1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Spotkania: Julia Hartwig

Spotkania: Julia Hartwig

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O jej poezji napisano, że ma moc ocalania. Julia Hartwig sama obserwuje ją z ciekawością, cieszy się nieustającą zmianą.

W najnowszym tomie wierszy „Zapisane” odsłoniła się być może najbardziej – patrzy na życie, w którym dni są liczone do końca, i na to, co zostaje. To wielki hymn życia.

 

Dzisiaj chętniej mówi pani osobie?

Jestem tak ukształtowana, że trudno mi mówić o bardzo osobistych sprawach. Pisanie najczęściej nie pochodziło u mnie z emocji, chociaż emocje grają rolę w każdym pisaniu. Kiedy powstał pierwszy wiersz z tomu „Zapisane”, zrozumiałam, że jest zupełnie inny od tego, co dotąd pisałam, i że następne będą kontynuacją tej formy. Wiersze zaczęły się składać w jeden duży poemat o ludzkim losie, o wartości życia, tworząc książkę bardzo osobistą, a jednak daleką od obnażania siebie. Właściwie o żadnej książce tak nie myślę jak o tej, że jest naprawdę moja.

Czytelnicy znajdują wtych wierszach coś, co powoduje, że pytają panią jak filozofa albo kogoś, kto zapewne wszystko ożyciu wie. Słyszałem, jak ktoś panią zapytał: „Po co jest życie?”. Jak pani się ztym czuje?

To dla mnie kłopotliwe, bo nie poczuwam się do wiedzy o dobrym życiu. Oczywiście, człowiek, który zajmuje się sztuką, wie o życiu więcej. Sztuka daje możliwość odpowiedzi, bo jej dzieło przeszło przez naszą wewnętrzną próbę. To, co napisane, to wynik tej próby. Czytelnicy pytają, bo mają do mnie zaufanie. Starają się do mnie dotrzeć poprzez to, co piszę. Tak to jest pomyślane.

„Zapisała” pani również Paryż, miasto przez siebie ukochane, jako „dzisiaj samotne”. Dlaczego?

Widzę je jako samotne beze mnie i nie widzę w nim nikogo bliskiego.

Dużo spacerowała pani po Paryżu?

Bardzo.

Nocami też?

Tak. Zawsze była otwarta jakaś kawiarnia, mogłam zejść na kawę, przyjrzeć się ludziom. To były wspaniałe spacery. Miałam poczucie, że nic nie muszę. Wszystko było i należało do mnie.

fot. Rafał Masłow fot. Rafał Masłow

Zdarza się pani myśleć opowrocie?

Pobyty w Paryżu to było chodzenie, dużo już bym teraz nie uchodziła, ale nie jest wykluczone, że jeszcze tam wrócę kiedyś.

Jest jakaś ulica, za jaką pani tęskni?

Chętnie bym wróciła na rue de Tournon, gdzie mieszkałam, po drugiej stronie Saint Germain. Nie byłby to Paryż do zdobywania, tylko do przypominania. Poszłabym na targ, który miałam obok, do restauracyjki z ostrygami. Jestem ciekawa, czy jeszcze sprzedają kwiaty na straganach, które pamiętam.

Ajeśli nie ma ani restauracyjki, ani straganów?

Rozpaczy nie ma. Ale mogę powiedzieć: to było. To też jest dla mnie przeżycie.

OParyżu napisała pani: „miasto pożegnane”.

A wciąż cicho nawołujące. Tak jest dalej w tym wierszu.

ALublin?

Rozgrywa się w innej przestrzeni pamięci. Tam jest rodzina. Dobre wspomnienie dzieciństwa. Czyli to, co później nie było już dla mnie ważne. Lubię być w Lublinie. Tam na cmentarzu mam właściwie połowę mojej rodziny. Mamę na cmentarzu prawosławnym, a siostrę i ojca – na katolickim.

Pamięta pani mieszkanie lubelskie?

Pamiętam wszystkie mieszkania, nawet to, kiedy jeszcze noszono mnie na rękach. Rodzice przyjechali z Rosji. To było bardzo skromne mieszkanie, na ulicy Staszica, na trzecim piętrze – okna wychodziły na dach, było wgłębienie w dachu. Pamiętam, że Walenty, mój brat, późniejszy lekarz, który bardzo lubił się opalać, tam się w słoneczne dni układał. Pamiętam dwa pokoje, które tam mieliśmy, i ciemny korytarz, który nas dzielił od kuchni. Obok mieszkała tylko jedna osoba, pan Jan, który pracował w cukierni Semadeniego na dole. Bardzo eleganckiej. Wiedzieliśmy, kiedy idzie do pracy, bo słychać było jego stukanie laską na korytarzu. Na podwórzu była piękna akacja, którą opisuję w moich wierszach. Od strony podwórka biegł drewniany balkon przez całą długość domu. Późniejsze mieszkanie było dwa piętra niżej, już o wiele elegantsze, po lekarzu, który się wyprowadził – trzy duże pokoje i kuchnia, ale byliśmy w nim mniej szczęśliwi.

Bo tam mama odeszła?

Tak. Ale od początku nie było atmosfery w tym mieszkaniu, część rodzeństwa wyjechała na studia, ja się trochę pałętałam. Potem zaczęłam pisać, drukowałam w gazetce szkolnej. Wszyscy się rozbiegli i jak to najmłodsza, wchodziłam w życie sama. Nigdy nie skarżyłam się na samotność, bo w niej najwięcej mogłam zrobić.

Pracowitość to cecha, która wpani była zawsze?

Nie pamiętam, żebym w młodości była taka pracowita jak teraz. Oczywiście, miałam ambicje, ale pracowitość zaczęła się tak naprawdę wtedy, kiedy przestałam się bawić życiem. Praca jest nagrodą, kiedy pojawia się samotność, kiedy istnienie jest już pojedyncze. Oczywiście, jeśli robimy to, co kochamy. A pisanie jest dla mnie bardzo ważne. Jeżeli długo nie piszę wierszy, to się tym martwię, chociaż nie mam na to wpływu. Pracuję teraz nad esejem o Witoldzie Lutosławskim. Ogromnie go lubiłam, dobrze się znaliśmy, nieraz obcowaliśmy ze sobą – również poprzez Wajdów, którzy się z nim przyjaźnili. Spędzaliśmy u nich kolejne sylwestry. Lutosławski pisze z absolutną pewnością, że dobrego utworu muzycznego nie można napisać bez natchnienia. Znam ten stan domagający się wypowiedzi. Czasem wiem dokładnie jakiej, a czasem nie, aż w końcu siadam i piszę. Samotność temu sprzyja. Kiedy człowiek jest sam, zmuszony jest do wewnętrznej powagi.

Abawienie się życiem, zktórego pani zrezygnowała, było ważne?

Wtedy było ważne. Bardzo lubię życie. Prawie zawsze byłam osobą pogodną, chociaż niewiele mogło wywoływać u mnie optymizm. Życie w Polsce było takie, że czasem woleliśmy nie wiedzieć o tym, co się dzieje – tak nas to bolało. Ten smak na życie był też w zachłanności czytelniczej, w ciekawości. Kiedy jeździłam za granicę, pisałam dzienniki, widywałam ciekawych ludzi. Mam w sobie pamiętnik świetnych spotkań.

Wtej zabawie bywał taniec czy tylko przyjemność spotkania?

Kiedy byłam młoda, chodziłam na tańce, ale nie przepadałam za tym. To zawsze było przypadkowe. Natomiast zależało mi, żeby być z kimś, kto mi się podoba, kto jest ciekawy. Może to powód odsunięcia się w samotność. Tak straszną ilość banałów słyszałam w ciągu dnia, że w końcu pomyślałam: „Właściwie po co mi to?”. Mogę od czasu do czasu porozmawiać z wybranymi przyjaciółmi. A potem przyjaciele poodchodzili.

Pani mąż Artur Międzyrzecki też nie lubił tańca?

Nie. W ogóle nie tańczył. Ale muzyka była zawsze dla nas ważna.

W„Zapisanym” muzyka urasta do rangi czegoś nadludzkiego, pisze pani owrotach muzyki, które się rozwierają jak wrota nieba czy piekła.

Ciągle żyję z muzyką. Mam świadomość, że jej nadużywam. Bardzo często słucham, pracując. I wtedy, oczywiście, muzyka jest tylko tłem. Pomaga mi, bo nie czuję się tak samotnie, jest mi pogodniej.

fot. Rafał Masłow fot. Rafał Masłow

Jaka jest dzisiaj obecność Artura Międzyrzeckiego wpani życiu?

Wracam czasem do jego wierszy. Artur powraca w snach. Mam poczucie, że jest stale obecny. To mi bardzo pomaga. Jego osobowość mnie zagarnęła. Wpłynął na to przebieg jego życia. Był dzieckiem, kiedy rodzice oddali go babce. Przypuszczam, że czuł się pokrzywdzony, czego dokładnie nie mówił. Miał strasznie trudne życie. Na początku wojny schronił się we Lwowie, stamtąd bolszewicy wywieźli go do Rosji. Tam na szczęście nie trafił do obozu, ale pracował u jakiegoś wieśniaka. A potem przyszła wiadomość, że formuje się polskie wojsko w Kujbyszewie. Była zima, a Artur próbował się tam dostać, musiał przejechać całą Rosję, bardzo często jechał na zewnątrz wagonu, trzymając się drzwiczek. Kiedy dotarł do celu, było już kilka trupów ludzi, którzy doszli i padli, bo zabrakło im sił. Potem było Monte Cassino i wojna. Ale nigdy się nie skarżył. Patrzył na przeszłość z czułością. Potem było lepiej. Był we Francji, gdzie skończył nauki polityczne, ożenił się. Przyjechał do Polski. Był rok 1950, ogień stalinizmu. Musiał pogodzić się ze wszystkim, co go tu czekało. Pisał wiersze. Potem była normalna praca literacka, duży udział w pracach społecznych. Był przewodniczącym polskiego Pen Clubu i wiceprezesem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Miał wielki temperament organizacyjny i łatwość obcowania z ludźmi. Był pogodny. Kiedyś pojechałam z nim razem na konferencję Pen Clubu we Francji, weszliśmy do sali i zobaczyłam, jak wszyscy wołali: „Artur! Artur!”. Był bardzo lubiany. Miał w sobie wiele dobroci. I to się wyczuwało. A potem już pan wie, był uznany, miał wyjątkowe miejsce społeczne.

