1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jak uprościć swoje życie? Po prostu

Jak uprościć swoje życie? Po prostu

Im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i możemy się rozwijać. (Fot. iStock)
Im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i możemy się rozwijać. (Fot. iStock)
Dominique Loreau, autorka kultowej „Sztuki prostoty”, twierdzi, że prostota uwalnia od uprzedzeń, ograniczeń oraz obciążeń, które nas rozpraszają i stresują. Dlatego jeśli miałabyś zrobić w tym roku tylko jedną rzecz ze swoim życiem, uprość je sobie.

Dominique Loreau, autorka kultowej „Sztuki prostoty”, twierdzi, że prostota uwalnia od uprzedzeń, ograniczeń oraz obciążeń, które nas rozpraszają i stresują. Dlatego jeśli chcesz zrobić ze swoim życiem tylko jedną rzecz - uprość je sobie.

DOM Niech będzie skromnie urządzony, a znajdujące się w nim przedmioty i meble funkcjonalne i piękne: powinny zaspokajać potrzeby ciała i oka. Pozbądź się wszystkich niedziałających sprzętów, niewygodnych krzeseł oraz sztucznych materiałów. Doceń monochromatyczność w kolorach. Dom powinien być miejscem odpoczynku, azylem w otaczającym nas świecie. Miej w nim tylko to, co jest ci niezbędne i co ci odpowiada.

CZAS Rób tylko jedną rzecz naraz. Codziennie wybierz się na półgodzinny spacer, rób sobie krótkie przerwy w pracy. Powoli odbieraj telefon. Naucz się mówić „nie” spokojnie i ze stanowczością. Nie bierz nadgodzin i nie pracuj w czasie wolnym. Bądź w pełni obecna w tym, co robisz. Unikaj rutyny: staraj się zmieniać co jakiś czas drogę do pracy czy to, co jesz na śniadanie. Ułóż harmonogram prac domowych, z podziałem na pomieszczenia i dni tygodnia. Rób listy zakupów. Oszczędzaj pieniądze – nie po to, by więcej wydawać, ale po to, by mniej pracować.

CIAŁO Twoje ciało jest twoim domem. Nie powinnaś zaniedbywać służących mu zabiegów na korzyść troski o innych. Odżywiaj się właściwie, ćwicz i wystarczająco dużo pij, wysypiaj się, myj czystą wodą i myśl pozytywnie. Wypracuj w sobie dyscyplinę codziennej prostej i łagodnej pielęgnacji. Poranną toaletę wykonuj tak, jakby to było ćwiczenie fizyczne.

JEDZENIE Złota reguła: by jak najdłużej zachować zdrowie i młodość, trzeba jeść mało. Inaczej organizm nie przyswoi w pełni składników z pożywienia. Jedz żywność świeżą i dobrej jakości. Staraj się też o przyjemne otoczenie i estetyczne podanie – jeżeli ich zabraknie, będziesz dążyła do tego, by zastąpić je większą ilością jedzenia. Jeść dobrze oznacza też jeść wytwornie, powoli, mieć szacunek do pożywienia i do swojego organizmu. Jedz, kiedy jesteś głodna, i smakuj każdy kęs.

UMYSŁ Jeżeli umysł jest przepełniony, nie możemy normalnie funkcjonować. Kiedy unikasz jednych myśli, robisz miejsce dla innych, a ponieważ negatywnymi myślami wyrządzamy sobie tyle samo krzywdy, co niezdrowym jedzeniem czy paleniem papierosów, wyćwicz w sobie nawyk powracania przed snem do miłych momentów dnia. Ćwicz się także w dystansowaniu się do myśli, nieutożsamianiu się z nimi. Unikaj stresu i nie rozmyślaj nad nękającymi cię problemami. Wystarczy, że znasz ich istotę, by umysł sam znalazł drogę do rozwiązania. Jak najczęściej medytuj, by oczyścić głowę, najlepiej rano, w odosobnionym miejscu.

RELACJE Zerwij bezowocne znajomości, zakończ te, które nie dają ci oparcia. W miłości nie bądź niewolnikiem drugiej osoby. Nie staraj się dostosowywać do niekomfortowych sytuacji i nie wymagaj od innych nadmiernej szczerości. Nie zmieniaj swoich planów, by zadowolić innych. Nie martw się, co pomyślą lub powiedzą na twój temat. Nie bądź osobą odpowiadającą oczekiwaniom innych, ale taką, którą sama chcesz być. Nie czuj się zakłopotana, gdy coś dostajesz, ale sama nie dawaj zbyt dużo. Zdobądź spokój płynący z przekonania, że wszystko, czego potrzebujesz, możesz osiągnąć sama. Mniej mów, więcej słuchaj. Nie krytykuj innych, bo w ten sposób tworzysz problem i umniejszasz swoją wartość. Zamiast zajmować się cudzymi wadami, zajmuj się swoimi, ale też nie zadręczaj się. Odnoś się do siebie z miłością, dzięki temu będziesz traktować innych z większym uczuciem. Wybaczaj dla własnego dobra. Nie próbuj zmieniać innych.

Dlaczego mniej znaczy więcej?

Według Dominique Loreau:
  • im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i możemy się rozwijać,
  • kiedy mamy niewiele, tworzymy miejsce dla spraw najważniejszych,
  • życie wśród małej liczby rzeczy podwyższa jakość egzystencji,
  • nie skupiając się na nadmiarze, masz czas, by skupić się na sobie: dowiedzieć, jaka jesteś,
  • mając mniej, zostawiasz przestrzeń dla kreatywności,
  • twoje decyzje stają się instynktowne, twój styl ubierania bardziej elegancki, dom wygodniejszy, a terminarz mniej zapełniony.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Piękno na co dzień

Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, wzruszenie. (Fot. Getty Images)
Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, wzruszenie. (Fot. Getty Images)
Świat cały czas rozbrzmiewa dźwiękami, emanuje barwami i widokami, które mogłyby wprawić w błogi stan istnienia, gdybyśmy tylko pozwolili sobie na zatrzymanie zamiast ciągłego działania. Gdybyśmy zdecydowali się na bycie i odczuwanie tak po prostu, bez oceniania i kategoryzowania emocji, które blokują zmysły. Piękno podziwiamy, ale też tworzymy. I można się tego nauczyć.

W czasach, w których przyszło nam żyć, coraz częściej zadajemy sobie zasadnicze pytania o to, jak nasze życie ma wyglądać. Co jest ważne, a co nie? Na czym polega prawdziwe szczęście? Jak żyć w zgodzie z tym, co nas otacza? Jak sobie radzić z codziennością, by nie zaprzepaścić szansy na pełne życie i nie ulec pokusie szaleńczego pędu, do którego zachęca współczesny świat? Wszystkie te pytania pozwalają szerzej otworzyć umysł i zobaczyć to, co rzeczywiście dzieje się wokół nas. Pozwalają zdać sobie sprawę z tego, że piękne życie wymaga osobistego zaangażowania i odpowiedzialności. Warto tworzyć piękne rzeczy, ale warto je także podziwiać. I jedno, i drugie jest niezmiernie ważne.

W zachwycie

Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, dreszcz… Ale też tysiące momentów, które czekają, abyśmy zwrócili na nie uwagę. Jednak zwykle jesteśmy ślepi, zabiegani, nieobecni, zagłębieni w świecie myśli. Żyjemy nawykowo i beznamiętnie, goniąc za kolejną chwilą, która ma przynieść więcej radości. Każdego dnia pokładamy nadzieje w przyszłości, nie zdając sobie sprawy, że prawdziwe piękno, do którego mamy dostęp cały czas, zawiera się w chwili obecnej.

Przypomnij sobie momenty, kiedy byłaś pełna energii, kiedy doświadczałaś w życiu harmonii, spokoju, pełnego relaksu lub radości, kiedy czułaś się wyjątkowo – w takich chwilach można dostrzec piękno w prawie każdej rzeczy, która nas otacza, czujemy się lekko, barwy wokół są żywsze, jasne, promienne, ludzie wydają się lepsi.

