1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Akceptacja codzienności

Akceptacja codzienności

123rf.com
123rf.com
Wielu z nas czuje, że życie to zbyt wiele – bo zbyt jesteśmy zajęci, za bardzo przytłoczeni i zmęczeni. Wydaje nam się, że takie pojęcia jak łatwość, komfort, bezpieczeństwo nie należą naszego świata. Jak to zmienić?

Najczęściej czujemy się, że jesteśmy jakby na łasce wielu czynników zewnętrznych. Nie ma tak, że życie spokojnie płynie a my działamy niemal bez wysiłku. Budzik dzwoni o 6.30, dzieci nie chcą iść do szkoły, mąż na coś narzeka, a kot zwymiotował na dywan. Kiedy już jesteś w samochodzie, włączasz radio a z niego sączą się katastroficzne wiadomości oraz informacje o ekonomicznym kryzysie. W pracy tuż po włączeniu komputera dowiadujesz się, że czeka na ciebie 68 e-maili i na większość musisz odpowiedzieć przed południem. A to dopiero wtorek. Jak nadążyć za szalonym tempem świata i nie czuć się sfrustrowanym? Jak mieć wystarczająco dużo czasu, żeby cieszyć się życiem? Amerykański coach Mike Butrand uważa, że trzeba wyjść z syndromu ofiary własnego mózgu. Ktoś taki, jak ofiara ofiara własnego mózgu żyje na smyczy głosu, który mówi mu, że życie w ogóle jest niesprawiedliwe. I to usprawiedliwia ofiarę – może ona sobie już być sfrustrowana, niecierpliwa, zła. Ofiara może sobie uważać, że wszystkiemu winne są okoliczności. No bo, gdyby dzieci z radością chodziły do szkoły a mąż uśmiechnięty po świecie, no i kot nie wymiotowałby na dywan, życie wyglądałoby zupełnie inaczej, prawda? Wtedy dopiero ofiara mogłaby być szczęśliwa. Mózg ofiary mówi jej, że skoro życie jest tak ciężkie, nie można być dobrym, współczującym i dojrzałym. Raczej złym i przytłoczonym.

Co byłoby, gdyby można było żyć bez tego głosu z mózgu, który kontroluje twoje zachowanie? Czy można odpowiadać na życie w sposób, który sprawi, że poczujesz się dumna i szczęśliwa? Większość z nas jest ofiarami mózgu, ponieważ nie akceptuje tego, o co w życiu chodzi. Uważamy, że życie jest niesprawiedliwe i że powinno być inaczej. Jesteśmy uwięzieni w jakiejś idyllicznej wersji życia, jak z bajki „i żyli długo i szczęśliwie”. Jeśli ona się nie ziszcza, to, co jest, jest złe. Tymczasem sekret szczęśliwego życia polega na tym, żeby akceptować życie takie, jakie jest. I dopiero z tego miejsca je zmienić. Nie jest to takie proste, bo do tego potrzebna jest zmiana przekonań. Jednak można nauczyć się żyć z głębokim i trwałym poczuciem bezpieczeństwa. Można nauczyć się, że bez względu na to, jak świat wpływa na ciebie, możesz wybrać, jak chcesz na niego odpowiedzieć.

Wyobraź sobie, że możliwe jest znalezienie sposobu na to,by być spokojną przez większość czasu. Sekret akceptacji życia polega na umiejętności życia chwilą. Oraz na tym, żeby pogodzić się z tym, że życie jest substancją czynną i płynną. Kiedy już to zrobisz, przestaniesz z życiem walczysz, tylko łagodnie się mu poddasz. Będąc ofiarą mózgu, twoje podejście do życia jest bierne – ty tylko walczysz z okolicznościami, nie jesteś autorem swojego życia. Nie określasz jego sensu, a tylko ty możesz to zrobić. Masz swojemu życiu postawić warunki a innym ludziom dać wolność. Rodzina rano narzeka a kot wymiotuje? Mają przecież do tego prawo. Ty masz wziąć odpowiedzialność za swoje myśli, uczucia i słowa. Możesz wziąć odpowiedzialność za swoje reakcje. W swoim sposobie reagowania jesteś wolna. Możesz być osobą, którą pragniesz być. W każdej chwili możesz wprowadzić do swojego życia zmianę na lepsze. Określ siebie i sama zdefiniuj swój świat, a pozostaniesz spokojna w środku burzy, będziesz mieć jasną perspektywę i otwarte serce. Przestaniesz być ofiarą mózgu oraz życia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wdzięczność - twój sposób na szczęście

Wdzięczność ma to do siebie, że im częściej ją wyrażamy, tym więcej mamy do niej powodów. (Fot. Getty Images)
Wdzięczność ma to do siebie, że im częściej ją wyrażamy, tym więcej mamy do niej powodów. (Fot. Getty Images)
Gdy już rozprawisz się z własną tendencją do oceniania i postanowisz: „koniec z narzekaniem”, podejmij jeszcze jeden wysiłek. Dostrzeżenia tego, co masz. Cieszenia się tym, dziękowania. Każdego dnia.

Wdzięczność ma to do siebie, że im częściej ją wyrażamy, tym więcej mamy do niej powodów. Według niektórych badań jej okazywanie zmniejsza podatność na depresję, neurozy, poczucie osamotnienia, zazdrość. Według innych – wzmacnia system odpornościowy. Szwedka Liv Larsson zatytułowała swoją książkę „Wdzięczność. Najtańszy bilet do szczęścia”. I zapewnia, że tak właśnie jest. To dlatego, że wdzięczność pozwala skupić się na pozytywnych stronach życia, ma zbawienny wpływ na samoocenę, pomaga radzić sobie ze stresem i trudnymi doświadczeniami, umacnia więzi, zwiększa empatię i umiejętność słuchania...

Krok do szczęścia

Zdaniem Mistrza Eckharta, jeśli mielibyśmy się pomodlić tylko raz w życiu, modlitwa ta powinna brzmieć: „dziękuję”. Wielu nauczycieli uważa, że tymi słowami należałoby zaczynać i kończyć każdy dzień – kiedy dotykamy stopą ziemi i kiedy przykładamy głowę do poduszki. Oczywiście, nie chodzi tu o mechaniczne wypowiadanie słowa. To znacznie więcej. Za wdzięcznością przez duże „W” idzie otwartość, zainteresowanie życiem... Większa witalność, obecność. Po prostu jesteś i cieszysz się tym – to wystarczy.