Amoment waszego spotkania?

To było we Francji, po prostu poznaliśmy się. A potem spotkaliśmy się już w Warszawie. Artur był żonaty, ja byłam mężatką. Nasze spotkanie i bardzo pewna decyzja, że chcemy być razem, wymagały przezwyciężenia – trzeba było się rozwieść, trzeba było się potem pobrać. Ale z Arturem wszystko było łatwe. Choć dobrze wiedział, że życie może być straszne.

Pani też wiedziała – samobójstwo mamy, historie wojenne pani braci, śmierć Ksawerego Pruszyńskiego…

To są doświadczenia, o których nie zapominam. Ale nie lubię tak patrzeć na własne życie. Uważam, że jakoś przez to wszystko przebrnęłam. A jak już nie było Artura, moje życie kompletnie się zmieniło. Bo wcześniej… Ja pracowałam w tym pokoju, a Artur w tamtym malutkim. Całymi dniami pracowaliśmy, nie rozmawiając ze sobą. Artur strasznie dużo palił, co się potem na nim zemściło. Z małego pokoiku wydostawały się kłęby dymu.

Pani nie paliła?

Bardzo krótko, ale właściwie nigdy mi się to nie podobało. Przychodzili do nas ludzie, prowadziliśmy dom otwarty. Dzisiaj sobie nie wyobrażam, jak można tak żyć. Umieliśmy pogodzić jedno z drugim. Byliśmy zaangażowani w opozycję. Wszystko było wspólne. Paryż też był wspólny, chociaż lubiłam oglądać wystawy, a Artur mniej. Najbardziej chciał widzieć się z ludźmi. Doskonale znał emigrację polską, intelektualistów. Widywaliśmy się z Brandysami, Hertzami – Zosię Hertz znał jeszcze z wojska. Paryż to ogromne bogactwo wspomnień.

Czy zdecyduje się pani napisać więcej oKsawerym Pruszyńskim?

Chciałabym coś o nim napisać, ale strasznie trudno to zrobić. Czuję, że powinnam. Z mojej strony to nie jest konieczność, ale to był jednak bardzo ważny fragment w moim życiu. Właściwie myśmy się mieli pobrać, z nikim innym tego nie zamierzałam. A potem była ta katastrofa – wypadek, w którym zginął… Potem z tego nieszczęścia, po tej rozpaczy pojawił się Artur – jako wielkie szczęście, bo nigdy ani przez chwilę nie żałowałam, że z nim jestem, i byłam bardzo wdzięczna losowi, że mnie z nim połączył.

Była pani szczęśliwa przy Pruszyńskim?

Chyba bardzo. To był człowiek wielkiej pogody, ale udręczony. Niewątpliwie czuł się zagrożony w sensie politycznym. Nigdy mi tego nie mówił, ale wiem, że tak było. Nigdy nie wiedział, czy mu coś nie grozi. A były to czasy, kiedy to było bardzo łatwe.

Okoliczności wypadku chyba nie są jasne.

Są bardzo niejasne i można mieć prawdziwe podejrzenia. Nie mamy na to dowodów, a rodzina woli tego tak nie interpretować. Jestem w bardzo dobrych stosunkach z jego synem Stasiem. Pamięta mnie z czasów, kiedy jeździłam do nich, do Hagi, z Paryża na Boże Narodzenie. Miałam tam pokój. Staś był wtedy małym chłopcem, miał dziewięć lat, Marysia miała pięć. I on mnie ciągle pamięta z tamtych czasów. Czuję jego przywiązanie. Jest człowiekiem życzliwym, dzwoni do mnie, zaprasza. Staś to Staś, bo jest świadkiem tamtego życia, życia z Ksawerym. Mówię: „Widzisz, o mały włos, a byłabym twoją macochą”. I śmiejemy się.

Napisała pani: „Odpływa strumień, nikogo nie zasmucając”.

Nie trzeba się smucić, że życie płynie. Można się smucić, kiedy nam czegoś brak. A tutaj, co? Mija. Gdyby mnie zapytano, jaki okres chciałabym wskrzesić, nie wskazałabym żadnego.

A  łódź, októrej pani pisze? Na dziobie łodzi żadnego dokąd, na rufie żadnego dlaczego.

Ktoś w niej siedzi. I to jest beznadziejne… Pasażer jest pogodzony, ale jest w tym trochę desperacji. Bo gdyby się naprawdę zastanowić, czemu życie służy… Życie było, ale nie ma echa, bo komu je powierzyć? Nikt nie jest ciekaw. To jest właśnie poczucie osamotnienia.

Kiedyś pisała pani olatach „królewskich” wswoim życiu.

Bo były. Pamiętam je i jestem za nie wdzięczna. Za bardzo wiele doświadczeń, które ludzie uważają za naturalne, a ja uważam za przywilej, za dobro. Wdzięczność pomaga żyć.

„Odchodzisz zkrainy kwiatów/iśpiewających ptaków/wchodzisz wciszę piasków/iodległego morza…”

Niech pan się domyśli, co to znaczy. Odchodzi się w coś o wiele mniej barwnego, co przygotowuje do czegoś, co będzie potem.

Za czym będzie pani tęsknić?

Mnie się zdaje, że za radością życia, bo ciągle we mnie jest. To musi odejść, nie ma rady. A gdybym chciała wracać, to nigdy nie na smutki i na bóle. Ale do czegoś dobrego, co porzucam.

Więcej było dobrego?

W moim odczuciu więcej. Nie myślę, że moje życie było nieudane czy szczególnie bolesne. Było bardzo dużo nieszczęść, ale przyjmuję to w sposób naturalny. Mam pozytywny stosunek do życia i jakbym odchodziła, to z poczuciem wdzięczności za istnienie, za możność skorzystania ze świata, bo wiele pięknego mnie spotkało. Spotkałam ludzi, którzy byli mi bliscy i życzliwi. To wielki skarb. Uważam, że to, co mam, mnie się należy. Bo się o to staram, szanuję to, chcę wykonywać to, co mi zapisane. Jestem osobą pełną dobrej woli. Gdyby mnie skrzywdzono, czułabym się bardzo źle. Liczę się z taką możliwością. Ale może nie będzie? No, dobrze, skończmy. Aleśmy się wdali…

 

JULIA HARTWIG poetka, eseistka, tłumaczka. Wydała wiele tomów wierszy, wostatnich latach m.in. „Zobaczone”, „Błyski”, „Nie ma odpowiedzi”, „Mówiąc nie tylko do siebie. Poematy prozą”, „Zwierzenia ibłyski”, „Bez pożegnania”, „Wiersze amerykańskie”, „Gorzkie żale”, „Zapisane”. Laureatka wielu nagród. Aktualnie pracuje nad drugim tomem „Dziennika”.

Wywiad pochodzi z numeru "Zwierciadła" 2/2014.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

10 sposobów, aby wyrazić miłość

Walentynki można celebrować na co dzień. (Fot. iStock)
Walentynki można celebrować na co dzień. (Fot. iStock)
Jak wyrazić miłość? Oto 10 sposobów, dzięki którym najbliższe ci osoby poczują się kochane. Walentynki można celebrować na co dzień.

1. Okaż wdzięczność.
Powiedz wprost, jak bardzo doceniasz obecność tej osoby w swoim życiu.

2. Zaoferuj pomoc.
Zapytaj: „Co mogę dla ciebie zrobić, żeby uczynić twoje życie lepszym, radośniejszym, mniej stresującym?”

3. Zamień się w słuch.
Znajdź czas i kilka chwil spokoju, aby wysłuchać drugiej osoby całą sobą. Nie komentuj, nie doradzaj. Słuchaj.

4. Bądź wielkoduszna.
Wszyscy mamy swoje dziwactwa, nikt z nas nie jest idealny. Doceniaj pozytywne cechy, nie skupiaj się na tym, co niedoskonałe - w ten sposób pokażesz, że naprawdę kochasz.

5. Znajdź czas na chwile beztroski.
Kolacja z ukochanym, zabawa z dzieckiem, wypad na zakupy z przyjaciółką... a może po prostu ulubiony serial pod kocem na kanapie? Życie składa się z drobnych przyjemności. Jeśli będziemy stwarzać sobie ku nim okazję, będziemy mieli więcej powodów do wspólnej radości.

6. Podaruj coś bez okazji.
To może być drobiazg, ale zrobiony albo kupiony z myślą o tej osobie. Coś, co sprawi że poczuje, że o nim myślisz i jest dla ciebie ważna.

7. Upiecz ciasto lub ugotuj coś pysznego.
Przez żołądek do serca - nakarm ukochaną osobę czymś, co lubi najbardziej.

8. Ofiaruj kwiaty bez powodu.
Kwiaty to jeden z piękniejszych sposobów na podziękowanie za czyjąś obecność - dzięki nim „Dziękuję za to, że jesteś” brzmi piękniej.

9. Napisz krótki liścik.
Mała karteczka zostawiona w kuchni przy ulubionym kubku z ciepłą kawą, liścik miłosny pod poduszką, kartka z pozdrowieniami z wakacji... małe, codzienne wyznanie miłości.

