1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Afirmujesz i masz!

Afirmujesz i masz!

Nasze afirmacje działają nie tylko, gdy wyzwolimy w sobie pozytywne emocje, ale także, gdy doznajemy przyjemności. Pomagają piękne widoki, zapach, las, park, morze, góry. (Fot. iStock)
Nasze afirmacje działają nie tylko, gdy wyzwolimy w sobie pozytywne emocje, ale także, gdy doznajemy przyjemności. Pomagają piękne widoki, zapach, las, park, morze, góry. (Fot. iStock)
Pozytywne myśli to żadna magia. To konkretne narzędzia do zmiany naszego życia. Używane świadomie mogą pomóc nam osiągnąć takie cele, jakich pragniemy – mówi Johanna Kern, nauczycielka rozwoju osobistego, pisarka, blogerka i reżyserka od 30 lat mieszkająca w Kanadzie.

Afirmację łatwo utożsamić z chciejstwem.
Bo to jest rodzaj chciejstwa, ale popartego pozytywną intencją. Wbrew pozorom myśli nie są tak abstrakcyjne, jak nam się wydaje, dobrze pokierowane dają konkretne korzyści. Wiedzieli o tym już starożytni filozofowie, mistycy, wpływowi ludzie, teraz potwierdzają naukowcy.

Na czym polega moc myśli?
Obecnie wyjaśnia to fizyka kwantowa, ale wiadomo to było od stuleci, nawet na poziomie wierzeń, a mianowicie, że absolutnie wszystko, co istnieje, jest energią, począwszy od komórek naszego ciała, poprzez florę, faunę, planety, galaktyki i wszystko inne we wszechświecie, w tym nasze myśli. Pierwsza zasada teorii kwantowej mówi, że rzeczywistość jest stworzona przez obserwatora, to znaczy: dopóki nie ma obserwatora, nic nie istnieje. Druga zasada – istnieje tak zwana połączalność, czyli wszystko, co kiedykolwiek na siebie oddziaływało, już na zawsze jest ze sobą związane. Tak więc na poziomie energii wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni. Tworzymy zatem świat nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Dlatego to nasze chciejstwo jest tak ważne. Można powiedzieć, że jakie chciejstwo, taka nasza rzeczywistość.

Nie możemy jednak afirmować czegoś nierealnego.
Możemy, tylko że nasza podświadomość to odrzuci, bo uzna takie myśli za niedorzeczne. Odrzuci na przykład afirmację: „Idę do banku i tam będzie czekał na mnie milion złotych”, bo nie jest ona zgodna z tym, co wie nasza podświadomość. To, co bowiem afirmujemy, musi się zgadzać z naszą wizją siebie, świata i z wizją tego, co ja określam jako wizję serca, czyli z tym, kim naprawdę pragniemy być. Tak więc afirmacja typu: „Jestem zdrowa”, jeśli jestem chora, „jestem bogata”, kiedy nie mam na rachunki, będzie nieskuteczna.

A kiedy stanie się skuteczna?
Kiedy będziemy praktykować ją krok po kroku. A zacząć powinniśmy od zmiany przekonań na własny temat. Dobrze najpierw zobaczyć, że naprawdę jesteśmy warci lepszego życia, lepszego losu. Dostrzec, że każdy człowiek na tej planecie, każda roślina i każde zwierzę, wszystko, co żyje, jest absolutnie unikalne. Pomyślmy na przykład: każde źdźbło trawy na trawniku przed naszym domem jest nie tylko inne od źdźbła na tym samym trawniku, ale od wszystkich źdźbeł na całym świecie. To samo z listkiem na drzewie, ze zwierzętami, także z człowiekiem. Warto dostrzec własną unikalność, wyjątkowość, fakt, że możemy decydować o swoim życiu, wnosić coś do życia innych. I powoli zacząć afirmować, na przykład mówiąc: Już wiem, że życie może mi przynieść dobro, czekam na coraz lepsze dni.

Nawet gdy jestem w dramatycznej sytuacji?
Nie mogę wtedy wmawiać sobie, że jest cudownie, bo moja podświadomość to wyśmieje, ale mogę powiedzieć to, co jest zgodne z prawdą, czyli: „Są momenty, że czuję się dobrze, czekam, aż będzie ich więcej”. Następna afirmacja: „Czuję się coraz lepiej, wierzę, że wyzdrowieję”. I kolejna: „Cieszy mnie, że wychodzę z choroby”. To samo, jeśli chodzi o sukces. Nie można od razu powtarzać: „Odnoszę sukces”, bo jeśli podświadomość widzi co innego, to tę myśl natychmiast odrzuci. Lepiej zacząć od stwierdzenia: „Coraz więcej umiem, wierzę, że mogę znaleźć wymarzoną pracę, być docenioną. Nie możemy przy tym tylko powtarzać tych zdań, nic nie robiąc. Trzeba pogłębiać swoje talenty, to oczywiste. Ale razem z rozwojem zawodowym trzeba też rozwijać sposób myślenia o sobie na coraz lepszy. Afirmowanie to stopniowe przekształcanie swoich wewnętrznych przekonań na coraz bardziej pozytywne.

To nie wygląda na dokarmianie ego?
Nie. Nie wmawiamy sobie przecież, że jesteśmy piękni, zdrowi i bogaci, ale akceptując siebie takimi, jacy jesteśmy, „ulepszamy się” w kierunku, w jakim chcielibyśmy podążać.

Jak to się dzieje, że afirmacje działają?
Najogólniej rzecz ujmując – nasz mózg zbudowany jest między innymi z neuronów, które się ze sobą komunikują. Każda nasza myśl wywołuje jakąś emocję, która powoduje wydzielanie substancji chemicznej, na którą z kolei reagują neurony. I jeżeli na przykład żyję w potwornym lęku, nic mi się nie udaje, tym samym wydzielam pewne substancje chemiczne, do których neurony się przyzwyczajają, tworząc tak zwane ścieżki neuronalne. I tak jak to ze ścieżką bywa, im częściej się po niej chodzi, tym jest głębsza, wyraźniejsza, w końcu staje się częścią naszego życia. Nowe pozytywne myśli wydzielają inne substancje chemiczne, powodują powstawanie nowych ścieżek neuronalnych. To tak jakbyśmy zaczęli chodzić przez trawnik nową wygodniejszą dróżką. Im częściej nią chodzimy, im częściej powtarzamy pozytywne myśli, tym mocniejsze staje się nowe powiązanie międzyneuronalne. Żeby utrwalić te ścieżki, potrzeba mniej więcej sześciu tygodni. I tyle samo czasu musimy przeznaczyć na to, żeby te poprzednie „zarosły”. Ale żeby całkowicie zmienić styl życia z negatywnego na pozytywny, potrzeba co najmniej sześciu miesięcy. W książce „365 (+) afirmacji pięknego życia” podpowiadam, jak to robić krok po kroku.

Wielu ludzi uważa, że afirmowanie jest nieskuteczne.
Afirmację trzeba robić rzetelnie. Jeżeli afirmujemy rano przez minutę, a przez cały dzień mamy negatywne myśli, to oczywiste, że wielość tych myśli stłamsi te kilka pozytywnych. Niektórzy uważają, że trzeba bez przerwy klepać afirmacje. Nieprawda. Trzeba ich użyć w odpowiednim momencie. Jeżeli afirmujemy przypływ pieniędzy, to najlepiej robić to nie wtedy, kiedy mamy pustą kieszeń, ale kiedy kupujemy sobie coś upragnionego, nawet bardzo taniego. Dobrze wtedy powiedzieć: „Cieszę się, że mam więcej, niż potrzeba mi na to, czego chcę”. Bo rzeczywiście coś kupujemy i dostajemy resztę. Trzeba używać takich okazji. Ważne jest, aby to, co afirmujemy, wywoływało jakieś uczucia. Jeżeli nie wywołuje, to przynajmniej sobie to wyobraźmy. Afirmacja działa, kiedy robimy ją w pozytywnych emocjach. Trzeba więc nauczyć się poznawać swoje emocje. I kiedy nie czujemy się dobrze, nie afirmujmy, pozwólmy sobie na odreagowanie, na smutek, płacz. Nie mówmy: „jest super”, w momencie kiedy płaczemy i jest nam smutno. Afirmacja wtedy nie zadziała. W tragicznych chwilach trudno użyć pozytywnej afirmacji, lepiej wtedy powiedzieć: „Wybieram, aby czuć się coraz lepiej”. „Wybieram” to bardzo ciekawe słowo. Bo skoro wybieram i powtarzam tę intencję, to powoli tak się stanie, w pewnym momencie wytworzą się bowiem nowe ścieżki neuronalne. Pamiętajmy, że nasze afirmacje działają nie tylko wtedy, gdy wyzwolimy w sobie pozytywne emocje, ale także kiedy doznajemy przyjemności. Pomagają piękne widoki, zapach, las, park, morze, góry. Co ciekawe, natura bardzo wzmacnia afirmacje, a to z kolei wiąże się z tak zwanymi falami mózgowymi alfa, bardzo pomocnymi w skutecznej nauce.

