1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Nie żyje Wojciech Pszoniak. Wybitny aktor miał 78 lat

Nie żyje Wojciech Pszoniak. Wybitny aktor miał 78 lat

Wojciech Pszoniak. (Fot. Rafał Guz/Forum)
Wojciech Pszoniak. (Fot. Rafał Guz/Forum)
Żegnamy jednego z najwybitniejszych polskich aktorów. Wojciech Pszoniak zmarł dziś rano, w wieku 78 lat. Zmagał się z chorobą nowotworową. Przypominamy wywiad, którego udzielił kilka lat temu na łamach naszego pisma.

W książce „Aktor”, którą napisałeś wraz z Michałem Komarem, opowiadasz, że będąc dzieckiem, czułeś straszliwą samotność. Chciałeś nawet popełnić samobójstwo.
Miałem 13 lat, kiedy umarł ojciec. To jest wiek, w którym spod ciepłych skrzydeł matki chłopca przejmuje właśnie ojciec. Czas inicjacji. Ja jej nie miałem. W związku z tym czułem się niezwykle samotny. Byłem najsamotniejszym człowiekiem na świecie. To było tragiczne.

A koledzy? Nie miałeś w nich wsparcia?
Nie miałem ich, bo nigdy nie miałem potrzeby kumplowania się, i do dziś nie mam. Nie udało mi się umrzeć, więc musiałem zdecydować co dalej.

Nie udało ci się umrzeć, bo…
Raz się nie udało, bo pociąg przejechał nie po tych torach. Następnym razem postanowiłem w nocy wejść na stalowe wieżyczki, na których umieszczone były semafory. Już wspiąłem się na nie z paskiem, ale przegonił mnie dróżnik i zwiałem. Widocznie to był mój anioł stróż czy może inny wysłannik Pana Boga, nie wiem. Trzeci raz już nie próbowałem.

Trzeci raz to poszedłeś do wojska z własnej woli jako 13-latek. Stałeś się kadetem.
I przeżyłem tam dwa lata. To był zupełnie obcy mi świat – ludzie, ich mentalność, sposób zachowania się. Wszystko było inne niż w moim domu.

O wojsku mówiło się kiedyś pompatycznie: szkoła życia.
O tak. Ale właśnie tam pojąłem, że to świat, w którym nie chcę żyć. Świat, który mnie nie interesuje, świat, którego nie rozumiem. Wiedziałem, że muszę z tego świata uciekać.

Dokąd?
Wiedziałem, skąd mam uciec, ale jeszcze nie wiedziałem dokąd. To był najważniejszy moment w moim życiu.

A kiedy zdecydowałeś, że zostaniesz aktorem?
Poznałem wielu starszych ludzi, którzy narzekali, że podjęli złe wybory w swoim życiu. A ja chciałem dokonać właściwego i ciągle szukałem. A że byłem omnibusem, to próbowałem różnych rzeczy: latałem na szybowcach, skakałem ze spadochronem, grałem na instrumentach, marzyłem też o wyprawie w Himalaje. W pewnym momencie pomyślałem o aktorstwie, być może też dlatego, że mój starszy brat Antoni już był aktorem. Nie miałem ojca, więc wzorowałem się na nim. Próbowałem, ale nie byłem pewny, czy to jest to. Grałem w teatrze amatorskim. Dobrze, ale stale mi czegoś brakowało.

Spotkałeś wtedy wybitnego poetę i pisarza Tadeusza Różewicza.
Został opiekunem naszego teatru i szybko się zaprzyjaźniliśmy. Latem zapraszaliśmy go na Mazury, gdzie żeglowaliśmy. Człowiek, szczególnie młody, rzadko zdaje sobie sprawę z wagi takiego zdarzenia. A dzisiaj mogę powiedzieć, że bez spotkania Różewicza na pewno byłbym inny. Kompletnie inny.

Pamiętasz, co wtedy do ciebie mówił?
Najważniejsza rzecz, którą mi powiedział, to, żebym spróbował opisać, sformułować, co to jest sztuka aktorska. Nigdy nie słyszałem takiego pytania. A ono było bardzo ważne i zmieniło mój punkt widzenia na aktorstwo, w ogóle na sztukę.

Odpowiedziałeś?
Do dziś nie wiem i wciąż mnie to nurtuje i fascynuje. Przyglądam się moim studentom, sobie. Piszę na ten temat. Myślę o tym dzięki Tadeuszowi.

Intuicyjnie wiesz, kiedy masz do czynienia ze sztuką w aktorstwie, a kiedy z rzemiosłem?
Oczywiście. Rzemiosło nie ma nic wspólnego ze sztuką. Zresztą nie lubię tego słowa. Dlatego prowokacyjnie mówię o sobie jako o niezawodowym aktorze. Podobnie jak nie można być zawodowym księdzem czy poetą, tak nie można być zawodowym artystą. Bywam aktorem albo czekam, żeby nim być.

W swoich wierszach także zmagasz się z tematem sztuki aktorskiej. „Aktorstwo / odkrywanie czegoś z bijącym sercem / zabawa w chowanego w ciemnych piwnicach / gruzach / jak w dzieciństwie”. Aktor sięga do doświadczenia bycia dzieckiem?
Myślę, że w sztuce człowiek, który nie zatrzymał w sobie dziecka, nie istnieje. Tylko dziecko ma dar korzystania z wyobraźni, z wchodzenia w inną rzeczywistość. To jest też coś najcenniejszego dla artysty. Dziecko jest niesamowicie otwarte, a sztuka to bezinteresowne otwieranie się. Na te momenty się czeka.

Zagrałeś wiele wybitnych ról. Przy każdym budowaniu roli – Korczaka, Robespierre’a czy Puka – zaczynałeś od otwarcia się na postać?
Nie ma jednej metody. Wiem na pewno, że muszę mieć natchnienie, kontemplować. To jest rodzaj wchodzenia w rzeczywistość postaci, którą gram, w świat, w którym mam się znaleźć. Chodzę ulicami, prowadzę samochód, rozmawiam z ludźmi, ale powoli wkraczam w tę inną rzeczywistość. Jeżeli takiego stanu nie udaje mi się szybko osiągnąć, to boję się i bardzo się denerwuję. Nie mogę jednak tego przyspieszyć. Paradoksalnie praca aktora odbywa się głównie w samotności. W domu nie ma nikogo: nie ma widza, nie ma reżysera. Jest się tylko ze sobą. A kto może wiedzieć lepiej, czy kłamię, czy mówię prawdę, niż ja sam.

W innym wierszu piszesz: „Sztuka aktorska – ciągła podróż poszukiwanie zdobywanie podróż w siebie w innych poszukiwanie zdobywanie prawdy nie mógłbym chyba zagrać Hitlera nie umiałbym szukać w nim człowieka”. Zawsze szukasz człowieka?
Wyłącznie. Nie można zagrać stolarza, ślusarza, działacza partyjnego, Żyda, Polaka. Gra się człowieka bez względu na to, jaki wykonuje zawód czy jakiej jest narodowości. Praca nad rolą zaczyna się od człowieka i na człowieku się kończy. Jeśli jest inaczej, to nie ma to nic wspólnego ze sztuką.

Jak dobierałeś się do postaci Piotra Wierchowieńskiego w sztuce „Biesy”?
To była fascynująca praca z Wajdą w krakowskim Starym Teatrze. Ale i  dramatyczna ze względu na Dostojewskiego, który jest dla mnie niebezpiecznym autorem, bo dotyka bardzo mrocznych i przerażających stron człowieka. Ten Wierchowieński był dla mnie wyzwaniem. Byłem młodym człowiekiem, który nie poczuł jeszcze, czym jest prawdziwe zło. Czułem, że bez tego doświadczenia nie będę mógł tej roli zagrać. Musiałem to uruchomić w sobie. I udało się, bo znalazłem taki moment w moim życiu.

