1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jak uprościć swoje życie? Po prostu

Jak uprościć swoje życie? Po prostu

Im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i możemy się rozwijać. (Fot. iStock)
Im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i możemy się rozwijać. (Fot. iStock)
Dominique Loreau, autorka kultowej „Sztuki prostoty”, twierdzi, że prostota uwalnia od uprzedzeń, ograniczeń oraz obciążeń, które nas rozpraszają i stresują. Dlatego jeśli miałabyś zrobić w tym roku tylko jedną rzecz ze swoim życiem, uprość je sobie.

Dominique Loreau, autorka kultowej „Sztuki prostoty”, twierdzi, że prostota uwalnia od uprzedzeń, ograniczeń oraz obciążeń, które nas rozpraszają i stresują. Dlatego jeśli chcesz zrobić ze swoim życiem tylko jedną rzecz - uprość je sobie.

DOM
Niech będzie skromnie urządzony, a znajdujące się w nim przedmioty i meble funkcjonalne i piękne: powinny zaspokajać potrzeby ciała i oka. Pozbądź się wszystkich niedziałających sprzętów, niewygodnych krzeseł oraz sztucznych materiałów. Doceń monochromatyczność w kolorach. Dom powinien być miejscem odpoczynku, azylem w otaczającym nas świecie. Miej w nim tylko to, co jest ci niezbędne i co ci odpowiada.

CZAS
Rób tylko jedną rzecz naraz. Codziennie wybierz się na półgodzinny spacer, rób sobie krótkie przerwy w pracy. Powoli odbieraj telefon. Naucz się mówić „nie” spokojnie i ze stanowczością. Nie bierz nadgodzin i nie pracuj w czasie wolnym. Bądź w pełni obecna w tym, co robisz. Unikaj rutyny: staraj się zmieniać co jakiś czas drogę do pracy czy to, co jesz na śniadanie. Ułóż harmonogram prac domowych, z podziałem na pomieszczenia i dni tygodnia. Rób listy zakupów. Oszczędzaj pieniądze – nie po to, by więcej wydawać, ale po to, by mniej pracować.

CIAŁO
Twoje ciało jest twoim domem. Nie powinnaś zaniedbywać służących mu zabiegów na korzyść troski o innych. Odżywiaj się właściwie, ćwicz i wystarczająco dużo pij, wysypiaj się, myj czystą wodą i myśl pozytywnie. Wypracuj w sobie dyscyplinę codziennej prostej i łagodnej pielęgnacji. Poranną toaletę wykonuj tak, jakby to było ćwiczenie fizyczne.

JEDZENIE
Złota reguła: by jak najdłużej zachować zdrowie i młodość, trzeba jeść mało. Inaczej organizm nie przyswoi w pełni składników z pożywienia. Jedz żywność świeżą i dobrej jakości. Staraj się też o przyjemne otoczenie i estetyczne podanie – jeżeli ich zabraknie, będziesz dążyła do tego, by zastąpić je większą ilością jedzenia. Jeść dobrze oznacza też jeść wytwornie, powoli, mieć szacunek do pożywienia i do swojego organizmu. Jedz, kiedy jesteś głodna, i smakuj każdy kęs.

UMYSŁ
Jeżeli umysł jest przepełniony, nie możemy normalnie funkcjonować. Kiedy unikasz jednych myśli, robisz miejsce dla innych, a ponieważ negatywnymi myślami wyrządzamy sobie tyle samo krzywdy, co niezdrowym jedzeniem czy paleniem papierosów, wyćwicz w sobie nawyk powracania przed snem do miłych momentów dnia. Ćwicz się także w dystansowaniu się do myśli, nieutożsamianiu się z nimi. Unikaj stresu i nie rozmyślaj nad nękającymi cię problemami. Wystarczy, że znasz ich istotę, by umysł sam znalazł drogę do rozwiązania. Jak najczęściej medytuj, by oczyścić głowę, najlepiej rano, w odosobnionym miejscu.

RELACJE
Zerwij bezowocne znajomości, zakończ te, które nie dają ci oparcia. W miłości nie bądź niewolnikiem drugiej osoby. Nie staraj się dostosowywać do niekomfortowych sytuacji i nie wymagaj od innych nadmiernej szczerości. Nie zmieniaj swoich planów, by zadowolić innych. Nie martw się, co pomyślą lub powiedzą na twój temat. Nie bądź osobą odpowiadającą oczekiwaniom innych, ale taką, którą sama chcesz być. Nie czuj się zakłopotana, gdy coś dostajesz, ale sama nie dawaj zbyt dużo. Zdobądź spokój płynący z przekonania, że wszystko, czego potrzebujesz, możesz osiągnąć sama. Mniej mów, więcej słuchaj. Nie krytykuj innych, bo w ten sposób tworzysz problem i umniejszasz swoją wartość. Zamiast zajmować się cudzymi wadami, zajmuj się swoimi, ale też nie zadręczaj się. Odnoś się do siebie z miłością, dzięki temu będziesz traktować innych z większym uczuciem. Wybaczaj dla własnego dobra. Nie próbuj zmieniać innych.

Dlaczego mniej znaczy więcej?

Według Dominique Loreau:
  • im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i możemy się rozwijać,
  • kiedy mamy niewiele, tworzymy miejsce dla spraw najważniejszych,
  • życie wśród małej liczby rzeczy podwyższa jakość egzystencji,
  • nie skupiając się na nadmiarze, masz czas, by skupić się na sobie: dowiedzieć, jaka jesteś,
  • mając mniej, zostawiasz przestrzeń dla kreatywności,
  • twoje decyzje stają się instynktowne, twój styl ubierania bardziej elegancki, dom wygodniejszy, a terminarz mniej zapełniony.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zadbaj o swoje szczęście

Najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. (Fot. iStock)
Najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. (Fot. iStock)
W jakim stopniu mamy wpływ na własne samopoczucie, a na ile jest ono zależne od czynników zewnętrznych? Jak nie wpaść w pułapkę robienia dobrej miny do złej gry? O przepis na szczęście pytamy psycholog Agnieszkę Czerw.

Wydaje się, że pragniemy szczęścia ponad wszystko. Ale gdy już nam się ono przytrafia, często bywa, że nie chcemy się z nim obnosić, boimy się zapeszyć, wyjść na chwalipięty. Dlaczego mamy taki problem z pokazywaniem szczęścia światu?
U podłoża takiej postawy leżą dwa przekonania. Po pierwsze, że szczęście nie zależy od nas, tylko od losu – nie chcemy więc, żeby los nam je złośliwie odebrał, uznał, że nie jesteśmy godni. Dlatego staramy się nie manifestować swojej radości. A drugie założenie wiąże się z tym, co sądzimy o innych ludziach, a, niestety, na ogół nie mamy o nich dobrego zdania, jesteśmy nieufni, co potwierdzają badania. Polska jest w końcówce krajów, jeśli chodzi o poziom zaufania społecznego. Zakładamy, że inni będą wobec nas zawistni, jeśli się dowiedzą o naszym szczęściu, może nawet będą chcieli nas go pozbawić. W obu tych przypadkach zarówno przyczyna szczęścia, jak i fakt jego posiadania nie zależą od nas, tylko od losu bądź od innych. To oni mogą sprawić, że tego szczęścia nam zabraknie. I stąd to podejście: „Jestem szczęśliwa, ale nie będę o tym mówić, nie będę tego pokazywać”. A może właśnie warto podzielić się szczęściem, dlatego że ono bywa zaraźliwe i możemy się w ten sposób przyczynić do szczęścia innych.