Większość ludzi blokuje jednak strumień wdzięczności. Jak? Najczęstsze sposoby to głęboko zakorzenione przekonanie, że coś się nam należy. Albo – wręcz przeciwnie – poczucie niezasługiwania, niskiej wartości. Być może masz tendencję, żeby wpadać raz za razem w jedną z tych pułapek. Zwykle wpadamy w obie, na przemian. Nie zauważamy tego, co otrzymujemy, traktujemy to jako oczywiste. Albo odrzucamy, bo to „za dużo”, „nie dla mnie”. Czasem wręcz wstrzymujemy oddech, żeby nie napłynęło za dużo powietrza, za dużo życia...

Wdzięczność ma ogromną moc – przyciąga powodzenie, obfitość, pozwala utrzymać dobre samopoczucie. Kiedy jesteś wdzięczna, wysyłasz światu komunikat „jest dobrze”, a jemu nie pozostaje nic innego, jak utwierdzić cię w tym przekonaniu. Robi się łatwiej, bardziej przejrzyście. Pojawia się lekkość, wchodzisz w przepływ... Zwykle, kiedy pracuje się z blokadami finansowymi, pierwszym krokiem jest dostrzeżenie tego, co mamy, docenienie hojności wszechświata i własnej sprawczości. Tego, że masz gdzie mieszkać, co jeść, w co się ubrać. Że masz zdrowie i energię, by zaangażować się w nowe działania. Że dysponujesz cennymi umiejętnościami. Że tyle już za tobą, a jeszcze więcej przed... Milionerzy uczący, jak świadomie sięgać po bogactwo, zalecają: „dziękuj za każdą złotówkę, która wpływa na twoje konto, za każdy grosz, który znajdujesz”. Dziękuj za rachunki: aktywne umowy z dostarczycielami różnych usług świadczą o tym, że jesteś wypłacalna. Ładnie ujął to Lasse Lundberg, przyjaciel Liv Larsson. Oto fragment jego tekstu:

Jestem wdzięczny:

  • kiedy mogę sprzątać po imprezie, bo to znaczy, że mam przyjaciół;
  • za podatki, które płacę, bo to znaczy, że mam dochody;
  • za ubrania, które są nieco ciasne, bo to znaczy, że mam jedzenie na stole;
  • za osobę, która fałszuje, śpiewając, bo to znaczy, że mogę słyszeć;
  • za zmęczenie i ból w mięśniach, bo to znaczy, że mogłem ciężko pracować;
  • za budzik, który dzwoni z rana, bo to znaczy, że mogę żyć kolejny dzień.

Ćwicz i nie rób nic

W rozważaniach na temat wdzięczności Liv Larsson poświęca dużo miejsca tematowi uznania. Wyrażając uznanie ludziom, nie tylko okazujemy im wdzięczność, ale też pomagamy im dostrzec ich potencjał, to, ile są w stanie dać. Dlatego niezmiernie ważne jest, byśmy sprawdzili, z jakimi intencjami chwalimy innych. Czy przypadkiem nie oczekujemy czegoś w zamian? Czy nie wywieramy na nich presji? Sami wiemy przecież, jak to działa: jeśli tuż po usłyszeniu pochwały na temat swojej pracy spotykamy się z propozycją zostania po godzinach, czujemy się co najmniej niekomfortowo... Dlatego Larsson wprowadza rozróżnienie między aprobatą a prawdziwym uznaniem, które nazywa „wysokooktanowym”. To drugie jest pełne pasji, pozwala ludziom odnaleźć w sobie siłę. Jak je odróżnić? Poniżej wytyczne autorki.

Wyrażaj uznanie, kiedy:

  • szczerze cieszysz się z osiągnięć drugiej osoby,
  • czujesz wdzięczność i radość, którymi chcesz się podzielić z drugą osobą,
  • chcesz powiedzieć drugiej osobie, co dla ciebie zrobiła i jak wpłynęło to na twoje uczucia i potrzeby.
Nigdy nie wyrażaj uznania, by:
  • zmotywować lub zachęcić do czegoś drugą osobę,
  • dodać drugiej osobie pewności siebie,
  • nakłonić drugą osobę do pracy na wyższych obrotach,
  • druga osoba czuła się winna, że nie wyraża uznania tobie,
  • pokazać, że jesteś życzliwa i zwracasz uwagę na innych.
Liv Larsson opowiada, jak jej rodak, mistrz slalomów narciarskich Ingemar Stenmark, został zagadnięty po jakichś zawodach przez dziennikarza: „Ależ miał pan szczęście, że znów pan wygrał”. Odpowiedział: „Czy to nie dziwne, że im więcej trenuję, tym więcej mam szczęścia?”. Żeby wzmocnić w sobie uczucie wdzięczności, efektywnie wyrażać uznanie, Larsson proponuje więc ćwiczenia. Wiele ćwiczeń. Tak naprawdę, podążając za wytycznymi z poradnika, możesz przeżyć rok wdzięczności, co tydzień praktykując ją w inny sposób.

Podstawowe ćwiczenie to dziennik wdzięczności. Chodzi o to, żeby przynajmniej trzy razy w tygodniu sporządzać listę tego, co doceniasz w swoim życiu. Przez 5–10 minut pisać, pisać, pisać... A potem odczytywać notatki, sprawdzając, jakie wywołują uczucia. Czy rzeczywiście odczuwasz przypływ energii, większą radość? To nie ma być powinność, twoja lista to powód do świętowania!

Ćwiczenia są w sumie bardzo do siebie podobne – po prostu pomagają przenieść uwagę na różne rzeczy, za które warto dziękować. W jednym tygodniu może to być mijający właśnie dzień, w innym posiłek, w jeszcze innym ciało albo... wszystko, co cię otacza. W tym ostatnim przypadku ćwiczysz tylko przez kilka minut, skupiając się kolejno na znajdujących się w pobliżu przedmiotach. Co ci się w nich podoba? Jakie potrzeby zaspokajają?

