1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ćwiczenia coachingowe dla trzydziestolatek

Ćwiczenia coachingowe dla trzydziestolatek

fot.123rf
fot.123rf
Trzydziestka? – Czas na nowe cele! Coach Dagmara Gmitrzak poleca inspirujące ćwiczenia na ten pierwszy poważny życiowy przełom.

  1. List do siebie z przyszłości
Ciekawym i twórczym ćwiczeniem może być napisanie listu od siebie – trzydziestolatki (lub trzydziestoparolatki) do czterdziestolatki.

Weź kartkę papieru lub specjalnie kupiony na tę okazję papier listowy i napisz o wszystkich obawach związanych z wkroczeniem w nowy etap życia. Podziel się sama ze sobą swoimi potrzebami, pragnieniami i marzeniami. Zadaj sobie z przyszłości ważne pytania.

Na zakończenie włóż list do koperty i zaklej ją. Umów się też ze sobą, że przeczytasz go dopiero za dziesięć lat.

A teraz druga część ćwiczenia. Napisz list od czterdziestolatki do trzydziestolatki. Kobieta, która ma większe doświadczenie życiowe (czyli ty z przyszłości), może się podzielić z tobą z dzisiaj swoją mądrością, zainspirować cię i wesprzeć. Wejście w rolę starszej od siebie kobiety może być z jednej strony zabawą, a z drugiej – pomóc ci spojrzeć na nowy etap życia z innej perspektywy.

  1. Twórcza wizualizacja nowego życia
Czas na pracę z prawą półkulą mózgu.

Wyobraź sobie, że jesteś w jakimś punkcie w przyrodzie (np. w lesie). To miejsce symbolizuje wszystko, co teraz zostawiasz za sobą, twoją przeszłość i wszystkie doświadczenia.

Idziesz ścieżką, która prowadzi cię do zupełnie nowego obszaru. Przyroda w tym miejscu jest zupełnie inna. Doświadczasz uczucia zaciekawienia.

Droga prowadzi cię do dużego drzewa, pod którym postanawiasz na chwilę usiąść. Korzenie drzewa mówią ci o twojej sile i dobrym ugruntowaniu dzięki dotychczasowym doświadczeniom. Gruba kora przypomina ci o poczuciu własnej wartości. Gałęzie z zielonymi liśćmi symbolizują nowe możliwości i ścieżki, które się pojawiają na twojej drodze. I wreszcie drzewo – symbolizuje twoją mądrość i moc.

Wstajesz i kierujesz się na drogę prowadzącą w nieznane. Czujesz ekscytację i otwartość na nowe doświadczenia.  

  1. Czy potrzebujesz metamorfozy?
Czy jest jakaś sfera życia, w której odczuwasz potrzebę zmiany? Chcesz czegoś nowego, ale boisz się wyjścia ze strefy komfortu? Być może jakaś część ciebie chce pozostać w bezpiecznej i znanej sytuacji, ponieważ emocjonalnie się do niej przywiązałaś. Boisz się skoku na fali życia w nieznane. Sama ograniczasz więc swoją wolność. Oto, co możesz zrobić.

Weź kartkę papieru i podziel ją pionową kreską. W kolumnie po lewej stronie napisz pytanie: Jakie ponoszę koszty związane z pozostaniem w strefie komfortu? (Celowo nie skupiamy się na benefitach, a raczej na tym, co możesz stracić, jeśli dłużej pozostaniesz w strefie komfortu). W kolumnie po prawej stronie napisz pytanie: Co mogę zyskać i czego nowego mogę doświadczyć, jeśli zdecyduję się na zmianę?

Teraz zapisz na drugiej stronie kartki: Jakie przekonania powstrzymują mnie przed decyzją o zmianie i podjęciem działania? Jakie mam psychologiczne korzyści z tego, że pielęgnuję w sobie to przekonanie? Czy chcę je zmienić, wiedząc, że wówczas stracę te psychologiczne korzyści, za to pojawią się w moim życiu nowe możliwości?

  1. Oczekiwania i wizje innych
Stwórz listę dziesięciu najważniejszych osób, które miały największy wpływ na twoje życie. Teraz przy każdej z nich wypisz, jakie ta osoba miała wobec ciebie oczekiwania, pomysły na twoje życie itp. Następnie zadaj sobie pytanie, które z tych oczekiwań czy wizji wypełniłaś. Czasami nieświadomie spełniamy wizje życia naszych rodziców bądź partnera zamiast własne, zgodne z potrzebami ciała, serca i umysłu. Warto, abyś – wchodząc w czwartą dekadę – uświadomiła sobie wszystkie wpływy i wizje innych osób dotyczące twojego życia. Oto pytania, które mogą ci w tym pomóc:
  • Czy czuję, że żyję swoim życiem?
  • Czy odpowiada mi forma związku, w której obecnie jestem (np. małżeństwo)?
  • Czy mój obecny styl życia sprawia mi radość i daje spełnienie?
  • Czy jestem gotowa, by mieć dziecko?
  • Czy moje wykształcenie jest zgodne z moimi zainteresowaniami?
  • W jakim stopniu nadal podejmuję decyzje, zadając sobie pytanie: czy zaakceptują to moi rodzice?
Odpowiedzi na te pytania mogą przychodzić przez kolejne tygodnie, a nawet miesiące. Uważność na to, co jest „twoje”, a co narzucone z zewnątrz, to proces, który pomoże ci być autentyczną i żyć w pełni swoim życiem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jeśli nie wiesz, co wybrać, wybieraj to, co nowe i trudniejsze – wtedy będziesz się rozwijał

- Ruch i zmiana to życie, więc jest to apetyt na życie - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
- Ruch i zmiana to życie, więc jest to apetyt na życie - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Ryzyko czy rutyna? Stawiając wyłącznie na to, co łatwe i znane, drepczesz w miejscu. A nasze możliwości fizyczne, mentalne i duchowe są przecież nieskończone. Szkoda je zmarnować, uważa psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Serial na ulubionym portalu, wygodny fotel i trochę czasu. Po co mam kupować bilet i jechać do Afryki? Jeśli nawet nuda mnie zżera, może wystarczy popatrzeć, jak inni ryzykują? Nie wdawać się w to, co nazywamy przygodą? Pragnienie prawdziwej przygody jest powszechne. Dlatego mimo mediów społecznościowych, gier, interaktywnej telewizji i okularów VR (rozszerzonej rzeczywistości) większość ludzi nadal chce przeżyć coś niezwykłego, nadzwyczajnego, fantastycznego w prawdziwym życiu. Co prawda nasz mózg, a za nim również ciało mogą w pewnych sytuacjach uznać za realne sny, a nawet fantazje. Jednak ani sprawności fizycznej, ani tym bardziej odwagi, doświadczenia czy mądrości życiowej nam od pozbawionych realnego ryzyka pseudoprzygód nie przybędzie. Nie nauczymy się z nich tego, co z prawdziwych spotkań z ciekawymi, czującymi całym sercem ludźmi. W głębi duszy o tym wiemy i dlatego to, czego pragniemy, daleko wykracza poza wirtualną grę czy pasjonujący serial. Nie zaznamy pełni radości z kąpieli w najwierniejszym nawet obrazie wody. A bliskie spotkanie z doskonałym pikselowym złudzeniem mężczyzny czy kobiety pozostawi nas tylko z poczuciem zawodu i frustracji.