10. Nie bój się słowa "kocham"
- słowa mają moc, a to chyba szczególną. Jednak nie wtedy, gdy wypowiadamy je od niechcenia. Wyznanie miłości potrzebuje dotyku, spojrzenia w oczy, intymnej chwili.

 

  1. Styl Życia

Katarzyna Kasia - nigdy więcej

Katarzyna Kasia: Dopóki nie jestem w stanie powiedzieć o czymś prosto, wolę się nie odzywać. (Fot. Adam Tuchliński)
Katarzyna Kasia: Dopóki nie jestem w stanie powiedzieć o czymś prosto, wolę się nie odzywać. (Fot. Adam Tuchliński)
Filozofka, którą pokochało społeczeństwo. Katarzyna Kasia w „Szkle kontaktowym” w TVN24 poczuciem humoru rozbraja najtwardszych. Namawia do dialogu i przekonuje, że więcej nas łączy, niż dzieli. A jeśli dzieli nas wszystko, to przynajmniej razem się z tego śmiejmy.

Kiedy mówiłem, że robię z panią wywiad, słyszałem: „z naszą Kasią?”. Często pani to słyszy?
Na jednej z demonstracji starsza pani wręczyła mi znaczek „Konstytucja” i cukierka, mówiąc: „Fajnie, że jesteśmy razem”. Reprezentowała Polskie Babcie. Jest w nich siła, determinacja, dystans. Walczą o Polskę dla wnuków. Tyle razy dostały po głowie, przeżywały przełomy, cieszyły się, że sklepy przestały być puste, że Polska jest w Unii Europejskiej. „Konstytucja” i cukierek wyrażają spełnione nadzieje. Miło jest wspólnie w tym być, bo tak samo jak ja jestem widzów, to oni są moi.

Jest pani filozofką, której społeczeństwo słucha z uśmiechem, i to naprawdę słucha.
Od lat wykładam na wyższej uczelni. Niełatwo zdobyć uwagę stu osób, mówiąc o filozofii starożytnej. Chcę, by rozumiała moja córka, by rozumiały moje koleżanki, moi studenci i widzowie. Dopóki nie jestem w stanie powiedzieć o czymś prosto, wolę się nie odzywać.

Czuje pani odpowiedzialność za Polskę?
Zapewniła mi wykształcenie. Mam poczucie, że powinnam oddać tę wiedzę. Dlatego wykładam w szkołach publicznych. Tak rozumiem patriotyzm.

A humaniści – już nawet to słowo wypowiadam, przepraszając – nie wstydzą się poczucia misji?
Nastały czasy jednoznaczności. Ludzie mówią od razu wielkimi literami. Tymczasem humanistyka opiera się na wątpliwościach. Dopuszczamy, że możemy nie mieć racji. Wykład noblowski Olgi Tokarczuk był o tym. Błona fotograficzna wystawiona na światło reaguje w zależności od tego, jak jest czuła. A ponieważ jesteśmy bardzo czuli, łapiemy mnóstwo półcieni, niewidocznych elementów. Zamiast czerpać przyjemność z niuansów, wstydzimy się.

Filozofka może odmienić naszą sytuację?
W czasach radykalnego pogłębiania podziałów filozofka zadaje pytanie, czy aby na pewno są tak wyraźne. W tej chwili bardzo trudno rozmawiać z kimś, kto ma inne poglądy polityczne. Gdybyśmy nie byli tacy czarno-biali, zobaczylibyśmy, że powodów do konfliktu jest o wiele mniej. To polityka sprzedaje nam pakiety myślowe – zestawy: mały liberał, mały nacjonalista. W nich jest wszystko – ubranie, język, sposób widzenia świata, stosunek do polityki wewnętrznej i międzynarodowej, wartości rodzinne. Ludzie tacy nie są, mogą rozpakować pudełko i zdecydować, co wyjmą. Nie powinniśmy brać całości, chociaż to wygodniejsze, bo elementy są spójne i mamy pokusę, żeby wszystko było jasne i oczywiste.

Naprawdę więcej nas łączy?
Mimo różnych poglądów na politykę czy polską tradycję zawsze jest przestrzeń do rozmowy. Może to być sport, jazda samochodem, kompot śliwkowy albo sernik. Wiele razy spotykałam ludzi, których poglądów nie podzielałam, ale nawet przy radykalnej różnicy udawało się rozmawiać. Wystarczy minimalne poczucie humoru, żeby dostrzec śmieszność takiej sytuacji. Świadomość, że już nic nas nie łączy, może być inspirująca. Henri Bergson mówił o grzeczności serca, empatycznym szukaniu porozumienia.

W którym momencie poczuła się pani obywatelką?
Kiedy odebrałam dowód osobisty, żeby zagłosować w referendum konstytucyjnym. Wreszcie i ja mogłam wrzucić małą kartkę do urny. Chciałam głosować, odkąd – mając 11 lat – poszłam z rodzicami na wybory 1989 roku. Byli szczęśliwi, wzruszeni, ręce im się trzęsły. Kiedy byłam w siódmej klasie, wprowadzono religię do szkół. Jako jedyna dziewczynka w szkole na nią nie chodziłam. Zostałam przewodniczącą samorządu uczniowskiego. Bałam się, że dzieci mnie wykluczą, a one doceniły, że dokonuję własnych wyborów. Pracowałam dla dobra całej społeczności, co było ważną nauką.

Mniej więcej w tym czasie wzięła pani udział w dokumencie Krzysztofa Krauzego „Źródło”. Jako żydowska dziewczynka towarzyszyła pani w podróży do Białegostoku pochodzącemu stamtąd francuskiemu prawnikowi Samuelowi Pisarowi, ocalonemu z Holocaustu. Po latach opisała to pani w osobistym eseju o antysemityzmie.
Dzień po telewizyjnej emisji cała klatka schodowa była pokryta gwiazdami Dawida powieszonymi na szubienicach, napisami „Jude raus”… Zobaczyłam je, wychodząc do szkoły. Przestraszyłam się, ale i poczułam gniew. Urodziłam się w Warszawie, tu się wychowałam, mieszkam całe życie. Jakim prawem ktoś mówi, że mam się wynosić? Mój pradziadek zginął w Katyniu, był Żydem i polskim oficerem. Babcię wyrzucono w 1968 roku z Uniwersytetu Warszawskiego, była adiunktką na Wydziale Chemii. Mojej mamie pani od historii powiedziała, że nie zda matury, bo jest syjonistką. Zdziwiona przyszła do domu i dopiero wtedy usłyszała o żydowskim pochodzeniu. Przede mną już nikt niczego nie ukrywał. Byłam chyba naiwna, bo w ogóle nie rozumiałam, jak można być antysemitą. Nadal nie rozumiem.

Zrozumiała pani, jak bardzo można się bać?
To nie tylko mój strach, ale wszystkich poprzednich pokoleń, które doświadczyły potwornych prześladowań. Tuwim w pięknym tekście „My, Żydzi polscy” pisał, że jest Polakiem, bo jego nienawiść do polskich antysemitów jest większa niż do innych antysemitów. Bardzo dobrze to rozumiem, bo polski antysemityzm uderza mnie jako Żydówkę i jako Polkę. Chciałabym myśleć o Polsce jedynie dobrze. Jak zareagowałabym, gdyby coś takiego spotkało moją córkę?

Ma dzisiaj tyle lat, ile pani wówczas.
Po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego o aborcji poszłyśmy na demonstrację. Stałyśmy na placu Zamkowym. Nagle usłyszałyśmy donośne męskie głosy, zobaczyłyśmy neofaszystowską bojówkę, biegła na nas. Ludzie zaczęli się cofać. Osłoniłam Ninę. Złapałam ją za rękę i odeszłyśmy dalej. Była przerażona, trzymała mnie mocno. To się działo w Warszawie w XXI wieku. Dlaczego moja córka musi mieć takie doświadczenie inicjacyjne? Polska dziewczynka musi zobaczyć faszystów, mając 13 lat? Przeżyć strach towarzyszący nam od pokoleń? Tak się wściekłam, że jeśli mogę coś zrobić, żeby w Polsce nigdy więcej nie było faszyzmu, antysemityzmu, bezsensownej przemocy, zrobię wszystko.

Jak pani poznawała rodzinną historię?
Czytaliśmy pamiętniki pradziadka. Dużo opowiedziała mi jego siostra, cudowna ciocia Lesia. Przeżyła w Warszawie drugą wojnę światową. Znaliśmy historię mojej babci. Tata, który w Marcu ’68, w proteście studentów, pobity przez ZOMO, omal stracił życie, powtarzał, że bardzo chciałby być Żydem. Pewnego razu poszłam do Zachęty na wystawę „I ciągle widzę ich twarze”, to zdjęcia żydowskich rodzin, w większości zgładzonych. Wśród nich zdjęcia rodziny o tym samym nazwisku, co mama mojego ojca. Powiedziałam szczęśliwa: „Tata, masz całkiem porządną żydowską rodzinę”. Zawsze miałam poczucie, że jednolita tożsamość ogranicza. Wśród przodków mam biskupa Kościoła protestanckiego. Mój tata był wiecznie wątpiącym chrześcijaninem, niestrudzonym badaczem Świętego Augustyna.

Jak dorasta się w domu historyków filozofii?
Mieliśmy bardzo dużo książek, które namiętnie czytałam. Było bardzo cicho. Tata nieustannie studiował dzieła, więc potrzebował ciszy. Nawet kiedy z bratem się kłóciliśmy, staraliśmy się robić to jak najciszej, żeby mu nie przeszkadzać.