Kiedyś koleżanka złożyła mi następujące życzenia urodzinowe: „Niech zawsze wszystko będzie tak, jak chcesz”. Pomyślałam wtedy, jak fajnie by było, gdyby świat dostrajał się do moich oczekiwań, gdyby zawsze wszystko działo się zgodnie z moją intencją. Dziś wiem, że takie podejście jest zgubne.
W takim myśleniu tkwi pułapka, bo nie jest możliwe, żeby zawsze wszystko było tak, jak chcemy. A więc oczekując tego od innych, od świata, skazujemy się na wieczną frustrację – bo wystarczy, że jedna rzecz pójdzie nie po naszej myśli i już poczujemy się nieszczęśliwi. Poza tym w ten sposób uzależniamy swoje samopoczucie od czynników zewnętrznych – od innych ludzi, ich zachowań. A te mogą zależeć od zupełnie przypadkowych rzeczy. To, że los daje nam to, czego chcemy, to są po prostu pomyślne zdarzenia, a szczęścia nie można lokować tylko w darach losu. Ono w dużym stopniu zależy od nas, nie w stu procentach, ale w tak dużej mierze, że warto się o nie starać i do niego dążyć.

Jak w takim razie budować szczęście w sobie?
Nie ma jednej uniwersalnej recepty. Ale są pewne ogólne wskazówki, które mogą nam pomóc. To jest trochę tak jak z przepisami kulinarnymi – możemy bardzo dokładnie trzymać się danej receptury, a i tak nie mamy gwarancji, że ciasto wyjdzie, a możemy oprzeć się na ogólnych wytycznych i modyfikować przepis, żeby zrobić takie ciasto, jakie nam będzie najbardziej smakowało. Ja najchętniej posługuję się przepisem Martina Seligmana, który w swojej teorii na temat dobrostanu i rozkwitu mówi o pięciu elementach. Pierwszym składnikiem są pozytywne emocje – chodzi o to, żeby bilans emocji pozytywnych do negatywnych zawsze wychodził na korzyść tych pierwszych, tak więc powinniśmy się starać o to, żeby je sobie dostarczać, zadbać chociażby o to, żeby umieć cieszyć się nawet małymi rzeczami. Druga rzecz to zaangażowanie – trzeba mieć w życiu coś, czemu jesteśmy w stanie się całkowicie oddać. Seligman mówi o takim stanie totalnego zaabsorbowania, kiedy działamy, nie zwracając uwagi na niedogodności, tracąc poczucie czasu. Czyli ważne w życiu jest znalezienie pasji. Trzecia rzecz to relacje z innymi – bez innych nie jesteśmy w stanie żyć, więzi budują nasze szczęście – dlatego warto o nie zadbać i je pielęgnować. Czwarty element to poczucie sensu – róbmy rzeczy, które czujemy, do których mamy przekonanie. Pamiętajmy, że coś, co jest sensowne dla innych, nie musi być sensowne też dla nas. No i w końcu piąta sprawa: poczucie sukcesu, dokonania czegoś – taki moment, w którym wiem, że osiągnęłam pewien cel. I te właśnie elementy według Seligmana składają się na szczęście. To jednak, jak je dodamy, jak zmieszamy – zależy już od nas, od naszego apetytu na życie. Sami musimy określić proporcje.

Czyli szczęście jest paktem, który podpisujemy sami ze sobą. To bardzo wspierające, ale i obciążające zarazem. Bo dobrze, że mam wpływ na własne szczęście. Ale oznacza to też dużą samoświadomość – to ja odpowiadam za swoje szczęście, ja muszę nad nim pracować.
Tutaj najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. Oczywiście, nie w stu procentach, bo są pewne uwarunkowania czy zewnętrzne, czy w nas samych, na które wpływu nie mamy. Każdy człowiek ma przecież pewien wrodzony potencjał, choćby układ nerwowy, który jest podatny na przykład na przeżywanie negatywnych emocji, i z tym walczyć trudno. Jednak jest też ogromny obszar poza tymi predyspozycjami wrodzonymi i poza czysto losowymi okolicznościami, który zależy właśnie od nas. Ale na początek my się musimy wewnętrznie zgodzić na to, że tak właśnie jest. Wtedy dopiero ma sens podejmowanie wysiłku. Trzeba przekierować umiejscowienie kontroli za własne życie do wewnątrz, do siebie.

Druga kwestia jest taka, że szczęśliwy chce być każdy, ale wybieramy różne sposoby dotarcia do tego celu. Jedni będą pracować nad sobą, a inni wybiorą dajmy na to hazard. Czasami więc może być tak, że mamy motywację, wkładamy w dążenie do szczęścia wysiłek, natomiast kierunek jest nieodpowiedni. A jeżeli nasz wysiłek idzie na marne, to pojawia się frustracja. Dlatego, jak już się zgodzimy na to, że od nas zależy szczęście, trzeba jeszcze znaleźć odpowiednią drogę, i tu często z pomocą przychodzą terapeuci oraz coachowie, którzy poszukują tej drogi z nami. I to już jest naprawdę bardzo indywidualna kwestia, która droga będzie najwłaściwsza dla nas. Sonja Lyubomirsky mówi w swojej teorii szczęścia, że w tej części zależnej od nas mamy do załatwienia trzy rzeczy: sposób myślenia, czyli pewien filtr uwagi, który decyduje o tym, co zauważamy wokół siebie, druga sprawa to przejście do działania, czyli konkretne zachowania, no i trzecia to stawianie sobie celów, bo nie zawsze da się od razu to działanie wprowadzić w życie, czasami trzeba znaleźć sposób, i to jest cel, żeby ten sposób znaleźć.

Do mnie osobiście trafia metafora szczęścia jako drzewa – jeśli jesteśmy podatni na podmuchy zewnętrzne, to łatwo nami zachwiać, łatwo zburzyć nasze szczęście, a jeśli mamy mocny trzon, to szybciej wracamy do pionu.
To prawda, najważniejsze są trwałe, dobre korzenie, które nas trzymają w pionie, czyli właśnie praca nad sobą, a nie nad światem wokół. Pójściem o krok dalej jest świadome wprowadzanie pewnych zmian w świecie, ale wtedy już umiejscowienie kontroli jest w nas, to ja mam wpływ, ja kreuję swój świat. Pamiętajmy, że gdy próbujemy na siłę dostosować świat zewnętrzny do siebie, jesteśmy skazani na porażkę. Czasami zamiast coś zmieniać, może lepiej się uważnie temu światu przyjrzeć? Dlatego niektórzy postulują zamiast naginania rzeczywistości do siebie uważne, pełne bycie w bieżącej chwili – gdzie skupiamy się na tym, co się wokół nas dzieje, i czerpiemy z tego. Często w pędzie życia tak przyspieszamy, że wszystko nam się rozmazuje, jak w jadącym samochodzie. Trudno wtedy rozpoznać jakiekolwiek szczegóły i zauważyć najdogodniejszą ścieżkę do szczęścia. Uważność zwiększa zatem naszą elastyczność zachowania. Nie mówiąc już o tym, że sprzyja też pozytywnym emocjom, bo my często nie zauważamy cudownych, pięknych rzeczy wokół nas, którymi można się zachwycić.

Tylko jak nie przekroczyć tej cienkiej granicy między szukaniem pozytywów każdej sytuacji a robieniem dobrej miny do złej gry?
Wypieranie i ucieczka od negatywnych emocji na dłuższą metę będą prowadziły do ich kumulacji, a to może się skończyć tym, że potem uderzą w nas ze zdwojoną siłą, bo przecież nie da się tak robić w nieskończoność. Chodzi tu o pewną odwagę zmagania się z życiem, ponieważ unikanie konfrontacji z trudnościami oznacza, że nie jestem gotowa wziąć się z życiem za bary. Barwy życia są różne i negatywne emocje są dla nas ważnymi sygnałami na temat tego, co się z nami dzieje. Nie wolno ich lekceważyć, bo możemy wtedy zagubić samych siebie pod maską uśmiechu, który tak naprawdę nie świadczy już o radości, tylko o pozie, o roli, którą odgrywamy wbrew sobie.

