Karolina Breguła: Najbardziej rozrywkowa dzielnica w mieście

Hongik
Fot. Karolina Breguła

Kiedy dwa miesiące temu przyleciałam do Korei, w jeden z pierwszych wieczorów zabrano mnie na otwarcie wystawy w galerii znajdującej się w dzielnicy Uniwersytetu Hongik.
Mimo siarczystego mrozu, na ulicach były tam tłumy kolorowo ubranych, krzykliwych nastolatków, przemieszczających się między stylowo zaprojektowanymi kawiarenkami i sklepami z modnymi ciuchami. Na szerokim chodniku rozstawiono małe sceny, zaaranżowane przez profesjonalnie wyglądających ulicznych muzyków, otoczonych grupami najprawdziwszych fanek; tu i tam młodzi twórcy z wiadrami kolorowych farb tworzyli uliczne murale.

Gwar, śmiech, kolorowe światła i zabawa, która toczyła się tam pewnie jeszcze długo po tym, gdy około północy pojechałam do domu – tak wyglądało jedno z pierwszych miejsc, jakie zobaczyłam w Seulu.

Wyobrażałam sobie wtedy, że tak wygląda całe miasto. Niedługo potem zrozumiałam, że Hongik to najbardziej nieprzewidywalna i rozrywkowa dzielnica w Seulu. Ze względu na działający tam uniwersytet artystyczny, jest bardziej awangardowa niż reszta miasta. Wiele rzeczy, które w innych miejscach Seulu uznano by za szaleństwo czy nieprzyzwoitość, w Hongik nikogo nie dziwi. Niezależnie od pory roku, Hongik to warszawski Plac Zbawiciela w gorącą letnią noc, przemnożony przez nieskończoność. Pewnie dlatego czuję się tu jak w domu.

Przez dziewięć tygodni mojego pobytu w Seulu nie bywałam w Hongik zbyt często, bo nie miałam powodu. Od kilku dni przyjeżdżam tu codziennie, ponieważ przygotowuję wystawę w tutejszej galerii Loop. Montaż wystawy ciągnie się w nieskończoność, ciągle więc pod rożnymi pretekstami uciekam na moment, żeby nacieszyć się wiosną w szalonej dzielnicy.

Wychodzę i zawsze jestem tak samo zachwycona szaleństwem i otwartością ludzi, których spotykam, różnorodnością (to bardzo niepopularne słowo w Seulu) i wzorniczymi niespodziankami, które tu czają się tu na każdym kroku.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Wystawa zbiorowa, w której biorę udział, otwiera się jurto. Kilka dni później pakuję walizkę i wracam na nasz polski Plac Zbawiciela.

 

ZAMÓW

E-WYDANIE
?>