1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dostrojenie - sposób na rozluźnienie, osiągnięcie spokoju i poszerzenie świadomości

Dostrojenie - sposób na rozluźnienie, osiągnięcie spokoju i poszerzenie świadomości

Kiedy przełączamy się na doświadczanie zmysłowe, umysł może wreszcie odpocząć. (Fot. Getty Images)
Kiedy przełączamy się na doświadczanie zmysłowe, umysł może wreszcie odpocząć. (Fot. Getty Images)
Rozluźnić się. Osiągnąć spokój. Poszerzyć świadomość. Jak? Amerykanin Stanley H. Block zaleca powrót do zmysłów. Jego metoda rozwoju osobistego, Mind-Body Bridging w Polsce znana jest jako Dostrojenie.

Rozluźnić się, osiągnąć spokój, poszerzyć świadomość. Jak? Amerykanin Stanley H. Block zaleca powrót do zmysłów. Jego metoda rozwoju osobistego, Mind-Body Bridging w Polsce znana jest jako Dostrojenie.

Wielu z nas zwykło myśleć o rzeczywistości dość niepochlebne rzeczy, utrwalone zresztą w języku. Że szara, twarda, ponura, brutalna. Stanley H. Block stawia tezę, że rzeczywistość może być kojąca, trzeba ją tylko oddzielić od stresujących wyobrażeń stworzonych przez umysł. Już we wstępie do swojej książki „Powrót do zmysłów” prosi czytelnika: „Pomyśl o setkach przedmiotów i powierzchni, których dzisiaj dotknąłeś, które stały się dzisiaj częścią twojego życia. Czy poczułeś, jak dotykałeś ubrania, kluczy, filiżanki, butów, wody, sztućców? Czy dostrzegłeś krajobraz, który mijałeś w czasie jazdy samochodem? Kiedy ostatnio przegapiłeś zjazd z autostrady albo ulicę, w którą powinieneś skręcić, gdyż twój umysł był czymś bardzo zajęty?”.

Praca zmysłów

Block pracował już od ponad 40 lat jako psychiatra i psychoanalityk, kiedy zaczął zastanawiać się, w jaki sposób człowiek hamuje naturalne procesy uzdrawiania (bo co do tego nie miał wątpliwości). I tak pewnego wieczoru, odpoczywając w salonie, zwrócił uwagę, że dobiegający z kuchni szmer lodówki to pojawiał się, to znikał. Zastanowiło go to. Lodówka pracowała cały czas, co zatem sprawiało, że jej szum na przemian docierał do uszu i nikł? „Zauważyłem, że gdy tylko w mojej głowie pojawiały się jakieś myśli, szmer lodówki znikał. Nagle dotarło do mnie, że to skupione na mnie samym myśli zatkały moje uszy! Uświadomiłem też sobie, że gdy tylko kierowałem uwagę z powrotem na szmer lodówki, ogarniał mnie spokój. Gdy gubiłem ten dźwięk, umysł napełniał się myślami, a ciało się napinało. Poza tym traciłem wówczas zdolność widzenia peryferyjnego. Moje własne myśli powodowały stan ograniczenia świadomości!” – pisze.

Zaczął badać pracę zmysłów, a dokładniej sposób, w jaki ich używamy: jak to jest, że patrzymy – nie widząc, słuchamy – nie słysząc, dotykamy – nie czując? Nazwał ten stan zapadnięciem świadomości. Co jest powodem tego odcięcia od świata tego owinięcia życia watą, pozbawienia go barw, smaków, zapachów? Nie może to być sam proces myślenia – w końcu jest dla człowieka czymś naturalnym! Uznał, że zjawisko to dotyczy wybranych myśli, odcinających od naszej istoty, i że za ich powstawanie odpowiedzialny jest jakiś podstępny układ. Nazwał go układem tożsamości, bo pełen jest egocentrycznych myśli i osądów. To za jego sprawą czujemy się czasem całkiem odrębną jednostką, tracimy poczucie spójności ze wszechświatem, lądujemy gdzieś poza „tu i teraz” – oddzieleni od doznań zmysłowych, bogactwa i pełni życia. Kiedy układ tożsamości jest aktywny, umysł zapychają nakręcające się myśli i fałszywe wyobrażenia, ciało napina się, zmysły drętwieją. Jesteśmy jak w pułapce, z dala od siebie, od wewnętrznej mądrości.

Myśli, będące podstawą istnienia układu tożsamości, Stanley Block nazywa wymogami. Jak łatwo się domyślić, próbują nam one narzucić, jacy powinniśmy być i jaki powinien być świat. Znajdziemy więc wśród nich wszelkie frustracje – że szef nas nie chwali (przecież wszyscy szefowie powinni to robić!), pies nie merda na nasz widok ogonem (może jest chory?) i że akurat na czas naszego urlopu psuje się pogoda (to niesprawiedliwe!). Inna sztuczka układu tożsamości to tzw. wewnętrzne opowieści, w które nas wciąga – dotyczące zwykle tego, co było lub będzie, co zawaliliśmy i czym możemy się wykazać w przyszłości. Stanley Block twierdzi, że nadaktywny układ tożsamości zawęża naszą świadomość i wywołuje strach, a wprowadzenie go w stan spoczynku całkowicie odmienia życie.

Jak działa Dostrojenie?

Układ tożsamości oddziela nas od ciała, a bez kontaktu z ciałem – wiadomo – tracimy ugruntowanie, poczucie bezpieczeństwa. – Dlatego, kiedy jesteś niespokojna czy nie możesz zasnąć, potrzyj palcami powierzchnię jakiejś tkaniny – zaleca Stanley Block. – Bądź świadoma faktury materiału, po którym przesuwają się koniuszki palców... Chodzi o to, żeby być świadomym doznań w ciele i myśli, tego, na co patrzymy i czego słuchamy. Dostrojenie można praktykować wszędzie, choćby stojąc w kolejce do kasy. – Wsłuchaj się w zgrzyt wózków sklepowych, w „bipy” kasy, szczebiot dziecka – sugeruje Stanley Block. – Poczuj swoje ciało – obolałe nogi, burczący brzuch. Sprawdź, czego dotykają twoje palce, skóra... Kiedy przełączamy się na doświadczanie zmysłowe, umysł może wreszcie odpocząć. A przecież to umysł z jego natarczywymi myślami podkręca nasze emocje. Jesteś wściekła? Zanim zareagujesz, posłuchaj, czym żyje świat: wsłuchaj się w szczekanie psa, szum z ulicy, śpiew ptaków.

Jeszcze dwa terminy: depresor i fikser. To one tworzą układ tożsamości. Pierwszy przechwytuje neutralną myśl (np. „nie zdążyłam”), by stworzyć wokół niej własną opowieść („jestem nieudacznikiem”, „nie nadaję się”, „nie potrafię”, „mam pecha”, „wszystko na nic”) i udowodnić, że coś z nami jest „nie tak”. Drugi jest dużo bardziej podstępny – próbuje zaradzić sytuacji, a tak naprawdę wykorzystuje ją, by zbudować motywację i presję („muszę się bardziej postarać, wcześniej wstawać, mniej rozmawiać przez telefon”). Nie chodzi tu o to – tłumaczy Stanley Block – by rozstrzygać, które myśli są negatywne, a które pozytywne. Nie chodzi o to, by – jak zaleca wiele szkół – eliminować pierwsze, a wzmacniać drugie, ale żeby się do nich zdystansować, nie być ich niewolnikiem. Nie dopuścić do snucia wewnętrznych opowieści, wywołujących napięcia w całym ciele. Żeby mieć świadomość, że jesteś czymś znacznie większym niż twoje myśli.

Stąd pomysł, żeby je nazywać. Jak to zrobić? Po prostu. Pomyślałaś sobie, że jesteś głupia? Przyznaj: „Miałam myśl, że jestem głupia”. Pomyślałaś: „Zabiję gnoja!”. W porządku, powiedz sobie: „Miałam myśl, że zabiję gnoja!”. A może twoja myśl to: „Muszę schudnąć kolejne trzy kilo, inaczej nikt mnie nie pokocha”. To tylko myśl! Ty decydujesz, co z nią zrobić, ona o niczym nie przesądza.

Inne, stosunkowo proste narzędzie, pomagające zneutralizować układ tożsamości, to kreślenie map umysłu-ciała. Pracuje się z pytaniem, np. „Co się dzieje w moim umyśle?” albo „Co mam zrobić?”. Na wykonanie takiej mapy wystarczy pięć minut. Na środku kartki, w kółku, zapisujesz temat-pytanie, a wokół niego wszystko, co się w związku z nim pojawia: myśli, skojarzenia, odczucia w ciele. W ten sposób masz przejrzysty obraz tego, jak działa twój układ tożsamości. To wystarczy – twierdzi Stanley Block – by uwolnić się spod jego wpływu, znaleźć nową perspektywę. Zaleca, by za każdym razem, gdy przeżywamy jakieś trudności, sporządzić mapę przedstawiającą aktualny stan umysłu. Propozycji map jest zresztą w książce całe mnóstwo: mapa depresora, mapa fiksera, mapa „kim chciałbym być?”, mapa snu, decyzji, śmierci... Mało? Książka „Powrót do zmysłów” zawiera też 10-dniowy plan optymalizacji życia. Autor zapewnia, że używając wszystkich narzędzi z tego planu, możesz przekształcić układ tożsamości w „maszynę do uzdrawiania”. Można by uznać, że dostrojenie to nic nowego, a jednak... Intryguje. Jak wiele innych metod, promuje uważność, zachęca do tego, żeby obserwować umysł i wyłapywać, kiedy wpada w wir nakręcających się myśli. Podsuwa też – jak przystało na metodę zrodzoną w Ameryce – gotowe narzędzia.