Dlatego powinniśmy dać sobie przyzwolenie na wszystkie emocje – mamy prawo odczuwać smutek, złość, irytację. Ważne, żeby się w nich nie zatapiać, nie „przeżuwać” ich za długo, bo to może prowadzić na przykład do stanów depresyjnych. Dobrze też jest mieć swoje wypracowane sposoby na wychodzenie z takich stanów, taki osobisty niezbędnik emocjonalny.

Ale czasami nie chcemy wyjść z takiego stanu.
Niekiedy to jest wygodne, ale też dajmy sobie trochę czasu na powrót do pionu. Możemy z jakichś względów potrzebować przeżywać negatywne emocje przez dłuższy czas, nie można przecież wyciągać kogoś na siłę z żałoby, musimy dać sobie przyzwolenie na przejście całego cyklu, pewnych faz, w których człowiek musi się odnaleźć. Często zanurzenie w negatywnych emocjach jest pewną ucieczką od życia – bo wtedy być może ktoś inny o mnie zadba, a ja już nie muszę, jestem usprawiedliwiona z tego, że się nie angażuję, że nic nie robię, że gorzej funkcjonuję, bo przecież mam problem. To są mechanizmy obronne, które w takich sytuacjach się uruchamiają. Gdyby to nie dawało jakichś korzyści osobom, które są w negatywnych stanach, to one by w nich nie pozostawały. Ważne jest, żeby dostrzec te korzyści i znaleźć sposób na dochodzenie do nich w bardziej pozytywny sposób.

Jedną z irytujących rad, gdy coś nam się nie udaje, jest zdanie: „Myśl pozytywnie!”. To płytki slogan, który kojarzy się z przyklejanym uśmiechem. Jak nie wpaść w pułapkę sztucznej szczęśliwości?
Tutaj cała atrakcyjność polega na tym, że tego typu postulaty nie wymagają od nas wysiłku. Bo pomyśleć pozytywnie jest bardzo łatwo. Tylko że jeżeli poprzestaniemy na samym myśleniu, a nie przejdziemy do działania, to mamy marne szanse, że ta myśl się ziści. Bo wtedy musielibyśmy mieć za każdym razem szczęście zewnętrzne, czyli tzw. łut szczęścia, odpowiednie okoliczności. Wstawanie więc codziennie rano z myślą „dzisiaj będzie dobrze” z jednej strony jest pozytywne, bo nie nastawiam się źle do dnia dzisiejszego, ale z drugiej strony może stanowić pułapkę, bo jeżeli będziemy oczekiwać, że samo to wystarczy, żeby wszystko nam się udawało, to po pierwszej napotkanej trudności nasze dobre samopoczucie legnie w gruzach.

Sama zmiana myślenia to dopiero pierwszy krok, ale potrzebny jest jeszcze wysiłek, działanie. O wiele ważniejsze niż myślenie pt. „dzisiaj na pewno będzie dobrze” albo „na pewno kiedyś będę milionerem”, jest myślenie: „każdy może zostać milionerem, zastanówmy się nad tym, jak to zrobić”. Nastawienie, że wszystko jest możliwe, jest o tyle lepsze, że motywuje, żeby poszukać ścieżki dojścia do celu. I później przełożyć to na działania. Szczęście wymaga wysiłku, wymaga pracy. A także takiego przekierowania myślenia, że to właśnie ja jestem kreatorem swojej rzeczywistości. Nie możemy tylko czekać na to, co przyniesie los. Pamiętajmy, że same pozytywne emocje szczęścia nie dadzą. Muszą im towarzyszyć celowe działania.

Agnieszka Czerw, psycholog pracy i organizacji. Od kilkunastu lat prowadzi też badania nad zagadnieniami funkcjonowania człowieka w pracy w kontekście psychologii pozytywnej. Popularyzatorka psychologii pozytywnej, autorka książki „Optymizm. Perspektywa psychologiczna”, 

  1. Psychologia

Sztuka samoograniczania. Skromniej znaczy lepiej

Problem z nadmiarem rzeczy wokół nas bierze się stąd, że nie znamy siebie, swoich potrzeb, nie wiemy, co tak naprawdę nam się podoba, tylko kupujemy to, co właśnie jest reklamowane w telewizji. (Fot. iStock)
Problem z nadmiarem rzeczy wokół nas bierze się stąd, że nie znamy siebie, swoich potrzeb, nie wiemy, co tak naprawdę nam się podoba, tylko kupujemy to, co właśnie jest reklamowane w telewizji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mamy wszystkiego za dużo, a pragniemy jeszcze więcej. Toniemy w nadmiarze, a dokładamy sobie kolejną zdobycz. A może by tak zamiast zdobywać – zacząć się pozbywać?

Pozbywanie się jest nie lada sztuką. Wiedzą o tym wszyscy, którzy muszą spakować rzeczy przed przeprowadzką albo remontem. Tego szkoda, tamto cenne, owo może się przydać. O wiele łatwiejsze jest gromadzenie. Widzimy coś i czy jest nam to potrzebne, czy nie, wkładamy do koszyka. Bo kiedyś będzie jak znalazł. Bo po okazyjnej cenie. I ani się obejrzymy, jak gromadzenie staje się swego rodzaju przymusem. Przed laty Warszawę obiegła informacja o starszej kobiecie, która do swojego mieszkania na Żoliborzu znosiła rzeczy ze śmietnika. Kiedy nie dawała znaku życia, zaniepokojeni sąsiedzi wezwali pomoc. I wtedy okazało się, że kobieta została uwięziona przez rupiecie, którymi zawaliła mieszkanie od podłogi po sufit. Znam inną starszą panią, która trzyma w kuchni zapasy cukru, mąki, kasz. Na wszelki wypadek. Z kolei pewien mężczyzna nie jest w stanie pozbyć się niczego po rodzicach, mimo że ci nie żyją od 15 lat. Mój znajomy, dziennikarz, od lat zbiera gazety. Ma ich w pokoju takie sterty, że przemieszcza się pomiędzy nimi wąskim tunelem. Gdy pytam, kiedy się ich pozbędzie, odpowiada: „Nie po to zbierałem je przez całe życie, żeby teraz wyrzucać”.

Korzystam z tego, co mam

Skąd w ludziach taka potrzeba? Psycholog Jarosław Przybylski: – Pod potrzebą nadmiernego gromadzenia rzeczy mogą kryć się różne psychologiczne problemy, a nawet choroby. Często okazuje się, że źródła manii zbieractwa sięgają przeżyć z okresu dzieciństwa. Na przykład ludziom, którzy jako dzieci nie mieli stałego domu, nieustannie się przeprowadzali albo żyli w domach dziecka, przedmioty mogą dawać poczucie stabilności, kompensować cierpienie, działać niczym lekarstwo. Tacy ludzie przywiązują się do rzeczy, ponieważ te nigdy ich nie zranią. Czasem przedmioty są czymś w rodzaju tarczy ochronnej, zasłony oddzielającej człowieka od świata, poprzez którą zbieracz chce niejako odwrócić uwagę innych od siebie i skierować ją na to, co gromadzi. Z kolei przechowywanie rzeczy po bliskich zmarłych bywa rozpaczliwą próbą odwrócenia biegu zdarzeń, zatrzymania bliskich choćby pod postacią owych rzeczy. Robienie zapasów jest natomiast domeną starszych ludzi, którzy przeżyli niedostatek, wojnę. Daje im to poczucie bezpieczeństwa i kontroli nad swoim życiem. I dopóki pozwala im normalnie funkcjonować, nie ma powodów do obaw. Gorzej, gdy staje się maniakalne, wtedy może oznaczać nawet poważną chorobę, zwaną zespołem Diogenesa.

