszedł nam z tego przepiękny cumulonimbus! Sztuka i rzemiosło w jednym, coś wspaniałego. Pamiętam warsztat Douga Trumbulla [słynnego pioniera w temacie efektów specjalnych – przyp. red.] i Dennisa Murena [także specjalistę w tej dziedzinie, laureata ośmiu Oscarów – przyp. red.]. Czasy wspaniałe, ale to już przeszłość. Muszę przyznać, że to, co najbardziej podoba mi się w obecnej cyfrowej rzeczywistości, to absolutny brak limitów. Dziś wszystko jest możliwe. Wystarczy mieć marzenie.

Pan wymarzył sobie, że przeniesie na ekran kolejną książkę Roalda Dahla [autora innych ekranizowanych bestsellerów, m.in. „Charliego i fabryki czekolady” – przyp. red.]. Film „BFG: Bardzo Fajny Gigant” to opowieść o dziewczynce i poczciwym olbrzymie. Chciałam spytać o grającego BFG Marka Rylance’a. Bo to właściwie pan odkrył go dla szerszej publiczności w „Moście szpiegów”. Od razu było jasne, że Mark wystąpi też w następnym pańskim filmie?

Miałem dwie opcje nakręcenia „BFG…”. To mogła być klasyczna, poważna, ale przesycona humorem opowieść. Lub głośna komedia w stylu Willa Ferrella czy Robina Williamsa. Wybrałem pierwszy wariant. Pracowałem nad scenariuszem z Melissą Mathison [wieloletnia współpracowniczka Spielberga – przyp. red.] już od dłuższego czasu, ale wciąż nie wiedziałem, kto zagra główną rolę. Mieliśmy już pięciu czy sześciu kandydatów i nadal nie byliśmy pewni. W tym samym czasie zaczynałem zdjęcia do „Mostu szpiegów”. Na samym początku filmowaliśmy scenę spotkania w więzieniu. Rudolf Abel, grany przez Marka, widzi się ze swoim adwokatem, którego zagrał Tom Hanks. Patrzyłem z podziwem, jak Rylance za pomocą minimalnych środków kradnie całą uwagę widza. Nie mogłem odwrócić wzroku, dosłownie opadła mi szczęka. To ujęcie trwało sześć minut bez żadnych cięć. Zaraz po tym, jak skończyliśmy kręcić, Tom Hanks odciągnął mnie na bok. Stanęliśmy gdzieś sam na sam, a Tom prawie krzyczał: „O mój Boże! Widziałeś to? Widziałeś, co ten koleś właśnie zrobił?!”. Był pod takim samym wrażeniem jak ja. Kiedy dzień zdjęciowy dobiegł końca, poprosiłem Marka o spotkanie. Wręczyłem mu scenariusz „BFG…” i zaproponowałem, żeby go przeczytał. Już następnego dnia podszedł do mnie: „Przeczytałem. Możemy pogadać, jeśli jesteś ciekawy moich uwag”. Popatrzyłem na niego jak na wariata: „Miałem nadzieję, że powiesz, że podoba ci się rola Giganta i że zgadzasz się ją przyjąć”. On też wyglądał na zaskoczonego: „Myślałem, że po prostu chcesz poznać moje zdanie”.

Miał pan doskonałą intuicję. Rola w „Moście szpiegów” przyniosła Markowi Oscara.

W ogóle mnie to nie dziwi. Widziałem jego występy w teatralnych adaptacjach Szekspira. Jest zjawiskowym aktorem, niezwykle czujnym. Podejmuje szybkie decyzje, przekonałem się o tym na planie. Sam zadecydował na przykład, że BFG musi nieść Sophie w dłoni – choć to też nie było zaplanowane. Poznał swoją postać tak dogłębnie, że stał się dla mnie wyrocznią. Mark występuje jeszcze w dwóch następnych projektach, nad którymi teraz pracuję. To dla mnie całkiem nowa i nietypowa sytuacja! Jedyny przypadek, kiedy dwa razy z rzędu pracowałem z tym samym aktorem, miał miejsce przy „Szczękach” i „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia”. W obu grał Richard Dreyfuss.