Jednak utrzymanie takiego stanu umysłu wymaga wewnętrznej pracy – zanim będziemy mogli osiągnąć tę wyjątkową otwartość zmysłów, musimy przebudzić się wewnętrznie, zmienić nawyk ciągłego działania w pełniejsze bycie.

Aby taką zdolność rozwinąć, należy znaleźć obiekt zachwytu i piękna w swoim otoczeniu. Zjednoczyć się z tym pięknem. Zobaczyć, że ono emanuje miłością. Poczuć miłość do tego obiektu, do świata, który nas otacza, do siebie. Jeśli nie masz takiego obiektu w pobliżu siebie, w zasięgu wzroku – przywołaj piękne wspomnienie i przyciągnij do siebie uczucie miłości, zachwytu. Napełniaj się nim, zwiększaj w sobie odczuwanie harmonii. W ten sposób budzi się nowa świadomość, twoje komórki zapamiętają to uczucie, a ono otwiera cię na nowe doznania, które nie mają granic, na nowe doświadczanie siebie i świata jako pięknego dzieła bez podziałów na piękno i brzydotę, na dobro i zło.

Ćwiczenie na dostrzeganie piękna

Proponuję zabawę w nicnierobienie. Chodzi o to, by naturalny stan bycia uruchomił proces budzenia się zmysłów. Niech wszystko wydarza się po prostu, nie manipuluj i nie steruj tym, co ci się przydarza. Nie rozmawiaj na ten temat z przyjaciółmi. Po prostu bądź. Pozwól sobie czuć, smakować, chłonąć chwilę. W momencie, kiedy zaczynasz o tym mówić, kiedy próbujesz analizować, wchodzisz do umysłu. Kiedy zaczynasz porównywać to z innym doświadczeniem albo zastanawiać się nad sensem – przestajesz czuć. Nicnierobienie jest bramą do pogłębionego odczuwania, do rozbudzenia wrażliwości wszystkich zmysłów.

Spróbuj chociaż przez pięć minut dziennie skupić się na teraźniejszości. Oddychaj świadomie, rozluźniając ciało oraz patrząc na otaczający świat z przestrzeni serca, bez oceniania. Zobaczysz wówczas mnóstwo niesamowitych rzeczy, szczegółów, sytuacji, których normalnie nie jesteś w stanie dostrzec. To właśnie jest niezwykłość wynikająca ze skupienia na chwili obecnej. Człowiek uważny dostrzega to, czego nie dostrzegają zabiegani ludzie, widzi wspaniałość życia, jego magię.

Kiedy rozwibrujesz zmysły dostatecznie mocno, powoli zniwelujesz podświadomy pęd za posiadaniem kolejnej nowszej, modniejszej, bardziej udoskonalonej rzeczy. Zaczniesz wreszcie odczuwać radość z powodu samego istnienia, bycia, a relacje z innymi ludźmi staną się celebracją chwili. Zablokowana energia zacznie płynąć, rozpuszczając napięcie w ciele, wprowadzi cię w doświadczanie piękna i harmonii, którymi jesteśmy my sami.

  1. Styl Życia

Jesienna chandra? Proste sposoby na poprawę kondycji psychicznej

Nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. (Fot. Getty Images)
Nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. (Fot. Getty Images)
W porze depresji sezonowej warto pamiętać, że nasz naturalny stan to wcale nie szczęście, euforia i samozadowolenie. Raczej umiarkowany pesymizm i niepewność siebie. Dlatego aby cieszyć się życiem, trzeba popracować nad kondycją psychiczną. Najlepiej codziennie.

Nasz mózg jest jak radar, który wyłapuje zagrożenia. Tak twierdzi między innymi dr Rick Hanson, autor „Umysłu Buddy”. Czuły radar był nam (a raczej naszym przodkom) potrzebny przez całe wieki życia jaskiniowego. Im szybciej wychwytywał niebezpieczeństwo, tym skuteczniej nasi „prapra” mogli się przed nim bronić. Ci, którzy dożyli wieku dorosłego, to byli ci umiarkowani pesymiści – szukający dziury w całym, a raczej wypatrujący mamuta w krzakach, nasłuchujący grzmotów burzy czy tętentu wrogiego plemienia. Dzięki temu, że usłyszeli/zobaczyli/przewidzieli na czas niebezpieczeństwo, uniknęli zagrożenia, mieli więc czas dorosnąć, urodzić albo spłodzić dzieci i przekazać im swoje geny oraz wiedzę o tym, jak świat funkcjonuje. A wraz z tą wiedzą – lęk i czujność.

Optymizm i radość życia oczywiście też się opłacały, skłaniały do prokreacji, wzmacniały system immunologiczny, nie były jednak kluczowe dla przetrwania gatunku. Dlatego nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. Tylko to nie jest potrzebne w czasach, w których są piorunochrony, za to nie ma mamutów. Szare komórki jednak nie nadążają za ewolucją i jeśli chcemy je przechytrzyć, poczuć więcej radości z życia – musimy nad nimi trochę popracować. Znieczulić je na potencjalne zagrożenia i wyczulić na to, co piękne. Jak to zrobić? Sposobów, okazuje się, jest sporo.

Sto szczęśliwych dni

Hashtag #100happydays był kilka lat temu jednym z najpopularniejszych na Instagramie. Rozsławił go Dmitry Golubnichy. Ten mieszkający w Szwajcarii ukraiński chłopak był w dołku: jego kariera utknęła w miejscu, gnieździł się na 55 metrach kwadratowych mieszkania w Zurychu, tęsknił za podróżami, a w dodatku zimą 2013 roku śniegu w Alpach było za mało do jazdy na nartach. Dmitry poskarżył się na swój los ukraińskim kumplom, ale ci okazali się nieczuli na jego lamenty. Byli szczęśliwi, choć od skończenia szkoły wykonywali wciąż tę samą pracę, mieli tę samą dziewczynę i spotykali się co tydzień w tym samym miejscu na piwo, zamiast podróżować.

„Skoro oni mogą być szczęśliwi, mając to, co mają, to ja też mogę” – doszedł do wniosku Golubnichy i zaczął rozglądać się wokoło, szukając powodów do radości. To, co znalazł – fotografował i umieszczał na Instagramie. I tak przez 100 dni. Od tego czasu (mniej więcej od dwunastej fotografii…) niemal non stop się uśmiecha. Zaraził swoim pomysłem (i uśmiechem) innych, a potem jeszcze innych, jeszcze innych… W końcu zrobiło się z tego grono około 1,5 miliona osób z 220 krajów. Znalazł się wśród nich coach Mateusz Grzesiak, który swoje 100 zdjęć (wraz z opisami) opublikował w książce „100happydays, czyli jak się robi szczęście w 100 dni”. – Na początku było mi trudno znaleźć to jedno zdjęcie dziennie – przyznaje Dmitry. – Ale potem znajdowałem ich dziesięć.

Doktor Rick Hanson, jeśli zna historię Dmitry’ego, pewnie nie jest zdziwiony jego pozytywną przemianą. „Sposób, w jaki korzystasz z mózgu, zmienia go: na lepsze albo na gorsze” – pisał na kilka lat przed projektem #100happydays w książce „Rozwiń w sobie mózg Buddy”. „Jeżeli regularnie karmisz go zmartwieniami, samokrytyką i złością, twój mózg stopniowo przyjmie kształt, rozwinie nerwowe struktury i dynamikę niepokoju, niskiego poczucia własnej wartości i drażliwej reakcji wobec innych ludzi. Z drugiej strony, jeżeli regularnie opierasz umysł na, przykładowo, zauważaniu, że w chwili obecnej wszystko u ciebie w porządku, dostrzegając w sobie dobre strony oraz odpuszczając – twój mózg stopniowo przybierze kształt spokojnej siły, pewności siebie i wewnętrznego spokoju”.

