1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Nie żyje Wojciech Pszoniak. Wybitny aktor miał 78 lat

Nie żyje Wojciech Pszoniak. Wybitny aktor miał 78 lat

Wojciech Pszoniak. (Fot. Rafał Guz/Forum)
Wojciech Pszoniak. (Fot. Rafał Guz/Forum)
Żegnamy jednego z najwybitniejszych polskich aktorów. Wojciech Pszoniak zmarł dziś rano, w wieku 78 lat. Zmagał się z chorobą nowotworową. Przypominamy wywiad, którego udzielił kilka lat temu na łamach naszego pisma.

W książce „Aktor”, którą napisałeś wraz z Michałem Komarem, opowiadasz, że będąc dzieckiem, czułeś straszliwą samotność. Chciałeś nawet popełnić samobójstwo.
Miałem 13 lat, kiedy umarł ojciec. To jest wiek, w którym spod ciepłych skrzydeł matki chłopca przejmuje właśnie ojciec. Czas inicjacji. Ja jej nie miałem. W związku z tym czułem się niezwykle samotny. Byłem najsamotniejszym człowiekiem na świecie. To było tragiczne.

A koledzy? Nie miałeś w nich wsparcia?
Nie miałem ich, bo nigdy nie miałem potrzeby kumplowania się, i do dziś nie mam. Nie udało mi się umrzeć, więc musiałem zdecydować co dalej.

Nie udało ci się umrzeć, bo…
Raz się nie udało, bo pociąg przejechał nie po tych torach. Następnym razem postanowiłem w nocy wejść na stalowe wieżyczki, na których umieszczone były semafory. Już wspiąłem się na nie z paskiem, ale przegonił mnie dróżnik i zwiałem. Widocznie to był mój anioł stróż czy może inny wysłannik Pana Boga, nie wiem. Trzeci raz już nie próbowałem.

Trzeci raz to poszedłeś do wojska z własnej woli jako 13-latek. Stałeś się kadetem.
I przeżyłem tam dwa lata. To był zupełnie obcy mi świat – ludzie, ich mentalność, sposób zachowania się. Wszystko było inne niż w moim domu.

O wojsku mówiło się kiedyś pompatycznie: szkoła życia.
O tak. Ale właśnie tam pojąłem, że to świat, w którym nie chcę żyć. Świat, który mnie nie interesuje, świat, którego nie rozumiem. Wiedziałem, że muszę z tego świata uciekać.

Dokąd?
Wiedziałem, skąd mam uciec, ale jeszcze nie wiedziałem dokąd. To był najważniejszy moment w moim życiu.

A kiedy zdecydowałeś, że zostaniesz aktorem?
Poznałem wielu starszych ludzi, którzy narzekali, że podjęli złe wybory w swoim życiu. A ja chciałem dokonać właściwego i ciągle szukałem. A że byłem omnibusem, to próbowałem różnych rzeczy: latałem na szybowcach, skakałem ze spadochronem, grałem na instrumentach, marzyłem też o wyprawie w Himalaje. W pewnym momencie pomyślałem o aktorstwie, być może też dlatego, że mój starszy brat Antoni już był aktorem. Nie miałem ojca, więc wzorowałem się na nim. Próbowałem, ale nie byłem pewny, czy to jest to. Grałem w teatrze amatorskim. Dobrze, ale stale mi czegoś brakowało.

Spotkałeś wtedy wybitnego poetę i pisarza Tadeusza Różewicza.
Został opiekunem naszego teatru i szybko się zaprzyjaźniliśmy. Latem zapraszaliśmy go na Mazury, gdzie żeglowaliśmy. Człowiek, szczególnie młody, rzadko zdaje sobie sprawę z wagi takiego zdarzenia. A dzisiaj mogę powiedzieć, że bez spotkania Różewicza na pewno byłbym inny. Kompletnie inny.

Pamiętasz, co wtedy do ciebie mówił?
Najważniejsza rzecz, którą mi powiedział, to, żebym spróbował opisać, sformułować, co to jest sztuka aktorska. Nigdy nie słyszałem takiego pytania. A ono było bardzo ważne i zmieniło mój punkt widzenia na aktorstwo, w ogóle na sztukę.

Odpowiedziałeś?
Do dziś nie wiem i wciąż mnie to nurtuje i fascynuje. Przyglądam się moim studentom, sobie. Piszę na ten temat. Myślę o tym dzięki Tadeuszowi.

Intuicyjnie wiesz, kiedy masz do czynienia ze sztuką w aktorstwie, a kiedy z rzemiosłem?
Oczywiście. Rzemiosło nie ma nic wspólnego ze sztuką. Zresztą nie lubię tego słowa. Dlatego prowokacyjnie mówię o sobie jako o niezawodowym aktorze. Podobnie jak nie można być zawodowym księdzem czy poetą, tak nie można być zawodowym artystą. Bywam aktorem albo czekam, żeby nim być.