Inne propozycje Larsson to symbol wdzięczności (możesz go narysować), album wdzięczności (możesz go stworzyć ze zdjęć, rysunków itp.), spacer wdzięczności (po prostu idziesz i czerpiesz z tego przyjemność). Siódmy tydzień praktyki często okazuje się nie lada wyzwaniem. Przez pięć minut dziennie nie rób nic – prosi Szwedka. To jakby pozwolić dojrzewać plonom... A potem znów siać, praktykując również wspomniane wyżej uznanie. W ciągu roku masz je wyrazić sobie, komuś z bliskiego otoczenia, przodkom, jakiemuś autorytetowi (możesz wysłać e-mail), wreszcie – spokojnie, to zadanie na przedostatni tydzień – komuś, za kim nie przepadasz, niewykluczone, że wrogowi... Aha, nie zapomnij poprosić, żeby i tobie okazano uznanie, po czym je przyjmij. To dopiero sztuka!

  1. Psychologia

Jakie znaczenie dla naszego życia ma to, co pamiętamy z przeszłości? - wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Często  „zapamiętujemy” to, co ważne dla nas osoby chcą, abyśmy zapamiętali. Dotyczy to w szczególności poglądów i przekonań naszych opiekunów z dzieciństwa. (Fot. Getty Images)
Często „zapamiętujemy” to, co ważne dla nas osoby chcą, abyśmy zapamiętali. Dotyczy to w szczególności poglądów i przekonań naszych opiekunów z dzieciństwa. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Zapominamy o tym, co nie pasuje do naszych przekonań, do tego, w co chcemy wierzyć lub co jest dla nas ważne. Czy to możliwe? Czemu pamięć płata nam takie figle?

„Mój ojciec to straszny zazdrośnik, wciąż podejrzenia, awantury i wynikające z tej obsesji pijaństwo”. Powody? „Matka pojechała, ale tylko raz, do swojego dawnego ukochanego. Po tygodniu jednak wróciła i była już z ojcem”. Przyjaciółka powiedziała to tak, jakby nie rozumiała znaczenia tego, co mówi, dla uczuć ojca.
Zgodnie z narracją obowiązującą w jej rodzinie to ojciec ma być łobuzem, a matka niewinną ofiarą. To przekonanie jest tak silne, że nawet przypomnienie sobie tego, co mogło ojca pokazać w lepszym świetle, nie ma znaczenia. Potrzeba spójnego obrazu świata zwycięża nad faktami. Terapeuta o tym wie i dlatego nie zajmuje go pytanie, czy pamięć jest prawdziwa, czy fałszywa. Wie, że jest subiektywną i selektywną interpretacją tego, co się człowiekowi przydarza. Zapamiętujemy bowiem to, co mózg nauczył się rozpoznawać i interpretować w pierwszych trzech, czterech latach życia. Wtedy powstaje coś na kształt matrycy, filtra, który pozwala nam „widzieć” tylko to, co w nim zapisane. Narracja nie ma wiele wspólnego z prawdą, jest opowieścią o tym, co ten człowiek „mógł” i „chciał” zapamiętać.

Psychoterapeuta dąży jednak do poznania faktów z życia pacjenta.
Terapeuta nie zajmuje się ustalaniem faktów. Nie jest historykiem ani prokuratorem, który często musi zmagać się z dziesiątkami sprzecznych relacji naocznych świadków. Jest ciekaw człowieka i dlatego najbardziej interesuje go jego opowieść, bo z niej dowiaduje się, w jaki sposób i przez jakie wydarzenia zostały zaprogramowane mózg czy psychika. Pamięć podlega wielu wpływom, choćby oczekiwaniom społecznym.

Z badań wynika, że do 30 proc. świadków może ulec sile sugestii, a 25 proc. młodszego rodzeństwa pozwala starszemu wmówić sobie historie z dzieciństwa.
Często więc „zapamiętujemy” to, co ważne dla nas osoby chcą, abyśmy zapamiętali. Dotyczy to w szczególności poglądów i przekonań naszych opiekunów z dzieciństwa. Te często bezkrytycznie przejmujemy jako własne i włączamy w nasz program poznawczy. A potem wybieramy z przebogatej rzeczywistości zdarzeń tylko to, co potwierdza nasze poglądy, przekonania o sobie i świecie. Mówimy, że „każdy żyje w swojej bajce”. Dodajmy, że każdy swoją bajkę niemal bez przerwy pracowicie konstruuje, a potem opowiada sobie i innym tak długo, aż się z jej główną postacią utożsami. Cierpienie psychiczne i emocjonalne w istocie zaczyna się więc i kończy w naszej opowieści o nas samych i o świecie.

Psychoterapia zmieniłaby więc „pamięć” mojej przyjaciółki, „popsułaby” jej „wspomnienia” o dobrej mamie i złym ojcu?
Tak, a jeśli zmieniłaby swoje przekonanie o ojcu łobuzie, to mogłaby poznać większy, mniej jednostronny obraz swojej przeszłości. W przeciwnym razie tata zawsze będzie łobuzem, nawet jeśli mama zdradziłaby go na oczach córki. Rolą terapeuty jest zwerbalizować to złe i nie do końca świadome przekonanie o ojcu. A być może także – w uogólnionej formie – o mężczyznach. Potem zaś zwrócić uwagę na tendencję do idealizowania matki: „Jak wyobrażasz sobie uczucia i myśli ojca, gdy dowiedział się o tym, co zrobiła matka? Czy to mogło mieć związek z tym, że się po jakimś czasie rozpił?”.

Po co jednak na psychoterapii „zmieniać” nasze wspomnienia?
Żebyśmy lepiej rozumieli nasze życie i sposób, w jaki nas ukształtowało, jak działa nasz filtr poznawczy, co podkreśla w naszym obrazie rzeczywistości, a co z niego eliminuje. Idealizowanie matki i sojusz z nią przeciwko ojcu były zapewne inteligentną i pomocną strategią, aby przeżyć dzieciństwo, nie ryzykując dodatkowo utraty oparcia w matce. Gdy dorastamy, lepiej jest zobaczyć rodziców jako realnych ludzi, mających swoje dobre i złe strony. Dzięki temu zrozumiemy, że nikt nie jest bez skazy, a świat nie jest czarno-biały. To sprzyja rozwojowi cnót tolerancji i empatii oraz urealnia nasze oczekiwania wobec ludzi. Twoja znajoma będzie bardziej szczęśliwa, gdy przestanie dewaluować ojca i idealizować matkę. Urealniając matkę, urealni także siebie, a doceniając ojca, będzie bardziej skłonna doceniać i rozumieć mężczyzn w swoim życiu.