Warto przeczytać: Stanley H. Block, Carolyn Bryant Block, „Powrót do zmysłów”, Czarna Owca 2011

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak pozbyć się blokad z naszego ciała? Rozmowa z terapeutką Marią Rozwadowską

W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie, nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. (Fot. iStock)
W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie, nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. (Fot. iStock)
Dla mnie radość jest efektem ubocznym tego, że wszystkie zamrożone blokady w naszym ciele odpuszczają – mówi terapeutka Maria Rozwadowska.

Alexander Lowen, twórca bioenergetyki, w książce „Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć” pisze, że pacjenci często wychodzą od niego radośni, ale nie trwa to długo, bo ten stan osiągnęli dzięki niemu, nie dzięki sobie. Jego zdaniem jako dorosłym jest nam trudniej odczuwać radość, niż wtedy, kiedy byliśmy dziećmi. Dlaczego tak się dzieje? Nawet dzisiaj rano miałam sytuację, która jest idealną ilustracją tych słów. W trakcie porannej śpiewanej modlitwy nasza 6-letnia córka zaczęła tańczyć, robić dziwne miny, śmiać się i wariować. A jak najczęściej reaguje rodzic w podobnej sytuacji, gdy chce opanować dziecko albo spieszy się do kolejnych zadań? Zwykle mówi: przestań się wygłupiać! Dziecko zapamiętuje to raz i drugi, po czym przestaje wyrażać siebie w naturalny sposób, z ciała. Bo w naszej kulturze naturalne, pierwotne, cielesne odruchy są ograniczane.

Gdy dorastamy, ogranicza nas także ego. Ego to jest nasz umysł i wewnętrzny kontroler odruchów ciała. Wyróżniamy jeszcze superego, czyli ten społeczno-kulturowy wymiar świata, w którym żyjemy. Tata, mama, nauczyciel, dla niektórych także ksiądz, to osoby mające największy wpływ na nasze zachowanie. Od najwcześniejszych lat dzieciństwa kształtują w nas przekonanie na temat tego, co wypada, a co nie. To symbole świata zewnętrznego, który często kastruje naszą pierwotną radość. Oczywiście, pewne ograniczenia są potrzebne do tego, żebyśmy mogli odnaleźć się w społeczeństwie. Jednak w wielu rodzinach przekonanie, że dzieci mają być grzeczne, ciche i nie przeszkadzać, potrafi bardzo skutecznie przykryć, niczym czarną płachtą, ich umiejętność wyrażania siebie. Sztuką jest dostrzeganie w pracy ze sobą i swoją świadomością tego, co w moim myśleniu czy zachowaniu nie jest moje, a płynie z zewnątrz. A co jest naturalne i dobre dla mnie.

Dlaczego rodzicom trudno jest wytrzymać to „wygłupianie się” dziecka? Prawdopodobnie gdy byliśmy dziećmi, kogoś drażniło takie zachowanie. Podświadomie myślimy więc: „jeśli ja nie mogłam, ty też nie możesz”. Oczywiście nie jest tak, że chcemy zrobić krzywdę swojemu dziecku, to działa w nas automatycznie, nie zdajemy sobie z tego nawet sprawy. Straciliśmy kontakt z własną spontaniczną radością, jesteśmy zmęczeni i chcemy mieć po prostu święty spokój. W ten sposób bronimy swoich granic. To, co możemy zrobić, to popracować nad swoim wewnętrznym dzieckiem, czyli ukochać siebie, dać sobie czas, uwagę i spokój, których potrzebujemy. Nad tym właśnie pracuję z kobietami na warsztatach „Świadoma mama”, by mieć więcej cierpliwości i otwartości na wolność i wyrażanie emocji swojego dziecka.

A jaki związek ma ta przyblokowana radość z naszym ciałem? Jeśli dziecko krzyczy ze złości albo radośnie wygina się we wszystkie strony, a świat mówi mu „przestań”, to z lęku lub pod presją uspokaja się i wewnętrznie zamraża. Energia życia przestaje płynąć przez jego ręce, nogi, ciało. Pytanie: jaka emocja zostaje wtedy zamrożona? Złość, smutek, tęsknota? Wszystkie emocje, których nie mogliśmy swobodnie wyrazić w dzieciństwie, wpływają na nas najmocniej i jeśli to „przyblokowanie” trwa latami, jako dorośli zaczynamy żyć w twardej zbroi. Nasze ciało sztywnieje.

Czy praca z ciałem może pomóc w większym odczuwaniu radości? W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie – na przykład, jak radzi Lowen, poprzez wydobywanie z siebie długiego i głośnego dźwięku, który prowadzi nas do głębszego oddechu – to nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. Ta ochota nie przychodzi z głowy, ona obudziła się w ciele. Jeśli uda się za tym pójść, możemy odczuwać, jak ciało drga czy trzęsie się, bo chce wyrazić jakąś wcześniej zamrożoną emocję. Komunikuje nam, że jest gotowe, by się z nią spotkać, bo ma już dość życia w pancerzu.

Lowen twierdzi, że zarówno płacz, jak i śmiech idą z brzucha. Człowiek, który jest w stanie oddychać głęboko i potrafi tak samo głęboko płakać, czuje się dobrze sam ze sobą. To prawda. Energia może wtedy swobodnie przepływać, a my czujemy się zdrowi, radośni i pełni sił. Dla mnie radość jest efektem ubocznym tego, że wszystkie zamrożone blokady w ciele odpuszczają. To wolność wyrażania siebie. Ciało zaczyna się poruszać, energia przepływa z jednej nogi do drugiej i czujesz przyjemne mrowienie. Ja najczęściej osiągam ten stan w tańcu Pięciu Rytmów.

Czym jest taniec Pięciu Rytmów? Jest rodzajem tańca intuicyjnego, w którym muzyka pomaga nam puścić nasze ego i zrzucić skorupę. Czuję wtedy niemalże orgazmiczną radość, do której dochodzę po dwóch – trzech godzinach wirowania bez odpoczynku. Następuje moment, kiedy wyłączam umysł i nie myślę już o niczym. Czuję flow i całkowite odpuszczenie ciała.

Jakie jeszcze ćwiczenia mogą pomóc nam uwolnić radość z ciała? Lowen pisze o tym, że warto okładać pięściami swoje łóżko. Albo krzyczeć w aucie: „nienawidzę cię, mogłabym cię zabić!”. Podstawą ćwiczeń bioenergetycznych jest również kopanie. Nigdy nie sugeruję pacjentom konkretnego ruchu. Raczej podążam za nimi. Chcę, by sposób ich wyrażania siebie był swobodny i bardziej zgodny z ich naturą. Czyli zaczynamy od oddechu, podobnie jak Lowen, ale później skupiamy się na ciele i intuicyjnie sprawdzamy, dokąd nas ten oddech prowadzi. Ciało ma mądrość i samo powie: „teraz oddychaj i zobaczymy, co będzie dalej”. Czasem może zaprowadzić do stłumionej agresji w barkach i rękach oraz wywołać chęć uderzenia w coś, ale wtedy jestem pewna, że to nie ja kieruję tą energią, tylko idzie ona z ciała pacjenta.

Czy można wykonywać te ćwiczenia samemu, czy jednak warto, żeby ktoś przyjął naszą wyrażoną emocję? Ważne, żeby terapeuta był wtedy obok nas. Nawet bardzo emocjonalne doświadczenie nie daje nam bowiem umiejętności eksplorowania swojego ciała i energii w samotności. Jeżeli będziemy próbowali zrobić to w pojedynkę, umysł będzie nas od tego odrywał, trudno nam będzie się skupić. Druga osoba wspiera w tym procesie, pilnuje, żeby nie zapominać o głębokim oddechu, no i towarzyszy w trudniejszych momentach. Ludzie mają w sobie mnóstwo mechanizmów obronnych, które utrudniają ten proces, na zasadzie: „dobra, dalej to już nie wejdę” – one blokują nas przed ponownym poczuciem trudnych emocji.

Lowen uważał, że sztywność, inaczej przewlekłe napięcia mięśniowe, ma na celu tłumienie bolesnych uczuć. Kiedy podczas terapii bioenergetycznej uwalnia się owe napięcie, można oczekiwać, że do świadomości pacjenta przedostaną się trudne wspomnienia. I od umiejętności ich zaakceptowania i tolerowania zależy to, czy pacjent będzie umiał doznawać też uczuć przyjemnych. Nie lubię stwierdzenia: „zaakceptować to, co trudne” i myślę, że niewielu z nas lubi. A już na pewno nie cierpi tego nasze ego. Myślę, że wystarczy spotkanie z tym, co trudne, wyparte; sam fakt, że dostrzegamy daną emocję czy problem. Już to jest uzdrawiające. W ten sposób rozumiem proces akceptacji, wspólny dla każdego rodzaju terapii: Lowenowskiej, psychoanalitycznej czy ustawień Hellingera. Dostrzeganie zamrożonej emocji.

Czy koniecznie trzeba wracać do traum z dzieciństwa? Może wystarczy poczuć je w ciele? To wszystko zależy od tego, czego potrzebuje dana osoba – czy chce wiedzieć dokładnie, o co chodzi, czy wystarczy jej, że poczuje to, co zamrożone w ciele. Osoby związane z psychoanalizą stwierdzą, że trzeba jednak uświadomić sobie problemy z przeszłości. Natomiast ci, którzy zajmują się pracą z ciałem i oddechem, nie wchodzą tak głęboko. Ważna jest emocja, którą poczułam i nazwałam, pracuję z nią i uwalniam ją z ciała. Zresztą często jest tak, że gdy jesteśmy skupieni na procesie oddychania i wykonywania jakiegoś ruchu, nagle wizja z przeszłości pojawia się sama. I nie trzeba o to nawet pytać, jak robili to Jung czy Freud.