W swoich wierszach także zmagasz się z tematem sztuki aktorskiej. „Aktorstwo / odkrywanie czegoś z bijącym sercem / zabawa w chowanego w ciemnych piwnicach / gruzach / jak w dzieciństwie”. Aktor sięga do doświadczenia bycia dzieckiem?
Myślę, że w sztuce człowiek, który nie zatrzymał w sobie dziecka, nie istnieje. Tylko dziecko ma dar korzystania z wyobraźni, z wchodzenia w inną rzeczywistość. To jest też coś najcenniejszego dla artysty. Dziecko jest niesamowicie otwarte, a sztuka to bezinteresowne otwieranie się. Na te momenty się czeka.

Zagrałeś wiele wybitnych ról. Przy każdym budowaniu roli – Korczaka, Robespierre’a czy Puka – zaczynałeś od otwarcia się na postać?
Nie ma jednej metody. Wiem na pewno, że muszę mieć natchnienie, kontemplować. To jest rodzaj wchodzenia w rzeczywistość postaci, którą gram, w świat, w którym mam się znaleźć. Chodzę ulicami, prowadzę samochód, rozmawiam z ludźmi, ale powoli wkraczam w tę inną rzeczywistość. Jeżeli takiego stanu nie udaje mi się szybko osiągnąć, to boję się i bardzo się denerwuję. Nie mogę jednak tego przyspieszyć. Paradoksalnie praca aktora odbywa się głównie w samotności. W domu nie ma nikogo: nie ma widza, nie ma reżysera. Jest się tylko ze sobą. A kto może wiedzieć lepiej, czy kłamię, czy mówię prawdę, niż ja sam.

W innym wierszu piszesz: „Sztuka aktorska – ciągła podróż poszukiwanie zdobywanie podróż w siebie w innych poszukiwanie zdobywanie prawdy nie mógłbym chyba zagrać Hitlera nie umiałbym szukać w nim człowieka”. Zawsze szukasz człowieka?
Wyłącznie. Nie można zagrać stolarza, ślusarza, działacza partyjnego, Żyda, Polaka. Gra się człowieka bez względu na to, jaki wykonuje zawód czy jakiej jest narodowości. Praca nad rolą zaczyna się od człowieka i na człowieku się kończy. Jeśli jest inaczej, to nie ma to nic wspólnego ze sztuką.

Jak dobierałeś się do postaci Piotra Wierchowieńskiego w sztuce „Biesy”?
To była fascynująca praca z Wajdą w krakowskim Starym Teatrze. Ale i  dramatyczna ze względu na Dostojewskiego, który jest dla mnie niebezpiecznym autorem, bo dotyka bardzo mrocznych i przerażających stron człowieka. Ten Wierchowieński był dla mnie wyzwaniem. Byłem młodym człowiekiem, który nie poczuł jeszcze, czym jest prawdziwe zło. Czułem, że bez tego doświadczenia nie będę mógł tej roli zagrać. Musiałem to uruchomić w sobie. I udało się, bo znalazłem taki moment w moim życiu.

Gdzie to znalazłeś?
Moja matka bardzo pilnowała reguł, którymi powinien kierować się młody człowiek. Któregoś dnia odwiedziła mnie koleżanka. Było już po dziesiątej wieczorem. Siedzieliśmy grzecznie, słuchając muzyki z magnetofonu. Do pokoju wpadła matka i zakończyła nasze zupełnie niewinne spotkanie. Kiedy koleżanka wyszła, matka wygadywała rzeczy, których przykro było słuchać. Na przykład że tak się tylko prostytutki zachowują. Potem nieustannie do tego wracała. I pewnego dnia, kiedy kolejny raz to powtórzyła, wziąłem magnetofon, który był wielki i ciężki, i chciałem nim w nią rzucić. Chciałem ją zabić. Po prostu zabić. No, ale dobrze wychowany chłopak nie zabija swojej matki. Zresztą zawsze miałem konflikt z matką, która próbowała mnie złamać. Miała silny charakter, ale jej się nie udało. Tamto zdarzenie utkwiło we mnie. I kiedy pracowałem nad rolą Wierchowieńskiego, przy której męczyłem się niemiłosiernie, nagle wyciągnąłem tamto zdarzenie z głębokiej pamięci. I wtedy już wiedziałem, co to za postać.

Zawsze przy budowaniu roli szukasz wskazówek w sobie?
Nie można zagrać kogoś innego. Można kogoś naśladować, zrobić czyjąś karykaturę, skopiować. Ale nie o to chodzi. Żeby stworzyć postać, trzeba czerpać z siebie. Nie ma innej możliwości, wszystko inne jest albo udawaniem, albo lękiem przed sobą. Sztuka w ogóle jest wynikiem tego, kim artysta jest. Nie warto być aktorem, żeby udawać.