Gdzie to znalazłeś?
Moja matka bardzo pilnowała reguł, którymi powinien kierować się młody człowiek. Któregoś dnia odwiedziła mnie koleżanka. Było już po dziesiątej wieczorem. Siedzieliśmy grzecznie, słuchając muzyki z magnetofonu. Do pokoju wpadła matka i zakończyła nasze zupełnie niewinne spotkanie. Kiedy koleżanka wyszła, matka wygadywała rzeczy, których przykro było słuchać. Na przykład że tak się tylko prostytutki zachowują. Potem nieustannie do tego wracała. I pewnego dnia, kiedy kolejny raz to powtórzyła, wziąłem magnetofon, który był wielki i ciężki, i chciałem nim w nią rzucić. Chciałem ją zabić. Po prostu zabić. No, ale dobrze wychowany chłopak nie zabija swojej matki. Zresztą zawsze miałem konflikt z matką, która próbowała mnie złamać. Miała silny charakter, ale jej się nie udało. Tamto zdarzenie utkwiło we mnie. I kiedy pracowałem nad rolą Wierchowieńskiego, przy której męczyłem się niemiłosiernie, nagle wyciągnąłem tamto zdarzenie z głębokiej pamięci. I wtedy już wiedziałem, co to za postać.

Zawsze przy budowaniu roli szukasz wskazówek w sobie?
Nie można zagrać kogoś innego. Można kogoś naśladować, zrobić czyjąś karykaturę, skopiować. Ale nie o to chodzi. Żeby stworzyć postać, trzeba czerpać z siebie. Nie ma innej możliwości, wszystko inne jest albo udawaniem, albo lękiem przed sobą. Sztuka w ogóle jest wynikiem tego, kim artysta jest. Nie warto być aktorem, żeby udawać.

Były role, których na początku nie chciałeś się podjąć. Na przykład Robespierre’a. Dlaczego?
Nie znałem takich ludzi, takich konstrukcji psychicznych. Nie wiem, może gdybym znał kogoś z NKWD, jakiegoś oficera UB, jakiegoś fanatyka, Dzierżyńskiego…

Ale Gomułkę zagrałeś?
Ale to jest inny wymiar. Gomułka to jest mały pikuś w stosunku do Robespierre’a.

Kiedy zdecydowałeś, że jednak zagrasz tę rolę?
Miałem zaufanie zarówno do Zygmunta Hübnera, ówczesnego dyrektora Teatru Powszechnego w Warszawie, jak i do Andrzeja Wajdy, z którym już wcześniej wiele razy pracowałem. Oni przekonali mnie, że to jest rola dla mnie. Zapytałem tylko, jakie racje za tym przemawiają, dlaczego oni uważają, że to jest dla mnie. Może jest coś, czego ja w sobie nie widzę? No i zacząłem szukać, aż znalazłem w sobie pewną skłonność do idealizmu, ale też jakiś rodzaj perfekcjonizmu. Mam też tendencję do porządkowania świata, by był lepszy, ale też potrzebę porządkowania siebie. I od tego zacząłem myślenie o roli. Potem musiałem zlikwidować w sobie tego ruchliwego Pszoniaka, który mi przeszkadzał…

Usprawiedliwiasz człowieka z jego zła?
Nigdy nie oceniam. Aktor nie jest prokuratorem, nie jest sędzią.

Kolejną nieoczywistą dla ciebie rolą była postać Korczaka.
Korczak to trudny temat. To, co jest najbardziej spektakularne w jego życiu, to śmierć z dziećmi w komorze gazowej. A co z resztą? Kiedy Wajda zaproponował mi tę rolę, zastanawiałem się, co mam z nią zrobić. Gdzie mam szukać? Zacząłem, oczywiście, czytać różne książki Korczaka, ale też to, co o nim napisano. Nic mi to nie dawało, odrzuciłem te wszystkie lektury. Pochyliłem się nad „Pamiętnikiem z getta”. I dopiero po jego przeczytaniu poczułem i zrozumiałem, w którym kierunku mam iść. Próbowałem pójść do gazu razem z Korczakiem. Musiałem to przeżyć. Bo to jest rola nie do zagrania. Tego nie można zagrać. I ja tam nie gram. Do tego stopnia ta postać weszła we mnie czy ja w tę postać, że przez kilka lat, gdy dziennikarze pytali mnie o Korczaka, to w ogóle nie mogłem o tym mówić.

Miałeś traumę?
Tak. Teraz mi się tak zrobiło…

Poczułeś dreszcz?
Wróciło wspomnienie. Z roli wyszedłem tuż po zdjęciach, ale na sam sygnał: Korczak, to tak jak w tej chwili… To zostaje na zawsze. Chcę powiedzieć, że dużo daję z siebie postaciom, które gram, ale też te postacie zostawiają we mnie ślad.

To są ogromne emocje.
Widocznie mam potrzebę głębokiego przeżywania jako człowiek i w związku z tym tego szukam w sztuce. Przecież nikt mi tego nie każe robić.

Twoja droga sztuki aktorskiej zaczęła się niefortunnie. Nie zostałeś przyjęty do szkoły teatralnej w Warszawie. Egzaminatorzy podali jakieś zdumiewające powody tej decyzji. Zauważyli nawet jakieś wady wymowy.
Myślę, że byli zmęczeni. Teraz jako pedagog wiem, co to znaczy. Tamtego dnia przyszedł jakiś blondynek, który nie zrobił na nich wrażenia. Ale to dla mnie była fantastyczna lekcja, bo dzięki niej jestem bardzo uważny przy rekrutacji młodych ludzi do szkoły teatralnej.

Uparłeś się i skończyłeś studia w Krakowie. Podczas nich nie chałturzyłeś tak jak koledzy, żeby zarobić na życie. Zdarzało ci się znowu głodować jak w dzieciństwie, kiedy ze Lwowa po wojnie przyjechałeś z rodziną do Gliwic.
Na wakacjach pracowałem jako pomocnik zaopatrzeniowca w studenckim ośrodku żeglarskim w Giżycku, bo nie chciałem chałturzyć. Uważałem, i nadal tak uważam, że sztuka aktorska to jest moje święto. A ja potrzebuję święta. To jest najcenniejsze i chcę to szanować. Bez tego nie byłbym aktorem.

Mogłeś stracić życie w debiucie filmowym.
Kręciliśmy w Łodzi niewielki epizod na szczycie komina fabrycznego. Wszedłem tam. Lęku wysokości nie miałem, bo przecież byłem pilotem i spadochroniarzem. Pirotechnik, który był tam ze mną, odpalał jakiś ładunek, żeby stworzyć wrażenie wydobywającego się z komina dymu. Niestety, był porywisty wiatr i tak się rozhajcowało, że ten komin, na którym stałem, zapalił się. I ten cwaniak pirotechnik krzyczy do mnie: „Skacz pan!”. Jakbym skoczył, toby mnie już nie było.

Przestraszyłeś się?
Niewiele myśląc, rzuciłem się w ogień i zacząłem schodzić. Pirotechnik i strażak za mną. Gorąca smoła kapała na mnie. Miałem ręce do łokci poparzone, bo metalowe klamry w sekundę się rozgrzały. Kiedy wreszcie zszedłem, odesłali mnie na pogotowie, a potem, obandażowanego, wysłali pociągiem do Krakowa. Opowiadałem o tym, jak wyglądał mój debiut filmowy, moim przyjaciołom za granicą i oni chyba mi nie uwierzyli. Myśleli, że zmyślam.

Wróćmy do Wajdy. Grasz u niego kolejne role i nagle stajesz się znany na świecie. To są wtedy nieciekawe czasy dla Polski. W stanie wojennym, gdy miałeś wyjechać do Paryża na zdjęcia do francusko-polskiego filmu „Danton”, by zagrać Robespierre’a, twojej żonie odmówiono paszportu. Były dylematy, co zrobić?
Żadnych. Pomyślałem sobie, że wobec tego nie zagram tej roli. Jak mógłbym Basię zostawić? Nie pojechałbym bez niej. Poznałem ją dzięki Danusi Rinn, z którą się przyjaźniła, a z którą występowałem w Kabarecie pod Egidą. Po spektaklu poszliśmy razem na kolację. I tak jesteśmy z sobą 40 lat. Powiedziałem Wajdzie, który już był w Paryżu, że nie jeżdżę bez żony. Zawsze podróżujemy wspólnie, czy się to partii podoba, czy nie. Podjąłem taką decyzję bez żalu.

Pomógł wam…
Generał Kiszczak. Szukałem kogoś, kto mógłby pomóc. Prosiłem o pomoc wicepremiera Mieczysława Rakowskiego, którego żoną była moja koleżanka aktorka Ela Kępińska. Ale on się rozchorował i przekazał moją prośbę Kiszczakowi, który zadzwonił i zapytał: „Dlaczego pan do mnie nie przyszedł?”. Powiedziałem: „Panie ministrze, nie mam zwyczaju chodzić do ministrów spraw wewnętrznych, a szczególnie w stanie wojennym”. Na to on: „Niech pan nie przesadza”. Basia dostała paszport.