Postęp w analizie bioenergetycznej Lowena wynikał ze zmiany pozycji pacjenta w trakcie terapii z leżącej lub siedzącej, jak u Freuda, na stojącą. Taka pozycja pozwala ocenić, w jaki sposób ktoś jest ugruntowany – fizycznie i psychologicznie w relacji z ciałem. Ja wykorzystuje terapię oddechem biodynamicznym, tak że pacjent nie tylko stoi, ale też nieustannie się rusza i oddycha w ruchu. Jeśli się nie boisz i jesteś świadoma tego, że nic złego ci się nie stanie, bo masz u boku doświadczonego terapeutę – oddychasz mocniej i głębiej, a ciało zaczyna pozbywać się wszelkich blokad. Można wymiotować, pluć, intensywnie kasłać, trząść, uderzać o coś, krzyczeć.

To wszystko jest terapią bioenergetyczną? Tak. Cały czas jesteśmy pod wpływem jakiejś energii, tylko nikt nas tego nie uczy, dlatego trudno jest nam to zrozumieć. Medycyna chińska i tybetańska mówią o siedmiu czakrach, czyli kanałach energetycznych w ciele. Zajmuje się nimi akupunktura, polegająca na nakłuwaniu i pobudzaniu miejsc supełków energii, żeby je rozplątać.

Jakie części ciała i emocje mamy przyblokowane najczęściej? Pracuję z kobietami, które zwykle zgłaszają się z problemem zamrożenia w okolicy miednicy lub z miednicą mocno cofniętą, tak, że pojawia się lordoza. A za cofniętą miednicą stoi zwykle jakaś historia nadużyć seksualnych. Kobiety przychodzą też z zimnymi stopami, jak również z pochylonymi plecami czy garbami, które pokazują, że coś ciężkiego na tych ramionach niesiemy lub przed czymś się zasłaniamy. Za każdą zmienioną sylwetką stoi jakaś bolesna historia.

Przygarbiona sylwetka może oznaczać też brak ruchu albo to, że ktoś długo i często pracuje w tej pozycji na komputerze... Ale czemu ktoś zaczął siedzieć w ten sposób? Bo w przygarbionej pozycji było mu wygodnie i bezpiecznie. Za chowaniem klatki piersiowej mogą stać różne sytuacje, jak próba ukrycia się przed krzykiem rodziców. To rodzaj ochrony swojego ciała, jak ślimak wchodzimy do skorupki. To, co widzę u pacjentów najczęściej, to sztywność ciała. Ludzie chodzą jak roboty. Bo ktoś musiał być grzeczny, cichy, posłuszny, i taki już został. Przestał wyrażać to, co chciał – smutek, złość, radość, lęk. No i zesztywniał. A życie w zbroi oznacza, że zakładamy potencjalny atak lub zagrożenie dla naszego życia. Jest to psychiczny i fizyczny stan gotowości do walki o przetrwanie. Ilość energii, którą pochłania ten stan, nie pozwala nam cieszyć się życiem.

Jakie ćwiczenia fizyczne na uwolnienie energii z ciała stosujesz najczęściej? Co pomaga ci odczuwać radość? Podoba mi się to, że Lowen kładł swoich pacjentów wygiętych mocno do tyłu na krześle bioenergetycznym. W ten sposób otwiera się klatkę piersiową i łatwiej jest wejść w głębszy oddech. Codziennie stosuję też oklepywanie ciała: pukasz delikatnie palcami w różne miejsca na ciele, zwane meridianami: ręce, nogi z przodu, z tyłu, nadnercza, nerki – co powoduje, że mówisz: „rusz się” do swoich miejsc energetycznych. Inspiruję się też metodą ćwiczeń tai-chi, dzięki którym energia w ciele zaczyna się budzić i płynąć.

Jednak najbardziej lubię pracować z tańcem intuicyjnym. Muzyka świetnie oddaje emocje, a tupanie przy bębnach i pierwotnej, rytmicznej muzyce kontaktuje nas z męską energią agresji. Nawet jeśli w trakcie takiego tańca nasza głowa mówi nam: „nie rozumiem, co tu się dzieje”, to jest to niezwykle życiodajna energia. Kończysz taki seans i masz energię do życia.

A co to znaczy poddać się swojemu ciału? Jak to zrobić? Poddawanie się to podążanie za ciałem, słuchanie go, bo ciało codziennie coś ci mówi. Tylko najpierw musisz wyjść ze swojego ego, z kontroli umysłu, choćby poprzez taniec. Ważna jest też świadomość ciała. Kiedy jej nie mamy, przestajemy rozumieć, że jesteśmy zmęczeni albo że ktoś nam przed chwilą zrobił przykrość, tylko bierzemy kieliszek wina, tabletkę albo kawę. Zagłuszamy nasze ciało, aż pojawia się ból lub schorzenie.

Jak sprawdzić, czy jesteśmy w kontakcie z naszym ciałem? Zdarza się, że kiedy proszę kogoś, aby się zrelaksował, często w ogóle nie wie, o co mi chodzi. Nie widzi różnicy w ciele między relaksem a napięciem. Ma permanentny stan kontroli ciała. Wtedy zalecam masaż i odczucie tego, co to znaczy relaks. Dopiero później można próbować pracy ze świadomym oddechem i ruchem.

Jak już skontaktujemy się z tym, co trudne, i dojdziemy do radości, to co nam to da? Ja na przykład przestałam czuć większość dolegliwości: bóle głowy, pleców, karku, nawet bóle menstruacyjne. Dzięki temu pojawia się u mnie nadwyżka energii, która zamienia się w siłę życiową i kreację.

Maria Rozwadowska, doktor psychologii społecznej na Uniwersytecie SWPS, certyfikowana terapeutka ustawień systemowych, terapeutka Reiki oraz Theta Healing (poziom podstawowy). Pracuje takimi metodami jak koherencja serca, tai chi czy taniec intuicyjny. Prywatnie mama trójki dzieci.

Ćwiczenie SKŁON

Poprawia przepływ energii w nogach, a dodatkowo wzmacnia poczucie bezpieczeństwa. Jest to dość znana pozycja stanowiąca część chińskiego systemu tai chi. W oryginalnej wersji stoi się ze stopami szeroko rozstawionymi, kolana są ugięte, a ciało delikatnie wygięte w łuk do tyłu. Aby utrzymać się w takiej pozycji, należy umieścić pięści w dolnej części pleców. Ułatwia to głębsze oddychanie. Lowen, prowadzony intuicją, odwrócił tę pozycję, pochylając ciało do przodu, tak aby palce dotykały podłogi. Stopy powinny być lekko rozstawione i skierowane do wewnątrz. W tej pozycji można poczuć bliskość ziemi, a opierając ciężar ciała na stopach i powoli prostując kolana – doświadczyć wibracji w nogach.

Więcej w książce: "Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć", Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca. 

Polecamy książkę: 'Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć', Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca. Polecamy książkę: "Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć", Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca.

  1. Psychologia

Przebudź się - ty też możesz zmienić świat

Gdy wyciszamy umysł, możemy poczuć życie pulsujące w ciele, w przyrodzie, w ludziach, w zdarzeniach; zapomnieć o sobie, o swoim małym ja. (Fot. iStock)
Gdy wyciszamy umysł, możemy poczuć życie pulsujące w ciele, w przyrodzie, w ludziach, w zdarzeniach; zapomnieć o sobie, o swoim małym ja. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jesteśmy przebudzeni, gdy patrzymy na świat z zaciekawieniem i zachwytem. Gdy odnajdujemy spełnienie w działaniu, a nie w osiąganiu celów. Gdy patrzymy na ludzi i widzimy w nich nas samych. Możemy być przebudzeni z chwili na chwilę.

„Kto powiedział, że mała grupa zaangażowanych osób, którym zależy, nie może zmienić świata? Tylko tacy mogą to zrobić!” To słynne już słowa antropolożki Margaret Mead. Sentencja Gandhiego o tym, że mamy stać się przemianą, którą chcemy widzieć w świecie, obiegła już tysiące razy naszą planetę, cytowana, przypominana jako inspiracja i zachęta do działania. W jaki sposób mamy zmienić świat? Co tak naprawdę jest do zrobienia?

Pokochaj papierosy

W 2008 roku Eckhart Tolle wydał swoją kultową już dziś książkę „Nowa Ziemia”. Wcześniej „Potęgę teraźniejszości”. Obie sprawiły, że został nazwany duchowym nauczycielem naszych czasów, mimo że nie jest związany z żadną religią, nie pisze o Bogu. Pisze o Świadomości, Obecności, Uważności. „Nowa Ziemia” stała się światowym bestsellerem. Oprah Winfrey włączyła ją do swego Klubu Książki i przez kilka miesięcy prowadziła na portalu internetowym dyskusję nad tą książką z udziałem autora i kilkunastu milionów uczestników łączących się na żywo ze studiem. To książka o przebudzeniu, o transformacji świadomości, bez której niemożliwa jest jakakolwiek zmiana – ani w nas, ani w naszych związkach, ani w świecie, w którym żyjemy.

Wayne W. Dyer, jeden ze światowych „przebudzaczy” świadomości (autor świetnych książek, m.in. „Odmień swój umysł, odmień swoje życie”, „Żyć w równowadze”), zwraca uwagę na coś bardzo istotnego – mimo że wypowiedzieliśmy wojnę niemal wszystkim problemom współczesnego świata, nie wygraliśmy żadnej z nich.