Była pokusa, by krzyknąć?
Jasne. Zwłaszcza gdy się ma młodszego brata. Nieustannie z Jankiem toczyliśmy boje. Kiedy byliśmy mali, tata co wieczór nam czytał, naśladując głosy znanych aktorów, postaci z życia publicznego. Przeczytał nam całą klasykę – Trylogię Sienkiewicza, „Pana Tadeusza”, całego Moliera. A myśmy czerpali stamtąd wątki do naszych zabaw. Bawiliśmy się w Juranda i Krzyżaka, co było dość brutalne. Ale Sienkiewicz silnie oddziałuje na wyobraźnię dzieci.

Pani była Jurandem czy Krzyżakiem?
Zamienialiśmy się. Była taka scena, w której Jurand wchodzi do karczmy, a Krzyżak coś do niego mówi, i wtedy Jurand rzuca nim o ścianę. Krzyżakowi pęka czaszka, mózg się rozlewa, krew płynie po ścianie. Akurat w tej scenie każde z nas chciało być Jurandem. Kiedy tata kończył czytać „Pana Wołodyjowskiego”, a finał jest pełen napięcia, myśmy potwornie płakali, i tata też płakał, tak że nie mógł czytać. Przyszła mama, czytała i płakała, a potem znowu tata czytał. Na pewno dom miał wpływ na to, kim jestem. Nauczyłam się pokory wobec filozofii. Mama zajmowała się etyką, tata historią filozofii starożytnej i średniowiecznej, ale słowo „filozof” zarezerwowali dla Platona, Sokratesa, Arystotelesa, Kanta. Siebie określali nauczycielami filozofii. Kiedy po maturze wybierałam studia, tata powiedział, że musimy poważnie porozmawiać. Pierwszy raz tak serio. Usiedliśmy. Zapytał, co chcę robić. Odpowiedziałam, że zdawać do szkoły filmowej. Bardzo dużo rysowałam i chciałam robić filmy animowane. „No, tak. Ale to bez sensu. Jak z tego będziesz żyła? Z głodu umrzesz”. Byłam pod wrażeniem jego praktyczności. „A co zrobisz, jeśli się nie dostaniesz?”. „Pójdę na filozofię”. „To bardzo dobra decyzja. Będziesz miała zawód. Może nie nauczysz się wbijać gwoździ, ale dowiesz się, po co robić dziurę w ścianie. Będziesz miała w ręku najlepszy fach, jaki w ogóle można mieć. To studia, które na wszystko cię otworzą”. Od razu poszłam na filozofię, czego nigdy nie żałowałam.

Ojcu poświęciła pani bardzo osobisty esej „Kto obroni żydowskiego profesora?”.
Mój ojciec umarł wiele lat temu. Urodził się w 1934 roku w Warszawie. Mój dziadek był inżynierem, specjalistą od radia. W 1938 roku wyjechał do Wielkiej Brytanii zgłębiać tajniki swojej specjalności. Tymczasem wybuchła wojna. Babcia z moim małym tatą przemierzyli pieszo drogę z Warszawy do Rzeszowa, gdzie jeden z jej braci był księdzem. Na plebanii przetrwali wojnę. Dziadek wrócił na początku lat 50. Nie poznałam go, minęliśmy się na świecie o kilka miesięcy. Dorastanie mojego taty musiało być trudne. Wybrał filozofię z tym przekonaniem, że to jedyny prawdziwy zawód. Miał ojca na Zachodzie, więc nie miał szans na uniwersytet. Poszedł na Wydział Mechanizacji Rolnictwa na Politechnice Warszawskiej, bo przyjmowali wszystkich. Trafił do studenckiego teatru Stodoła. Po roku dostał się na wymarzoną filozofię, ale pozostał w Stodole. Przez całe życie wspominał tournée z „Ubu Królem”, w którym grał Generała. W 1968 roku był młodym asystentem z obronionym doktoratem i zaczęły się wydarzenia, które zmieniły jego życie. Z uczelni wyrzucono Leszka Kołakowskiego, jego wielkiego przyjaciela i mistrza. Wydział Filozofii zamknięto. Ojcu sugerowano wyjazd z Polski, ale nie chciał, pamiętając, że jego ojciec nie mógł tu wrócić. Wielopokoleniowa, wielowątkowa historia nawarstwiającej się traumy.

Wydaje się naturalne, że została pani pełnomocniczką uczelni do spraw równouprawnienia.
Kiedy pierwszy raz weszłam na uczelnię, żeby uczyć studentów, poczułam się w stu procentach u siebie. Od 12 lat pracuję na ASP. Bardzo lubię naszych studentów. To wyjątkowe, bardzo kreatywne osoby o szerokich horyzontach. W pewnym momencie uświadomiłam sobie jednak, że w szkole wydarzały się sytuacje, które nie powinny mieć miejsca. Dlatego z grupą studentów postanowiliśmy przedstawić projekt działań anty­dyskryminacyjnych. Wyższe uczelnie są autonomiczne po to, by nie wykluczać, nie poniżać. Nie są miniwersjami świata, jaki jest wokół. Tymczasem ludzie przenoszą złe schematy. Mało co mnie tak wkurza, jak usprawiedliwianie niegodnych zachowań tym, że „zawsze tak było”. Często mówią tak osoby krzywdzące innych. W logice wnioskowanie przez analogię jest zawodne. Nie można na podstawie czegoś, co się kiedyś działo, zakładać, że znowu tak będzie.

Ostatnio motorem wielu działań stał się gniew. Dlaczego?
Gniew stał się reakcją na władzę, która nie przestrzega praw człowieka. Nie jest uogólniony, nie każe wybijać okien przypadkowym ludziom, ale skierowany jest właśnie na władzę, którą chcemy zmienić. Próbowaliśmy na wiele sposobów negocjować, rozmawiać, szukać porozumienia. To się nie udało. Ten gniew nie jest punktem wyjścia. Jest punktem dojścia, dojrzałością do działania. Jest w nim potencjał do zmiany, ale trzeba uważać, komu zaufamy i za kim pójdziemy. Kiedy gniew stanie się zbiorowy, może zostać przez kogoś zawłaszczony. To, co dzieje się w Polsce, to dopiero początek gniewu. W ostatnich protestach wzięło udział wielu młodych ludzi. Jest nadzieja, bo mają duże poczucie wpływu na świat, którego często brakuje innym grupom społecznym. Kluczowe też jest zaufanie. Władza robi wiele, żebyśmy go do niej nie mieli. Sobie też nie ufamy. Musimy zadbać o wpływ na własny los i odbudować zaufanie, żeby Polska znów stała się poważnym państwem w Unii. Musimy nauczyć się budować, bez względu na to, kto rządzi.

Boi się pani o nasze miejsce w Unii Europejskiej?
Prawo do bycia we wspólnocie jest podstawowe. Pamiętam noc akcesji. Byłam w Turynie, pisałam doktorat. Z dwojgiem przyjaciół umówiliśmy się, że wypijemy szampana. Podszedł kelner, słysząc naszą rozmowę, odpowiedział po polsku. Kolega komentował: „Oni teraz muszą się nauczyć podstawowych zwrotów, bo już jesteśmy Europejczykami”. Kelner oczywiście okazał się Polakiem. A potem pojechaliśmy popatrzeć na nasze ciepłe Morze Śródziemne, bo już było nasze. Nad ranem wracaliśmy do Turynu, zatrzymując się na każdej stacji benzynowej i kupując gazety. Na tylnym siedzeniu zgromadził się ich spory stos, a pierwsze strony obwieszczały to, co zmieniało nasze życie w stu procentach.

Skąd u pani Włochy?
Ta miłość zaczęła się w Liceum Batorego. Miałam wymagającą nauczycielkę, ale po czterech latach czytałam w oryginale Pirandella czy Buzzatiego. Zaczęłam jeździć do Włoch. Odkryłam południe. To nie tylko upał, słońce i niebieskie morze, ale trud, praca. Bardzo kocham Sycylię, Kalabrię, więc sam czubek buta. Lampedusa pisał w „Gepardzie” [w Polsce powieść znana też pod tytułem „Lampart” – przyp. red.], że na Sycylii każda kropla wody okupiona jest kroplą ludzkiego potu. Widziałam wypalone słońcem pustkowia. Życie wymaga tam innego rytmu. Pierwszy raz pojechałyśmy z mamą na Sycylię na początku moich studiów. Na lotnisku w Katanii wypożyczyłyśmy samochód. Jechałyśmy jak zaczarowane bocznymi drogami, gajami oliwnymi i cytrynowymi. Poprosiłam, by zatrzymała samochód. Powietrze wibrowało od gorąca. W rowie leżała gigantyczna cytryna. Podniosłam. „Mamo, chcę już tutaj zostać na zawsze”. Na słupie było wypłowiałe ogłoszenie o wynajmowaniu domków. Pojechałyśmy. Otworzyła starsza pani. Była pora sjesty i bardzo, bardzo gorąco. Powiedziała, że nie ma domu do wynajęcia, „ale teść córki, która tutaj leży, bo jest w zagrożonej ciąży, ma”. Pół godziny później była tam cała wielka sycylijska rodzina. Dom wynajęłyśmy. Z rytmem południa nie wolno walczyć, bo to rytm natury. Trzeba go poznać, dostosować się, żyć z nim w zgodzie. Bardzo za nim tęsknię, ale też za patrzeniem na morze, bo dużo człowiekowi daje. Tęsknię, bo wszystko zostało zatrzymane.

W „Szkle kontaktowym” komentuje pani polityków. Nie ma pani ochoty powiedzieć im czegoś wprost?
Czasem aż chciałabym podejść i powiedzieć: „Czy mógłby pan zrobić krok do tyłu i posłuchać, co mówi, zachowując przy tym kamienną twarz i powagę? Jeżeli może pan to zrobić, to już nie ma dla pana ratunku. Ale jeśli się pan uśmiechnie, to wciąż mamy przestrzeń do dialogu”. 