Jak wyjaśnia psycholog, przypadłość ta polega na manii zbieractwa i zagracania swojego domu rzeczami, które chory traktuje jako absolutnie niezbędne do życia, choć nie są mu do niczego potrzebne. Choroba ta dotyka ludzi niezależnie od wykształcenia i statusu majątkowego. I co ciekawe, cierpiące na nią osoby podobnie jak hazardziści nie uważają swojego zachowania za patologiczne. Amerykańscy psychologowie badający tę chorobę odkryli, że za gromadzenie zapasów potrzebnych do przeżycia odpowiada przedczołowa kora mózgowa, ta sama, która jest też odpowiedzialna za podejmowanie decyzji, przyswajanie złożonych informacji, porządkowanie myśli. Otóż okazuje się, że u osób dotkniętych zespołem Diogenesa praca tej części mózgu jest zaburzona. Przyczyny tych zaburzeń nie poznano do końca, podejrzewa się wpływ urazów głowy i niektórych leków.

Przestać gromadzić to pierwszy niezbędny krok do uporządkowania swojego życia. Ale drugi – zacząć pozbywać się tego, co niepotrzebne – często okazuje się nie do przejścia. Dlatego na początek warto zrobić eksperyment polegający na tym, że korzystamy tylko z tego, co mamy. A mamy dużo, o wiele więcej, niż myślimy.

Przekonałam się o tym w dość spektakularny sposób w pewien piątek przed majowym weekendem z niehandlową niedzielą. Przyjaciółka zaprasza mnie na Mazury, więc nie robię zakupów. Ale nieoczekiwanie dopada mnie bolesna kontuzja i z planów nici. No i jak tu przeżyć dwa dni z pustą lodówką? Okazuje się jednak, że wcale nie taką pustą. Z tego, co w niej znalazłam, dało się wykroić śniadanie (kozi serek, maślanka), obiad (risotto z cukinią i suszonymi pomidorami), kolację (pomidory), a nawet poniedziałkowe śniadanie (reszta koziego serka). Gdybym wyjechała, to wszystko wylądowałoby pewnie w koszu. No a gdybym wiedziała, że zostanę – przeznaczyłabym kilka godzin, dużo energii i pieniędzy, żeby zaopatrzyć dom w niezbędne produkty, bez których – jak mi się wydawało – nie da się przetrwać nawet jednego dnia. Przetrwałam dwa, a mogłabym więcej. Zyskałam czas i energię. Zrobiłam miejsce na świeże jedzenie w lodówce. Zaoszczędziłam. A przede wszystkim odkryłam, że nie tylko jedzenia w lodówce mam za dużo.

Dominique Loreau w książce „Sztuka minimalizmu w codziennym życiu” stawia podobną diagnozę: Ludzie Zachodu uginają się pod ciężarem nadmiaru – stosu gadżetów, sprzętów, ubrań, które ich przytłaczają, zajmują miejsce, obciążają umysł, emocje. A każda zbędna rzecz zagraca nie tylko przestrzeń, ale też i głowę. No bo skoro już coś mam, to muszę tego używać, odkurzać, konserwować. A jeśli nie używam – to biję się z myślami: „dlaczego” i mam wyrzuty sumienia, po co tę rzecz kupiłam, skoro stoi i się marnuje. Tak czy siak owo „za dużo” zajmuje mój umysł! Dlatego autorka nawołuje: „Usuń zbędne rzeczy ze swojego otoczenia, a przegonisz je ze swojego umysłu. Stwórz wokół siebie przestrzeń, zanim dasz się wciągnąć w błędne koło, z którego będzie ci coraz trudniej wyjść. Dobra materialne ograniczają nas dużo bardziej niż zła pogoda czy brak pieniędzy!”. Proponuje zacząć od przyjrzenia się rzeczom, które nas otaczają, tym wszystkim przedmiotom codziennego użytku, drobiazgom stojącym na szafkach i biurku. I od zadania sobie pytań: Czym te rzeczy są dla mnie? Czy są mi naprawdę potrzebne?

Psycholog Jarosław Przybylski: – Problem z nadmiarem rzeczy wokół nas bierze się stąd, że nie znamy siebie, swoich potrzeb, nie wiemy, co tak naprawdę nam się podoba, tylko kupujemy to, co właśnie jest reklamowane w telewizji. A że reklam jest dużo, a każda z nich wmawia nam, że owe „dobra” uczynią nas młodszymi, zdrowszymi, piękniejszymi, szczęśliwszymi, no to lecimy, kupujemy i stawiamy na szafce jak prawdziwe trofeum.

Kim jestem i o czym marzę

Porządkowanie przestrzeni, która nas otacza, zawsze trzeba zacząć od porządkowania siebie: Kim jestem dzisiaj? Co lubię robić? Z czym (i w czym) dobrze się czuję? Co sprawia mi prawdziwą radość? W jakim kierunku chciałabym się rozwijać? Jakie są moje marzenia?

Takie pytania zadał sobie ponad 20 lat temu Janusz Olenderek, wtedy warszawianin, prezes Fundacji „Centrum Europejskie Natolin”, dziś gospodarz Ośrodka Działań Twórczych „Mandala” w Targoszowie w Beskidzie Niskim. Swojego miejsca szukał długo. Absolwent warszawskiej ASP, po studiach żył z malowania, pracował jako nauczyciel w liceum plastycznym. Życie wiódł niespieszne, na swój sposób ciekawe, ale jakby uśpione. W 1989 roku rozpoczął pracę w Urzędzie Rady Ministrów. Dwa lata później dostał propozycję objęcia stanowiska dyrektora Fundacji „Centrum Europejskie Natolin”, która koordynowała tworzenie w Warszawie filii Uniwersytetu Europejskiego w Brugii. Nagle z sielskiej rzeczywistości trafił w samo centrum wydarzeń.

– Miałem poczucie, że oto dzieje się historia i ja w niej uczestniczę – wspomina. Dostaje pensję, od której kręci się w głowie. Ma do dyspozycji biuro w stylowej rezydencji w parku Natolińskim, samochody służbowe, dwa telefony komórkowe. Spotyka ludzi z pierwszych stron gazet, pracuje w świetnym zespole. Natolin rozkwita. Staje się wizytówką Polski, gości prezydentów i premierów. – Można powiedzieć, że żyłem jak w raju. Miałem wszystko, czego dusza zapragnie, a tak naprawdę czułem, że to nie jest moje miejsce. Dusiłem się jak koń w za ciasnym chomącie. Dużo się nauczyłem, ale nie wyobrażałem sobie, że mógłbym w taki sposób spędzić całe życie. Tęskniłem do ciszy.

Do podjęcia decyzji o rzuceniu pracy dojrzewał powoli. O swoich zamiarach mówił współpracownikom, nikt jednak nie wierzył, że dyrektor może ot tak to rzucić i odejść. Do dziś niektórzy pukają się w czoło. A on odszedł. – Przełomu nie było – mówi. – To był długi proces. Zaczął się zapewne już w młodości od wielkich pragnień, żeby zamieszkać w górach. Co jakiś czas oglądałem tu różne domy, ale wtedy nie mogłem sobie pozwolić na kupno. Miałem jednak przekonanie, że kiedyś będzie to możliwe. Wszystko ma swój czas. Utkwiło mu w pamięci zdanie z jakiejś książki: Żyjmy tak, żeby na łożu śmierci mieć poczucie, że się nie zmarnowało życia, że się zrealizowało swoje marzenia. To jedno zdanie było kroplą, która przelała czarę. Porozmawiał chwilę ze sobą: „Żyję w komforcie, otoczony przyjaźnią, prestiżem, jestem przez wszystkich rozpieszczany, ale czy zrealizowałem to, o czym marzę?”. Odpowiedź brzmiała: „Nie!”.

