Magdy istota życia (i śmierci)

Nadal mogłabym być ofiarą, tak jest najprościej. Ale wolę już się nie rozczulać nad przeszłością.
Nadal mogłabym być ofiarą, tak jest najprościej. Ale wolę już się nie rozczulać nad przeszłością.

Na szpitalnym łóżku umierała sześć razy. – Odratowana, ocalona, a jednak przez lata byłam trupem za życia – przyznaje szczerze Magda Sipowicz, tłumaczka języka migowego, która w katastrofie pociągu pod Szczekocinami siedem lat temu straciła nogę. I – na długo, za długo – wiarę w siebie.

Biegła do tego pociągu z Warszawy do Krakowa jak na skrzydłach. Taki awans! Właśnie, w wieku 29 lat, została sekretarzem Stowarzyszenia Tłumaczy Polskiego Języka Migowego. W głowie miała tysiąc pomysłów, jak to ona, mnóstwo planów. Cały kalendarz zapisany, każda strona. Biegła szybko, zawsze żyła w pośpiechu, znajomi przezywali ją „Magda Petarda”. Był sobotni wieczór, jeszcze chłodno, bo marzec. 3 marca 2012 roku. A ta skrzypaczka w przedziale, w pierwszym wagonie, potwornie marudziła, że jej gorąco. Magda wyszła więc na korytarz, zadzwoniła do kolegi. Było tuż przed 21. Parę słów i nagle poczuła, że się zapada. Do słuchawki zdążyła jeszcze rzucić: „kurwa”. Potem wciągnęła ją czarna dziura.

Czarna opaska

Pamięta wszystko, szczęk maszyn, uderzenie i jak pociąg mielił jej nogi. Jak w końcu wypadła na nasyp, agonię mężczyzny obok pamięta. Pociąg przed nią przypominał już harmonijkę. Te krzyki, kłębowisko ludzi, tego chłopaka z drugiego pociągu, którego błagała, by jej nie zostawiał, też pamięta, doskonale. Nie zostawił. Z pomocą samej Magdy obwiązał sznurkiem to, co zostało z jej nogi prawej, zatamował kurtką krew w lewej. Zapytała go, jak ma na imię. Później będzie złorzeczyć, że ten Paweł, cholera, uratował jej życie. W tamtym jednak momencie była prawie pewna, że umiera. Zadzwoniła do męża, rzuciła, że nie ma nóg, poprosiła, by dobrze opiekował się ich dwuletnią wówczas córeczką Wiktorią. Zadzwoniła do mamy, żeby się pożegnać.

– Czułam, że życie ze mnie uchodzi, ale to nie było nieprzyjemne uczucie, wręcz błogie – wspomina. A jednak czuła się samotna. „Śmierć to samotność”, pomyśli później. Przytomność straciła w karetce.

W katastrofie pod Szczekocinami zginie 16 osób. Kilkadziesiąt poniesie rany. Magda należy do najcięższych przypadków. Tuż po katastrofie ratownicy dali jej czarną opaskę oznaczającą, że nie ma dla niej szans na ratunek. W szpitalu prześpi osiem tygodni. Tyle czasu lekarze utrzymają ją w śpiączce farmakologicznej. Próbują Magdę raz wybudzić, ale ból jest dla niej nie do zniesienia, więc usypiają ponownie. Śnią jej się sny kolorowe, takie, jakie zdarzają się tylko po morfinie. Wielkie, latające słonie kłapią nad nią wielkimi uszami, leci gdzieś samolotem z rodziną, bierze udział w jakichś zamieszkach, pożarze. Przychodzą też do niej sny samobójcze, miłe. W tym czasie chirurdzy tłumaczą mężowi Magdy, że stan jego żony jest ciężki, bardzo ciężki. Nogę amputowali szybko. Ale całe ciało Magdy, poza rękami, jest pogruchotane, miednica, żebra, klatka piersiowa, poranioną ma twarz. Dlatego nieustannie w szpitalach na Śląsku, do których trafia, balansuje na granicy życia i śmierci. Kiedy wreszcie się wybudzi, usłyszy od lekarzy: „Umierała pani sześć razy”. I jeszcze, że powinna się modlić do aniołów, bo nikt nie wie, jak udało jej się przeżyć to wszystko.

Na kształt kija

Na początku myślała, że w tym nowym życiu będzie jej w miarę dobrze. Nie było. Jak ma być dobrze, gdy jej mieszkanie na drugim piętrze w Skawinie obok Krakowa zamienia się w więzienie? Gdy córka, z którą niedawno wywijała fikołki na śniegu, boi się do niej podejść, bo ta nowa mama cała jest w bliznach i porusza się tak wolno, tak niezgrabnie.