Wyjeżdżaliście na dłużej niż tylko na czas kręcenia filmu?
W ogóle nie miałem zamiaru wyjeżdżać na zawsze. Grałem już wcześniej we Francji m.in. z Gérardem Depardieu, z Danielem Olbrychskim, z Andrzejem Sewerynem. Rzeczywistość stanu wojennego w Polsce była okropna, ale o wyjeździe na stałe nie myślałem. Jednak potem już dostawałem propozycje jedna po drugiej. A życia się przecież nie wyreżyseruje.

Pamiętano cię przecież z „Ziemi obiecanej”. Ale kiedy po raz pierwszy pojechałeś grać po francusku, nie znałeś w tym języku wielu słów.
Uczyłem się francuskiego w liceum muzycznym i potem na studiach. Będąc aktorem, chodziłem na lekcje do Instytutu Francuskiego, jakby z przeczucia. No, ale trudno powiedzieć, że znałem język.

Jak można grać w języku, którego się nie zna?
Dostałem list od francuskiego reżysera, który widział „Ziemię obiecaną”. Reżyser chciał ze mną rozmawiać telefonicznie, więc moja żona ze swoją siostrą Bogusią, z wykształcenia romanistką, ułożyły odpowiedzi na potencjalne pytania i zapisały je na kartkach. Nauczyłem się je czytać i kiedy rozmawiałem z nim na głośnomówiącym telefonie, to Bogusia wskazywała na odpowiednie odpowiedzi. I udało się. Potem nauczyłem się na pamięć roli.

Czy on kiedykolwiek zorientował się, że nie znasz języka?
Nie, ale kiedy graliśmy już ostatni spektakl w Lozannie, reżyser przyszedł do garderoby, by mi podziękować. A ja się już wtedy kompletnie rozluźniłem i zacząłem mówić po francusku ze strasznymi błędami. Zdumiony reżyser zwrócił się na to do mojej żony: „Dziwne z tym Wojtkiem, przecież on na początku mówił dużo lepiej niż teraz”. Nie zorientował się nigdy.

A ty sam nigdy nie bałeś się, że odkryją twoją tajemnicę?
Oni mnie nie znali. Nie wiedzieli, jaki jestem, że lubię mówić, że jestem gaduła. Nazywali mnie Poźniak, bo nie mogli wymówić „Pszoniak”. Może nawet coś przeczuwali, ale Francuzi są bardzo mili i kulturalni. Jak widzisz, musiałem grać dwie role, jedną w sztuce Petera Handkego, a drugą rolę w życiu, i udawać, że wiem, co do mnie mówią, i wszystko rozumiem. Próby w teatrze trwały po dziesięć godzin, po których wracałem do domu i padałem nieżywy. Taki byłem zmęczony graniem tych dwóch ról, że moja żona nawet chciała wyjechać, bo się obawiała, że już nigdy się do niej nie odezwę. A ja przez dziesięć godzin słyszałem tylko bulgot i zupełnie nie wiedziałem, co mówią. I tak przez dwa miesiące.

Grałeś też po angielsku na West Endzie w Londynie.
To już było łatwiejsze. Szczerze mówiąc, nie chciałem grać po angielsku. Granie w obcym języku jest trudne. Bardzo trudne. Ale ponieważ przeżyłem granie po francusku, to mógłbym też grać nawet po japońsku. To doświadczenie pokazało mi, że w sztuce aktorskiej słowo nie jest najważniejsze.

A co?
Teatr nie jest miejscem, gdzie odbywa się wymiana intelektualna. Teatr jest miejscem, w którym muszą być emocje. Kiedy ich brak, nie ma teatru. Przecież człowiek z człowiekiem porozumiewa się również poza słowami.

Kiedy się przygotowujesz do premiery, wchodzisz w trudny czas…
Wtedy gotuję, słucham muzyki. I tu znajduję relaks. Zawsze towarzyszyła i do dziś towarzyszy mi trema.

Czym się ona objawia?
Kiedy gram monodram „Belfer”, już dwa dni przed występem zaczynam być niespokojny, a w dniu, w którym gram, w ogóle niczego nie robię. Kiedy grałem w teatrze w Londynie, a tam spektakle zaczynają się o godzinie 21, to już o 17 byłem w swojej garderobie i się wyciszałem.

Ta trema jest budująca czy destrukcyjna?
Nie miewam tremy paraliżującej. Odwrotnie – to jest śluza psychiczna.

Kiedy zdarzy ci się w teatrze zapomnieć słów, ratujesz się sam czy czekasz na pomoc kolegów?
Zawsze sobie daję radę sam. Na Zachodzie gra się bez suflera. Również mój monodram jest bez suflera. Jeżeli się wie, co ma się grać, jeżeli zna się sensy tego, co ma być wypowiedziane, można łatwo wybrnąć z trudnej sytuacji. Kiedyś, gdy grałem Papkina w „Zemście” Fredry, zapomniałem słów, ale starałem się utrzymać rytm i mówić do rymu. Szybko wskoczyłem w wiersz i dostałem brawa. Przecież wszyscy na sali znali ten tekst na pamięć. Ale ja nie mogłem przerwać, bo wyszedłbym z postaci.

Gdy patrzysz wstecz, czujesz, że los dał ci więcej, niż mogłeś oczekiwać? Czy raczej ty od tego losu wydarłeś to, co chciałeś?
Nigdy niczego nie wydzierałem. Myślę, że bardzo dużo dostałem. Czuję się obdarowany. Ale mam poczucie, że nie skorzystałem z tego wszystkiego, co dostałem. Że mógłbym dużo, dużo więcej z siebie dać.

Masz poczucie zaniechania?
Nie. Przecież nie jestem leniwy, ale może mógłbym więcej dobrych rzeczy jeszcze zrobić. Nie mówię o rolach. Pytasz mnie, czy wykorzystałem to wszystko, co dostałem? Chyba nie.

Więc jesteś otwarty na nowe zadania?
Tak. Nawet zacząłem się uczyć grać na wiolonczeli. Dla siebie.

Próżność ma coś z tobą wspólnego?
Naturalnie. Ale to jest taka próżność kontrolowana.

Lubisz, jak cię chwalą…
Nie, nie, nie! Najmniej się sobą zajmuję. Lubię, gdy to, co chcę powiedzieć, co chcę przekazać, jest dobrze zrozumiane i odczytane. To mi sprawia niesamowitą satysfakcję.

Dużo jest w tobie sybaryty?
Kocham życie! Dzięki temu, że jestem aktorem, inaczej je odbieram. To nie tylko wychodzenie na scenę i robienie min lepszych czy gorszych. Aktorstwo to więź ze światem i rozumienie go. Czuję ludzi, nawet nie muszę patrzeć.

Grałeś u boku wybitnych aktorów znanych na całym świecie: Gérarda Depardieu, Liv Ullmann, Michela Piccolego, Serge’a Reggianiego, Simone Signoret, Colina Firtha i wielu innych…
Dobry aktor jako partner stymuluje. Jedna rzecz jest trudna w sztuce aktorskiej, kiedy się trafia na złego aktora. Kiedy między mną a nim nie ma przepływu. Tego się boję. Bardzo często, patrząc na innych, zadaję sobie pytanie: po co on jest aktorem? Ale jest też wielu, o których wiem, dlaczego nimi zostali. Wiem, bo widzę. I cieszę się, kiedy zobaczę wspaniałą rolę, bo myślę, że widownia też czuje to co ja.

Nazwałbyś siebie artystą spełnionym?
Nie czuję się spełniony. Bo chciałbym opowiedzieć wszystko o człowieku. A to jest niemożliwe. A mam taką tęsknotę. Człowiek – to jest najważniejsze i najpiękniejsze.

A bywa najstraszniejsze.
To prawda. Jestem po lekturze książki o Himmlerze, niedługo będę czytać biografię Goebbelsa – to są te straszne głębie. Ale też zupełnie inne głębie mogą występować w kabarecie. Lubię się wygłupiać. Przecież kiedy człowiek jest radosny i szczęśliwy, też jest głęboko. Chaplin jest moim absolutnym idolem. Jestem zakochany w komikach, w klaunach. To jest mój świat.

Cyrk jest ci bliski?
Uwielbiam. Artysta w cyrku jest solą teatru. Zachwycam się cyrkiem. Ale to klaun jest moim najbliższym przyjacielem…

Nie chce ci się płakać, kiedy widzisz klauna?
Tak. Właśnie dlatego.

