1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Niemowlę, nastolatek, student - kochaj i bierz

Niemowlę, nastolatek, student - kochaj i bierz

Radość bycia rodzicem to przede wszystkim radość brania. Na każdym etapie rozwoju otrzymujemy od dzieci wspaniałe dary .

Początkowo, gdy dziecko jest maleńkie, wydaje się, że to my jesteśmy głównymi dawcami, ale nie jest to do końca prawda. Jeśli będziemy potrafili cieszyć się rodzicielstwem od pierwszych chwil, dostaniemy więcej, niż moglibyśmy oczekiwać.

Nasze zadania jako rodzica są jasno sprecyzowane. Noworodek potrzebuje, abyśmy po prostu byli. Dziecko w wieku szkolnym chce, byśmy się z nim dzielili tym, co mamy. Natomiast kiedy zbliża się do pełnoletności, oczekuje, że zaakceptujemy człowieka, na jakiego przy nas wyrosło. Jeśli dobrze odegramy swoją rolę, nagroda będzie wspaniała – dobra i satysfakcjonująca relacja. Dlatego nie myśl, ile trudu kosztuje wychowanie dziecka, skup się na tym, ile wartości niesie każdy etap jego rozwoju.

Niemowlę – ciągle razem

Co dostajemy od dziecka w tym wieku? Nielimitowaną możliwość ciągłego obcowania, dotykania, przytulania, noszenia na rękach (szybko za tym zatęsknimy) i przyglądania się jego rozwojowi. Czego ono potrzebuje? Tego samego co my, gdy jesteśmy ciężko chorzy. Chce, by ktoś przy nim był, chce czuć naszą obecność. Korzystaj z tego czasu. Noś swoje dziecko jak najdłużej na rękach (nie daj się nikomu przekonać, że to rozpieszczanie), mów do niego i uśmiechaj się. Rób w tym czasie tyle zdjęć, ile tylko zdołasz. Nie daj się zaprzęgnąć do żadnej pracy ponad wymagany czas. Nie robisz tego dla dziecka, tylko dla siebie. Ono wytrzyma bez ciebie trzy godziny, ale ty już nigdy tych godzin nie nadrobisz – drugi raz nie zobaczysz, jak po raz pierwszy samo wchodzi na fotel.

 Dary wieku niemowlęcego

  • Masz stały dostęp do kogoś, do kogo możesz się przytulić.
  • Ostatecznie rozstajesz się z młodzieńczym egoizmem – to wielka ulga przestać myśleć tylko o sobie.
  • Lęk ósmego miesiąca (termin wprowadzony przez psychologa dziecięcego René Spitza) to pierwsza cudowna wypłata za twój trud – dziecko boi się obcych, ale nie ciebie.
  • Troszczysz się o kogoś – od twojej opieki zależy czyjeś życie.
  • Jesteś rodzicem – twoje miejsce na ziemi jest nienaruszalne i niepodważalne.
  • Masz szansę wykazać się opiekuńczością, delikatnością, cierpliwością.
To świetna okazja, by poznać siebie…
  •  … a także swoje możliwości: ile wytrzymasz na przykład bez snu?
  • Dzięki posiadaniu dziecka szacunek społeczny zyskujesz niejako automatycznie.
  • Zaczynają cię dotyczyć miłe święta.
  • Przezwyciężasz lęk, czy poradzisz sobie z dzieckiem, bo przecież już to robisz.
 

Przedszkolak – czas na zabawę

Około czwartego roku w życiu dziecka rodzi się potrzeba zabawy uspołecznionej, czyli takiej, w której uczestniczy kilka osób. To twoje nowe zadanie, ale i spora przyjemność. Nie zmuszaj dziecka do zabawy, by wreszcie mieć chwilę świętego spokoju, a raczej zachęcaj, aktywnie w niej uczestnicząc. Pomyśl, że nareszcie możesz się wygłupiać do woli i nikt nie będzie mieć ci tego za złe. Wręcz przeciwnie – będziesz lepszym rodzicem nie tylko w oczach swojego dziecka, ale i otoczenia. Nie koncentruj się wyłącznie na zabawach edukacyjnych, te bardziej „rozrabiane” też są potrzebne – zmniejszają poziom napięcia i rozładowują stres. Twój i dziecka. Korzystaj z tego, póki trwa faza zabawy, bo mija ona bardzo szybko, tak samo jak chęć poznawania świata z kolan rodzica.

 Dary wieku przedszkolnego

  • Możesz bawić się z dzieckiem w co tylko chcesz i ile chcesz.
  • Masz okazję poznać wiele nowych osób, bo twoje dziecko łatwo nawiązuje kontakty.
  • Możesz kupić sobie wszystkie zabawki, o których marzyłeś w dzieciństwie (rodzice, którzy umieją w pełni. skorzystać z dobrodziejstw tej fazy, kupują dwa komplety zabawek: dla siebie i dla dziecka).
  • Od razu widzisz efekt każdej minuty spędzonej z dzieckiem, szczególnie w obszarze jego zasobu słownictwa. Masz dla kogo być mistrzem. Przedszkolak zaspokaja twoją potrzebę bycia podziwianym.

Dziecko w wieku wczesnoszkolnym – międzypokoleniowa sztafeta

Twoja rola opiekuna nadal jest bardzo ważna, ale ważniejsze są nowe – łącznika z poprzednimi pokoleniami i przewodnika po świecie kultury. To szansa, której nie możesz zlekceważyć. Być może, kiedy u kresu życia zadasz sobie pytanie: „Co zrobiłem wartościowego w życiu?”, będziesz mógł z dumą odpowiedzieć: „Zapoznałem nowe pokolenie z kulturową spuścizną poprzednich”. Nie martw się, że ucząc dziecko o przeszłości, oddalisz je od spraw bieżących. O te ostatnie zadba jego spontaniczna potrzeba obcowania ze wszystkim, z czym mają kontakt jego rówieśnicy. Każdy, komu udało się nauczyć czegoś dziecko (niekoniecznie własne), nie zapomni, jaką to daje satysfakcję. Zamiast odrabiać z nim lekcje (i pracować na syndrom wyuczonej bezradności edukacyjnej!), wygospodaruj trochę czasu na wasze własne wprowadzenie do kultury.

 Dary wieku wczesnoszkolnego

  • Masz możliwość korzystać z bogatej oferty kulturalnej, także tej dla dzieci, zaspokajając jednocześnie potrzeby własne i dziecka.
  • Możesz sprawdzić się w roli krzewiciela kultury i tradycji.
  • Masz okazję poznać, jak funkcjonuje system wartości dziecka.
  • Możesz zyskać podatny grunt dla swoich fascynacji literackich, zarazić dziecko własną pasją, nauczyć grać w swoje ulubione gry i zabawy. To czas budowania międzypokoleniowej sztafety.
  • Zyskujesz pomocnika w wielu codziennych czynnościach, o ile znajdziesz czas, by dziecko dokładnie w nie wdrożyć.
  • To czas rozmaitych laurek i innych prezentów, które będzie przynosiło ci ze szkoły. Ciesz się ze wszystkiego, co dostajesz i pieczołowicie przechowuj, bo dziecko bardzo szybko wyrośnie z tego rodzaju twórczości.

4 x NIE

  • Nie ograniczaj kontaktu z dzieckiem do minimum
  • Nie pozwól sobie na brak zaangażowania
  • Nie zbywaj go
  • Nie postrzegaj się wyłącznie w roli dawcy, opiekuna
W przeciwnym razie pozbawiasz się satysfakcji z posiadania dziecka, prawdziwej radości rodzicielstwa

Ewa Nowak

Wyższe klasy szkoły podstawowej – powody do dumy

Dziecko ma kontakt z wieloma różnorodnymi środowiskami, a to skutkuje potrzebą ocen i wypowiadania swojego zdania. W domu, czyli przy tobie, musi się ostatecznie wdrożyć w dorosłe życie. Stwórz mu okazję do częstego bywania wśród ludzi. Skorzystasz na tym również ty, a zwłaszcza twoje życie towarzyskie. Koniecznie opowiedz dziecku o jego przodkach, o tym, kogo ma w rodzinie. Zabieraj je w ciekawe miejsca, razem zwiedzajcie świat. Poczujesz dumę, gdy zobaczysz, że twoje dziecko umie się zachować i poradzić sobie w wielu sytuacjach. Pamiętaj, że człowiekowi bez towarzyskiej ogłady żyje się trudno.

 Dary czasu podstawówki

  • Nie masz już do czynienia z małym dzieckiem, więc możesz trochę odetchnąć.
  • Masz partnera do rozmów na zupełnie zapomniane przez ciebie tematy.
  • Masz się kim chwalić przed ludźmi.
  • Masz o kim myśleć.
  • Przysługuje ci prawo uczestniczenia w zebraniach szkolnych (szybko, bo wraz z ukończeniem liceum, to prawo zostanie ci brutalnie odebrane).
  • To szansa na przejrzenie się w opinii młodego człowieka. Licz się z tym, że możesz usłyszeć ostrą krytykę siebie, waszej rodziny, waszych postaw i wartości. Doceń to. Kto z twoich znajomych będzie tak szczery do bólu, jak twoje własne dziecko?
 
 

Gimnazjalista – twórcza krytyka

Niesłusznie uważa się, że to najgorszy okres w wychowaniu dziecka. Na czym bowiem polega domniemana trudność? Gimnazjalista jest po prostu krytyczny, a jednocześnie jeszcze niesamodzielny. To czas, kiedy dzieci, dobrze orientując się w tym, jak działają mechanizmy społeczne, poddają rzeczywistość miażdżącej, bezlitosnej krytyce. Dzięki ich kontestatorskiemu nastawieniu nie popadamy w poglądową rutynę. Cóż to za sztuka wychować grzeczne, ciche i zgadzające się z nami we wszystkim dziecko?! Dlatego nie oceniaj i nie staraj się za szelką cenę przeforsować swoich poglądów. Korzystaj z tego, co dostałeś, a gdy jest ci ciężko, pocieszaj się myślą, że dostajemy tylko takie ciosy, które potrafimy znieść.

Najlepsze, co możesz zrobić, to zachowywać się tak, by dziecko się ciebie nie wstydziło przed kolegami. Ten okres pamięta się bardzo dobrze, dlatego przede wszystkim nie popełnij błędów swoich rodziców. Wymyśl własne.