To jakie są zalety prawdziwej przygody? Czy tylko ćwiczenie mięśni i charakteru? To już dużo. Prawdziwa przygoda ma to do siebie, że w niewielkim stopniu poddaje się naszej kontroli. Niesie więc realne ryzyko niepowodzenia lub straty. Jest wyzwaniem dla naszego charakteru, zaangażowania, umiejętności i odwagi. A także doskonałą okazją do poznawania siebie, naszych silnych i słabych stron. Dając nam impuls do przekraczania ograniczeń, przyczynia się do rozwoju i wykorzystania naszego ukrytego potencjału.

Mówisz o powszechnym pragnieniu przygody, ale w realu niewielu z nas jej szuka. Czy brak nam odwagi, by świadomie kupić bilet w nieznane? Wolimy, by to los za nas zdecydował? Większość z nas odczuwa w sprawie przygody silną ambiwalencję. Z jednej strony półświadomie o niej marzymy, chcemy, by coś się w nas i wokół nas zmieniało. Coś nas korci do podejmowania ryzyka. Z drugiej strony – chcielibyśmy jednak żyć w bezpiecznej strefie komfortu, w spokojnej i przewidywalnej rutynie – po to, by wkładać jak najmniej wysiłku w codzienne życie i wybory z nim związane. Najczęściej więc kończy się na tym, że pozostawiamy pragnienie przygody boleśnie niespełnionym. Dlatego gdyby zapytać ludzi zmierzających do kresu życia, czego najbardziej żałują, większość odpowiedziałaby: „Tego, że za mało ryzykowałam, ryzykowałem”.

Czy nawet pracująca od 30 lat na tym samym stanowisku zachowawcza w ocenach i stylu życia 50-latka marzy o wyjściu z rutyny? Tak, choć znaczna część ludzi ze swoimi własnymi pragnieniami niezwykłych wydarzeń czy zmian wcale się nie identyfikuje. To dla nich niezrozumiałe i groźne, więc je zagłuszają i wypierają. Ale w końcu nawet w schematycznym, bezpiecznie ułożonym życiu pragnienie przygody potrafi niespodziewanie dojść do głosu. Jeśli nie w realu, to w marzeniach i snach. A także wtedy, gdy zachłysną się miłością albo wiosną, albo alkoholem, albo czymkolwiek innym, co doda im odwagi. Uwolniona w ten sposób skumulowana przez lata potrzeba przygody może wówczas wybuchnąć z nadmierną siłą i narobić zamieszania. Lepiej więc potrzebę przygody sobie uświadomić i dzięki temu odpowiedzialnie, acz kreatywnie nią zarządzać.

Wejść na portal randkowy, bo dziś przygoda to często tyle co romans? Albo włączyć grę komputerową? Przeżywanie przygód w świecie wirtualnym nic nie kosztuje. Można w każdej chwili przerwać, mamy kilka żyć, nic nam się nie może stać, nic nas nie zaboli, ale i nie zachwyci. Wszystko jest odwoływalne. Siedząc w fotelu, popijając piwo albo cappuccino, możemy zostać superbohaterami, superwojowniczkami, zdobyć skarby i atrakcyjnych partnerów, partnerki. Głód prawdziwej przygody usiłujemy wtedy oszukać erzacem i, niestety, wiecznie nienasyceni uzależniamy się od fikcji. Szaleństwo wieczorów kawalerskich i panieńskich dobrze obrazuje w realnym świecie powszechną ambiwalencję – pomiędzy pragnieniem stałości i przewidywalności a marzeniem o szalonej przygodzie.

Skąd się w nas bierze to rozdarcie? Zapewne ze zmagania się dwóch wielkich sił – pierwotnego popędu nawykłych do zmiany i wędrówki nomadów oraz zassanego z kultury i obyczaju superego. Popęd szuka ryzyka, zmiany i nowości, a utkane z kultury i obyczaju superego apeluje do rozsądku, namawia do umiaru i przewidywalności. Wygląda na to, że osadnictwo, własność ziemi, rolnictwo i hodowla przykrywają naszą pierwotną cygańską duszę warstwą pozoru.

Po co nam dziś ten apetyt na ruch i przygodę? Ruch i zmiana to życie, więc jest to apetyt na życie. Twórca szkoły terapii Gestalt Fritz Perls, mój pierwszy mistrz, mówił, że najgorszą rzeczą, jaka może się nam przydarzyć, jest bezruch, to, że nic się nie będzie zmieniać. Badania nad kreatywnością i mechanizmem tworzenia nowych połączeń neuronalnych potwierdzają pozytywną rolę zmiany i przygody. Bo im więcej połączeń neuronalnych, tym lepsze są parametry mózgu i tym większy zakres danych jesteśmy w stanie odbierać i przetwarzać. Przygoda rozumiana jako wyjście ze strefy komfortu – czyli tego, co już wiem i potrafię – najlepiej stymuluje rozwój mózgu. Dlatego to osoby przekraczające rutynę, poszukujące tworzą nowe wartości i cele dla wszystkich. Gdy ktoś taki utknie w strefie komfortu, czuje się jak uwięziony w dziecięcym pokoju i ucieka czym prędzej w nową przygodę.

Chyba nie wszyscy tak dramatycznie doświadczają życia w komforcie? To prawda. Ale nawet ludzie bardzo niechętni zmianie od czasu do czasu czują, że muszą choćby poprzestawiać meble w pokoju, inaczej się uczesać czy ubrać w nowym stylu.

Czy nie byłyby dobrym rozwiązaniem stabilny dom i praca, a w weekendy surwiwal? To zawsze coś, ale ważne, by znalazło się miejsce na ryzyko, zaskoczenie, nowość i trudność. W przeciwnym razie surwiwal ułoży się w nową rutynę. Potrafimy, jeśli zechcemy, zamienić w nią każdą przygodę. Są nawet firmy, które się w tym specjalizują, organizując bezpieczne wyprawy w nieznane. Do wewnętrznej prawdy, która nas wyzwoli, prowadzi prawdziwa droga, która wymaga trudu.

Jak wybrać tę drogę? Mój nauczyciel zen miał dla uczniów prostą receptę na to, by nie utknęli w strefie komfortu i nie popadli w życiową rutynę: „Jeśli nie wiesz, co wybrać, wybieraj to, co nowe i trudniejsze – wtedy będziesz się rozwijał”. Wybierając to, co łatwe i znane, drepczemy w miejscu, chodzimy w nieskończoność po własnych śladach. A nasze możliwości fizyczne, mentalne i duchowe są przecież nieskończone. Szkoda je zmarnować.

„Zawsze pod górkę” jako motto na życie? Oj... Nawet w Nowym Testamencie jest przypowieść o panu, który zostawił sługom przed wyjazdem talenty po to, by je pomnożyli. I kiedy po jakimś czasie wrócił, był zły na tego, który nie zaryzykował i ukrył je, bojąc się, że zostanie z niczym. Pochwalił zaś tych, którzy inwestowali odważnie, starając się zrobić z tego, co dostali, jak najlepszy użytek. Oni też pomnożyli swoje talenty. Wniosek: w ostatecznym, czyli duchowym, rozrachunku, ryzykując, zyskujemy.

Ale czy szczęśliwy dom nie wymaga stabilności, a nawet rutyny? Zawsze gdzieś jakieś ryzyko można i warto podjąć. Jeśli na przykład uważamy, że nasze dzieci chodzą do kiepskiej szkoły, która deformuje ich mentalność i obraz świata, to trzeba poszukać mądrzejszej szkoły, a nawet nowych edukacyjnych rozwiązań. Jeśli mieszkamy w toksycznej okolicy, która truje nas i nasze dzieci wyziewami z kominów, to trzeba stamtąd uciekać. Jeśli partner lub partnerka są nieodpowiedzialni, agresywni i nielojalni, to dla dobra dzieci i ich przyszłych rodzin lepiej wybrać ryzyko rozstania.