Krótko mówiąc: trening przynosi efekt. Musi jednak być regularny, co jest tą gorszą wiadomością: jak wynika z informacji na stronie 100happydays.com, 71 proc. osób nie ukończyło programu, podając za powód: brak czasu.

Masz wszystko

„Kto chce, znajdzie powód, komu się nie chce, znajdzie pretekst…” – taka internetowa mądrość krążyła ostatnio po sieci. Eric Weiner, kolejny mężczyzna z depresją, doszedł do wniosku, że rzeczywiście prawie żadne obiektywne warunki do tego szczęścia nie są nam potrzebne; 55 metrów mieszkania w Zurychu absolutnie wystarczy. A nawet 15 metrów w Katmandu.

Weiner, amerykański dziennikarz, wybrał się w podróż w poszukiwaniu radości życia. Szukał odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że mamy dobrą kondycję psychiczną. Swoje obserwacje zapisał w „Geografii szczęścia”. A konkretnie? Ludzie w stosunkowo ubogim Bhutanie są szczęśliwsi od katarskich bogaczy, pławiących się w luksusie, ale także… od Mołdawian, którzy nie dość, że są biedni, to jeszcze nie mają zaufania nawet do swoich bliskich. Zdaniem Weinera, jeśli mamy co jeść, gdzie spać, nie grozi nam żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo i jesteśmy otoczeni przyjaznymi ludźmi – możemy być szczęśliwi. Wystarczy miska zupy, niezłe relacje z bliskimi i przyrodą oraz praca, która choćby w minimalnym stopniu daje nam poczucie sensu, żeby czuć radość.

Dobry humor jest więc w zasięgu praktycznie każdego z nas. Także twoim. Warunkiem jednak jest – jak to podkreślał i Hanson, i Golubnichy – systematyczność. Jeśli nie masz ochoty na fotografowanie rzeczywistości i wrzucanie zdjęć na Instagram, możesz skorzystać z innych metod. Na przykład prowadząc dzienniczek wdzięczności.

– Badania potwierdzają, że celebrowanie wdzięczności podnosi nastrój i zmienia strukturę mózgu – twierdzi dr Daniel Amen, autor książki „Uwolnij moc kobiecego mózgu”. Ale działa też notowanie w pamiętniku pozytywnych refleksji, przyklejanie post-itów ze wspierającymi komunikatami na lustro czy lodówkę, medytacja oraz codzienna modlitwa, jeśli zawiera element wdzięczności.

Praktyka uważności

Specjaliści od mindfulness, czyli uważności – a należą do nich Jon Kabat-Zinn (polecam jego książkę „Świadomą drogą przez depresję”) czy Thich Nhat Hanh (przeczytaj jego „Spokój umysłu”) – uważają, że zawsze, kiedy jesteśmy w pełni tu i teraz, jesteśmy szczęśliwi. Nie ma innej opcji. Nieszczęście jest zawsze w przeszłości (jeśli rozpamiętujemy nieprzyjemne wydarzenia i zadręczamy się wyrzutami sumienia) oraz w przyszłości (gdy wyobrażamy sobie mroczne scenariusze czy rzekome efekty naszych działań, które przecież nie muszą się zdarzyć). Za każdym razem, gdy sprowadzimy naszą uwagę do „tu i teraz”, mamy szanse ukoić lęk i poczuć się naprawdę dobrze. Nawet ból, cierpienie, rozczarowanie – kiedy je zauważymy, dostrzeżemy, przyjrzymy mu się z uwagą – w tej samej sekundzie, kiedy to zrobimy, zaczyna odchodzić. Medytacje mindfulness (choćby trzyminutowe skanowanie ciała) to jedna z terapii, którą Kabat-Zinn poleca przy depresji. Praktykowana regularnie pomaga uśmierzyć każdy ból duszy.

Sięgnij po wspomagacze

Kiedy już zrobisz postanowienie, że będziesz szczęśliwsza i rozpoczniesz trening, możesz wspomóc się pozytywnymi dopalaczami. Są nimi: światło, zdrowa dieta i ruch. Te trzy elementy wymieniają chyba wszyscy eksperci od zarządzania chandrą. Odpowiednia dawka światła (dla źrenic) i generowanej przez słońce witaminy D3 (dla skóry) działa antystresowo. – Według statystyk większą zachorowalność na depresję zanotowano jesienią i zimą – potwierdza Dorota Gromnicka, autorka książki „Depresja. Jak pomóc sobie i bliskim”. – Przyczyny SAD, depresji sezonowej (seasonal affective disorder) kojarzone są z funkcjonowaniem układu hormonalnego, na który ujemnie oddziałuje zmniejszona ilość światła. Kiedy ono dociera do oka, przetwarzane jest na impuls nerwowy, który, przekazywany do mózgu, stymuluje wydzielanie hormonów.

Także tych odpowiedzialnych za poczucie szczęścia: serotoninę, noradrenalinę i dopaminę. Dlatego jak najwięcej czasu spędzaj na dworze, gdy jeszcze jest jasno. A po zmroku – koniecznie zapalaj światło. Skandynawowie odkryli, że nawet sztuczne oświetlenie pomaga w eliminowaniu objawów SAD. Podobnie jak odpowiednia, czyli racjonalna i bogata w składniki odżywcze, dieta. Bogata w kwasy omega-3, białka i węglowodany złożone. Zapewnia nie tylko zdrowie (jego brak może być przyczyną potężnego stresu), ale też stabilny poziom cukru we krwi (chroniąc przed huśtawkami poziomu energii i nastroju) oraz białka (na pewno słyszałaś o szklance mleka na dobranoc – zawarty w nim tryptofan przynosi ukojenie skołatanym nerwom).

Trzeci element to ruch. Wiele badań wskazuje na to, że działa również antydepresyjnie. Tak zwana euforia biegacza pojawia się mniej więcej po pół godzinie intensywnego wysiłku. To z kolei przyjemny prezent, który przekazali nam przodkowie: nasz organizm produkuje potężną dawkę endorfin właśnie po 20–30 minutach, byśmy mogli biec dalej, uciekać przed mamutem. Skorzystaj z tego, nawet gdy nie musisz uciekać.

Doktor Amen, specjalista od mózgu i autor książki „Uwolnij moc kobiecego mózgu”, podkreśla jeszcze, że warto zrobić badania tarczycy i wziąć pod kontrolę hormony, tak żeby Hashimoto, PMS czy menopauza nie decydowały o naszym poczuciu szczęścia. Potwierdza to też Dorota Gromnicka: – Nadczynność tarczycy przyczynia się do zmienności nastrojów, braku koncentracji, bezsenności, rozdrażnienia – pisze. – Niedoczynność tego gruczołu objawia się między innymi zmęczeniem i przygnębieniem.

Jeśli cierpiałaś na którąś z tych chorób albo choć raz doświadczyłaś dotkliwego PMS – potraktuj to jako dodatkowy argument, by zrobić badania. Zaopatrzona w wyniki i wiedzę, jak działa mózg, możesz świadomie wyruszyć na poszukiwanie radości życia. I uniknąć w tym roku zimowej chandry, a także uodpornić się na rodzinne dyskusje przy świątecznym stole.

  1. Styl Życia

Im mniej, tym więcej. Oczyść swoją przestrzeń z rozpraszaczy

Mniej rzeczy i spraw na głowie to więcej czasu dla siebie i innych, więcej przestrzeni i życiowej energii. (Fot. Getty Images)
Mniej rzeczy i spraw na głowie to więcej czasu dla siebie i innych, więcej przestrzeni i życiowej energii. (Fot. Getty Images)
– Mniej rzeczy i spraw na głowie to więcej czasu dla siebie i innych, więcej przestrzeni i życiowej energii – przekonuje blogerka i minimalistka Katarzyna Kędzierska. Radzi też, by minimalizmu nie traktować jako życiowej filozofii, a jedynie jako źródło inspiracji.