– Dla kogoś z zewnątrz to mogło wyglądać jak desperacki krok – mówi. – Ale dla mnie to nie była żadna rewolucja, tylko ewolucja. Decyzji nie podjąłem z dnia na dzień, nie rodziła się w bólach, nie analizowałem argumentów za i przeciw. Po prostu odszedłem w głębokim przeświadczeniu, że tak należy zrobić. A wszystko dlatego, że zadałem sobie pytanie: Kim jestem i o czym marzę?

Zamykam przeszłość

Psycholog Jarosław Przybylski: – Posiadanie rzeczy stabilizuje i porządkuje nasze życie, daje też poczucie bezpieczeństwa. Więc nie chodzi o to, aby kompletnie wyzbyć się wszystkiego. Chodzi o to, aby pozbyć się nadmiaru rzeczy, bo wszelki nadmiar wprowadza w naszą codzienność chaos, przytłacza nas i zamyka w uciążliwej rutynie.

Od czego zacząć? Może właśnie od przejrzenia lodówki? To świetne miejsce do trenowania pozbywania się tego, co niepotrzebne. Jak słusznie zauważa Dominique Loreau, zawsze znajduje się w niej coś, co nadaje się do wyrzucenia, natychmiast. A my, choć otwieramy lodówkę tak często (a może właśnie dlatego), już nawet nie widzimy w niej tego, czego nigdy nie używamy, co sobie stoi, aż spleśnieje. Autorka proponuje przyjrzeć się zawartości naszych lodówek i na początek opróżnić tylko jedną półkę. Prawda, jaki miły i zachęcający widok? No to opróżnijmy drugą i trzecią. Taki lodówkowy remanent powinien natchnąć nas do zmiany przyzwyczajeń w robieniu zakupów. Czyli do kupowania tylko tego, co zużyjemy. Bo jak powiedział Seneka: Nigdy nie jest mało tego, co starcza. Eksperyment z lodówką pokazuje, że mniej naprawdę znaczy więcej – mniej zbędnego jedzenia oznacza więcej miejsca na półkach, więcej ładu, ale też czasu i pieniędzy w portfelu. Podobny efekt możemy uzyskać, przeprowadzając remanent w całym domu. A potem przyjdzie kolej na porządkowanie życia.

Jak się do tego zabrać? Dominique Loreau w książce „Sztuka minimalizmu w codziennym życiu” pisze: „Jeśli naprawdę pragniesz zmienić swoje życie, usunąć z niego wszystko, co powoduje w nim szeroko pojęte zatłoczenie, jeśli chcesz, żeby twoje życie nabrało rozpędu, zyskało nową jakość, najbardziej radykalnym sposobem jest wyjechać w długą podróż”.

Taką metodę praktykuje wielu Amerykanów. Raz na jakiś czas rzucają pracę, pozbywają się wszystkiego, co mają, często nawet domu, i wyruszają w długą, trwającą czasem lata wyprawę. A wszystko po to, aby przemyśleć swoje życie. Ci, którzy odbyli taką podróż, twierdzą, że w starych dekoracjach, wśród starych rzeczy i nawyków żadnej zmiany przeprowadzić się nie da.

Nie każdy może pozwolić sobie na tak radykalne rozwiązanie. Ale każdy może spróbować choć raz w życiu zafundować sobie jakiś dłuższy wyjazd. Opuszczenie domu na dłużej zmusza nas do uporządkowania go przed wyjazdem, dokonania selekcji tego, co ze sobą zabierzemy, a więc do przejrzenia rzeczy w bardziej wnikliwy sposób, niż to robimy zazwyczaj. To idealna okazja do pozbycia się tego, co nie jest nam już potrzebne. Do zamknięcia za sobą nie tylko tych prawdziwych drzwi, ale także tych symbolicznych, za którymi zostawiamy przeszłość. Podobno to nieporównywalne do żadnego innego uczucie. Lekkości, radości, wolności. Jarosław Przybylski: – Już Horacy powiedział, że najlepszy jest umiar, złoty środek. A my dzisiaj kompletnie o tym zapomnieliśmy, chcemy więcej i więcej. Współczesny człowiek dał się owładnąć konsumpcyjnemu szaleństwu – kupuje nawet to, co zupełnie nie jest mu potrzebne. Bo akurat jest promocja albo coś ładnie wygląda. I w ten sposób zawala dom gadżetami, których nigdy nie używa. Gdzie tu zdrowy rozsądek?   

Dominique Loreau w książce „Sztuka umiaru” pisze: „Aby czuć się dobrze, powinniśmy unikać wszelkiego nadmiaru w naszym życiu. Oznacza to również uświadomienie sobie, że w życiu nie ma wzlotów bez upadków, ale nie ma też samych upadków bez wzlotów! To my jesteśmy panami i strażnikami ciała i umysłu. Tylko my jesteśmy w stanie się o nie zatroszczyć i dobrze je poznać. Jedynie my sami możemy uświadomić sobie naszą tożsamość kulinarną, nasze upodobania, aspiracje i myśli”.

Wiele osób, zwłaszcza młodych, może zbulwersować problem, który poruszam. Już to słyszę: „Samoograniczanie się? Z czego? Przecież jestem na dorobku, nie mam stałej pracy, oszczędności, swojego mieszkania, rodziny”.

To wszystko prawda. Ale ja widzę także drugą stronę medalu: rozbuchane oczekiwania młodych, którzy chcą mieć wszystko już, natychmiast. Którzy bez ogródek werbalizują swoje roszczenia: „Skoro skończyłam trzy kierunki, znam cztery języki, zjeździłam pół świata, to należy mi się ciekawa, dobrze płatna praca”. Pytam wtedy: „A co naprawdę lubisz robić? Co jest twoją pasją?”. I tu zapada na ogół cisza. Albo pojawia się święte oburzenie: „Powinnam dostać pracę, jestem przecież bardzo dobrze wykształcona!”.

Psycholog Jarosław Przybylski: – Młodzi ludzie nie mają dzisiaj wymarzonej sytuacji, ale czy młodzi mieli ją kiedykolwiek? Po co im ten nadmiar kierunków studiów, wszelkiego rodzaju kursów, warsztatów? Czy nie lepiej skupić się na jednej dziedzinie, ale penetrować ją do głębi? Albo – tak jak to bywa w wielu krajach – po maturze dać sobie prawo do rocznej przerwy, rozejrzeć się, zastanowić, co chciałbym robić, popracować w wymarzonym miejscu. I dopiero wtedy zadecydować. Moim zdaniem młodych ludzi gubi dzisiaj nadmiar możliwości i niedostatek wiedzy o sobie. Studiują po kilka kierunków, a nie mają pojęcia, kim są, co im leży na sercu. A od tego trzeba zacząć.

  1. Styl Życia

Na lepszy rok. Kalendarz od polskich twórców na świąteczny prezent

Kalendarz Wycinki w termosie x Papierniczeni. (Fot. materiały prasowe)
Kalendarz Wycinki w termosie x Papierniczeni. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Rok 2020 dał nam wszystkim w kość. Sprawmy więc, by 2021 był zdecydowanie spokojniejszy, zdrowszy, bardziej inspirujący - po prostu piękniejszy. A dobrym tego początkiem będzie kalendarz na prezent komuś bliskiemu lub samemu sobie. Oto nasz wybór najpiękniejszych kalendarzy od polskich twórców na 2021 rok. 

Wycinki w kalendarzu

Kalendarz 'Wycinki w termosie' 2021, Papierniczeni X Wycinki w termosie, cena: 85 zł. Kalendarz "Wycinki w termosie" 2021, Papierniczeni X Wycinki w termosie, cena: 85 zł.