Katarzyna Kasia – filozofka, absolwentka Wydziału Filozofii i Socjologii UW, stypendystka włoskiego MSZ i The Kościuszko Foundation, visiting scholar w Princeton University. Na ASP w Warszawie prowadzi zajęcia z historii filozofii, estetyki i filozofii kultury. Komentatorka „Szkła kontaktowego” w TVN24, prowadzi poranne audycje w Radiu Nowy Świat.

  1. Psychologia

Śmierć matki naznacza życie. O córkach bez matek

Być córką pozbawioną matki to odczuwać brak i tęsknotę, ale również rozwijać w sobie odwagę i siłę przetrwania. (Fot. iStock)
Być córką pozbawioną matki to odczuwać brak i tęsknotę, ale również rozwijać w sobie odwagę i siłę przetrwania. (Fot. iStock)
Śmierć matki naznacza życie. Także w tym sensie, że zmusza do rozwoju. Być córką pozbawioną matki to odczuwać brak i tęsknotę, ale również rozwijać w sobie odwagę i siłę przetrwania. Dążyć do zdrowych związków. Iść swoją drogą i nikogo nie pytać o pozwolenie. Rozumieć potęgę odnowy i odrodzenia.

Hope Edelman, autorka książki „Córki, które zostały bez matki. Dziedzictwo straty”, straciła matkę, gdy miała 17 lat. Proces żałoby zaczął się jednak dopiero kilkanaście lat później. Przechodziła przez jezdnię, spojrzała w górę. Najpierw dostrzegła odpływającą chmurę, a potem promienie popołudniowego słońca, odbijające się wyraźnie w jednej z szyb budynku. „Poczułam cios! – pisze w swojej książce. – Jakby ktoś kopnął mnie ciężkim buciorem w brzuch. Chwyciłam się kurczowo za brzuch, nie mogąc złapać tchu. Światło dla aut zmieniło się na zielone i nagle kierowcy zaczęli na mnie trąbić. Kilka samochodów mnie wyminęło, ktoś wychylił głowę z kabiny ciężarówki i krzyknął: "Hej, ty, dobrze się czujesz?". Nie czułam się dobrze. Ani trochę. Gdy tam tak stałam, trzymając się za brzuch, miałam w głowie tylko jedną myśl: "Chcę mamę. Chcę moją mamę. Chcę moją mamę, t e r a z"”.

Jeśli straciłyśmy matki jako dziewczynki, życie wydaje się nie do zniesienia. Przepełnia je lęk. Szukamy po omacku. Niejednokrotnie pogrążamy się w destrukcyjnych sytuacjach, związkach, zachowaniach. „Traciłam nad wszystkim kontrolę” – pisze Hope. Wdawała się w bójki, nawiązywała romanse, które kończyły się, zanim się zaczęły, rozważała wstąpienie do Korpusu Pokoju, dołączenie do komuny. Wczesna śmierć matki jest jak tornado. Na jakiś czas cichnie, a potem znowu się odzywa. Przychodzi jak pory roku. Hope Edelman rozmawiała ze 154 kobietami, które straciły matki. Ponad 80 procent z nich powiedziało, że ich żałoba nadal trwa, choć strata wydarzyła się średnio przed 24 laty. Tyle samo kobiet przyznało, że ta śmierć była jednym z najtrudniejszych zdarzeń, z jakimi przyszło im się zmierzyć.

Śmierć matki naznacza życie. Także w tym sensie, że zmusza do rozwoju. Być córką pozbawioną matki to odczuwać brak i tęsknotę, ale również rozwijać w sobie odwagę i siłę przetrwania. To rozumieć potęgę odnowy i odrodzenia. Córki bez matek mówią, że nauczyły się – co bezcenne – brania za siebie odpowiedzialności. Nauczyły się kochać i doceniać dziewczynki, którymi kiedyś były, a które potrafiły zatroszczyć się o siebie i przetrwać. Nauczyły się szanować siebie, swoją kobiecość. Wiele z nich bez wahania mówi, że czują się bardzo silne: „Czy gdyby mama wciąż żyła, miałabym tyle pewności siebie i miłości do siebie? Nie jestem pewna”. Zaopiekowały się sobą. Niejako wytworzyły w sobie zastępczą matkę, która je mobilizuje, chwali za osiągnięcia, pociesza w smutkach. Z biegiem lat umocniły w sobie wewnętrzne przewodnictwo i emocjonalne bezpieczeństwo. Afirmują siebie: „Moja kochana, stworzyłaś sobie całkiem dobre życie mimo tego, przez co przeszłaś. Możesz być z siebie naprawdę dumna”.

Córki bez matek bardzo często sięgają szczytów w swoich zawodowych dziedzinach. Wykazują się nadzwyczajną siłą, niezależnością i kreatywnością. Po stracie musiały radzić sobie, aby przetrwać. W odruchu obronnym przed poczuciem porzucenia i gniewu wymyśliły siebie – jak mówią – na nowo; stały się odważne i autonomiczne. Twierdzą, że nie byłyby tak wolne, nie miałyby odwagi wieść nieszablonowego życia, gdyby ich historia osobista potoczyła się inaczej. Sukces wymaga opuszczenia domu i rodziny – ryzyka niechętnie podejmowanego przez inne kobiety. Jednak córka pozbawiona matki często opuszcza miejsce, w którym i tak nie czuje się bezpiecznie, i wyrusza na poszukiwanie takiego, do którego mogłaby przynależeć. W naturalny sposób wykształca niezależność i zaradność, upór i determinację, hart ducha, który chroni przed uczuciem rozpaczy w obliczu porażek zawodowych.

Wiele znanych kobiet wychowywało się bez matki, na przykład aktorki Liza Minnelli i Meg Ryan, Oprah Winfrey, Madonna i księżna Yorku Sarah Ferguson. Virginia Woolf, która straciła matkę, gdy miała 13 lat, dopełniła swoją trwającą dziesięciolecia żałobę powieścią „Do latarni morskiej”. Margaret Mitchell, która miała 19 lat, kiedy zmarła jej matka, dobrze wiedziała, jak Scarlett O’Hara, główna bohaterka jej powieści „Przeminęło z wiatrem”, będzie się czuć po stracie matki.

Córki bez matek spełniają się w zawodach artystycznych, ponieważ rozwinęły ogromną wrażliwość; rozumieją, czym jest ból i tragedia. Świadome, że życie może odmienić się w jednej chwili, cenią drobne rzeczy, ulotne momenty, piękno świata, zmysłowe doznania.

W procesie żałoby i samopoznania odkryły dary tej śmierci. Niemal 90 procent badanych przez Hope Edelman kobiet przewartościowało życiowe priorytety, a nawet dokonało bardzo konkretnych zmian w życiu zawodowym i w relacjach z ludźmi. 75 procent uznało, że śmierć matki w tym momencie była swego rodzaju dobrodziejstwem.

Ponieważ wiedzą już, „jak szybko może nas nie być”, pragną być sobą, wyrażać siebie najprawdziwiej, jak się da, mówić o swoich uczuciach i potrzebach wprost, bez ogródek, stawiać zdrowe granice. Tworzyć zdrowe związki. Iść swoją drogą i nikogo nie pytać o pozwolenie.

Przez lata troskliwego obchodzenia się ze sobą wiele z osieroconych córek odkrywa wartość czułości, łagodności i spokoju. W połączeniu z siłą i niezależnością stają się kobietami pełnymi mocy i miłości.

  1. Psychologia

Urok chwili to ciastko zanurzone w herbacie. Rozmowa z prof. Tadeuszem Gadaczem

Nic nie jest takie samo. Każdy promień słońca jest inny i każdy ptak, który siada na gałęzi, i każdy dzień. (Fot. Getty Images)
Nic nie jest takie samo. Każdy promień słońca jest inny i każdy ptak, który siada na gałęzi, i każdy dzień. (Fot. Getty Images)
Życie zostało nam dane po to, żeby je przeżywać, żeby czerpać  z niego radość – mówi filozof prof. Tadeusz Gadacz. 

Dobry moment na rozmowy o radości życia?
Dla mnie nie do końca, jestem mocno przygnębiony.

Co pana tak przygnębia?
To, co się dzieje dookoła nas. Przyglądam się ludzkim postawom i one nie napawają mnie optymizmem. Oczywiście, trudne sytuacje, a z taką mamy do czynienia, są wyzwalaczami zarówno pozytywnych, jak i negatywnych postaw, trochę jak na wojnie. Z jednej strony nagle budzą się solidarność społeczna, chęć pomocy, otwarcia na innych, a z drugiej strony – chciwość, chęć szybkiego dorobienia się, oszukiwanie, manipulowanie, hipokryzja.

No to z czego tu się dzisiaj cieszyć, panie profesorze?
Każdy musi znaleźć swoją własną miarę, bo każdy jest inny. Od wielu lat zastanawiam się nad tematem umiejętnego życia. Sformułowałem kiedyś taką tezę, że każdy powinien realizować siebie w swojej jednorazowości, bo każdy człowiek jest „jednorazowy”, czyli niepowtarzalny, każdy ma inne pasje, które powinien rozwijać nawet w takich sytuacjach jak ta.

Niektórych pasji rozwijać się nie da, bo wprowadzono różne ograniczenia.
To prawda, ludzie, którzy uwielbiają podróże, a są zamknięci, prawdopodobnie cierpią z tego powodu. Ale już ci, którzy lubią czytać, a nie są obciążeni domowymi obowiązkami, mogą oddać się czytaniu. Problem jednak polega na tym, że potrzebujemy równowagi we wszystkich sferach życia. Bo według mnie człowiek jest splotem przeciwieństw. Nieustannie się miota między potrzebą miłości i sprawiedliwości, wolności i odpowiedzialności, samotności i relacji społecznych, między duchowym i materialnym wymiarem życia, kontemplacją i działaniem.