Jakie to nowe życie, gdy okazuje się, że na rehabilitację z NFZ czeka się wiele miesięcy? Gdy w ramach publicznego ubezpieczenia proponują Magdzie jako protezę coś na kształt kija? Z trudem udaje jej się wyprosić u prywatnego ubezpieczyciela kolei protezę najwyższej klasy. Wcześniej musi jednak pokazać się wyznaczonym przez firmę lekarzom, udowodnić im, że naprawdę nie ma nogi. Palące upokorzenie. A i tak ją ta wyproszona proteza klasy mercedesa obciera, męczy, drażni. A prawa noga, ta, której nie ma, boli koszmarnie. Nieustannie. Ból rozrywający, zawsze zaczyna się od stopy, potem świdruje kolano, miażdży udo. Lekarze zapewniają: „Bóle fantomowe przechodzą do dwóch lat”. Cztery lata z fantomem dopada zaledwie kilka procent pacjentów. Siedem lat? To z medycznego punktu widzenia prawie niemożliwe.

Jestem ofiarą

A ją fantomy męczą z każdym rokiem coraz bardziej. Więc Magda coraz częściej sięga po plastry z morfiną. Ciągnie ją do używek, wypala dużo papierosów. Za dużo pije, przyjemnie jej po lekach-narkotykach, izoluje się od znajomych, nie odbiera telefonów. Nie śpi, noc w noc wyje w poduszkę.

Latami nie znosi tego nowego, brzydkiego ciała. Długo ma poczucie, że inni ciągle się na nią gapią. Na tę kuternogę, co potrafi w sklepie wywrócić się na ladę i wyrwać ją z podstawy. Ile razy można upaść? Mnóstwo. Na ulicy, na śliskim parkiecie przed grupą głuchych, na gładkiej podłodze w przedszkolu przed gromadką dzieci. Ile razy można tłumaczyć, że nie jest się w stanie ustać w kolejce na pocztę, bo proteza wbija się w pachwinę, a mózg zalewa taki ból, że ma się ochotę wrzeszczeć wniebogłosy. – Albo rzygać – wyjaśnia Magda dobitnie.

Jeszcze całkiem niedawno chodziło jej po głowie, że niepotrzebnie przeżyła ten straszny wypadek. Ona, kiedyś piękna, radosna, wulkan energii, zamieniona przez los, przez jakieś fatum, tak sama o sobie myślała, w smutną kalekę. – Jesteś maszkarą – potrafi mówić do siebie na głos, przyglądając się sobie w lustrze.

Czasem zastanawia się tylko, dlaczego bez uszczerbku po katastrofie zostały jej właśnie ręce. Najważniejsze narzędzie pracy tłumacza języka migowego.

To nie tak, że nieustannie było źle. Miewała małe, ale konkretne sukcesy. Zrobiła prawo jazdy, by uniezależnić się od taksówek. Była naprawdę szczęśliwa, gdy dowiedziała się, że jest w drugiej ciąży. Drugie dziecko to było jej marzenie przed wypadkiem. Po katastrofie lekarze nie owijali w bawełnę – nie będzie mogła mieć więcej dzieci. – Pojawienie się dwa lata temu na świecie Leonarda potraktowałam więc w kategoriach cudu – uśmiecha się Magda. – Moje ciało, mój umysł, jak sądziłam, wróciły do względnej normy.

Otwarte oczy

Nigdy nie zapomni tamtego świtu. Leonard miał wtedy cztery miesiące. Leżała z nim na łóżku. Karmiła dziecko piersią. Nagle usłyszała szczęk maszyn, uderzenie, pociąg znów przypominał harmonijkę. Znów, jak kiedyś, zobaczyła umierających ludzi i… samą siebie na nasypie, w kałuży krwi. – To nie był sen, miałam otwarte oczy. Wszystko było realne, namacalne, straszne. Przez głowę przeszło mi, że zupełnie tracę zmysły, że to już koniec, wyląduję zapięta w pasy w jakimś wariatkowie – opowiada. Piekielnie się wtedy przestraszyła. Nie o siebie nawet, ale o Leonarda. Kiedy wreszcie się otrząsnęła, kiedy obrazy zniknęły, doszło do niej, że musi ratować siebie i rodzinę. Zaczęła rozpaczliwie szukać pomocy. – Pomagała mi psychoterapia, nawet bardzo, uświadomiła mi, że Szczekociny mam zaklęte w głowie, że to silna depresja, może nawet stres pourazowy, z którym muszę się w końcu uporać, jeśli nie chcę stale umierać za życia – wylicza Magda. Szukała jednak jeszcze czegoś więcej.