Nie w głowie nam afirmacja, kiedy na przykład tracimy pracę.
Trzeba dać sobie czas na przeżycie każdej straty. A po pierwszym szoku powoli zacząć wzmacniać działania pozytywnymi myślami. Być może okaże się, że trudne doświadczenie tak nas rozwinie, że dzięki niemu znajdziemy dużo lepszą pracę. Człowiek nie jest w stanie zaradzić żadnym problemom, jeśli się podda. W stanie depresji musi iść do lekarza. Ale jeśli pozwoli sobie na odreagowanie, rozluźni się i zacznie pozytywnie myśleć, to często pod wpływem tych myśli rzeczywistość układa się jak plastelina. Afirmacje to żadna magia. To konkretne narzędzia do zmiany naszego życia. Używane świadomie mogą pomóc nam osiągnąć takie cele, jakich pragniemy.

Masz na to jakieś dowody?
Moje życie jest najlepszym dowodem. 30 lat temu znalazłam się na emigracji. Byłam wtedy bardzo młoda, nie znałam języka, nie wiedziałam, jak zdobyć pracę, przyjaciół, akceptację. I mimo to myślałam pozytywnie, nie zdając sobie, oczywiście, sprawy z tego, że afirmuję. Efekt był taki, że osiągnęłam bardzo wiele. Dostałam się na Uniwersytet w Toronto na wydział filmowy, gdzie aplikowało ponad 40 osób na miejsce, bo to jedna z najlepszych szkół w Kanadzie. Musiałam bardzo szybko nauczyć się języka na wysokim poziomie. Ukończyłam studia jako najlepsza, a jeszcze w czasie studiów zaczęłam robić filmy krótkometrażowe, które zdobyły uznanie krytyków. Od razu po studiach dostałam pracę przy produkcji filmów fabularnych dla kampanii filmowej Great Western Paradise Films, potem już w swojej kampanii filmowej zrobiłam własny film fabularny z gatunku fantasy „Kraina cieni: legenda”, który też odniósł sukces. Można by powiedzieć, że tworzyłam własną rzeczywistość w sposób bardzo precyzyjny, przemyślany, choć prawda jest też taka, że ja po prostu myślałam pozytywnie i ufałam temu, co mi podpowiadał mój wewnętrzny głos.

Jak to się stało, że zajęłaś się rozwojem osobistym?
Zawsze dzieliłam się z innymi moimi pasjami. Zarówno artystycznymi, jak i – potem – tymi związanymi z rozwojem, karierą. Od momentu, kiedy wiem, jak świadomie stwarzać swoją rzeczywistość, przekazuję tę wiedzę innym. Życie może być naprawdę cudownym doświadczeniem, a nie odklepywaniem dnia po dniu i czekaniem, aż ktoś za nas coś zrobi albo nasze problemy same się rozwiążą. Otóż nic samo się nie rozwiąże. Swoje doświadczenia opisałam w książce autobiograficznej „Mistrz i zielonooka nadzieja”. Jestem przekonana, że można wyzwolić się z własnych opresji myślowych, emocjonalnych, zdrowotnych.

Tobie udało się wyjść z ciężkiej choroby. Pomogło afirmowanie?
O tak. Po wypadku, w którym złamałam łokieć, zapadłam na ciężką neurologiczną chorobę, tak zwany zespół Sudecka. Cierpiałam potworny ból dzień po dniu, bo leki przeciwbólowe nie działały. Ludzie w takim stanie popełniają samobójstwa. Dowiedziałam się, że mogę cierpieć do końca życia. Przyjęłam to do wiadomości, ale mam taką cechę, że nie stawiam „nie” przed przymiotnikami. Niemożliwe jest dla mnie możliwe, nieuleczalne uleczalne. No i w tym chronicznym bólu, kiedy nie mogłam wykonywać swojego ukochanego zawodu, czyli robić filmów, kiedy nie mogłam się w ogóle poruszać, bo każdy ruch sprawiał ból, powiedziałam sobie: „Jeżeli będę myślała o bólu, to moje życie stanie się rzeczywiście nieuleczalne. Postanowiłam: „Niech boli ręka, ale ja mam przecież zdrowe serce, głowę i drugą rękę”. I tą zdrową ręką napisałam dwie książki, za które w krótkim czasie dostałam cztery nagrody w USA. Wierząc, że tak jak uleczalne są nasze myśli, tak uleczalne jest ciało, zaczęłam afirmować zdrowie i stosować alternatywne metody leczenia. Powoli ból ustępował. Teraz jeszcze czasami się odzywa, ale w niewielkim stopniu. Cały czas świadomie buduję nowe ścieżki neuronalne.

Twój mąż, dużo od ciebie młodszy, o którym mówisz, że go sobie wymarzyłaś, też jest owocem afirmacji?
No oczywiście! Wyszłam za mąż 12 grudnia 2012 roku, kiedy miał być koniec świata. Dwa miesiące później miałam wypadek. Mąż, który nigdy nie miał takich obowiązków na swoich barkach, zajmował się mną, czuwał przy mnie dzień i noc. Dzięki temu mogliśmy przeżyć czas o wiele intensywniej. Jesteśmy razem niespełna trzy lata, a ja czuję, jakbyśmy przeżyli dziesięć razy tyle. Dzięki chorobie przekonałam się, jakim mąż jest wspaniałym mężczyzną – pomocnym, opiekuńczym, wrażliwym. Kiedy zdarzyło się to nieszczęście, nie usiedliśmy i nie płakaliśmy, tylko powiedzieliśmy sobie: „Jakież to cudowne wyzwanie w naszym małżeństwie, możemy się sprawdzić, zobaczyć, czy to trudne doświadczenie nas umocni”. I umocniło! Mam takiego męża, jakiego sobie wymarzyłam, mam takie życie, jakie sobie wymarzyłam, choć było trudne: mój tata został zamordowany, gdy miałam półtora roku, potem emigrowałam z kraju, zachorowałam. Zawsze jednak myślałam pozytywnie. Moja pierwsza afirmacja tuż po przyjeździe do Kanady, jeszcze nieświadoma, była taka: „No, to teraz zbuduję sobie takie życie, jakiego pragnę”. Nie miałam złudzeń, wiedziałam, że nie wszystko będzie szło jak z płatka. I kiedy zdarzały się trudne chwile, mówiłam sobie: „To bardzo ciekawa przygoda, widocznie czegoś ma mnie nauczyć”. Wyciągałam z niej wnioski i szłam do przodu.

Jak z perspektywy emigrantki widzisz naszą polską specyfikę myślenia?
Rozumiem ją. Polacy przez stulecia byli pod opresjami: zaborów, okupacji, totalitaryzmów. Powtarzali: „Jest mi źle, jestem ciemiężony”. Dzieci słuchały rodziców i jako dorośli powtarzały to samo. W umysłach Polaków wytworzyły się więc ścieżki neuronalne, które „każą” im właśnie tak postrzegać rzeczywistość. Ale można zmienić sposób myślenia, odnaleźć radość życia. Problemy i kłopoty będą pojawiać się w naszym życiu ciągle. Raz jesteśmy zdrowi, raz chorzy, raz czujemy się dobrze, raz źle, raz nam wychodzi w pracy, raz nie. To normalne, to są tylko doświadczenia, które nas rozwijają. Nie ma co skupiać się na tym, co nas dołuje, tylko na tym, co pozytywne. Biologicznie jesteśmy zaprogramowani, żeby być optymistami, żeby stwarzać sobie coraz lepsze warunki do życia, to nasza przyrodzona natura.

Pesymistyczne nastawienie też działa, tylko negatywnie – jak samospełniająca się przepowiednia.
Oczywiście. Nasze myśli można porównać do fal radiowych, bo też mają pewną częstotliwość, wibracje, zasięg. Gdy wysyłamy pesymistyczne myśli, one przyciągają te o podobnej częstotliwości. Nasz umysł szuka ludzi podobnie myślących. Nawet jest takie powiedzenie – ktoś nadaje na tych samych falach.

Pomoc ludziom w zmianie myślenia to twoja misja?
Dzielę się z ludźmi metodą znaną od starożytności, ja jej nie wymyśliłam, tylko ulepszyłam w taki sposób, żeby trafiła do absolutnie każdego człowieka. Świat sprzyja nam w tym, żebyśmy byli szczęśliwi. Jeżeli tak się nie czujemy, to tylko dlatego, że narozrabialiśmy na taką skalę, że zniszczyliśmy swoje szczęście, albo dlatego, że skupiamy się na czymś innym. Cała przyroda, ewolucja świata wspierają to, co pozytywne i budujące. I tylko to przetrwa.