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła". 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Jacek Poniedziałek – po prostu życie

Jacek Poniedziałek:
Jacek Poniedziałek: "Odnalazłem równowagę. Nie potrzebuję euforii, żeby czuć zadowolenie z każdego dnia. Cieszę się małymi rzeczami". (Fot. Monika Stolarska)
Niespokojny duch. Lubi prowokować i eksperymentować. Jacek Poniedziałek gra w teatrze i kinie, tłumaczy i reżyseruje. W swoim szczerym do granic przyzwoitości, a nawet bardziej, „(nie)dzienniku” opisuje, jak pokonał uzależnienie i odzyskał radość z bycia sobą.

Ile to już dni trzeźwości?
Rok, dwa miesiące i dwa tygodnie.

„(Nie)Dziennik” miał pewnie funkcję auto-terapeutyczną?
Tak, był zamknięciem pewnego etapu w życiu.

Nie boisz się, że uzależnienie od alkoholu i narkotyków to choroba, która wraca?
Pamiętam bardzo dobrze siebie sprzed ponad roku i to, jak się czułem, jak wyglądałem i jak funkcjonowałem wśród ludzi i w pracy. W tej chwili nie mam potrzeby, żeby do tego wrócić. Nauczyłem się też paru skutecznych sposobów, żeby przechytrzyć głody. Na przykład wizualizuję sobie siebie nie w stanie spełnienia i szczęścia, tylko w stanie upadku, kiedy bełkoczę i jestem takim zdechłym wrakiem leżącym w kącie, który budzi tylko uczucie żałości. Nikt nie lubi tak się czuć. To po pierwsze. Po drugie, wiem, że nie jestem od tego wolny i bardzo łatwo mógłbym w to wpaść ponownie. Jestem też w trakcie długoterminowego leczenia. Biorę delikatny antydepresant, który bardzo mi pomaga. Odnalazłem równowagę. Nie potrzebuję euforii, żeby czuć zadowolenie i radość z każdego dnia. Cieszę się małymi rzeczami.

Marek Edelman w jednej z rozmów z Beresiem i Burnetką na pytanie o to, co jest najważniejsze w życiu, odpowiada, że po prostu życie. To brzmi dość makatkowo i można się z tego śmiać, dopóki się tego nie doświadczy. Dla mnie to najtrafniej dotknięty opis fenomenu życia, z jakim się spotkałem.

Jacek Poniedziałek: 'Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę'. (Fot. Monika Stolarska)Jacek Poniedziałek: "Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę". (Fot. Monika Stolarska)

Skąd wziął się pomysł na prowadzenie dziennika?
Reżyser teatralny Krzysztof Garbaczewski poprosił mnie o napisanie wariacji na temat „Tajnego dziennika” Mirona Białoszewskiego, zwłaszcza jego fragmentu nowojorskiego. Robiliśmy wtedy, właśnie w Nowym Jorku, polsko-amerykański projekt oparty na poezji Białoszewskiego i Allana Ginsberga. Moje pisanie chciał wykorzystać w przedstawieniu, ale się z tego wycofał i te zapiski pozostały w moim kompie. Nie miałem zamiaru tego ciągnąć, ale po powrocie ze Stanów skontaktował się ze mną redaktor z wydawnictwa W.A.B. i złożył mi propozycję, żebym kontynuował. Zgodziłem się bez wielkiej wiary, że to wydam i że to będzie interesujące. Na początku nie widziałem w tych notatkach wyraźnego kierunku, wewnętrznego nurtu, który stanowiłby o ich sile, dlatego często porzucałem tę robotę. Po kilku miesiącach, wracając do tekstu, zacząłem z niepokojem obserwować, jak często pojawiają się tam stany nieważkości.

Zorientowałeś się, że jesteś uzależniony, czytając swoje notatki?!
Tak to niestety było. Kilkanaście lat żyłem dosyć ostro, ale też bez przesady, to nie jest tak, że byłem non stop napruty. Bo ja jestem neurotykiem i też histerycznie o siebie dbam. Zdawałem sobie sprawę, że mam problem, ale jednocześnie gdzieś to wypierałem. I skuteczne zapominałem. Tak działa jeden z najważniejszych mechanizmów uzależnienia: mechanizm iluzji i zaprzeczeń. Parę dni jesteś trzeźwy i od razu wydaje ci się, że stany upojenia to są tylko epizody. Dopiero po lekturze moich zapisków dotarło do mnie, że pod wpływem jestem o wiele, wiele za często. My się lubimy oszukiwać i czasami oszukujemy się skutecznie. Mój brat, który umierał na marskość wątroby w strasznych mękach, przez ostatnie dwa, trzy lata życia, mimo że nie był w stanie zerwać z alkoholem, w rozmowach z nami z najświętszym przekonaniem mówił, że kontroluje sytuację.

Jednak dziennik to nie był jedyny powód, dla którego zdecydowałem się na terapię. Drugim było kilka z rzędu stanów urwanego filmu, co mnie przeraziło, bo ja nie lubię tracić kontroli. Nie lubię nie wiedzieć, co się ze mną dzieje, a to były czasem wielogodzinne epizody blekautu. I to mnie przeraziło, że ja sobie albo komuś zrobię krzywdę, nawet o tym nie wiedząc. Funkcjonujesz wśród ludzi, rozmawiasz, pijesz, stawiasz, żartujesz, tańczysz, ale w ogóle o tym nie wiesz, nic potem nie pamiętasz, ani minuty.

Dosyć niesamowite.
Trochę jak lunatyzm. Wtedy zdecydowałem się na terapię w zamkniętym ośrodku. I tam zrozumiałem, że ta książka musi mieć jakiś głębszy sens, nie może być tylko zbiorem historii o imprezach, chłopakach, ćpaniu, piciu czy też o filmach i książkach, które mi się podobają. Interesująca będzie tylko wtedy, jeśli dam w niej świadectwo głębokiego, ale w gruncie rzeczy budującego doświadczenia, którym jest trzeźwienie. Taki problem jak ja mają miliony ludzi w naszym kraju i mogą w mojej historii odnaleźć też siebie. Nie napisałem tego z intencją, żeby innym pomagać, ale jeśli ten dziennik pomoże choć jednej osobie, nie posiadam się ze szczęścia.

Wspomniałeś, że dzięki zapiskom w dzienniku zauważyłeś swoje uzależnienie. A nie miałeś wcześniej sygnałów od przyjaciół, bliskich?
Byłem – choć od kilku lat pracuję nad sobą i to się zmieniło – wybuchowy, impulsywny, niecierpliwy. Nie słuchałem, narzucałem swoje zdanie, często nie mając o tym pojęcia. To się wiązało z emocjami, które w terapii nazywa się stanami głodu. Kiedy pojawia się gniew, to on jest sygnałem podwójnym. Pojawia się po to, żeby się nachlać albo naćpać i żeby się znieczulić, a z drugiej strony jest sygnałem od organizmu, że powinieneś coś zrobić, bo masz jakiś nierozwiązany problem.

W programie 12 kroków AA jest przekaz o odpowiedzialności wobec innych za swój nałóg i wyrządzone przez siebie krzywdy. Czy ty zdobyłeś się na przeprosiny?
To było trudne. Pod koniec odwyku zostałem poproszony przez terapeutów o wybaczenie mamie, o napisanie do niej listu. Mama już wtedy nie żyła, umarła w 2016 roku. Kiedy pisałem ten list, który przybrał formę wiersza, litanii przebaczenia, pojawiły się w nim także kobiety z mojego teatralnego środowiska, które kiedyś zraniłem i którym okazałem brak cierpliwości. Niekontrolowane wybuchy złości itd. Dokonałem ekspiacji i tę litanię wysłałem do wszystkich tych kobiet i innych osób, z którymi pracuję w teatrze.

Jak to przyjęto?
Bardzo pięknie. Napisali do mnie bardzo osobiste i pełne empatii wiadomości. Między innymi o tym, że już dawno temu mi wybaczyli, że widzą i rozumieją moją mękę. Jak dokona się takiego aktu ekspiacyjnego i przeprosi się za swoje błędy z całego serca, to niemal nie zdarza się, żeby ci ktoś nie wybaczył, żeby nie zareagował w sposób, który buduje, otwiera serce i wywołuje łzy. To są łzy ulgi.