Były role, których na początku nie chciałeś się podjąć. Na przykład Robespierre’a. Dlaczego?
Nie znałem takich ludzi, takich konstrukcji psychicznych. Nie wiem, może gdybym znał kogoś z NKWD, jakiegoś oficera UB, jakiegoś fanatyka, Dzierżyńskiego…

Ale Gomułkę zagrałeś?
Ale to jest inny wymiar. Gomułka to jest mały pikuś w stosunku do Robespierre’a.

Kiedy zdecydowałeś, że jednak zagrasz tę rolę?
Miałem zaufanie zarówno do Zygmunta Hübnera, ówczesnego dyrektora Teatru Powszechnego w Warszawie, jak i do Andrzeja Wajdy, z którym już wcześniej wiele razy pracowałem. Oni przekonali mnie, że to jest rola dla mnie. Zapytałem tylko, jakie racje za tym przemawiają, dlaczego oni uważają, że to jest dla mnie. Może jest coś, czego ja w sobie nie widzę? No i zacząłem szukać, aż znalazłem w sobie pewną skłonność do idealizmu, ale też jakiś rodzaj perfekcjonizmu. Mam też tendencję do porządkowania świata, by był lepszy, ale też potrzebę porządkowania siebie. I od tego zacząłem myślenie o roli. Potem musiałem zlikwidować w sobie tego ruchliwego Pszoniaka, który mi przeszkadzał…

Usprawiedliwiasz człowieka z jego zła?
Nigdy nie oceniam. Aktor nie jest prokuratorem, nie jest sędzią.

Kolejną nieoczywistą dla ciebie rolą była postać Korczaka.
Korczak to trudny temat. To, co jest najbardziej spektakularne w jego życiu, to śmierć z dziećmi w komorze gazowej. A co z resztą? Kiedy Wajda zaproponował mi tę rolę, zastanawiałem się, co mam z nią zrobić. Gdzie mam szukać? Zacząłem, oczywiście, czytać różne książki Korczaka, ale też to, co o nim napisano. Nic mi to nie dawało, odrzuciłem te wszystkie lektury. Pochyliłem się nad „Pamiętnikiem z getta”. I dopiero po jego przeczytaniu poczułem i zrozumiałem, w którym kierunku mam iść. Próbowałem pójść do gazu razem z Korczakiem. Musiałem to przeżyć. Bo to jest rola nie do zagrania. Tego nie można zagrać. I ja tam nie gram. Do tego stopnia ta postać weszła we mnie czy ja w tę postać, że przez kilka lat, gdy dziennikarze pytali mnie o Korczaka, to w ogóle nie mogłem o tym mówić.

Miałeś traumę?
Tak. Teraz mi się tak zrobiło…

Poczułeś dreszcz?
Wróciło wspomnienie. Z roli wyszedłem tuż po zdjęciach, ale na sam sygnał: Korczak, to tak jak w tej chwili… To zostaje na zawsze. Chcę powiedzieć, że dużo daję z siebie postaciom, które gram, ale też te postacie zostawiają we mnie ślad.

To są ogromne emocje.
Widocznie mam potrzebę głębokiego przeżywania jako człowiek i w związku z tym tego szukam w sztuce. Przecież nikt mi tego nie każe robić.

Twoja droga sztuki aktorskiej zaczęła się niefortunnie. Nie zostałeś przyjęty do szkoły teatralnej w Warszawie. Egzaminatorzy podali jakieś zdumiewające powody tej decyzji. Zauważyli nawet jakieś wady wymowy.
Myślę, że byli zmęczeni. Teraz jako pedagog wiem, co to znaczy. Tamtego dnia przyszedł jakiś blondynek, który nie zrobił na nich wrażenia. Ale to dla mnie była fantastyczna lekcja, bo dzięki niej jestem bardzo uważny przy rekrutacji młodych ludzi do szkoły teatralnej.

Uparłeś się i skończyłeś studia w Krakowie. Podczas nich nie chałturzyłeś tak jak koledzy, żeby zarobić na życie. Zdarzało ci się znowu głodować jak w dzieciństwie, kiedy ze Lwowa po wojnie przyjechałeś z rodziną do Gliwic.
Na wakacjach pracowałem jako pomocnik zaopatrzeniowca w studenckim ośrodku żeglarskim w Giżycku, bo nie chciałem chałturzyć. Uważałem, i nadal tak uważam, że sztuka aktorska to jest moje święto. A ja potrzebuję święta. To jest najcenniejsze i chcę to szanować. Bez tego nie byłbym aktorem.

Mogłeś stracić życie w debiucie filmowym.
Kręciliśmy w Łodzi niewielki epizod na szczycie komina fabrycznego. Wszedłem tam. Lęku wysokości nie miałem, bo przecież byłem pilotem i spadochroniarzem. Pirotechnik, który był tam ze mną, odpalał jakiś ładunek, żeby stworzyć wrażenie wydobywającego się z komina dymu. Niestety, był porywisty wiatr i tak się rozhajcowało, że ten komin, na którym stałem, zapalił się. I ten cwaniak pirotechnik krzyczy do mnie: „Skacz pan!”. Jakbym skoczył, toby mnie już nie było.

