fbpx

Patricia Highsmith. Mistrzyni psychothrillera, historii pozbawionych morału i czarnego humoru

Mistrzyni psychothrillera, historii pozbawionych morału i czarnego humoru. Patricia Highsmith
Patricia Highsmith - ur. 19 stycznia 1921 w Fort Worth, zm. 4 lutego 1995 w Locarno. Amerykańska pisarka, autorka thrillerów psychologicznych, powieści i opowiadań kryminalnych. (Fot. Forum)

Tematy do słynnych powieści kryminalnych brała z życia. Wystarczyło wyobrazić sobie zbrodnie, które sama mogłaby popełnić. Jak jej bohaterowie była pełna uprzedzeń, krytyczna wobec feministek, w ogóle nie lubiła kobiet, miała poważne kłopoty z alkoholem, emocjami i wiernością. Jakim więc cudem Patricia Highsmith napisała „Carol”, zekranizowaną przełomową powieść o lesbijskiej miłości, w dodatku z happy endem?

„Czuję się nędznie, gdy nie mogę pisać” – wyznała w wywiadzie z 1981 roku. Ciągłe notowanie było jedną z jej obsesji. Dziennik prowadziła od 15. roku życia, opisywała w nim wszystko: od menu w restauracji po analizę nastroju i intymne szczegóły związków. Na dodatek swoistym szyfrem, po angielsku, ale też trochę francusku, niemiecku, włosku, hiszpańsku. Dzienniki to dla niej rodzaj autoanalizy i jednocześnie terapia pozwalającą nie popaść w szaleństwo, którego – nie bez powodu – bała się przez całe życie.

Ludzki umysł

Czyta także nałogowo. I to już w wieku pięciu lat. Jako dziesięciolatka pochłania książki psychologiczne. Takie jak słynny „The Human Mind” [Ludzki umysł] Karla A. Menningera. Przytaczane tam przypadki – ludzie z różnymi zaburzeniami, od schizofrenii do piromanii – były dla dziewczynki bardziej pociągające niż bohaterowie bajek. To także zapowiedź całej galerii psychopatów, których Highsmith tak sugestywnie opisze w swoich książkach.

W jednym z jej opowiadań „The Terrapin” [Żółw wodny] matka głównego bohatera zostaje przezeń zakłuta na śmierć. W prawdziwym życiu sędziwa Mary Highsmith umrze w specjalnym zamkniętym ośrodku. Patricia co prawda opłaca pobyt matki, ale nigdy jej nie odwiedza. Tragiczny finał niezwykle trudnej, niszczycielskiej relacji, której żadna z nich nie potrafiła naprawić.

Patricia lubiła powtarzać, że „urodziła się pod pechową gwiazdą”. I może faktycznie miała rację? Nie była wyczekiwanym dzieckiem. Najpierw ojciec nieskutecznie namawiał matkę do aborcji, potem ona sama próbowała pozbyć się ciąży, pijąc terpentynę („Zabawne, że lubisz jej zapach” – będzie potem dokuczać córce). Rozwód nastąpi tuż przed narodzinami dziecka 19 stycznia 1921 roku. Pat od początku będzie nosić nazwisko ojczyma Stanleya Highsmitha.

Mary jest uzdolnioną graficzką, chce robić karierę, stąd ich ciągłe przeprowadzki. Najpierw z rodzinnego Fort Worth do Nowego Jorku. Patricia ma sześć lat i od razu rzuca się ją na głęboką wodę. W szkole jest młodsza od reszty dzieci w klasie, a jej teksański akcent rozumie tylko jeden czarnoskóry chłopiec. Mała Highsmith bierze go więc za rękę i nie puszcza do końca zajęć. Dwa lata później wrócą całą rodziną do Teksasu. Potem znów Nowy Jork. Najgorzej jest w 1933 roku, kiedy Highsmithowie chcą się rozwieść. Mary i Pat wracają do Fort Worth. Ojczym jednak przyjeżdża po żonę, chcą powalczyć o związek. Córkę zostawiają na farmie u dziadków. „To był najsmutniejszy rok w moim życiu” – będzie wspominać pisarka. Nigdy nie wybaczy matce, że ją wtedy zostawiła. Nawet jeśli przebywanie z nią było także nie do zniesienia („Moja matka to taki typ człowieka, który najpierw strzela, a potem dziwi się, dlaczego niektóre ptaki są martwe, a inne ranne”). To ją dorosła już Pat winić będzie za swój emocjonalny chłód, niepowodzenia w związkach. A jednocześnie bardzo długo nie odetnie pępowiny – nawet kiedy wyprowadzi się z domu, to niedaleko. Zresztą Mary, zawsze świetnie zorientowana w życiu uczuciowym córki, gdy trzeba, odnajdzie ją i w Europie. Z wiecznymi wyrzutami deprecjonuje pisarski sukces Patricii. Wzajemnie widzą w sobie wariatki, a rzeczywiście postępująca choroba psychiczna starszej pani Highsmith tylko pogorszy sprawę.