Johanna Kern
nauczycielka rozwoju osobistego, propagatorka afirmacji jako narzędzia do osiągania życiowych celów, autorka interaktywnej strony internetowej www.johannakern.pl, gdzie można znaleźć wiele materiałów do słuchania, oglądania i czytania oraz blog. Z wykształcenia aktorka i reżyserka. Ma na koncie filmy krótkometrażowe i film fantasy „Kraina cieni: legenda”, do którego muzykę skomponował Romuald Lipko (Budka Suflera). Pisarka. Jej kilkakrotnie nagradzana książka „Mistrz i zielonooka nadzieja” została przetłumaczona także na język polski.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak zmienić negatywne nastawienie i wzmocnić poczucie własnej wartości?

Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Nawyk negatywnego nastawienia i wyćwiczenie mózgu w wyszukiwaniu dobra jest możliwe i może odmienić nasze życie.

Ludzki mózg jest zaprogramowany na szukanie problemów. Robi to już setki lat, więc opanował tę sztukę do perfekcji. Zresztą nie tylko stara się wyszukać problemy, lecz także skutecznie je znajduje i oddaje się ich analizowaniu. Psychologowie nazywają ten proces negatywnym nastawieniem (ang. negative bias). Na wczesnym etapie dziejów ludzkości był on pozytywnym zjawiskiem (i do pewnego stopnia nadal jest). Przeczuwanie zagrożenia zapewnia nam bezpieczeństwo i przetrwanie, ale przy zaburzeniach lękowych negatywne nastawienie staje się bardzo złym nawykiem. Możesz jednak wytrenować swój mózg tak, aby przerywał ten schemat.

Prawdopodobnie jesteś świadomy swoich lęków czy obaw, na przykład martwienia się tym, co swoim zdaniem zrobiłeś nie tak, przy jednoczesnym negowaniu sukcesów. Jest jednak możliwe, że nie zdajesz sobie sprawy, jak silnie jesteś nastawiony na wyszukiwanie i analizowanie problemów. Pierwszym krokiem do przełamania tego nawyku jest zauważenie w sobie negatywnego nastawienia. Zastanów się, na czym koncentrujesz uwagę, o czym myślisz. Dostrzeż negatywne schematy myślowe.

Następnie poszukaj innych, bardziej pozytywnych i realistycznych rzeczy, na których będziesz mógł się skupić. W trenowaniu mózgu pomogą ci sprawdzone techniki: • Prowadź „dziennik wdzięczności”. Szukaj dużych i małych rzeczy, którymi możesz się cieszyć. Zapisuj je w dzienniku, który stanie się twoim podręcznym spisem pozytywnych myśli i zagadnień. Wykorzystasz je, aby nauczyć swój mózg przełamywania negatywnego nastawienia.

• Celebruj rzeczy, które cię cieszą. Każdego dnia, nawet kilka razy dziennie, staraj się znaleźć coś drobnego, co możesz zapamiętać i uczcić. Celebrowanie może mieć wiele form, prostych lub bardziej wyrafinowanych – wedle twojego upodobania. Wykonaj taniec radości. Puść swoją ulubioną piosenkę. Idź na szybki, krótki spacer. Zrób sobie dziesięciominutową przerwę, żeby przeczytać rozdział dobrej książki. Narysuj coś. Te rytuały wzmacniają pozytywne doświadczenia i są doskonałym narzędziem treningowym dla mózgu w walce z lękiem.

Wzmocnij poczucie własnej wartości

Możesz zmienić sposób, w jaki o sobie myślisz, analizując, czy twoje myśli są słuszne. Ta metoda może skutecznie zmienić nasz autowizerunek; czasem jednak lęk wywołuje tak silną niechęć do siebie, że potrzebujemy dodatkowych narzędzi, aby zaakceptować swoją osobę. Pomocnym narzędziem jest generowanie realistycznych myśli na swój temat, które pozwolą ci konsekwentnie umocnić poczucie własnej wartości w oparciu o obiektywne dowody.

Afirmacje to krótkie stwierdzenia oparte o autoobserwacje lub obserwacje innych na twój temat. Aby z nich korzystać, najpierw spisz jak najwięcej pozytywnych opinii o sobie. Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. Początkowo może ci się to wydawać dziwne i trudne. Nie szkodzi. To znak, że twoje lęki prześladują cię już od dłuższego czasu i afirmacja nie przychodzi ci naturalnie. Nie przejmuj się tym.

Spisując swoje afirmacje, możesz je łączyć ze swoimi najbardziej dokuczliwymi obawami. Jeśli często zdarza ci się martwić, że „nic ci się nie udaje i chyba niedługo wyrzucą cię z pracy”, zapisz afirmacje, które ukażą ab- surdalność tego stwierdzenia. Na przykład:

  • Nigdy się nie spóźniam, inni mogą na mnie polegać.
  • Jestem kreatywny i dobry w... (wymień przykłady obowiązków zawodowych).
  • Szef dziękuje mi za ciężką pracę.
Gotową listę afirmacji umieść w dobrze widocznym miejscu. Przyklej ją taśmą klejącą do lustra, osłony tele- fonu, lodówki albo włóż do szuflady. Jeśli nie chcesz, żeby widzieli ją inni, trzymaj ją schowaną, ale w łatwo dostępnym miejscu, tak żeby często móc po nią sięgać. Z czasem, dzięki codziennemu powtarzaniu, afirmacje staną się częścią twojego naturalnego toku myślenia. Poczujesz spadek lęku i większą pewność siebie i zastąpisz negatywne, nieprzyjemne myśli o samym sobie pozytywnymi, zgodnymi z prawdą stwierdzeniami.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Zdrowie

Jak działa efekt placebo?

Sfektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. (Fot. iStock)
Sfektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. (Fot. iStock)
Czasem wystarczy sama informacja, że dostałeś lekarstwo, by wyzdrowieć. Albo wiara w to, że jesteś zdolny – by odnosić sukcesy. Fundamentem efektu placebo i samospełniającego się proroctwa jest przekonanie, że oczekiwania kształtują rzeczywistość albo innymi słowy: zmieniają rzeczywistość, stwarzają ją na nowo. Sile ludzkiej autosugestii przygląda się Robert Rient.

Bruce Moseley, chirurg wojskowy i specjalista w zakresie ortopedii sportowej w Teksasie, do swojego eksperymentu wybrał grupę byłych żołnierzy, którzy cierpieli z powodu bólów reumatycznych w stawach kolanowych. Przy czym ból musiał być na tyle dotkliwy, by uniemożliwiał im codzienne aktywności. W 1994 roku wszyscy chorzy zostali przewiezieni do szpitala w Houston (Veterans Affairs Medical Center) oraz poinformowani, że czeka ich operacja, a dokładnie artroskopia kolana. Pacjenci zostali poddani narkozie i żaden z nich nie wiedział, że operację przeprowadzono wyłącznie u dwóch weteranów. Trzem pacjentom jedynie wypłukano staw kolanowy, a pięciu wykonano tylko nacięcie na skórze, bez najmniejszej ingerencji chirurgicznej w staw kolanowy, po czym nacięcie zaszyto, by wyglądało dokładnie tak samo jak blizny wszystkich, którzy przeszli artroskopię kolana. Dziesiątka pacjentów została wypisana do domu w tym samym czasie, dostali te same leki przeciwbólowe, zalecenia dotyczące rehabilitacji kolana i kule, którymi mogli się wspierać podczas chodzenia.

Minęło pół roku od zabiegu i wszyscy pacjenci poczuli się lepiej. Bez względu na to, czy przeszli artroskopię kolana, czyszczenie czy wyłącznie przecięto im skórę i ponownie ją zaszyto. I chociaż dla niektórych to dowód na skuteczność rehabilitacji w walce z bólami reumatycznymi – większość nie ma wątpliwości: placebo niekiedy działa tak samo skutecznie jak skalpel i najlepsze leki.

Od pomagania do szkodzenia

Placebo z łacińskiego oznacza „będę się podobał”, natomiast efektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. Istotne jest również, że poddany efektowi placebo nie jest tego świadomy i zachowuje przekonanie, że otrzymał właśnie konkretny lek lub przeszedł określony zabieg medyczny. Co ciekawe, placebo może również wywołać efekty uboczne, takie jak zmiany skórne, senność, wymioty, przyspieszone bicie serca, a nawet obrzęki. Takie efekty nazywa się nocebo, co z łacińskiego można przetłumaczyć „będę szkodzić”. Niektórzy pacjenci po przeczytaniu ulotki opisującej efekty uboczne, momentalnie zaczynają odczuwać określony efekt uboczny, nie będąc świadomi, że sami go wywołali. Nocebo może się również pojawić, gdy mamy negatywne podejście do lekarza i nie ufamy mu.