Przestraszyłeś się?
Niewiele myśląc, rzuciłem się w ogień i zacząłem schodzić. Pirotechnik i strażak za mną. Gorąca smoła kapała na mnie. Miałem ręce do łokci poparzone, bo metalowe klamry w sekundę się rozgrzały. Kiedy wreszcie zszedłem, odesłali mnie na pogotowie, a potem, obandażowanego, wysłali pociągiem do Krakowa. Opowiadałem o tym, jak wyglądał mój debiut filmowy, moim przyjaciołom za granicą i oni chyba mi nie uwierzyli. Myśleli, że zmyślam.

Wróćmy do Wajdy. Grasz u niego kolejne role i nagle stajesz się znany na świecie. To są wtedy nieciekawe czasy dla Polski. W stanie wojennym, gdy miałeś wyjechać do Paryża na zdjęcia do francusko-polskiego filmu „Danton”, by zagrać Robespierre’a, twojej żonie odmówiono paszportu. Były dylematy, co zrobić?
Żadnych. Pomyślałem sobie, że wobec tego nie zagram tej roli. Jak mógłbym Basię zostawić? Nie pojechałbym bez niej. Poznałem ją dzięki Danusi Rinn, z którą się przyjaźniła, a z którą występowałem w Kabarecie pod Egidą. Po spektaklu poszliśmy razem na kolację. I tak jesteśmy z sobą 40 lat. Powiedziałem Wajdzie, który już był w Paryżu, że nie jeżdżę bez żony. Zawsze podróżujemy wspólnie, czy się to partii podoba, czy nie. Podjąłem taką decyzję bez żalu.

Pomógł wam…
Generał Kiszczak. Szukałem kogoś, kto mógłby pomóc. Prosiłem o pomoc wicepremiera Mieczysława Rakowskiego, którego żoną była moja koleżanka aktorka Ela Kępińska. Ale on się rozchorował i przekazał moją prośbę Kiszczakowi, który zadzwonił i zapytał: „Dlaczego pan do mnie nie przyszedł?”. Powiedziałem: „Panie ministrze, nie mam zwyczaju chodzić do ministrów spraw wewnętrznych, a szczególnie w stanie wojennym”. Na to on: „Niech pan nie przesadza”. Basia dostała paszport.

Wyjeżdżaliście na dłużej niż tylko na czas kręcenia filmu?
W ogóle nie miałem zamiaru wyjeżdżać na zawsze. Grałem już wcześniej we Francji m.in. z Gérardem Depardieu, z Danielem Olbrychskim, z Andrzejem Sewerynem. Rzeczywistość stanu wojennego w Polsce była okropna, ale o wyjeździe na stałe nie myślałem. Jednak potem już dostawałem propozycje jedna po drugiej. A życia się przecież nie wyreżyseruje.

Pamiętano cię przecież z „Ziemi obiecanej”. Ale kiedy po raz pierwszy pojechałeś grać po francusku, nie znałeś w tym języku wielu słów.
Uczyłem się francuskiego w liceum muzycznym i potem na studiach. Będąc aktorem, chodziłem na lekcje do Instytutu Francuskiego, jakby z przeczucia. No, ale trudno powiedzieć, że znałem język.

Jak można grać w języku, którego się nie zna?
Dostałem list od francuskiego reżysera, który widział „Ziemię obiecaną”. Reżyser chciał ze mną rozmawiać telefonicznie, więc moja żona ze swoją siostrą Bogusią, z wykształcenia romanistką, ułożyły odpowiedzi na potencjalne pytania i zapisały je na kartkach. Nauczyłem się je czytać i kiedy rozmawiałem z nim na głośnomówiącym telefonie, to Bogusia wskazywała na odpowiednie odpowiedzi. I udało się. Potem nauczyłem się na pamięć roli.

Czy on kiedykolwiek zorientował się, że nie znasz języka?
Nie, ale kiedy graliśmy już ostatni spektakl w Lozannie, reżyser przyszedł do garderoby, by mi podziękować. A ja się już wtedy kompletnie rozluźniłem i zacząłem mówić po francusku ze strasznymi błędami. Zdumiony reżyser zwrócił się na to do mojej żony: „Dziwne z tym Wojtkiem, przecież on na początku mówił dużo lepiej niż teraz”. Nie zorientował się nigdy.

A ty sam nigdy nie bałeś się, że odkryją twoją tajemnicę?
Oni mnie nie znali. Nie wiedzieli, jaki jestem, że lubię mówić, że jestem gaduła. Nazywali mnie Poźniak, bo nie mogli wymówić „Pszoniak”. Może nawet coś przeczuwali, ale Francuzi są bardzo mili i kulturalni. Jak widzisz, musiałem grać dwie role, jedną w sztuce Petera Handkego, a drugą rolę w życiu, i udawać, że wiem, co do mnie mówią, i wszystko rozumiem. Próby w teatrze trwały po dziesięć godzin, po których wracałem do domu i padałem nieżywy. Taki byłem zmęczony graniem tych dwóch ról, że moja żona nawet chciała wyjechać, bo się obawiała, że już nigdy się do niej nie odezwę. A ja przez dziesięć godzin słyszałem tylko bulgot i zupełnie nie wiedziałem, co mówią. I tak przez dwa miesiące.