Podczas lektury „(Nie)Dziennika” znalazłem kilka fragmentów typu: „Już nie jestem fit and hot, ale tragedii nie ma”, albo: „Patrzę na swoje zdjęcie sprzed kilkunastu, nawet kilku lat i w gardle więźnie mi rozdzierający szloch rozpaczy i żalu”. Dlaczego tak bardzo boisz się upływu czasu?
Wyjęte z kontekstu, tak się nie robi. Jestem po prostu próżny. Widzę, jak się szybko zmieniam, tu nie chodzi tylko o to, że się starzeję, ale też o to, jak widzą mnie inni ludzie. Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę. Jestem seksualnym zwierzakiem, namiętnym, to jest obszar, który przez większość lat mojego życia budził moje największe zainteresowanie i ciekawość i któremu poświęcałem ogromną ilość czasu i energii. Choć teraz podejrzewam, że jak będę miał 70 lat, to już z pewnością nie będzie mi się chciało [śmiech].

Czujesz nadciągającą andropauzę?
Zobaczymy. Doceń to, że szczerze o tym piszę. Kobiety potrafią mówić i pisać o menopauzie, jak choćby Krysia Janda, bez jakiegoś wielkiego wstydu i dramatu. A u mężczyzn ten temat jest tabu. To się wiąże z niewygodnym słowem „libido”. Miałem wielu partnerów, w tym trzech stałych, i wiem, że momenty braku popędu przeżywają wszyscy na każdym etapie życia, z różnych powodów, czasami ze względu na psychiczne obciążenia, lęki, zmęczenie albo stres. A mężczyźni się śmiertelnie boją o tym mówić i uważają, że to ich kompromituje.

Twój ostatni partner był od ciebie znacznie młodszy.
Tak, o 25 lat. To proste, Eros i Tanatos. Ta para w wiecznym, morderczym uścisku. Ucieczka przed śmiercią. Zawsze wybierałem młodszych partnerów. Z jednym, i to zasadniczym, wieloletnim wyjątkiem. Ale on tylko potwierdzał regułę. Ja trochę dorastałem w cieniu śmierci. Ojciec, brat, babcia, potem drugi brat. W przeszłości rodziny też wiele traum, bo to były pokolenia wojenne. To się zawsze przekazuje kolejnym pokoleniom.

Mówi się o traumie transgeneracyjnej, o dziedziczeniu traum.
Myślę, że z tego u mnie wynika ta wielka potrzeba zbliżeń cielesnych, które po prostu dają poczucie, że się żyje. Ja to tak interpretuję, a jak jest naprawdę, nie wiem.

Z tego, co piszesz, wyziera poczucie odrzucenia, nawet ze strony matki. Niby wiesz, że ona cię kocha, ale się jakoś mijacie.
Nie potrafiliśmy rozmawiać. Jak patrzę na młodszych ludzi, którzy nie mogą się dogadać ze swoimi rodzicami, to myślę sobie, że to jest w gruncie rzeczy takie proste i jednocześnie najtrudniejsze. Bo trzeba zejść trochę ze swojego ego, tej źle pojętej niezależności. Często nie dopuszcza się tej matki, która jest prosta, nie rozumie niuansów, nie posługuje się tym samym językiem i cały jej światopogląd jest zlepkiem tego, co usłyszy w telewizji albo jej powie sąsiadka. Ona miała tyle niepokoju związanego ze mną, jak się dowiedziała, że jestem gejem. Jak znikałem z telewizji na jakiś czas, to się martwiła. Ten lęk natychmiast wywoływał we mnie złość. Nie potrafisz wtedy zrezygnować ze swojej upiornej, źle pojętej dumy, to chyba na tym polega. Brakuje nam pokory i dlatego nie potrafimy rozmawiać z rodzicami. Widzimy w nich już tylko sędziów, wrogów, zamiast zobaczyć w nich człowieka, który właśnie w taki sposób wyraża miłość i troskę.

Twój rozwój zawodowy jest dowodem na to, że wciąż chcesz pokazać coś więcej. I nie chodzi tylko o ambitne wyzwania aktorskie, zacząłeś tłumaczyć, reżyserować. Może twoje dzieciństwo jest nie tylko kłębkiem bólu, ale dało ci też napęd?
Może. Ale to nie jest tak, że chciałem coś pokazać czy udowodnić, tylko wyrwać się z paraliżu otoczenia, chodziło o wolność. Jak poznałem Korę, mając 17 lat i będąc jeszcze nieukształtowanym chłopakiem, to zafascynowała mnie kondycja artysty. Tryb dnia, sposób życia, pewnego rodzaju nieregularność, swoboda.

Pamiętam taki obrazek z dzieciństwa. Gdy mama chciała się dobudzić przed pójściem na nocną zmianę do pracy, zawsze prosiła mnie, żebym zmielił jej kawę. Uwielbiałem to robić. Mieliśmy stary, brązowy ręczny młynek do kawy. Do dziś pamiętam ten zapach. Zalewałem jej tę kawę gorącą wodą, robiłem taką plujkę, a ona ją piła i szła do pracy. To ładne wspomnienie, ale wiąże się z tym kieratem fabryki, roboty w określonych godzinach w wielkiej firmie. Nie chciałem tak skończyć. Uciekłem przed tym.

Mówiliśmy o upływie czasu. Czy kiedyś lubiłeś siebie bardziej niż teraz?
Wręcz przeciwnie. Może to jest kwestia pogodzenia ze sobą, zrozumienia swojego miejsca? Większa wiara w to, że jestem silny. Teraz wierzę, kiedy ludzie mówią mi, że mam dużą siłę, osobowość. Jako aktor i jako człowiek. Wcześniej wydawało mi się, że jestem słaby, niedoceniany, nieinteresujący. Że jeżeli mi się coś udaje, to są to fuksy, przypadki. Ambicje zawsze miałem dosyć duże, natomiast ich spełnianie szło trochę opornie. Porównywanie się z innymi przeważnie wychodziło na moją niekorzyść, aż w końcu przestałem się porównywać. Krok po kroku zrzucam z siebie te skorupy lęku i niewiary, te ostatnie lata to mi właśnie przyniosły, radość z bycia sobą.

Nie ukrywasz rozczarowania tym, jak traktuje się w naszym kraju osoby nieheteronormatywne. Masz jeszcze poczucie, że Polska to jest twoje miejsce?
Kocham Polskę i chciałbym, żeby tu było lepiej. Chciałbym zmieniać społeczeństwo u podstaw, jego mentalność, uczyć większej otwartości i empatii wobec drugiego. Takim wzorem, z którym się zetknąłem niedawno i który jest dla mnie fenomenalnym przykładem otwartości i mądrości życiowej, jest Daniel Rycharski. Ostatnio zagrałem w filmie o nim „Wszystkie nasze strachy” w reżyserii Łukasza Rondudy.

Rycharski to gej i artysta wizualny mieszkający na polskiej wsi. Jest otwarcie homoseksualny i jednocześnie bardzo wierzący, należy do ruchu Wiara i Tęcza. Z jakimś rozczulającym, nieprawdopodobnym uporem Syzyfa próbuje budować społeczeństwo otwarte w konserwatywnym środowisku wiejskim. To jest dla mnie w ostatnich latach jedna z najsilniejszych i najjaśniejszych inspiracji, żeby tutaj tkwić i budować, bo kiedy spojrzymy na historię innych krajów europejskich, choćby Irlandii, wszystko wskazuje na to, że wahadło poglądów i sympatii politycznych w końcu przechyli się w drugą stronę.

To, że jest u nas tak, jak jest, wynika z lęku, zresztą nie tylko z lęku konserwatywnej części społeczeństwa przed tą bardziej otwartą, że im coś narzuci. My wszyscy boimy się, że dostaniemy po ryju, jeśli zwrócimy się z wyciągniętą ręką do kogoś o różnym od naszego światopoglądzie. Tymczasem z moich doświadczeń wynika, że kiedy spotykasz się z człowiekiem twarzą w twarz i jesteś otwarty, szczery i nie masz w sobie agresji, a tylko słuchasz, to jest możliwe porozumienie z każdym, naprawdę.

(Fot. materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B.)(Fot. materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B.)