 Dary etapu gimnazjum

  • Ponieważ gimnazjalista każde zdanie zaczyna od „ale”, zmusza cię do ciągłego weryfikowania poglądów i chroni przed ich skostnieniem.
  • Musisz wyrobić sobie zdanie na wiele tematów, o które człowiek bezdzietny nawet się nie otrze.
  • Jeśli twój gimnazjalista sprawia kłopoty, masz okazję wykazać się, próbując mu pomóc.
  • Będąc świadkiem pierwszych samodzielnych decyzji swojego dziecka, przypominasz sobie emocje towarzyszące twojej pierwszej miłości, pierwszemu rozczarowaniu i pierwszej przyjaźni.

Licealista i student – jesteś na bieżąco

To już całkiem dorosłe dzieci. Z pewnością stworzą ci niejedną okazję do zaprezentowania własnych postaw. Będziesz mieć szansę pokazać się od najlepszej strony. Doceń to. Wiedza twojego dziecka na temat współczesnego świata czy najnowszych osiągnięć techniki będzie dla ciebie nieoceniona. Korzystaj ze ścieżek, którymi się porusza. Dzięki niemu główny nurt życia nadal przepływa przez twój dom. Poza tym trzymasz rękę na pulsie tego, co się dzieje w pokoleniu, które już za kilka lat będzie zmieniać nasz świat. Nie poprzestawaj na tym. Znajdź sobie nowe formy aktywności, rozwijaj się, na przykład zacznij się czegoś uczyć. Niech dziecko będzie z ciebie dumne i wie, że nie musi się o ciebie martwić. To najlepsza forma kontaktu, jaki możesz zaproponować dziecku w tym wieku.

 Dary czasu liceum i studiów

  • Wielkim plusem bycia rodzicem licealisty i studenta jest możliwość pokazania, jak bardzo jesteś tolerancyjny i otwarty na świat
  • Masz okazję bez wysiłku zdobyć listę modnych wyrazów i ważnych lektur; będziesz nie tylko wiedział, czego się teraz słucha, ale i dokąd się teraz chodzi
  • Możesz korzystać z ogromnej wiedzy swojego dziecka, dotyczącej współczesnych osiągnięć techniki (zwłaszcza w dziedzinie informatyki, motoryzacji i telefonii komórkowej).
Twoim podstawowym zadaniem jako rodzica jest uspołecznienie swojego dziecka. Przy okazji dziecko uspołeczni też ciebie. Dzięki niemu bez wysiłku nawiążesz nowe kontakty, zyskasz nowe tematy do rozmów, pójdziesz w miejsca, do których zaprowadzić może cię tylko rodzicielstwo, i sprawdzisz się we wszelkich formach aktywności życiowej.

Czy umiesz to docenić?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Naturalne nie znaczy łatwe

Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację. (Fot. iStock)
Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację. (Fot. iStock)
Dzisiaj nikt nie kwestionuje naukowych argumentów przekonujących, że najlepszym pokarmem dla dziecka jest mleko matki. Nadal jednak pokutuje na ten temat wiele mitów i przekłamań.

W różnego rodzaju badaniach, między innymi przeprowadzonym przez Kantar w 2015 roku wynika, że ponad 90 procent kobiet w ciąży deklaruje chęć karmienia piersią. Przyszłe mamy na ogół doskonale znają zalecenia Światowej Organizacji zdrowia (WHO) i Amerykańskiej Akademii Pediatrii, które mówią: karmimy wyłącznie piersią przez pierwsze 6 miesięcy życia dziecka, potem kontynuujemy ten sposób odżywiania tak długo, jak możemy i chcemy. Od 6. miesiąca życia wprowadzamy też inne pokarmy, ale mleko matki (bądź modyfikowane) jest podstawą żywienia do 12. miesiąca życia. Po tym okresie  karmienie mlekiem matki jest zalecane ze względów innych niż tylko żywieniowe - zawiera wiele elementów potrzebnych dla zdrowia i rozwoju dziecka, wspiera jego odporność, rozwój mózgu, zapewnia bliskość, poczucie bezpieczeństwa i komfort, zmniejsza ryzyko SIDS, otyłości i wystąpienia cukrzycy typu 2. Przy czym, jak zauważa Aneta Korcz, doradczyni karmienia noworodków, pielęgniarka w Royal Berkshire Hospital w Reading, karmienie ma także korzyści zdrowotne dla mam: wspomaga zwijanie macicy do jej wielkości sprzed ciąży, może zmniejszyć krwawienie, obniża ryzyko wystąpienia osteoporozy, raka jajnika - im dłużej karmimy piersią, tym mniejsze ryzyko.

Większość przyszłych matek ma tego świadomość. Zamierzają karmić piersią także dlatego, że to wydaje im się po prostu wygodne. Dlaczego zatem nie wszystkie z tych, które deklarują chęć karmienia piersią, potem to robią?

Fabryka mleka

Marta Moeglich - promotorka karmienia piersią i doula, współtwórczyni przestrzeni wsparcia dla mam „Babki z piersiami” - widzi dwa obszary przyczyn, o które jej zdaniem trzeba zadbać. Pierwszy to edukacja na temat laktacji.

- Bardzo często kobiety, które mają rodzić, nie wiedzą jak działa laktacja. Przy czym chcę wyraźnie zaznaczyć, że to nie ich wina, tylko braku edukacji na ten temat na lekcjach biologii, przez lekarzy prowadzących kobietę w ciąży. Wiele kobiet ma w głowie wizję, że wystarczy przystawić dziecko do piersi i od razu poleją się hektolitry białego płynu. A tak nie jest. Białe mleko pojawia się dopiero po kilku dniach, na początku jest siara. Też bardzo wartościowa! Nawet jeżeli więc kobieta w ogóle nie zamierza karmić piersią, to warto podać dziecku siarę, bo to działa jak pierwsza szczepionka. Można ją zebrać jeszcze przed porodem.

Ekspertki od karmienia zgodnie podkreślają, że niewiedza na temat laktacji to jedna z głównych przyczyn problemów z karmieniem piersią. Część matek po prostu nie ma świadomości, że tuż po porodzie mleko może się nie pojawić (a pojawia się siara, w drobnych kropelkach) i że to jest normalne. Mama, która tego nie wie, myśli: nie mam mleka, więc podam mieszankę. A jak podaje mieszankę to nie rozkręca laktacji. A jak nie rozkręca laktacji, to mleko rzeczywiście się nie pojawia. I tak powstaje błędne koło, w które wpada część młodych mam.

Marta Moeglich: - Warto wiedzieć, że mleko powstaje wtedy, gdy dziecko jest przystawiane do piersi na żądanie albo gdy laktacja rozkręcana jest laktatorem (choć ten zawsze będzie działał gorzej niż dziecko, bo jest maszyną, do której nic nie czujemy i nie produkuje śliny). Wtedy przysadka mózgowa dostaje informację o zapotrzebowaniu na mleko, przekazuje ją do piersi, które to mleko produkują. Nie ma tak, że dziecka się nie przystawia albo nie pobudza się piersi laktatorem, a mleko się pojawia. Tak, niestety, nie będzie.

Promotorki karmienia walczą z nadal dość powszechnymi praktykami podawania sztucznych mieszanek w szpitalach. Z rozpędu, bo tak jest wygodnie. Efekt takich praktyk jest niestety taki, że dziecko najedzone mieszanką, niechętnie ssie pierś. A niestymulowana pierś nie produkuje mleka. Promotorki porównują ten proces do produkcji w fabryce. Jeśli fabryka dostanie małe zamówienie, produkuje mniej, jeśli duże – więcej.

- Kiedy pojawia się problem i matka nie może karmić, bo tak też się zdarza, to zamiast butelki warto próbować podawać mleko matki na małym palcu, łyżeczką albo kubeczkiem – podpowiada Marta Moeglich. - Te sposoby mniej zaburzają odruch ssania niż butelka, która powinna być podawana w ostateczności. Przy czym warto zaznaczyć, że są sytuacje, kiedy butelka się sprawdza, na przykład w przypadku słabego odruchu ssania.

Lekarze zwracają uwagę, że niemowlę może nie chcieć ssać z wielu przyczyn, innych na każdym etapie karmienia. Na przykład z powodu nieprawidłowej techniki podawania piersi, bólu wywołanego pleśniawkami, ząbkowaniem, dlatego, że mleko wypływa za szybko lub nie wypływa w ogóle. Przeszkadzać może maluchowi nawet silny zapach perfum mamy. Może odmawiać ssania także z powodów medycznych, na przykład dlatego, że jest ospałe pod wpływem leków podanych w czasie porodu.

Cenna pomoc 

Marta Moeglich zwraca uwagę na inny powód niechęci do ssania – za krótkie wędzidełko (czyli błonka pod językiem). - Doświadczona certyfikowana doradczyni laktacyjna potrafi ocenić wędzidełko. Niestety, czasami jednak upływa dużo czasu zanim zostanie postawiona prawidłowa diagnoza. I teraz wyobraźmy sobie, że noworodek z za krótkim wędzidełkiem dostaje mieszankę. To nie rozwiązuje ani obecnego problemu ze ssaniem, ani przyszłego z mówieniem, bo wędzidełko wpływa na pracę języka. Podcięcie wędzidełka nie rozwiąże problemu jeśli technika przystawiania jest nieprawidłowa. Nie każda mama, zwłaszcza po trudnym porodzie, potrafi ocenić swoją sytuację. Dlatego tak ważna jest pomoc ekspertek laktacyjnych, które ocenią problem i doradzą, co z nim dalej robić. Chodzi o zdrowie dziecka, ale także o to, by nie zaburzyć odruchu ssania. Na oddziałach położniczych jest jednak wiele pacjentek, a doradczyni jedna, w dodatku ma określony czas pracy.

Gdy pojawia się problem z karmieniem, w głowach, nie tylko mam, ale także ludzi wokół niej, pojawia się butelka - cudowne rozwiązanie na wszystko: płacz niemowlęcia, spadek na wadze, budzenie się nocy.

- Sztuczna mieszanka została stworzona po to, żeby ratować zdrowie i życie niemowląt. To jedyna jej rola – przypomina Marta Moeglich. – Ale przez działania promocyjne producentów mieszanek, które sięgają lat 70., stała się lekiem na wszystkie problemy z karmieniem. Bywa używana nie zawsze wtedy, gdy trzeba, czyli kiedy jest niezbędna do ratowania życia dziecka. To trochę tak, jakby stosować antybiotyk zanim poda się lżejsze leki, tak na wszelki wypadek.