Grałeś też po angielsku na West Endzie w Londynie.
To już było łatwiejsze. Szczerze mówiąc, nie chciałem grać po angielsku. Granie w obcym języku jest trudne. Bardzo trudne. Ale ponieważ przeżyłem granie po francusku, to mógłbym też grać nawet po japońsku. To doświadczenie pokazało mi, że w sztuce aktorskiej słowo nie jest najważniejsze.

A co?
Teatr nie jest miejscem, gdzie odbywa się wymiana intelektualna. Teatr jest miejscem, w którym muszą być emocje. Kiedy ich brak, nie ma teatru. Przecież człowiek z człowiekiem porozumiewa się również poza słowami.

Kiedy się przygotowujesz do premiery, wchodzisz w trudny czas…
Wtedy gotuję, słucham muzyki. I tu znajduję relaks. Zawsze towarzyszyła i do dziś towarzyszy mi trema.

Czym się ona objawia?
Kiedy gram monodram „Belfer”, już dwa dni przed występem zaczynam być niespokojny, a w dniu, w którym gram, w ogóle niczego nie robię. Kiedy grałem w teatrze w Londynie, a tam spektakle zaczynają się o godzinie 21, to już o 17 byłem w swojej garderobie i się wyciszałem.

Ta trema jest budująca czy destrukcyjna?
Nie miewam tremy paraliżującej. Odwrotnie – to jest śluza psychiczna.

Kiedy zdarzy ci się w teatrze zapomnieć słów, ratujesz się sam czy czekasz na pomoc kolegów?
Zawsze sobie daję radę sam. Na Zachodzie gra się bez suflera. Również mój monodram jest bez suflera. Jeżeli się wie, co ma się grać, jeżeli zna się sensy tego, co ma być wypowiedziane, można łatwo wybrnąć z trudnej sytuacji. Kiedyś, gdy grałem Papkina w „Zemście” Fredry, zapomniałem słów, ale starałem się utrzymać rytm i mówić do rymu. Szybko wskoczyłem w wiersz i dostałem brawa. Przecież wszyscy na sali znali ten tekst na pamięć. Ale ja nie mogłem przerwać, bo wyszedłbym z postaci.

Gdy patrzysz wstecz, czujesz, że los dał ci więcej, niż mogłeś oczekiwać? Czy raczej ty od tego losu wydarłeś to, co chciałeś?
Nigdy niczego nie wydzierałem. Myślę, że bardzo dużo dostałem. Czuję się obdarowany. Ale mam poczucie, że nie skorzystałem z tego wszystkiego, co dostałem. Że mógłbym dużo, dużo więcej z siebie dać.

Masz poczucie zaniechania?
Nie. Przecież nie jestem leniwy, ale może mógłbym więcej dobrych rzeczy jeszcze zrobić. Nie mówię o rolach. Pytasz mnie, czy wykorzystałem to wszystko, co dostałem? Chyba nie.

Więc jesteś otwarty na nowe zadania?
Tak. Nawet zacząłem się uczyć grać na wiolonczeli. Dla siebie.

Próżność ma coś z tobą wspólnego?
Naturalnie. Ale to jest taka próżność kontrolowana.

Lubisz, jak cię chwalą…
Nie, nie, nie! Najmniej się sobą zajmuję. Lubię, gdy to, co chcę powiedzieć, co chcę przekazać, jest dobrze zrozumiane i odczytane. To mi sprawia niesamowitą satysfakcję.

Dużo jest w tobie sybaryty?
Kocham życie! Dzięki temu, że jestem aktorem, inaczej je odbieram. To nie tylko wychodzenie na scenę i robienie min lepszych czy gorszych. Aktorstwo to więź ze światem i rozumienie go. Czuję ludzi, nawet nie muszę patrzeć.

Grałeś u boku wybitnych aktorów znanych na całym świecie: Gérarda Depardieu, Liv Ullmann, Michela Piccolego, Serge’a Reggianiego, Simone Signoret, Colina Firtha i wielu innych…
Dobry aktor jako partner stymuluje. Jedna rzecz jest trudna w sztuce aktorskiej, kiedy się trafia na złego aktora. Kiedy między mną a nim nie ma przepływu. Tego się boję. Bardzo często, patrząc na innych, zadaję sobie pytanie: po co on jest aktorem? Ale jest też wielu, o których wiem, dlaczego nimi zostali. Wiem, bo widzę. I cieszę się, kiedy zobaczę wspaniałą rolę, bo myślę, że widownia też czuje to co ja.

Nazwałbyś siebie artystą spełnionym?
Nie czuję się spełniony. Bo chciałbym opowiedzieć wszystko o człowieku. A to jest niemożliwe. A mam taką tęsknotę. Człowiek – to jest najważniejsze i najpiękniejsze.