W książce „Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce” zadajesz czytelnikom pytania, które wydały mi się bardzo trudne. „Jaki jest Twój plan na życie? Zastanawiałaś się kiedykolwiek, kim jesteś, jakim człowiekiem chcesz być i co jest dla Ciebie najważniejsze?”. To o wiele więcej niż tylko pozbywanie się obtłuczonych kubków z kuchennej szafki, a przecież powtarzasz, że minimalizmu nie traktujesz jak filozofii. Rzeczywiście wychodzę z założenia, że jeśli potraktowałabym minimalizm jako filozofię, to oczekiwałabym, że to on dostarczy mi odpowiedzi na wiele pytań: jak żyć? gdzie szukać sensu? i tak dalej. Wydaje mi się jednak, że traktowanie go w ten sposób jest błędem. Każdy z nas ma przecież inny system wartości. Bez względu na niego możemy jednak skorzystać z minimalizmu jako narzędzia, chociażby po to, aby ten system wartości na nowo odkryć. Minimalizm pozwala zrozumieć, gdzie jest nasze „mniej”, a tym samym gdzie jest „więcej”, i tam przekierować zasoby i życiową energię. Mówiąc krótko, postawiłabym minimalizm o szczebelek niżej. Obawiam się, że jeśli zaczniemy mówić o minimalizmie jako o filozofii, to część osób będzie go utożsamiać z jakimś zbiorem zasad, którymi należy się w życiu kierować. A to byłaby pułapka.

Dlaczego? Większość treści związanych z minimalizmem, które pojawiają się ostatnio w mediach i sieci, ma charakter mocno spłycony, uproszczony. Furorę robią artykuły typu „Mam 100 rzeczy. Jestem minimalistą”. Ludzie to czytają i tak jak wcześniej kompulsywnie gromadzili przedmioty, tak teraz zaczynają fiksować się na ich pozbywaniu; uzależniają się od wyrzucania. Wbrew pozorom nie jest to problem wydumany – pisze o tym do mnie w komentarzach i wiadomościach prywatnych wielu czytelników. Wstają rano i zamiast skoncentrować się na tym, co daje im radość, co jest dla nich wartością, za co są wdzięczni – zastanawiają się, co by wyeliminować ze swojego otoczenia. W takim układzie pozbywanie się staje się wartością samą w sobie, a to właśnie pułapka, o której wspomniałam.

Wprowadzenie minimalizmu do swojego życia dla wielu z nas jest pewną rewolucją, a neofici często mają skłonność do przesady. Oczywiście; co więcej, tytuły takie jak wspomniałam, są bardzo nośne – ja nie chciałabym kierować moich czytelników w tę stronę. Uśmiecham się więc, gdy ludzie pytają, czy mając 101 przedmiotów, mogą być minimalistami, czy też jest to wykluczone... Jakiś czas temu zażartowałam nawet, że zacznę wystawiać certyfikaty dla minimalistów – to byłaby dopiero żyła złota! Masz 100 rzeczy, możesz dostać papier; masz 101 – już nie. Mówiąc zaś zupełnie poważnie – staram się zachęcać do świadomego pozbywania się lub kupowania rzeczy oraz do badania granic własnego dyskomfortu, co pomaga odpowiedzieć na pytanie, czy coś naprawdę jest mi potrzebne.

Przyznam ci się więc, że kilka miesięcy temu dałam się wciągnąć w zabawę polegającą na codziennym pozbywaniu się zbędnych przedmiotów. Pierwszego dnia miesiąca wyrzucało się jeden, piątego – pięć, a trzydziestego – trzydzieści. Było ciężko, ale miałam też poczucie, że działam w pewnych granicach, ramach, ułatwiających mi te pierwsze wielkie porządki. To, o czym mówisz, przypomina mi grywalizację – działanie mające na celu wpłynięcie na ludzkie zachowania przy użyciu mechanizmów zaczerpniętych z gier. Mówiąc wprost: obudowanie pewnej koncepcji w grę. Wcale się od tego nie odżegnuję – na swoim blogu proponowałam kiedyś czytelnikom akcję „Wyzwanie minimalistki”. W pierwszej edycji wypisałam dokładnie miejsca, w których należy szukać zbędnych rzeczy – na liście znalazła się chociażby obecna w każdym domu szuflada „na wszystko” czy pełna zbędnych okryć szafa w przedpokoju. Z każdą kolejną edycją zadania stawały się inne i coraz bardziej skomplikowane. Rok czy dwa lata temu zapragnęłam wskoczyć na poziom wyżej i zaproponować porządki... w głowie. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że wiele osób bardzo czegoś takiego potrzebowało: nie tylko posprzątać piwnicę i domowe zakamarki, ale też sięgnąć głębiej.

Co masz na myśli, mówiąc „sięgnąć głębiej”? Wiele zaproponowanych przeze mnie zadań bazowało na uważności, nawiązywało do praktyk mindfulness. Zachęcałam do krótkiej, dwuminutowej medytacji, skanowania ciała, zapisywania pewnych myśli i odpowiedzi na pytania. Przyznam, że kiedy zaczęłam interesować się praktyką mindfulness, poczułam, że jest to ważne uzupełnienie, które bardzo pięknie się z minimalizmem łączy. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że uważność to minimalizm w głowie.

Przyznam, że ten minimalizm w głowie pociąga mnie najbardziej. Dbam o niezagracanie sobie życia, ale myślę, że gdybyś weszła do mnie do domu, to nie powiedziałabyś, że to mieszkanie minimalistki. Mnóstwo u mnie pamiątek z podróży, książek, kolorów i wzorów... Zastanawiam się więc, czy minimalistą można być wybiórczo? Akceptować posiadanie gigantycznej biblioteki, ale nie dołączać do pędu bycia ciągle lepszym, mądrzejszym, docenianym? Do zabiegania, robienia dziesięciu rzeczy jednocześnie, posiadania setek znajomych? Gdybym nie zaczęła prowadzić bloga i pisać o minimalizmie, pewnie nigdy nie określiłabym się mianem minimalistki – choćby dlatego, że w ogóle nie byłoby mi to do niczego potrzebne. To tylko kolejna etykietka, która bywa pomocna, ale nie określa naszego jestestwa. Dziś mówię tobie i moim czytelnikom: „Bierz z minimalizmu to, co jest dla ciebie dobre. To nie ty jesteś dla minimalizmu, tylko on dla ciebie!”. Odpowiadając zaś na twoje pytanie o kolorowe i pełne przedmiotów wnętrze – warto pamiętać, że to, co wspaniale wygląda na zdjęciach na Instagramie, niekoniecznie sprawdza się w życiu. Z kolei wiele osób lubiących wnętrza surowe, nie ma nic wspólnego z minimalizmem – po prostu wybiera taką, a nie inną estetykę. Jeśli kochasz swoje książki i bibeloty i cieszy cię ich obecność, to wspaniale!

Tym, co do mnie przemawia, jest minimalistyczna prawda, że wszystkie przedmioty wymagają uwagi, a więc i czasu. Dziś każdy gdzieś pędzi, nikt nie ma czasu. Ja mam. (śmiech) I czuję się uprzywilejowana w wielu kwestiach: jestem wykształcona, niezależna, prowadzę własną firmę i mam sporą dowolność w zarządzaniu swoim czasem. Wiem, że nie każdy ma takie warunki. Jedną rzecz, jedno zadanie, chciałabym jednak polecić wszystkim; mnie zaproponowała je kiedyś czytelniczka prowadząca badania do doktoratu, w których brałam udział. Zostałam przez nią poproszona o skrupulatne prowadzenie dzienniczka. Przez kilka tygodni rzetelnie zapisuje się w nim wszystko, co robimy, z dokładnością co do 5 minut. Ileż dzięki temu można odkryć! Nagle widzimy czarno na białym, co dzieje się z brakującymi godzinami... Zarówno przeprowadzenie ćwiczenia, jak i uważna analiza zapisków zajmuje czas, ale później naprawdę pomaga go odzyskać.