Promotorka karmienia uważa, że mieszanka powinna być traktowana jak lek i jeśli jest podana w szpitalu - być uwzględniana w karcie medycznej dziecka. Z wyjaśnieniem przyczyn jej zastosowania. Czyli, że na przykład dziecko dostało butelkę dlatego, że spadło na wadze powyżej 10 procent wagi urodzeniowej. Ale nawet wtedy można dokarmiać odciągniętym mlekiem matki (wcześniaki  mlekiem z Banku Mleka - dopóki mama nie rozkręci laktacji), a dopiero potem mieszanką. Ta nie powinna być pierwszym wyborem, ale najczęściej niestety jest.

Ważna umiejętność

Promotorki karmienia obalają kolejny mit, jakoby dziecko karmione mieszanką lepiej spało, natomiast karmione piersią częściej się budziło: - Budzenie się noworodków w nocy jest fizjologiczną normą – mówi Marta Moeglich. - Zdarzają się oczywiście noworodki przesypiające całą noc, ale rzadko, większość budzi się kilkakrotnie i to normalne. Mama myśli, że skoro się budzi, a dziecko karmione mieszanką – jak słyszała – przesypia całą noc, to może powinna dokarmiać. To błąd. Bo mleko modyfikowane jest cięższe, dziecko czuje się po nim trochę tak, jak dorośli po zjedzeniu porcji kaczki z kluskami i kapustą. Czyli sennie, ospale. Natomiast mleko matki jest jak lekkostrawna sałatka, która nie obciąża.

Aneta Korcz: - To noworodek, który nie budzi się na karmienia powinien zwrócić naszą uwagę. Dziecko po urodzeniu nie ma uregulowanego trybu snu, nie rozpoznaje dnia i nocy jak dorosły, zatem u noworodków ważne są karmienia na żądanie, ale nie rzadziej niż 7-8 razy na dobę. Głód na ogół nie jest przyczyną budzenia się w nocy dziecka w wieku poniemowlecym, natomiast  noworodki i niemowlęta budzą się głównie dlatego, że są głodne. O wszystkich niepokojach warto porozmawiać ze specjalistą.

Nie do końca da się obronić kolejny sąd, że wiele kobiet nie ma pokarmu. Może to być spowodowane na przykład działaniem niektórych leków albo schorzeń, jak zespołu policystycznych jajnikow, bądź niedorozwojem tkanki gruczołowej. Ale to bardzo rzadka przyczyna, ma ją co najwyżej 4 procent kobiet w wieku rozrodczym.

Aneta Korcz: - Jeśli piersi są odpowiednio stymulowane to pokarm zazwyczaj się pojawia. A to, że nie ma go w pierwszej dobie po porodzie (lub dłużej jeśli nie ma stymulacji) jest dość częste i fizjologiczne. Mało mówi się o możliwości stymulacji piersi i odciąganiu siary przed porodem, a  to bardzo wartościowa umiejętność. Można, powiedzieć, że dzięki temu, zaczynamy rozkręcać laktację, aby po przyjściu na świat dziecko miało łatwiej. W dodatku, jeżeli mamie uda się zebrać nawet kilka mililitrów do strzykawki, a z przyczyn medycznych nie będzie mogła być z dzieckiem, to ten pokarm zostanie mu podany. Często kobieta po porodzie, jeśli jest rozdzielona z dzieckiem, w ramach wsparcia dostaje laktator. A w pierwszych dwóch dobach laktator zazwyczaj nie ma sensu. Ważna jest regularna, imitująca karmienia, stymulacja własną ręką, zbieranie kropelek. Żaden laktator nie zbierze tyle mleka co dziecko. Jest to szczególnie istotne, u mam wcześniaków, które, jeśli są rozdzielone z dzieckiem, poddają się nie widząc efektów używania laktatora w pierwszych dobach.

Doradczynie laktacyjne powtarzają do znudzenia: żeby matki karmiły piersią, trzeba kłaść większy nacisk na edukację na temat tego, jak przebiega laktacja, jak ją stymulować, jak ważne jest kangurowanie, kontakt skóra do skóry. W tym obszarze w dalszym ciągu jest wiele do zrobienia. Także w szpitalach.

- Wiele z nich ma status Szpitala Przyjaznego Dziecku, co bardzo mnie cieszy, ale nie wszędzie ten tytuł jest w pełni rozumiany, a wartości tej inicjatywy –przestrzegane – uważa Aneta Korcz.

Szpital powinien móc umożliwić mamie karmienie dziecka nie tylko wtedy, gdy znajduje się ona na oddziale położniczym, ale i na innych, oczywiście gdy jej stan zdrowia na to pozwala. Powinna mieć możliwość częstego przychodzenia do dziecka na oddział noworodkowy, mieć dostęp do laktatora jeśli sama trafia na oddział. Wiedzę, o której mówimy, powinny posiadać, a przynajmniej mieć spisane odnośniki i stosować je w praktyce, wszystkie osoby sprawujące profesjonalna opiekę nad matka i dzieckiem, ale czasami wystarczy po prostu ludzka troska.

Marta Moeglich: - Drugim obszarem, który powinien być lepiej zaopiekowany, nawet nie wiem, czy nie ważniejszym od edukacji, jest siatka wsparcia dla kobiet. Mam na myśli wsparcie zarówno pod kątem karmienia, jak i w ogóle wchodzenia w macierzyństwo, które potrafi, oj potrafi, dać kobiecie po głowie.

Aneta Korcz: - To wsparcie profesjonalne niestety nie jest w Polsce powszechne i dostępne dla każdej kobiety. Jest niejednolite i nieukierunkowane podmiotowo. Żeby to zmienić, potrzebne są zmiany systemowe, nie wystarczy jedno szkolenie, jednego czy dwóch członków zespołu na cały szpital. Ta wiedza musi być uaktualniana i podawana  dalej, regularnie przez wszystkich opiekujących się kobieta i dzieckiem, w szpitalu, w przychodni, w szkole rodzenia.

Więcej luzu

Chodzi o to, żeby mamy mogły liczyć na pomoc promotorek karmienia, certyfikowanych doradczyń, położnych, pielęgniarek, douli. Ale także bliskich osób, które przyniosą obiad, powiedzą: odpuść sobie wszystko, siadaj w fotelu, tul dziecko, rozkręcaj laktację. Jeśli tego oczywiście chcesz i potrzebujesz.

Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację.

- Podczas karmienia wydzielana jest oksytocyna, hormon szczęścia, związany z przyjemnością – wyjaśnia Marta Moeglich. - Natomiast gdy się napinamy i stresujemy, to zamiast oksytocyny wydziela się kortyzol, hormon stresu.

Więc danie sobie trochę luzu jest bardzo ważne. Mogą w tym pomóc inne kobiety, partner, profesjonalne doradczynie. A często kobiety nie mają wsparcia ani przestrzeni, żeby zaopiekować się sobą. Poddawane są za to presji zarówno w sprawie karmienia, jak i zaprzestania.

No właśnie, kiedy przestać karmić? Aneta Korcz: - Uniwersalna odpowiedź na to pytanie mogłaby być taka: mama kończy karmić wtedy, kiedy ona lub dziecko podejmują taką decyzję. Nie ma dobrego i złego momentu. A może inaczej: każda decyzja w tej sprawie podjęta przez mamę, jest dobra, ale wiąże się z pewnym procesem i niesie za sobą określone konsekwencje. Czasem dziecko samo rezygnuje z piersi i mówimy wtedy o samoodstawieniu. A zalecenia medyczne do zaprzestania karmienia piersią? Na przykład zakażenie mamy przez wirusa HIV, zapalenie wątroby typu B, C, czy inne schorzenia związane z ryzykiem zakażenia dziecka. Ale to bardzo rzadkie sytuacje. Na pewno warto zwrócić uwagę na samopoczucie i emocje towarzyszące karmieniu. Jeśli staje się ono niekomfortowe pod względem psychicznym to jest to wystarczający argument, by zakończyć karmienie.

Aneta Korcz wyjaśnia, że inaczej wygląda odstawianie dziecka w pierwszym roku życia. Wtedy trzeba zadbać o podanie mu mleka modyfikowanego, tzw. jedynki, czyli mleka początkowego (takiego mleka nie wolno reklamować, jak mlek następnych). Niemowlęciu 7-8- miesięcznemu można podać mleko niekoniecznie w butelce, ale na przykład z kubeczka. Taki sposób wart jest rozważenia, ponieważ zdejmuje potem problem odstawiania od butelki.

- Decyzja należy jednak do rodziców – mówi Aneta Korcz. – Jako doradcy chcemy wspierać te decyzje, które rodzice sami podejmują.

Jak wyhamować

Ekspertki od karmienia zauważają, że z odstawieniem dziecka od piersi jest bardzo podobnie jak ze startem do karmienia. Wokół tych dwóch spraw nabudowano mnóstwo mitów, które narzucają mamom, co powinny robić, a czego nie, wbrew ich pragnieniom. Ta presja działa w dwie strony – zarówno, gdy sugeruje im się karmić dłużej niż by chciały, jak i krócej, na przykład do roku. Słyszą tak czasem od lekarza ortopedy, teściowej lub pani w żłobku. Chce pani posłać półtoraroczne dziecko do żłobka? To musi pani odstawić je od piersi – autorytatywnie wypowiada się wychowawczyni w żłobku. Bo jeżeli nie, to będzie mu trudniej znieść rozłąkę.

- A to nie jest prawdą – mówi Marta Moeglich. - Wręcz przeciwnie, pierś pomaga ukoić dziecięce emocje, które w tym trudnym momencie się pojawiają, bo pójście do żłobka to duża zmiana w życiu małego człowieka. Inna sprawa jest taka, że pierś w społecznym postrzeganiu służy głównie do seksu. Może dlatego karmienie powyżej roku jest źle widziane. Natomiast w świecie laktacyjnym długie karmienie zaczyna się dopiero powyżej dwóch lat. Dla każdej mamy oznacza to jednak co innego. Dla jednej długo to 8 miesięcy, dla innej rok, dla innej trzy lata. Jeśli chce skończyć przed rokiem, to ją w tym wspieramy. Tak samo jak wesprzemy mamę, która chce karmić trzy lata. Ale jeżeli za pół roku zmieni zdanie, to też ok.

Jak podkreślają ekspertki, kończenie karmienia nie jest zerojedynkowe – wszystko albo nic. To nie odbywa się tak, że dzisiaj karmimy kilka razy dziennie, a jutro całkowicie odstawiamy. Można karmienie zredukować do pór, kiedy dziecko zasypia. Albo do karmienia tylko nocą. Można utulać karmieniem po powrocie ze żłobka. Każda mama robi tak, jak uważa i nikomu nic do tego.