A bywa najstraszniejsze.
To prawda. Jestem po lekturze książki o Himmlerze, niedługo będę czytać biografię Goebbelsa – to są te straszne głębie. Ale też zupełnie inne głębie mogą występować w kabarecie. Lubię się wygłupiać. Przecież kiedy człowiek jest radosny i szczęśliwy, też jest głęboko. Chaplin jest moim absolutnym idolem. Jestem zakochany w komikach, w klaunach. To jest mój świat.

Cyrk jest ci bliski?
Uwielbiam. Artysta w cyrku jest solą teatru. Zachwycam się cyrkiem. Ale to klaun jest moim najbliższym przyjacielem…

Nie chce ci się płakać, kiedy widzisz klauna?
Tak. Właśnie dlatego.

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła". 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Na rauszu" już w kinach – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Oscarowy film
Oscarowy film "Na rauszu" w kinach od 11 czerwca. (Fot. materiały prasowe)
Thomas Vinterberg, odbierając tegorocznego Oscara za „Na rauszu”, zadedykował nagrodę córce, która zginęła tragicznie kilka dni po rozpoczęciu zdjęć. Może więc dlatego w jego filmie wszyscy bohaterowie znajdują się na skraju rozpaczy. O tym, co mogłoby ich z tego wyciągnąć, zamiast alkoholu, rozmawiają psycholożka Martyna Harland i filmolożka Grażyna Torbicka.

Martyna Harland: Jako psycholożka uważam, że najnowszy film Thomasa Vinterberga może być niebezpieczny. Szczególnie dla byłych alkoholików, osób uzależnionych czy nastolatków.
Grażyna Torbicka:
A nie uważasz, że bardziej niebezpieczna jest obecność małpek z alkoholem na wszystkich stacjach benzynowych?

Zgadza się, bo mamy kulturowe przyzwolenie na „męskie picie” – to również pokazuje ten film.
Żona głównego bohatera Martina mówi do niego: „Cała Dania pije i ty też w to wszedłeś? Ty, który zawsze chciałeś być indywidualistą?”.

Co ciekawe, Dania wśród krajów nordyckich, gdzie alkohol jest kontrolowany przez państwo i sprzedawany w określonych sklepach na obrzeżach miasta, jest wyjątkiem. Nigdy nie było tam prohibicji, może dlatego że to, co zakazane, jednak bardziej kusi. Statystycznie Polacy piją alkohol podobnie do Duńczyków, ponad 12 litrów na głowę rocznie. Czyli alkohol u nas i u nich jest wszechobecny. Kiedy spotykałam filmowców i ludzi z tego regionu, widziałam, że alkohol jest stałym elementem codziennej diety. Słynny reżyser Aki Kaurismäki, który pochodzi z Finlandii, ostentacyjnie wchodził na czerwony dywan w Cannes ze szklaneczką whisky w ręku.

Ten film jest lustrem dla alkoholików, ale nie takim jeden do jednego, które pokazuje chorobę. Vinterberg przedstawia nam tu pewną zabawę, w którą wchodzą dorośli mężczyźni. Mają świadomość tego, jak łatwo uzależnić się od alkoholu, a pomimo to bawią się w nią.

W filmie 'Na rauszu' widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)W filmie "Na rauszu" widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)

Zainteresował mnie ten kontrowersyjny eksperyment psychologiczny, który jest podstawą zabawy. Zgodnie z teorią norweskiego psychiatry Finna Skårderuda człowiek urodził się z niedostatkiem alkoholu w organizmie, który stale trzeba uzupełniać. Jego zdaniem jesteśmy bardziej otwarci i mamy większą kreatywność w momencie, gdy znajdujemy się pod wpływem poniżej promila alkoholu.
Jednak nasi bohaterowie szybko pokonują tę granicę i tracą kontrolę nad swoim ciałem i umysłem, jak zawsze, gdy w grę wchodzą używki.

To było przecież do przewidzenia...
Wiedziałam, że to skończy się alkoholizmem, ale właśnie to jest ciekawe – nawet przy pełnej świadomości nie jesteśmy w stanie kontrolować tego, co się z nami dzieje. W filmie występuje alkohol, ale to może dotyczyć każdej innej używki.

Eksperyment Skårderuda opierał się na badaniu zwierząt – gadów i wodnych stworzeń, które nie oddychają tlenem, a alkohol produkuje ich organizm. Nie uzupełniają tego niedoboru jak my, ludzie, z zewnątrz. Moim zdaniem nie ma żadnych naukowych podstaw, by twierdzić, że niedobór alkoholu dotyczy także człowieka.
Bohaterowie potrzebowali pretekstu, żeby zacząć zabawę. Bo dlaczego oni się na to decydują? Są znudzeni swoim życiem, rutyną, nie widzą dla siebie perspektyw, są nauczycielami z długim stażem, w wieku średnim i właściwie niczego większego w życiu nie osiągnęli... Wciągają w ten eksperyment głównego bohatera Martina, granego przez Madsa Mikkelsena, który ma pewne opory, bo nie pije alkoholu.