A przygoda serca, czyli romans? Stawiać na niego czy na wierność? Jeśli mamy poczucie, że w naszym związku źle się dzieje, że nie ma w nim wymiany intelektualnej, emocjonalnej i energetycznej – włącznie z tą, która dokonuje się w seksie – to wbrew naturalnemu odruchowi ucieczki warto podjąć trud naprawy tej sytuacji. Wymaga to dobrej woli obu stron. Jeśli jednak jedna ze stron nie chce wziąć swojej części odpowiedzialności za kryzys, to pojednanie jest niewykonalne. Wtedy trzeba sprostać ogromnemu wyzwaniu, jakim jest rozstanie się z klasą. Gdy braknie nam świadomości i samodyscypliny, to w sytuacji kryzysowej wdajemy się w romans, który na ogół jest wyborem łatwiejszej drogi, bo nie konfrontuje nas z naszym wkładem w to, że związek się nie udał.

Zmiana jest więc wszędzie i zawsze potrzebna? Zawsze – jeśli chcemy być wewnętrznie żywi, zmieniać się i rozwijać, w pełni doświadczać bolesnych i radosnych aspektów życia, ciągle się uczyć, twórczo pracować i mieć wdzięczne, tkliwe serce. Nie ma więc co marudzić i narzekać na to, że coś się w naszym życiu zmienia, tylko iść za tym. Na tym polega wyższa forma sztuki życia. Potraktujmy poważnie ostrzeżenie przed tym, by nie być kostką lodu w płynącej rzece. Rzeka życia – jak to rzeka – raz przyspiesza, raz zwalnia, meandruje, ale wciąż płynie. Nie zapominajmy, że w istocie jesteśmy tą rzeką. Nie próbujmy jej zatrzymać, nie próbujmy jej zamrozić. Bo wtedy zamrażamy i zatrzymujemy siebie samych.

Czyli rutyna zamraża nasze serca? Często, a ostatnio chyba coraz częściej. Boimy się ryzykować i inwestować w miłość. Bo miłość to jazda bez trzymanki, potężna energia, nad którą nie do końca panujemy. Oczywiście, można wyprzeć się miłości i zamrozić swoje życie, ale koszty tej operacji są tak wielkie i zasmucające, że ponad wszelką wątpliwość lepiej poddać się tej nieobliczalnej – ale jakże ożywczej – chorobie niż leczyć się z niej lekarstwem, które nas zabija.

Znam ludzi, którzy powiedzieliby, że liczy się lokata w banku, a nie szaleństwo serca. Dlatego wielu z nas w nocy śni, że nie żyje, a w dzień śni, że żyje. Sami sobie to robimy. Świetny film „Dzień świstaka” opowiada właśnie o tym, jak zabrnąć w życie, w którym nic się nie zmienia, a każdy dzień staje kopią poprzedniego. Dzieje się tak, gdy przekonamy sami siebie, że życie polega na rozbudowywaniu strefy komfortu i że już wszystko o sobie i o życiu wiemy. Wtedy podobnie jak bohatera tego filmu tylko miłość może nas wyzwolić z tragicznej pułapki. Więc niech żyje miłość – nawet gdy czasami boli.

  1. Styl Życia

Grywalizacja - pomoże się zmotywować

Grywalizacja wykorzystuje tę konstrukcję w ludzkim mózgu, by dawać nam przyjemność z grania. (Fot. iStock)
Grywalizacja wykorzystuje tę konstrukcję w ludzkim mózgu, by dawać nam przyjemność z grania. (Fot. iStock)
Wymyśl sobie grę, a łatwiej ci będzie wykonywać nudne zadania, rozwijać się, motywować, a nawet zachęcić dzieci do domowych obowiązków. Grywalizacja – pomysł Pawła Tkaczyka – to klucz do zamiany życia w zabawę.

Jak gra może zmienić nasze życie? By to zrozumieć, trzeba poznać nasze modele podejmowania decyzji. Mamy dwa takie systemy. Pierwszy jest automatyczny, nie mamy nad nim kontroli. Działa na zasadzie bodziec–reakcja. Czyli jeśli ja powiem: „bez pracy nie ma...”, to w pana głowie automatycznie wyskakuje brakujące słowo. Drugi system to świadomy głos w głowie – tzw. zdrowy rozsądek: „lepiej zrobić to, a nie tamto”. Problem polega na tym, że myślimy, iż kierujemy się w działaniach zdrowym rozsądkiem, tymczasem za decyzję odpowiada system pierwszy. Na przykład niech pan powie, kto rządzi w takim związku: jeździec i słoń?

Jeździec. A gdy słoń się przestraszy, jest napalony albo głodny?

To słoń. Właśnie. Tak mniej więcej wygląda podejmowanie decyzji w naszej głowie – nam się wydaje, że to zdrowy rozsądek, czyli jeździec, jest u władzy, ale tak naprawdę rządzi słoń, czyli automat. Jak sprawić, by te dwa systemy działały w zgodzie? Nabierać słonia. Na przykład musimy rano wstawać, by iść do pracy, ale słoń mówi: „Oszalałeś? Ja nigdzie nie idę!”. Oszukujemy więc słonia, nastawiając budzik, który nie tylko dzwoni, ale i ucieka. Słoń chce mieć spokój, więc musi wstać, żeby złapać budzik. W grywalizacji nie nabieramy słonia, tylko z nim rozmawiamy. Wtedy osiąganie celów staje się prostsze: niezależnie, czy chcesz zrzucić wagę, rzucić palenie, czy oszczędzać pieniądze na emeryturę.

Jaką grę by pan ułożył dla osób, które chcą się odchudzić? Taką, która polega na dawaniu ludziom natychmiastowej nagrody za to, że coś robią albo przed czymś się powstrzymują. Przykład: aplikacja do biegania na smartfony. Wyznaczam sobie w niej wyzwania, np. dystans do pokonania w ciągu tygodnia, dnia, godziny itd. W aplikacji jest pasek postępu, dlatego cały czas widzę, ile do tego celu mi brakuje. Gdy na to spojrzę, to nie myślę, że dzięki temu będę mniej ważył za 10 lat, tylko myślę o tym, by pasek postępu się wypełnił. Dla słonia to wystarczająca nagroda.

Dlaczego gry są tak przyjemne? Bo dają nam zastrzyk hormonów szczęścia. Poprzez grę uczymy się otaczającego świata. Człowiek rodzi się z mózgiem, który potrafi mniej niż mózgi zwierząt – źrebak w godzinę po narodzinach już sam chodzi, a człowiek potrzebuje na to ponad roku. Powinniśmy ten rok spędzić w łonie matki, ale rodzimy się, bo mózg musi rosnąć. A gdyby urósł przed porodem, mielibyśmy poważne problemy z urodzeniem takiego mózgu. Dlatego natura zdecydowała się rozwijać mózg dziecka poza łonem matki w bezpieczny sposób – poprzez gry, zabawy.

Ale my, dorośli, też lubimy grać. Bo nigdy z tego nie wyrastamy – zastrzyki hormonów z dzieciństwa nas uzależniają od zaspokajania ciekawości. Grywalizacja wykorzystuje tę konstrukcję w ludzkim mózgu, by dawać nam przyjemność z grania.