Czemu służy idealizowanie matki czy też ojca w naszej pamięci?
Na przykład rodzice się rozwiedli i córka została z matką. Matka nie chce jednak nic wiedzieć o swojej części odpowiedzialności za rozstanie, więc tworzy fałszywą, jednostronną opowieść. A fałszywe opowieści bardzo potrzebują wyznawców. Więc matka skwapliwie dba o to, by córka uwierzyła w jej wizję rozstania z mężem, i buduje w umyśle córki obraz siebie jako niewinnej ofiary. Ojca obwinia o wszystko, co najgorsze. Przy okazji dba o to, aby córce nigdy nie przyszło do głowy zapytać ojca o jego wersję opowieści. Wmawia więc jej, że ojciec nigdy się nią nie interesował, a być może molestował seksualnie: „Nie masz czego u niego szukać, we dwie damy sobie radę, jakoś to przecierpimy”. Gdy córka przez 20 lat słucha tylko tej jednej stacji telewizyjnej, to wychodzi z tego kompletnie indoktrynowana i jest wierną wyznawczynią mamy. W końcu trafia na terapię, bo ma kłopoty w relacjach z mężczyznami: „Jeden gorszy od drugiego! Co sobie znajdę faceta, to mnie nie kocha, tylko wykorzystuje”. No to terapeuta pyta: „Jak było z ojcem?”. „Ojciec porzucił nas, jak miałam pięć lat. To najgorszy facet na świecie, nie chcę go znać, bo skrzywdził mamę, a może też i mnie, tylko nie pamiętam”.

Terapeuta pyta: „Skąd pani to wie?”.
Tak, a pacjentka mówi: „Od mamy”. „A jaka jest wersja ojca? Rozmawiała pani z nim o tym?”. „Ja go nie chcę znać – on mnie zostawił”. Terapeuta, który decyduje się też skłaniać pacjentów do podejmowania działań w realnym świecie, powie wtedy: „Jeśli pani chce szybciej pomóc sobie w sprawie, z którą pani tu przyszła, to przydałoby się nawiązanie kontaktu z ojcem i porozmawianie z nim o tym”. Jeżeli ojciec żyje, to sprawa jest dość prosta, jeśli nie, trzeba pytać krewnych i znajomych, a także kopać w warstwach pamięci. A wtedy może się okazać, że pacjentka przypomni sobie oczy ojca, jego twarz i to, jak bardzo go kiedyś kochała i jak on ją kochał, i że to niemożliwe, żeby zrobił jej coś złego. Kiedy córka oddzieli się w końcu od mamy i przestanie oglądać świat jej oczami, zrozumie rzecz bardzo ważną: „Moja mama nie jest mną, a ja nie jestem moją mamą. Nie muszę czuć i myśleć tego samego co ona”. I zaczyna się proces wielkiej rekonstrukcji, przepisywania na nowo wizji świata, w którym żyje córka.

Wtedy ta kobieta może spotkać mężczyznę, który ją pokocha?
Żyjąc we wpojonym jej przez matkę zbiorze przekonań, odejście ojca wyjaśniła sobie, biorąc winę na siebie: „Jest ze mną coś nie tak. Miłość mi się nie należy, skoro nawet ojciec nie mógł mnie pokochać”. Gdy zrozumie ojca, ma szansę odzyskać wiarę w to, że nadaje się do kochania, więc zacznie wybierać mężczyzn z innego klucza.

Przeciwnicy psychoterapii oskarżają ją o to, że buduje fałszywe wspomnienia, na przykład nadużyć seksualnych. Czy psychoterapia zmienia naszą pamięć?
Psychoterapia nie zmienia zapamiętanych zdarzeń, lecz tylko ich interpretację, a zwłaszcza tę jej część, którą nazywamy przekonaniami; nie rozpoznaje i nie rejestruje tego, co nie pasuje do projektu, mamy bowiem wielką potrzebę spójności pomiędzy tym, co myślimy o sobie i świecie, a tym, co nazywamy zewnętrzną, obiektywną rzeczywistością. Praca z przekonaniami i interpretacjami polegająca na modyfikowaniu lub usuwaniu tych dysfunkcjonalnych, może nagle otworzyć pamięć zapomnianych, zamiecionych pod dywan zdarzeń, które do tej pory były przez te zmodyfikowane lub usunięte przekonanie eliminowane ze świadomości. Podobnie jak zmiana teorii naukowej czy obowiązującego paradygmatu wydobywa z tajnych archiwów naukowych fakty, które do tej pory traktowane były jako niebyłe lub anomalie. Nie zawsze są to złe wspomnienia, czasami bardzo dobre. Na przykład pacjent przypomina sobie, że ojciec kupił mu rower i zabrał na plac zabaw, a on do tej pory myślał, że od ojca nigdy nic dobrego nie dostał.

Opisane są jednak też odwrotne przypadki, na przykład gdy podczas terapii ktoś odkrył, że był molestowany przez rodzica. Sprawa trafiła do sądu, a tam okazało się, że to fałszywa pamięć?
Czasami ktoś może żyć latami w przekonaniu, że był molestowany – bo ta wersja pasowała do przekazu otrzymanego w domu. A gdy dochodzi do własnego rozumu, to okazuje się, że to nieprawda. Ale terapeuta wcześniej czy później pomoże to ostatecznie rozstrzygnąć. Wyjaśni się, do czego takie przekonanie było pacjentce potrzebne. Często przebranie ofiary bardzo ułatwia życie: „Jestem biedna, skrzywdzona – nie muszę więc być miła i empatyczna ani zachowywać się przyzwoicie. Mam moralne prawo oczekiwać empatii, tolerancji i wsparcia i nic mnie nie obchodzi, że inni się ze mną męczą. Nie mam zamiaru się niczego dowiadywać o sobie ani się zmieniać. Niech inni dostosują się do mnie”. Jak widać, może wcale nie być łatwo rozstać się z przekonaniem o byciu ofiarą. Wbrew pozorom jest ono często komfortowe.