„Zbrodnia się zaczyna”

Tak Pat zatytułuje swoje pierwsze, pochwalone przez nauczyciela opowiadanie. Zapowiedź późniejszej twórczości „mistrzyni psychothrillera”. Wybór studiów jest oczywisty: nowojorski Barnard College jako pierwszy oferuje edukację kobietom. Wśród wybranych przedmiotów – kurs dramatopisarstwa i pisania opowiadań. Poznana w redakcji uczelnianego pisma Kate Kingsley Skattebol stanie się przyjaciółką Pat na całe życie. Połączy je czarny humor i pikantne limeryki.

Nigdy łóżko, choć studia to dla Highsmith czas erotycznego rozbudzenia. Romansuje z kilkoma dziewczynami naraz, wikła się w miłosne trójkąty. Duża odmiana po koszmarze dojrzewania. Świadomość, że pociągają ją dziewczyny, dla nastolatki dorastającej w homofobicznym świecie to trauma. W książce Menningera kobiecy homoseksualizm zdiagnozowano jako zboczenie bliskie pedofilii i satanizmowi (choć w połowie lat 30. poważne pisma medyczne dają nadzieję na powrót do normalności: wystarczy usunąć nadnercza). 16-latka za namową matki próbuje „być normalna”. W końcu decyduje się na seks z kolegą. Bez satysfakcji, podobnie jak późniejsze próby. Zakłopotana swą innością Pat traktuje siebie jak mężczyznę w ciele kobiety, tym tłumacząc np. zamiłowanie do zajęć ze stolarki. Jako dorosła kobieta powtarza, że ma męski mózg, uważa mężczyzn za mądrzejszych, dowcipniejszych, bardziej kreatywnych. Będzie identyfikować się ze swymi męskimi bohaterami, jak oni nie znosi kobiet, widzi ich głupotę, ale nie może bez nich żyć ani pisać, co właściwie dla niej oznacza to samo. Modelowy przykład mizoginizmu, z tą jedną uwagą, że to właśnie spod pióra Highsmith wyjdzie pisana pierwotnie pod pseudonimem powieść „The Price of Salt” (1952). Znana dziś jako „Carol” – klasyka literatury LGBT, pierwsza powieść lesbijska (jedyna w twórczości Highsmith) zakończona swoistym happy endem. Wydana pod prawdziwym nazwiskiem autorki w 1990 roku była jej nieoficjalnym i jedynym coming outem.

Wróćmy jednak do młodziutkiej Pat, która po dyplomie ubiega się o pracę w kobiecych magazynach. Bez powodzenia, chyba głównie dlatego, że na rozmowy przychodzi, wyglądając jakby dopiero wstała z łóżka. Pracuje dorywczo, m.in. przeprowadzając ankietę na temat dezodorantów („Przeszłam daleką drogę od Iliady do pytania obcych ludzi o stan ich pach”). Marzy o „New Yorkerze”, redagując teksty w żydowskim wydawnictwie. Krótko po tym zaczyna współpracę z branżą komiksową: wymyśla historyjki, pisze dialogi, rysuje. Ten siedmioletni rozdział wymaże jednak z oficjalnej biografii, bo komiks ciągle jest postrzegany jako trywialna rozrywka. A że Nowy Jork lat 40. to inspirujące miejsce – także dzięki emigrantom z ogarniętej wojną Europy – Highsmith wchodzi w środowisko artystów. Ich wzorem spędzi kilka miesięcy w Meksyku, gdzie pracuje nad ostatecznie nieukończoną debiutancką powieścią. Wraca kompletnie spłukana. Zapis w dzienniku z marca 1944: „Myślę o moim życiu, o mojej pracy i dochodzę do wniosku, że nie osiągnę niczego”.

