fbpx

Siostra Małgorzata Chmielewska o życiu i swoim zgromadzeniu

Nie ma prawdziwego życia bez kosztów (Fot. Mateusz Skwarczek/ Agencja Gazeta)

To z inicjatywy Siostry Małgorzaty Chmielewskiej powołana została Fundacja „Domy Wspólnoty Chleb Życia”. Domów jest już 11, a w każdym z nich potrzebujący pomocy ludzie. I wszyscy liczą właśnie na nią. Jakie są koszty ciągłego bycia dla innych? – Zużywamy się, wszyscy, pytanie tylko, w jaki sposób. Pewnie, że to, czym się zajmuję, wywołuje stres, napięcie. Żyję w getcie cudzego nieszczęścia. Spotykam się z prawdziwymi dramatami. Ale czy płacę za to więcej niż kobieta, która ma chorego męża? Nie ma prawdziwego życia bez kosztów – mówi Siostra Małgorzata Chmielewska.

Treścią życia siostry jest od ponad 30 lat pomoc: bezdomnym, biednym, potrzebującym. Jakie są koszty pomagania?
Materialne? Ogromne, nieprzebrane! Ale rozumiem, że nie o to pani pyta. Trudno mi ocenić, jakie ponoszę koszty. Na pewno trzeba umieć zachować równowagę. Bo co to znaczy być dla innych? Niektórzy uważają, że to oznacza być do czyjejś dyspozycji 24 godziny na dobę. To tak się pomagać nie da, tego nie powinno się robić – wtedy można rozmienić się na drobne.

Były takie pokusy na samym początku niesienia pomocy?
Nie, chyba nie. Zdrowy rozsądek, który – mam nadzieję – do dziś mnie nie opuścił, co, oczywiście, nie oznacza, że nie opuści za chwilę, zawsze podpowiadał mi dwie rzeczy. Po pierwsze, nie jesteś Panem Bogiem, czyli nie wszystkim i nie zawsze możesz pomóc. Po drugie, celem nie jest pomaganie jako takie. Trzeba wiedzieć, po co się pomaga. Bo to broń obosieczna. Pomaganiem można zrobić krzywdę. Celem jest miłość. A źródłem tej miłości, dla mnie, jest Bóg. Jeśli nie będę kierować się jego miłością, to albo zrobię ludziom krzywdę, albo zniszczę siebie. Rzeczywiście, czasem pojawia się w nas ambicja i pycha, ale to zgubne.

Więc całego świata naprawiać siostra nie chce.
Oczywiście, są w moim życiu, jak w każdym innym życiu, sytuacje alarmowe, kiedy trzeba pracować non stop, bez wytchnienia, ale generalnie, na co dzień, staram się zachować harmonię. Przekazuję to również moim młodym współpracownikom – bądź gotowy zrezygnować z wolnego czasu, odpoczynku i wszystkiego, co lubisz, czy nawet potrzebujesz, ale tylko czasem, tylko wtedy, kiedy sytuacja jest naprawdę podbramkowa.

Ale uparcie wrócę do kosztów, jakieś muszą być…
Wie pani, życie – jak mówił w tytule filmu pewien reżyser – jest chorobą zakaźną, a każda choroba wiąże się z kosztami. Zużywamy się, wszyscy, pytanie tylko, w jaki sposób. Pewnie, że życie z ludźmi, z którymi ja żyję, wywołuje stres, napięcie. My żyjemy w getcie cudzego nieszczęścia. Spotykamy się z prawdziwymi dramatami. Ale czy płacę za to więcej niż na przykład kobieta, która ma chorego męża? Nie ma prawdziwego życia bez kosztów. Jeśli tych kosztów ustawicznie unikamy, płacimy za to podwójnie. Życie, które nie boli, które nie wymaga walki, cierpienia, to ułuda, którą wdrukowuje nam świat konsumpcji. Dzisiejsza sytuacja – pandemii – bardzo wyraźnie nam to pokazuje.