W co grać, by się rozwijać? Proszę sobie wyobrazić nastolatka, który mówi: „Tato, powyjmowałem gary ze zmywarki i teraz sobie wymyślę jeszcze dwie rzeczy, które mogę dzisiaj w domu posprzątać”. Jak to osiągnąć? W Internecie jest gra Chore Wars (wojny obowiązków domowych – przyp. red.), w której można stworzyć postać i zdobywać dla niej punkty oraz wyposażenie, w zamian za wykonywane obowiązki domowe. W drużynie jedna osoba wyznacza zadania i nagrody drugiej, np. za wyniesienie śmieci masz 2 złote dukaty, za co możesz sobie kupić miotłę chwały. Niematerialne nagrody, a działają. Mój nastoletni syn dostał ode mnie taką strukturę zadań i swobodę wymyślania własnych wyzwań, które ja musiałem zatwierdzić. On się tak w to wkręcił, że gdy przychodzi do domu, to mówi: „Ciekawe, co dzisiaj mogę sobie wymyślić. Posprzątam biurko”. Robi to z własnej woli, dla zabawy. My chcemy się automotywować poprzez gry, tylko potrzebujemy do tego pomysłu. Podobnie działa wspomniany program na smartfona. Mogę w nim zaplanować bieganie, skakanie, jazdę na rowerze itd. Gry mają wartość społeczną, więc program kusi: „zaproś znajomych”. Może się pościgacie? Gdy budzę się rano i widzę na smartfonie, że kolega właśnie nabija kilometry, to „mój” słoń myśli: „Ooo, stary. Jak tak, to wstajemy!”. To jest motywujące.

A jak siebie zmotywować do regularnej nauki języka obcego? Zamiast mówić: „Muszę poświęcić godzinę dziennie na naukę” – bo wtedy słoń spyta: „Po co?” – trzeba mu dać jakąś fizyczną nagrodę, np. kolejne „eksponaty” do kolekcji. Ona nie ma pokazywać, ile ktoś już zrobił, ale ile jeszcze mu brakuje do celu. Pamięta pan, jak zbierał pan naklejki z gum do żucia?

Tak. Bardziej rzucało się w oczy, ile jeszcze ich mam do wypełnienia, a nie ile już uzbierałem. Właśnie. Ten mechanizm można zastosować w nauce języka, np. stworzyć sobie okienko na korkowej tablicy, które zmieści 100 karteczek ze słówkami. Po każdym słówku, którego się pan nauczy, nalepi pan karteczkę na tablicy, uzupełniając kolekcję. Po jej wypełnieniu czeka nagroda, którą wcześniej sobie pan zdefiniował. Przy czym tablica musi być cały czas widoczna – dzięki temu motywacja wzrasta – oraz jasno pokazywać, ile brakuje do osiągnięcia nagrody.

Czy zna pan jakąś grę, którą każdy z nas mógłby wykorzystać w swoim życiu do rozwoju? Kółko i krzyżyk. Reguły każdy zna. Wieszam na ścianie planszę do kółka i krzyżyka i za każdym razem, gdy np. przebiegnę 10 km, mogę postawić na planszy mój znak. Jednocześnie druga osoba, której rzucam wyzwanie, także ma prawo wypełnić na tej planszy pole po 10 km. Kto pierwszy wypełni trzy pola, wygrywa wcześniej ustaloną nagrodę. Tę grę można zastosować do czegokolwiek: nauki języka, czytania książek…

Wyobraża pan sobie dzień bez grywalizacji? Nie bardzo. Zawsze są jakieś gry w moim życiu. Mam samochód, który pilnuje, bym oszczędzał paliwo, i robi to w formie gry – kolory na desce rozdzielczej się zmieniają w zależności od tego, czy jeżdżę ekonomicznie, czy też nie. Jako grę traktuję nawet kartkę z zadaniami, które mam wykonać danego dnia – odhaczam każde kolejne i widzę, ile mi brakuje do końca. Dzień bez grywalizacji byłby bardzo nudny.

Paweł Tkaczyk mówca publiczny, prowadzi wykłady i szkolenia nt. marki, nowoczesnego marketingu, stosowania zasad gier w firmach, autor książek: „Grywalizacja”, „Zakamarki marki”, „Narratologia”. 

  1. Psychologia

Nie bójmy się zmian, puszczajmy się!

Czy nie lepiej się puścić w nieznane, zamiast pozwolić, by naszym życiem rządził lęk? (Fot. Getty Images)
Czy nie lepiej się puścić w nieznane, zamiast pozwolić, by naszym życiem rządził lęk? (Fot. Getty Images)
Jedna z zabawnych grafik Marty Frej przedstawia siedem kobiet wiszących na drążkach. Napis głosi: „Puszczamy się, kiedy chcemy!”. To stan postulowany. W rzeczywistości trzymamy się kurczowo byle czego niczym ostatniej deski ratunku.

O lęku przed zmianą pewnie już nieraz pisałam, ale co jakiś czas uderza mnie na nowo nasza wytrwałość w bronieniu się przed nią. Jest nam źle, cierpimy, ale zmienić to? Brr! Nie ma takiej możliwości. Tkwimy w kiepskich sytuacjach, choć z zewnątrz dobrze widać wyjście. Siedząc wewnątrz, nie chcemy go zobaczyć. A jeśli już widzimy, to nie wydaje nam się atrakcyjne. Jakby to wyjście prowadziło w pustkę, a nie na wolność.

Spotykam się ostatnio z grupą młodych kobiet, które chcą się nauczyć tworzyć dobre związki. Marzą o tym, żeby w końcu założyć rodzinę, mieć męża i dzieci, a ciągle są same albo ładują się w historie bez przyszłości.

Paula ma 33 lata, duże sukcesy w pracy, własne mieszkanie i wielu przyjaciół, ale od lat nie ma chłopaka. Jest bardzo atrakcyjna, łatwo nawiązuje kontakty, dużo podróżuje, obraca się w wielu środowiskach, więc dlaczego jest sama, skoro nie chce? Historia tajemnicza, ale Paula ją w końcu wyjaśnia. Od lat kocha mężczyznę, który wkrótce po zawarciu znajomości powiedział jej, że jest gejem. Nadal jednak okazywał jej zainteresowanie, a któregoś dnia wyznał, że ją kocha. Kocha również swojego partnera, z którym jest w szczęśliwym związku, ale z Paulą chętnie spędza czas. Czasem ją przytula; gdy Paula płacze, głaszcze po głowie, pociesza, ale nigdy nie zrobił nic, co wykraczałoby poza przyjacielskie gesty. Jego partner również lubi Paulę, więc ona często przebywa z nimi dwoma, patrzy na ich cudowny związek i cierpi, że jest poza nim, choć obaj otaczają ją przyjaźnią. Paula wie, że tu się pewnie nic nie zmieni i przeżywa tragedię.

– Dlaczego z tego nie zrezygnujesz? – pytają dziewczyny z grupy. – Jak mogę zrezygnować?! To największa miłość mojego życia!

Paula jest wściekła na dziewczyny, że nie widzą tragizmu sytuacji, która jest osią jej życia. Żałuje, że zdradziła nam swoją tajemnicę. Nie chce słyszeć, że on jej nie kocha, że to ślepy zaułek, choć w zainscenizowanej scence znacznie lepiej się czuje, gdy stoi dalej od tych dwóch chłopaków, niż wtedy, gdy jest z nimi. Lekceważy własne odczucia, bo za nic nie chce zrezygnować z tej iluzji związku.