Wypowiedzieliśmy wojnę ubóstwu – pisze w »Żyć w równowadze« – a biedy na świecie jest więcej niż kiedykolwiek. Wojna, którą toczymy z narkomanią, doprowadziła wyłącznie do potrojenia liczby więźniów i zwiększyła dostępność nielegalnych substancji dla młodych ludzi. Wojna z przestępczością doprowadziła do jej nasilenia, wzrostu poczucia zagrożenia w społeczeństwie, zwiększonego nadzoru, spadku wzajemnego zaufania i nadużyć, jakich dopuszczają się służby porządkowe. Myśli, których zasadniczym motywem jest walka, w sposób nieunikniony prowokują reakcję tego samego rodzaju – ci, przeciwko którym się zwracamy, odpowiedzą agresją. Walka osłabia i prowadzi do zaburzenia równowagi. Dotyczy to także naszych wysiłków zmierzających do pozbycia się nałogów”.

Nie zwalczymy naszych nałogów, trzeba je pokochać, twierdzi Dyer. Jeśli to jedzenie, słodycze czy papierosy, pokochaj je. Jeśli kokaina czy środki przeciwbólowe, pokochaj je. Tak jak kocha się nauczycieli, którzy pokazują, kim nie chcemy już być. Pokochajmy wszystko, od czego się uzależniliśmy, a najbardziej ludzi. Dopiero wtedy będzie można odejść. Dopiero wtedy dokona się zmiana.

Wychodzimy z więzienia

To już się dzieje. Budzimy się. W skali globalnej coraz więcej osób rozumie, że walka, uprzedzenia i dogmaty skazują nas na cierpienie i niekończące się problemy. Co ciekawe: nowa wyłaniająca się świadomość sprawia, że mamy wrażenie, iż chaos się pogłębia. Jest coraz lepiej i coraz gorzej. Stare odchodzi, nowe rodzi się w bólach.

Jaka będzie Nowa Ziemia? To zależy od nas. Fizycy kwantowi od dziesięcioleci piszą o tym, że tak właśnie zbudowany jest nasz wszechświat – myślami, przekonaniami i uczuciami my sami go tworzymy. Jesteśmy ze sobą połączeni – moje myśli i uczucia tworzą ciebie, a twoje – mnie. Rupert Sheldrake nazwał to zjawisko rezonansem morficznym.

Wyobraźmy sobie Nową Ziemię: kwitnącą, dostatnią i zdrową. Zanurzmy się w tej świadomości. Znajdziemy ją poza uwarunkowanym umysłem, w wewnętrznej ciszy i spokoju. W akceptacji tego, co jest. Dopiero z tego miejsca możliwe jest uzdrowienie, działania w dobrym kierunku. Z tej głębokiej obejmującej wszystko świadomości wyłania się miłość, radość, spełnienie, kreatywność. Wychodzimy z więzienia opinii, ocen, osądów, punktów widzenia, racji, dogmatów politycznych, naukowych czy religijnych. To tylko myśli, a myśli dzielą rzeczywistość, zniekształcają ją, ograniczają i stwarzają konflikty.

Świadomość poza uwarunkowanym umysłem jest uzdrowicielką podziałów. Dotrzeć do tego poziomu świadomości nie jest łatwym zadaniem, ponieważ więzi nas ewolucyjny ból. Przez bardzo długi czas nasze mózgi były trenowane w chronieniu małego ja, chełpieniu się zwycięstwami, zdobywaniu coraz większej liczby przedmiotów i tego, żeby mieć rację. Są wyćwiczone w nudzie, złości, smutku, zniecierpliwieniu, niepokoju, napięciu, niezadowoleniu. Na dzisiejszym poziomie ludzkiej ewolucji pilnie potrzebujemy przestać identyfikować się z tymi zmiennymi nastrojami. Wyzwanie, przed którym stoimy, to przekraczanie granic umysłu. Sięganie głębiej.

Gdy wyciszamy umysł, możemy poczuć życie pulsujące w ciele, w przyrodzie, w ludziach, w zdarzeniach; zapomnieć o sobie, o swoim małym ja.

Jesteśmy kimś więcej

To właśnie małe ja, uwarunkowany umysł, stwarza problemy, ma sympatie i antypatie, boi się i pragnie, dzieli świat na „ja” i „nie ja”, jest rozżalone, urażone, zawstydzone i winne, potrzebuje konfliktu, więc porównuje i zazdrości. Jest okrutne i skłonne do przemocy. Wyraża ignorancję i nieświadomość przemijającego właśnie etapu ludzkiej ewolucji. Odkrycie, że jesteśmy kimś więcej niż małym ja, otwiera drzwi więzienia. Jest w nas ktoś, kto widzi, jest świadomy myśli, odczuć, bólu, ktoś, kto wie, że umrzemy. To nasza głęboka świadomość, niemy obserwator, świadek. Przestrzeń, z której wszystko się wyłania, bezkresna inteligencja, której częścią jesteśmy. Tej świadomości nie możemy stracić.

Małe ja nie chce tego czytać ani słuchać o tym, ponieważ aby mogło istnieć, musi być w opozycji, sprzeczać się, walczyć, konfliktować. Na szczęście możemy objąć je czułą świadomością i ukoić zszargane nerwy. Dla przestrzeni świadomości w nas wszystko jest przejawem życia i ewolucji. Wszystko jest doskonałe; doskonałe w swojej niedoskonałości.

Ćwiczmy przebudzenie. Zauważajmy te bezcenne chwile obecności, gdy widzimy piękno dookoła, słyszymy bicie naszych serc i czujemy się częścią niewyobrażalnie ogromnego wszechświata. Za każdym razem, gdy patrzymy na kogoś i zamiast reagować odruchowo i osądzać, widzimy osobę o nieskończonych możliwościach – ekspresji, kreatywności, czułości – jesteśmy przebudzeni. To dzieje się w tej właśnie chwili. A potem w następnej, i w następnej.

  1. Psychologia

Jak odnaleźć swoją wewnętrzną Czułą Przewodniczkę? Rozmowa z terapeutką Natalią de Barbaro

Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora). (Fot. Adam Pliszyło, materiały prasowe wyd. Agora)
Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora). (Fot. Adam Pliszyło, materiały prasowe wyd. Agora)
Składamy się z różnych kawałków i rozmaitych wewnętrznych postaci. Niektóre skrywamy, inne chętnie prezentujemy światu. Ale kim tak naprawdę jesteśmy? Natalia de Barbaro, psycholożka, mówi, że jeśli wciąż zadajemy sobie to pytanie, to znaczy, że potrzebujemy przewodniczki. Czułej Przewodniczki. 

Kim jest Czuła Przewodniczka, o której piszesz w swojej najnowszej książce? Na wiele sposobów mogłabym odpowiedzieć na to pytanie. Na przykład, że jest metaforą naszej wewnętrznej mądrości. Tym z nas, które lubią myśleć i czuć w kategoriach wewnętrznych postaci, powiedziałabym, że jest jej bardzo blisko do postaci, którą Clarissa Pinkola Estés, autorka „Biegnącej z wilkami”, nazwała „Kobietą, Która Wie”. Czyli wewnętrzną strukturą, która jest mądrzejsza, życzliwsza i bardziej czuła niż nasze odruchy wobec siebie.

A tym, które nie znają książki Estés, powiedziałabyś, że Czułej Przewodniczce jest blisko do intuicji? Do Wewnętrznego Dorosłego, znanego z Analizy Transakcyjnej? Z określeń, które już znamy, jest jej rzeczywiście najbliżej do intuicji. Na pewno to też struktura bardziej dojrzała, ale tak naprawdę to jest pytanie do każdej kobiety lub też każdego mężczyzny, którzy mają gotowość zamknąć oczy i sprawdzić, jaką postać przyjmują w nich ich Czułe Przewodniczki czy Czuli Przewodnicy. Moja Czuła Przewodniczka nie jest taka sama jak twoja. Mam aspirację, by ta książka była końcem nitki, którą można złapać i po niej dojść do kłębka. Z mojego doświadczenia wynika, że jeśli będziemy pytać o zewnętrzne wskazówki, jak ją w sobie odkryć, zamkniemy sobie drogę do wewnętrznego poznania.

Podtytuł książki: „Kobieca droga do siebie” sugeruje, że często tę drogę do siebie tracimy. Dlaczego? Dziecko, które się rodzi, jest w całkowitym kontakcie ze sobą, potem jednak, dorastając i dopasowując się do pewnych wzorców czy ról, rozpoczyna drogę do świata, ale od siebie. Nie wiem, czy zaryzykować hipotezę, że dzieje się tak bardziej w przypadku kobiet niż mężczyzn, ale mam przeczucie, że tak. Czuła Przewodniczka jest kimś, kto w momencie, kiedy jesteśmy już bardzo daleko od siebie, staje na naszej drodze i – jeśli ją dostrzeżemy – mówi: „Mogę cię poprowadzić z powrotem”. I nie jest to droga, która wiedzie do przodu, raczej w głąb.

Czuła Przewodniczka jest tylko jedną z wewnętrznych postaci, o których piszesz. Opisujesz też trzy siostry: Potulną, Królową Śniegu i Męczennicę. To one nas tak trzymają we władzy, że zapominamy o sobie? Przede wszystkim zachowujemy się różnie zależnie od okoliczności. Wyobraźmy sobie, że na zebraniu dyrektor unosi krytycznie brew, a ja wtedy, nawet często nieświadomie, kulę się pod jego wzrokiem. I teraz tak: mogę to zauważyć albo nie, a kiedy już to zauważę, mogę mieć na to nazwę czy metaforę albo nie. Ja tę postać nazywam Potulną. Wiem i widzę, że jest pewnym mechanizmem, który się we mnie pojawia w reakcji na czyjeś konkretne zachowanie, a skoro to wiem i widzę, mogę świadomie podjąć decyzję, czy tak się chcę zachować. Bo jeśli kulę się kilka razy dziennie, to wzmacniam w sobie Potulną, a nie swój mocny głos, zdaję się na pewną strategię, której się nauczyłam, więc nie żyję swoim życiem. Przestrzeń wolności, co świetnie opisywał Stephen Covey,  zawsze leży między bodźcem a reakcją.