Jaka jest cena ustawicznego unikania bólu?
Samotność! Miłość do drugiego człowieka – poza chwilami szczęścia – zawsze niesie za sobą jakiś trud, wysiłek. Jeśli tego unikamy, na koniec zostajemy z pustymi rękoma, sfrustrowani, rozgoryczeni. Dostrzegamy w końcu, że te bariery, zasieki, które miały nas chronić przed cierpieniem, są do niczego. Cierpienie i tak nas dopadło, bo zawsze dopada, a dodatkowo mierzymy się z nim w pojedynkę. Widać to na przykładach ludzi, którzy całe swoje dorosłe życie poświęcili na ułudę szczęścia w postaci niepohamowanego zdobywania bogactw, wygód, luksusu. Na mecie uśmiechu, spokoju w ich oczach raczej nie dostrzeżemy…

A ta wspomniana równowaga – co siostra robi, by ją zachować?
Staram się robić sobie przerwy od mojej codzienności. Mam, muszę mieć, chwilę na relaks, modlitwę, krótki spacer. Szukam poczucia humoru, żartu, dowcipu, to mi bardzo dobrze robi. Słucham muzyki, którą lubię. Czasem wyjeżdżam na dwa dni. To nie jest proste, bo mam przybranego, niepełnosprawnego syna, ale fakt, że coś nie jest proste, nie oznacza, że jest niemożliwe. Wychowałam w sumie pięcioro przybranych dzieci, mogę na nie liczyć. Czasem wpada inny syn i zostaje z Arturem. A ja jestem wtedy wolna. Poza zasięgiem, nie tylko Artura, ale wszystkich, którzy ciągną mnie za habit.

Bo bardzo siostry potrzebują.
Albo mnie potrzebują, albo wydaje im się, że mnie potrzebują…

Właśnie, zapewne są ludzie, którzy chętnie na siostrze zawisną… Chcieliby i dostać jeść, i mieć w siostrze przewodnika, najlepiej na zawsze. Jak wtedy być i empatycznym, i twardym jednocześnie?
Nawet wczoraj miałam taką rozmowę. Potrafię powiedzieć: „Czas dojrzał, nie chcę więcej słyszeć próśb. Poradźcie sobie sami”. To jest balansowanie na cienkiej linii, oczywiście z latami nabiera się pewnej wprawy w ocenie czyichś możliwości, co nie znaczy, że nie można się pomylić i, nie daj Boże, nie podać ręki komuś, kto bez tej ręki rzeczywiście sobie dziś nie poradzi. Natomiast generalnie celem mojego życia jest to, by ludzie stawali się wolni, niezależni, by dojrzewali. A z tymi, którzy są przyzwyczajeni do wieszania się na innych, roszczeniowi – co zresztą dzisiejsza polityka socjalna, nie tylko w Polsce, ale na całym świecie bardzo wzmacnia, bo dużo łatwiej i bezpieczniej jest ludziom rozdawać niż pomagać, by stali się samodzielni w działaniu i co za tym idzie, w myśleniu – muszę „się rozprawić”. Nie ma rady. Nie ma miękkiego serca. I tak jak wspomniałam, nie dalej jak wczoraj powiedziałam: „nie”. Bo nie jestem w stanie pomóc tej pani, która zadzwoniła, zwłaszcza że ona może pomóc sobie sama.

I wtedy konieczna jest pewnie ta twardość, gruba skóra.
Staram się nie być brutalna, staram się dostosować język do emocjonalnego stanu człowieka. Ale ktoś, kto chce skutecznie pomagać, nie może składać się wyłącznie z serca. Wśród naszych mieszkańców są osoby, z którymi trzeba rozmawiać twardo, a wręcz powiedzieć: „Do widzenia, proszę opuścić dom”. To jest, oczywiście, poprzedzone wieloma rozmowami i prośbami, aby człowiek zabrał się do swojego życia i życia swoich dzieci. Ale czasem nic nie działa.