Rodzaj aktu miłosnego

Rok później podczas spaceru wpada jej do głowy pomysł morderczej wymiany: dwaj mężczyźni chcą się pozbyć kobiet, których nienawidzą. Z czasem rozwinie ten wątek w debiutanckich „Znajomych z pociągu” (1950), wariacji na temat „Zbrodni i kary”, zekranizowanej niebawem przez Hitchcocka. Pat bardziej od filmu zapamięta swe zakłopotanie widokiem wydrukowanych książek. Powstaniu powieści – co w przypadku Highsmith będzie regułą – towarzyszą zawirowania w życiu osobistym. Po studiach Pat kontynuuje swój „szlak nieposłanych łóżek”. Nowe związki, kolejne kobiety (na krótko wiąże się z gejem, fotografem Rolfem Tietgensem, choć to raczej przyjaźń, zamiast seksu – seria pięknych aktów Pat). Pisarka ze swych doświadczeń wnioskuje, że miłość to proste równanie: szczęśliwy początek i nieuniknione piekło końca. Chcąc zrozumieć, dlaczego nie może na dłużej zaznać szczęścia, robi listę najważniejszych partnerek uwzględniającą ich typ urody, cechy charakteru, długość związku. Wniosek: podświadomy masochizm każe jej wiązać się z kobietami władczymi, pozwala im nie tylko sobą rządzić, ale i się krzywdzić. Sama też nie jest łatwą partnerką. Rani i zdradza.

Pod koniec lat 40. dostrzega szansę na zmianę miłosnego równania. Marca Brandela, młodego pisarza, poznaje w Yaddo, artystycznej kolonii, w której, dzięki rekomendacji Trumana Capote’a, dostała stypendium. Dla Brandela Pat podejmuje terapię mającą wyleczyć ją z homoseksualizmu. Oczywiście, nieskuteczną. Ich związek się rozpada, bez tego epizodu nie byłoby jednak „Carol”. Jako że sesje terapeutyczne są drogie, Pat dorabia jako sprzedawczyni w Bloomingdale’s. To właśnie tam przed świętami Pat, stojąc za ladą, spostrzega klientkę w typie wielbionych przez nią blond bogiń, pierwowzór powieściowej Carol. Odnajdzie jej dom i z ukrycia będzie ją obserwować. Zapisane potem w dzienniku wyznanie, iż czuła się wtedy bliska popełnienia zbrodni, a „morderstwo to rodzaj aktu miłosnego, rodzaj całkowitego zawłaszczenia”, stanie się mottem twórczości „piewczyni stalkingu”, jak często nazywana jest Highsmith.

Kolejne książki ułożą się w rodzaj kryminalnej kroniki wypadków miłosnych autorki. Niektóre z nich to zapis tęsknoty za utraconymi ukochanymi, takimi jak graficzka Mary Ronin, muza „Słodkiej choroby” (1960). Ta powieść to studium szaleństwa z miłości pokazującego, jak niebezpiecznie jest uwierzyć we własne fantazje. Pat tego zagrożenia jest świadoma. „Miłość to nie namiętność, miłość to choroba” – powtarza. Sama leczy ją pisaniem, a jednocześnie – szczęśliwa pisać nie bardzo potrafi. Nieszczęście wzmaga kreatywność, w momencie zagubienia pisanie pozwala odzyskać poczucie kontroli nad życiem. Gdy latem 1954 roku Pat pracuje nad „Utalentowanym panem Ripleyem”, jest w zdecydowanie za dobrym nastroju. Żeby choć trochę poczuć dyskomfort, pisze, siedząc na brzegu krzesła.

Ja nikogo nie lubię

W latach 60. na stałe osiada w Europie. Oficjalny powód: znudzenie Stanami. Nieoficjalny: nowa miłość w Londynie. Poza wszystkim, mimo wysokiej pozycji jako autorki kryminałów, w ojczyźnie Highsmith czuła się niedoceniana. Jej powieści kryminalne – pozbawione morału („Kiedy pisarz zaczyna świadomie moralizować, przestaje być artystą”), wykraczające poza formułę gatunkową – w Stanach nie były bestsellerami. Sama Highsmith deklarowała, że chce tylko opowiadać ciekawe historie, choć tak naprawdę robiła coś więcej: demitologizowała powojenną Amerykę, pokazując mroczną stronę american dream, od ery Eisenhowera po czasy Busha seniora. Paranoję maccartyzmu, szok wojny w Wietnamie czy zagrożenie ze strony religijnych radykałów. Nie bez powodu biografka pisarki Joan Schenkar mówi o niej jako kustoszce muzeum XX-wiecznych chorób amerykańskich. Jednocześnie próbuje zrozumieć, jak autorka „Carol” czy feministycznej powieści „Edith’s Diary” [Dziennik Edith] (1977) mogła wygłaszać swoje pełne uprzedzeń opinie. W feministkach Highsmith widziała sfrustrowane gospodynie domowe 40+. Mawiała: „Nie chcesz być darmową służącą? Wyjdź za faceta, którego stać na gosposię” .