Ktoś poradził jej hipnozę (pomogła i od tego się zaczęło), ktoś inny medytację i głęboką pracę ze świadomością. Szukała takiej medytacji, która nie będzie tylko relaksem, odprężeniem, choć tego też jej brakowało. Przez znajomą poznała ludzi, którzy wprowadzili ją w ceremonię Szałasu Potów. – To nie jest zwykła sauna. To głębokie, transformujące spotkanie z samym sobą.

W Szałasie Potów Magda poczuła to, co Indianie wiedzą od pokoleń, że ceremonia ta ma oczyszczającą moc, przynosi ludziom uzdrowienie.

W Szałasie Magda spotkała prawdziwą siebie. Nie ofiarę wypadku pod Szczekocinami.

Bohaterka w rozsypce

Co udało jej się odkryć? – Że moje życie i doświadczenie, moja trauma, cierpienie, nawet ból mają sens, ale ja nimi nie jestem. Że każdy ma swoje Szczekociny – mniejsze lub większe smutki, depresję, lęki, fobie. Może – taka myśl zaczęła jej kiełkować w głowie – nie warto przed nimi tak panicznie uciekać?

Z tygodnia na tydzień zrzucała z siebie męczące ją traumy i przekonania. Na jednej z medytacji usłyszała, że ludzie wybierają się do Gwatemali, do starszyzny Majów, ale nie brała siebie pod uwagę. Przecież jak? Bez nogi? Na drugi koniec świata?

Dwa miesiące później siedziała już nad świętym jeziorem Atitlán w majańskiej wiosce. – To, co robią Majowie, w jak ogromnym poszanowaniu dla natury, przodków żyją, jest dla nas, Europejczyków, nie do uwierzenia. I właśnie od Majów otrzymałam najwięcej bezwarunkowej miłości i wsparcia – wyjaśnia Magda. – Indianie przekazali mi również głęboki szacunek do wszelkiego istnienia. To pozwoliło mi na nowo zaufać sobie – przyznaje. Pomogło jej też przejść na wegetarianizm i odrzucić używki.

– Nie musiałam przed Majami odgrywać bohaterki, a często w takiej roli po wypadku mnie stawiano. Oto ta, mówili kiedyś o mnie w telewizji, która bohatersko przeżyła wielką katastrofę – opowiada Magda. W Gwatemali usłyszała, że nie musi wcale być silna i dzielna. Ma prawo do trudnych emocji, do słabości, bólu, rozdrażnienia. Mam prawo być bezbronna, zmęczona i obolała. Chodzi tylko o to, by nie koncentrowała swojej uwagi wyłącznie na tym, co ją boli i dręczy. Od dziewczyn z grupy, z którą medytuje, usłyszała z kolei: „Nie przepraszaj za swoje ciało, podziękuj mu, że ciebie nosi, spójrz, ile dla ciebie robi”. Dziś właśnie wdzięczność, także wobec ciała, pomaga Magdzie żyć.

Bo jej zdaniem to kwestia wyboru, na czym skupimy uwagę. – Siedzę na łące, cieszę się śpiewem ptaków i nagle pojawiają się bóle fantomowe, miażdżąc mi kolano. To moja decyzja powoduje, że choć ból nadal jest, śpiew ptaków potrafi mnie cieszyć. Gdy z kolei podczas wykładu ból rozrywa mi ciało, mówię sobie: „Wytrzymaj jeszcze te dziesięć minut, skończysz zajęcia, pójdziesz do łazienki, wyryczysz się, trochę ci ulży”. Nie ucieknę od tego, co jest, ale mam wpływ na moją reakcję. Nadal mogłabym być ofiarą, bo tak byłoby najprościej. Ale wolę już nie rozczulać się nad tym, co się zdarzyło. Poziom rozumienia i odczuwania problemów, dzięki ciągłej pracy, ciągłym medytacjom i zachowaniu uważności w życiu, zmienił ich rangę.

W przetrwaniu gorszych chwil pomagają też Magdzie ludzie. – Ludzie, których latami unikałam, dziś dają mi energię – przyznaje.