Często tak się zdarza?
Zdarza się, teraz też mamy taką sytuację, ona dotyczy pewnej rodziny – jesteśmy na etapie wypraszania ich z naszego domu.
Wie pani, kilka razy w życiu, czasem podczas różnych ważnych narad, spotkałam osoby, które nagle zaczynały mi dziękować. Pytałam zaskoczona – nie sposób zapamiętać każdego, przez nasze domy przewinęło się ponad 20 tys. ludzi – za co te podziękowania. I słyszałam: „Wiele lat temu wyrzuciła mnie siostra z domu. Dziękuję, znalazłam mieszkanie, pracę, wykształciłam dzieci, a dziś sama pomagam potrzebującym”. Innym razem szłam na jakąś konferencję i w szatni uczelni, na której ona się odbywała, spotkałam wdzięczną kobietę, której też kiedyś powiedziałam: „dosyć”. Pewnie, są też tacy, których rzuciliśmy na głęboką wodę, nie poradzili sobie i wrócili do nas. Ale to jest zupełnie inna bajka – próbowali.

Siostra Małgorzata Chmielewska o życiu i swoim zgromadzeniu
Siostra Małgorzata Chmielewska stara się w życiu zachować wewnętrzną równowagę; mieć w ciągu dnia chwilę na relaks, modlitwę, krótki spacer. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)

A ile razy można dać człowiekowi szansę?
Tysiąc razy, dwa tysiące, trzy tysiące. Zawsze. Tak jak Pan Bóg daje każdemu z nas szansę nieskończoną ilość razy. Nigdy nie wiemy, co będzie. Choć wymaga tego od nas wiele instytucji, nie prowadzimy statystyk, prowadzenie ich w takim życiu, jakie my wiedziemy, jest rzeczą śmieszną. Wychowując dziecko, nigdy nie wiemy, co z niego wyrośnie, ale możemy mieć pewność, że baza, korzenie, jakie mu daliśmy, zaowocują za 20, może 30 lat. Mieliśmy przypadki, że ktoś wracał do nas kilka razy, nie udało się, a po kilku latach trafił do innej pomocowej organizacji i zaskoczyło! Właśnie jeden z takich panów robi w tej chwili doktorat. To nie jest inwestycja z gwarancją sukcesu za trzy do sześciu miesięcy.

Bywa siostra rozczarowana swoimi podopiecznymi?
„Rozczarowanie” to nie jest dobre słowo. Rozczarowanie możliwe jest wtedy, kiedy spodziewamy się jakiegoś efektu. Bywam zła z powodu bezradności wobec ludzkiej głupoty. Mam takie zwykłe ludzkie odruchy – wściekam się, kiedy kolejny raz patrzę, jak ktoś siebie niszczy. Boli mnie to, ale daję sobie radę. Rozczarowana nie jestem, bo nie jestem naiwna – każdy człowiek ma swoją historię i dojrzewa w swoim czasie.

I nigdy nie wiadomo, czy się uda…
Wiadomo natomiast, ja wiem, że inwestycja miłości, inwestycja w człowieka, jaką staramy się robić, stwarzając ludziom możliwość odbicia się od dna, to nigdy nie jest inwestycja stracona, ale nie do mnie należy ocena. Kiedyś jeden z naszych pracowników spotkał na ulicy dawnego podopiecznego i zapytał go, czy pije alkohol – za to został wyrzucony z naszego domu. Ten człowiek odpowiedział: „Nie, u was, kilka lat temu, wypiłem ostatnią kroplę”. Ten pan niedługo potem zmarł w szpitalu, ściskając w dłoniach krzyż, o który poprosił. A nikt go u nas nie nawracał, nie robimy tego. Więc naprawdę nigdy nie wiemy, jakie owoce przyniosą nasz trud i wysiłek. Czy mamie nie przypomni się za pięć lat to, co próbowaliśmy jej przekazać w naszym domu – że o dzieci trzeba się troszczyć, że trzeba dać im śniadanie, obiad i kolację, że w domu trzeba mieć względny ład i porządek. Moja praca to inwestycja w ciemno, ale nigdy nie powiem: „Inwestycja stracona”.