Badania Office of Technology Assessment wykazały, że skuteczność współczesnych leków i przyjmowanych lekarstw została dowiedziona naukowo jedynie w 20 proc. przypadków! Oznacza to, że pozostałe 80 proc., czyli zdecydowana większość tego, co możemy znaleźć na aptecznych półkach, jest na etapie testowania, eksperymentu albo jest preparatem placebo. Przemysł farmaceutyczny jest zainteresowany jak największą liczbą chorych ludzi, którzy kupią jak najwięcej lekarstw. Oczywiście przemysłu farmaceutycznego nie należy mylić z przypadkami lekarek i lekarzy żywo zainteresowanych zdrowiem swoich pacjentów. Jednak ów przemysł działa w myśl zasady: im więcej chorób, im więcej objawów u siebie rozpoznam – tym więcej kupię lekarstw, bez względu na to, czy ich działanie przyniesie jakikolwiek efekt i czy bez nich zdrowienie odbyłoby się w tym samym czasie (i być może bez uszczerbku na zdrowiu spowodowanego przyjęciem leku). Również skuteczność bardzo kosztownej przecież chemioterapii stawiana jest pod znakiem zapytania.

Moc oczekiwań

Z efektem placebo bezpośrednio łączy się psychologiczny mechanizm samospełniającego się proroctwa. Szereg eksperymentów potwierdziło, że nastawienie może mieć kolosalne znaczenie w osiąganiu sukcesów, zdrowieniu, zdobywaniu pracy, a nawet zawieraniu związków miłosnych i przyjacielskich.

Wszystko zaczęło się od eksperymentu przeprowadzonego w latach 60. XX wieku przez psychologa Roberta Rosenthala. Razem z nauczycielką Lenore F. Jacobson przeprowadził on szereg testów na inteligencję wśród uczniów rozpoczynających naukę w szkole podstawowej w West Coast, w San Francisco. Na podstawie wyników uczniowie zostali podzieleni na tych, którzy osiągnęli wysokie wyniki IQ, i tych, których wyniki były niższe. Kluczowy w całym eksperymencie był losowy przydział uczniów do wyników badań. To znaczy, że Rosenthal podzielił uczniów na tych, którzy są zdolniejsi, i na tych, którzy są mniej zdolni z zupełnym pominięciem przeprowadzonych badań, ale nikomu o tym nie powiedział.

Po ośmiu miesiącach powtórzono badania mierzące postępy w nauce i rozwój inteligencji. Co szokujące – u 78 proc. uczniów, których uznano za zdolnych, zaobserwowano wyższe wyniki w porównaniu do stanu początkowego, różnica na skali punktowej wynosiła od 10 do 30. Eksperyment wywołał debatę na temat mechanizmu samospełniającego się proroctwa (nazywanego również „efektem Rosenthala”).

W wyniki testów na inteligencję uwierzyli nauczyciele, którzy z odpowiednim nastawieniem traktowali uczniów. Określonym jako zdolniejsi poświęcali więcej uwagi i czasu, ich błędy były raczej wypadkami, a nie normą jak u uczniów zaklasyfikowanych jako mniej zdolni – niejako skazanych na życiową porażkę, ale również brak atencji u nauczycieli. Pojedyncze osoby być może znalazły w sobie wystarczająco dużo siły i odporności, by udowodnić, że są zdolne i zasługują na takie samo traktowanie. Jednak znaczenie systemu edukacji okazało się miażdżące. Do dnia dzisiejszego, nie tylko w szkolnych murach, obowiązuje podział ludzi na podstawie pierwszego wrażenia, tymczasowych wyników ich pracy, działań czy udzielonych dawno temu odpowiedzi. Przypisanie określonej osobie danych cech wpływa na to, jak będzie traktowana przez innych, ale również jak sama zacznie o sobie myśleć. Człowiek uznany za zdolnego otrzymuje więcej uwagi, możliwości i przestrzeni na pomyłkę. Ten zaszufladkowany jako mniej utalentowany będzie otrzymywał od otoczenia informacje o tym, jak bardzo sobie nie radzi. W relacji miłosnej, przyjacielskiej czy w relacji z przełożonym i podwładnym również mogą pojawić się zachowania będące wynikiem samospełniającego się proroctwa. Jeśli dana osoba traktowana jest od czasów dzieciństwa jako zdolna – najpewniej uwewnętrzni to przekonanie na własny temat i będzie łaskawiej patrzyła na (lub wręcz pomijała) te momenty, w których zawiodła. Gdy to samo przydarzy się osobie z niską wiarą w siebie i niskim poczuciem własnej wartości, które (analogicznie) zazwyczaj jest efektem silnego oddziaływania autorytetów i rodziców w dzieciństwie, uzna to za potwierdzenie usłyszanego setki razy przekonania na własny temat. I chociaż rzeczywistość obu osób może być taka sama, to przeżywana jest całkiem inaczej ze względu na oczekiwania, które bezpośrednio warunkują sposób mówienia, myślenia, a w końcu działania.

Odpowiednia atmosfera

Warto pamiętać, że początki efektu placebo sięgają II wojny światowej i praktyki amerykańskiego anestezjologa i lekarza Henry’ego Beechera. Właśnie miał on rozpocząć zabieg, gdy zauważył, że skończyła się morfina. Nic nie powiedział, bo obawiał się wybuchu paniki, a pacjentowi podał roztwór soli fizjologicznej. Okazało się, że chociaż ta w pełni nie zniwelowała bólu, to zadziałała skutecznie. Po wojnie Beecher został kierownikiem oddziału anestezjologii w Massachusetts General Hospital w Bostonie. Rozpoczął badania i eksperymenty kliniczne, w których pacjenci zamiast prawdziwych leków dostawali tabletki z cukru. Stan zdrowia 1082 chorych poddanych kuracji placebo polepszył się. W 1955 r. Beecher opublikował artykuł pt. „Potęga placebo” i tak rozpoczął się w medycynie i psychologii okres leczenia niczym.

Na efekt placebo wpływa także nastawienie pacjenta do lekarza i terapii. Do dzisiaj wielu lekarzy uważa, że dla procesu zdrowienia nie ma absolutnie znaczenia to, czy wzbudzają oni sympatię, budują z pacjentem podmiotową relację, ale badania temu przeczą. Co ciekawe, skuteczność placebo jest większa, jeśli przepisana tabletka jest duża, czerwona i gorzka, pomaga również nazwa leku w języku łacińskim i szczegółowo opisane efekty uboczne. Pacjenci szybciej ulegają placebo, jeżeli lekarz wcześniej ich wysłuchał i porozmawiał o ich samopoczuciu – zdaje się to być ważniejsze od profesjonalnej diagnozy przy użyciu nowoczesnego sprzętu. Wszystko to służy budowaniu poczucia bezpieczeństwa oraz autorytetu w osobie lekarza.

Badacze do tej pory nie potrafią precyzyjnie określić, dlaczego placebo działa na jednych ludzi a na innych nie, nie potrafią również wyjaśnić, dlaczego skuteczność placebo zdaje się być tak wysoka w leczeniu astmy i depresji. Istotny jest mechanizm samospełniającego się proroctwa, który opowiada o sile nastawienia albo wiary. Należy jednak pamiętać, że ma on swoją czarną stronę – rzucona pod naszym adresem przestroga, złe słowa, niekorzystna wróżba mogą zainfekować nasz sposób myślenia, ale tylko wtedy gdy uwierzymy w czekające nas kłopoty. A te być może nigdy by nie przyszły, gdybyśmy nie zaprosili ich do swojego życia. Skutecznym antidotum zdaje się być zrelaksowanie w tym, co można nazwać rzeczywistością, oraz świadome i selektywne karmienie się zasłyszanymi informacjami po to, by wybrać te, w które chcemy uwierzyć.

Robert Rient dziennikarz, trener interpersonalny. 

  1. Psychologia

Mistrzostwo rodzi się w głowie - rozmowa z Darią Abramowicz, psycholożką pracującą z Igą Świątek

Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Jak to możliwe, że młoda tenisistka, jaką jest Iga Świątek, wykazała się tak niesamowitą siłą psychiczną? – Bez trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem że wyciągniemy z niej wnioski. 

Jesteśmy niestabilne, rozchwiane, rozhisteryzowane, a to świadczy o naszej słabości. Jest w takich sądach ziarnko prawdy?
Bywamy emocjonalne, to prawda. Ale czy to nas osłabia? Z moich doświadczeń zawodowych wynika, że zawodniczki są w stanie dochodzić do mistrzostwa w swoich dziedzinach, podobnie jak mężczyźni. I tak jak mężczyźni podczas rywalizacji przejawiają różne cechy, w tym cechy uznawane za stereotypowo męskie. Czasem na przykład wyrażają, używając silnej ekspresji, swoją złość, co przypisuje się mężczyznom. A z kolei mężczyźni niejednokrotnie reagują bardzo emocjonalnie, co przypisywane jest kobietom.