Aneta Korcz przyznaje, że odstawienie od piersi kilkulatka może być trudne. To proces zarówno biologiczny, jak i emocjonalny. Wymaga z jednej strony wyhamowania laktacji, a z drugiej – podjęcia wewnętrznej decyzji bez poczucia winy. Zanim podejmiemy decyzję o sposobach na zaprzestanie karmienia warto zadać sobie pytanie dlaczego chcemy przestać karmić. Motywacja może być inna jeśli rozważamy to w pierwszych tygodniach po porodzie, a inna po roku, dwóch czy trzech latach.

To, że wiele kobiet deklaruje chęć karmienia piersią, a rezygnuje z niego po paru tygodniach najczęściej spowodowane jest bólem, obawą o zdrowie dziecka, a te często wynikają z braku realnego wsparcia otoczenia i personelu medycznego. Instruktaż prawidłowego przystawienia noworodka, pozycja ciała, odchylenie główki, ocena wędzidełka, ocena dolegliwości ze strony mamy powinny odbyć się kilkukrotnie w pierwszych tygodniach. Wszystkie te czynniki wpływają na to, czy dziecko najada się, czy prawidłowo przybiera na masie, czy karmienie jest dla mamy komfortowe. Czasami mamy, kończą karmienie przed zajściem w kolejna ciążę. Z biologicznego punktu widzenia nie muszą tego robić, jeśli nie ma wskazań medycznych, a jeśli  chcą, to jest wystarczający powód.

Aneta Korcza: - Na pewno warto próbować kończyć karmienie jak najmniej agresywnie. To znaczy stopniowo, rozkładając ten proces w czasie. Bywa, że mama jest zmuszona sytuacją, żeby przestać karmić jak najszybciej. Wtedy zdarza się, że przepisywane są leki, inhibitory prolaktyny, które szybko hamują laktację, ale z kolei skutki uboczne mogą być bardzo dokuczliwe. Takie rozwiązanie jest wskazane w pewnych sytuacjach, ale na pewno nie powinno się po nie sięgać rutynowo. Kończenie karmienia to długi proces, może trwać kilka tygodni, a nierzadko kilka miesięcy. Karmienie kilkulatka odbywa się często raz dziennie lub co parę dni. Ale chcę uspokoić – samoodstawienie nastąpi na pewno zanim dziecko pójdzie do szkoły.

Nie tylko w głowie

Aneta Korcz wylicza sposoby wspierające proces odstawiania. Po pierwsze: to sukcesywna redukcja karmień (produkcja mleka będzie się zmniejszać na zasadzie popytu i podaży). Po drugie: zaangażowanie innych, w tym partnera, w kontakt z dzieckiem, kiedy prosi ono o pierś (może pomóc wyjście mamy na spacer). Po trzecie: przeniesienie uwagi dziecka na coś innego co ono lubi, na przykład zabawę, czytanie. Po czwarte: zaproponowanie alternatywy: wody, mleka z kubka, czegoś do zjedzenia. Jeśli jesteśmy w trakcie procesu odstawiania, a jednak zdecydujemy się na podanie piersi, to warto wcześniej zaproponować coś do picia. Po piąte - zapewnienie, że malec zawsze może się przytulić. Po szóste - odciągnięcie karmienia w czasie (po kąpieli, po śniadaniu, po przedszkolu). Albo wymyślenie nowego rytuału w zamian za jedno karmienie. Warto być konsekwentnym i nie proponować piersi, kiedy dziecko nie wspomina, tak na pocieszenie, ale też nie mówić bezwzględnie „nie”, kiedy prosi. Raczej warto unikać rozpoczęcia odstawiania wtedy, gdy w życiu dziecka zachodzą duże zmiany, na przykład idzie do przedszkola. Trzeba liczyć się z przejściowymi, możliwymi konsekwencjami odstawienia dla mamy, to jest z obniżeniem nastroju, przepełnieniem piersi, zapaleniem gruczołu (najczęściej przy nagłym odstawieniu) i wiedzieć, jak im zaradzić. Dobrze jest ograniczyć produkty wzmagające laktację (słód jęczmienny) oraz mieć kontakt do lekarza lub specjalisty laktacyjnego.

Tu i ówdzie słyszy się obawy, że długie karmienie piersią zagraża autonomii malca.

- Jest wręcz przeciwnie – odpowiada Aneta Korcz. – Mówią o tym zarówno badania, jak i moje doświadczenie. Obserwuję mianowicie, że karmienie piersią umacnia poczucie bezpieczeństwa dziecka, a to z kolei buduje jego poczucie własnej wartości, a więc także autonomię.  Na poczucie bezpieczeństwa i wspieranie autonomii wpływa wszystko co robimy: pozwalanie na samodzielność w innych sferach, rozumienie  tego, co dziecko sygnalizuje, okazywanie bliskości w innych sytuacjach niż karmienie piersią. Jeżeli akt karmienia piersią jest jedynym momentem, kiedy dziecko jest z mamą blisko to odstawienie może być trudniejsze, bo dziecko będzie zabiegać właśnie o tę bliskość.

Marta Moeglich: - Mówi się, że karmienie siedzi w głowie. My, promotorki karmienia, nie lubimy tego określenia. Bo kobiety się obwiniają, jeśli coś potem pójdzie nie tak. Myślą: z tą moją głową chyba nie jest w porządku, skoro zawaliłam, widocznie za mało się staram, za mało chcę. Głowa jest oczywiście ważna, ale czasem nie przeskoczymy tego, co ktoś nam wcześniej rozwalił. Bardzo często dużo złego dzieje się w szpitalach. Jeśli mama nie dostała tam wsparcia od specjalistów i nie rozkręciła laktacji, to czasem trudno jej to naprawić. No chyba że wykaże się dużym samozaparciem, zainwestuje w doradczynie laktacyjne, bo to też kosztuje, choć to wciąż będą mniejsze pieniądze niż cena karmienia mieszanką.

Promotorki karmienia podkreślają: karmienie piersią jest naturalne, ale nie znaczy, że łatwe. Matka i dziecko mają wszystko, co do karmienia niezbędne od strony fizjologicznej. Ale karmienia trzeba się najzwyczajniej w świecie nauczyć. A do tego potrzeba edukacji i wsparcia.

  1. Psychologia

Bunt nastolatków - jak przetrwać ten okres?

Bycie rodzicem nastolatki nie jest łatwe i wymaga całkiem innych umiejętności niż bycie rodzicem małego dziecka. (fot. iStock)
Bycie rodzicem nastolatki nie jest łatwe i wymaga całkiem innych umiejętności niż bycie rodzicem małego dziecka. (fot. iStock)
Jak przetrwać ciągłe zmiany nastroju i burzę hormonów bez narażenia na szwank dobrej relacji? Jak wytrzymać pod jednym dachem z małoletnią złośnicą? - Lepiej wypracować po prostu nową strategię postępowania - radzi Ewa Nowak.

Jestem mamą 13-latki i pilnie proszę o radę, bo przyznam, że puszczają mi nerwy. Dziś rano córka zrobiła mi awanturę z płaczem i krzykami. Powód? Była deszczowa sobota, a ona przecież miała z koleżanką iść na rower! Nastawiła się! Wczoraj wykrzyczała mi, że nie będzie nic jadła, bo miał być ciemny chleb, a w sklepie został już tylko biały. Obrażona poszła spać bez kolacji. Przedwczoraj obraziła się na mnie, bo powiedziałam, że w następną niedzielę przyjeżdża moja siostra, a córka chciała iść na basen. Może iść, ciocia się nie obrazi, ale ona chce spędzić ten dzień z ciocią. Ja jestem odpowiedzialna i winna złej pogodzie, temu, że sąsiadka umyła podłogę na korytarzu pachnącym kwiatami płynem, że nie mamy psa, basenu, że ona nie ma młodszego brata. Wiem, że dorasta, ale czy ja dam radę to przetrwać?

Trudno się dziwić Pani frustracji. Kiedy miłe, słodkie, przytulaśne dziecko nagle, z dnia na dzień, zaczyna zachowywać się jak ktoś, kto nas szczerze nienawidzi, nie jest łatwo zachować zimną krew. Po kilku takich wyskokach mamy ochotę unikać kontaktów z własnym dzieckiem, schodzić mu z drogi, a najlepiej spotkać się z nim, gdy okres dojrzewania minie, a ono znów będzie w miarę „normalne” i przewidywalne. Okres dojrzewania czasem trwa i sześć lat (ale spokojnie, to rzadko się zdarza), więc trudno tak długo schodzić dziecku z drogi. Lepiej wypracować po prostu nową strategię postępowania.

Pierwsza rzecz, jaką Pani proponuję, to zakorzenienie w sobie takiej myśli: „Ona mi tego nie robi specjalnie, ona teraz inaczej nie umie się komunikować, ona musi być taka, bo co kilka sekund zmienia się jej ekstremalny nastrój na inny ekstremalny nastrój (decyduje o tym chemia mózgu). Ona jest zakładniczką swoich hormonów, nie rani mnie celowo”. Codzienna mantra rodzica powinna zawierać frazę: „Ona mi tego nie robi specjalnie”. Gdy się o tym pamięta, jest łatwiej.

Nastolatka: robi awantury, obraża się, stroi fochy, nie odzywa się, przedrzeźnia, ignoruje polecenia, ma humory, nie liczy się z rodzicami, łaknie kontaktów wyłącznie z rówieśnikami (którzy stają się wyrocznią we wszystkich kwestiach), ma poczucie, że wszystko wie, że żadna pomoc, żadne wsparcie nie jest jej potrzebne, chce o czym tylko się da decydować samodzielnie – nawet jeśli ma to skończyć się dla niej źle. Prawie wszyscy burzliwie przechodziliśmy przez okres dojrzewania. Bycie rodzicem nastolatki nie jest łatwe i wymaga całkiem innych umiejętności niż bycie rodzicem małego dziecka. Najlepiej ten fakt zaakceptować i wybrać najrozsądniejszą drogę postępowania.

Dojrzewanie to ważny moment w życiu każdego człowieka. Co więcej, dzieci w toksycznej relacji z rodzicem (lub w rodzinach dotkniętych patologią) często nie przechodzą okresu dojrzewania emocjonalnego i pozostają w zbyt bliskiej relacji z rodzicami. Warto na ten ciężki okres patrzeć właśnie tak: Lepiej, że to dzieje się teraz. I że w ogóle się dzieje.

Ewa Nowak: pedagożka, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży.