Siostra Małgorzata Chmielewska o życiu i swoim zgromadzeniu
(Inwestycja miłości, inwestycja w człowieka, to nigdy nie jest inwestycja stracona – mówi Siostra Małgorzata Chmielewska. Fot. Piotr Milewski/Forum)

Siostra pomaga ludziom od bardzo dawna. Co było pierwsze, co było źródłem: powołanie i chęć życia w habicie, czy chęć niesienia pomocy?
Pierwsze było moje osobiste spotkanie z Chrystusem, a co za tym idzie, próby – nieudane do dzisiaj – wprowadzenia tego, co rozumiem z Ewangelii, w życie. Tam kilka rzeczy powiedziane jest niezwykle prosto: „Byłem głodny, daliście mi jeść” itd. A że spotykałam na swojej drodze ludzi, którzy według mojej wiary i spojrzenia na świat byli obrazem cierpiącego Chrystusa, starałam się zrobić wszystko, by stali się tym, do czego człowiek został stworzony, czyli by byli wolni i piękni. I nie mam, oczywiście, na myśli symetrii w rysach twarzy. Tyle o źródle. A później, to był rok 1988, spotkałam z moją współpracownicą bezdomne osoby śpiące wieczorami w kościołach. Kiedy kończyła się ostatnia msza, ci ludzie musieli opuścić kościół. Pamiętam, że Tamara, do dziś razem pracujemy, powiedziała: „Zobacz, my idziemy do ciepłych łóżek, a ci ludzie idą do śmietników i kanałów”. Od tego zdania narodził się pomysł, by coś konkretnego, dużego zrobić. Tak powstał pierwszy dom. Dziś mamy ich 11. To nie był, i do dziś nie jest, rozpisany biznesplan. Nie, po prostu staramy się odpowiadać na bieżące potrzeby człowieka, który przed nami staje.

Podobno cuda się dzieją, kiedy odpowiada się na potrzeby potrzebujących.
Tak, wielu takich cudów doświadczyłam. Pamiętam sytuację z samych początków. Z trudem zbieraliśmy pieniądze na powstanie pierwszego domu. Na każdy materac i widelec. I kiedy to wszystko wreszcie się udało, w domu pojawiły się wszy. Próbowaliśmy wszystkiego, co było wtedy dostępne, żeby się ich pozbyć – bez żadnego efektu. I kiedy wyczerpały się wszystkie ludzkie możliwości, zrobiłam Panu Bogu lekką awanturę. Następnego dnia wszy zniknęły!

Rozumiem, że cuda się zdarzają, pod warunkiem że poprzedzimy je naszym ludzkim wysiłkiem.
Dokładnie to chcę powiedzieć! Zawsze tak było, ale mam wrażenie, że dziś bardzo się ten trend nasilił, by traktować wiarę jak czary: „Przyjdzie dobra wróżka i wyleczy mnie z zapalenia płuc, po co mam iść do lekarza”, podobnie jest – a to bardzo niebezpieczne – z problemami psychicznymi: „Pomodlę się i mi przejdzie”. Oczywiście, modlitwa jest potrzebna, ale niezbędna jest także wizyta u psychiatry. Bo wiara to nie czary. Jednak zdarza się w naszym życiu dużo sytuacji, może nie tak spektakularnych jak zlikwidowanie wszy, ale z pogranicza cudu właśnie. Pan Bóg daje nam rozmaite narzędzia, czasem paczka z nimi dochodzi z 15-minutowym opóźnieniem i wtedy można osiwieć, ale zwykle dochodzi. I to jest cud właśnie.