Według innej obiegowej opinii jesteśmy od mężczyzn odporniejsze na ból, stres. Sport to potwierdza?
Widywałam kobiety potrafiące przezwyciężać ból i bardzo silny dyskomfort, nawet podejmować ryzyko związane z zagrożeniem zdrowia, żeby realizować swój cel. I widywałam mężczyzn o – jak to nazywam – niekonstruktywnej relacji z bólem. Ale bywa też odwrotnie. Z moich obserwacji wynika, że kiedy zawodnicy stają przed bardzo długą i żmudną pracą, która wiąże się z pokonywaniem przeszkód, wieloma trudnymi sytuacjami wymagającymi odporności psychicznej, to kobiety często są tu sprawniejsze. Aczkolwiek nie twierdzę, że mężczyźni tego nie potrafią.

Przykład Igi Świątek pokazuje, jak ważna w sporcie jest siła psychiczna. Jako młoda zawodniczka rzucała rakietkami, teraz potrafi trzymać nerwy na wodzy w meczach o najwyższą stawkę. Jak buduje się taką siłę?
Mistrzostwo rodzi się w głowie. I to nie tylko to sportowe. Psychologiczne mechanizmy rządzące sportem są absolutnie takie same jak te w życiu. Siłę i odporność kobiet buduje się poprzez pracę nad samooceną, poczuciem własnej wartości, nad świadomością siebie w różnych obszarach: obrazu własnego ciała, inteligencji emocjonalnej, relacji. No i wreszcie w obszarze umiejętności poznawczych i treningu mentalnego, który daje poczucie sprawczości, skuteczności.

Co jednak musiało się stać, żeby Iga nagle uruchomiła w sobie taką siłę?
Zdecydowanie nie stało się to nagle. To proces związany – co warto podkreślić – z jej ogromną pracą, którą cały czas wykonuje z dużym oddaniem. Wyszła trochę laurka, ale absolutnie prawdziwa. W przypadku Igi nic nie stało się samo. Istotnym elementem jej pracy, przez wiele miesięcy, był trening mentalny, który wciąż trwa, a jego celem jest wykorzystywanie przez Igę swoich zasobów w danym momencie, czy to podczas treningu, czy meczu.

Na czym konkretnie ten trening polega?
Nie ma jednej prostej recepty. Ogólnie mówiąc, polega na stopniowym budowaniu samoświadomości, samooceny, byciu blisko siebie. Bo to wszystko sprawia, że kiedy przychodzi do meczu, czasem bardzo wymagającego, na wysokim poziomie napięcia, można uwierzyć w to, że da się przejąć nad nim kontrolę, czyli zrobić swoje. To jest siła.

Łatwo wyobrazić sobie, że siła może przerodzić się w agresję, a poczucie własnej wartości – w egocentryzm. Nie o taką siłę przecież chodzi.
Rzeczywiście siła bywa czasem utożsamiana z arogancją, agresją, egoizmem. Tę autentyczną buduje się poprzez zaufanie, bliskość, przekazywanie pozytywnych wzorców, co nie jest takie proste, bo żyjemy w czasach kryzysu autorytetów. Młodzi sportowcy też mają coraz mniej idoli, na których patrzą z uznaniem. A pozytywne wzorce są niezwykle ważne.

Co mogą robić rodzice, żeby wychować córki na silne kobiety?
Najważniejsza, choć może brzmi to banalnie, jest bliskość, uważne słuchanie i wola usłyszenia. Dzięki rozmowie mamy szansę poznać córkę, przekazać jej to, co myślimy, no i przede wszystkim zacieśniać z nią relację. Rozmowa sprawdza się także w sporcie. Ja na przykład rozmawiam z zawodniczkami o tym, jak postrzegają swoje ciało, gdzie upatrują źródeł swojej siły, jak ją sobie wyobrażają. I tworzymy razem wizję tego, jak chciałyby funkcjonować, a później dzień za dniem drobnymi krokami staramy się to realizować. Dla wielu kobiet takim filarem siły jest praca, bo daje im poczucie sprawczości, skuteczności, kontroli. Dobrze, żeby rodzice wzmacniali talenty córek. I żeby pracowali nad komunikacją i ich asertywnością, które są absolutnym kluczem do wyrażania własnych potrzeb i emocji w sposób, który nie narusza wolności innych. Tego też uczę intensywnie zawodniczki.

Są do tego jakieś narzędzia?
Czasem takie właśnie pytanie słyszę od zawodniczek: „Co zastosować, żeby od razu zadziałało?”. No, tak się nie da. Zmiana postaw, przekonań, nawyków to wynik procesu, czasem długotrwałego.

Czy takim rodzajem narzędzia może być myślenie pozytywne? Mecz źle idzie, a ja sobie wyobrażam wygraną.
Pamiętam słowa Ewy Woydyłło na jednym z wykładów o traumie: „Każdy z nas na koniec dnia ma wybór, czy chce się trzymać kurczowo przeszłości, czy jednak pomyśleć o pozytywnej wizji przyszłości i iść do przodu”. Co do zasady myślenie pozytywne ma wielką moc. Niemniej zachęcam zawodniczki, żeby pracować z konstruktywnym nastawieniem. Czyli myśleć o tym, ile pracy potrzeba, aby coś osiągnąć. I że nie będzie to zawsze przyjemne. Że czasem będzie mnie wszystko bolało, być może będę płakać z bólu czy z bezsilności, ale wiem, że to zaprocentuje, kiedy będę tego najbardziej potrzebować. Myślenie jednoznacznie pozytywne może przekłamywać rzeczywistość, która nas czeka. Zachęcam, żeby koncentrować wysiłki na pracy, na możliwościach.

Ważne chyba, nie tylko w sporcie, żeby traktować porażki jako lekcje.
Zdecydowanie tak, porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem jednak, że wyciągniemy z niej wnioski. Bez bardzo trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Mogę też powiedzieć, że nie byłabym zawodowo w tym miejscu, gdzie jestem, gdyby nie wiele trudnych doświadczeń.

Ale niepowodzenia czasem mogą nas złamać.
Tak, mogą działać destrukcyjnie, szczególnie wtedy, gdy nie wypracujemy sobie zgody na ich pojawienie się w naszym życiu. Dlatego tak ważna jest akceptacja niepowodzeń.

Jak to osiągnąć?
Chciałabym podkreślić, że nie musimy tego robić sami. Ogromne znaczenie w radzeniu sobie z niepowodzeniami, ale też w budowaniu siły, ma sieć wsparcia społecznego, bliskich, a w sporcie – trenerów, psychologów, lekarzy. Dla sportowców symbolem niepowodzenia jest kontuzja. Jedni potrzebują wtedy silnego wsparcia terapeutycznego, innym wystarczy wsparcie bliskich. Podobnie jest w społeczeństwie. Nie po każdym traumatycznym zdarzeniu i nie każda osoba będzie potrzebowała pomocy terapeutycznej czy psychiatrycznej. Niemniej jeżeli jej potrzebujemy, to nie oznacza, że jesteśmy słabi.

Kobiety przez wieki były uczone, żeby służyć innym, więc budowanie swojej siły muszą zacząć od myślenia, żeby służyć sobie, od polubienia siebie.
Życie w zgodzie ze sobą jest czymś ekstremalnie istotnym dla każdego człowieka. Wszystko zaczyna się w nas i od nas. Trudno mówić o sile, odporności psychicznej, jeżeli nie kochamy siebie. W tenisie bardzo ważne jest skupianie się na sobie, żeby właściwie ustawić ciało, przygotować się do uderzenia. W życiu podobnie. Otworzyć się na siebie bardzo pomaga trening uważności. W pracy ze sportowcami często odwołuję się do metaforycznej skrzynki na narzędzia. Wkładamy do niej wspólnie różne narzędzia treningu mentalnego: młotek, wkrętarkę, klucz francuski, śrubokręt płaski czy krzyżak. Ta skrzynka może być dobrze wyposażona, ale jeżeli nie wiemy, do czego używa się młotka, a do czego klucza francuskiego, to te narzędzia nie do końca są użyteczne. Dlatego trzeba nie tylko mieć świadomość własnych potrzeb, swoich reakcji, postaw, nawyków, lecz także umieć je modelować.

Wydaje się, że Iga nie boi się rywalek. Jak pani pomogła jej to osiągnąć? Pytam, bo wiele z nas wycofuje się z lęku przed trudnościami.
Staramy się skupiać na mocnych stronach, tym zresztą charakteryzuje się praca w sporcie, aby być świadomym swojego potencjału i z niego w pełni korzystać. Rozmawiamy o Igi zasobach, o tym, w czym jest dobra, bo to pomaga redukować potencjalny lęk. A kiedy on się mimo wszystko pojawia, dużo łatwiej zakotwiczyć się w tym, co mocne, dobre, pozytywne.