Kiedy przychodzą na lekcje na lekkim rauszu, rzeczywiście są bardziej rozluźnieni. Prowadzą wykłady w interesujący sposób, są odważni w formułowaniu tez, interesują się młodzieżą. Widzą, że eksperyment działa, więc brną dalej. Jednak trudno się im w porę zatrzymać, bo używka przejmuje kontrolę nad życiem.

Ten film pokazuje mężczyzn w kryzysie, emocjonalnym i związkowym. A nawet, powiedziałabym, męską depresję.
Masz rację, ważny jest tu także męski bohater zbiorowy. Widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi.

Mam wrażenie, jakby Mads Mikkelsen, który gra nauczyciela historii, był martwy za życia. W przeciwieństwie do bohaterki filmu „Nomadland” Chloé Zhao, o której rozmawiałyśmy ostatnio.
Fern, czyli główna bohaterka filmu „Nomadland”, jest w ciężkiej sytuacji, wiele straciła, do tego jest samotna. A jednak potrafi odnaleźć sens życia w drobnych sprawach, codziennych kontaktach, uśmiechach i relacji z innymi ludźmi.

Bohaterowie filmu „Na rauszu” nie są samotni, mają rodziny. Wchodząc w kryzys wieku średniego, zamykają się w sobie i nie dostrzegają tego, że rodzina przecież to wszystko widzi. Nie zauważają możliwości, jakie daje im codzienne życie. To pokazanie mocno egoistycznej natury mężczyzny, który potrzebuje nieustającego potwierdzania swojej wartości przez innych. Martin ma przecież fantastyczną żonę, fajne dzieciaki i młodzież w szkole…

'Na rauszu' pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)"Na rauszu" pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)

No coś ty! Ten związek jest w ogromnym kryzysie.
Każdy z pokazanych w filmie związków jest w jakimś stopniu w kryzysie. Dlaczego? Myślę, że kluczowy jest fakt, że Duńczycy raczej nie mają wiary w związki i miłość. Tam nie przywiązuje się większej wagi do stałych relacji, uważa się, że to naturalne, że po jakimś czasie miłość się wypala. Rzadko też biorą śluby.

Moje pokolenie trzydziestoparolatków ma podobne podejście do związków.
A w Danii tak jest od dawna. I teraz pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam: „Czego oczekujesz od życia? Co chcesz zrobić ze swoim życiem?”.

Myślę, że główni bohaterowie filmu „Na rauszu” nie zadali sobie tego pytania.
A do tego kompletnie się poddali. Znaleźli najprostsze rozwiązanie na to, żeby zalać alkoholem swoje frustracje. Nie potrafili rozluźnić się w inny sposób. Moim zdaniem mają masę możliwości, nic nie jest w stanie ich usprawiedliwić.

Widzę, że raczej z nimi nie empatyzujesz. Ja wręcz przeciwnie, akurat głęboko rozumiem ich ból codzienności, rutyny i powtarzalności. A nawet kibicuję głównemu bohaterowi w jego finałowym tańcu.
Nie rozumiem ich, bo rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy ją przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w tym filmie, jest pójściem na łatwiznę, bo nic nie jest dane raz na zawsze: ani miłość, ani radość.

Jeżeli po kilkunastu latach zaczyna ci się nudzić i rozwalasz swój związek, bo niby wszystko już wiesz o swoim partnerze czy partnerce, to może jednak warto spojrzeć na to z dystansu, ale wspólnie, żeby zobaczyć, jak możecie się sprawdzić w nowej sytuacji.

To jak według ciebie przełamać tę monotonię i rutynę w życiu?
Może nam pomóc zachłyśnięcie się przepięknym widokiem, cudownym zjawiskiem czy zapachem, które potrafią być tak samo odurzające jak kieliszek alkoholu!

Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie 'Na rauszu', jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie "Na rauszu", jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)

Bohaterom „Na rauszu” tego zabrakło. Mam wrażenie, że psychologicznie kobietom przychodzi to jednak łatwiej niż mężczyznom...
Mój mąż Adam bardzo pięknie mówi o jednym z darów człowieka, jakim jest dar zachwytu. Za rzadko z niego korzystamy.

Mnie w tym filmie najbardziej dotknęło motto z Kierkegaarda: „Czym jest młodość? Snem. Czym miłość? Treścią tego snu”. Apetyt na życie z wiekiem się zmniejsza. Zderzamy się z realem, pojawia się coraz więcej „muszę”, a coraz mniej „chcę”.
Niestety życie wrzuca nas w systemy, które przejmują panowanie nad nami. I to nawet nie chodzi o rutynowe czynności życiowe, tylko schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi.