Tylko czy potrafimy go dostrzec?
Rożnie z tym bywa. Cały czas powtarzam: Pan Bóg – czy jesteś wierzący czy nie – dobrze, Siła Wyższa, wysyła nam pewne sygnały. Każde spotkanie z drugim człowiekiem, np.: zgubiłam szalik, ktoś go podnosi i biegnie za mną, jest spotkaniem z życzliwością, która może dać nam światło, znak, że świat nie jest taki zły. W życiu każdego człowieka zdarza się wiele takich sytuacji, tylko pytanie, czy potrafimy na tyle otworzyć i oczyścić oczy, spojrzenie na siebie i na innych, by je zobaczyć.

W jaki sposób możemy oczyścić oczy?
Przede wszystkim trzeba starać się żyć dobrem, prawdą, uczciwością. Wtedy zaczniemy patrzeć na drugiego człowieka, także np. na tego, który ma odmienne poglądy polityczne, inaczej. I znowu, wczoraj miałam taką sytuację: dostałam telefon z pytaniem, czy przyjmę środki czystości z urzędu państwowego, czyli wiadomo, związanego z konkretną partią. Zaśmiałam się i powiedziałam, że, oczywiście, przyjmę. Bo przyjmę pomoc od każdego człowieka dobrej woli. Powiem więcej, nie wiem nawet, jaką wolą dysponuje ktoś, kto oferuje pomoc, nie wiem, czy to ktoś, kto w swoim życiu popełnił dużo złego, czy jest święty, nie mam pojęcia. Ale wiem, że w tym momencie ten dar, te środki stają się punktem jedności między nami. Są zawarciem pokoju dla czyjegoś dobra. I w tym momencie jego inna bajka, czy to kulturowa, czy polityczna, nie ma znaczenia. Tu i teraz razem czynimy dobro. Oczyścić oczy to szukać tego, co łączy nas z drugim człowiekiem, a nie patrzeć wyłącznie przez pryzmat tego, co nas dzieli. To jest ćwiczenie: „Widzę dobro”. Oczywiście, czasem to ziarenko jest w ogromnej górze kurzu. Ale staramy się widzieć ziarenko. W sobie i w innych.

Wierzy siostra, że to ziarenko jest naprawdę w każdym…
W każdym. Doświadczam tego codziennie, także od tych, po których ciężko by było się tego spodziewać. I dodam jeszcze, że ta wiara absolutnie nie jest tożsama z naiwnością. Bo naiwna nie jestem.

Siostra Małgorzata Chmielewska o życiu i swoim zgromadzeniu
(Siostra Małgorzata Chmielewska adoptowała i wychowała pięcioro dzieci. Na zdjęciu z synem Arturem. Fot. Piotr Milewski/Forum)

Siostra jest kobietą bardzo zajętą! Mogłoby się wydawać, że nie ma już miejsca ani czasu na kolejne obowiązki, a i pojemność serca jest przecież ograniczona. Tymczasem adoptowała siostra niepełnosprawnego syna Artura…
Jeśli chodzi o czas – to cudów nie ma, rozciągnąć się go rzeczywiście nie da. Więc jeśli mamy ambicję, by opierać się wyłącznie na sobie, to wyczerpiemy się szybko. Ale ja takich ambicji nie mam. Wychowałam pięcioro dzieci. Czeka pani na receptę?