Ten kalendarz będzie idealny nie tylko dla miłośników "Wycinków w termosie", czyli genialnych kolaży słownych z wycinków prasowych, które tworzy Gosia Konieczna, ale również dla minimalistów. Niemal wszystkie wycinki powstały z myślą o kalendarzu i nie były dotąd publikowane. Kalendarz zawiera 70 kolaży – po jednym na każdy tydzień oraz dwanaście otwierających każdy miesiąc – które wspierają, bawią, wprowadzają w zadumę, inspirują i odwracają perspektywę. Kalendarz ma piękną, grafitową okładkę i można go kupić w dwóch wersjach - z detalami w kolorze szaro-srebrnym lub szaro-złotym. Jest dostępny na stronie papierniczeni.pl.

Ekologia i minimalizm

Ilustrowany kalendarz 2021, KOI Book, cena: 120 zł. Ilustrowany kalendarz 2021, KOI Book, cena: 120 zł.

Ekologiczny, unikatowy, tworzony ręcznie kalendarz z przepięknymi ilustracjami wspaniałej artystki - Anny Bartosiewicz. Jest wykonany z papieru z renomowanej i najbardziej ekologicznej papierni na świecie – Munken Pure, a okładka została zrobiona z papieru pochodzącego z recyklingu. Prostota, minimalizm i ekologia - połączenie idealne. Do kupienia na stronie internetowej Targów Rzeczy Ładnych.

Wzory z natury

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Pan Kalendarz (@pan_kalendarz)

Pan Kalendarz powstaje nieprzerwanie od 2013 roku, a zaprojektowała go grupa znajomych ze studiów: Ola Dębniak-Gocławska, Palina Rek-Gromulska oraz Joanna Walczykowska i Mateusz Kowalski. Kalendarz na 2021 rok jest uniwersalny, jednak, dzięki okładkom w kolorze głębokiego granatu, idealny jako prezent dla mężczyzn. Dostępny w trzech wzorach okładki - kąty, porost i woda. W środku każdego z nich przejrzysty układ, ciekawe ilustracje, kiszonka na drobiazgi oraz dużo miejsca na notatki, zapiski i bazgroły. Do kupienia na pankalendarz.com, cena: 70 zł.

Kwiaty w torebce

Kalendarz Ana Rudak, Papiery Wartościowe, cena: 119 zł. Kalendarz Ana Rudak, Papiery Wartościowe, cena: 119 zł.

To zdecydowanie mój faworyt. Okładka, na którą nie można się napatrzeć. Jej przepiękny wzór zaprojektowała Ana Rudak. Każdy miesiąc to w tym kalendarzu osobny rozdział - rozpoczyna go ogólny plan miesiąca, a następnie plan tygodnia na jednej stronie (z lewej strony karty) oraz miejsce na notatki (z prawej). Na końcu kalendarza znajduje się plan na 2022 rok oraz notatnik. Do kupienia na stronie internetowej Targów Rzeczy Ładnych oraz papiery.pl. Warto sprawdzić również inne wzory kalendarzy od Papierów Wartościowych - są przepiękne!

Nowoczesny, na ścianę

Kalendarz ścienny, Kal-Store, cena: 129 zł. Kalendarz ścienny, Kal-Store, cena: 129 zł.

Kalendarz ścienny, który świetnie będzie pasował zarówno do nowoczesnych, jak i klasycznych wnętrz. Kal to minimalistyczny i ponadczasowy kalendarz ścienny, zaprojektowany tak, by wyraźnie przypominać to co ważne. Składa się z metalowego haczyka i sześciu dwustronnych arkuszy wysokogatunkowego papieru o gramaturze dobranej tak, by zachował niezmienny kształt, nie gniótł się i nie zawijał. Czytelna siatka każdego tygodnia pozwala przejrzyście zaplanować każdy dzień i miesiąc – dzięki czemu staje się wygodnym organizerem. Do kupienia na stronie internetowej Targów Rzeczy Ładnych oraz kal-store.com.

Naturalnie piękny

Patrząc na ilustrację na okładce aż czuje się spokój, zupełnie jak podczas zachodu słońca wysoko w górach. W Pracowni Zeszytów Ireny Dżyga-Rudzkiej powstały ręcznie oprawiane kalendarze z pięknymi, naturalnymi okładkami. Kalendarze wyjątkowe, bo przeplatają się w nich drobne, słowne kolaże. Takie prawdziwe – wycięte z papieru nożyczkami, ułożone w kompozycje i zeskanowane do projektu. Na każdej lewej stronie znajduje się rozpiska dni tygodnia, po prawej pusta strona w kropki na notatki. Miesiąc zaczyna się skrótowym, poglądowym kalendarzem. Na końcu kalendarza znajduje się kolorowanka antystresowa, trackery nawyków oraz kalendarz skrócony na 2022 rok. W kalendarzu jest 11 dodatkowych stron na notatki. Do kupienia na stronie internetowej notebooks-design.com, cena: 129 zł.

Kobiecy kalendarz

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Marta Chmielecka (@pod_kloszem)

Kalendarz ścienny firmy Pod kloszem to dwanaście kobiecych ilustracji, które w oryginale zostały narysowane cienkopisem. Każda kobieta symbolizuje inną cechę - może to być wielozadaniowość, asertywność, uważność, empatia czy siła. Pięknie dopełni wnętrze, a jednocześnie nacieszy oko. Do kupienia na stronie podkloszem.pl, cena: 89 zł.

Kalendarz roślinny

Ilustrowany roślinny eko-kalendarz na 2021, Aleksandra Stanglewicz, cena: 99zł. Ilustrowany roślinny eko-kalendarz na 2021, Aleksandra Stanglewicz, cena: 99zł.

Coś dla miłośników roślin, botaniki, miejskich ogrodów i domowych dżungli albo po prostu osób, które tęsknią za kontaktem z naturą. Ilustratorka Aleksandra Stanglewicz stworzyła wyjątkowy kalendarz z pięknymi, ręcznie malowanymi akwarelowymi roślinami. Króluje w nim zieleń, prostota i... ekologia. Bo kalendarz został wydrukowany na najwyższej jakości ekologicznym papierze recyklingowym. Co więcej, powstał w duchu less waste, bo każdą z 12 ilustracji będzie można wyciąć, oprawić i powiesić na ścianie. Do kupienia na stronie pakamera.pl. 

  1. Psychologia

Piękno na co dzień

Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, wzruszenie. (Fot. Getty Images)
Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, wzruszenie. (Fot. Getty Images)
Świat cały czas rozbrzmiewa dźwiękami, emanuje barwami i widokami, które mogłyby wprawić w błogi stan istnienia, gdybyśmy tylko pozwolili sobie na zatrzymanie zamiast ciągłego działania. Gdybyśmy zdecydowali się na bycie i odczuwanie tak po prostu, bez oceniania i kategoryzowania emocji, które blokują zmysły. Piękno podziwiamy, ale też tworzymy. I można się tego nauczyć.

W czasach, w których przyszło nam żyć, coraz częściej zadajemy sobie zasadnicze pytania o to, jak nasze życie ma wyglądać. Co jest ważne, a co nie? Na czym polega prawdziwe szczęście? Jak żyć w zgodzie z tym, co nas otacza? Jak sobie radzić z codziennością, by nie zaprzepaścić szansy na pełne życie i nie ulec pokusie szaleńczego pędu, do którego zachęca współczesny świat? Wszystkie te pytania pozwalają szerzej otworzyć umysł i zobaczyć to, co rzeczywiście dzieje się wokół nas. Pozwalają zdać sobie sprawę z tego, że piękne życie wymaga osobistego zaangażowania i odpowiedzialności. Warto tworzyć piękne rzeczy, ale warto je także podziwiać. I jedno, i drugie jest niezmiernie ważne.

W zachwycie

Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, dreszcz… Ale też tysiące momentów, które czekają, abyśmy zwrócili na nie uwagę. Jednak zwykle jesteśmy ślepi, zabiegani, nieobecni, zagłębieni w świecie myśli. Żyjemy nawykowo i beznamiętnie, goniąc za kolejną chwilą, która ma przynieść więcej radości. Każdego dnia pokładamy nadzieje w przyszłości, nie zdając sobie sprawy, że prawdziwe piękno, do którego mamy dostęp cały czas, zawiera się w chwili obecnej.