Jak tę równowagę odnaleźć?
Każdy musi szukać w innym miejscu, bo równowaga nie jest jednoznacznie zdefiniowana. Czasami bardziej potrzebujemy wycofania, czasami bardziej relacji, innym razem potrzebujemy kontemplacji, namysłu, a jeszcze innym – zaangażowania. Prowadzę kilku doktorantów i po paru miesiącach doskonale wiem, komu dać wolność, bo będzie sam pilnował pracy, od kogo muszę więcej wymagać, a komu wyznaczyć dokładny harmonogram pracy. U moich doktorantów, tak jak i u każdego z nas, granica między odpowiedzialnością a wolnością przebiega w innym punkcie. Nie da się tu powielać żadnych schematów – że inni tak robią, to ja też tak muszę.

Rozmawiałam ostatnio z młodą lekarką, która do tej pory pracowała na kilku etatach, a gdy wybuchła epidemia, postanowiła zająć się dziećmi. I odkryła, że jej powołaniem jest bycie matką, że to daje jej niewyobrażalną radość.
Trudne okoliczności rzeczywiście zmuszają nas do przemyślenia zarówno celów życia, jak i hierarchii wartości, obecnie widać to bardzo wyraźnie. Nagle jesteśmy w stanie zrezygnować z samorealizacji dla ratowania życia i dla poczucia bezpieczeństwa, uświadamiamy sobie na przykład, że nie musimy jeździć tyle razy do centrów handlowych! Tutaj należy przypomnieć zasadę, którą sformułował wielki polski filozof Władysław Tatarkiewicz w traktacie „O szczęściu”, mianowicie że każdy człowiek powinien mieć wiele źródeł szczęścia, nie tylko jedno.

Czyli że powinno się je zdywersyfikować.
Tak, bo gdy ma się jedno, to w sytuacji kryzysu nagle wszystko się wali. A gdy jest ich więcej, to można pomóc sobie, otwierając się na inną perspektywę.

Pana nauczyciel, ks. prof. Józef Tischner, powiedział, że szukamy ziemi obiecanej daleko, a ona znajduje się pod nogami. Czy tak nie jest też z radością życia?
W odpowiedzi na pani pytanie przytoczę ładną metaforę niemieckiego socjologa i filozofa Georga Simmela, do którego często się odwołuję. Otóż Simmel powiedział, że każdy człowiek, rodząc się, ma swoje własne drzwi, przez które powinien wejść w świat. I jeżeli przez te drzwi nie przejdzie, to one zostaną zamknięte, a wtedy będzie musiał przechodzić przez cudze. Wtedy taki ktoś nie żyje autentycznie, nie odkrywa siebie, tylko gra role, które wdrożyli mu inni: rodzice, tradycja, nauczyciele.

Źródłem radości, na szczęście ostatnio rehabilitowanym, jest natura. Wszyscy na potęgę kupują teraz działki! Coś zmienia się na dobre?
Miejmy nadzieję. Olga Tokarczuk w swoim genialnym wykładzie noblowskim powiedziała, że humanizm pojmowany jako panowanie człowieka nad światem przeszedł radykalny kryzys. Człowiek to wcale nie brzmi dumnie w kontekście obozów koncentracyjnych i gułagów, a potem niszczenia klimatu. Musimy zacząć myśleć o człowieku z zupełnie innej perspektywy.

Co pan proponuje?
Niektórzy wprowadzają perspektywę posthumanizmu. Nie chodzi o to, żeby ogłosić śmierć człowieka, tylko żeby szukać równowagi między światem zwierzęcym, roślinnym a nami samymi. Musimy zacząć inaczej myśleć o swoich potrzebach. Czy kapitalizm musi rozwijać się tak jak do tej pory, mnożąc nasze potrzeby? Czy idąc do supermarketu, musimy wybierać mikrofalówkę spośród stu rodzajów, wystarczą przecież cztery. Po co produkować tyle metalu, plastiku, niszczyć środowisko, a wszystko dla wyimaginowanych potrzeb? Albo mnożyć przedmioty, których nie będziemy w stanie nawet skonsumować? Potrzebna jest nam równowaga nie tylko między światem przyrody a nami, ale także między intelektem a rozumem.

To znaczy?
Intelekt to władza myślenia, pozwala nam rozwijać nowoczesną technikę, a rozum to władza, która pozwala nam żyć we wspólnocie, rozumieć innych. Intelekt jest sposobem myślenia poza dobrem i złem, tak samo komputery i nowe technologie nie są ani dobre ani złe. Natomiast rozum kieruje się wartościami. Jeżeli stworzymy sztuczną inteligencję, to nie możemy dbać tylko o to, by była sprawna, ale i o to, by poprawiała dobrostan ludzi.

Dla wielu Bóg, duchowość to ważne filary człowieczej kondycji, źródło sensu i radości życia. A dla pana?
Różnie można rozumieć wymiar religijny, sama pani użyła słowa „duchowość”, które ma odmienny sens niż religia rozumiana w tradycji obrzędowej, ludowej, gdzie bywa traktowana czasem w sposób magiczny. Słyszałem głosy, że koronawirus to boża kara. Zazdroszczę tym, którzy umieją przejrzeć boże wyroki. Dla mnie, oczywiście, niezmiernie ważny jest duchowy wymiar życia, tylko że ja odnajduję go w pięknie sztuki, natury, w wartościach, relacjach. To jest mój dobrostan.

Boga widzi pan w tym, co nas otacza?
Także w tym, co ludzie robią ludziom. Bardzo bliskie jest mi sformułowanie Nietzschego, zupełnie niezrozumianego myśliciela, który powiada, że królestwo Boże to nie jest „Tam”, tylko stan serca. Bo to ludzie ludziom stwarzają niebo i ludzie ludziom stwarzają piekło.

Psychiatra Viktor Frankl, więzień obozu koncentracyjnego, w swojej genialnej książce „Człowiek w poszukiwaniu sensu” pokazuje, że dobro może objawić się w najbardziej dramatycznych warunkach.
Nie wiem, jak zachowałbym się w tak ekstremalnych sytuacjach, w jakich znalazł się Frankl. Ale zgadzam się z nim, że nawet w tych najgorszych momentach można dostrzec dobro. Ja raczej staram się myśleć kategoriami nie tylko dobra, ale i nadziei. W tym roku nie mogę pojechać nad Morze Śródziemne, co jest dla mnie dotkliwe, bo lubię ciepło, pogodę, słońce.

I jak pan sobie z tym brakiem radzi?
Na przykład tak, że pijąc sok pomarańczowy, zamykam oczy i wyobrażam sobie, że siedzę nad morzem. Mam nadzieję, że jeżeli nie za rok, to za dwa lata tam pojadę. A gdy siedzę przy komputerze i piszę książki, to mam nadzieję, że one w czymś komuś pomogą.

Nadzieja to życiodajna siła?
Zdecydowanie tak. Przypuszczam, że obozy koncentracyjne udało się przeżyć ludziom, którzy mieli nadzieję, natomiast ci tej nadziei pozbawieni nie mieli motywacji, by walczyć.

Przeżył pan śmierć dwojga dzieci tuż po ich narodzinach. Co pana z tej traumy uratowało?
Dla mnie zawsze perspektywą ocalającą z bezpośredniej traumy były książki, myślenie, nauka. Tamtego dnia, gdy miał urodzić się mój pierwszy syn, tłumaczyłem książkę żydowskiego filozofa Franza Rosenzweiga „Gwiazda zbawienia”. Przetłumaczyłem zdanie wypowiedziane przez żonę Hioba: „Przeklnij go i umieraj”, postawiłem kropkę i pojechałem do szpitala, gdzie dowiedziałem się o śmierci syna. Wróciłem i tłumaczyłem dalej. Zawsze żyję życiem takim, jakie ono jest, i szukam równowagi między nim a różnego rodzaju samorealizacją. Zawsze ratuje mnie też nadzieja. Bo czym różni się człowiek, który ma nadzieję, od marzyciela? Załóżmy że obydwaj chcą zbudować dom. Marzyciel przegląda kolejne „Muratory” i wyobraża sobie, jak ten dom będzie wyglądał, ale nie wykonuje żadnego działania, żeby to się ziściło. Natomiast ten drugi zaczyna od tego, że dzwoni do architekta, zamawia projekt i działa.

Przywołał pan Hioba, więc zapytam, dlaczego jedni mają taką siłę, żeby się podźwignąć jak Hiob, a inni nie mają jej wcale? Hiobowi pomogła wiara, Bóg mu wszystko wynagrodził.
Nie wiem, dlaczego w jednych ludziach są siły życia, a inni ich nie mają. A co do mojej religijności – powiedziałem to już kiedyś: „Do tej pory to ja mówiłem do Boga, natomiast po doświadczeniu śmierci dzieci zwróciłem się do Boga: »Teraz ty mów do mnie«”. Stwierdziłem, że wierzyć to znaczy trwać w milczeniu Boga. Niedługo po tym, jak to powiedziałem, zmarły niedawno Jerzy Pilch napisał do mnie mejl, że całe życie szukał tego zdania. Po śmierci dzieci zmieniłem perspektywę, przestałem wchodzić w relację z Bogiem, a jednocześnie nie zamknąłem drzwi. Uważam, że to jest to minimum, które człowiek może zrobić, żeby móc dobrze spać. No i minęło parę lat i narodził się mój trzeci, zdrowy, syn Samuel. Podarował mi kolejne życie. Ma siedem lat, uczy mnie radości z zabawy klockami, jazdy na hulajnodze.