– A jak z niego zrezygnuję, to co? Czy mogę mieć gwarancję, że jeszcze kogoś pokocham? I że on mnie pokocha? – pyta ze złością. – Nie możesz mieć gwarancji, ale możesz dać sobie szansę – odpowiadam. – Tu za to masz gwarancję, że będziesz cierpieć. – Odejdę, jak pokocham kogoś innego.

Ale jak ma pokochać kogoś innego, skoro swoje uczucia lokuje w tym mężczyźnie?

Na następnym spotkaniu Paula mówi o tym, że boi się być sama. Nie chciała tego zobaczyć, bo jest dzielną podróżniczką, kawał świata zjeździła w pojedynkę, a tu co? Strach przed samotnością, który kompletnie nie pasuje do jej obrazu siebie. Ale w końcu uznaje, że on jest. I że to on każe jej trwać w sytuacji, w której ciągle liczy na to, czego nie ma.

– Przyszłam na tę grupę po to, żebyście mi pomogły go zdobyć, a wy co?! – rzuca oskarżycielsko, a dziewczyny zaczynają się śmiać. Po chwili Paula śmieje się razem z nimi. Balon tragizmu pęka.

– A kto będzie zostawał z ich kotami? – pyta Beata. – Poradzą sobie – mówi Paula ze śmiechem, jakby już jedną nogą była na wolności.

Historia Pauli poruszyła 36-letnią Gabrysię, która od sześciu lat jest w związku ze swoim szefem.

On ma żonę, ale oczywiście jest nieszczęśliwy i zamierza się rozwieść. Mówił tak od początku ich znajomości, dwa lata później żona zaszła w ciążę i urodził im się syn, teraz żona spodziewa się córeczki. Gabrysia nadal tkwi w relacji starannie ukrywanej przed światem, choć coraz trudniej jej wierzyć, że ten mężczyzna kiedyś naprawdę będzie z nią. Ale on ciągle zapewnia, że to Gabrysia jest kobietą jego życia, i jak tu się oprzeć? Gabrysia kilka razy zrywała, nawet myślała o tym, żeby odejść z pracy, ale nim coś znalazła, znowu byli razem. To „razem” oznacza jeden wieczór w tygodniu, czasem jakąś wspólną delegację. Gabrysia codziennie robi wszystko, żeby mu się podobać, całe dnie w pracy na szpilkach, ostry makijaż, bo on tak lubi, a żona chodzi w kapciach i bez makijażu. Wszystkie myśli Gabrysi są wypełnione nim i nadzieją na wspólne życie. Gabrysia kończy opowiadać, dziewczyny milczą. W końcu odzywa się Paula:

– Witaj w klubie! – Nie musicie nic mówić. Sama wiem – stwierdza Gabrysia. Na następne spotkanie przyszła bez makijażu i w butach na płaskim obcasie. Wygląda świetnie. – A żebyście wiedziały, jak się czuję bez tej maski! Od kilku dni żyję swoim życiem!

Beata, lat 32, ma zupełnie inny problem, tak się wydaje na pierwszy rzut oka. Beata jest bardzo związana ze swoją rodziną. Od czasu studiów nie mieszka w domu, ale jeździ tam w każdy weekend. Kilka razy dziennie rozmawia z mamą przez telefon, bo mama jest chora i Beata bardzo się o nią troszczy. Zresztą rodzice także troszczą się o nią. Kupili jej mieszkanie i dali pieniądze na meble. Te meble też sami wybrali. Beata wolałaby inne, ale nie chciała im robić przykrości, zresztą skoro to ich pieniądze, to oni mają prawo decydować. Rodzice decydują także o wakacjach, na które jeżdżą w trójkę, bo bez niej by się nudzili. Beata jest grzeczną córeczką i spełnia ich oczekiwania.

W zainscenizowanej sytuacji Beata cały czas patrzy na rodziców, zapomina o istnieniu mężczyzny, którego sama wybrała i który stoi kilka kroków za nią. Gdy próbuje się od nich odsunąć, czuje lęk.

– Jak oni sobie poradzą? – pyta. – Poradzą sobie – odpowiadają dziewczyny. Beata robi krok i staje. – A czy ja sobie bez nich poradzę? – Nie dowiesz się, póki tego nie sprawdzisz – mówię.

Każda kobieta w tej grupie ma inną opowieść, ale jedno je łączy. Trzymają się tego, czego mogą się złapać, i nie sprawdzają, czy potrafią same chodzić. Czy nie lepiej się puścić w nieznane, zamiast pozwolić, by naszym życiem rządził lęk?

  1. Psychologia

Mój wewnętrzny hamulec. Autosabotaż

Autosabotaż jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. (Ilustracja: iStock)
Autosabotaż jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. (Ilustracja: iStock)
Jak przestać się bawić w chowanego z samym sobą? Dobrze jest poznać stosowane przez siebie wzorce autosabotażu, a potem je rozbroić – radzi Beata Kaczyńska, psychoterapeutka, coach.

Każdy z nas jest autosabotażystą? Każdy z nas autosabotażystą bywa. Autosabotaż to postawa związana z brakiem gotowości do odkrycia i do przeżycia prawdy o sobie. Zatrzymuje nas w procesie dokonywania zmian, ale jednocześnie jest ciekawym źródłem informacji na temat tego, kim tak naprawdę jesteśmy, czego pragniemy i czego się obawiamy. Jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. Kącikiem oka widzimy w lustrze skrawek postaci, ale coś zatrzymuje nas przed tym, by spojrzeć tej postaci prosto w oczy.

Jak zatem autosabotaż może wyglądać w praktyce? „Poradniki nie działają” – to jedna z najbardziej popularnych strategii autosabotażowych. Ludzie kupują mądre książki i nawet je czytają, a potem nie potrafią ukryć rozczarowania tym, że nic w ich życiu się nie zmieniło. Lektura nie przyniosła oczekiwanego objawienia i natychmiastowej rewolucji. Wniosek może być tylko jeden: „Poradniki nie działają”.

Mają rację? Mają i nie mają – jak to w autosabotażu. Sama książka, nawet najmądrzejsza, niczego nie zmieni, jeśli jej czytelnicy nie zabiorą się do realnej pracy nad tym, co chcieliby przepracować, zmienić, odkryć. Jeśli nie wykonają żadnego ćwiczenia z książki, jeśli zrobią je raz pomimo zalecenia regularnych powtórzeń, jeśli pominą znaczące, a niewygodne fragmenty, bo wieje z nich nudą, jeśli – choćby i krytycznie – nie przedyskutują zawartych w niej tez. Jeszcze inni autosabotażyści wiecznie szukają właściwego specjalisty. Są ludzie, którzy testują niezliczone adresy i nazwiska, cały czas nie mogąc trafić na tego jedynego, właściwego terapeutę czy coacha. Swego czasu usłyszałam od pewnej pani na konsultacji, że „na zdjęciu wyglądałam poważniej”. Nie zdecydowała się na pracę ze mną i nie zdziwiło mnie to, gdyż w międzyczasie opowiedziała mi, że jestem jedną z wielu specjalistek, które sprawdza – z innymi nie było chemii, ktoś miał za małe doświadczenie, a ktoś inny za duże i wydawał się już wypalony. Ktoś jeszcze inny miał ponury gabinet. To przypadek skrajny, ale niemało jest osób uważających: „To specjalista odpowiada za to, że nie potrafię nad sobą pracować”.