Ja też jestem przedsiębiorcą i choć nie mogę narzekać – to, porównując się ze znajomymi, myślę, że mam ciężej. Zawsze jest coś do zrobienia, projekt do poprawienia, telefon do wykonania... Trudno się też odmawia – a nuż klient więcej do nas nie wróci... Wielu z nas zostało nauczonych, że zawsze możemy być lepsi. Dlaczego zadowolić się czwórką plus, skoro można dostać pięć? Myślę, że paradoksalnie wiele złego uczyniło nam popularne powiedzenie „bądź najlepszą wersją siebie”, wypaczone przez to, co nazywam instagramowym coachingiem. Od dążenia do osiągnięcia tej najlepszej wersji nigdy nie ma odpoczynku. Dawno temu uświadomiłam sobie, że nie ma we mnie na to zgody – i, mając problem podobny do twojego, zdecydowałam się wykonać żmudną pracę na swoich przekonaniach. Zaakceptowałam, że nie muszę być zawsze w szczytowej formie. Mogę czasem zrobić coś nie na 120%, ale na 80 – i też jest OK. Co więcej, nikt poza mną tego nie zauważy... Truizm i banał, ale praca niełatwa.

Znajomy, widząc, że czytam napisaną przez ciebie książkę, rzucił z przekąsem: „o, kolejna, która chce ci wmówić, że masz pozbyć się ambicji i zrywać dmuchawce na łące”. Pokazałam mu twój biogram – jesteś prawniczką, przedsiębiorcą, blogerką. Nie spędzasz raczej dnia na wąchaniu polnych kwiatków. „Mniej” przede wszystkim nie znaczy „wcale” i nie znaczy „za mało”. Podobnie jak „więcej” znaczy dla każdego co innego. Z całą pewnością nie oznacza wyzbycia się dobytku, ambicji, planów, pragnień i aspiracji. Oznacza wybranie tych, które rzeczywiście są dla nas istotne. Znowu wracam do tego, co powiedziałyśmy na początku – jeśli potraktujemy minimalizm jako narzędzie, to naszą uwagę, czas i pieniądze będziemy mogły skierować na to, co jest dla nas ważne. A ważnym rzeczom i sprawom warto poświęcać czas i energię, warto je świętować na co dzień i być za nie wdzięcznym...

Rozmawiałyśmy o minimalizmie w organizacji czasu; kolejna ważna kwestia to minimalizm w relacjach z ludźmi. Co w ogóle oznacza dla ciebie ten termin? Przyznam, że jestem raczej społeczniczką, a w swoich artykułach zawsze powtarzam, że za bardzo skupiamy się na sobie, a za mało na innych... Dla mnie minimalizm w relacjach to po prostu zdrowe stawianie granic. Znowu – to, gdzie te granice stawiamy, jest właściwe każdemu z osobna. Przez długie lata miałam z tym trudność. Dziś wychodzę z założenia, że nie wszyscy muszą mnie lubić, nie z każdym muszę się przyjaźnić. Mogę wybrać, z kim chcę utrzymywać kontakty, podobny wybór mają osoby pozostające w relacji ze mną. Jeśli ktoś notorycznie narusza moje granice, to nie ma nic złego w tym, że wprowadzę w tej relacji swoisty minimalizm. Nie musi to zresztą oznaczać zerwania znajomości – może wystarczy sprowadzenie jej na inny poziom? Dzięki takim wyborom mogę odzyskać czas i poświęcić go osobom naprawdę dla mnie ważnym. Także w wypadku relacji może sprawdzić się prowadzenie zapisków. Może inwestujemy w relacje toksyczne? Może występuje w nich kolizja?

Zamknięci w domach na skutek pandemii, mieliśmy i pewnie nadal będziemy mieli sporo czasu na myślenie o tym wszystkim. Przy okazji oczyszczamy też przestrzeń – wielu z nas wyrzuciło ostatnio sporo zbędnych przedmiotów. Jednocześnie bardzo wzrosła sprzedaż internetowa. Uwięzieni w domach rzeczywiście zaczęliśmy je sprzątać, bo pewne rzeczy zaczęły nam po prostu zawadzać, mocno skonfrontowaliśmy się z przestrzenią, w której żyjemy. Natomiast nie do końca zgadzam się, że tak wiele kupujemy. Na początku pandemii owszem – ludzie rzucili się na zakupy online. Jednak ostatnio trafiłam na raport, który pokazuje, że poza zakupami spożywczymi kupujemy w tej chwili dużo mniej. Dla mnie, propagatorki minimalizmu, niezwykła była odpowiedź 30% respondentów, którzy oświadczyli, że ograniczyli zakupy, bo mają zbyt dużo rzeczy. 72% powiedziało, że rzadziej kupuje rzeczy przypadkowe. Krzykliwe nagłówki w prasie są więc nie do końca prawdziwe. Myślę, że ograniczyliśmy kupowanie kompulsywne, a zakupy w sieci cieszą się wielką popularnością, bo wybieramy tam teraz niezbędne produkty dotąd znajdowane w sklepach stacjonarnych. Oczywiście istnieją i trendy przeciwne – akcją napędzającą konsumpcję stało się popularne hasło „wspieraj lokalne biznesy”. Z jednej strony chwalebne, bo zachęcające do pomagania ludziom prowadzącym małe firmy; z drugiej – trochę wypaczone, bo prowadzące do kupowania tego, co wcale nie było potrzebne.

Popularność twojego bloga i książki świadczy o tym, że za minimalizmem wielu z nas tęskni; z drugiej strony bycie ubranym codziennie w inne ciuchy, otaczanie się masą gadżetów, bycie wiecznie zajętym ciągle jeszcze świadczy o wysokim statusie społecznym. Sześć czy siedem lat temu, gdy zaczynałam pisać o minimalizmie, było to zagadnienie zupełnie nowe, a na mnie patrzono jak na internetowego dziwaka. Dziś nadal daleko mi do mainstreamu, jednak większość z nas słyszała już co nieco o minimalizmie. Możemy więc mówić o pewnym, nawet znaczącym, postępie. Ci, którzy prognozowaniem trendów zajmują się zawodowo, wspominają o czekającej nas „kwarantannie konsumpcji”, o powrocie do lokalnego rzemiosła, o tym, że produkty staną się tak drogie, że siłą rzeczy będziemy kupować mniej. Inni mówią nawet, że wrócimy do kultury niedostatku. Czy tak będzie? Nie wiem. Tylko czas zna odpowiedź. Mam jednak poczucie, że „mniej” to nie tylko nowy luksus; w obecnych czasach „mniej” to konieczność. „Chcieć mniej” to nasza nowa rzeczywistość.

Jak zaciskanie pasa w czasie pandemii zmienić w fajną filozofię, która da nam zadowolenie, ulgę i radość? To, że dużo wydajesz, nie sprawia, że żyjesz bardziej i mocniej. Oznacza tylko, że dużo wydajesz. A rzeczy... rzeczy mogą być piękne, użyteczne, mogą przywoływać wspomnienia, ale to nadal tylko rzeczy. Nie będą się z nami przyjaźnić, nie będą nas kochać. Może wystarczy zwykłe przesunięcie akcentu? Zamiast skupiać się na tym, czego mieć nie chcemy czy nie możemy, świętujmy radośnie to, co mamy i za co jesteśmy w życiu wdzięczni. Minimalizm to pozbycie się ze swojej przestrzeni rozpraszaczy, zagłuszaczy i odwracaczy uwagi. To szansa na odnalezienie i zrozumienie siebie, poznanie swoich prawdziwych potrzeb i wartości. To wyzwolenie wewnętrznej siły i energii, które sprawią, że doba będzie miała aż 24 godziny, a zwykłe codzienne czynności staną się magiczne. Życzę tego każdemu z nas.