Wszyscy szukamy radości życia w drugim człowieku.
Człowiek musi mieć punkt odniesienia, życie nie ma sensu, jeśli nie jest życiem dla kogoś. Nie twierdzę, że to nie może być życie dla Boga. Może, tylko to życie musi być absolutnie autentyczne, bo jeśli nie jest, to wtedy ludzie szukają innych sposobów samorealizacji, często w hipokryzji, udawaniu. Ja nigdy nie udawałem, zawsze starałem się być uczciwy wobec siebie. Zapragnąłem żyć dla kogoś i to pragnienie zrealizowałem. Nie wykluczam jednak takiej możliwości, że ktoś może tego kogoś, dla kogo żyje, znaleźć w sobie.

Ilustracja Arobal Ilustracja Arobal

To nie będzie egoizm czy narcyzm?
Nie, to jest miłość siebie. Zakłada ona budowanie równowagi nie na relacji z innymi, tylko ze sobą samym. Ludzie, którzy są sami, nie zawsze są samotni. A to, że ktoś przebywa nieustannie w towarzystwie, nie oznacza, że nie jest samotny, może być dokładnie odwrotnie. To trochę tak jak z Sokratesem, który szedł ulicami Aten i mówił do siebie, a nie było wtedy jeszcze zestawów głośnomówiących. Zapytany, co robi, odpowiedział, że rozmawia sam ze sobą, bo od czasu do czasu chce porozmawiać z kimś inteligentnym. Jeśli ktoś ma takie bogactwo życia w sobie, takie zainteresowanie nauką, samorozwojem i jeśli to mu wystarcza, to wcale nie przeczę, że może być szczęśliwy. Radość może wynikać nie tylko z życia dla Boga, dla dzieci, ale także z życia dla siebie. I nie traktuję tego jako egoizmu i narcyzmu, ale jako pełnowartościowe życie.

Może to pytanie zbyt błahe dla profesora filozofii, ale jestem bardzo ciekawa, co panu sprawia taką niekłamaną radość. Jakie rytuały, zajęcia? A może małe radości to nieistotne zastępowacze, bo prawdziwe życie toczy się gdzie indziej?
Mam swoje ulubione zajęcia i nie są to zastępowacze. Narzucono nam narrację, w myśl której jesteśmy tu za karę, w zasadzie po to, żeby odpokutować winy, że kołyska to właściwie trumna, a trumna to kołyska. Ta narracja powoduje, że żyjemy jakimiś wyimaginowanymi ideałami, odwracamy się od ludzi, świata. A życie zostało nam dane po to, żeby je przeżywać, żeby czerpać radość z tych chwil, które się zdarzają. Możemy traktować życie jak turyści, którzy jeżdżą z miejsca do miejsca, szukając nowych wrażeń. A można usiąść na Piazza Navona z kieliszkiem wina i przyglądać się kotom leniwie przeciągającym się na słońcu. I to też jest życie.

A jakie są te pana ulubione zajęcia?
W czasie pandemii posadziłem, zresztą po raz pierwszy w życiu, truskawki i pomidory. Teraz chodzę sobie do ogrodu i się przyglądam: które rośliny zakwitły, które mają owoce, a które trzeba podlać. Mieszkam w takim miejscu, że mogę w każdej wolnej chwili pójść w góry, do lasu. Dookoła zieleń, cisza, tylko ptaki śpiewają i owady brzęczą. Ta sama okolica, a za każdym razem odkrywam w niej coś innego.

Ktoś by powiedział: „nuda”.
To ja odwołałbym się do wykładu noblowskiego, tym razem Wisławy Szymborskiej, w którym polemizowała z Koheletem, z jego słynnym: „Nic nowego pod słońcem, jest tak samo”. Szymborska powiedziała: Nie, nie jest tak samo, każdy promień słońca jest inny i każdy ptak, który siada na gałęzi, i każdy dzień. Na to samo drzewo można patrzeć codziennie z innej perspektywy. Francuski filozof i teoretyk muzyki Vladimir Jankélévitch nazwał to zjawisko urokiem chwili. I dał takie przykłady: urok chwili to zapach glicynii o północy i ciastko zanurzone w herbacie.

Żeby doświadczyć uroku chwili, trzeba się zatrzymać?
Trzeba zmienić oczy. Duński filozof Kierkegaard zapytał: „Dokąd biegną ci szybkobiegacze? Przypominają oni pewną kobietę, która z pożaru wyniosła tylko pogrzebacz”. Czyli zrobiła coś absurdalnego, bo pogrzebacz przydałby się tam, w spalonym domu. Niektórzy nic więcej nie wynoszą z pożaru życia. Nie bądźmy jak ona.

Tadeusz Gadacz, prof. dr hab., filozof i religioznawca, pracuje na Wydziale Nauk Humanistycznych AGH i Collegium Civitas.

  1. Psychologia

Empatia zamiast chciwości. Mieć czy być?

By przezwyciężyć chciwość należy przede wszystkim doceniać to, co mamy, i być za to wdzięcznym. (Fot. iStock)
By przezwyciężyć chciwość należy przede wszystkim doceniać to, co mamy, i być za to wdzięcznym. (Fot. iStock)
Pytanie, nad którym zastanawiał się Erich Fromm, przestało być przedmiotem swobodnych dywagacji. Bo dziś nie ma już wyboru. Chcąc przetrwać i uratować planetę, musimy okiełznać pragnienie posiadania. A to wymaga codziennej pracy nad własną uważnością, empatią wobec świata i samego siebie – uważa psycholożka społeczna Patrycja Sławuta z  Uniwersytetu The New School w Nowym Jorku.

Zachłanność to nasza natura?
Niekoniecznie. Choć istnieje w nas potrzeba poszerzania terytorium, by poczuć się bezpieczniej. Współczesnym jej wyrazem jest pomnażanie dóbr, wspinanie się po szczeblach kariery. Ale to jeszcze nie oznacza chciwości. Zachłanność to pożądanie bez opamiętania. Mówimy o niej, gdy ambicja posiadania radykalnie przerasta nasze potrzeby i możliwości. Gdy jest niepohamowana, przekracza zasady moralne i wymyka się spod kontroli.

W naszym kręgu kulturowym chciwość to chyba norma. A umiar – cnota wyjątkowa.
Chciwi mają mniejszą empatię. Słabiej odczytują komunikaty innych. Z ewolucyjnego punktu widzenia – im większy dostatek, tym mniej jesteśmy zależni od otoczenia i tym mniejszy nasz interes w zagłębianiu się w cudze przekazy. Inni przestają być tak istotni z punktu widzenia naszego przetrwania. Stajemy się indywidualistami, mniej nam zależy na relacjach. Skupiamy się na sobie i zasobności portfela. Wysoki poziom życia w krajach rozwiniętych sprawia, że wpadamy w pułapkę chciwości.

Pułapkę, bo nie jesteśmy wcale szczęśliwsi, chcąc i  mając więcej?
Rozmaite badania nieraz dowiodły, że poziom satysfakcji z życia rośnie wraz ze zwiększaniem dochodów, ale tylko do pewnego pułapu. W Polsce to ok. 5 tys. zł miesięcznie. Zapewnimy sobie za to dach nad głową, wykarmimy dzieci i niewiele więcej. Powyżej tej kwoty możemy być majętni na dowolnym poziomie, ale szczęśliwsi już z tego powodu nie będziemy.

Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia.
Utożsamiamy pieniądze z bezpieczeństwem, statusem. Myślimy: „A gdybym miał jeszcze więcej?”. Aż 80 proc. mieszkańców krajów rozwiniętych niezależnie od wysokości dochodów uważa, że jeśli zarabiałoby od trzech do czterech razy więcej, osiągnęłoby dziesiątkę na skali szczęśliwości. To iluzja, która potrafi zgubić na lata. Fałszywe przekonanie, do którego jesteśmy niezwykle przywiązani. W latach 60. dla połowy maturzystów w Stanach Zjednoczonych największym marzeniem było być bogatym. Dziś o fortunie śni 75 proc. 19-latków. W Polsce wynik byłby zbliżony.

Jesteśmy coraz bardziej chciwi?
Tak, przy tym pogłębia się też poczucie osamotnienia, częściej cierpimy z powodu depresji i lęku. Idą w parze z zachłannością. Pracowałam w 2009 roku na Wall Street. Zaproponowano mi tygodniowo więcej, niż przez dwa miesiące byłam w stanie zarobić na uczelni. Potem okazało się, że inni dostawali tam pięć razy więcej. Patrząc w górę, zawsze mogłeś dostrzec kogoś, kto miał pensję jeszcze wyższą. Nie wiedziałam, co robić z takimi pieniędzmi. Kupowałam kolczyki, buty, szaliczki. Aż tyle tego nagromadziłam, że otrzeźwiałam. Zakupy były środkiem kojącym poczucie winy i wstyd. Bo zarabialiśmy duże pieniądze, widząc, jak inni tracą mieszkania, lądują na ulicy. Na Wall Street była wtedy specyficzna kultura, w której się chce jeszcze i jeszcze. Ludzie dość często idą w używki. Bawią się bez hamulców, kupują dużo i drogo, uzależniają się od seksu. To miejsce przyciąga specyficzne typy osobowościowe. Dla niektórych pęd, presja i szybkość świata finansów to grunt pod chciwość.