Mówi się o sile spokoju. Zachowanie zimnej krwi w stresujących sytuacjach to sprawdzian siły?
Myślę, że tak. I znów – ten spokój łatwiej osiągnąć, gdy koncentrujemy się na sobie, na tym, na co mamy wpływ, czyli na pracy, bo na wynik nie zawsze mamy wpływ, a na pracę już tak. Budowanie siły spokoju polega też na regulacji emocji, uczeniu się ich rozpoznawania, nazywania, interpretacji, ekspresji, żeby – co jest niesamowicie ważne – być w stanie je potem regulować. Celowo nie używam słowa „kontrolować”, bo kontrola kojarzy się z powstrzymywaniem się, tymczasem każdy z nas odczuwa emocje i powinien je wyrażać. Trzeba jednak robić to asertywnie, ale w sposób, który nie rani i nie narusza wolności innych. Uczymy sportowców, że adekwatne do sytuacji wyrażanie emocji może pomagać wykorzystywać swój potencjał. Myślę, że dobrze byłoby uczyć tego już małe dzieci, bo to długi proces. Jeśli natomiast z jakichś powodów nie przebiegał on konstruktywnie i takich zasobów brakuje dorosłym kobietom, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby o to zadbały. Bo regulacja emocji stanowi jeden z filarów wewnętrznego spokoju.

Iga otwarcie mówi, jak wiele zawdzięcza pani, podkreśla wpływ wsparcia psychologicznego na jej sukces. Obie zrobiłyście ogromnie dużo dla rozpropagowania znaczenia psychologii w naszym życiu.
Staram się, aby sportowcy, z którymi pracuję, rozumieli, po co coś robią, co to daje. No bo ostatecznie to, jak pracują i jak żyją, to system naczyń połączonych. Bardzo jestem wdzięczna Idze za to, że w swoich wypowiedziach podkreśla wartość pracy mentalnej dla budowania swojej siły. To świadczy o tym, że osiągnęłam jeden z celów mojej pracy. I nadal staram się robić swoje. 

Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska) Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska)

 

  1. Psychologia

Co to jest NLP i na czym polega neurolingwistyczne programowanie?

Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Neurolingwistyczne programowanie to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów.

Programowanie neurolingwistyczne, znane również jako metoda NLP, to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów. Żaden z nurtów psychologicznych nie spotyka się z tak ostrą krytyką, będąc zarazem jednym z najbardziej znanych i praktykowanych.

Do dzisiaj żadne badania nie określiły jednoznacznie przewagi jednego nurtu psychoterapeutycznego nad drugim – wiemy, że różnią się sposobem pracy, długością trwania sesji, a nawet słowami używanymi wobec klienta czy pacjenta, ale efekty w zdrowieniu są zbliżone we wszystkich nurtach. Co w takim razie sprawia, że terapia przynosi skutek? Na ile jest on zależny od osobowości terapeuty? Ta kwestia zaintrygowała dwóch młodych badaczy: Richarda Bandlera, studenta Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz, oraz lingwistę Johna Grindera. Bandler uczestniczył w zajęciach z matematyki, filozofii i logiki, a ostatecznie ukończył indywidualny tok studiów ze specjalizacją informatyczną. Zafascynowany psychoterapią, został bliskim współpracownikiem Fredericka Perlsa, twórcy terapii Gestalt. Z kolei Grinder zgłębiał technikę szybkiego uczenia się poprzez modelowanie, czyli naśladowanie, poprzedzone precyzyjną obserwacją. Opanował wiele języków obcych i w trakcie służby wojskowej pracował jako tłumacz na całym świecie, również przy tajnych operacjach amerykańskiej armii. Trafili na siebie w latach 70. i połączyli swoje umiejętności, by zająć się psychoterapią, ale od zupełnie nowej i zaskakującej strony.

Ukryty czynnik, czyli NLP – co to jest?

Skupili się na znanych i uznawanych za genialnych psychoterapeutach, m.in. wspomnianych Perlsie, ale również Virginii Satir, pracującej systemowo z rodzinami, i Miltonie Ericksonie, pionierze hipnozy – by znaleźć wspólny mianownik, zbiór cech czy też czynników łączących wybitnych ludzi pomagających innym. Zaobserwowali, że ukrytym – nieuświadomionym również przez psychoterapeutów – czynnikiem jest zestaw wzorców komunikacji zarówno werbalnej, jak i niewerbalnej.

Psychoterapeuci odnoszący sukces wierzyli w zmianę, mieli pozytywne nastawienie do procesu leczenia i niejako zaszczepiali je swoim pacjentom, poza tym ich ciało zazwyczaj było otwarte i wysyłało w kierunku pacjenta sygnały związane z poczuciem bezpieczeństwa. Na podstawie powyższych obserwacji Bandler i Grinder opracowali zasady i interwencje, które działają w procesie leczenia – nową metodę pracy nazwali metodą NLP (neurolingwistycznym programowaniem). Chociaż na początku skupili się tylko na psychoterapii, to efekty ich pracy szybko trafiły do poradnictwa, edukacji, biznesu (zwłaszcza sprzedaży), ale również sportu i wszelkich miejsc, w których osiągnięcie celu zależy od wywierania wpływu, perswazji, a czasami manipulacji, a więc stosowania techniki NLP.

Jak zacząć NLP? Zacznij od ciała

Weronika została wysłana przez przełożoną na dwudniowe szkolenie NLP, dotyczące technik wywierania wpływu. Zarówno w pracy, jak i życiu osobistym zawsze zajmowała pozycję osoby podległej, zależnej. Po raz czwarty została porzucona przez partnera i nie mogła zrozumieć, dlaczego odtwarza niechciany scenariusz, w którym zostaje z poczuciem odrzucenia i bezradności. Choć kurs NLP miał jej pomóc w pracy (dział rekrutacji dużej warszawskiej firmy), to Weronika szybko zrozumiała, że nowe narzędzie pomoże jej także być bardziej pewną siebie w życiu osobistym. Zafascynowało ją swoją prostotą i szybkimi rezultatami – pierwszym efektem było to, że Weronika zaczęła obserwować swoje ciało podczas rozmowy ze znajomymi, bliskimi i osobami, które rekrutuje do pracy. Najpierw skupiła się na rękach (pokazywanie wnętrza dłoni mówi o czystych intencjach), pozycji, w której stoi podczas rozmowy (na wprost – konfrontacyjnie, bokiem – asekuracyjnie), na tym, czy zasłania, czy odsłania brzuch (symboliczne miejsce, w którym znajduje się poczucie bezpieczeństwa), kiedy zaciska pięści (postawa zamknięta, agresja). Zapisała się na kurs praktyka NLP i roczny kurs zaawansowany (koszt: 9000 zł), a w międzyczasie korzystała z indywidualnych, cotygodniowych sesji (200 zł każda) ze swoim mistrzem – tak praktycy nurtu nazywają swoich nauczycieli. W ciągu kilku miesięcy poczuła się pewniej w ciele podczas spotkań z ludźmi, również wtedy gdy niczego nie mówiła. Mistrz przekazał jej także przekonanie, które uwewnętrzniła – by wszystkie porażki traktowała jako informacje zwrotne, jeśli będzie je rozpatrywać w kategoriach emocjonalnych.

Od tej pory zamiast pogrążać się w smutku z powodu porzucenia, zaczęła traktować odejście partnera (już nie porzucenie) jako wskazówkę na temat tworzonych przez nią relacji. Podczas sesji neurolingwistycznego programowania, gdy mistrz przekazywał Weronice nową wiedzę czy zasadę, którą powinna wprowadzić w swoim życiu w następnych dziesięciu dniach, używał techniki zakotwiczenia, tzn. dotykał jej nadgarstka.

Zakotwiczenie polega na wzmocnieniu przekazu słownego poprzez obraz, dźwięk albo właśnie dotyk, niektórzy z tego powodu noszą na ręku kolorową tasiemkę. Ma im np. przypominać o tym, że zanim na kogoś nakrzyczą, mogą wziąć trzy głębokie oddechy, a potem zdecydować, czy wciąż chcą użyć krzyku.

Mapa rzeczywistości w metodzie NLP

Według podstawowych założeń NLP w psychologii każde nasze zachowanie oparte jest na umysłowej strukturze, która manifestuje się poprzez zachowania możliwe do zaobserwowania, zwane mową ciała. Na tym polega połączenie procesów umysłowych czy neurologicznych (neuro), języka i sfery komunikacji (lingwistyczne) z zachowaniami (programowanie). Każde nasze postępowanie coś mówi, nawet wtedy gdy pozostajemy nieruchomi i milczący, a celem komunikacji jest wynikająca z niej reakcja. Bez świadomości sygnałów, jakie wysyłamy ciałem, nie panujemy nad efektem, który chcemy osiągnąć w relacji z szefem czy podczas spotkania z ukochaną osobą.