Katarzyna Kędzierska, blogerka, prawniczka, minimalistka, autorka bloga Simplicite.pl oraz podcastu „Sztuka prostego życia”. W maju ukazało się nowe, poszerzone wydanie jej bestsellerowej książki „Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce”, wyd. Znak.

  1. Psychologia

Optymizmu można się nauczyć

Rozglądajmy się za optymistami w naszym otoczeniu i uczmy się od nich nastawienia do życia. (Fot. Getty Images)
Rozglądajmy się za optymistami w naszym otoczeniu i uczmy się od nich nastawienia do życia. (Fot. Getty Images)
Optymista lepiej sobie radzi ze stresem, mniej choruje, jest lubiany, ma większą szansę na sukces. Lepiej też znosi porażki. Ma poczucie wpływu na wydarzenia. Człowiek pozytywnie nastawiony do świata wie, że wszystkie uczucia są potrzebne, nie boi się nawet tych trudnych, jak strach i rozpacz.

Optymizm to postawa, która powoduje, że człowiek się podnosi ze wszystkich dołków i upadków, odradza jak Feniks z popiołów. Coś się popsuje, popłaczemy, poprzejmujemy się, a potem powiemy sobie: „No dobra, trzeba się zabrać do sprzątania”. A jeżeli coś stracimy, to wiemy, że dzięki tej stracie zrobiło się miejsce na coś nowego. W optymizmie kryje się zaufanie do siebie i do życia. Choć ma on też swoje zagrożenia, jeśli jest bezrefleksyjny, może się na przykład wiązać z podejmowaniem zbyt dużego ryzyka. Ta postawa jest związana z tym, jak sobie wyjaśniamy świat. Budują ją nawyki i wzory myślowe. Buduje ją przekaz, jaki dostaliśmy w dzieciństwie, ale też inteligencja emocjonalna. Bo inteligencji emocjonalnej bliżej do optymizmu niż do pesymizmu. Optymista lepiej sobie radzi ze stresem, mniej choruje, jest lubiany, ma większą szansę na sukces. Lepiej też znosi porażki. Ma poczucie wpływu na wydarzenia. Nie przewiduje nieszczęść, choć wie, że mogą się zdarzyć. To postawa bardziej racjonalna, przecież koncentrowanie się na trudnościach i zagrożeniach nic nie daje. Optymista wie, że wszystkie uczucia są potrzebne, nie boi się nawet tych trudnych, jak strach i rozpacz. Straty, przemijanie – dla pesymisty to koszmar, a optymista wie, że starość jest nieuchronna, ale przecież zdąży się nacieszyć życiem. Śmierć jest dla niego zwieńczeniem, a nie klęską życia. Szkoda, że naszą cechą narodową jest pesymizm, a nie optymizm, często szukamy ukojenia w narzekaniu, które przynosi tylko chwilową ulgę.

Na optymizm wpływają też temperament, biologiczne skłonności. Jednak nie jesteśmy na te predyspozycje skazani. Wszyscy możemy dążyć w stronę optymizmu, choć niektórym przychodzi on łatwiej.

Miałam świadomość, w których momentach mojego życia decydowałam, jaką postawę wybieram. Na przykład: ryczałam naprawdę głośno z powodu jakiegoś czarnego dołka i sąsiadka z góry zadzwoniła z pytaniem, czy nie potrzebuję pomocy. To było bardzo kochane, podziękowałam i wytłumaczyłam jej, że czasem będę tak sobie płakać, bo mi to pomaga, ale gdyby potrzebna była mi jej pomoc, to popukam szczotką w sufit. Spytałam, czy mój płacz jej przeszkadza. Powiedziała, że nie i że teraz już będzie wiedziała. Superkobieta. To było moje pierwsze własne mieszkanie, poczułam wtedy, jak fantastyczne jest to, że mam się gdzie wypłakać i że te moje emocje są przecież chwilowe.

To podejście optymisty: „Bywa mi paskudnie, ale co jakiś czas musi tak być, wiem, że to prędzej czy później minie”. Optymista wie, że wszystkie uczucia mijają. Ja mówię tak: „Złe zawsze mija, a dobre zawsze wraca”. Pesymista mówi: „Dobre zawsze mija, a złe zawsze wraca”. To ja wybieram, w co chcę wierzyć. Chcę dać priorytet dobremu, więc daję. Optymizmu można się nauczyć, nawet jest książka Martina Seligmana o takim tytule. Rozglądajmy się też za optymistami w naszym otoczeniu i uczmy się od nich nastawienia do życia. Jeśli chcemy. Ja swój optymizm, czyli moją filozofię życiową, przekazuję podczas terapii.

Zdarza się, że psychologia pozytywna staje się rodzajem politycznej poprawności, nie daje przyzwolenia na wyrażanie tych uczuć, które uważamy za złe. Choremu na nowotwór mówimy: „Myśl pozytywnie”. Ale uczucia, których nie wyrażamy, magazynują się w nas, rosną. Optymizm trzeba odróżniać od myślenia życzeniowego. Lepiej uważać z terminem „potęga pozytywnego myślenia”. Bo za przekonaniami musi iść działanie, same afirmacje nie wystarczą. Optymizm to zgoda na to, co jest. Także na cierpienie. Spotykają nas różne rzeczy, czasem bolesne i trudne. Na tyle, na ile umiemy, unikamy tego, czego nie chcemy, i wpływamy na to, na co możemy wpływać. Jestem optymistką, ale to nie znaczy, że nie mam takich stanów, że mi się nic nie chce albo jestem rozczarowana życiem czy ludźmi.

Pesymista próbuje uniknąć przykrych doświadczeń czy zła, a przecież tego całkowicie nie da się uniknąć. Zamiast żyć pełnią, zatruwa się strachem, dopóki wydarzenia, których się boi, się nie pojawią. Strategia: nie będę miała dużych oczekiwań, a więc nie będę miała dużych rozczarowań, nie uchroni od cierpienia. Chcę wam podarować ważne dla mnie przekonanie: Życie jest długie i wszystko w nim się zmieści!

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.

  1. Psychologia

Przychodząc z pomocą innym, tak naprawdę pomagamy też sobie. Co daje altruizm?

Większość z nas ma problem ze skupianiem się na drugim człowieku, a szczególnie z reagowaniem na wyciągniętą po pomoc rękę. (Fot. Getty Images)
Większość z nas ma problem ze skupianiem się na drugim człowieku, a szczególnie z reagowaniem na wyciągniętą po pomoc rękę. (Fot. Getty Images)
To, oczywiście, dobrze, że odrobiliśmy lekcję dbania o to, co prywatne i intymne. Że nauczyliśmy się asertywności i zdrowego egoizmu. Ale czy skupianie się wyłącznie na sobie prowadzi do szczęścia?

To, oczywiście, dobrze, że odrobiliśmy lekcję dbania o to, co prywatne i intymne. Że nauczyliśmy się asertywności i zdrowego egoizmu. Ale czy skupianie się wyłącznie na sobie prowadzi do szczęścia?

Daniel Goleman, słynny amerykański psycholog, autor książek o różnych rodzajach inteligencji, twierdzi, że kręcenie się „wokół własnego ogona” nie tylko nie daje szczęścia, ale wręcz je zabija. W książce „Inteligencja społeczna” pisze: „Skupianie się na sobie zabija empatię, nie mówiąc o współczuciu. Kiedy koncentrujemy się na sobie, nasz świat się kurczy, bo nasze problemy i zaabsorbowanie nimi przesłaniają wszystko inne. Kiedy natomiast skupiamy się na innych, nasz świat się powiększa. Nasze własne problemy odsuwają nas na peryferie umysłu, przez co wydają się mniejsze, wzrasta natomiast nasza zdolność do łączenia się z innymi”.