Ukrywają świadomie prawdę o sobie? Jest taki rodzaj działania przeciwko sobie, który ja nazywam autosabotażową maligną. Wielokrotnie zdarzało mi się podczas sesji coachingowych, że klient odkrył coś głębokiego, miał prawdziwą iluminację. Widziałam, że jest ewidentnie poruszony tym, co się pojawiło w jego świadomości. Po czym na następnym spotkaniu... nie pamiętał, co się stało, lub całkowicie zbagatelizował znaczenie tego odkrycia i moc przeżycia.

Dlaczego? Ludzie wypierają i deprecjonują odkrycie prawdy o sobie, bo trudno im przyjąć, że to, co do tej pory robili, nie jest ani na jotę zgodne z ich potrzebami, wartościami. Co więcej – radykalna zmiana ścieżki prywatnej czy zawodowej wymagałaby zapewne nakładów wysiłku i rozmaitych starań, a to już nie brzmi miło. Dlatego często słyszę: „Owszem, wydawało mi się, że to ciekawe, ale po zastanowieniu wiem, że ta nowo odkryta droga też nie jest moja”. Kolejny obszar autosabotażu – a mówię o nim z pewną ostrożnością, ale też odpowiedzialnością – to tzw. depresja. Depresja, oprócz tego, że jest bardzo poważną chorobą, stała się „wycieruchem” w coachingowych i psychologicznych gabinetach. Ludzie mylą stany smutku, przygnębienia, lęku, niepokoju, nudy, ociężałości czy znużenia – naturalne w różnych momentach życia – z rzeczywistą depresją. „Chyba mam depresję” – to dla niektórych – i w niektórych kręgach towarzyskich – niezwykle atrakcyjna wymówka.

Załatwiają tym zdaniem wiele różnych trudnych spraw. Nawet takich jak pójście do psychiatry i ustalenie konkretnej diagnozy. Mówią sobie: „W moim stanie? Co ja załatwię? Nic”. I nawet jeżeli jednak uda im się trafić do specjalisty, z reguły po jakimś czasie odstawiają leki albo wręcz w ogóle nie zaczynają ich brać. Często słyszę to zdanie w momencie, gdy trafiają do mnie klienci w życiowych kryzysach i przestraszeni sytuacją, w której się znaleźli, naciągają na głowę woal „pseudodepresji”. Do worka z takim logo wrzucają całe swoje przeżywanie i jednocześnie własną gotowość do mierzenia się z kłopotami. Oto są usprawiedliwieni. Na razie nie muszą nic robić. A potem się zobaczy. Są też tacy autosabotażyści, którzy ciągle przychodzą do coacha z tym samym problemem. W kółko mówią o tym samym. Każde ich odkrycie na swój temat nie jest dość dobre, inspirujące, nie dość sycące i trafne. Ciągle obrabiane jest to samo poletko. Bo w istocie wcale nie o nie chodzi.

A o co? O coś kompletnie innego, często sami nie wiedzą o co.

Na przykład mówią o swojej pracy, a prawdziwy problem dotyczy związku? Tak. Albo na odwrót. Bywa też, że nieustanne „mówienie o” jest substytutem działania. Gdy snujemy wizje i opowieści, „rozpracowujemy” swoje wątpliwości, zaczynamy czuć, że żyjemy. Kłopot w tym, że wraz z końcem rozmowy energia się ulatnia, a my budzimy się wciąż w tym samym miejscu. Są też osoby, które mają tendencje do niekończących się analiz. Przywołują bardzo bogate argumentacje dla uzasadnienia różnych swoich stanów, przyczyn, kłopotów. Nie przekłada się to ani na zmianę, ani na podniesienie jakości życia czy likwidację dylematów i poprawienie swojej sytuacji. Bywa niezwykle uwodzące intelektualnie, ale jest w gruncie rzeczy jałowe.

„Jestem gruba, brzydka i nic mi się nigdy nie uda” – do której grupy autosabotażu zaliczyłaby pani to zdanie? To raczej nawyk myślowy, przekonanie sabotujące rozwój. Jeśli wierzymy takiej myśli, przepis na rozpacz gotowy. Tymczasem warto pamiętać, że każda myśl jest „produktem” naszej głowy i jako taka może być zweryfikowana i zmieniona. Czy może to być przykład autosabotażu? Pewnie tak, jeśli pomimo wiedzy o tym, jak działają przekonania, nadal utrzymujemy w naszej głowie taką myśl i uporczywie się nią zadręczamy. Akurat uroda, waga oraz bycie obiektem czyichś westchnień to obszary, w których opisach często dokonujemy rozmaitych lingwistycznych nadużyć. Zamiast powiedzieć: „Ważę tyle i tyle”, mówimy: „Jestem gruba” – i powód do zmartwień gotowy. Używając takiej obraźliwej narracji, umacniamy w sobie bezradność, podtrzymujemy nieużyteczną iluzję niezmienialności: wszak skoro taka JESTEM, to nic z tym zrobić się nie da. Tu diabeł tkwi w słówkach.

Jeśli ktoś pomyśli: „Wprawdzie nie jestem teraz zadowolona ze swojego wyglądu, ale bardzo chcę nad sobą popracować” – to autosabotaż w tym miejscu się kończy. Często dotarcie choćby do takiego punktu wymaga dużej pracy nad sobą. We wprowadzaniu zmian, moim zdaniem, przeszkadzają różne przekonania, skrypty życiowe w stylu: „Kobiety mają w życiu ciężko i nic na to nie poradzisz”. Te przekonania są jak lejce, które hamują naszą ciekawość, nasz pęd do odkryć i eksperymentowania. Na przykład: „Taka stara baba jak ja nie będzie zaczynała wszystkiego od początku”. Przyjmując, że zaczynanie od początku jest jednak możliwe, trzeba przyznać, że coś nie wyszło, może nawet doświadczyć związanego z tym dyskomfortu. Kolejnym schematem ograniczającym jest przekonanie: „Jestem ofiarą”. Bywa, że kobiety, które tak o sobie myślą, wybierają na przyjaciółki takie osoby, na tle których zawsze będą prezentowały się źle (zwłaszcza że nieświadomie dołożą wszelkich starań, aby tak właśnie było). Zakochują się w nieosiągalnych mężczyznach (np. takich, którzy są w szczęśliwych związkach), żeby potwierdzić po raz kolejny, iż nie im pisane jest szczęście w życiu. Uczestniczą w niezliczonych grupach rozwojowych i szukają rozmaitych kobiecych wspólnot w nadziei, że ktoś je w końcu zrozumie i odczaruje, że z zewnątrz przyjdzie docenienie i wybawienie. Tymczasem ten wzorzec istnienia nie daje spodziewanych efektów, bo dać ich nie może.

A kiedy przestaje być użyteczny? Kiedy człowiek zaczyna się w swoim nieszczęściu rozsmakowywać, a nie próbuje z niego wyjść. Kiedy uparcie odmawia wzięcia odpowiedzialności za zmianę siebie i swojego życia.

Czy autosabotaż jest zły? Ani zły, ani dobry. On po prostu jest swojego rodzaju mechanizmem doświadczanym przez każdego z nas w sytuacjach, które definiujemy jako trudne. Obiektywnie wcale nie muszą takie być, ale ponieważ np. mamy z nimi do czynienia po raz pierwszy w życiu, wydają się nie do przejścia. Bardzo często autosabotaże są utrwalonym wzorcem reagowania na daną sytuację, np. osoba reagowała w dzieciństwie unikaniem kłótni, bo to ją chroniło przed cierpieniem. Dlatego w dorosłym życiu dalej tak robi, chociaż takim funkcjonowaniem podstawia sobie nogę: wycofuje się, zamiast walczyć o siebie.