Mówił pan o efektach specjalnych. O tym, że pod tym względem w kinie nie ma dziś już żadnych ograniczeń. Jestem skłonna w to uwierzyć właśnie po obejrzeniu „BFG…”. Jak udało wam się stworzyć postać olbrzyma? Jednocześnie bajkową i niezwykle realistyczną.

Ważne jest to, jak pracowaliśmy na planie. Markowi podobały się sceny kręcone w motion capture [tzw. przechwytywanie ruchu, aktorzy grają w specjalnych kombinezonach wyposażonych w czujniki, a ich gesty i mimikę przechwytuje komputer, który przekłada je na animację – przyp. red.]. Ascetyczny wygląd planu filmowego kojarzył mu się ze sceną i próbami w teatrze. Żadnych dekoracji – tylko podłoga i białe zasłony. Ale grająca małą Sophie Ruby Barnhill nigdy wcześniej nie była na planie filmowym i nie chciałem, żeby musiała grać w zbyt abstrakcyjnym środowisku. Dlatego zbudowaliśmy prawdziwe plany zarówno dla scen rozgrywających się w krainie olbrzymów, jak i tych w normalnej skali, jak sierociniec czy pałac Buckingham. Mieszaliśmy filmowe dekoracje z przestrzeniami przygotowywanymi pod animację. Rzeczywiście był to przedziwny plan zdjęciowy. W praktyce wyglądało to tak, że Mark siadał zawsze powyżej linii wzroku Ruby – na rusztowaniu lub podnośniku, więc Ruby grała do niego. Jak pani widzi, moje doświadczenie z gatunku „zrób to sam” przydało się także przy realizacji tak zaawansowanego technologicznie przedsięwzięcia [śmiech].

Co pana najbardziej ujęło w historii opisanej przez Roalda Dahla?

Proszę zauważyć, że Sophie nie przetrwałaby w krainie olbrzymów, gdyby była dzieckiem, które ślepo słucha poleceń. To dziewczynka, która otworzyła okno w sierocińcu i kazała plączącym się pod oknem pijaczkom natychmiast przestać hałasować, bo „dzieci śpią”. Jest nieustępliwa, świadoma siebie i odważna. Idealna partnerka dla przyjaznego Giganta. Jest mu w stanie dorównać, a czasami nawet być metaforycznie większa. Specjalnie umieściłem w filmie taki kadr: patrzymy na Sophie przez szkło powiększające, a stojący kilka kroków dalej BFG odbija się w tafli szkła. Wygląda to tak, jakby siedział na ramionach dziewczynki. To dla mnie symbol odwrócenia ról, do jakiego między nimi dochodzi. W pewnym momencie to Sophie przejmuje kontrolę i inicjuje misję, która pomoże mu uwolnić się od swoich dzieciożernych braci.

A dlaczego fascynują pana takie opowieści? Baśniowe, w duchu s.f. albo w historycznym kostiumie. Widzę w tych gatunkach chłopięce fascynacje, z których nigdy pan nie wyrósł.

Mam bardzo żywą wyobraźnię, która wraz z upływem lat nie tylko się nie wyczerpuje, ale jest jeszcze bardziej rozbuchana. Mój następny projekt też jest eskapistyczny, przygodowy, daleko mu do codziennych realiów. Znowu udaję się w świat fantazji. Choć tak naprawdę spośród wszystkich tytułów, które nakręciłem, tylko dwa rzeczywiście zmieniły moje życie. Opowiem o jednym z nich, bo był to wspomniany „E.T.”. Zanim wszedłem na jego plan, nigdy nie myślałem o założeniu rodziny. Byłem szczęśliwym kawalerem, który traktował filmy niczym swoje pociechy. Z „E.T.” było tak, że kręciliśmy go chronologicznie, żeby moi dziecięcy aktorzy byli w stanie doświadczać przygód i emocji swoich bohaterów w logicznym ciągu. Kiedy na planie dzieciaki żegnały się z E.T., zdjęcia rzeczywiście dobiegały końca. Wszyscy byli tak wzruszeni, że nie mogli przestać płakać. Kiedy padł ostatni klaps, pożegnałem się z moimi młodymi artystami jako inna osoba. Wiedziałem już, że chcę zostać ojcem. Mój najstarszy syn przyszedł na świat trzy lata później [reżyser ma w sumie siedmioro dzieci, w tym pasierba oraz adoptowanego syna – przyp. red.].