Badacze piszą, że traumy pamiętamy, bo budzą silne emocje. A więc nie ma mowy o „przypomnieniu” sobie czegoś takiego podczas terapii?
To nieprawda, często na terapii ludzie sobie przypominają różne bolesne nadużycia, które ich dotknęły. W dzieciństwie zapominają, wypierają je ze świadomości, żeby chronić w swoim sercu pozytywny wizerunek bliskich i zachować wspierającą relację z nimi. W dorosłym życiu, gdy zdadzą sobie sprawę ze swojej zdolności do samodzielnego życia, to wyparcie przestaje być potrzebne. Wtedy wiele może się przypomnieć. To, czy dziecięca trauma nadużycia seksualnego miała miejsce, widać, gdy uważnie przyjrzymy się związkom tej osoby w dorosłym życiu. Dlatego to takie ważne, by wyjść poza naszą ulubioną narrację i pełniej ogarnąć oraz zrozumieć swoje życie. Jeśli tego nie zrobimy, to białe plamy na mapie życia będą skutkować albo braniem całej odpowiedzialności za trudne czy nieudane życie na siebie i powodować autoagresję lub/i depresję, albo będziemy obciążać naszym resentymentem wszystkich wokół, nieświadomie chroniąc właściwych adresatów naszego gniewu i zawodu.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

"Mam wady, ale ogólnie jestem w porządku". Akceptacja siebie

Każdy z nas miewa takie dni, gdy nie ceni siebie zbyt wysoko. I tak ma być – gdybyśmy odczuwali nieustający zachwyt sobą świadczyłoby to o poważnym psychicznym schorzeniu. (Ilustracja: iStock)
Każdy z nas miewa takie dni, gdy nie ceni siebie zbyt wysoko. I tak ma być – gdybyśmy odczuwali nieustający zachwyt sobą świadczyłoby to o poważnym psychicznym schorzeniu. (Ilustracja: iStock)
Taka, jaka się urodziłaś, jaka jesteś, byłaś i będziesz. Po prostu „idealnie nieidealna”. Pora na akceptację siebie!

Diana Vreeland według słów jej własnej matki „na urodę nie miała co liczyć”. Dlatego też liczyła na siebie. Po latach, kiedy była już legendarną redaktor naczelną amerykańskiego „Vogue’a”, w jednym z wywiadów powiedziała, że zawsze uważała za najpiękniejsze to, co nas wyróżnia. Masz 180 centymetrów wzrostu? Podkreśl to 10-centymetrowymi szpilkami! Twoja szyja jest ponadprzeciętnie długa? Upinaj wysoko włosy i noś głębokie dekolty! Sama miała dość nieregularne rysy, ale nigdy ich nie tuszowała, a włosy zaczesywała do tyłu. Smukłe, długie dłonie podkreślała doskonałym manicurem i liczną biżuterią, szczupłą jak na owe czasy sylwetkę ubierała w dopasowane, obcisłe stroje. Nawet ze swoich niedoskonałości uczyniła atuty.

Ból na własne życzenie

Każdy z nas miewa takie dni, gdy nie ceni siebie zbyt wysoko. Raz lubimy siebie, raz nie. I tak ma być – gdybyśmy odczuwali nieustający zachwyt sobą, podobnie jak ciągłą pogardę, świadczyłoby to o poważnym psychicznym schorzeniu. Ale co innego chwilowy spadek samopoczucia, a co innego stałe krytykowanie siebie, umniejszanie swojej wartości i zatruwanie prostych życiowych przyjemności. Czyli: kompleksy. – Kompleks to wątpliwość, która przeobraża się w ból – twierdzi Christophe André, francuski psychiatra, autor książki „Niedoskonali, wolni, szczęśliwi. O sztuce dobrego życia”.

„Jestem za gruba, mało spostrzegawcza, zbyt powolna, zapominalska...”. To, że mamy wątpliwości na swój temat, że nie wszystkie cechy naszego charakteru czy wyglądu nam się podobają – to zupełnie normalne. Kompleks przekracza jednak takie okazjonalne niezadowolenie z siebie. „Jestem gruba jak świnia, brzydzę się sobą. Jestem bezdennie głupia, w ogóle nie powinnam się odzywać...”. André określa go jako bolesne, obsesyjne skupianie wszystkich myśli na jakiejś części ciała, którą uważamy za niezgrabną, czy wymiarze osobowości ocenianym jako nieodpowiedni. Kompleksów można nabawić się praktycznie na każdy temat, choć według badań (przeprowadzonych przez „Psychologies Magazine”) największe wątpliwości budzą w nas zwykle: własna kultura, umiejętność poprawnego wysławiania się, zdolności intelektualne i wygląd. Nie tyle sam obiekt jest tu istotny, ile znaczenie, jakie mu przypisujemy – jesteśmy przekonani, że wszyscy dostrzegają i krytykują naszą domniemaną czy rzeczywistą ułomność. To powoduje, że np. wstydząc się swojego ciała, nie zakładamy kostiumu kąpielowego na plaży czy nie zabieramy głosu podczas spotkania z kolegami z pracy, bo jesteśmy przekonani o tym, że nie mamy nic ciekawego do powiedzenia. Rezultat: zarówno pobyt na plaży, jak i spotkanie zamiast przyjemnością stają się udręką. Warto podkreślić, że całe to cierpienie ściągamy na siebie sami.

Co leży u przyczyn takiego zachowania? Edukacja, wychowanie, czyjaś opinia usłyszana w dzieciństwie, presja mediów i kultury, ale przede wszystkim wpojone nam przekonanie, że jesteśmy niekompletni, wybrakowani. Także nasza skłonność do osądzania. – Często mylimy się, kiedy chcemy osądzić siebie. Szczególnie wtedy, gdy w grę wchodzi poczucie własnej wartości – pisze Christophe André. Jego zdaniem naszym celem nie powinno być „zero wad”, ale „zero kompleksów”. A tak naprawdę – posiadanie tylko zwykłych wątpliwości na swój temat. Coś w rodzaju „mam wady, ale ogólnie jestem w porządku”. – Powinniśmy mieć wybór, czy pokazywać swoje wady, czy nie, a kompleksy takiej szansy nie dają – zmuszają bowiem, byśmy je ukrywali – mówi André.