Jak rozpoznać, który autosabotaż jest moim ulubionym? Autosabotaż się powtarza, jest nawykiem. Dzięki temu daje szansę, żebyśmy go sobie uświadomili. I skorzystali z mądrości, którą niesie, zadając sobie bardzo proste pytania: po co mi taki sposób zachowania się? O jakich moich potrzebach mnie informuje? Co w taki sposób chcę uzyskać, a czego unikam? Bądźmy zatem uważnymi obserwatorami siebie samych: czy powtarzają się w naszym życiu jakieś nieprzyjemne, nieużyteczne dla nas sytuacje? Jakie? Jak to robimy, że po raz kolejny nie osiągnęliśmy upragnionego rezultatu? Czy się tradycyjnie wycofujemy, czy szarżujemy? A może mamy jeszcze inny patent na gwarantowaną porażkę? Dopóki nie zechcemy przystanąć i wytrząsnąć tego autosabotażowego kamyczka z buta, dopóty żyjemy z poczuciem dyskomfortu.

Jak obserwować swoje myślenie, żeby wychwycić momenty autosabotażu? Można spisywać myśli, zwłaszcza w sytuacji, kiedy doświadczamy cierpienia. Zapytać: co wtedy myślę o sobie, świecie i ludziach? Które z tych myśli są dla mnie użyteczne, a które nie? Kluczowe w każdej sytuacji jest to, żeby przynajmniej dać sobie szansę na pomyślenie: „To, że tak o sobie myślę, wcale nie jest tożsame z tym, kim jestem”. Twoje myśli nie są faktami. Jeśli tak myślisz o sobie, równie dobrze możesz pomyśleć inaczej. Często łapiemy się na samooszukiwaniach, na kłamstewkach, które mówimy do siebie. Jeżeli głębiej się nad tym zastanowimy, wiemy, że tak naprawdę nie lubimy tej Maryli, z którą się kolegujemy, albo złości nas Marian, o którym sobie wymyśliłyśmy, że będzie naszym mężem, bo ma dobry zawód. Wiemy podskórnie, że to nie tędy droga.

Czy zrozumienie mechanizmów autosabotażu pomoże nam się zmienić? Niekoniecznie. Trafiają do mnie osoby, które mówią: „Wiem, jak funkcjonuję, czy to jest zmienialne?”. W części zapewne tak. Natomiast nie bądźmy wobec siebie zbyt surowi i nie obwiniajmy się za używanie autosabotaży. Proponuję wyrobić w sobie nawyk empatii dla samego siebie, czułości wobec swojej słabości, braku gotowości, lęku przed zmianą. I zwyczaj rozbawiania się swoją osobą. Żeby nie traktować siebie tak śmiertelnie serio. Te wszystkie autosabotaże to przecież czasem niezły ubaw. Wystarczy wyobrazić sobie, jak siedzimy w okopie, w szyszaku, z witkami brzozy przyczepionymi do kołnierza tylko po to, by się przed samym sobą schować. Jeśli zechcemy z takim dystansem na siebie spojrzeć – możemy wówczas poczuć, że oto nadeszła pora z naszego ulubionego okopu wyjść. Powiedzieć sobie: „Boję się, ale wyłażę”. I naprawdę zacząć żyć inaczej.

Beata Kaczyńska: master coach, psycholog, trener w Szkole Coachingu Wings. Prowadzi zarówno coachingi biznesowe, jak i coachingi życiowej zmiany. Nauczyciel i superwizor innych trenerów i coachów.

  1. Psychologia

Życiowe zmiany: jakie towarzyszą im emocje?

Zmiana nie musi oznaczać skoku w przepaść. Może być koniecznym remontem w życiu. (Fot. Getty Images)
Zmiana nie musi oznaczać skoku w przepaść. Może być koniecznym remontem w życiu. (Fot. Getty Images)
Rozstanie, nowa praca, przeprowadzka? Spokojnie, to nie skok w przepaść, ale raczej remont życia. Zanim wniesiesz nowe meble, powinnaś jednak zrobić porządek ze starymi. Czy jesteś gotowa przeżyć emocje z tym związane?

Postanowiłaś coś zmienić w swoim życiu… Hmm, no właśnie: postanowiłaś, musisz czy chciałabyś? Dobrze się zastanów… albo nie: usiądź wygodnie, zamknij oczy, poobserwuj rytm swojego oddechu i poczuj, jakie doznania pojawiają się w ciele, gdy myślisz: „zmiana”.

Prosty kręgosłup, głowa uniesiona do góry, nogi mocno oparte o podłoże, ciepła, przyjemna energia wibrująca w okolicy splotu słonecznego i wewnętrzna pewność: „Postanowiłam coś zmienić w swoim życiu”. A może inaczej: głowa schowana w ramiona, zamknięta klatka piersiowa, drżące nogi, zaciśnięte pięści i wewnętrzny niepokój: „Muszę coś zmienić”. Albo tak: postawa oczekująca, niespokojnie poruszające się ręce i nogi, jakbyś szukała oparcia na zewnątrz, drżenie w okolicy żołądka i ta niepewność: „Chciałabym coś zmienić, tylko czy dam radę?”.

Zanim podejmiesz decyzję

Marta usiadła naprzeciwko mnie i zdecydowanym głosem powiedziała: „Dość tego, chcę rozwodu”. Czułam jej pewność i wewnętrzne zdecydowanie. To ważne, bo często, zwłaszcza w tak ważnych decyzjach jak rozwód, zmiana pracy czy wyprowadzka na drugi koniec świata – kierujemy się wewnętrzną desperacją, czujemy, że kropla przepełniła czarę goryczy i nie ma innego wyjścia, jak zamknąć oczy i rzucić się w przepaść, bo obecnego stanu dłużej nie wytrzymamy. Takie spontaniczne, nieprzemyślane zwroty akcji zwykle są ucieczką – od tego, co jest trudne do zmiany. Czy to źle? To zależy. Jeśli zaufasz światu, weźmiesz odpowiedzialność za wszystkie konsekwencje zmiany i pozbędziesz się swoich wewnętrznych ograniczeń (w tym konieczności planowania i kontrolowania) – może ci się udać.

Marta miała za sobą 20-letni staż małżeński. Miesiąc temu dowiedziała się o zdradzie męża, kolejnej. – Nie chcę już dłużej być „tą drugą”, chcę rozwodu. Czy to takie dziwne, że dość mam upokorzeń, plotek, żarcików znajomych i lęku, czy tym razem to również tylko przelotny romansik, czy coś poważnego? – pytała z determinacją w głosie. Potrzebowałyśmy pół roku intensywnej pracy, żeby Marta zrozumiała, że rozwód to nie tylko honorowe wyjście z sytuacji, odwet na niewiernym mężu czy pokazanie, że dość masz roli ofiary. To poważna zmiana wpływająca na całe życie. Podobnie jak decyzja o zmianie pracy, miejsca zamieszkania czy zawodu.

To prawda, że pierwszym, podstawowym krokiem do zmiany jest zwykle niezadowolenie z obecnego stanu: „Mam dość, dłużej tego nie wytrzymam, muszę coś zrobić, bo oszaleję”. To oczywiście lepsze niż bierne tkwienie w sytuacji, która cię niszczy, ale… każda zmiana to jedna wielka niewiadoma. Nigdy nie wiesz, czy „nowe” będzie lepsze od „starego”. Na pewno będzie inne. No i koniecznie trzeba wtedy uprzątnąć bałagan przeszłości.

Bywa, że zmiana pojawia się najpierw w ciele, jako niejasne doznanie, np. poczucie wewnętrznego niepokoju. Z jednej strony coś cię paraliżuje, z drugiej ekscytuje, czujesz mrowienie w podbrzuszu. To energia zmiany, która budzi się w twoim ciele. Na początku możesz chcieć ją zagłuszyć, zlekceważyć, bo ciało wprawdzie chce, ale głowa się boi, nie rozumie, uparcie trwa przy starym porządku rzeczy. Jeśli to uczucie narasta, potrzebujesz wewnętrznej odwagi, by otworzyć się na zmianę, która coraz silniej dobija się do drzwi. To sygnał od twojej duszy. Wysłuchaj go, zaufaj, nie przegap tego ważnego momentu. Bądź przy sobie, a jednocześnie rozglądaj się dookoła, za chwilę w świecie pojawi się okazja, by przeprowadzić proces zmiany.

Opór i lęk przed zmianą

Zrób prosty test: masz ważne spotkanie, ubrałaś się elegancko, już masz wychodzić z domu, a tu rozpętała się burza. Co robisz? Bierzesz parasol albo zamawiasz taksówkę? Złorzeczysz na aurę za oknem? A może zmieniasz plany, odwołujesz spotkanie? Jedynym naprawdę sensownym wyjściem jest zmierzyć się ze zmianą, zaadaptować ją do swojego życia.

Podobno wszyscy lubimy zmiany, pod warunkiem że nas nie dotyczą. Skąd bierze się nasz opór i lęk, skoro, jak zauważył Heraklit z Efezu, zmiana jest jedyną pewną rzeczą w życiu? Zwykle źle reagujemy na zmiany, które nie są od nas zależne. Burzą nasze plany i podważają dotychczasowe myślenie o świecie, wytrącają ze strefy komfortu i skłaniają do wysiłku. Wielu zmian nie potrafimy przewidzieć, bo to nie my jesteśmy ich inicjatorami. Szukasz pracy, bo dostałaś wypowiedzenie. Rozwodzisz się, bo twój partner złożył pozew w sądzie. Przeprowadzasz się, bo nie stać cię na drogie mieszkanie. Najpierw pojawia się szok: „To nie może być prawda”. Potem bunt: „Nie zgadzam się”. Zastygasz w bezruchu, nie jesteś w stanie nic zrobić, może gramolisz się do łóżka, nakrywasz kołdrą i chcesz zniknąć. To ważny etap – zatrzymanie.

Elżbieta zgłosiła się do mnie w czwartym miesiącu ciąży. To była wpadka. – Chcę mieć dziecko, ale nie teraz. To najgorszy z możliwych momentów – mówi. – Ale to już się stało – odpowiadam. – Tak, ale nie wiem, czy chcę tego dziecka – podnosi głos. – Jesteś w czwartym miesiącu ciąży – przypominam jej. – No właśnie, to dlaczego nie potrafię się z tego cieszyć jak inne, normalne kobiety? – pyta. – Bo ciągle jesteś w zaprzeczeniu. Co dzieje się w twoim ciele? – szukam. – Coś dzieje się z moimi nogami. Są takie ciężkie, miałabym ochotę kopać, żeby zrzucić z siebie ten ciężar – wyznaje. – Chciałabyś uciec? – Tak. – Ale to się nie uda.

Kiedy dopada cię niespodziewana zmiana, w głowie pojawiają się myśli typu: „Dlaczego tak się stało?”, „Co zrobić, żeby to odwrócić?”. Bywa, że wyrzucasz z siebie tysiące słów, opowiadasz znajomym o tym, co strasznego cię spotkało, słuchasz rad, podejmujesz jakieś desperackie kroki albo udajesz, że to wszystko nieprawda. Po tym etapie wewnętrznego chaosu pojawia się naturalne zatrzymanie: opadasz z sił, zalewa cię koktajl złości i smutku. OK. Pozostań w bezruchu, przeżyj te emocje, wytrzymaj: wściekłość, bezradność, lęk, żal. Poczekaj, aż pojawi się spokój. Niektórzy twierdzą, że to taki moment, kiedy nie ma już siły się złościć, wszystkie łzy zostały wypłakane, słowa wykrzyczane. Masz ochotę położyć się i bezmyślnie czekać, co będzie dalej. I dobrze! Zapomnij o głowie, skoro do tej pory niczego sensownego nie wymyśliła, daj jej odpocząć. Poczekaj, aż w ciele pojawi się jakiś ruch. Może poczujesz potrzebę objęcia się ramionami i przytulenia. Albo kołysania. Może złączenia rąk i stóp tak, by twoje ciało stworzyło zamknięty obiekt. Kiedy ciało poczuje, czego chce, w głowie pojawi się pomysł, jak to zrobić.

Co by tu jeszcze zmienić?

Irena ciągle zmienia fryzurę: długość, kolor, skręt. Magda jest fanką elektronicznych gadżetów, zawsze pierwsza ma najnowszego iPhone’a. Edyta zmienia mężczyzn jak rękawiczki. Pewnie masz wokół siebie sporo takich osób, bezustannych zmieniaczy. Może nawet im zazdrościsz, że się nie przywiązują do przedmiotów i ludzi. Gonią za nowinkami, uwielbiają, gdy w ich życiu dzieje się coś nowego.

– Nudzi mi się – mówi Kasia na jednej z sesji. – Hm, przyjrzyjmy się, o co chodzi – odpowiadam. – No bo tak, przychodzę do pani, gadam o swoim życiu i nic – tłumaczy. – Twoje życie jest nudne? – pytam. – No właśnie, może chciałabym, żeby więcej się działo? Zauważyłam, że odkąd chodzę na terapię, mam mniej energii – słyszę. – To cię niepokoi? – dopytuję. – Zawsze byłam osobą tryskającą energią, a teraz jestem bezwolna, nie mam siły – mówi.

Nadmiar emocji daje nam energię do działania, ale tylko wtedy, gdy ich nie przeżywamy. Na przykład pojawia się smutek, a ty zamiast go poczuć i przeżyć, idziesz do fryzjera albo na zakupy, żeby poprawić sobie humor. Emocje zamieniasz na nowe rzeczy, nowe sytuacje, nowych znajomych. Ile jeszcze możesz zmienić w swoim życiu? „Spokojnie, zawsze się coś znajdzie” – myślisz. Chcesz być kolekcjonerką zmian – twoja sprawa, ale przed emocjami i tak nie uciekniesz.

Zmiana jest konstruktywna wtedy, kiedy wiesz, jaki ma być jej cel – co dokładnie chcesz zmienić i czego oczekujesz. Najlepsza motywacja do zmiany jest wtedy, kiedy uważasz, że twoje obecne życie jest OK, lecz chcesz zrobić kolejny krok na drodze rozwoju. Ale nawet wtedy będzie towarzyszył ci lęk. Bo zmiana niesie za sobą obawę przed utratą poczucia bezpieczeństwa i kontroli. Być może jej pierwotnym źródłem jest moment narodzin? A może nieuchronność śmierci? W obydwu sytuacjach nie ma ucieczki, a zmiana jest radykalna i nieodwracalna.

Ewa Klepacka-Gryz psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet www.terapiavia.com