Dla mnie w metaforze Czułej Przewodniczki jest istotny ten pierwszy człon: ona jest czuła. To nie jest GPS, to nie jest algorytm, który beznamiętnie szuka najkrótszej trasy. Czuła Przewodniczka pomaga nam przekształcić Potulną, Męczennicę i Królową Śniegu.

Jest coś, co łączy te trzy wewnętrzne postaci, te trzy strategie? Wszystkie powstały w paradygmacie braku i są oparte na strachu. Potulna się kuli, bo chce uniknąć czyjegoś gniewu czy dezaprobaty. Królowa Śniegu boi się, że jeśli nie będzie zasuwać w zawodach, których wynik jest jej duchowo obojętny, to zniknie z powierzchni tego świata, a Męczennica czuje, że jeśli nie piecze o północy muffinków do szkoły dla dzieci, to nie spełnia jakiegoś przepisu na kobiecość; że jeśli się nie będzie poświęcać dla innych, to nie dostanie miłości.

Z lęku żyjemy życiem, które nie jest zgodne z nami. Dla mnie zawsze bardzo bolesne jest, kiedy słyszę kobiety, które mają do siebie pretensje o to, że są nieszczęśliwe, choć mają zaznaczone wszystkie punkty ze swojej checklisty. Mówią: „Mam fajnego męża, świetne dzieci, pracę, dom, więc jak to jest, że budzę się rano i coś we mnie wyje?”. A przecież obiecywano im, że jeśli spełnią cudzy przepis, to będzie dobrze.

Droga powrotna to jest naprawdę żmudna praca, a nie jakaś magia polegająca na tym, że kupię sobie poduszkę z napisem „Love yourself” i będę miała robotę zrobioną. Ta praca polega między innymi na tym, żeby codziennie odwoływać się do wewnętrznej struktury, która jest czuła, mądra i przyjazna.

Swojej książki nie kończysz jednak w tym miejscu... Wierzę, że pod czułym spojrzeniem Przewodniczki mogą dokonać się pewne przekształcenia. Potulna może zmienić się w Dziką Dziewczynkę, idącą za swoimi potrzebami, pragnieniami i za radością. Królowa Śniegu – w Dorosłą, spokojną i pewną swoich zasobów kobietę. A z Męczennicy, która czuje, że musi się poświęcać, powstaje Serdeczna, która daje wtedy, kiedy ma (a przede wszystkim daje uczucie i wchodzi w bliskie relacje), a kiedy nie ma, to idzie odpoczywać.

To jest właśnie najciekawsze: te postaci nie są z gruntu złe, kiedyś nas ratowały, zresztą nadal to w pewnym stopniu robią, tylko ich myślenie jest przestarzałe. My nie mamy z nimi walczyć czy się ich pozbywać, ale je przekształcać. Taka jest idea. Operuję metaforą, to nie jest tak, że jakby mnie rozpruli, to znaleźliby siedem kobiet – czyli trzy przed przekształceniem, trzy po i Przewodniczkę – ale wierzę, że mamy w sobie różne głosy i postaci, mamy też wybór, za którymi z nich pójdziemy, które wzmacnimy, a które będziemy się starały zmieniać.

Niektórzy powiedzą, że taką pracę łatwiej jest wykonać, kiedy twoje dzieciństwo było jasne i pogodne. Wiele kobiet ma jednak doświadczenie dzieciństwa diametralnie różnego. W dobrym dzieciństwie też się zdarza ból, a w złym – też się zdarza dobro i ciepło. To nie tak, że wszystko jest czarno-białe. Ja mam 50 lat, więc poznałam już, co to lęk, smutek czy ból, chociaż rzeczywiście mam świetnych rodziców i jestem w kochającym się małżeństwie. Można jednak powiedzieć, że im trudniej ktoś miał – a znam wiele kobiet, które miały o wiele trudniej niż ja – tym większa potrzeba pewnej sprawiedliwości dziejowej, czyli tego, by w tę drogę powrotną ruszyć. Jednym z najokrutniejszych mechanizmów, jakie działają na świecie, jest dla mnie to, co Freud nazywał przymusem powtarzania. Czyli: miałeś ciężko, to dalej też będziesz miał ciężko, bo już to znasz.

Na warsztatach dla kobiet, które prowadzę, widzę cudowne osoby, które są pełne miłości i ciepła do własnych dzieci, choć same tego nie zaznały w dzieciństwie. Mówią: „Widzę, że moja babcia traktowała moją mamę tak, jak moja mama traktowała mnie, a teraz ja mam córkę i nie chcę się na to godzić, nie chcę tego powtarzać”. W tym jest ogromna odwaga, świadomość i mądrość. One chcą przerwać coś, co  nazywam berkiem pokoleniowym.

Przez wiele lat pracowałaś, i nadal czasem pracujesz, z managementem, firmami, światem biznesu, w pewnym momencie jednak poczułaś, że chcesz robić warsztaty tylko dla kobiet. Sądzisz, że to one bardziej tego potrzebowały czy ty? Twoje pytanie pochodzi z energii, która mnie częściowo męczyła. Białe-czarne, albo-albo. Jungiści nazywają ją „energią męską”, choć nie jest to energia „mężczyzn”. Moja dobra koleżanka, Maja Kuczmińska z „Tygodnika Powszechnego”, kiedyś powiedziała, że potrzebujemy pajęczyny, nie drabiny. A ten świat jest światem drabiny. W naszym kręgu kulturowym dominuje energia męska, energia działania, inicjowania, rywalizacji, a my wszyscy, nie tylko kobiety, potrzebujemy też energii kobiecej, czyli energii więzi, dialogu, uważności, powolności; energii, która nie mówi „albo-albo”, ale „i to, i to”. I taka jest też moja odpowiedź na twoje pytanie: zarówno ja, jak i one, myślę, tego potrzebowałyśmy.

Wiele kobiet pisze i mówi, że twoja książka trafiła w idealny moment w ich życiu. W mój też. Piszą i mówią o trzech rzeczach: że płakały się i śmiały na przemian, że to jest książka o nich i że trafiła w idealny moment w ich życiu. I że kupią ją swoim przyjaciółkom, co chyba najbardziej mnie wzrusza. Bo jest świadectwo tego, jaka więź jest między kobietami.

Zaczęłam ci zazdrościć snów. Moje nie są takie ciekawe. Są raczej ścinkami z dnia codziennego. Piszę tylko o najfajniejszych, też mam dużo takich o mieleniu codzienności. Że nie mogę gdzieś dojechać albo że prowadzę moje warsztaty dla kobiet, na które przychodzą sami faceci, i nie wiem, co z tym zrobić. Ten drugi sen często się powtarza. Może to przesłanie na temat tego, co czeka mnie w przyszłości?

Z tej zazdrości miałam ostatnio jeden sen. Śniło mi się, że wpadam do rwącej rzeki, która mnie niesie coraz dalej. Jestem przerażona, nie mam się czego złapać i czuję, że nadchodzi wielka fala. Mówię sobie: „no nic, trzeba się temu poddać”. I się poddaję. Fala mija, a ja delikatnie opadam na suchy brzeg. To, co zrobiłaś w tym śnie, jest bardzo zen. I przypomina mi pewne ćwiczenie, które lubię robić w samolocie, kiedy ląduje i zaczyna gwałtownie hamować. Pierwszym odruchem ciała jest się wtedy spiąć, a ja właśnie staram się kompletnie rozluźnić, jak kot, który spada z trzeciego piętra. To jest bardzo ciekawe ćwiczenie dla ciała: że możesz wybrać rozluźnienie. Coś takiego właśnie zrobiłaś w swoim śnie. To jest dokładnie to, o czym mówi Pema Chödrön, mniszka buddyjska: „Relax in the middle of the storm”, czyli: odpręż się w samym środku burzy. To najmądrzejsze, co można zrobić. Staram się to, z różnym skutkiem, ćwiczyć.

Opowiedz o warsztatach „Własny pokój”. Jak rozumiem nazwa wzięła się od apelu Virginii Woolf? Zgadza się. „Własny pokój” to przestrzeń spotkania kobiet, które chcą stanąć przed pytaniem: Kim ja jestem? Czym ja jestem? Ale kim, czym jestem poza rolami, które odgrywam. Pracujemy metodą kolażu, bo kobiety są na ogół wielowymiarowe, nie da się tego oddać jednym rysunkiem. Kleimy się ze skrawków, a potem kminimy nawzajem swoje autoportrety, żeby odsierocić te kawałki siebie, na które nie miałyśmy zgody, bo Potulna, Królowa Śniegu czy Męczennica mówiły w nas: „Nie pokazuj tego”. Idziemy więc w stronę przeciwną niż wstyd.

Sama też lubię robić kolaże. Raz na kilka miesięcy czuję potrzebę, żeby wykleić siebie – to mój rytuał i sposób na to, by cały czas być w kontakcie ze sobą. Zaznaczam, to nie jest mapa marzeń, bo ona zakłada, że nie jesteś w tu i teraz.

Podejrzewam też, że dobór zdjęć do takiego kolażu – w odróżnieniu od mapy marzeń –  nie bierze się z głowy, a z serca. Sklejasz coś, co ciebie porusza. Dokładnie tak. Przyjedź na moje warsztaty!

Z chęcią. Nasza rubryka nosi nazwę Mentorki. Jakie są twoje? To nie jest moje ulubione słowo, bo to znów kawałek pochodzący z hierarchicznego świata – jest ktoś, kto wie, i ktoś, kto nie wie i dopiero ma się dowiedzieć. Wolę świat kręgu, w którym siedzimy razem, równi, równe.