Jak to zrobić? Najtrudniejsze zadanie to „wyjście z cienia”, czyli pokazanie swoich kompleksów światu. Założenie kostiumu, zabranie głosu na spotkaniu. Ale też porozmawianie o swoich wątpliwościach z bliskimi albo z ludźmi, którzy sami przyznają się do tego, że się czegoś w sobie wstydzą – możemy się zdziwić, jak wiele osób żywi podobne do nas wątpliwości, mimo że w naszej ocenie nie mają do tego żadnych podstaw! Wyższa szkoła to sposób Diane Vreeland: zamiast coś w sobie zwalczać, zaakceptować to, a może nawet docenić.

Taka, jaka jesteś

Na czym polega prawdziwa akceptacja siebie? – Na mówieniu „tak” dla tego, co istnieje, ponieważ istnieje – twierdzi Christophe André. Przy czym nasz strach przed tym, czego w sobie nie akceptujemy, też istnieje, więc też trzeba go zaakceptować i uznać. – Zamiast mówić sobie „nie ma żadnego problemu”, pomyśleć: „na razie rzeczy są takie, jakie są, a nie takie, jakie chciałbym, żeby były” – dodaje.

Bo akceptacja to coś więcej niż tolerancja (która tak naprawdę jest odrzuceniem: odwracamy po prostu od czegoś wzrok), to spojrzenie problemowi prosto w twarz, szczerość ze sobą. I co ciekawe, akceptacja to wstęp do wszelkich zmian. – Akceptować znaczy odpuścić: odkrywamy wówczas, że część problemów znika sama. A to, co pozostaje, wydaje się łatwiejsze do zniesienia – twierdzi André.

To nieprawda, że ludzie o wysokim poczuciu własnej wartości nie mają wątpliwości na swój temat albo nie ponoszą porażek – oni je po prostu akceptują, czyli uznają, że sam fakt, iż są niedoskonali w pewnych sprawach, nie wpływa na to, by uznali siebie za niekompletnych w całości. Dla ludzi Zachodu akceptacja rzeczywistości, z której bierze się też akceptacja samych siebie, może być trudna do zrozumienia, kojarzona z poświęceniem, biernością. Od małego uczy się nas bowiem, żeby zmieniać to, co nam się nie podoba, walczyć. Co, jeśli nie jesteśmy w stanie czegoś zmienić? Pojawia się rozgoryczenie, zawód. A gdyby tak w jego miejsce zagościł spokój? Jak wtedy, gdy stoisz w korku i wiesz już, że nie zdążysz na spotkanie. Możesz oczywiście denerwować się, że jesteś głupia, bo w godzinach szczytu wybrałaś główną arterię miasta, albo przyznać, że dokonałaś złego wyboru, ale najwyraźniej podobnie postąpiło kilkadziesiąt osób w samochodach stojących obok ciebie. Następnie możesz zadzwonić do klienta czy przyjaciółki, z którymi byłaś umówiona, i przełożyć spotkanie na później, a czas spędzony w korku wykorzystać na wysłuchanie audiobooka. Oto szczęśliwy finał mądrej akceptacji!

Jak to zrobić? Przede wszystkim zacząć dostrzegać sytuacje, w których przed kimś się z czegoś tłumaczymy czy złościmy za coś na siebie. I pytać się w duchu, skąd biorą się w nas odczucia gniewu czy wstydu. Często mówić sobie: „Tak właśnie jest, nawet jeśli mi to przeszkadza. Akceptuję to”. Gdy dzieje się coś, co wyprowadza nas z równowagi, nie przesadzać, nie dramatyzować i nie generalizować („ja to zawsze...”), nie karać siebie podwójnie za coś, co już się wydarzyło. Także – choć to chyba najtrudniejsze – zaakceptować, co może się wydarzyć najgorszego w konsekwencji tego, co już się stało – choć wcale wydarzyć się nie musi – i przygotować ewentualne plany dalszego działania. I wreszcie: nie wracać obsesyjnie do przeszłości, powiedzieć sobie, że co się stało, już się nie odstanie, i jedyne, co możemy zrobić, to z pomyłek wyciągać lekcje na przyszłość.

Wszyscy jesteśmy idealni

Podobno rzemieślnicy tkający przepiękne dywany w Maroku zawsze wplatają w swoje dzieła jedną „fałszywą” nitkę na znak tego, że idealny może być tylko Bóg, nie człowiek. Don Miguel Ruiz, chirurg pochodzący z rodziny meksykańskich uzdrowicieli i przewodnik duchowy, też słyszał w dzieciństwie tę prawdę o doskonałości Boga i niedoskonałości ludzi. Ale od początku czuł w niej fałsz.

– Jeżeli Bóg jest idealny, to dlaczego tworzy rzeczy niedoskonałe? Jeżeli naprawdę wierzę w doskonałość boskiego stworzenia, to albo dochodzę do wniosku, że wszyscy jesteśmy idealni, albo że Bóg jest niedoskonały – pisze w jednej ze swoich książek „Głos wiedzy”. Z jego punktu widzenia powiedzenie: „jestem niedoskonały” to największa obraza Boga. Skoro więc nie dostrzegamy doskonałości w sobie, dzieje się tak, bo nasza uwaga skupiona jest na kłamstwie, na obrazie niedoskonałości, jakim nigdy nie możemy się stać. Ten obraz jest nam wpajany przez kulturę, edukację – ciągle słyszymy, że musimy się doskonalić, pracować, by zostać kimś, co znaczy, że jesteśmy nikim.

Gdy przychodzimy na świat, jesteśmy autentyczni. Jako dzieci nigdy nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy, chcemy bawić się, odkrywać świat, kochać. Nikt nas tego nie uczy, tacy po prostu jesteśmy. Do czasu, aż nauczymy się mówić – wtedy, zdaniem Ruiza, zaczyna się sączyć nam do duszy kłamstwo. Drogą, a raczej powrotem do prawdy jest zatem uznanie, że wszyscy jesteśmy idealni, doskonali – tacy, jacy jesteśmy. Bo czyż Bóg stworzyłby coś, z czego nie byłby zadowolony?