Większość z nas ma jednak problem ze skupianiem się na drugim człowieku, a szczególnie z reagowaniem na wyciągniętą po pomoc rękę. Zwłaszcza teraz, w czasach kryzysu, gdy dookoła las takich rąk. Nie wiemy na przykład, jak odróżnić prawdziwie potrzebującego od tego, kto wyłudza. Jak pomagać, a jednocześnie się nie narzucać? Czy wspierając kogoś, nie uczymy go także bezradności?

Ale problem mamy także z reagowaniem w nagłych wypadkach, w sytuacjach zagrożenia, w których trzeba wybierać między pomocą drugiemu człowiekowi a naszym życiem. Gdzie leży granica między odruchem serca a heroizmem? Kiedy interweniować, a kiedy brać nogi za pas?

Kilka lat temu tocyzła się na ten temat dyskusja wywołana orzeczeniem komisji etyki Polskiego Związku Alpinistycznego w sprawie tragicznego wypadku podczas zimowej wyprawy himalaistów na Broad Peak. Dyskusja pełna osądów i moralizowania. Mnie natomiast o wiele ważniejsze wydaje się zrozumienie, dlaczego niektórzy ludzie nie zostawiają drugiego człowieka w potrzebie, bez namysłu rzucają się za nim w ogień, skaczą do wody, angażują w działania charytatywne, a inni nie.    

Niewiedza wielu

Seminarium duchowne w Princeton. Trwa właśnie egzamin z głoszenia kazań.  Połowa z 40 egzaminowanych kleryków ma za zadanie odnieść się do tematów wybranych na chybił trafił z Biblii, druga połowa – do przypowieści o dobrym Samarytaninie, który – jak wiadomo – udzielił pomocy leżącemu przy drodze rannemu, obojętnie mijanemu przez rzekomo pobożnych ludzi. Na wygłoszenie kazania przewidziany jest ściśle określony czas. Egzaminowani zgromadzeni są w pokoju, z którego co 15 minut jeden z nich idzie do sali egzaminacyjnej. Droga prowadzi obok wejścia, przy którym leży jęczący z bólu człowiek. Klerycy nie wiedzą, oczywiście, że biorą udział w eksperymencie. Jak reagują? 24 przechodzi, nie zwracając uwagi na jęczącego. Przy czym ci, którzy przygotowywali kazanie na podstawie przypowieści o dobrym Samarytaninie, nie są ani na jotę bardziej przejęci chorym. Spośród tych, którzy myśleli, że mają mało czasu, zatrzymał się tylko jeden, natomiast spośród przekonanych o tym, że nie muszą się spieszyć, pomoc zaproponowało sześciu.

Jak pokazuje ten eksperyment, opisany potem w wielu pracach z dziedziny psychologii społecznej, o odruchu serca, zwanym uczenie altruizmem, decyduje między innymi czas konieczny do tego, żebyśmy mogli nie tylko zauważyć czyjeś potrzeby, ale i „dostroić się” do nich.

Co jeszcze popycha nas do reagowania? Zaangażowanie innych ludzi. Okazuje się, że bardziej jesteśmy skłonni przyjść z pomocą wtedy, gdy ktoś już tej pomocy udziela. Na przykład chętniej przyłączamy się do akcji charytatywnej, w której bierze udział dużo osób, bardziej zdecydowanie reagujemy na czyjąś krzywdę, gdy wcześniej już ktoś zareagował. Ale uwaga! Obecność innych może czasem utrudnić podjęcie decyzji o udzieleniu pomocy. Jak zauważa profesor psychologii społecznej Wilhelmina Wosińska, w sytuacjach wymagających od nas zaangażowania staramy się zachować zimną krew, bo nie chcemy wyjść na głupka albo być posądzonymi o panikowanie. Dlatego przyglądamy się, co robią inni, a oni kątem oka obserwują nas. Wszyscy nawzajem utwierdzamy się w przekonaniu, że sytuacja nie wymaga interwencji, że wszystko jest pod kontrolą i tak naprawdę ignorujemy zagrożenie. Takie zachowania nazywane są w psychologii „niewiedzą wielu”.

Formy i normy

Z kolei według psychologów ewolucyjnych (mi. in. Davida M. Bussa) pomagamy dlatego, żeby ocalić gatunek, w czym zresztą jesteśmy bardzo podobni do zwierząt. Rzucamy się na pomoc najpierw tym, którzy mają najwięcej podobnych genów, a więc dzieciom, rodzicom, rodzeństwu, a dopiero później wujom, ciotkom, kuzynom. Obcych ratujemy na końcu, i tak jest we wszystkich kulturach. Jednak w Ameryce gotowość do przyjścia z pomocą komuś nieznanemu jest zdecydowanie większa niż na przykład w Chinach. Dlaczego? Ponieważ w kulturach zachodnich podział na swoich i obcych jest bardziej rozmyty (tam przyjezdny szybko może stać się jednym z nas) niż w społecznościach zamkniętych na inne kultury czy religie.  

Spieszymy z pomocą także dlatego, że tak nakazują normy społeczne, tego nas się uczy, za to nagradza. Właściwie nie ma na świecie społeczeństwa, które nie ceniłoby takich postaw. Wynikają one – z grubsza rzecz ujmując – z respektowania dwóch rodzajów norm społecznych: normy wzajemności i odpowiedzialności za słabszych.

Pierwsza nakazuje odwdzięczać się za przysługi, jakie wyświadczyli nam inni. To strategia niezwykle opłacalna z punktu widzenia interesu danej grupy. Bardziej prawdopodobne jest bowiem przetrwanie danej społeczności, jeśli jej członkowie nawzajem wymieniają się jakimiś świadczeniami. I po drugie – norma ta ma charakter edukacyjny, bo pokazuje, że warto pomagać choćby dlatego, że gdy sami znajdziemy się w potrzebie, możemy liczyć na wzajemność. Takie praktyki wprost rozkwitały za komuny, kiedy to wszyscy usiłowali wymieniać się towarami, do których mieli dostęp. Na przykład pani z mięsnego załatwiała kierowniczce kina kilo schabu, a kierowniczka odwdzięczała się jej biletem na film.

W plemionach zamieszkujących zachodnią Kanadę mocno trzyma się tradycja wydawania wielodniowych hucznych przyjęć, na które zaprasza się mnóstwo gości, a oni potem rewanżują się tym samym. W rezultacie tego obyczaju dezorganizuje się życie całych miejscowości, często dochodzi do łamania prawa. Dlatego władze Kanady zakazały takich praktyk. Jak się okazało, bezskutecznie, bo organizowanie przyjęć zeszło do podziemia, tak silna jest potrzeba odwzajemniania zaproszeń i uzyskiwania z tego tytułu społecznego uznania. Ten obyczaj przypomina jako żywo polską weselną tradycję, która nakazuje: postaw się, a zastaw się, spłukaj do cna, ale zaproś całą wieś. Po co? No właśnie po to, aby odwdzięczyć się za to, że wcześniej nas zaproszono, albo zapracować na zaproszenie w przyszłości.

Norma odpowiedzialności za słabszych już na takiej wzajemności się nie opiera. I nic dziwnego – ludzie, którym pomagamy – chorzy, biedni, słabsi – nie mają nic do dania poza wdzięcznością. Ale, co ciekawe, choć norma ta jest odwieczna, uniwersalna, to często jej nie respektujemy. Oto w czasie spaceru w parku widzimy mężczyznę, który słania się nogach, a potem upada. Nie udzielamy mu pomocy, ponieważ z góry zakładamy, że jest pijany.

Profesor Wilhelmina Wosińska konkluduje: To, czy weźmiemy na siebie odpowiedzialność niesienia pomocy, zależy od wyjaśnienia przyczyn, dlaczego ktoś znalazł się w trudnej sytuacji. Może to jego wina albo mu się nie chce. Dość łatwo wtedy o zwolnienie się z odpowiedzialności.   