  1. Psychologia

Śpij, Kochanie

Dziecko jest na ogół doskonale regulowane przez zegar dobowy, tylko rodzice muszą sami się doregulować. I zastanowić, w jakim stanie umysłu i serca siadają przy jego łóżeczku. (Ilustarcja: Katarzyna Bogucka)
Dziecko jest na ogół doskonale regulowane przez zegar dobowy, tylko rodzice muszą sami się doregulować. I zastanowić, w jakim stanie umysłu i serca siadają przy jego łóżeczku. (Ilustarcja: Katarzyna Bogucka)
Dziecko w łóżku z nami czy osobno? Usypiać czy zostawiać, aż samo zaśnie? Na pytania zmęczonych zarwanymi nocami rodziców odpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger. 

Kiedy małe dziecko powinno samo zasypiać? Nie ma tu reguły, każde dziecko jest inne.

To kiedy powinniśmy je tego uczyć? Im wcześniej, tym lepiej? Bo to przecież jeden ze sposobów kształcenia jego autonomii. Do drugiego roku życia staramy się dziecka nie frustrować. To nie czas na budowanie jego autonomii, jest to natomiast czas na szybkie, adekwatne zaspokajanie rozwojowych potrzeb dziecka. Nie ma obawy, nie stracimy czasu, bo zaspokojenie tych potrzeb we wczesnym okresie życia dobrze posłuży szybkiemu osiągnięciu przez dziecko autonomii w przyszłości. Nie ma przebacz, jeśli ktoś decyduje się na dziecko i chce je dobrze wychować – co znaczy: szybko uniezależnić – musi to sobie wziąć do serca. I nie dajmy się zwieść w tej sprawie żadnym pseudonaukowym nowinkom. Na przykład takim, że jeśli dziecko będziemy zamykać na noc w ciemnym pokoju i pozwalać mu płakać tak długo, aż wymęczone i przerażone zaśnie, to mu to w przyszłości wyjdzie na dobre.

A nie jest tak, że czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał? W okresie do dwóch lat, gdy dziecko jest zupełnie bezradne i zdane na opiekę rodziców, najważniejsze jest jego poczucie bezpieczeństwa i ważności. Doświadczenie tego, że mimo braku jakichkolwiek osiągnięć i sprawiania tak wielu kłopotów jest najważniejszą istotą na świecie dla tych dwojga ludzi, którzy sprowadzili je na świat. Poczucie bezpieczeństwa i wartości, jeśli mocno się w dziecku zakorzeni, będzie niezastąpionym skarbem na resztę jego życia. Dlatego nie słuchajmy pseudowychowawczych porad, których większość powstała w Prusach w czasie rewolucji przemysłowej, bo w istocie służyły one nie dobru dziecka, lecz wyłącznie temu, żeby rodzice jak najprędzej wracali do fabryk, kopalń i tkalni. To była wielka manipulacja służąca systemowi, a nie dziecku czy rodzicom.

Jak wobec tego to, co mówisz, ma się do filozofii wychowania dzieci w innych krajach, na przykład we Francji? Tam lekarz pediatra zaleca rodzicom: proszę kłaść niemowlę do łóżeczka i je „wypłakać”, bo w ten sposób szybko przyzwyczai się do samodzielnego zasypiania. To podobno działa, dzieci rzeczywiście szybko się tego uczą. A jakie mają wyjście? Każda żywa istota, nawet w skrajnie niebezpiecznej, grożącej życiu sytuacji, w końcu zaśnie. To może dobrze służyć jedynie komfortowi rodziców. A dalekosiężne konsekwencje tego okrucieństwa dla psychiki człowieka terapeuci widzą po latach w swoich gabinetach w postaci zaburzeń depresyjno-lękowych.

To służy, jak tłumaczą we Francji, temu, żeby rodzice odpoczęli, bo to pozwala im zachować dobrą kondycję fizyczną i psychiczną. Służy też temu, żeby mogli uprawiać seks, co jest trudne, gdy dziecko śpi razem z nimi. A w jaki sposób w uprawianiu seksu przeszkadza im dwuletnie śpiące dziecko? Wystarczy tylko zapewnić sobie wystarczająco duże łóżko albo łóżeczko dziecka postawić tuż obok materaca rodziców – i po kłopocie.

Lekarze z Centrum Badania Snu Dziecka w Bostonie twierdzą, że każdego malca można w ciągu kilku dni nauczyć zasypiania i przesypiania całej nocy. To dla rodziców umęczonych nocnym wstawaniem nęcąca propozycja. Co w niej złego? Oczywiście, że dziecko zostawione samo sobie w końcu zaśnie, tak jak zaśnie żołnierz w ostrzeliwanym okopie, gdy będzie dostatecznie zmęczony. Nie ma nic odkrywczego w tej okrutnej procedurze. Dziecko w wieku do dwóch lat powinno do woli korzystać z bliskości i obecności rodziców. To jedyny taki okres w naszym życiu pozwalający doświadczyć miłości, ciepła, troski, poczucia bezpieczeństwa, a także bezwarunkowo ofiarowanego poczucia własnej wartości.

Bostońscy lekarze przekonują, że można z miłością i bez naruszania bezpieczeństwa dziecka uczyć je samodzielnego zasypiania. Pokazują, jak to robić nieinwazyjnie. Na przykład czule pożegnać dziecko, odłożyć na minutę do łóżeczka, pojawić się, kiedy protestuje, znów wyjść na minutę. I tak aż do skutku. Według nich taka nauka zasypiania skutkuje też tym, że dziecko będzie zasypiać samo, gdy się przebudzi w nocy. Po co tyle trudu? Dziecko przecież i tak zacznie zasypiać i spać samo. Po roku, maksimum dwóch bezwarunkowego i bezstresowego dopieszczenia, gdy będzie czuło się komfortowo, bezpiecznie, samo zaśnie w swoim łóżeczku. Wyjmuje mu się tylko jeden szczebelek, żeby mogło, jeśli poczuje taką potrzebę, przejść do rodziców. Nie mówię tego teoretycznie, sam przez to przeszedłem. Z matką moich synów urządziliśmy sypialnię tak, że mieliśmy ogromną platformę do spania. Synowie zajmowali miejsce za naszymi głowami, w niczym nam nie przeszkadzali, a my byliśmy spokojni, bo mogliśmy w każdej chwili ich dotknąć, pogłaskać, chwycić za nogę lub rękę, uspokoić i dalej spać. Gdy dostali swoje łóżeczka, to z radością poszli spać do swojego pokoju.

Widzisz jakieś „za” w uczeniu dziecka samodzielnego zasypiania? Nie widzę żadnego. Spanie to naturalny proces, nie trzeba dziecka w tym trenować. Powtórzę: jeśli zapewni mu się poczucie bezpieczeństwa, troskę i miłość, to wszystko przebiegnie naturalnie i szybko.

Nie do końca tak bywa. Znam rodziców, którzy nie przespali całej nocy od pięciu lat. Dziecko wciąż domaga się ich obecności w nocy i nie chce słyszeć o spaniu w swoim pokoju. Jego mama powiedziała mi, że żałuje, że nie przysposabiała go do samodzielnego spania. Dzieci są różne. A poza tym za ich problemem ze spaniem mogą kryć się jakieś zaburzenia somatyczne lub trudne emocje i napięcia między rodzicami. Dorośli powinni więc przyjrzeć się też sobie. Dziecko tej mamy z jakichś powodów potrzebuje nadal jej bliskości i wsparcia. Oczywiście można doprowadzić bezbronne dziecko do rezygnacji z jego ważnych potrzeb i wychować dorosłego, który nie będzie rozpoznawał sygnałów nadawanych przez własny organizm i nie będzie wiedział, jak na nie odpowiadać.

We Francji nie widać jakichś strasznych skutków. Pewna pisarka pracująca w bogatej francuskiej wielodzietnej rodzinie opowiadała mi, że gdy kilkumiesięczne niemowlę, wykąpane i nakarmione, odnoszono do swojego pokoju, wszyscy zasiadali do kolacji i nikomu nie przeszkadzał płacz dochodzący zza ściany. Starsze dzieci, zapewne wcześniej też tak trenowane, wydawały się szczęśliwe, a od polskich różniło je tylko to, że były bardziej zdyscyplinowane. Ci pozbawieni empatii rodzice byli zapewne wychowani w chłodnym, bezuczuciowym reżimie, więc tak też wychowywali swoje dzieci. To transpokoleniowa fala: „Skoro ja dostałem w kość w dzieciństwie od swoich rodziców, to moje dzieci dostaną w kość ode mnie”. Niestety, we Francji powszechną praktyką jest to, że trzymiesięczne dziecko oddaje się do żłobka. Trenowanie niemowląt w samotnym zasypianiu to część tego samego sposobu myślenia o wychowaniu dziecka – systemu, który racjonalizuje egoizm rodziców, w którym ich potrzeby stają się ważniejsze od potrzeb dziecka. A konsekwencje są takie, że Francja jest krajem o największej liczbie singli i rozwodów w Europie. Bo jeśli człowiek nie zaspokoił w dzieciństwie potrzeby bezpieczeństwa, doznawania troski i bezwarunkowej miłości, to będzie tego obsesyjnie szukał w swoich dorosłych związkach, nieustannie zmieniając partnerów w próżnej nadziei, że ta kolejna osoba będzie w stanie to dostarczyć. Będzie więc – jak małe dziecko – nastawiony wyłącznie na branie, wiecznie niezadowolony z tego, co dostaje, i nieskory do rezygnacji ze swoich planów i potrzeb na rzecz innych. Dotyczy to również stosunku do dzieci.

Decydując się na dziecko, musimy z góry założyć, że rezygnujemy z wielu naszych potrzeb. Jeśli je kochamy, będzie nam to łatwiej zrobić, rezygnacja nie będzie bolesna. Jeśli natomiast dziecko ma być tylko zadaniem, projektem lub dodatkiem do facebookowego obrazka szczęśliwego życia, to lepiej pozostać bezdzietnym.