Przypomnij sobie momenty, kiedy byłaś pełna energii, kiedy doświadczałaś w życiu harmonii, spokoju, pełnego relaksu lub radości, kiedy czułaś się wyjątkowo – w takich chwilach można dostrzec piękno w prawie każdej rzeczy, która nas otacza, czujemy się lekko, barwy wokół są żywsze, jasne, promienne, ludzie wydają się lepsi.

Jednak utrzymanie takiego stanu umysłu wymaga wewnętrznej pracy – zanim będziemy mogli osiągnąć tę wyjątkową otwartość zmysłów, musimy przebudzić się wewnętrznie, zmienić nawyk ciągłego działania w pełniejsze bycie.

Aby taką zdolność rozwinąć, należy znaleźć obiekt zachwytu i piękna w swoim otoczeniu. Zjednoczyć się z tym pięknem. Zobaczyć, że ono emanuje miłością. Poczuć miłość do tego obiektu, do świata, który nas otacza, do siebie. Jeśli nie masz takiego obiektu w pobliżu siebie, w zasięgu wzroku – przywołaj piękne wspomnienie i przyciągnij do siebie uczucie miłości, zachwytu. Napełniaj się nim, zwiększaj w sobie odczuwanie harmonii. W ten sposób budzi się nowa świadomość, twoje komórki zapamiętają to uczucie, a ono otwiera cię na nowe doznania, które nie mają granic, na nowe doświadczanie siebie i świata jako pięknego dzieła bez podziałów na piękno i brzydotę, na dobro i zło.

Ćwiczenie na dostrzeganie piękna

Proponuję zabawę w nicnierobienie. Chodzi o to, by naturalny stan bycia uruchomił proces budzenia się zmysłów. Niech wszystko wydarza się po prostu, nie manipuluj i nie steruj tym, co ci się przydarza. Nie rozmawiaj na ten temat z przyjaciółmi. Po prostu bądź. Pozwól sobie czuć, smakować, chłonąć chwilę. W momencie, kiedy zaczynasz o tym mówić, kiedy próbujesz analizować, wchodzisz do umysłu. Kiedy zaczynasz porównywać to z innym doświadczeniem albo zastanawiać się nad sensem – przestajesz czuć. Nicnierobienie jest bramą do pogłębionego odczuwania, do rozbudzenia wrażliwości wszystkich zmysłów.

Spróbuj chociaż przez pięć minut dziennie skupić się na teraźniejszości. Oddychaj świadomie, rozluźniając ciało oraz patrząc na otaczający świat z przestrzeni serca, bez oceniania. Zobaczysz wówczas mnóstwo niesamowitych rzeczy, szczegółów, sytuacji, których normalnie nie jesteś w stanie dostrzec. To właśnie jest niezwykłość wynikająca ze skupienia na chwili obecnej. Człowiek uważny dostrzega to, czego nie dostrzegają zabiegani ludzie, widzi wspaniałość życia, jego magię.

Kiedy rozwibrujesz zmysły dostatecznie mocno, powoli zniwelujesz podświadomy pęd za posiadaniem kolejnej nowszej, modniejszej, bardziej udoskonalonej rzeczy. Zaczniesz wreszcie odczuwać radość z powodu samego istnienia, bycia, a relacje z innymi ludźmi staną się celebracją chwili. Zablokowana energia zacznie płynąć, rozpuszczając napięcie w ciele, wprowadzi cię w doświadczanie piękna i harmonii, którymi jesteśmy my sami.

  1. Styl Życia

Jesienna chandra? Proste sposoby na poprawę kondycji psychicznej

Nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. (Fot. Getty Images)
Nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. (Fot. Getty Images)
W porze depresji sezonowej warto pamiętać, że nasz naturalny stan to wcale nie szczęście, euforia i samozadowolenie. Raczej umiarkowany pesymizm i niepewność siebie. Dlatego aby cieszyć się życiem, trzeba popracować nad kondycją psychiczną. Najlepiej codziennie.

Nasz mózg jest jak radar, który wyłapuje zagrożenia. Tak twierdzi między innymi dr Rick Hanson, autor „Umysłu Buddy”. Czuły radar był nam (a raczej naszym przodkom) potrzebny przez całe wieki życia jaskiniowego. Im szybciej wychwytywał niebezpieczeństwo, tym skuteczniej nasi „prapra” mogli się przed nim bronić. Ci, którzy dożyli wieku dorosłego, to byli ci umiarkowani pesymiści – szukający dziury w całym, a raczej wypatrujący mamuta w krzakach, nasłuchujący grzmotów burzy czy tętentu wrogiego plemienia. Dzięki temu, że usłyszeli/zobaczyli/przewidzieli na czas niebezpieczeństwo, uniknęli zagrożenia, mieli więc czas dorosnąć, urodzić albo spłodzić dzieci i przekazać im swoje geny oraz wiedzę o tym, jak świat funkcjonuje. A wraz z tą wiedzą – lęk i czujność.

Optymizm i radość życia oczywiście też się opłacały, skłaniały do prokreacji, wzmacniały system immunologiczny, nie były jednak kluczowe dla przetrwania gatunku. Dlatego nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. Tylko to nie jest potrzebne w czasach, w których są piorunochrony, za to nie ma mamutów. Szare komórki jednak nie nadążają za ewolucją i jeśli chcemy je przechytrzyć, poczuć więcej radości z życia – musimy nad nimi trochę popracować. Znieczulić je na potencjalne zagrożenia i wyczulić na to, co piękne. Jak to zrobić? Sposobów, okazuje się, jest sporo.

Sto szczęśliwych dni

Hashtag #100happydays był kilka lat temu jednym z najpopularniejszych na Instagramie. Rozsławił go Dmitry Golubnichy. Ten mieszkający w Szwajcarii ukraiński chłopak był w dołku: jego kariera utknęła w miejscu, gnieździł się na 55 metrach kwadratowych mieszkania w Zurychu, tęsknił za podróżami, a w dodatku zimą 2013 roku śniegu w Alpach było za mało do jazdy na nartach. Dmitry poskarżył się na swój los ukraińskim kumplom, ale ci okazali się nieczuli na jego lamenty. Byli szczęśliwi, choć od skończenia szkoły wykonywali wciąż tę samą pracę, mieli tę samą dziewczynę i spotykali się co tydzień w tym samym miejscu na piwo, zamiast podróżować.

„Skoro oni mogą być szczęśliwi, mając to, co mają, to ja też mogę” – doszedł do wniosku Golubnichy i zaczął rozglądać się wokoło, szukając powodów do radości. To, co znalazł – fotografował i umieszczał na Instagramie. I tak przez 100 dni. Od tego czasu (mniej więcej od dwunastej fotografii…) niemal non stop się uśmiecha. Zaraził swoim pomysłem (i uśmiechem) innych, a potem jeszcze innych, jeszcze innych… W końcu zrobiło się z tego grono około 1,5 miliona osób z 220 krajów. Znalazł się wśród nich coach Mateusz Grzesiak, który swoje 100 zdjęć (wraz z opisami) opublikował w książce „100happydays, czyli jak się robi szczęście w 100 dni”. – Na początku było mi trudno znaleźć to jedno zdjęcie dziennie – przyznaje Dmitry. – Ale potem znajdowałem ich dziesięć.