Czyli… siostry? Tak, wolę słowo „siostry” albo chociaż „nauczycielki”. Było dużo ważnych kobiet w moim życiu. Moja mama – bardzo czuję, że jestem z niej. Moje babcie, Marysia i Bajaszka, moje wspaniałe ciotki, Maria i Magdalena. Moje przyjaciółki. Ale też nauczycielki duchowe – Pema Chödrön, Byron Katie, Clarissa Pinkola Estés, Marion Woodman, Brené Brown, Elizabeth Lesser. Muzyczki – Joni Mitchell, Kate Bush, Tori Amos. Pisarki i poetki – Tokarczuk, Strout, Adichie, Carson, Rich. Setki innych. Mam wdzięczność wobec każdej z nich.

Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora).

Natalia de Barbaro, „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora). Natalia de Barbaro, „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora).

  1. Psychologia

Metoda psychodynamiczna - gdy nie potrafisz wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych

Terapia psychodynamiczna jest jedną ze współczesnych form psychoanalizy, stosowaną w terapii nerwic, depresji, wobec osób, które nie potrafią wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych lub przeżywają trudności w relacjach. (Fot. iStock)
Terapia psychodynamiczna jest jedną ze współczesnych form psychoanalizy, stosowaną w terapii nerwic, depresji, wobec osób, które nie potrafią wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych lub przeżywają trudności w relacjach. (Fot. iStock)
Jestem stara, jestem brzydka. Nie stworzyłam związku, nie mam dzieci. Lata mijają... Czułam się ciężka i bezwolna jak ciasto na kluski – opowiada 40-letnia Maria. Siedem lat terapii metodą psychodynamiczną pozwoliło jej poznać siebie i wreszcie dorosnąć. 

Pewnego dnia stanęłam przed lustrem, spojrzałam na siebie i powiedziałam: „Nie jestem już młodą dziewczyną, ciało też już nie nastolatki. Nie stworzyłam trwałego związku z mężczyzną, nie mam dzieci. A na karku 32 lata”. I nagle poczułam się jak ciasto na kluski – ciężka, bezwolna, bez sił, żeby się ruszyć. Od tego momentu nad moją głową zaczęły gromadzić się czarne chmury.

Coraz częściej wpadałam w stany przygnębienia, smutku, apatii, beznadziei i braku sensu życia. Ale też frustracji i złości na siebie. Myślałam: „Kurczę, czas ucieka, a ja mam ciągłe poczucie niespełnienia, braku satysfakcji z czegokolwiek. Chcę, by moje życie wyglądało inaczej! Co jest ze mną nie tak? Dlaczego jestem sama?”.

Mijały lata, a ja nie żyłam, tylko trwałam, międląc wciąż jakieś smutne sprawy. Potem ból psychiczny przerodził się w fizyczny: pojawiły się migreny, bezsenność, kołatanie serca… Byłam sobą zmęczona. Podobnie jak moja przyjaciółka, która wreszcie mną potrząsnęła, mówiąc: „Słuchaj, Marysiu, już nie mam siły rozmawiać z tobą o tym, że nie masz faceta, bo zachowujesz się tak, jakbyś wcale nie chciała go mieć, i nie robisz nic, by go znaleźć. Myślę, że masz ze sobą jakiś problem i powinnaś pójść na terapię. Użalaniem się nad sobą niczego nie zmienisz”. I poleciła mi znajomego psychoterapeutę.

Zawarłam kontrakt

Z ciężkim sercem weszłam do gabinetu i opisałam bagaż, z jakim przyszłam. Terapeuta wysłuchał mnie spokojnie, po czym rozpoczął od przedstawienia zasad terapii: co najmniej 2, a najlepiej 3–4 sesje w tygodniu po 50 minut. Jeśli na którąś nie przyjdę, to i tak będę musiała za nią zapłacić. Każda sesja jest odliczana skrupulatnie co do minuty. Jak się spóźnię, to zabieram sobie cenny czas. Żadnego przekładania spotkań. I zwracamy się do siebie per „pan/pani”. Koniec, kropka.

Takimi sztywnymi, wręcz restrykcyjnymi zasadami charakteryzuje się metoda, w jakiej pracował mój terapeuta – psychodynamiczna, oparta na założeniach teorii psychoanalizy. Kiedy jednak na „dzień dobry” usłyszałam zestaw tych reguł i to, że mam ich bezwarunkowo przestrzegać, mocno się wkurzyłam: „Ten terapeuta chce na mnie zarobić! Mam stać się taką samą wariatką, jak bohaterowie filmów Woody'ego Allena i przez kilka lat przychodzić do niego z byle problemem, bo inaczej nie zrobię kroku do przodu?!”– pomyślałam. Ale czułam, że stoję pod ścianą. Zacisnęłam zęby i powiedziałam do siebie: „Teraz albo nigdy!”, a głośno: „Zgoda”. Byłam zdeterminowana, potrzebowałam pomocy, więc zaufałam. Zawarłam z terapeutą swoisty kontrakt. Później okazało się, że takim ustawieniem terapii zapoczątkowuje się proces leczenia, który w moim przypadku trwał prawie 7 lat.

Lustro prawdy

Terapeuta pracujący metodą psychodynamiczną nie mówi miłych słów, nie głaszcze po głowie, nie radzi, jak postąpić... Pełni rolę takiego lekko wycofanego lustra, na które rzutuję swoje nastroje, uczucia, przeżycia i wszystkie schizy, po czym odwraca je w moją stronę i pokazuje mi prawdziwe „ja”.

Tworzywem do analizy mogło być wszystko: moje spóźnienie lub to, że przyszłam za wcześnie, to, co mi się śniło lub mnie poruszyło, coś, co przeczytałam, zobaczyłam... Każde przeżycie, uczucie, emocja. Siadaliśmy zwróceni do siebie twarzą w twarz i rozmawialiśmy o sprawach bieżących, o tym, co się działo w moim życiu „tu i teraz”. Jeśli wracaliśmy do zdarzeń z dzieciństwa, z przeszłości, to jedynie po to, żeby pokazać, jaki wpływ wywarły na moje obecne zachowania czy wybory.

Na przykład: przychodziłam na sesję zdenerwowana i opowiadałam o zdarzeniu, które mnie rozzłościło. Z tej wypowiedzi terapeuta wyłapywał pewne elementy moich zachowań, emocji, które potem mi pokazywał. I ja nagle widziałam obraz dziewczyny niesympatycznej, nieznośnej, agresywnej lub prowokującej do agresji. To było dla mnie ogromnie trudne do przyjęcia, bo dotąd uważałam się za osobę łagodną, wrażliwą, delikatną, nie potrafiącą walczyć o swoje, podporządkowaną... Inny przykład: Mówiłam, że nie lubię pana K., bo jest oschły, zawistny, gburowaty, a tu nagle widzę, że ja też noszę w sobie takiego małego zgreda. Osłupiałam z wrażenia. Dlaczego go nie cierpię? Bo nie lubię tej części swojego „ja”. Terapeuta pokazywał mi ciemniejszą stronę mojej osobowości, cechy, które spychałam w podświadomość, skrywałam przed sobą, nie chciałam się do nich przyznać.

Momentami tak mnie to wkurzało, że miałam ochotę rzucić się na terapeutę z pięściami. Myślałam: „Boże, po co ja tu przychodzę?! Nie dość, że mnie gnoi, to jeszcze mu za to płacę. Zamiast mnie podbudować, wmawia mi jakieś okropne rzeczy. Jest jak moja mama – tylko mnie krytykuje i wytyka błędy”. Nasza relacja bywała niezwykle trudna, zwłaszcza na początku terapii. Ale to nie kto inny, tylko właśnie terapeuta wziął na siebie trud zderzania się z moimi nastrojami i emocjami. Był ze mną także w trudnych momentach, które wydarzyły się w moim życiu w czasie tych siedmiu lat terapii.

Nazywam się Narcyz

Kiedy wpadałam w depresyjny nastrój, czułam się jak w smole. Narzekałam: „Jestem stara, świat mnie odrzuca, wszystko jest dla młodych. Jestem brzydka, nie mam partnera, inni mają lepiej ode mnie”. I kołowrót negatywnych myśli szedł w ruch.

Kiedyś przyszłam na sesję i opowiedziałam o sytuacji towarzyskiej, w której dostałam po tyłku. I... ku mojemu wielkiemu zdumieniu – terapeuta uświadomił mi, że sama się w taką wepchnęłam. Więcej: czerpałam z tego jakąś perwersyjną satysfakcję! Zaczęłam więc przywoływać z pamięci i analizować różne relacje, w jakie wchodziłam z innymi, i dochodziłam do wniosku, że – istotnie – pewnym osobom pozwalałam się źle traktować, nawiązywałam destrukcyjne związki, sama siebie nie szanowałam i odbierałam sobie godność. Musiałam się zgodzić z terapeutą, że faktycznie mam skłonność do wchodzenia w rolę pokrzywdzonej – z niechęci do widzenia rzeczywistych problemów. Nie zdawałam sobie sprawy, że ucieczka od siebie może przybierać taką formę. Że przyjmuję rolę ofiary, a równocześnie mam w sobie cechy… narcyza.