Badacze snu twierdzą, że dzieci, które nie potrafią same zasypiać, nie są wcale dziećmi z problemami. Wprost przeciwnie – są bardzo pojętne. Szybko uczą się, że gdy głośno domagają się obecności przy zasypianiu mamy, i są w tym konsekwentne, to mama to życzenie spełni. Czy nie ma obawy, że w ten sposób wychowamy terrorystę? Jeśli od początku trzeciego roku życia dziecka nie zaczniemy stopniowo wymagać od niego większej samodzielności, to może się tak stać. Ale człowiek ma pewną hierarchię potrzeb. Kiedy zostaną zaspokojone te podstawowe, jak poczucie bezpieczeństwa, przechodzi on niejako do zaspokajania następnych. Oczywiście dzieci nie są duplikującymi się klonami, każde potrzebuje czego innego. Ale wszystkie bez wyjątku potrzebują miłości i bezpieczeństwa. Przedwczesny trening i zbyt duże wymagania sprawią, że choć dziecko w końcu się do tego dostosuje, to jednak poniesie w swoją dorosłość wiele deficytów i ograniczeń, które bardzo skomplikują mu życie. Jestem pewny, że badania cytowanych przez ciebie lekarzy nie uwzględniają tych długofalowych konsekwencji.

Do jakiego wieku spanie z dzieckiem w jednym łóżku jest dobrym rozwiązaniem? To indywidualna sprawa. Na pewno wygodne jest wtedy, gdy mama karmi piersią, co nie powinno trwać dłużej niż rok*, czyli do czasu, gdy dziecku urosną zęby, których pojawienie się jest sygnałem tego, że czas usamodzielniać dziecko w dziedzinie odżywiania. Ale w okresie karmienia wspólne legowisko naprawdę się sprawdza. Trzeba znaleźć złoty środek między potrzebami dziecka i naszymi, żeby też nie wychować "potwora"**, który nas terroryzuje. Ale to nie grozi dziecku do drugiego roku życia.

Przywołam tu ogólną zasadę, zaczerpniętą z mądrości Wschodu, gdzie dzieci bardzo szybko uniezależniają się i stają się autonomicznymi ludźmi. Zasada jest następująca: przez pierwsze pięć lat rodzice są niewolnikami potrzeb swojego dziecka, od 5 do 15 lat dziecko jest niewolnikiem swoich rodziców (wtedy następuje proces socjalizacji), a od 15. roku życia stopniowo staje się ich partnerem. W myśl tej zasady dzieci hinduskie od urodzenia pozostają w stałym kontakcie z matką, są noszone w chuście, czują jej zapach i słyszą bicie jej serca. Wzrastające w takim poczuciu bezpieczeństwa maluchy szybko stają się samodzielne i odważne. Dopieszczone i dokochane, szybko podążają w kierunku coraz większej autonomii i emocjonalnie dojrzewają. Podobnie dzieje się w innych kulturach.

Usypianie dziecka bywa utrapieniem rodziców. Znam takich, którzy muszą wozić synka autem, bo twierdzą, że tylko wtedy zasypia. Rytuały z zasypianiem są ważne, to nie ulega wątpliwości. Które z nich są według ciebie najważniejsze? Spokój rodziców i zadbanie o ich własny rytm dobowy. Dobrze na przykład o zmroku zmniejszyć oświetlenie domu, zapalać żółte światło, nie włączać telewizora, laptopa. Jeżeli rodzice sami wejdą w stan resetu, odpoczynku, wyciszenia, to dziecko za tym pójdzie. Dziecko jest na ogół doskonale regulowane przez zegar dobowy, tylko rodzice muszą sami się doregulować, a też zastanowić, jakim wzorcem są dla dziecka i w jakim stanie umysłu i serca siadają przy jego łóżeczku, dotykają go czy karmią. Czy tam jest duża doza irytacji, zniecierpliwienia, niechęci, złości? Jeżeli tak, to trzeba zastanowić się nad sobą, a nawet pójść do psychologa czy terapeuty i zapytać, dlaczego taką niechęcią reaguję na swoje dziecko, dlaczego mam tak mało cierpliwości, tak mało serca, dlaczego jest we mnie takie napięcie, dlaczego czuję się obrabowywany z energii i czasu przez swoje własne dziecko, które zaprosiłem na ten świat. Trzeba zadać sobie takie niewygodne pytania, a nie tresować dziecko po to, żeby od tych pytań uciec i żeby było nam wygodniej.

Nie ma jedynej recepty na wychowanie. Rodzice powinni po prostu ufać sobie, to chyba najlepszy drogowskaz. To prawda. Trzeba przyjąć założenie, że dziecko to nie tabula rasa. Przychodzi na świat już z pewnym bagażem zapisanym w genach. Niektórzy mówią, że rodzi się z kwantowym programem, który ma swoją historię i dynamikę, więc rodzi się w nieprzypadkowym miejscu i ma nieprzypadkowych rodziców. Jeżeli można sformułować ogólną zasadę, to taką: do drugiego roku życia wyposażamy dziecko w poczucie bezpieczeństwa i bezwarunkową miłość, która nie stawia żadnych wymagań typu: śpij na żądanie, jak najszybciej usiądź na nocniku, zacznij kontrolować zwieracze, najlepiej to bądź gotowy na rozstanie ze mną w szóstym miesiącu życia i zaakceptuj żłobek, bo chcę wrócić do pracy. Takie wygórowane przedwczesne wymagania to emocjonalna przemoc wobec dziecka i racjonalizacja rodzicielskiego egoizmu. Oczywiście zawsze będą od tego jakieś wyjątki ze względu na predyspozycje dziecka, cechy charakteru rodziców i poziom ich osobistego rozwoju. Bo nawet jeśli namówimy rodziców do tego, żeby traktowali dziecko przez dwa lata w taki sposób, jaki tu proponuję, a oni do tego wewnętrznie nie dorośli, to i tak nie dostarczą dziecku poczucia bezpieczeństwa, ważności, bezwarunkowej miłości. Bo chociaż na poziomie praktycznym wprowadzą w życie wszystkie zasady, to fakt, że będą zniecierpliwieni, źli, a nawet wrogo nastawieni do dziecka, zniweczy ich wysiłki. Stąd zasada, że mniej ważne w sprawach międzyludzkich jest to, co robimy, a najważniejsze to, w jakim stanie ducha, serca i umysłu jesteśmy, gdy to robimy.  

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

* Od redakcji: Zdanie o karmieniu piersią, sugerujące, że nie powinno ono trwać dłużej niż rok to nasz błąd, za który przepraszamy. Wszelkie kwantyfikatory, a zwłaszcza określenie „powinno się” w odniesieniu do karmienia piersią, są niedobre. KAŻDA matka robi w tej kwestii tak, jak uważa, jak może. Karmi piersią, zgodnie z wytycznymi WHO, czyli do 6. miesiąca życia dziecka wyłącznie piersią, a potem - rok, dwa, trzy, czy do 6. roku życia. Szacunek i zrozumienie należy się też matkom, które  z różnych powodów nie mogą karmić.

** Używając tego słowa chciałem zwrócić Czytelniczkom uwagę na konieczność stopniowego stawiania dziecku  granic w sytuacjach, gdy narusza lub/i nadużywa rodzicielską przestrzeń (łóżko, miejsce i narzędzia pracy, toaletę i łazienkę), czas zarezerwowany dla rodziców, a także granice rodzicielskiego ciała. Pierwsze wymagania związane z przestrzeganiem tych granic mogą się zacząć pojawiać już na początku trzeciego roku życia. To bardzo ułatwi dziecku adaptację do sytuacji przedszkola i do zasad współżycia w grupie rówieśniczej - a także wśród dorosłych. W kontekście wieloletniego karmienia piersią nie stawianie granic z wolna instaluje w umyśle już nawet trzyletniego dziecka tendencję do instrumentalnego traktowania matki. Wiele długokarmiących matek, z którymi miałem do czynienia przy okazji ich terapii, opowiadało mi o tym, że ich nawet 5-6 letnie dzieci potrafiły agresywnie i aktywnie (np.  zadzierając mamie bluzkę ) domagać się natychmiastowego dostępu do piersi, gdy tylko z jakiś powodów poczuły się sfrustrowane. Zdarzało się to także w sytuacjach towarzyskich i w miejscach publicznych. Nie ulega wątpliwości, że takie zachowanie świadczy nie tylko o instrumentalnym i uprzedmiotowującym stosunku do matki lecz także o silnym uzależnieniu dziecka od piersi matki oraz braku zdolności do autonomicznego radzenia sobie z trudnymi emocjami." Wojciech Eichelberger 

  1. Psychologia

Często, gdy zostajemy rodzicami, zapominamy o swoich uczuciach z dzieciństwa

„Kto nie pamięta dokładnie swojego dzieciństwa, ten jest złym wychowawcą” – stwierdziła już w XIX wieku austriacka pisarka Marie von Ebner-Eschenbach. (fot. iStock)
„Kto nie pamięta dokładnie swojego dzieciństwa, ten jest złym wychowawcą” – stwierdziła już w XIX wieku austriacka pisarka Marie von Ebner-Eschenbach. (fot. iStock)
Czego Jaś doświadczył na własnej skórze, z tego Jan może korzystać. Nasze przeżycia z dzieciństwa to kapitał, z którego warto czerpać, gdy sami zostajemy rodzicami. Niestety, wielu z nas o nich zapomina.

„Chcielibyśmy wierzyć, że cierpienie w dzieciństwie może na coś się przydać. Ale tak nie jest” – przeczytałam w numerze „Sensu”. Ale nie uwierzyłam. I nie tylko dlatego, że nie chcę. Na własne oczy widzę, że ci, którzy mają za sobą tak zwane trudne dzieciństwo, często mają z tego jakieś zyski. Ciągle ich coś uwiera, zmuszając do poszukiwania rozwiązań własnych problemów. A kto szuka, ten znajdzie, czasem nawet więcej niż się spodziewał.

Podróże w głąb siebie i do przeszłości mogą prowadzić do bardziej świadomego życia. Do zrozumienia nie tylko tego, co nam się przydarzyło, ale także tego, o co dziś w życiu nam chodzi. Jeśli przetrwaliśmy trudne dzieciństwo, znamy swoją siłę. Wiemy, że możemy się na sobie oprzeć. To pomaga w konfrontacji z trudną dorosłością. Ale czy to dorosłość jest trudna?

Wbrew powszechnie obowiązującym mitom, dzieciństwo to chyba najtrudniejszy czas w życiu człowieka. Nawet jeśli najwcześniejsze lata były dla niektórych beztroskie, to nie istnieje młodość pozbawiona cierpień. Bóle wzrostowe psychiki są równie nieuchronne jak bóle kości. Wystarczy przypomnieć sobie szkolne czasy. Czy pamiętacie, jak mocno przeżywa się lęk przed klasówką? Przegraną w zawodach, w których byliśmy faworytami? Zdradę przyjaciółki, która nagle przesiadła się do innej ławki? Nigdy potem uczucia nie są już tak intensywne, a my wobec nich tak bezradni. I jeszcze to poczucie niezrozumienia przez dorosłych.