Poza tym nie zgadzam się, że bycie nauczycielem to monotonna praca. Przecież codziennie spotyka się tam grupę młodych ludzi, którzy są w permanentnym rozwoju, ale też proteście, niezgodzie czy odkrywaniu siebie. W tak młodym człowieku stale się coś dzieje. To fascynujące!

To prawda, z kontaktu z młodością również można czerpać energię.
A skoro mówimy o młodości, to przypomniał mi się teraz portugalski reżyser Manoel de Oliveira, który w wieku dziewięćdziesięciu paru lat powiedział: „młodość przychodzi z wiekiem”. Bo odkrywasz w sobie możliwości, nad którymi możesz już panować, możesz się nimi bawić i dzielić się z innymi.

Dla kogo ten film jest terapeutyczny? Moim zdaniem, może być ciekawy dla osób w kryzysie wieku średniego, którzy wiodą monotonne życie. Na zasadzie: co może mnie jeszcze dobrego spotkać, skoro wszystko już było? Może niektórym z nas wzrośnie apetyt na życie po tym filmie, bo pomoże nam nie przegapić tego momentu, po którym wpadamy już w dół. Bo nie możemy zapominać o przyjemności w życiu.
Ja nie znoszę rutyny, dlatego często coś w życiu zmieniam, a to czasem wymaga ode mnie również umiejętności kończenia czegoś definitywnie, żegnania się z tym, a nawet niszczenia. Po to, by zacząć wszystko od nowa. Takie zaczynanie od nowa wcale nie jest łatwe, musimy być przygotowani na pewien wysiłek.

Martin finalnie jednak odnajduje sens życia. Bo życie samo w sobie jest już wielkim powodem do szczęścia. I tańca. I jak się okazuje, Mads Mikkelsen to nie tylko świetny aktor, ale też zawodowy tancerz...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

Więcej o filmoterapii na stronie filmoterapia.pl.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Hipnotyzujący, magiczny, iskrzący dowcipem – „Śniegu już nigdy nie będzie” w kinach od 4 czerwca

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Śniegu już nigdy nie będzie". Na zdjęciu Alec Utgoff. (Fot. materiały prasowe)
„Śniegu już nigdy nie będzie” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to jeden z najbardziej wyczekiwanych tytułów roku. Prezentowany na międzynarodowych festiwalach film zdążył zachwycić już polskie i międzynarodowe media. Satyryczna opowieść na pograniczu magii i realizmu zabiera widza w wyjątkową podróż w głąb samego siebie.

„Tytułowy śnieg może się wieloznacznie kojarzyć – chociażby ze śmiertelnym żywiołem albo poczuciem bezpieczeństwa, baśniowym powrotem do krainy dzieciństwa. Choć dziś zapewne najbardziej kojarzy się ze zniszczeniem, jakie człowiek wywołał w eko klimacie ziemi, doprowadzając do zmian, przez które śnieg widuje się coraz rzadziej. Bohaterowie naszego filmu, w większości skupieni na własnym, małym, wygodnym świecie, zbyt dużo o tym nie rozmyślają, jednak nie wiedząc czemu zmagają się z poczuciem jakiejś wewnętrznej, duchowej pustki i niezrozumiała tęsknotą za czymś nieokreślonym. Są to różne tęsknoty, za bliskością, dotykiem, seksem, zrozumieniem, wolnością. Są bogaci, syci od strony materialnej, ale głodni duchowo, choć w sposób zupełnie nieuświadomiony. Ich fantazje ogniskują się w jednym – obcym przybyszu, w którym przeglądają się jak w lustrze. On przynosi im wytchnienie. Trudno powiedzieć czy to iluzoryczne, czy prawdziwe doświadczenie, tak jak trudno czasem odróżnić nam własną projekcję od rzeczywistości. Czy magiczny las, do którego przenosi ich przybysz, jest tylko wytworem ich lęków i pragnień, czy istnieje naprawdę. Film nasz, mamy nadzieję, skrywa jakąś tajemnicę, chcieliśmy pobudzić widzów do głębszej refleksji na temat kondycji współczesnego Europejczyka. Zagrać na indywidualnych skojarzeniach, nienachalnie zadać parę pytań, bez tezy i z humorem” – mówią twórcy filmu Małgorzata Szumowska i Michał Englert.

Pewnego mglistego poranka w mieście pojawia się ON – atrakcyjny mężczyzna z prawdziwego, egzotycznego wschodu. Żenia, bo tak brzmi jego imię, ma dar. Jego ręce leczą, a oczy zaglądają w dusze samotnych kobiet. Mężczyzna zatrudnia się jako masażysta na bogatym osiedlu pod miastem. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od „gorszego” świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty. Wkrótce niezwykłe zdolności Żeni odmienią życie każdego z nich.

W obsadzie obok Aleca Utgoffa, ukraińsko-angielskiej gwiazdy netflixowego hitu „Stranger Things” i filmu „Mission: Impossible – Rogue Nation”, wystąpiło znakomite grono cenionych polskich aktorek i aktorów: Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura, Andrzej Chyra, Łukasz Simlat i Krzysztof Czeczot.