Specjaliści technik NLP mówią o subiektywnej i indywidualnej mapie rzeczywistości, którą mamy wszyscy. Terytorium jest cały otaczający nas świat, natomiast każdy z nas ma inną mapę. Jeśli jest szczegółowa – ułatwia swobodne przemieszczanie się po terytorium rzeczywistości. A jeśli nie jest konkretna, zawiera sprzeczne informacje, wskazuje pomylone kierunki i jest nieczytelna – z pomocą może przyjść mistrz neurolingwistycznego programowania, który na początku dokona diagnozy mapy albo mówiąc innymi słowy  – struktury naszej osobowości. Niedoświadczeni praktycy tego nurtu popełniają podstawowy błąd, jakim jest zabawa w czytanie w myślach bądź serwowanie swoim klientom gotowych rozwiązań: stój w ten sposób, mów wolniej, patrz powyżej poziomu ust rozmówcy, nie zaczynaj zdania od „nie”. I chociaż klient może zyskać pozorne poczucie wpływu na swoje życie, nie zachodzi w  nim realna zmiana, ponieważ nie rozpoznał własnej mapy, a wyruszył w teren.

Programowanie neurolingwistyczne ma aktywować własny potencjał

Jednym z najczęstszych zarzutów, jakie stawia się NLP, jest ten, że jego twórcy – specjaliści w dziedzinie języka i komputerów – nie mają formalnego wykształcenia psychologicznego i hołdują zasadzie, że cel uświęca środki. To prawda – ta metoda NLP posługuje się wieloma uproszczeniami i jest niewiele badań z zakresu psychologii potwierdzających skuteczność stosowanych przez nią narzędzi. Kolejny zarzut: wychodzi z afirmacyjnego założenia, że każdy człowiek dysponuje wszystkimi niezbędnymi zasobami, by rozwiązać swoje problemy. Ale nawet jeśli to naiwne podstawy, znane są przecież eksperymenty naukowe potwierdzające skuteczność placebo czy mechanizmu samospełniającego się proroctwa. Trzeba przyznać, że w odróżnieniu od wielu nurtów terapeutycznych, które skupiają się na deficytach, traumach i poszukiwaniu odpowiedzialnego, NLP uznaje, że za zachowaniem każdej osoby stoi pozytywna intencja, a tym, co najbardziej pomaga w rozwoju, jest poznanie czy też aktywowanie własnego potencjału.

Obecnie szkolenia NLP  dostępne są prawie dla wszystkich, bez względu na doświadczenie i wykształcenie – to też budzi kontrowersje. Jednak należy rozróżnić osobę, która po kilkumiesięcznym kursie neurolingwistycznego programowania przyznaje sobie prawo do leczenia innych bądź prowadzenia nieetycznych coachingów, od specjalisty, który otrzymał certyfikat PS NLPt, uprawniający do ubiegania się o Europejski Certyfikat Psychoterapii. Wcześniej zaś ukończył czteroletnie szkolenie, obejmującego m.in. 400-godzinny staż kliniczny w placówkach ochrony zdrowia lub ośrodkach psychoterapeutycznych, w których stażysta ma możliwość kontaktu z pacjentami o zróżnicowanej diagnozie, w tym cierpiącymi na głębsze zaburzenia oraz współpracy z lekarzami psychiatrami – jak podają twórcy Polskiego Stowarzyszenia NLP. Szarlatani i domorośli specjaliści pojawiają się w obrębie każdego nurtu psychoterapeutycznego i nawet jeśli w NLP jest ich nadreprezentacja, nie przekreśla to narzędzia jako takiego i skuteczności neurolingwistycznego programowania. Podobnie jak użycie noża do zabójstwa czy posmarowania chleba, w każdym z tych przypadków nie jest opowieścią o nożu, a o człowieku z niego korzystającym.

Wszystkie zasoby

Weronika zakończyła sesje po pół roku, gdy zrozumiała, że wybiera na partnerów mężczyzn manifestujących na zewnątrz siłę, apodyktycznych, ale zwykle ubogich pod względem emocjonalnym, niepotrafiących żyć w relacji. Wierzyła, że musi pełnić rolę osoby uległej, by zasłużyć na miłość lub awans – tak skonstruowana była jej mapa.

Zmiany rozpoczęła od łatwiejszego obszaru – pracy. Poprosiła przełożoną o dodatkowe zajęcie, jakim było prowadzenie szkoleń z technik sprzedaży dla telemarketerów. Weronika chce bowiem zostać trenerką i wie, że to pierwszy dobry krok w tym kierunku.

Jeśli nie metoda NLP, to:

Szkoła Negocjacji – roczny, wielowątkowy i precyzyjnie przemyślany kurs łączący w sobie najbardziej aktualne narzędzia negocjacyjne z technikami komunikacyjnymi, wywierania wpływu oraz bogatym zapleczem praktycznym i teoretycznym. Szkoła rozpoczyna się treningiem interpersonalnym, a wśród prowadzących pojawiają się najbardziej znani na świecie negocjatorzy.

Terapia poznawczo-behawioralna – skupiona na określonym celu, ograniczona liczba sesji, praca skupia się – podobnie jak w NLP – na nawykach, zachowaniach oraz języku. Atutem jest możliwość pogłębionej pracy nad sobą.

  1. Psychologia

Co potrafi nasz umysł? Jak działa? - tłumaczy Wojciech Eichelberger

To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
W pracy, w domu wciąż wymaga się od nas jeszcze i jeszcze. Przydałby się jakiś dodatkowy zasób, z którego moglibyśmy czerpać. Czy to prawda, że na co dzień wykorzystujemy tylko 10 procent możliwości mózgu? Jak sięgnąć po te 90 pozostałych? I co ma z tym coś wspólnego psychoterapia? – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jak to jest z mózgiem? Badania zebrane w „50 wielkich mitach psychologii popularnej” Scotta O. Lilienfelda, Stevena Jaya Lynna, Johna Ruscio i Barry’ego L. Beyersteina nie potwierdzają, że mamy w nim jakiś ukryty potencjał. Ale chcemy wierzyć, że jednak on tam jest.
Nie jestem neurobiologiem ani neurokognitywistą, tylko psychoterapeutą, i dlatego zajmuję się umysłem, a nie mózgiem. Programem, jak można by powiedzieć, a nie samym komputerem, którym w tym ujęciu nazwałbym mózg. Ale też z mojego doświadczenia wynika jasno, że to właśnie umysł decyduje o tym, co może mózg. On mu to nawet dyktuje! To umysł decyduje o tym, jak postrzegamy siebie i świat, a więc co myślimy. Źródłem umysłu jest oczywiście kultura, w której żyjemy, język, którym mówimy, ale też emocje i wydarzenia z życia, wątki biograficzne, a więc to, czym zajmuję się na co dzień jako psychoterapeuta. I myślę – na co mam wiele dowodów – że to umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. Przyszedł do mnie prezes firmy z wypaleniem zawodowym i depresją. Jego mózg stracił zdolności kreatywne i firma, którą stworzył, popadła w stagnację. Stał się drażliwy, a nawet agresywny, co psuło mu kontakty z pracownikami i niszczyło atmosferę w domu. Zapytałem go o marzenia i o plany, które musiał porzucić dla swojej wyczerpującej pracy. Okazało się, że od dziecka marzył o grze na fortepianie. Poradziłem mu, że jeśli chce odzyskać siły i kreatywne możliwości umysłu, powinien wziąć sobie sześciomiesięczne wolne i w tym czasie zająć się przede wszystkim fortepianem. Pojawił się po pół roku, szczęśliwy i rozpromieniony, o wiele lat młodszy. Okazało się, że zrobił tak, jak mu doradzałem, i że dalej poświęca nauce gry na fortepianie dwie godziny dziennie. W międzyczasie wyzdrowiał – pokonał depresję, twórczo zreorganizował firmę i podniósł ją na zupełnie inny poziom. Znakomicie też poprawił swoje relacje ze współpracownikami i z rodziną.

Odzyskał zdolności kreatywne, dodając sobie zajęć?
Gdy nasze ciało nabiera nowych umiejętności, a na pewno gra na fortepianie tego wymaga, mózg musi te nowe umiejętności „zapisać”. Związane jest to z powstawaniem większej ilości połączeń między neuronami. Te zazwyczaj mają ich kilka, a mogą wielokrotnie więcej. Powstaje więc sieć, która być może jest tym właśnie ukrytym potencjałem. Tak czy inaczej, ucząc się nowych rzeczy, rozwijamy umysł i mózg. Mamy też – słuszne zresztą – poczucie, jakbyśmy stali się mądrzejsi. Myślę, że gdybyśmy zbadali mózgi ludzi przed psychoterapią i po niej, to okazałoby się, że zmieniła się ich aktywność. Badania mózgów ludzi kreatywnych, które miałem okazję zobaczyć, wykazały, że kreowanie nowych wizji i rozwiązań jest powiązane z inną niż przeciętna aktywnością elektryczną kory mózgowej.