Jacek Poniedziałek rocznik 1965. Aktor, tłumacz, reżyser teatralny. Od 2008 roku w zespole Nowego Teatru w Warszawie. Grał u: Krzysztofa Warlikowskiego, Jerzego Grzegorzewskiego, Krystiana Lupy, Jerzego Jarockiego, Krzysztofa Garbaczewskiego, Michała Borczucha. Na ekranie występował między innymi w: „Rewersie”, „Ziarnie prawdy”, „Sercu miłości” i „Eterze”. Grywa także w serialach, takich jak „M jak miłość” i „Chyłka – Inwigilacja”. Jego „(Nie)Dziennik” ukazał się w marcu 2021.

  1. Kultura

„Powarkiwania Drogi Mlecznej” – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

„Powarkiwania Drogi Mlecznej” (Fot. materiały prasowe)
„Powarkiwania Drogi Mlecznej” (Fot. materiały prasowe)
Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie wraca do gry i z radością otwiera nowy sezon. Na widzów czekają znakomite premiery m.in. „Powarkiwania Drogi Mlecznej” i „Tysiąc nocy i jedna. Szeherezada 1979”, a także znany już publiczności monodram Grzegorza Łukawskiego „AMERI CANE”.

W ramach otwarcia sezonu w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, na Scenę Domu Machin powróci m.in. „AMERI CANE”, czyli monodram Grzegorza Łukawskiego w reżyserii Mirka Kaczmarka z jazzującą muzyką, piosenkami Freda Buscaglione na żywo i tekstami Charlesa Bukowskiego. Będzie też sporo nowości – w niedzielę 23 maja odbędzie się premiera spektaklu „Tysiąc nocy i jedna. Szeherezada 1979” w reżyserii Wojtka Farugi. Jednak zanim to nastąpi, w sobotę 22 maja po raz pierwszy zobaczymy „Powarkiwania Drogi Mlecznej” Bonn Parka w reżyserii Wojtka Klemma. To idealny dramat, aby postawić wszystko na głowie. Na scenie oczywiście, bo poza nią już od dawna wszystko na niej stoi. Nie bardzo wiadomo zatem jak oceniać rzeczywistość, jakie wyciągać wnioski, w co wierzyć, a w co nie.

– Czujemy się jak w wielkiej maszynie deprawacyjnej. Czyż moglibyśmy teraz dawać rady, pocieszać, budzić sumienia, zabawiać? Nie ma mowy! Teraz jest czas na kosmiczną podróż z mini mini alienem albo na nienasycony żołądek Heidi Klum, na kilka chwil szczerości z Otrzeźwiałym Donaldem Trumpem, albo na giętki język palącej nałogowo żyrafy. A z resztą... jak pewnie sami czujecie, teraz jest czas na wszystko poza myśleniem o najbliższych pięciu minutach – zapowiadają twórcy spektaklu. Na scenie wystąpią aktorki i aktorzy Teatru w Krakowie: Ewelina Cassette, Karolina Kazoń, Agnieszka Przepiórska, Katarzyna Zawiślak- Dolny, Tomasz Augustynowicz, Mateusz Bieryt, Marcin Kalisz i Dominik Stroka. Będzie się działo!

Na premierę spektaklu „Powarkiwania Drogi Mlecznej” Bonn Parka w reżyserii Wojtka Klemma Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie zaprasza już 22 maja. Sztukę będzie można obejrzeć na scenie MOS (ul. Rajska 12), a bilety na pierwszy popremierowy set 23, 25 i 26 maja oraz spektakle 2, 3 i 4 lipca dostępne są na stronie teatrwkrakowie.pl.

„Powarkiwania Drogi Mlecznej” (Fot. materiały prasowe)„Powarkiwania Drogi Mlecznej” (Fot. materiały prasowe)
  1. Kultura

„Helmut Newton. Piękno i bestia” – pokaz specjalny online

Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
W filmie zaskakujący obraz Helmuta Newtona ujawniają fotografowane przez niego top modelki, gwiazdy i aktorki. Catherine Deneuve, Grace Jones, Charlotte Rampling, Isabella Rossellini, Claudia Schiffer – portretowane portretują i odkrywają przed nami prawdę.

Łączył sprzeczności. Romantyzm z perwersją, fantazję z realizmem, modę i reklamę ze sztuką. Był jednym z najbardziej prowokacyjnych fotografów XX wieku. Być może źródła jego przewrotnego charakteru należy szukać w genealogii. Był niemieckim Żydem, urodzonym 31 października 1920 roku w Berlinie. Mimo że musiał opuścić to miasto, nigdy nie uwolnił się od jego dekadenckiego stylu lat dwudziestych i estetyki Leni Riefenstahl. Zakochał się w jej portretach. Pokazywał kobiety tak jak ona mężczyzn.

Jego zdjęcia publikowały najważniejsze magazyny modowe, przede wszystkim „Vogue”, „Harper's Bazaar”, ale również „Stern” czy „Playboy”. Realizował także wiele kampanii reklamowych. Często inspirował się kinem. Słynne zdjęcie modelki uciekającej przed samolotem zainspirował film „Północ, północny zachód”. Zdjęcie Davida Lyncha trzymającego za szyję Isabellę Rossellini wprost nawiązuje do „Blue Velvet”. Przed jego obiektywem uwielbiały stawać gwiazdy filmowe: Sigourney Weaver, Charlotte Rampling, Elizabeth Taylor, Nastassja Kinski, Anthony Hopkins, Ralph Fiennes, Catherine Deneuve, Jodie Foster, Billy Wilder, Marianne Faithfull i wiele innych.

Pod koniec życia mieszkał między Monte Carlo a Los Angeles. Zmarł 23 stycznia 2004 roku w wypadku samochodowym, spowodowanym atakiem serca. Urna z jego prochami spoczywa na cmentarzu w Berlinie, niedaleko grobu uwielbianej i sfotografowanej przez niego Marleny Dietrich.

4 maja o g.odzinie 20  na platformie MOJEeKINO.pl odbędzie się pokaz specjalny on-line filmu „Helmut Newton. Piękno i bestia”.

  1. Kultura

"Nie jestem księżniczką". Anne Hathaway stawia czoło hejtowi

- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ma wszystko, czego można oczekiwać od gwiazdy: wdzięk Audrey Hepburn, uśmiech Julii Roberts. I do tego wszechstronny talent, który potwierdza w swojej najnowszej produkcji „Skazani na siebie”. A jednak właśnie z tego powodu Anne, a raczej Annie Hathaway musiała zmierzyć się z niechęcią i hejtem.

Dla ambitnej, nieobawiającej się wyzwań i wciąż poszukującej 39-latki trudno o lepszy dar od losu. W czasie pandemii, gdy wiele jej koleżanek zmuszonych zostało do izolacji domowej, ona zagrała główną kobiecą rolę w jednym z pierwszych filmów covidowych, pomyślanych jako kronika pandemicznej rzeczywistości.

W „Skazanych na siebie” w reż. Douga Limana gra Lindę, młodą kobietę, uwięzioną przez lockdown w londyńskim mieszkaniu dzielonym z byłym, obecnie bezrobotnym, partnerem Paxtonem (Chiwetel Ejiofor). Z powodu kwarantanny para jest skazana na stałą współobecność i zmaga się ze swoimi lękami, frustracjami oraz byciem razem. Ona pracuje online dla jednej z korporacji, ale to, co robi, coraz bardziej ją stresuje. Wigor i przypływ uczuć w tym związku pojawia się niespodziewanie wraz z planem… kradzieży diamentu z luksusowego Harrodsa. Uff, trzeba nie lada odwagi, by wejść w tak karkołomny projekt! Komedia, dramat, romans, napad – unurzane w pandemicznym sosie.

Aktorka odnalazła jednak w tym filmie siebie. Zachwycił ją scenariusz opisujący absurdy naszej nowej szalonej rzeczywistości. Jak sama mówi, żyjemy w dziwnych czasach, a w takich każdy sposób radzenia sobie jest usprawiedliwiony i głęboko ludzki. Film ma podnosić na duchu, dostarczać rozrywki i dystansować widza do tego, co dookoła. – To było ekscytujące doświadczenie – wyznała. – W czasie kwarantanny obserwowałam siebie i kontaktowałam się ze znajomymi na czatach, Zoomach czy Skype’ach. Widziałam, że niektórzy wrócili do palenia papierosów albo trawki, inni zaczęli zaglądać do kieliszka lub kłócić się z bliskimi. Byli także i tacy, których ta nienormalna sytuacja zbliżyła do siebie, wyzwoliła w nich kreatywność, pokazała radość z odkrywania małych rzeczy. To jest film o emocjach, o tym, jak długotrwałe zamknięcie wpływa na ludzi. Sama dzięki tej produkcji uwolniłam się od stresu związanego z kwarantanną.