  1. Psychologia

No przecież miało być inaczej! - Jak pogodzić się z tym, czego nie możemy zmienić?

Często cele, które mamy w życiu mylimy z pragnieniami - a to najłatwiejsza droga do tego, żeby się pogubić. (fot. iStock)
Często cele, które mamy w życiu mylimy z pragnieniami - a to najłatwiejsza droga do tego, żeby się pogubić. (fot. iStock)
Czasem cierpimy, choć wszystko jest dobrze, bo nie jest tak, jak byśmy chcieli, żeby było. Nie na wszystko w życiu mamy wpływ i warto się z tym pogodzić.

Pewnie znacie słynną modlitwę świętego Franciszka z Asyżu, ale dla porządku ją przywołam:

Boże, daj mi pogodę ducha, abym zgodził się z tym, czego zmienić nie mogę. Daj mi odwagę, abym zmieniał to, co zmienić mogę i co zmienić trzeba. I daj mi mądrość, abym zawsze potrafił odróżnić jedno od drugiego.
Otóż z tym odróżnianiem bywa ciężko. Ze zmienianiem często też. Ale chyba największy problem sprawia nam pogodzenie się z tym, czego nie możemy zmienić, bo nie od nas zależy. I wcale nie mówię o tragediach, które się zdarzają i trzeba czasu, by się z nimi uporać. Mówię o zwykłym życiu, które odbiega od naszego scenariusza. Chcieliśmy je przeżyć według planu A, ale ono nie pozwala nam na to. Pora wtedy uruchomić plan B, który może być całkiem dobry, jeśli tę zmianę zaakceptujemy. A jeśli nie? Skazujemy się na poczucie klęski nawet wtedy, gdy nasze życie jest pełne sukcesów.

Zacznę od Olgi, bo to jej historia skłoniła mnie do napisania tego felietonu. Olga ma 45 lat, dwoje dzieci, z którymi ma świetny kontakt, trzy koty, dwa psy i piękny dom pod miastem. Prowadzi własną firmę. Lubi swoją pracę i ma w niej duże osiągnięcia. Nie ma problemów finansowych ani kredytu, bo wiele lat pracowała za granicą i zaoszczędziła sporo pieniędzy. Kilka lat temu rozwiodła się z mężem, który stosował przemoc wobec niej i dzieci, i wróciła do kraju, gdzie wszystko jej się dobrze układa. Przynajmniej tak wygląda to z zewnątrz. A od środka?

– Jestem strasznie nieszczęśliwa – wyznała Olga pod koniec spotkania.

– Dlaczego? – Wysłuchałam jej opowieści i naprawdę nie widziałam powodu.

– Bo dla mnie najważniejsza jest rodzina. Zawsze wiedziałam, że chcę być matką i żoną, chciałam mieć pięcioro dzieci i kochającego męża, a teraz nic z tego. Nie tak miało wyglądać moje życie.

– Ale poczekaj, żałujesz, że odeszłaś od męża? – zapytałam.

– Skądże! On nas terroryzował, nie chciałam tak żyć.

– A więc jesteś zadowolona, że od niego odeszłaś?

– Skądże! To moja klęska życiowa!

A więc to tak! Olga potrafiła dokonać zmian w swoim życiu, ale nie potrafi skorygować scenariusza. Przywiązanie do wersji napisanej w dzieciństwie skazuje ją na poczucie klęski, choć ma na koncie wiele sukcesów. Jakich sukcesów?! Przecież one nie mają znaczenia, bo liczy się tylko mąż i piątka dzieci!

Historia Olgi przypomniała mi opowiadanie „Życie na suficie”, które napisałam wiele lat temu. Bohaterka nie angażuje się we własne życie, bo wcale nie uważa go za swoje. Jej powinno być inne. Obwinia siebie o to, że wypadła ze swojego życia i wylądowała w miejscu, którego tak naprawdę nie widzi, bo cały czas patrzy wstecz: „Gdzieś musiałam popełnić błąd. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem tego pewna. Nie chodzi o drobiazg, ale o błąd brzemienny w skutki. Zmieniający bieg życia. (…) Gdy leżę w łóżku, mam nad sobą popękany sufit. Znam wszystkie rysy, to po nich wędruję od dawna i sprawdzam, w którym momencie powinnam była wybrać co innego”. Moja bohaterka próbuje wrócić do przeszłości i dzięki temu w końcu się od niej uwalnia. A Olga?

– Przestań gapić się w sufit i rozejrzyj się dookoła. To właśnie jest twoje życie. I może być całkiem fajne, jeśli wreszcie uwierzysz, że jest twoje! – mogłabym na nią wrzasnąć, ale nie ma powodu. Wkrótce sama do tego dojdzie.

Á propos dochodzenia. Prowadziłam kiedyś cykl warsztatów „Dojdę tam, dokąd chcę” – o wyznaczaniu i osiąganiu celów, więc dobrze wiem, że warto je sobie stawiać. Wskazują na to choćby badania studentów Massachusetts Institute of Technology przeprowadzone tuż przed ukończeniem przez nich studiów i kilkanaście lat później. Oto ich wyniki:

5 procent studentów zapisuje swoje cele – 80 procent z nich realizuje swoje cele;

15 procent studentów mówi o swoich celach – 50 procent z nich realizuje je;

80 procent nic nie robi w tym zakresie, nie stawia sobie świadomie celów, nie werbalizuje ich – 20 procent z nich jest zadowolonych z tego, co przyniosło im życie.

Te cele nie dotyczyły tylko pieniędzy, ale pieniądze akurat jest łatwo policzyć, co też zrobiono. I okazało się, że te 5 procent osób, które zapisały swoje cele, zarabia więcej niż pozostałe 95 procent łącznie!