Od wielu miesięcy jej kalendarz jak kiedyś, przed katastrofą, znów wypełniony jest po brzegi. Jako tłumacz kończy próby do spektaklu „Kwiat paproci” w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. Tłumaczy zajęcia na uniwersytetach, spotkania na międzynarodowych konferencjach, prowadzi lektoraty – od maluchów z mamami po seniorów. Uczy migać krakowian z jednej z dzielnic miasta. Chce odczarować hermetyczny świat ludzi, którzy mówią rękami. – Chcę, by byli bardziej zrozumiani, by oni mogli więcej zrozumieć.

Warto migać

– Zdarza się, że ryję ze zmęczenia głową o beton – przyznaje. Lubi ten stan, wprawdzie nie tak jak przed wypadkiem. Ale ceni sobie też wyciszenie. Zdarzyło jej się, znów wedle tradycji indiańskiej, spędzić kilka dni i nocy samotnie w polskim lesie na medytacji. – Mocne przeżycie, łatwo nie było, w nocy ze strachu aż się trzęsłam, nie wyściubiłam nosa z namiotu. A jednak udało jej się przetrwać w lesie, na dodatek bez jedzenia i picia. – To doświadczenie uczy bycia ze sobą. Na co dzień robimy wszystko, by nie spotkać się z ciszą. Ciągle gapimy się w telefon, laptop, telewizor. Wszystko, byleby nie być ze sobą. A ja dziś chcę być ze sobą. Dobrze mi z tym.

Co jeszcze się w życiu Magdy zmieniło? Od pewnego czasu nie chcą jej wpuszczać wejściem przeznaczonym dla osób niepełnosprawnych. Bo na niepełnosprawną nie wygląda. – Ma pani taką ładną buzię, zupełnie jak zdrowi – słyszy. Znajomi też jakoś ostatnio zapomnieli, że Magda nie ma nogi. – Dzwonią do mnie z jakąś propozycją, a potem dopiero okazuje się, że ten wypad na Festiwal Kolorów to chyba niekoniecznie dobry dla mnie pomysł, bo nie wystoję wielu godzin w tłumie.

Słyszy rzeczy, których przez lata nie słyszała, na przykład że promieniuje optymizmem, że jest wobec innych taka życzliwa.

Poza tym napisała książkę. To synek Leonard zainspirował ją do napisania o niemowlęcym miganiu. O tym, jak można komunikować się z dzieckiem, które jeszcze nie mówi, ale ma swoje potrzeby. – Gdy mój syn miał roczek, pokazywał mi palcem przytkniętym do buzi, że jest głodny. A mógłby przecież płakać wniebogłosy, a ja martwiłabym się, o co może mu chodzić. Kiedyś zasypiał, jednym okiem już spał, drugim patrzył w laptop starszej córki. Nagle widzę, jak podnosi rękę do ust i pokazuje kaczkę. Pytam Wiktorię, co ogląda, a ona, że akurat przez ekran spacerują sobie kaczory. Warto migać – śmieje się Magda.

Odrobić te lata

Ostatnio koleżanka, która studiuje reżyserię, zaproponowała Magdzie, że nakręci o niej film. – Mówię na tym filmie o tym, że pokonałam śmierć. Koleżanka nie odpuszcza i dopytuje, czym dla mnie jest ta śmierć. Ja na to, pół żartem, pół serio, że śmierci to ja akurat mam sporo na swoim koncie. Jedną przy torach, parę w szpitalu. – Ale najgorsza była ta kilkuletnia, gdy tak zatraciłam się w swoim cierpieniu, że choć teoretycznie żyłam, byłam trupem.

Teraz chce odrobić te lata. Jej misją, to wie już na pewno, jest wspieranie swoim doświadczeniem tych, którzy nie potrafią oderwać się od „swoich Szczekocin”. – Ostatnio doszło do mnie, jak wielu młodych ludzi popełnia samobójstwo, jak bardzo boimy się, że stracimy reputację, karierę, zdrowie. Strach stał się naszą codziennością, rutyną. W ciągłym strachu nie da się ani szczęśliwie żyć, ani świadomie umierać.

Myśli więc o tym, by organizować na przykład w liceach spotkania, na których dzieliłaby się z młodymi ludźmi swoim doświadczeniem „życia po życiu”. Kiedy jedna z koleżanek śmiertelnie zachorowała na raka, to właśnie Magda okazała się dla niej największym oparciem, rodzajem przewodnika. – Uważała, że tylko ja mogę jej pomóc przetrwać czas przejścia.

Ma w planach wyszkolić tłumaczy języka migowego. I marzy jej się jeszcze jedna podróż. Do szamanów. Na Syberię.