'Locked down', czyli 'Skazani na siebie' - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe) "Locked down", czyli "Skazani na siebie" - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)

Szuflady nie dla niej

Media mają z nią pewien problem, gdyż Hathaway nie daje się zaszufladkować – porzuciła karierę w filmach familijnych i nie ogranicza się wyłącznie do komedii romantycznych, w których chcieliby ją widzieć krytycy. Chętnie angażuje się w projekty, które są odskocznią i stoją w wyraźnej opozycji do jej poprzednich produkcji. Grywa zarówno postacie banalne, jak i wewnętrznie skomplikowane.

Zaczynała jako gwiazda filmów ze „stajni” Disneya. Z miłych młodzieżowych produkcji, takich jak „Pamiętnik księżniczki” (współczesna wersja bajki o brzydkim kaczątku) czy „Ella zaklęta”, przeszła do poważnych filmów. Zanim zyskała popularność po roli w „Diabeł ubiera się u Prady”, zdążyła wystąpić w „Tajemnicy Brokeback Mountain”, pokazując, że ma ambicję pojawiać się także w mniej komercyjnych produkcjach. Wcieliła się tutaj w żonę geja i zgodziła na rozbierane sceny, choć prywatnie uważa się za osobę nieśmiałą i dość konserwatywną. Zresztą to właśnie udział w produkcjach niezależnych przyniósł Hathaway największe uznanie krytyków. Kiedy w 2008 roku zagrała narkomankę w filmie „Rachel wychodzi za mąż”, głośno mówiło się, że dopiero teraz pokazuje swój pazur. Za tę rolę została zresztą nominowana do Oscara. Największy triumf odniosła jednak, grając w musicalu. Za kreację zmuszonej do prostytucji Fantyny w „Les Misérables: Nędznikach” otrzymała Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej.

Po 'Pamiętniku księżniczki' Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe) Po "Pamiętniku księżniczki" Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe)

– Tak, chciałam się sprawdzić – wspomina postać Fantyny. – Nie sądziłam jednak, że śpiewanie bez playbacku legendarnego utworu „I Dreamed a Dream”, który stał się trampoliną dla megasukcesu Susan Boyle, okaże się aż tak stresujące. Na szczęście moja nauczycielka poradziła mi, bym nawet nie próbowała naśladować wielkich głosów, bo plan filmowy to nie teatr, a szepcząc piosenkę można wyrazić większe emocje. Posłuchałam jej i wyszło mi to na dobre.

Jeśli myślicie, że to zaspokoiło ambicje aktorki i jej skłonność do podejmowania ryzykownych wyzwań, to nic bardziej mylnego! Anne Hathaway miała poczucie, że po oscarowych „Nędznikach” jej kariera dryfuje na dość monotonnych falach, aż do momentu, gdy przeczytała scenariusz filmu „Monstrum”, opisany jako romantyczna komedia z potworem w tle. – Był tak dziki, oniryczny i wymykający się klasyfikacjom, że po prostu wiedziałam, że chcę brać w tym udział. Od razu zakochałam się w scenariuszu, był po prostu tak inny na bardzo głębokim poziomie i to w sposób niewymuszony – dodała. Zagrała bezrobotną dziewczynę, która po rozstaniu z chłopakiem wraca z Nowego Jorku do rodzinnego miasteczka, w którym grasuje terroryzujący mieszkańców gigantyczny potwór. To film o toksycznych relacjach i próbie pozostania człowiekiem, niezależnie od okoliczności.

„Monstrum” sytuuje się daleko od przesłodzonego „Pamiętnika księżniczki”, po którym młoda aktorka stała się rozpoznawalna. Podobno zwróciła na siebie uwagę reżysera Garry'ego Marshalla, gdy na przesłuchaniu, na które przyszła prosto z lotniska, po długim i męczącym locie, spadła z krzesła. Marshall potrzebował dokładnie takiej Mii – niezdary, która w miarę rozwoju akcji przechodzi spektakularną metamorfozę i staje się prawdziwą księżniczką. „Monstrum” dalekie jest także od filmu „Diabeł ubiera się u Prady”, komediowego hitu z Meryl Streep, który utrwalił międzynarodową popularność Anne Hathaway. Zagrała tutaj naiwną dziewczynę z prowincji, która zostaje asystentką bezwzględnej królowej imperium mody. Od czasu roli w „Monstrum” Hathaway zapewnia, że zmieniła podejście i przy wyborze projektów z większą uwagą analizuje to, co czyta, by nie przegapić czegoś wartościowego, co samo ją zainspiruje.

Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie 'Diabeł ubiera się u Prady'. (Fot. materiały prasowe) Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie "Diabeł ubiera się u Prady". (Fot. materiały prasowe)

Kiedy po „Pamiętniku księżniczki” pytano ją, czy jako dziecko marzyła o tym, by zostać prawdziwą księżniczką, odpowiadała krótko i zdecydowanie: NIE. Chciała być… zakonnicą, potem chirurgiem, a na koniec Kobietą Kotem. W 2012 roku to ostatnie marzenie się spełniło. Gdy Christopher Nolan zaangażował ją do roli Kobiety Kota w filmie „Mroczny Rycerz powstaje”, aktorka długo nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Euforii nie przyćmiły nawet wątpliwości fanów Batmana, którzy do tej pory kojarzyli ją głównie z grania w komediach romantycznych.

Nuda czy profesjonalizm?

Do każdej z ról przygotowuje się niezwykle starannie. Sama wyszła z propozycją obcięcia swoich długich pięknych włosów, by lepiej oddać postać Fantyny. I schudła 12 kilo. Przygotowując się do roli Mii Thermopolis, uczyła się wspinaczki skałkowej. Pracując nad postacią Jane Austen w filmie „Zakochana Jane”, nauczyła się grać na pianinie. Z kolei do roli Seliny w filmie „Mroczny Rycerz powstaje” intensywnie ćwiczyła, trenowała  kaskaderstwo i taniec.

Mimo sławy aktorka należy do nielicznego grona „grzecznych” gwiazd. Nie zabiega o zainteresowanie mediów, nie oglądamy jej zdjęć prywatnych, na których się upija, nie czytamy o jej wybrykach. – Chciałabym być aktorką, którą ludzie znają i szanują dzięki rolom filmowym, a nie życiowym perypetiom i skandalom. Nie chcę, żeby ktokolwiek, siedząc w kinie, myślał o moich podbojach sercowych czy imprezowych wyskokach. Wolałabym, aby mógł się skupić na tym, co ogląda – powiedziała na samym początku swojej kariery, i jest temu wierna do dziś.

W 'Ocean's 8', kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo) W "Ocean's 8", kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo)

No, z małym wyjątkiem! W 2008 roku na czołówki gazet trafił skandal związany z wieloletnim partnerem aktorki – włoskim milionerem Raffaellem Follierim, który został aresztowany za oszustwa finansowe i pranie brudnych pieniędzy. Para rozstała się tuż przed wybuchem afery.

To doświadczenie na szczęście nie zamknęło aktorki na nowy związek. W 2012 roku poślubiła Adama Shulmana, producenta i projektanta biżuterii. Wychowana w szczęśliwej rodzinie, miała skąd czerpać wzorce – wielokrotnie wyznawała, że pragnie, aby jej małżeństwo było tak samo udane jak związek rodziców. I na razie jest z Adamem szczęśliwa. W 2016 roku urodziła syna, Jonathana. W lipcu 2019 para doczekała się drugiego chłopca, Jacka. – Kiedy urodziłam Jonathana, to jakbym sama urodziła się na nowo – wspomina. – To cudowne uczucie obserwować, jak w twoim dziecku rodzą się emocje w związku z różnymi sytuacjami, których doświadcza. Kiedy zrozumiałam, że synek wchłania też moje, bardzo się wyciszyłam, uspokoiłam. Poczułam, że nie mogę przy nim być zdenerwowana, spięta, bo to bezbłędnie wyczuwa. Dzieci są znacznie bardziej bystrymi obserwatorami, niż nam się wydaje. Mogą nie rozumieć, ale czują. Dzięki rodzinie mam dystans do pracy, a w moim życiu panuje równowaga.