„Kto nie pamięta dokładnie swojego dzieciństwa, ten jest złym wychowawcą” – stwierdziła już w XIX wieku austriacka pisarka Marie von Ebner-Eschenbach. I ta myśl nic a nic się nie zestarzała. Wszyscy byliśmy dziećmi. Na własnej skórze zbieraliśmy doświadczenia, które mogą pomóc przeprowadzić nasze dzieci przez dzieciństwo. Mogą, ale tylko wtedy, jeśli z nich skorzystamy.

Iza, matka piętnastolatki, przyszła na spotkanie roztrzęsiona. Przeczytała pamiętnik swojej córki. Okazało się, że Ania wypisuje tam straszne rzeczy. Iza chciała o nich opowiedzieć, ale ją zatrzymałam: „Poczekaj! Jakbyś się czuła, gdyby ktoś przeczytał twój pamiętnik?”. Świetnie znała odpowiedź na to pytanie. Kiedyś ojciec przeczytał jej pamiętnik. Nie odzywała się do niego przez pół roku. Nigdy więcej nie napisała słowa.

Nie chodzi mi o to, że nie należy czytać cudzych pamiętników. Jasne, że nie należy, i mam nadzieję, że wszyscy to wiedzą. Chodzi o to, jak łatwo zapominamy o swoim dzieciństwie, gdy zostajemy rodzicami. Ci, których spotykam najczęściej, dzielą się z grubsza na dwie kategorie. Jedni nie są pewni niczego, wciąż dręczą ich nowe pytania. Drudzy nie mają żadnych wątpliwości, doskonale wiedzą, jak wychowywać, jak gdyby tę wiedzę wyssali z mlekiem matki. I rzeczywiście, przejęli ją z domu. Postępują zgodnie z tym, jak sami byli wychowywani, nawet jeśli w dzieciństwie czuli się źle traktowani przez rodziców. Odcinają się od własnych dziecięcych przeżyć i przechodzą na drugą stronę barykady – z troski o dziecko, z poczucia odpowiedzialności za jego wychowanie robią rzeczy, które im robiono, choć wcale im nie służyły. „Jak to nie służyły? Mnie ojciec bił i wyrosłem na porządnego człowieka”. No właśnie. Problem z nimi jest taki, że zawsze mają rację, tylko nie wiadomo, dlaczego ich dziecko sprawia kłopoty.

Wśród rodziców niepewnych prym wiedzie Ela, matka ośmioletniego Alka. „Co mam mówić, kiedy Alek krytykuje w domu nauczycielkę? Albo gdy pobił się z kolegami? Nauczycielka niepokoi się, że on rysuje szubienice. Czy mam mu tego zabronić? Czy pozwolić mu na zajęcia sportowe, jeśli za mało się uczy?...”. Choć lista pytań Eli jest znacznie dłuższa, przerywam jej: „Elu, a co będzie, jak odpowiem na wszystkie twoje pytania?”. „Będę wiedziała, co robić” – mówi. „Nie” – bezlitośnie rozwiewam jej złudzenia. „Wtedy pojawią się następne pytania. Alek ugryzie kogoś w ucho, będzie przeszkadzał na lekcji rysunków, nie będzie chciało mu się rano wstać. Znów nie będziesz wiedziała, co robić. Czy nie lepiej zacząć pytać siebie?”.

W grupie dla rodziców przygotowujemy listę zachowań dobrego dorosłego. Żeby ją zrobić, trzeba sięgnąć do własnych wspomnień. Przypomnieć sobie te sytuacje, w których mieliśmy poczucie, że dorośli są w porządku. Co sprawiało, że czuliśmy się dobrze na świecie, a przynajmniej sprawiedliwie traktowani? Dlaczego chciało nam się starać? Każdy miał innych rodziców i nauczycieli, a jednak w każdej grupie dochodzi do podobnych ustaleń. Dobry dorosły okazuje zainteresowanie, umie słuchać, wprowadza jasne reguły, jest konsekwentny, jego decyzje nie zależą od nastroju, umie okazywać akceptację, może być surowy, byleby był sprawiedliwy. Daje prawo do swobody i do błędów. A czego dobry dorosły na pewno nie robi? Nie upokarza, nie inwigiluje, nie wrzeszczy, nie poucza bez przerwy... Każdy z nas może stworzyć własną listę, czyli podręczny poradnik dobrego rodzica. Można zaglądać do niego, gdy nie wiemy, co zrobić, a także wtedy, gdy nie mamy żadnych wątpliwości. I to jest bezsprzeczna korzyść nawet z najtrudniejszego dzieciństwa. Skoro udało nam się przeżyć, to coś dobrego musiało nas spotkać.

No i świetnie wiemy, czego nie warto robić swoim dzieciom.

A wracając do pamiętnika Ani, córki Izy. Czym mama była tak poruszona? Tym, co przeczytała o sobie. Że jest wścibska, że ciągle kontroluje, że jest gruba, a nosi mini, że... „Po co tam zaglądałaś?” – zapytałam. „Chciałam wiedzieć, co ona przede mną ukrywa”. „No to już wiesz. Ukrywa swój normalny w tym wieku krytycyzm. Może po to, by cię nie ranić?”.

Dzieci również mają prawo do prywatności. Jeżeli chcemy lepiej poznać własne dziecko, dbajmy o jak najlepszy z nim kontakt. Nie podglądajmy, spójrzmy czasem na świat z jego perspektywy. Trudne dzieciństwo nie usprawiedliwia, lecz zobowiązuje. Przynajmniej do tego, żeby rozumieć swoje dzieci lepiej, niż nas rozumieli rodzice.

  1. Psychologia

Człowiek przekazuje wartości pod warunkiem, że je ma. Jak buduje się rodzicielski autorytet?

Musimy zweryfikować swoją hierarchię wartości, zadać sobie pytanie: po co żyjemy. Dopóki tego nie zrobimy, dopóty nie możemy być ani szczęśliwymi ludźmi ani tym bardziej - dobrymi rodzicami. (Fot. istock)
Musimy zweryfikować swoją hierarchię wartości, zadać sobie pytanie: po co żyjemy. Dopóki tego nie zrobimy, dopóty nie możemy być ani szczęśliwymi ludźmi ani tym bardziej - dobrymi rodzicami. (Fot. istock)
Gdyby dorośli przyznali: „my też jesteśmy zagubieni”, byliby dla młodych ludzi wiarygodni. A nie są, bo udają, że wiedzą lepiej – mówi Iwona Majewska – Opiełka, psycholożka, autorka książek (m.in. „Wychowania do szczęścia”).

Obwieszczono ostatnio klęskę liberalnego modelu wychowania. Jego przeciwnicy uważają, że wskutek takiego wychowania dzieci robią teraz co chcą. To kompletne nieporozumienie. Liberalne wychowanie nie zakłada, że wszystko jest wolno. Daje dzieciom jedynie więcej wolności w podejmowaniu wyborów, stawia na rozmowę i współpracę. Moim zdaniem to, co się dzieje w Polsce i na świecie jeśli chodzi o wychowanie, wiąże się  zupełnie z czymś innym. Z tym mianowicie, że nikt nie próbuje wychowywać, ba, nie zastanawia się nawet , co to jest wychowanie. Wystarczy zapytać matkę, ojca, nauczyciela, co oni rozumieją przez wychowanie, to będzie cisza. Kiedy zadawałam takie pytanie, natrafiałam na milczenie. Musieliśmy więc wspólnie to ustalać. Ludziom wydaje się, że wychowywać to znaczy dać jeść, ubrać, okazjonalnie zwracać uwagę na to, co jest dobre, co złe, zapewnić edukację i to jak najlepszą. W szkołach tak samo – dzieci się nie wychowuje, a rozlicza z nauki. Wychowywanie w szkole źle się kojarzy, bo przecież już byliśmy wychowywani za PRL-u, więc nikt tego nie chce. No i nikt nie ma na to czasu.

No więc co to jest wychowanie? Otóż wychowanie to kształtowanie ludzi według jakiejś idei, misji, według jakiegoś spójnego systemu wartości i codzienne przekazywanie tego systemu poprzez czyny, dawanie przykładu, a nie tylko poprzez słowa. Najważniejsze są wartości, w jakich chcemy wychowywać. To muszą  wiedzieć rodzice od momentu narodzin dziecka, a najlepiej jeszcze przed, to musi wiedzieć oświata, która powinna mieć określoną misję szkoły.

Misja też się źle kojarzy… Misja PRL-u była beznadziejna, ale była. Teraz nie ma żadnej.

Jak to – a rankingi, testy kompetencji, wyniki? To jest pseudomisja. Rankingi, wyniki, liczba języków w szkole to ślepy zaułek, w jaki brnie szkoła. A rodzice też nie potrafią się temu szaleństwu przeciwstawić, bo wmawia im się, że wyniki testów są najważniejsze. Dorośli zabierają się za wychowywanie z błędnym założeniem – że sami są dobrze wychowani, że są w porządku. A prawda jest taka, że jesteśmy zagubieni w wartościach, więc nie pokazujemy ich dzieciom na co dzień. Nie ma ich w polityce, ani w biznesie, nie ma często w domu. A dziecko obserwuje i wyciąga wnioski.

Czytałam jakiś czas temu reportaż o dzieciach polityków różnych opcji. I wie pani jaki wyłonił się z tego tekstu obraz? W rodzinach katolickich, dzieci były zdyscyplinowane, szanowały dorosłych, pracowały na rzecz innych, natomiast w domach lewicy, w których panował luz, dzieci przysparzały nie lada kłopotów. A czy były szczęśliwe? O tym w ogóle nie mówimy. Rodzice spójni wewnętrznie, żyjący w zgodzie z pewnym systemem wartości, wyznaczają dzieciom jasne granice, co sprawia, że czują się one wtedy bezpiecznie i postępują w zgodzie z wyznaczanymi standardami, bo wszystko jest jasne, zrozumiałe. I rzeczywiście często dzieje się tak w rodzinach katolickich. Ale to nie dlatego, że ten system wychowania jest lepszy czy gorszy, tylko, że ten system jest spójny. Jeżeli rodzice mówią „nie kłam”, po czym sami chwalą się, jak to kogoś okłamali w pracy, nigdy w wychowaniu niczego nie osiągną. Owszem, w wielu domach powtarza się „nie kradnij, nie kłam”, ale kompletnie się tego swoim przykładem nie manifestuje i to jest problem.