Zaczyna się od empatii

Czasem podchodzimy do pomagania jak do każdej innej transakcji ekonomicznej opartej na strategii: minimum kosztów, maksimum zysków. Zastanawiamy się wtedy, czy przewidywane nagrody przewyższają włożony wysiłek. Takiej kalkulacji – jak pokazały badania amerykańskiej socjolog Jane Allyn Piliavin – dokonują nawet krwiodawcy, stawiając na jednej szali stratę czasu, dyskomfort, a na drugiej – uznanie społeczne, dobre mniemanie o sobie.

Co zatem takie zachowanie ma wspólnego z altruizmem, definiowanym jako działanie podjęte wyłącznie z myślą o drugiej osobie, a nie dla zdobycia zewnętrznych czy wewnętrznych nagród? Część socjologów twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak „czysty altruizm”, ponieważ za wszystkimi reakcjami prospołecznymi kryje się jakaś korzyść, czasem nieuświadomiona. Ich zdaniem działania altruistyczne są tak naprawdę egoistyczne. Profesor Robert B. Cialdini, autor świetnej książki „Wywieranie wpływu na ludzi”, uważa, że nawet współczucie, czyli dostrojenie się do uczuć i emocji drugiej osoby, nie jest czystym altruizmem, tylko strategią obliczoną na jakieś korzyści.

Inni badacze postaw społecznych dowodzą z kolei, że to właśnie empatia warunkuje reakcje altruistyczne. Amerykański psycholog społeczny Daniel Batson poparł tę hipotezę słynnym, ale brutalnym eksperymentem. Otóż badanym studentom nakazano obserwowanie koleżanki, którą poddano elektrowstrząsom. Dziewczyna z trudem to znosiła, więc poproszono kolegów, aby ją zastąpili. Połowie powiedziano, że jeśli tego nie zrobią, to i tak będą musieli pozostać w laboratorium i dalej przyglądać się cierpieniu koleżanki. Pozostali mogli opuścić pomieszczenie, co też skwapliwie uczynili. Ale co ciekawe – gdy studentom z obu grup powiedziano, że ich koleżanka przeżyła w dzieciństwie tragedię, czyli gdy wzbudzono w nich empatię, niemalże wszyscy studenci gotowi byli ją zastąpić.

Wniosek? Empatia prowadzi do altruizmu, powoduje, że zapominamy o własnym komforcie, że skupiamy się na potrzebach drugiej osoby. Według wielu badaczy to klucz do zachowań altruistycznych. Nakazuje zatrzymać się i zareagować nawet w sytuacji zagrożenia swojego życia. Stanowi sedno tak zwanej osobowości altruistycznej. Skąd bierze się taka postawa? Jak wynika z badań nad bliźniakami jednojajowymi wychowywanymi osobno oraz dwujajowymi wzrastającymi w tym samym domu, aż połowa cech altruistycznych jest wrodzona! Ale jest jeszcze druga, którą na szczęście da się kształtować w procesie wychowania.

Nasz mózg nie znosi cierpienia innych

Psycholog Jarosław Przybylski uważa, że zachowań altruistycznych można się nauczyć: – O tym, czy obchodzi nas los innych, decydują wzorce wyniesione z domu. Przy czym nie chodzi tu bynajmniej o wzorce deklaratywne, o wpajanie teorii, ględzenie, że trzeba być wrażliwym na krzywdę innych i temu podobne gadki. Chodzi o praktyczne działanie, o żywy przykład. Dziecko od najmłodszych lat obserwuje bowiem, jak rodzice odnoszą się do ludzi, zwłaszcza tych postawionych niżej od nich w hierarchii: do sprzątaczki, dozorcy, żebraka. Widzi, czy mama tak samo traktuje jego kolegów niezależnie od tego, czy pochodzą z bogatej rodziny, czy z biednej, czy dobrze się uczą, czy nie. Zachęcone przez tatę pomaga w zbieraniu ubrań dla sierot z domu dziecka, w przygotowaniu paczek świątecznych dla wielodzietnej rodziny z sąsiedztwa. I wszystkie te zdarzenia chowa w pamięci niczym w walizce, z której potem ma co wyciągać. Dlatego rodzice powinni już od najmłodszych lat aranżować sytuacje, w których dziecko może się wykazać drobnymi aktami pomocy na rzecz innych. Może to być sprzątanie podwórka, robienie zakupów chorej sąsiadce. Niezależnie od tego, czy dziecko pomaga dla zabawy, czy na poważnie, może to być dla niego świetna okazja do przekonania się, jak dużo można zrobić dla innych i jaki ma to też wpływ na nas, na nasze samopoczucie.  

Wilhelmina Wosińska przestrzega rodziców przed nagradzaniem za każdy dobry uczynek. Systematyczne nagradzanie powoduje, że pomaga się dla nagród, a nie dlatego, żeby komuś ulżyć. Nagrody powinno się oferować tylko od czasu do czasu, niepublicznie i w formie niematerialnej, na przykład pochwały. Tylko taka nagroda wzmacnia poczucie sensu robienia dobrych uczynków i prowadzi do uwewnętrznienia dobroczynności, która staje się głęboką potrzebą, a nie przymusem, robieniem czegoś, „bo tak wypada”. Jarosław Przybylski zauważa, że wrogiem postaw altruistycznych jest rywalizacja, na którą, niestety, stawia współczesna szkoła. Dzisiaj liczą się stopnie, wyniki testów, miejsca w rankingach. Tymczasem zamiast zagrzewać uczniów do rywalizacji, o wiele rozsądniej byłoby zachęcać ich do współpracy. Co z tego, że Jaś zajmie pierwsze miejsce w olimpiadzie z polskiego, skoro będzie przekonany, że nikt inny poza nim się nie liczy?

Chiński mędrzec Mencjusz już w trzecim wieku przed naszą erą napisał: „Wszyscy ludzie mają umysł, który nie może znieść widoku cierpienia innych”. Daniel Goleman twierdzi podobnie: nasz mózg został zaprogramowany na dobroć. Czyż nie dzieje się tak, że automatycznie przychodzimy z pomocą przestraszonemu dziecku, że chcemy uściskać kogoś, kto płacze? Wiele eksperymentów socjologicznych pokazuje związek między cierpieniem jednego człowieka a odruchem pomocy drugiego. A wszystko to za sprawą mózgu. Jak wynika z badań, kiedy odpowiadamy empatycznie na czyjeś cierpienie, aktywują się te same części mózgu, które biorą udział w doświadczaniu naszego własnego bólu.

Dlaczego zatem nie wszyscy pomagamy cierpiącym? Daniel Goleman twierdzi, że winny jest współczesny tryb życia: pośpiech, izolacja społeczna, odgradzanie się od „tych obcych”. To wszystko sprawia, że świat czekający na naszą pomoc jawi się nam niczym odległa obca wyspa, z którą nie czujemy żadnego związku. Afrykańczycy płynący na tratwach na Lampedusę w poszukiwaniu lepszego życia? Przez chwilę im nawet współczujemy, ale w najmniejszym stopniu nie odczuwamy ich krzywdy. Nas ich dramat nie dotyczy, bo rozgrywa się gdzieś daleko, nie mamy na to wpływu.

Czy aby na pewno? W dobie Internetu każdy może wyrazić swój głos w każdej sprawie. Możemy zaprotestować albo wysłać słowa poparcia. Wspomóc materialnie albo duchowo. Najgorsze, co możemy zrobić, gdy komuś dzieje się krzywda, to nie robić nic. W myśl duchowych teorii wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni na najgłębszym, kwantowym poziomie. Przychodząc więc z pomocą innym, tak naprawdę pomagamy też sobie. Ale nawet ujmując rzecz na wskroś realistycznie, można dostrzec, że gdy dajemy, wcale nam nie ubywa, a nawet wręcz przeciwnie, dużo przybywa, na przykład pomocy odwzajemnionej. Bo szczęście to dziwne uczucie – nie da się go przeżyć indywidualnie, do tego potrzebni są inni.