„Może to dlatego, że ja nikogo nie lubię?” – odpowiada Pat, gdy w latach 80. agentka tłumaczy niską sprzedaż w USA tym, że jej bohaterowie nie dają się lubić. Po 50. urodzinach mizantropia pisarki narasta – staje się niemal zawodową hejterką. Jak żartują przyjaciele: „Wymień jakąś grupę, a Pat natychmiast zacznie ją obrażać”. Włosi, Afroamerykanie, Latynosi, korporacje i politycy. Największy wróg – Żydzi („Jeśli są narodem wybranym przez Boga, cóż, to mówi o Nim wszystko…”). Pod 40 różnymi nazwiskami wysyła do szwajcarskich urzędów i mediów donosy o żydowskich zbrodniach i spiskach. Jej poparcie dla Palestyńczyków (palestyńskiej intifadzie Pat zapisze część majątku) pogłębi problemy z amerykańskimi wydawcami. Zresztą do końca życia Patricia będzie się czuła niedoceniana w „matczyźnie”. Gdy Uniwersytet w Austin zaproponuje za jej archiwum 25 tysięcy dolarów, odrzuci ofertę, bo to „co najwyżej cena używanego auta”.

Nie lubi, gdy kelnerzy, widząc ją (zawsze chodziła w spodniach i bez makijażu) przed damską toaletą, kierują do męskiej. Tłumaczy to swymi dużymi dłońmi i stopami, ale ta niegdyś czarująca chłopczyca po prostu brzydko się starzeje. Od studiów za dużo pije i pali. Z wiekiem, mimo zamożności, staje się coraz bardziej skąpa – potrafi jechać 60 mil do sklepu, gdzie spaghetti jest nieco tańsze. Staje się coraz większą samotniczką, choć nie odludkiem: niezależnie od tego, gdzie mieszka, zawsze są ludzie gotowi się nią zaopiekować. Jej ulubioną formą kontaktu pozostają jednak listy, a jedynym stałym (i pożądanym) towarzystwem uwielbiane koty. Kocha zwierzęta – nawet pająki usuwa delikatnie przez okno. Jeszcze w Nowym Jorku zaczyna się jej fascynacja ślimakami: godzinami obserwuje ich seksualne rytuały. Zabiera je na przyjęcia w torbie wypełnionej sałatą, a gdy się nudzi, wyciąga na stół. Uwielbia żarty słowne i pomyłki językowe – w portfelu nosi fragment recenzji, gdzie chochlik drukarski zamienił angielskie „aunt” na „cunt” – stąd „Podróże z moją ciotką” Greene’a stają się „Podróżami z moją cipką”. Kocha czarny humor w prozie i w życiu: pod paskiem zegarka ma wytatuowane inicjały – w razie katastrofy samolotowej ułatwią identyfikację ciała. Ta nie jest potrzebna. Zimą 1980 roku Highsmith z krwotokiem trafia do szpitala. Wieczna samotniczka ze zdziwieniem uświadamia sobie, że boi się śmierci w samotności, dlatego prosi pielęgniarki, żeby otworzyły drzwi jej separatki. W odpowiedzi słyszy, że nie mogą – jest noc, a na tym piętrze śpią dzieci, i szum maszyn, do których podłączono pisarkę, może je obudzić. Pat z tego wyjdzie, umrze na białaczkę na innym szpitalnym łóżku dopiero 15 lat później. Sama. Księgową, która jako ostatnia ją odwiedza, popędza, mówiąc: „Powinnaś już iść, naprawdę powinnaś już iść”.

Korzystałam m.in. z książek: Andrew Wilsona „Beautiful Shadow. A life of Patricia Highsmith” (2004), Joan Schenkar „The Talented Miss Highsmith: The Secret Life and Serious Art of Patricia Highsmith” (2009).

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.