Ale nie musi ona dotyczyć pieniędzy?
Można być chciwym np. nobilitujących tytułów lub czasu. Wciąż ci mało. Nie możesz się zatrzymać, bo masz poczucie, że coś wartościowego ucieka ci sprzed nosa. Że jesteś z jakiegoś powodu niekompletny. Musisz więc zapełnić lukę. Mistrzostwem w efektywnym wykorzystaniu czasu, zrobieniem czegoś, co przełoży się kiedyś na stan konta. Ciekawe jest, że nasz mózg reaguje podobnie w przypadku poczucia braku pieniędzy, jak też braku czasu. Włącza się tzw. myślenie tunelowe. Spada iloraz inteligencji, zawęża się spektrum świadomości. Dostrzegamy jedynie krótkoterminowe konsekwencje własnych działań, zapominając o dłuższej perspektywie. Stajemy przed pytaniem: „Jak najszybciej zarobić pieniądze?”, i… wpadamy w amok. Rodzina schodzi na drugi plan. Nie ma czasu na pielęgnowanie relacji, odpoczynek. Funkcjonujemy w kategoriach długu. Tutaj pożyczę, tam pożyczę, w przyszłości oddam.

Wytworem naszych czasów jest też chciwość doświadczania…
Ta ma nieco lepszą reputację. Okazuje się, że poziom szczęścia wzrasta, jak tylko wyobrażamy sobie ekscytujące przeżycie, które ma szansę stać się naszym udziałem. Nie mówiąc o tym, co się dzieje, gdy faktycznie go doświadczamy. Za każdym razem dostajemy zastrzyk endorfin. Kupowanie przedmiotów nie ma szans na tak długoterminowe profity. Z butów, które dostaliśmy pod choinkę, cieszymy się przez pierwszą dobę. Po kilku dniach nam powszednieją. Za to znacznie dłużej zasilać nas będzie wspomnienie samego doświadczenia Wigilii. Naszych odczuć, ciepła, radości.

Może kolekcjonowanie doświadczeń nie wynika z zachłanności, ale z apetytu na życie?
Warto umieć to rozróżnić. Można coś chwytać po to, by to podtrzymywać i cieszyć się doświadczaniem tego. Albo chwytać po to, by trzymać się tego kurczowo w lęku i potrzebie posiadania tej rzeczy. Pierwsze to konsekwencja apetytu na życie. Drugie – zachłanności. Podobnie jest z bogactwem. Można żyć w obfitości, ale nie przywiązać się do niej. Albo uzależnić się od dostatku i w lęku przed jego utratą utrzymywać go za wszelką cenę, np. kosztem relacji.

Jak przestać chcieć więcej i nie być przygnębionym?
Przede wszystkim doceniać to, co mamy, i być za to wdzięcznym. A umiejętność ta nie spadnie z nieba. Nasz mózg jest ewolucyjnie uwarunkowany na dostrzeganie w pierwszej kolejności negatywnych rzeczy. Ale możemy go przeuczyć. Podstawą jest świadome zwracanie uwagi na dobre aspekty życia i afirmowanie radości z ich powodu. Nawet jeśli to rzecz materialna, warto się przy niej zatrzymać. Uświadomić sobie, jak bardzo jest przydatna i jak przyjemnie z nią obcować.

Brzmi jak prowadzenie dzienniczka wdzięczności.
Bo o praktykę wdzięczności tu chodzi. Jest numerem jeden na liście czynności szczęściodajnych. Sęk w tym, by ćwiczyć codziennie. Nauczymy się wtedy dostrzegać dobro i reagować na nie automatycznie pozytywnymi emocjami. Wdzięczność to mięsień, który można rozbudować i wzmocnić.

To już cała recepta na zmianę chciwego w ceniącego umiar?
Niecała. Warto rozprawić się ze swoim przywiązaniem do rzeczy. W książce „Sztuka sprzątania...” Dominique Loreau uczy, jak żegnać się z przedmiotami. Przed przeprowadzką z Nowego Jorku do San Francisco musiałam oddać 500 książek. Gdyby nie jej techniki, nie poszłoby tak gładko. Bierzesz rzecz, którą chcesz puścić dalej, i dziękujesz jej, że ci służyła. Zadajesz sobie pytanie, czy jeszcze ci się przyda. I jeśli uczciwa odpowiedź brzmi „nie”, pozwalasz rzeczy odejść, dziękując jej i życząc, by pomogła kolejnym osobom.

Czy to przypadkiem nie technika dla nałogowych zbieraczy?
Nie tylko. Również dla zachłannych, by nauczyli się zamykać silne związki z przedmiotami. Nasze ego rozpływa się poza ramy cielesne. Jeśli rozdzielamy się z naszym smartfonem, aktywują się te same części mózgu co po stracie kogoś bliskiego. Z telefonem mamy więź. Badania pokazują, że jeśli tylko dotkniemy palcem produktu na ekranie smartfona, od razu chcemy go kupić. Bo nasze „ja” zdążyło się rozlać i stał się on częścią nas. Psychologia tzw. myślenia magicznego mówi, że jeśli coś miało z czymś kontakt, na zawsze przyjmuje tego esencję. W słynnym badaniu Rosina dotyczącym obrzydzenia zadawano jego uczestnikom pytanie: „Czy jeżeli dałbym ci sweter noszony przez Hitlera, prany potem kilkadziesiąt razy, to włożyłbyś go?”. Nie znalazł się chętny. Ale na propozycję: „Czy włożyłbyś sweter noszony przez Matkę Teresę”, uczestnicy ochoczo się ożywiali.

Wygląda na to, że chcąc żyć z umiarem, nie można spać spokojnie?
Można. Wystarczy rozróżniać realne pragnienia od absurdalnych, sztucznie wzbudzanych. Praktyka uważności pomaga. Bo umożliwia identyfikację i rozumienie własnych emocji, a przede wszystkim oddzielenie się od nich, by przyjrzeć się im z pozycji obserwatora. Zyskujemy wtedy kontrolę nad uczuciami. Dzięki niej stając przed ladą w sklepie, zanim coś kupimy, spytamy siebie kilka razy: „Po co mi to?” i „czy na pewno tego potrzebuję?”. Na zmianę postawy życiowej możemy też wpływać sposobem jedzenia. Zachłanne osoby na ogół wrzucają w siebie kęsy w pośpiechu i szybko połykają. A jeśli zwalniamy i delektujemy się daniem, zmienia się nasza percepcja rzeczywistości. Dziś poczujesz całym sobą, jak smakuje mały kęs, jutro będziesz czuł każdą wydaną złotówkę. Delektując się jedzeniem, dostarczamy sobie witaminy P, czyli otwieramy się na zmysłową przyjemność, w której możemy się rozpłynąć. Picie latte, słuchanie pięknej muzyki, podziwianie zachodu słońca. Poczucie zachwytu na widok piękna w małych rzeczach stymuluje system immunologiczny. Czas spowalnia. Robimy się bardziej gościnni, milsi dla innych. Zapominamy o zbyt agresywnych celach finansowych.

Jak powstrzymać epidemię zachłanności?
Media mogą pokazywać jej potencjalne skutki na przykładzie losów pojedynczych bohaterów. Dopiero wtedy uruchomimy empatię, przejmiemy się. Ciekawe też są eksperymenty społeczne, jak np. festiwal Burning Man na pustyni Nevada, gdzie chętni zjeżdżają się na tydzień, by budować od podstaw nowe społeczeństwo. Pieniądze nie istnieją. Istnieje wymiana dóbr i usług. Robisz wyłącznie to, na co masz ochotę. Nie ma zasięgu telefonicznego i jesteś zdany na współtowarzyszy. Okazuje się, że ludzie potrafią tworzyć doskonale funkcjonujące wspólnoty, w których liczy się kreatywność, sztuka, radykalna ekspresja i radykalna zależność jednej osoby od drugiej. Festiwal odrodził u wielu uczestników wiarę w ludzkość. W tygodniowym eksperymencie może wziąć udział każdy, a dotąd poddały się mu tysiące osób.

Jeden festiwal nie uleczy wszystkich.
Z jednej strony panoszy się chciwość, z drugiej – coraz częściej spotykam odwrotne postawy. Niektórzy mówią: „Ja nie chcę 30-letniego kredytu”; „Nie interesuje mnie etat i emerytura, której i tak nie dostanę”. Coraz więcej osób zadaje sobie pytanie: „Dokąd to wszystko prowadzi”, i zaczyna żyć minimalistycznie. Ale największą pracę mamy do wykonania nad sobą. Zerwanie z chciwością musi się zacząć od uruchomienia empatii wobec nas samych. Postawa: pracuj i miej więcej, to brak współczucia dla własnego losu. Psychiatra Mark Epstein w książce „Trauma codzienności” pisze o malutkich traumach, jakie przechodzimy każdego dnia. Dla przyszłości najważniejsze jest dziś to, w jaki sposób zwracamy się do siebie samych. Czy stawiamy siebie pod ścianą, strofując: „Jesteś beznadziejny, nie osiągnąłeś tego i tego”, czy delikatnie szepcemy: „Ależ miałeś ciężki dzień. Zrób dla siebie coś przyjemnego i spróbuj znów jutro”.

To wszystko?
Wielu psychologów twierdzi, że przejdziemy wkrótce ważną ewolucję. Za sprawą technologii. Portale takie jak Facebook czy Twitter zrewolucjonizowały radykalnie komunikację społeczną. Nadchodzi czas nowego Internetu, który bezpowrotnie zmieni charakter naszych najbliższych relacji. Troska, empatia, głęboki kontakt mają odzyskać wysokie noty. A wtedy… dla chciwości może nie starczyć już miejsca.

Patrycja Sławuta, najpopularniejsza polska psycholog społeczna w Dolinie Krzemowej.  Mieszka w Nowym Jorku i San Francisco. Ukończyła psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Zajmuje się m.in. psychologią moralności, kolektywnym poczuciem wstydu. Współpracuje z uczelniami w USA, Hiszpanii i Izraelu.