Mamy różne rzeczy na sumieniu, a udajemy przed dziećmi, że jesteśmy doskonali? Tak. Gdyby dorośli przyznali: „my też jesteśmy zagubieni, ale staramy się odnaleźć ”, byliby dla młodych ludzi wiarygodni. Powinniśmy wreszcie dostrzec, ile sami musimy się jeszcze nauczyć. Chcieć pracować nad sobą, rozwijać się. Zaprosić dzieci do współpracy. Wychowanie to wspólna podróż dorosłych i dzieci.

My się uczymy od nich, one uczą się od nas, bo to nie jest tak, że my wszystko wiemy. Gdyby jajko nie było czasem mądrzejsze od kury, nie byłoby postępu na świecie, przez wieki obowiązywałby status quo.

A autorytet rodziców na tym współwychowywaniu nie ucierpi? Autorytetu nie można narzucić siłą. Jeżeli rodzice sami nie prezentują określonych wartości, a wymagają ich od dziecka, to nie zbudują autorytetu. Człowiek przekazuje wartości pod warunkiem, że je ma. Dzieciak kradnie, mama przychodzi do szkoły i pyta nauczyciela: No i co on ukradł? Długopis? A do dziecka: No wiesz co, przecież bym ci z pracy taki przyniosła. Autentyczne! Żeby przekonać do czegoś dzieci, sami musimy wierzyć w to, co mówimy. Mamy bardzo duży problem z wartościami i na to powinno się postawić. Ja dla starszej córki byłam najważniejszą osobą na świecie. Dlaczego? Bo jako psycholog i osoba dobrze radząca sobie w rzeczywistości cieszyłam się szacunkiem ludzi i ona to widziała. Z młodszą było już inaczej. Wyjechałam do Kanady, słabo znałam angielski, pracowałam przez jakiś czas jako dozorczyni domu i nie czułam się w tej nowej sytuacji pewnie. Autorytetem była dla niej starsza córka, menedżer, u którego  pracowałam, a dopiero potem ja. Ona po prostu doskonale widziała, że jestem zagubiona. Odbudowałam w końcu autorytet u mojego dziecka, ale to pewno dlatego, że pracowałam nad sobą o czym ona wiedziała, dalej nie zatrzymuję się w miejscu. Ale jakim autorytetem może być matka, która nie potrafi skorzystać z Internetu? Musimy iść z duchem czasu -  niech mnie dziecko nauczy tego, co umie, a z czym ja sobie nie radzę. Będziemy mieć potem o czym rozmawiać.

Przyzna pani jednak, że w wielu domach rządzą dzisiaj dzieci. Rodzice tłumaczą, że uginają się pod ich żądaniami, bo nie chcą, żeby ich dziecko było gorsze od innych. Dziecko rządzi dlatego, że wartością w jego domu są markowe ciuchy,  najnowsza komórka, telewizor plazmowy. Jeżeli rodzice są silni, mają poczucie wartości, kierują się pewnymi standardami moralnymi, to nie będą robić czegoś tylko dlatego, że tak postępują inni. Wiem, co mówię, bo ja też to przerabiałam. Starsza córka domagała się różnych rzeczy, a ja jej często odmawiałam. Tłumaczyłam: Ty nie musisz się w taki sposób wkupywać w środowisko, bo ty masz inne atuty, a poza tym znajdziesz ludzi, którzy to docenią. Sprowadzamy życie do materii - komputerów, telewizorów, telefonów, ubrań. Nie pokazujemy, że jest coś poza tym. Dajemy dzieciom protezy poczucia własnej wartości zamiast je w nich budować.

A co powinniśmy zaoferować dziecku? Czas i miłość. Powiedzmy sobie szczerze: kupno kolejnego gadżetu jest rodzajem rekompensaty za to, że tego czasu dla dziecka nie mamy. A jest on o wiele ważniejszy od nawet najbardziej pożądanego przedmiotu, którym zresztą dziecko będzie potem szpanowało, budząc zazdrość biedniejszych dzieci lub tych, które mają mądrzejszych rodziców. Trzeba tłumaczyć, że nie w tym tkwi istota życia, trzeba dać im coś w zamian. Rozmawiać, pokazywać świat, robić coś razem. Są ludzie, którzy żyją bez gadżetów, fajnie spędzając przy tym czas. Poznałam prostych ludzi, kolejarzy, którzy korzystając z ulgowych biletów, w każdy weekend wyjeżdżają z trójką dzieci do innego miasta, w inny kraniec Polski. Wszyscy tym żyją – wyszukują wspólnie miejsca do zwiedzenia, tanie hotele, a potem po prostu są razem.

W swojej książce napisała pani, że tylko szczęśliwi rodzice wychowają szczęśliwe dziecko. Tak uważam. Matka szczęśliwa ma szanse zadbania o to, żeby jej dzieci były szczęśliwe. Ojciec też. Tacy rodzice nie są sfrustrowani, nie odreagowują na dzieciach swoich problemów i nie zależy im na tym, żeby dzieci robiło to, czego im nie udało się zrobić tylko pozwalają im na własne wybory.

A dyscyplina, o której teraz tak głośno? Wychowanie nie sprowadza się do tego, żeby zrobić listę zakazów i nakazów. Dyscyplina tak, granice tak, ale to na konsekwencjach, a nie karach powinno się wychowywać. Te konsekwencje mogą być czasem bolesne, ale one musza być. A czego uczy młodych ludzi minister edukacji? Że nawet niezdaną maturę można odkręcić. Jego decyzja pokazuje, że się nie ponosi konsekwencji swoich wyborów. A idea wychowania sprowadza się do uczenia odpowiedzialności: Miałeś prawo się nie uczyć, bo jesteś wolnym człowiekiem, ale musisz za to zapłacić. I  na tym polega cała zabawa – pokazywać dzieciom: wybrałeś, ale z tym wyborem są związane konkretne skutki. Pamiętam, jak powtarzałam mojej młodszej córce Weronice: Człowiek jest wolny, może robić w życiu wszystko, ale jedno musi: pamiętać, że każdy czyn pociąga za sobą określone konsekwencje. Była niejadkiem, więc jej mówiłam: Nie musisz jeść, ale pamiętaj, że skoro nie ma w twoim brzuchu miejsca na obiad, nie ma i na słodycze, a następny posiłek jest o 18. Pamiętam, jak ona potem powiedziała do babci: Ja nic nie muszę! Babcia przeżyła szok. Ale efekt był rewelacyjny – zaczęła jeść!

Dlaczego pani zdaniem arbitralne zakazy nie skutkują? Bo je zawsze da się jakoś obejść. Jako młoda matka byłam dość radykalna - wymagałam grzecznego zachowania nie zwracając uwagi na jej potrzeby ruchowe i emocjonalne. Tłamsiłam ja w pewnym sensie. I co uzyskałam? Moje dziecko rzeczywiście zachowywało się fantastycznie, ale jak byłam w zasięgu 10 metrów. Córka znajomych natomiast, w porównaniu z moją, zachowywała się jak szatan. Myślałam: Jak oni z tym dzieckiem wytrzymują i co to będzie, kiedy pójdzie do szkoły. I co się okazało? Tamta w szkole zachowywała się grzecznie, a z moim dzieckiem przez pierwsze dwa lata był duży problem, bo zabrakło mamusi do poskromienia. Znajomi pozwalali córce na pewne rzeczy, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku, zakładając, że dziecko jest dzieckiem. Ja natomiast chciałam mieć laleczkę. I córka  rzeczywiście była bardzo grzeczna, ale w końcu gdzieś musiała dać upust swojej energii.

Apeluje pani w książce, żeby wychowywać dzieci do szczęścia. A nie do sukcesu?Gdybyśmy sukces rozumieli jako spokój sumienia i udane życie emocjonalne oraz rozwój zawodowy zgodny z predyspozycjami to tak. Ale dla wielu ludzi sukces to pieniądze i kariera.

A także wykształcenie, najlepiej dyplom z kilku fakultetów. To prawda, jest wielka presja na młodych ludzi, żeby za wszelką cenę kończyli studia. Pytam: po co? Czy nie można propagować teorii, że człowiek może być szczęśliwy również po zawodówce? Dlaczego męczyć te dzieci, które nie mają zdolności, stresować, mówić że wykształcenie jest tak ważne, co rodzi potem frustracje, bo oni spodziewają się, że jak w końcu zdobędą te dyplomy to będą pracować w wyuczonym zawodzie.

Wykształcenie jest ważne, ale w tym sensie, że poszerza horyzonty, pokazuje inny styl życia, ale niczego nie gwarantuje. Jeżeli już coś może gwarantować sukces, to pasja. Ja zawsze mówiłam córkom: Możecie kończyć co chcecie albo nic, ale starałam się zaszczepić im potrzebę czytania. I dziś młodsza córka jest moim przewodnikiem po tym, co się ukazuje na rynku. Studia łączą się z rozwojem światopoglądu, ale na litość, nie fundujmy dziecku oszustwa, że są wszystkim. Dlaczego nie mówimy mu, że ma być szczęśliwe? Dlaczego rozprawiamy o sukcesie, karierze, jak można po prostu o szczęściu? Niech sobie zaliczy matematykę na trójkę, ale jeżeli fantastycznie pisze, rysuje czy majsterkuje - niech to robi. Ważne, żeby wiedziało, że chcemy, aby było szczęśliwe.

Rodzice zaprotestują: Ależ chcemy! Może chcemy, ale według własnego wzorca, czy panującego stereotypu społecznego. Tymczasem dziecko jest przekonane, że zależy nam głównie na ocenach, że to my znamy przepis na jego życie, że wiemy, co jest dla niego dobre. Przyszła do mnie pewna pani doktor zrozpaczona, że syn zamiast na SGH idzie do szkoły oficerskiej. I wielki dramat w rodzinie. A może on chciał sprawdzić: A będziecie mnie kochać w mundurze? Powiecie w towarzystwie, że jestem w szkole oficerskiej? Musimy zweryfikować swoją hierarchię wartości, zadać sobie pytanie: po co żyjemy. Dopóki tego nie zrobimy, dopóty nie możemy być ani szczęśliwymi ludźmi ani tym bardziej - dobrymi rodzicami.

Iwona Majewska – Opiełka jest psycholożką, konsultantką, trenerką liderów, doradczynią rozwoju osobistego, autorką książek, m.in.: „Czas kobiet”, „Sprzedaż i charakter”, „Korepetycje z sukcesu” (REBIS), „Sukces firmy” (GWP)