Nadal kocha swoją pracę, ale dziś ma już inne priorytety. Ceni kobiety, które znajdują w sobie tyle odwagi i determinacji, by zerwać ze stereotypem, że poświęcenie dla rodziny jest najważniejsze. Sama jednak już by się na to nie zdobyła. Dobrze wie, że poza planem filmowym też jest inne życie. Mieszka w Nowym Jorku, który ma tę przewagę nad Los Angeles, że można wyjść na spacer z psem, nie będąc przez nikogo rozpoznanym. No i w Nowym Jorku jest metro. To wielki luksus kompletnie nieznany w Kalifornii. Aktorka uwielbia zakładać ciemne okulary, podróżować po mieście i obserwować ludzi, nie obawiając się, że ktoś do niej zadzwoni, bo pod ziemią nie ma zasięgu.

Kiedy rozmawiałam z nią kilka lat temu na festiwalu w Wenecji, ujawniła jeszcze jedno hobby. – To dekoracja wnętrz. Lubię włóczyć się po sklepach meblowych na Manhattanie oraz po galeriach z antykami. Zamierzam w przyszłości zapisać się na kurs stolarsko-ciesielski, by nauczyć się samej wykonywać zaprojektowane przeze mnie meble. Naprawdę! To niezwykle uspokaja i relaksuje, a efekty są bardzo pożyteczne – mówiła.

Podobnie jak prace w ogródku na tyłach jej nowojorskiego domu. W związku z pandemicznymi obostrzeniami oboje z mężem mniej wychodzą, ale ma to także swoje dobre strony. Aktorka zdradziła, że uczy się gotowania i gry na gitarze. Dużo czyta. Fascynują ją dokonania współczesnej fizyki, zwłaszcza ich wymiar duchowy. Z upodobaniem przytacza Einsteina, który powiedział, że wierzy w Boga, bo jest naukowcem. Jej zainteresowania metafizyką mają początek we wczesnym dzieciństwie, kiedy marzyła o tym, by wstąpić do klasztoru. Wprawdzie nie została zakonnicą i wraz z całą rodziną odeszła od Kościoła katolickiego przez solidarność z Michaelem, bratem aktorki, który jest gejem, ale poszukiwania duchowe nadal są ważną częścią jej życia.

Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images) Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images)

Syndrom Anne Hathaway

Chociaż wydawałoby się, że ma wszelkie atuty, by być podziwianą i lubianą, to w rzeczywistości przez całe lata musiała mierzyć się z... hejtem. Dlaczego? Istnieje kilka teorii. Zdaniem niektórych za bardzo się stara – cała jej kariera wygląda jak dobrze zaplanowany program, w którym odhacza kolejne punkty. Znajduje się w niej miejsce na wszystko: od ról popularnych i łatwych aż po nagradzane poważne filmy. Brak tu nieprzewidywalności, szaleństwa, czegoś, co sugerowałoby, że aktorka ma w sobie cokolwiek spontanicznego. Podobnie z zachowaniem w przestrzeni publicznej – na wywiadach opowiada anegdotę, ale zawsze taką, która jest odpowiednio urocza i dowcipna. Na czerwonym dywanie rzadko decyduje się na cokolwiek awangardowego, nosząc sukienki ładne, ale łatwe do zapomnienia. Na zdjęciach zawsze wygląda nienagannie, w wywiadach jest uprzejma, a jej przemowy po otrzymaniu nagród są okraszone odpowiednią ilością łez. Chociaż bardzo nie lubi, kiedy ktoś z dziennikarzy w czasie wywiadu zwróci się do niej per „Anno”. Zdecydowanie woli być „Anią”. Oficjalne imię zarezerwowane jest tylko dla kręgu bliskich osób. Tak właśnie zwraca się do niej mama. Szczególnie wtedy, gdy jest zła na swoją córkę. – Zawsze, gdy pojawiam się gdzieś publicznie i ktoś woła mnie po imieniu, to myślę sobie, że zaraz nakrzyczy na mnie, bo coś nabroiłam – przyznała w jednym z popularnych talk-show. – Mówcie do mnie Annie (Ania). Wszyscy. Byle nie Anne (Anna).

Określenia „syndrom Anne Hathaway” amerykańska prasa zaczęła używać w 2013 roku, kiedy aktorka została nominowana do Oscara. To wtedy stało się jasne, że widzowie – jak się wydaje zupełnie irracjonalnie – nie darzą Hathaway sympatią. Zdaniem niektórych to właśnie jej perfekcyjność budzi sprzeciw, bo ludzie  wolą naturalność. Jej obrońcy wskazują jednak, że ta postawa wynika po prostu z tego, że gwiazda jest profesjonalnie przygotowana do kariery aktorskiej. Oczywiście świadomość, że kariera aktorska to coś, co można zaplanować, przygotować i rozsądnie poprowadzić, kłóci się z piękną wizją „od szarej myszki do gwiazdy filmowej”, zdecydowanie bardziej podobają nam się opowieści o upadkach i mozolnym podnoszeniu się z nich, ale z drugiej strony takie historie nie zawsze mają szczęśliwe zakończenie. A historia Anne Hathaway – ma.

Po latach aktorka przyznała, że hejt i niechęć, których była ofiarą, nie złamały jej, lecz przeciwnie – wzmocniły psychicznie. – Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady na ten temat, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoła, a to was ostatecznie wzmocni – wyznała w jednym z wywiadów. – Ja zawsze wiedziałam, czego chcę. I tego nadal się trzymam! Kiedy jako nastolatka decydowałam się na ten zawód, rodzice zostawili mi wolny wybór, nie odradzali aktorstwa, ale ostrzegali, że porażka jest w ten zawód wliczona. Dali mnie i moim braciom potężne oparcie. Dziś myślę, że to rodzicom zawdzięczam, że twardo stąpam po ziemi i mam dość mocy kręgosłup moralny, co w tym zawodzie jest podstawą.

Anne Hathaway przyszła na świat w listopadzie 1982 roku na Brooklynie w Nowym Jorku, ale dorastała w stanie New Jersey. Jej mama też jest aktorką, tata – prawnikiem. Sama zadebiutowała w 2001 roku w filmie „Pamiętnik księżniczki”, który doczekał się kontynuacji. Oprócz wymienionych tytułów, zagrała też w takich filmach, jak „Interstellar”, „Jeden dzień”, „Praktykant” czy „Oszustki”.

  1. Kultura

Anthony Hopkins w nowym filmie "Wirtuoz. Pojedynek zabójców" - zwiastun i data premiery

Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie
Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie "Wirtuoz. Pojedynek morderców". (Fot. materiały prasowe)
W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

Jest opanowany, skrupulatny i działa z morderczą precyzją. Wirtuoz to bezimienny zabójca na zlecenie, który od swojego mentora otrzymuje najtrudniejsze zadanie w dotychczasowej karierze. Musi wytropić i zabić zbuntowanego zabójcę, nie wie jednak, kto jest jego celem. Zna tylko czas i miejsce, gdzie będzie mógł spotkać swoją przyszłą ofiarę. Co zrobi, kiedy na jego drodze stanie piękna kobieta? Czy wytropi cel i idealnie wykona zadanie?

W rolach głównych występują: Anthony Hopkins („Milczenie owiec”), Anson Mount („Non-Stop”), Abbie Cornish („Jestem Bogiem”), Eddie Marsan („Dżentelmeni”). Za reżyserię odpowiada Nick Stagliano („Good Day For It”), który jest także współscenarzystą i producentem filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=qWcW4vFHNfs&feature=youtu.be

- Mentor jest silną postacią. To co mi się najbardziej spodobało to prostota. Nick Stagliano w bardzo prosty sposób ułożył scenariusz. Nie przereżyserował go na papierze. Czasami trzeba przedzierać się przez scenariusze z ogromną liczbą wskazówek scenicznych. Ten z kolei był bardzo klarowny i napisany wprost – mówi Anthony Hopkins.

- Od zawsze fascynowało mnie, jaki wpływ na nas, ludzi, ma poczucie winy. Dlatego postanowiłem stworzyć  historię, w której główny bohater, będący w rzeczywistości złym człowiekiem, staje w obliczu poczucia winy, sumienia, współczucia i emocji, które zaczynają przejmować nad nim władzę – dodaje reżyser Nick Stagliano.

Film dostępny będzie od 5 maja na platformach VOD: ipla, vod.pl, Orange VOD, premiery Canal+, platforma CANAL+, Chili, PLAY NOW, Multimedia GO, mojeekino.pl, e-kinopodbaranami, TVP VOD, Vectra i UPC Polska.