Ale gdy podłączono mózg do urządzeń pozwalających obserwować jego pracę (EEG, PET, fMRI), nie znaleziono nieaktywnych obszarów.
Może nie chodzi o zwiększenie aktywnego obszaru, ale o rodzaj tej aktywności? A mówiąc znów o umyśle, adepci psychoterapii wprost stwierdzają: „Czuję, że mózg mi się otworzył. Że mam więcej przestrzeni w głowie. Jakbym więcej widział, czuł i przede wszystkim rozumiał”. Te obserwacje są trafne. Oddają to, co – upraszając – można ująć tak: łatwiej myśleć, gdy nie przeszkadzają w tym trudne emocje, kompleksy czy lęki, a nawet fobie. One zdecydowanie zmieniają nasze widzenie świata i relacje – także ze sobą. Przyszła do mnie bardzo światła osoba, pani profesor, nauczycielka akademicka, która panicznie bała się kotów. W trakcie terapii okazało się, że jej trudne doświadczenia z dzieciństwa zainstalowały w jej umyśle program, który kazał jej kojarzyć wszystkie kocie cechy z karą i odrzuceniem. W dzieciństwie nie wolno jej było się bronić, walczyć o swoje, korzystać z wolności, bawić się, poszukiwać komfortu i przyjemności, zajmować się swoim ciałem itd. Gdy zdała sobie z tego sprawę i przy mojej pomocy zmieniła ten program, otwierając się na swoje wcześniej wyparte potrzeby i możliwości, jej życie się zmieniło. Zaczęła dawać sobie więcej uważności i troski. Odpuściła też innym, bo miała wreszcie siebie pod opieką.

A więc czasem mamy w głowie za dużo lęku, by postępować mądrze, czyli na przykład zadbać o siebie czy po prostu móc skupić się na nauce i pracy.
To częsta sytuacja, kiedy przepracowanie trudnych emocji i wydarzeń sprawia, że człowiek nie ma problemów z zadbaniem o swoje sprawy, z koncentracją, z nauką, z jąkaniem się, z migreną czy nawet z dysgrafią. Dzieje się tak, bo znikają filtry, które zakłócały mu poznanie świata i szczere relacje z innymi.

W autobiografii „Mózg i serce, magiczny duet” neurochirurg James R. Doty opisuje, jak będąc chłopakiem, opanował zasady uspokajania ciała i umysłu, co pomogło mu zostać lekarzem, a potem profesorem. Zyskał nie tylko zdolność do błyskawicznej koncentracji, ale też posługiwania się intuicją. Ale nic by z tego nie było, gdyby nie pokonał kompleksów, a wstydził się nawet śmiać, bo uważał, że ma straszne zęby.
Moje doświadczenie psychoterapeuty potwierdza badania i obserwacje Doty’ego. Mózg potrafi przekształcać się pod wpływem umysłu, a więc pracując nad umysłem, możemy doprowadzić do pozytywnych zmian we własnych neuronalnych drogach. I on tego dokonał już jako dziecko, ucząc się przez wiele wakacyjnych tygodni metody uspokajania umysłu. A potem, kiedy jako lekarz wychodził ze spustoszeń po zawale mózgu i odzyskiwał sprawność. Opowieść Doty’ego jest także niezbitym dowodem na to, że świadomość nie jest produktem mózgu, lecz że jest wobec mózgu pierwotna. A więc siła umysłu decyduje o tym, w jakim stopniu wykorzystamy nasz potencjał.

No właśnie, najważniejsze pytanie na dziś to: jak domowymi metodami sięgnąć po ten ukryty potencjał umysłu czy mózgu?
Warto wiedzieć, że umysł może być nastawiony na to, aby poszukiwać, być otwartym na świat i na nowe. Ale może też być konserwatywny i bronić się przed zmianami. W przeciwieństwie jednak do komputerów mamy samoświadomość i ona nam pomaga przeprogramować nasze umysły. Wielu z nas z tej szansy, jaką daje bycie człowiekiem, korzysta, i to często nieświadomie. Dla przyjemności czyta dużo, i to także autorów o kontrowersyjnych poglądach. Próbuje zrozumieć to, co awangardowe, a nawet skandalizujące w sztuce. Nie żeby podziwiać, tylko żeby wiedzieć. Podróżuje, poznaje inne kultury i dziwne egzotyczne obyczaje. Interesuje się rozwojem nauki, filozofuje. Medytuje, uprawia wymagające dyscypliny sportu, udaje się na odosobnienia lub pielgrzymki. Ci zaś, których umysły są raczej konserwatywne, czyli chcący się kontaktować wciąż z tą samą opowieścią o świecie, nie mają nowych wyzwań ani nowej wiedzy do zasymilowania. Nie ma więc powodu, by neurony w ich mózgach zatrudnić do cięższej pracy, a więc uruchomić ten dodatkowy potencjał.

Po dniu pracy w dzielnicy biurowców zmuszać się do nowego?! Gdy ciągną nas seriale, jakiś kryminał, może wino... Wierzymy też, że skutecznie uczyć się można do 20. roku życia.
Zarówno mózg, jak i umysł pozostają plastyczne przez całe życie. Nigdy nie jest za późno, aby coś inaczej zobaczyć, zrozumieć, zmienić się. Bycie otwartym pomaga, bo trzymanie się starych rozwiązań w zmieniającym się świecie skazuje nas i ludzi wokół na fiasko, na zamieszanie i cierpienie. Pamiętajmy o tym, bo nasz umysł – zwłaszcza w sytuacjach kryzysu – ma tendencję do sięgania po stare rozwiązania. A my nie dostrzegamy, że te sprawdziłyby się w tamtych realiach, a dziś spowodują dodatkowy kłopot. Na przykład kiedy nastolatek domaga się swobody, zaufania i szacunku, to co robią rodzice? Na ogół przykręcają śrubę, sięgając po rozwiązania konserwatywne: „Musimy zabronić, musimy więcej wymagać, musimy zdyscyplinować, byliśmy zbyt pobłażliwi”. Choć problem wydaje się stary jak świat, to szybko okazuje się, że stare sposoby nie zdają egzaminu. Bo młody człowiek wzrastał w świecie zupełnie różnym od świata, w którym wzrastali jego rodzice, np. od czasu gdy nauczył się posługiwać komputerem, miał nieograniczony dostęp do informacji i wiedzy. Rodzice są imigrantami w świecie elektronicznych mediów, a młodzi się w tym świecie urodzili. Wiele wskazuje na to, że mają inaczej ukształtowane mózgi. Ich umysły konstruują inny obraz świata, inną prawdę o nim.

No i rozbolała mnie głowa. Zażyję tylko tabletkę i…
Na szczęście nie rozmawiamy o empatii, bo wtedy – odradzałbym. Badania brytyjskie dowodzą, że paracetamol zmniejsza zdolność do rozumienia i reagowania na potrzeby i uczucia innych. To, co w układzie nerwowym oraz w mózgu odpowiada za odczuwanie bólu fizycznego, odpowiada też za współodczuwanie z innymi. Połkniesz tabletkę i może nie być dla ciebie jasne, czemu partner marudzi, a przyjaciółka płacze.

Ale kiedy boli głowa, również trudno o empatię.
Zaskakujące, jak wiele czynników może wpływać na to, co myślimy, a nawet czego oczekujemy. Na przykład szefowa, którą często boli głowa, będzie więcej wymagać od pracowników, ale mniej ich rozumieć. A możemy mówić o paracetamolowym stylu zarządzania w Polsce, biorąc pod uwagę ilość spożywanych leków przeciwbólowych. Polacy konsumują około dwóch milionów tabletek rocznie. Ale Wisły kijem nie zawrócimy.

Wojciech Eichelberger:
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

Ciekawostka

Jak pisze Ałbena Grabowska, dr nauk medycznych, neurolożka i pisarka: Półkule mózgowe ze sobą współpracują, ale też zazwyczaj jedna dominuje. Jeśli nie ma między nimi połączenia, to np. śmiejemy się, gdy coś nas rozbawi, choć nie wiemy czemu. Jeśli z kolei są równorzędne, to piszemy obiema rękami tak samo sprawnie, ale też nasz umysł może znacznie więcej, bo jedna myśl toruje drogę drugiej, a to podstawa geniuszu. Ten dar miał malarz i wizjoner Leonardo da Vinci.