Drugim kamieniem milowym była „Lista Schindlera”?

Tak. To był pierwszy mój film „z misją”. Doskonale sobie poradził, do dziś służy nie tylko do naświetlania prawdy historycznej, ale przede wszystkim jest dobrym narzędziem, żeby obnażyć mechanizmy nienawiści: ludobójstwa, homofobii, islamofobii. Wszystkich tych tematów, z którymi stykamy się na co dzień, czytając gazety. „Lista Schindlera” i fundacja Shoah wciąż służą jako przypomnienie, że to nie jest zamknięty rozdział. To coś, co może się przytrafić jeszcze raz.

Wplata pan w swoje filmy elementy autobiograficzne?

Często mi się to zdarza. Na przykład „Lincoln” wyniknął poniekąd z mojej prywatnej obsesji. Kiedy miałem pięć czy sześć lat, wujek zabrał mnie do Mauzoleum Lincolna w Waszyngtonie. Nie chciałem wchodzić do środka, bo przerażał mnie rozmiar legendarnej rzeźby. Zostałem tam wciągnięty siłą. Uparłem się, że nie będę patrzył na jego twarz – patrzyłem tylko na wielkie dłonie, majestatycznie spoczywające na podłokietnikach. Statua była tak gigantyczna, że moje serce prawie zamarło. To mogła być dziecięca trauma, a jednak stało się inaczej. Kiedy wychodziliśmy, odważyłem się odwrócić i spojrzeć Lincolnowi w oczy. W tej samej sekundzie ogarnął mnie głęboki spokój. Nie chciałem już uciekać, chciałem tam zostać. Tak zaczęła się moja fascynacja Lincolnem, która po kilku dekadach zmaterializowała się w postaci filmu. Podobnych historii jest więcej.

Pańskie filmy zawsze mają w sobie dawkę mroku i smutku, nawet jeśli kręci pan dla dzieci. Dziś często ucieka się od takich zabiegów. Bajki są coraz bardziej cukierkowe.

Kontrast jest warunkiem koniecznym nie tylko dobrego życia, ale też dobrej filmowej opowieści. Tego nauczył mnie Walt Disney. Byłem dzieciakiem, kiedy pierwszy raz zetknąłem się z jego filmami. Podczas każdego seansu czułem, jak najpierw ogarnia mnie strach, a potem nadchodzi cudowny ratunek. Musiałem zmierzyć się z lękiem i to było wyzwanie. Nie liczyło się, że mam siedem lat i oglądam kreskówkę. Dzięki kinu czułem się jak dorosły, miałem poczucie, że mam moc, żeby pokonać mrok. Wspaniałe bajki i baśnie mają taką właściwość. Na pewno ma ją też twórczość Roalda Dahla. Wszystkie jego książki czytałem swoim dzieciom, licząc na to, że poczują się tak, jak kiedyś czułem się ja, oglądając Disneya.

Na pana filmach wychowały się całe pokolenia. Jakie to wrażenie wiedzieć, że miało się wpływ na czyjeś życie?

Wiem, że tak faktycznie jest, bo nie jestem odludkiem. Lubię przebywać między ludźmi, nie izoluję się, nie unikam kontaktu. Zawsze, kiedy na ulicy podchodzi do mnie ktoś, kto ma jakąś prywatną historię czy wspomnienie związane z jednym z moich filmów, czuję się wspaniale. Jestem za takie chwile ogromnie wdzięczny. Choć bywa i tak, że kiedy piękna 40-letnia kobieta deklaruje, że wychowała się na moim kinie, czuję się naprawdę staro. Ale nawet to mnie nie powstrzymuje przed tworzeniem następnych filmów. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek przestał. Póki żyję.

 

Steven Spielberg rocznik 1946. Reżyser, scenarzysta i producent filmowy. 12-krotnie nominowany do Oscara, dwa razy zdobył statuetkę – za reżyserię „Listy Schindlera” (1993) i „Szeregowca Ryana” (1998). Prywatnie mąż aktorki Kate Capshaw.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>