Jeśli wiemy, dokąd zmierzamy, łatwiej jest tam dotrzeć. Ekstremalnym przykładem jest Edwin E. Aldrin, astronauta, później kongresmen. W bibliotece Kongresu Stanów Zjednoczonych Ameryki znajduje się jego notatnik z czasów studiów, w którym wśród swoich celów na życie zapisał: „wydoić grzechotnika” i „przespacerować się po Księżycu”. Zrealizował obydwa. Od Indian nauczył się bezpiecznego pobierania jadu od żywych grzechotników, a w lipcu 1969 roku wylądował wraz z Neilem Armstrongiem na Księżycu i jako drugi człowiek stanął na jego powierzchni.

Warto pamiętać, że dobrze wyznaczony cel jest w pełni zależny od nas. Jeśli jego realizacja zależy od innych ludzi – włącza się ryzyko, na które nie mamy wpływu, a przynajmniej nasz wpływ jest ograniczony. To, czy napiszę książkę, zależy ode mnie (choć oczywiście i tu mogą wedrzeć się czynniki losowe), ale to, czy inni ją docenią, już nie. Jeśli mylę pragnienia z celami, mogę być wiecznie niezadowolona z siebie, zamiast cieszyć się tym, co zrobiłam.

W czasie warsztatów uczestnicy wypełniają tabelkę, w której na górze napisane jest „mam/nie mam”, a z boku: „chcę mieć/nie chcę mieć”. Czyli wypisują, co mają i chcą mieć, co mają, a nie chcą mieć, czego nie mają, a chcą mieć oraz czego nie mają i nie chcą mieć. A potem sprawdzają, która ćwiartka budzi ich największe emocje. Jedni cieszą się tym, co mają, inni traktują to jak oczywistość i skupiają się głównie na tym, czego nie mają, choć chcą. I czują w związku z tym mobilizację lub żal i poczucie krzywdy. I to jest pocieszające. Czasem wystarczy tylko spojrzeć inaczej, żeby w końcu być zadowoloną/zadowolonym z życia. A to już naprawdę zależy od nas, choć wcale nie musi być łatwe.

Hanna Samson: psycholożka, pisarka, dziennikarka, feministka. Współpracuje z magazynami „Sens” i „Business Class”, „Zwierciadło” i tygodniku „Wysokie Obcasy”. Prowadzi grupy terapeutyczne w Fundacji Centrum Edukacji Liderskiej. Udziela porad psychologicznych kobietom doświadczającym przemocy (Fundacja Feminoteka).

  1. Psychologia

6 ćwiczeń, które pomogą ci dostrzec piękno świata

Póki zachwyt trwa, ty trwaj w nim. (Fot. iStock)
Póki zachwyt trwa, ty trwaj w nim. (Fot. iStock)
To od nas zależy, jak widzimy świat. Może budzić radość albo przerażać, w zależności od tego, czy kierujemy się miłością, czy lękiem. Oto ćwiczenia, która pomogą ci dostrzegać piękno w małych rzeczach.

1. Bądź jak dziecko

Kilkulatek nawet w kałuży dostrzeże tęczę, policzy kropki na biedronce, będzie przeżywać bajkowych postaci. Nie tłumi ani radości, ani szczęścia, ani też złości – dzieci są autentyczne, ale też otwarte. Uczmy się od nich zachwytu. Kiedyś też tacy byliśmy, ale w procesie socjalizacji przyswoiliśmy sobie wiele przekazów, które nas ograniczają, każą przystosowywać się do norm, budzą nieufność do świata. Luise L. Hay, nauczycielka rozwoju, mówi: Gdy dojrzewamy, przyswajamy sobie błędne idee i tracimy kontakt z wewnętrzną mądrością. Musimy więc uwolnić się od tych przekonań i powrócić do stanu czystości duchowej, w którym naprawdę siebie kochałyśmy. Musimy przywrócić cudowną niewinność życia i stopniowo odzyskać radość istnienia, tę samą, którą czuje dziecko w stanie zachwytu i zadziwienia.

2. Bądź uważna

Staraj się być w stu procentach obecna w tym, co właśnie robisz i przeżywasz. Bogusława M. Andrzejewska mówi: Cała sztuka polega na tym, by podczas czynności, które wykonujemy, dopuścić zachwyt do swojego umysłu. Samo to, że lubisz pływać w jeziorze, nic nie da, jeśli w trakcie nie skupisz uwagi na odczuwaniu przyjemności. Zamiast koncentrować się na tym, czy prawidłowo oddychasz i jak ruszasz nogami, skup się na odczuwaniu zachwytu pięknem wody, na cudzie słonecznego światła tańczącego na powierzchni, zmysłowej wspaniałości tego doświadczenia.

3. Prowadź dziennik zachwytu

Aby wszystkie wspaniałe momenty, których doświadczasz na co dzień, ci nie umknęły, kup piękny zeszyt i wpisuj do niego ważne i piękne momenty – przyda się w chwilach zwątpienia, zagubienia, zmęczenia czy zniechęcenia. Możesz też założyć blog i swoim zachwytem dzielić się z innymi.

4. Dbaj o szczegóły

Pij herbatę z porcelanowej filiżanki, nie chowaj jej na szczególne okazje. To ty decydujesz, kiedy jest wyjątkowa chwila. Otaczaj się ładnymi rzeczami, dbaj o przestrzeń, w której spędzasz czas – niech będzie estetyczna, wygodna, miła. Pisz pięknym długopisem, dobierz do obiadu ładną zastawę, wyrzuć z miejsca, w którym spędzasz dużo czasu, wszelkie szpetne, kumulujące negatywną energię przedmioty. Dbaj o to, jak pachniesz, jak wyglądasz.

5. Rozwijaj wrażliwość

Raz w tygodniu zadbaj o kontakt ze sztuką. Jeśli nie masz dostępu do filharmonii czy teatru, poświęć godzinę na rozwój kulturalny w domu – dzięki łączu internetowemu można przecież obejrzeć przedstawienie czy wysłuchać koncertu na własnej kanapie. Ważne, byś robiła to regularnie, i uczestniczyła w tym uważnie.

6. Delektuj się

Bądź doświadczanym przeżyciem, zjednocz się z nim. Dopuść je do siebie. Zatrzymaj chwilę w sobie, jak w stop-klatce aparatu – zadbaj, by zapamiętać każdy szczegół tego, co widzisz, jak się czujesz, jaki towarzyszy ci nastrój, zapach czy kolor. Póki zachwyt trwa, ty trwaj w nim.