Doktor Rick Hanson, jeśli zna historię Dmitry’ego, pewnie nie jest zdziwiony jego pozytywną przemianą. „Sposób, w jaki korzystasz z mózgu, zmienia go: na lepsze albo na gorsze” – pisał na kilka lat przed projektem #100happydays w książce „Rozwiń w sobie mózg Buddy”. „Jeżeli regularnie karmisz go zmartwieniami, samokrytyką i złością, twój mózg stopniowo przyjmie kształt, rozwinie nerwowe struktury i dynamikę niepokoju, niskiego poczucia własnej wartości i drażliwej reakcji wobec innych ludzi. Z drugiej strony, jeżeli regularnie opierasz umysł na, przykładowo, zauważaniu, że w chwili obecnej wszystko u ciebie w porządku, dostrzegając w sobie dobre strony oraz odpuszczając – twój mózg stopniowo przybierze kształt spokojnej siły, pewności siebie i wewnętrznego spokoju”.

Krótko mówiąc: trening przynosi efekt. Musi jednak być regularny, co jest tą gorszą wiadomością: jak wynika z informacji na stronie 100happydays.com, 71 proc. osób nie ukończyło programu, podając za powód: brak czasu.

Masz wszystko

„Kto chce, znajdzie powód, komu się nie chce, znajdzie pretekst…” – taka internetowa mądrość krążyła ostatnio po sieci. Eric Weiner, kolejny mężczyzna z depresją, doszedł do wniosku, że rzeczywiście prawie żadne obiektywne warunki do tego szczęścia nie są nam potrzebne; 55 metrów mieszkania w Zurychu absolutnie wystarczy. A nawet 15 metrów w Katmandu.

Weiner, amerykański dziennikarz, wybrał się w podróż w poszukiwaniu radości życia. Szukał odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że mamy dobrą kondycję psychiczną. Swoje obserwacje zapisał w „Geografii szczęścia”. A konkretnie? Ludzie w stosunkowo ubogim Bhutanie są szczęśliwsi od katarskich bogaczy, pławiących się w luksusie, ale także… od Mołdawian, którzy nie dość, że są biedni, to jeszcze nie mają zaufania nawet do swoich bliskich. Zdaniem Weinera, jeśli mamy co jeść, gdzie spać, nie grozi nam żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo i jesteśmy otoczeni przyjaznymi ludźmi – możemy być szczęśliwi. Wystarczy miska zupy, niezłe relacje z bliskimi i przyrodą oraz praca, która choćby w minimalnym stopniu daje nam poczucie sensu, żeby czuć radość.

Dobry humor jest więc w zasięgu praktycznie każdego z nas. Także twoim. Warunkiem jednak jest – jak to podkreślał i Hanson, i Golubnichy – systematyczność. Jeśli nie masz ochoty na fotografowanie rzeczywistości i wrzucanie zdjęć na Instagram, możesz skorzystać z innych metod. Na przykład prowadząc dzienniczek wdzięczności.

– Badania potwierdzają, że celebrowanie wdzięczności podnosi nastrój i zmienia strukturę mózgu – twierdzi dr Daniel Amen, autor książki „Uwolnij moc kobiecego mózgu”. Ale działa też notowanie w pamiętniku pozytywnych refleksji, przyklejanie post-itów ze wspierającymi komunikatami na lustro czy lodówkę, medytacja oraz codzienna modlitwa, jeśli zawiera element wdzięczności.

Praktyka uważności

Specjaliści od mindfulness, czyli uważności – a należą do nich Jon Kabat-Zinn (polecam jego książkę „Świadomą drogą przez depresję”) czy Thich Nhat Hanh (przeczytaj jego „Spokój umysłu”) – uważają, że zawsze, kiedy jesteśmy w pełni tu i teraz, jesteśmy szczęśliwi. Nie ma innej opcji. Nieszczęście jest zawsze w przeszłości (jeśli rozpamiętujemy nieprzyjemne wydarzenia i zadręczamy się wyrzutami sumienia) oraz w przyszłości (gdy wyobrażamy sobie mroczne scenariusze czy rzekome efekty naszych działań, które przecież nie muszą się zdarzyć). Za każdym razem, gdy sprowadzimy naszą uwagę do „tu i teraz”, mamy szanse ukoić lęk i poczuć się naprawdę dobrze. Nawet ból, cierpienie, rozczarowanie – kiedy je zauważymy, dostrzeżemy, przyjrzymy mu się z uwagą – w tej samej sekundzie, kiedy to zrobimy, zaczyna odchodzić. Medytacje mindfulness (choćby trzyminutowe skanowanie ciała) to jedna z terapii, którą Kabat-Zinn poleca przy depresji. Praktykowana regularnie pomaga uśmierzyć każdy ból duszy.

Sięgnij po wspomagacze

Kiedy już zrobisz postanowienie, że będziesz szczęśliwsza i rozpoczniesz trening, możesz wspomóc się pozytywnymi dopalaczami. Są nimi: światło, zdrowa dieta i ruch. Te trzy elementy wymieniają chyba wszyscy eksperci od zarządzania chandrą. Odpowiednia dawka światła (dla źrenic) i generowanej przez słońce witaminy D3 (dla skóry) działa antystresowo. – Według statystyk większą zachorowalność na depresję zanotowano jesienią i zimą – potwierdza Dorota Gromnicka, autorka książki „Depresja. Jak pomóc sobie i bliskim”. – Przyczyny SAD, depresji sezonowej (seasonal affective disorder) kojarzone są z funkcjonowaniem układu hormonalnego, na który ujemnie oddziałuje zmniejszona ilość światła. Kiedy ono dociera do oka, przetwarzane jest na impuls nerwowy, który, przekazywany do mózgu, stymuluje wydzielanie hormonów.

Także tych odpowiedzialnych za poczucie szczęścia: serotoninę, noradrenalinę i dopaminę. Dlatego jak najwięcej czasu spędzaj na dworze, gdy jeszcze jest jasno. A po zmroku – koniecznie zapalaj światło. Skandynawowie odkryli, że nawet sztuczne oświetlenie pomaga w eliminowaniu objawów SAD. Podobnie jak odpowiednia, czyli racjonalna i bogata w składniki odżywcze, dieta. Bogata w kwasy omega-3, białka i węglowodany złożone. Zapewnia nie tylko zdrowie (jego brak może być przyczyną potężnego stresu), ale też stabilny poziom cukru we krwi (chroniąc przed huśtawkami poziomu energii i nastroju) oraz białka (na pewno słyszałaś o szklance mleka na dobranoc – zawarty w nim tryptofan przynosi ukojenie skołatanym nerwom).

Trzeci element to ruch. Wiele badań wskazuje na to, że działa również antydepresyjnie. Tak zwana euforia biegacza pojawia się mniej więcej po pół godzinie intensywnego wysiłku. To z kolei przyjemny prezent, który przekazali nam przodkowie: nasz organizm produkuje potężną dawkę endorfin właśnie po 20–30 minutach, byśmy mogli biec dalej, uciekać przed mamutem. Skorzystaj z tego, nawet gdy nie musisz uciekać.

Doktor Amen, specjalista od mózgu i autor książki „Uwolnij moc kobiecego mózgu”, podkreśla jeszcze, że warto zrobić badania tarczycy i wziąć pod kontrolę hormony, tak żeby Hashimoto, PMS czy menopauza nie decydowały o naszym poczuciu szczęścia. Potwierdza to też Dorota Gromnicka: – Nadczynność tarczycy przyczynia się do zmienności nastrojów, braku koncentracji, bezsenności, rozdrażnienia – pisze. – Niedoczynność tego gruczołu objawia się między innymi zmęczeniem i przygnębieniem.

Jeśli cierpiałaś na którąś z tych chorób albo choć raz doświadczyłaś dotkliwego PMS – potraktuj to jako dodatkowy argument, by zrobić badania. Zaopatrzona w wyniki i wiedzę, jak działa mózg, możesz świadomie wyruszyć na poszukiwanie radości życia. I uniknąć w tym roku zimowej chandry, a także uodpornić się na rodzinne dyskusje przy świątecznym stole.