Zawsze mi się wydawało, że jestem taką grzeczną dziewczynką, że muszę pracować nad tym, by bardziej walczyć o swoje. Dopiero na terapii zrozumiałam, że ja to potrafię, tylko tę waleczność stłumiłam. Od dzieciństwa nosiłam w sobie poczucie, że się wszystkim podporządkowuję, buntuję, ale podporządkowuję. Przeżyłam szok, kiedy terapeuta uświadomił mi, że mam ogromną potrzebę bycia wyjątkową, zawsze na świeczniku, na wysokim stanowisku. Że chciałabym, by świat kręcił się tak, jak mu zagram. Tylko wypycham to ze swojej świadomości. Nie wierzę w siebie. Wydaje mi się, że muszę zrobić Bóg wie co, by udowodnić sobie, że jestem coś warta. Nie potrafię zaakceptować tego, jaka jestem. Stąd mój narcyzm. Okropny stan, w którym pustkę wewnętrzną i żałobę po stłumionym „ja” wypełnia się osiągnięciami, budowaniem i desperacką obroną wizerunku osoby wyjątkowej.

Walka buntu z uległością 

Dopiero w wieku 36 lat odkryłam główne źródło swoich zachowań i wyborów. Nie sądzę, bym znalazła je bez pomocy terapeuty. Tym źródłem była bardzo mocna, a zarazem destrukcyjna więź z mamą. Pępowina, której nie potrafiłam przeciąć, stać się niezależną osobą i wziąć życie w swoje ręce. Wydawało mi się, że jestem samodzielna. Niezależność to był mój lejtmotyw. Kompletnie nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo pozostaję uzależniona psychicznie od mamy. Dociągałam do czterdziestki, a nadal nie dorosłam.

Odkąd pamiętam, zawsze się przeciwko mamie buntowałam. Zapierałam się czterema łapami, żeby tylko nie zrobić tego, co ona chce. Kiedy byłam mała i nie mogłam buntować się otwarcie, stosowałam inne metody – najczęściej bierny opór lub ociąganie się. Nigdy nie podobało jej się to, co robiłam. We wszystkim mnie kontrolowała, wciąż krytykowała, wytykała błędy i potknięcia. Nie znosiłam być posłuszna. Może dlatego, że nigdy mnie nie przytulała, nie chwaliła, a tylko wciąż czegoś ode mnie wymagała i za najdrobniejsze nieposłuszeństwo obrażała? Bardzo krótko mnie trzymała, a ja potrzebowałam więcej swobody. I miłości. Na jej pochwałę lub uśmiech musiałam sobie zawsze zasłużyć. Recytowałam więc np. wierszyki na spotkaniach towarzyskich, choć tego nienawidziłam. Z oporami, ale robiłam, co mi kazała, choć często się we mnie gotowało. Ustępowałam.

Przez długie lata walczyły we mnie bunt z uległością. Kiedy opuściłam dom, przestałam podporządkowywać się jej woli, ale bunt pozostał. Mama codziennie do mnie dzwoniła, kontrolowała i oceniała moje życie. Myślałam, że już jestem wolna, że już nie ma nade mną władzy, że robię ze swoim życiem, co chcę. Jakże się myliłam. Nie założyłam rodziny, bo mama ciągle mnie pytała, kiedy wyjdę za mąż. Nie urodziłam dzieci, bo mama wciąż mówiła, że trzeba je mieć, no bo kto mi na starość poda szklankę wody – doprowadzało mnie to do pasji. Podświadomie byłam głucha na swoje potrzeby. Moje życie nadal obracało się wokół buntu przeciwko mamie, a stłumione potrzeby rozsadzały mnie od środka w postaci agresji, złości, frustracji. Skutkowały nieudanymi relacjami z mężczyznami...

Podczas terapii dotarło wreszcie do mnie, że dorosłość zaczyna się w momencie, kiedy już nie buntuję się przeciwko mamie, tylko przyznaję, że związek, rodzina, dzieci są dla mnie ważne. Nie rezygnuję z siebie i własnych potrzeb w imię utrzymania sztucznego wizerunku. Zrozumiałam też, że nie można wszystkiego zwalać na mamę i mówić np.: „A ja to jestem taka, bo mamusia mnie nie kochała” – to absurd! Coś od rodziców dostajemy, a czegoś nie, tak samo, jak oni coś dostali lub nie od swoich rodziców. I z tym, co wynieśliśmy z domu, możemy zrobić coś dobrego lub coś złego.

Wreszcie, po latach buntowania się, nakręcania mogę żyć spokojnie. Uniezależniłam się od mamy. Naprawdę dorosłam. Gorycz i złość spłynęły ze mnie podczas terapii.

Mam prawo do bycia sobą

Uświadomienie sobie czegoś nie oznacza, że automatycznie to przyjmiemy i od razu zaczniemy żyć inaczej. To dopiero pierwszy krok do zmian. Wszystko trzeba przepracować. Niektóre uczucia, postawy, zachowania czy schematy myślowe wychodziły na sesjach drugi, piąty czy nawet setny raz, ale już ten pierwszy uruchamiał we mnie pewien proces emocjonalny. Rodziła się większa akceptacja siebie – dziewczyny witalnej, ciekawej świata, empatycznej, odważnej, ale czasem też rozlazłej, leniwej, ze skłonnością do masochizmu lub narcyzmu. Ta ciemna część mojej osobowości potrafiła kiedyś storpedować entuzjazm, ciekawość i kreatywność tej drugiej. Boże, ile planów przez to nie zrealizowałam, odbierając sobie siły i nadzieję!

Teraz, kiedy czasami zalewają mnie czarne myśli, nie pozostaję wobec nich bezradna – uruchamiam narzędzia terapeutyczne, czyli pewną refleksję nad tym, co odczuwam, co się ze mną dzieje, dlaczego tak się dzieje, i potrafię powiedzieć sobie: „Stop! To do niczego nie prowadzi”. A jak spotykam się z zachowaniami, które mnie ranią lub złoszczą, to się wyzłoszczę, jak trzeba poprzeklinam, ale już się nie nakręcam, nie obracam w sobie tego w nieskończoność – dzięki temu emocje opadają i szybko się regeneruję. Dałam sobie prawo do bycia sobą. Jestem Marysią, a nie jakąś Jolą.

Najważniejsze: nauczyłam się doceniać i pielęgnować relacje z ludźmi – teraz są o wiele głębsze, cieplejsze. Stałam się bardziej uważna na to, co mówię i robię innym. Poświęcam im więcej czasu. Zmieniłam się. Nie tylko bardziej rozumiem i akceptuję siebie, lecz także lepiej odczytuję problemy tkwiące w innych ludziach. Mam dla nich więcej empatii, zrozumienia, współczucia, a mniej złości i agresji. I pielęgnuję w sobie tę pogodę ducha. Poznałam też mężczyznę, z którym stworzyłam szczęśliwy związek. Planujemy być ze sobą do końca świata i jeden dzień dłużej.

Dla ciekawych siebie

Terapia psychodynamiczna (analityczna, wglądowa) należy do metod wywodzących się z klasycznej psychoanalizy freudowskiej, ale korzysta także z późniejszych szkół nurtu. Jest jedną ze współczesnych form psychoanalizy, stosowaną w terapii nerwic, depresji, wobec osób, które nie potrafią wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych lub przeżywają trudności w relacjach. Terapeuci stosujący tę metodę odwołują się do freudowskiej teorii istnienia w ludzkiej psychice stłumionych, nieuświadomionych popędów i ich destruktywnej siły, lecz różnią się sposobem pracy z pacjentem. W terapii psychodynamicznej ważną rolę odgrywa relacja pacjent – terapeuta, dlatego na samym początku terapii następuje bardzo konkretne i rygorystyczne ustalenie warunków kontraktu. Omówienie zasad i cen, zaakceptowanie i ustalenie celu są już początkiem terapii. Podstawowym narzędziem pracy terapeuty jest rozmowa, ale – odmiennie niż w klasycznej psychoanalizie – pacjent nie leży na kozetce, lecz siedzi „twarzą w twarz” z terapeutą i rozmawia z nim o sprawach dziejących się „tu i teraz”.    

  1. Psychologia

Art coaching - uruchom swoje twórcze ja

Wszyscy jesteśmy twórcami. Art coaching daje ludziom możliwość sprawdzenia, co jest im najbliższe, jaka metoda daje ujście ich ekspresji i najdokładniej ich wyraża. Poprzez akt twórczy następuje także samouzdrowienie. (Fot. iStock)
Wszyscy jesteśmy twórcami. Art coaching daje ludziom możliwość sprawdzenia, co jest im najbliższe, jaka metoda daje ujście ich ekspresji i najdokładniej ich wyraża. Poprzez akt twórczy następuje także samouzdrowienie. (Fot. iStock)
Jeśli dopuścisz do głosu twórcze „ja”, ono nada kształt pragnieniom i lękom, a twoje życie nabierze własnego, niepowtarzalnego rysu. Tego uczy art coaching. Z Maciejem Bennewiczem rozmawia Katarzyna Kozakiewicz.

Czym jest art coaching? Art coaching zaprasza człowieka do takiego świata, którego on już często nie pamięta. Daje mu plastelinę, farby, klej i proponuje coś z tego zrobić. Dzięki temu zostają pobudzone te pokłady w mózgu, które są odpowiedzialne za kreatywność, twórczość. Dorosły człowiek budzi swoje Wewnętrzne Dziecko i zaprasza je do zabawy, do wałęsania się po innych przestrzeniach niż te, w których jest na co dzień. Powoduje to naturalne zespolenie się z własnymi zasobami i otoczeniem. To najprostsza droga do wyjścia poza schemat, do tego, aby zobaczyć rzeczy z innej perspektywy, w innym świetle. Coach poprzez techniki artystyczne zaprasza klienta do zrobienia czegoś inaczej.

I do zabawy. To naukowo stwierdzone, że potrzeba 10 tysięcy godzin aktywnego ćwiczenia, żeby uzyskać w czymś mistrzostwo. Jednak naukowcy odkryli też, że jeśli uczymy się lub ćwiczymy, dobrze się przy tym bawiąc, to mistrzostwo pojawia się znacznie szybciej. Czyli stan zabawy, wolności sprzyja szybkiemu uczeniu się. Badacze, tacy jak António Damásio, Vera F. Birkenbihl czy Temple Grandin, dowiedli, że człowiek w momencie zabawy jest najbardziej kreatywny. Doszli do wniosku, że ludzie mają zakodowaną w sobie sekwencję szukania, potrzebę doświadczania nowych rzeczy, tzw. chęć podważania zamkniętego wieczka. Możemy funkcjonować zgodnie z tą sekwencją, co prowadzi do radości i spełnienia. Albo możemy funkcjonować w sekwencji mniejszego lub większego lęku. Lęk zawsze prowadzi do automatyzmu, znieruchomienia, agresji albo ucieczki. Jeśli człowiek pozostaje w takim stanie, to ma ograniczony dostęp do ciekawych pomysłów, nie może w pełni się rozwijać. Większość działań wykonuje schematycznie. Ludzie, którzy na co dzień funkcjonują na zasadzie „jest możliwe tylko jedno właściwe rozwiązanie”, nie mają dostępu do swojej kreatywności. Przeciwieństwem schematu jest dobra zabawa, możliwość przekraczania granic. Im częściej działamy bez lęku, potrafimy się bawić, tym bardziej jesteśmy ciekawi świata.

Co zrobić, żeby mieć mniej lęków i większą otwartość na zabawę? Przypomnieć sobie, w jaki sposób wyglądał świat, gdy byliśmy dziećmi. Jeśli pamięć nas zawodzi, można poobserwować dzieciaki w naszym otoczeniu – swoje, sąsiadów, w domu, na podwórku. Jak funkcjonują, jak widzą rzeczy, jak ich doświadczają. Dzieci lubią się wałęsać, są w nieustającym ruchu. Stan dziecięcego wałęsania jest stanem naturalnym. Dzieci oczywiście też mają lęki, ale najczęściej ciekawość bierze nad nimi górę. Potrafią przekraczać granice swojego lęku, aby doświadczyć czegoś nowego. Czasami bywa to niebezpieczne, ponieważ nie znają jeszcze żadnych granic. I tu pojawia się dobrze zrozumiana rola rodzicielska – pokaż, opowiedz, naucz, ale nie kontroluj. Rodzice mogliby uczyć się od swoich dzieci tego, o czym sami zapomnieli.

Część ludzi mniej lub bardziej świadomie zaczyna odczuwać, że wyskoczenie z codziennego schematu jest ważne. Być może dlatego my, Polacy, tak bardzo pokochaliśmy podróże. Naszych rodaków można spotkać w najdalszych zakątkach świata. Wielu polskich podróżników to prawdziwi globtroterzy, nie wyjeżdżają gdzieś tylko po to, by leżeć nad basenem, ale raczej po to, żeby poznać, doświadczyć czegoś innego, nowego. Podróż jest często wyjściem ze strefy komfortu, czyli bezpiecznego, znanego obszaru. W wyniku robienia nowych rzeczy tworzą się nowe połączenia w mózgu, co pomaga odkrywać siebie.

Na kursach art coachingu uczestnicy korzystają z wielu środków ekspresji artystycznej – rysowania, malowania, pisania, lepienia… W jaki sposób zmienia to czyjeś postrzeganie? Pobudza twórczą część jego umysłu. Z dużym uproszczeniem możemy powiedzieć, że w mózgu mamy dwie struktury – umysł analityczny, czyli umysł inżyniera, oraz umysł twórczy. Z badań wiemy, że ten twórca jest nieśmiały i niemy, bardziej operuje obrazem, skojarzeniem. Nowa kora mózgowa i płat czołowy, który wykształcił się ewolucyjnie najpóźniej – dały człowiekowi mowę, czyli środek do precyzowania myśli. Dzięki mowie uruchomiły się też funkcje analityczne, zaczęliśmy się określać, nazywać, ale jednocześnie nasze mechanizmy twórcze zostały wyciszone przez racjonalizm. To oznacza, że w momencie, kiedy podejmujemy decyzję, mamy potrzebę, aby ją sobie uzasadnić logicznymi argumentami. Wygadany intelektualista w nas jest w stanie wszystko przegadać, uargumentować. To smutne, ale w dzisiejszych czasach język nie służy temu, żebyśmy się lepiej rozumieli, tylko żebyśmy się lepiej okłamywali.

Kiedy wykonujemy twórcze aktywności – rzeźbimy w glinie, malujemy, tworzymy, wykorzystujemy ekspresję ciała czy słuch – dopuszczamy do głosu kreatywną część, zapraszamy naszego niemego twórcę, aby znalazł własny język. Znajdujemy właściwy kanał ujścia ekspresji dla Wewnętrznego Dziecka, uczymy się komunikacji z tą zapomnianą, stłamszoną, a jakże istotną częścią siebie. Ma nam ona do powiedzenia ważne rzeczy – jak poprawić życie, od czego zacząć, co robić dalej. Im rzadziej dopuszczamy do głosu kreatywną część, tym bardziej jesteśmy schematyczni, a im bardziej jesteśmy w schemacie, tym częściej jesteśmy nieszczęśliwi. W świadomości człowieka odbywają się nieustające dialogi pomiędzy naturalnym talentem a tym, co mu kazano robić. Im więcej dookoła nakazów, zakazów, schematów, norm – tym więcej tracimy energii na spieranie się ze sobą. Często czego innego byśmy chcieli, a co innego podpowiada nam tzw. zdrowy rozsądek. Wtedy rodzi się frustracja.

Nieszczęśliwi ludzie to ci, którzy stracili kontakt z twórczą częścią siebie? Jest taka piękna historia, która znakomicie to obrazuje. Byli sobie dwaj chłopcy, którzy mieszkali w tym samym bloku, tej samej klatce i bardzo się przyjaźnili. Obydwaj grali w piłkę nożną. Jeden z chłopców, powiedzmy Krzyś, był uzdolnionym zawodnikiem, grał lepiej niż jego kolega, powiedzmy Marianek. Krzyś był synem wdowy, jego ojciec był kolejarzem. Mama nieustannie mu powtarzała, że piłkarz to żaden zawód, że może się pobawić z chłopakami, ale życie to nie zabawa i musi zostać kolejarzem. Jego ojciec i dziadek byli kolejarzami, więc on też kolejarzem zostanie. Tymczasem rodzice Marianka pozwolili mu na realizację swoich pragnień i Marianek został jednym z najlepszych piłkarzy w Polsce. Krzyś został kolejarzem i oglądał swojego kolegę w telewizji, pogrążony we frustracji i niespełnieniu. Jak wielu spośród nas jest takimi kolejarzami? Bo mama, dziadek, środowisko czegoś chcieli, oczekiwali…

I nie chodzi tu tylko o artystyczne spełnianie się? Też, ale głównie o wyrażanie siebie, swoich pragnień i potrzeb. Jest mnóstwo pism o dekoracji wnętrz. Kiedy ludzie patrzą na te propozycje z perspektywy inżyniera – czują chęć dorównania innym, zaimponowania, chęć zbudowania prestiżu społecznego – to na tej podstawie dokonują wyboru, jaki chcą mieć dom. Wystarczyłoby, żeby uruchomili w sobie twórcę, a znaleźliby swój własny styl i nie potrzebowaliby prestiżowego magazynu, który narzuca, co i jak powinno wyglądać. Nie potrafią tego zrobić, dlatego tak łatwo ulegają modzie.

Co z tymi, którzy uważają, że nie mają takich zdolności? Co z księgową, która jest księgową nie dlatego, że ojciec kazał, ale dlatego, że liczby są jej wielką pasją? Nie zna się na kolorach, nie wie, które barwy ze sobą współgrają i które elementy wystroju do siebie pasują. Nie istnieją ludzie, którzy nie mają twórczych zdolności. Oczywiście, mogą mieć większe uzdolnienia w liczeniu czy pisaniu niż malowaniu, jednak mając kontakt ze swoim niemym twórcą, będą w stanie jasno określić, czego potrzebują, co im się naprawdę podoba, co do nich pasuje – i nie musi to być wcale zgodne z obowiązującym obecnie kanonem.

Wszyscy jesteśmy twórcami. Operując różnymi technikami – plastyką, ruchem, muzyką, pisaniem – art coaching daje ludziom możliwość sprawdzenia, co jest im najbliższe, jaka metoda daje ujście ich ekspresji, jaka najdokładniej ich wyraża. Poprzez akt twórczy następuje także samouzdrowienie. Większość artystów – w mniej czy bardziej świadomy sposób – uzdrawia się poprzez swoją sztukę, terapeutyzuje. W jaki sposób to się dzieje? Otóż wewnętrzny twórca nadaje kształt – często nieuświadomionym – pragnieniom, lękom czy nawet traumom. Spora część lęków prześladuje nas, ponieważ jest nieuświadomiona, nienazwana. Jeśli nadamy im kształt, to będziemy umieli je rozpoznać. A skoro będziemy wiedzieli, czym są, będziemy potrafili sobie z nimi poradzić.

A jakieś proste ćwiczenie dla czytelników? Można spróbować określić swój cel za pomocą wiersza albo rysunku. Najlepiej zacząć od małych form ekspresji, które dają nam radość. Użyć innego języka niż język werbalny w kontakcie ze sobą, np. w sytuacji ustalania celów. Taki rysunek czy wierszyk może być wstępem do spełnienia marzeń, bowiem nasz inżynier, czyli mózg racjonalny, dostanie jakiś zarys, konkret tego, czego pragniemy, i będzie mógł zrobić resztę, czyli doprowadzić nas do celu.

Maciej Bennewicz, menedżer, trener, coach, socjolog po UW, dyrektor programowy Norman Benett Academy, organizacji kształcącej zawodowych trenerów i coachów; autor licznych poradników na temat coachingu.