Tak!
Trzeba po prostu iść do przodu i nie bać się, że czegoś nam nie wystarczy. Kiedyś pewna stara zakonnica w Laskach, oddając mi ze swojej kuchni ostatni kawałek chleba dla moich podopiecznych, powiedziała coś, co zapamiętałam na całe życie. Zapytałam, co zrobi, skoro oddaje ostatnią kromkę. Odpowiedziała: „Popatrz, jeśli mam zacisinięte dłonie, to mi Pan Bóg nie nałoży, jeśli je otworzę, ma jak mi dać”. Proste, prawda? Im więcej się daje, tym więcej się dostaje. A jeśli nie będziemy mieć, to znaczy, że Pan Bóg nie chce, żebyśmy dawali…

Kiedy dzwoniłam do siostry jakiś czas temu, usłyszałam, że możemy porozmawiać, ale teraz tylko przez chwilę, bo Artur ma właśnie atak padaczki. Chciałam zapytać o ciężar odpowiedzialności. Liczą na siostrę tysiące ludzi, ale na pewno odpowiedzialność za nich jest inna niż ta za własne, tym bardziej chore dziecko. Podjęła siostra kolejne wielkie wyzwanie.
To nie tak. Po prostu staje przede mną dziecko i teraz mam wybór – albo oddać je do sierocińca, z pełną świadomością, co będzie je tam czekać i co z tego wyniknie dla niego jako dorosłego człowieka, albo powiedzieć: „Dobra, spróbujemy”. Zatem taki miałam wybór. Przyzna pani, trudno mieć wątpliwości. Albo będziesz świnią, albo człowiekiem. Oczywiście, to wymagało ogromnego wysiłku, determinacji, moje starsze dzieci są już mocno dorosłe, pokończyły studia. Spróbowaliśmy i się udało. Kiedy wychodzi pani za mąż, nie wie pani, czy mąż ciężko nie zachoruje, czy nie urodzi pani chorego dziecka itd. To jest ryzyko miłości. Po prostu.
Miałam szczęście, moje dzieci są świetnymi ludźmi. Udało nam się stworzyć taką śmieszną rodzinę. Jeden z moich synów przedstawia się jako „bękart siostry”. Są bardzo dowcipni, a ja uwielbiam ludzi z poczuciem humoru. Robili sobie rozmaite happeningi. Pamiętam, idę kiedyś ulicą, z pięciorgiem, a nawet dziewięciorgiem, bo były z nami wtedy dzieci mojej przyjaciółki, i one nagle, tak się umówiły, na środku Nowego Światu zaczynają krzyczeć do mnie: „Mamo!”. Ja w habicie, cała ulica ogląda się na nas, szepczą coś pod nosem. Znakomite! Bardzo się kochamy.

Co siostra robi, kiedy jest już tak naprawdę zmęczona?
Czytam totalnie głupią książkę, np. kryminał. Zresztą kryminały właśnie to lekarstwo, które stosuje wielu członków naszej wspólnoty. Wymieniamy się nimi.

I wtedy, z krymianałem w ręku, zamyka siostra drzwi i nikt nie ma przez chwilę dostępu?
O nie, droga pani, tak to nie działa. Takiego luksusu nie mam. Drzwi zamknąć nie mogę, nawet gdybym je zamknęła, Artur będzie w nie walił do skutku. Taki czas na lekturę mam późnym wieczorem. Muszę spać z synem w jednym pokoju ze względu na jego ataki padaczki, ale kiedy liczne psy Artura są już posegregowane – część śpi z nim w łóżku, reszta pod łóżkiem – i kiedy syn też już spokojnie zaśnie, przychodzi mój czas! Wtedy pracuję albo właśnie sięgam po głupią książkę. Mam swój reset.

Siostra Małgorzata Chmielewska o życiu i swoim zgromadzeniu
(Siostra Małgorzata Chmielewska była inicjatorką powstania fundacji „Domy Wspólnoty Chleb Życia”. Aktualnie takich domów jest już 11. Fot. Piotr Milewski/Forum)

Małgorzata Chmielewska, siostra zakonna, przełożona wspólnoty Chleb Życia. W latach 90. organizowała na warszawskim dworcu wigilie dla bezdomnych. Prowadzi domy dla bezdomnych, chorych, samotnych, noclegownie i manufaktury zatrudniające osoby wykluczone. Jest adopcyjną matką piątki dzieci.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze