1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak być szczęśliwą w pracy?

Jak być szczęśliwą w pracy?

fot.123rf
fot.123rf
Z badań wynika, że stan flow, kojarzony z poczuciem szczęścia, łatwiej jest osiągnąć w pracy niż w czasie wolnym. Nasz mózg lubi jasne cele i określony zakres zadań. A to znaczy, że praca może uskrzydlać.

Jak to jest z zaangażowaniem w pracę? Czy z takim podejściem trzeba się urodzić, czy dziedziczy się je w genach albo raczej otrzymuje od rodziców w procesie wychowania? Dlaczego jedni często doświadczają uczucia ekscytacji w trakcie wykonywania swoich służbowych zadań, a inni  nigdy lub prawie nigdy?

Anna od dłuższego czasu wychodzi do pracy z uczuciem zniechęcenia i od poniedziałku marzy o weekendzie. Znajomi tłumaczą jej, że powinna cieszyć się, że ma szczęście – dostać się do takiej firmy nie jest łatwo, zarobki ma przyzwoite, szef nigdy się nie czepia – raz na dwa tygodnie zapyta ją, jak sobie radzi z zadaniami (a że zadania nie są skomplikowane, to zazwyczaj radzi sobie bez problemu). Żadnego stresu, żadnych awantur i nacisków, no, może hałas związany z pracą w open space, co rozprasza i daje efekt zmęczenia nieadekwatny do wykonywanych przez nią czynności. Jednak od takich utrudnień jak na razie nikt nie umarł i aż głupio przyznawać się głośno, że ma się ochotę uciekać z tej pracy, gdzie pieprz rośnie, chociaż kiedy wybierała kierunek studiów, była przekonana, że to będzie jej pasja.

Zosia po powrocie z pracy opowiada z błyszczącymi oczami o tym, jak udało się właśnie dopiąć ostatni element projektu, program został ostatecznie wdrożony i pracownicy z pewną dozą nieśmiałości, ale też wielkim zaciekawieniem zaczęli testować nową platformę komunikacyjną. Co prawda jedni są zadowoleni, że tyle spraw się uprości, inni narzekają, że teraz to już nikt ze sobą nie będzie w biurze normalnie rozmawiał, tylko pozostaną kontakty on-line, ale generalnie energia zdecydowanie się podniosła i wstąpił w ludzi duch działania. Warto było – myślała o swoim wysiłku, jaki włożyła w ten projekt. Pracowała intensywnie, czasami miała wrażenie, że przebywa jakby w innym świecie – nie wiedziała, która jest godzina, i dopiero po wyjściu z biura uświadamiała sobie, że zapomniała pójść na obiad, ale teraz, widząc efekty, czuła, że jej praca ma sens.

Radość z pracy?

Pewien człowiek o nazwisku, które budzi przestrach wśród dziennikarzy radiowych i telewizyjnych, mających wypowiedzieć je na antenie – Mihály Csíkszentmihályi – poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie poświęcił kilkadziesiąt lat swojego życia, przeprowadzając tysiące ankiet, wywiadów, testów i na tej podstawie sformułował teorię przepływu, która mówi, że stan pełnego zaangażowania, kiedy jesteśmy całkowicie pochłonięci jakimś zadaniem albo czynnością, skutkuje odczuciem psychicznego dobrostanu. W nienaukowym języku taki stan nazywamy po prostu szczęściem. Mihály Csíkszentmihályi używa określenia „flow”, co możemy przetłumaczyć dosłownie jako „przepływ”, lub bardziej górnolotnie: „uskrzydlenie” czy „doznanie uniesienia”. Naukowiec nie boi się również używać słowa „ekstaza” w kontekście pracy, bez względu na to, jak bardzo osobom postrzegającym pracę jako coś praktycznego, trywialnego i pozbawionego romantyzmu może wydawać się to niestosowne.Zobacz, czego potrzebujesz, by poczuć flow w pracy?

Co będzie, jeśli pofruniesz?

Przyglądając się przypadkom Anny i Zosi w kontekście doświadczenia flow, widać jasno, że Anna, mająca pozornie cieplarniane warunki – tak naprawdę nie doświadcza tych elementów, które są niezbędne dla zaistnienia zjawiska przepływu: stawiane jej wyzwania są nieproporcjonalnie niskie w stosunku do możliwości i umiejętności, brakuje kontroli nad pracą i informacji zwrotnej o poczynionych postępach, a także – sprecyzowanej wizji rozwoju zawodowego. Dodatkowo nieustanne rozproszenie powodowane pracą w open space przyczynia się do zmniejszenia poczucia jej dobrostanu, aż po stan apatii. Wszystko to razem powoduje, że jej codziennym rytuałem jest marzenie o jak najszybszym wyjściu z pracy. Jeżeli dodatkowo właśnie w tym czasie potrafi lepiej ustrukturyzować swoją aktywność (bo np. zajmuje się wspinaczką górską, malarstwem czy ogrodnictwem uprawianym z pasją), stawia sobie wyzwania adekwatne do możliwości i efekty jej wysiłków są widoczną informacją zwrotną, że jej aktywność ma sens – to rzeczywiście wbrew statystyce Anna ma większe szanse na doświadczenie stanu flow poza pracą. Może więc warto by zmienić zajęcie na bardziej ambitne – takie, które dostarczy wyzwań na miarę możliwości?

Z kolei w przypadku Zosi występują warunki umożliwiające zrealizowanie doświadczenia przepływu: otrzymuje zadania adekwatne do jej możliwości, a nawet lekko je przerastające, co jest wyzwaniem skłaniającym do „podciągnięcia się o oczko”, otrzymuje na bieżąco informacje zwrotne o tym, że jej praca jest efektywna i ma sens – nie tylko dla niej samej, ale też dla innych. To daje poczucie „uskrzydlenia” i zapobiega popadaniu w apatię. Może w pracy odczuwać szczęście i tym samym zaliczać się do grona osób pracujących z pasją.

Znajomość mechanizmów funkcjonowania zgodnie z zasadą przepływu pozwala odczuwać więcej zadowolenia z pracy, a nawet świadomie wybierać działania i warunki, które temu sprzyjają.  Pozostaje jeszcze decyzja, czy rzeczywiście chcemy „dostać skrzydeł”, czy raczej unikamy takich doświadczeń. Jak w sytuacji ze znanego rysunku, na którym młody ptak stojący na krawędzi gniazda zwraca się z trwogą do matki: „A co będzie, jeśli spadnę?”. Na co ta mu odpowiada: „A co będzie, jeśli pofruniesz?”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie bój się szczęścia

Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? (fot. iStock)
Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? (fot. iStock)
Czy sugerujesz, że boimy się szczęścia?! – spytacie. Ja nie sugeruję. Ja to wiem. Tak jak już dawno temu wiedział Adam Asnyk, autor tego wdzięczno-gorzkiego wierszyka:

Siedzi jamnik na drzewie I ludziom się dziwuje: Czemu żaden z nich nie wie, Gdzie się szczęście znajduje?

Wielu myślicieli twierdzi, że człowiek wręcz nie chce być szczęśliwy. Jak to jest, przecież większość deklaruje, że chce. Świadomie tak, ale nieświadomie albo w szczęście nie wierzy, albo się go boi. Jeśli za długo jest dobrze, zaczynam się zastanawiać, kiedy i jak się zepsuje: bo to niemożliwe, bo na to nie zasługuję, bo trzeba będzie za to drogo zapłacić, bo inni będą mi zazdrościć, bo lepiej się nie przyzwyczajać (właściwe podkreślić). Dla poczucia kontroli lepiej już ten niebezpieczny spokój samemu zburzyć. Żeby już się stało. A potem znów pomarzyć sobie o szczęściu. Czy więc nie ma szczęśliwych ludzi? Są. Ale przyznaje się garstka.

„Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem – usłyszałam od pogodnego, ciepłego mężczyzny. – Robię to, co kocham, i jeszcze mi za to płacą. Mam gdzie mieszkać. Jestem sam, ale to odpoczynek po pracy pełnej ludzi. Lubią mnie ci, dla których pracuję. Zarabiam tyle, ile mi wystarcza. Ale nie mów moim kolegom z pracy, że ci powiedziałem, że jestem szczęśliwy. Oni mnie nie znoszą. Oni niczego nie lubią, na wszystko narzekają. Zatruliby mi życie”.

Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? Wszyscy znamy stany, które nazywamy szczęściem: kiedy mija ból, fizyczny lub psychiczny. Kiedy znaleźliśmy dobrą pracę, wygraliśmy pieniądze, dostaliśmy spadek, ktoś nas pochwalił itp. Kiedy się zakochamy z wzajemnością. Jest takie śliczne powiedzenie: „Szczęście ty moje”, do ukochanej osoby lub do dziecka…

Mówimy też: jakie to szczęście, że złamałam lewą rękę, a nie prawą (praworęczni), że mama umarła spokojnie i nagle, a nie w długich męczarniach… To tak zwane szczęście w nieszczęściu. W pierwszych latach mojej pracy terapeutycznej oddałam jej się tak bardzo, aż się poważnie rozchorowałam. Gdy już na nic nie miałam sił, poczułam, jak to dobrze, że przyszła ta choroba, bo inaczej bym się wykończyła. Wtedy odkryłam parę wspaniałych paradoksów. Choroba może być ratunkiem, istotnym sygnałem. Mogę jednocześnie cieszyć się, że coś minęło i że było. Mogę jednocześnie gratulować sobie takiego oddania pracy, gdyż wiele się nauczyłam, dowiedziałam się od samej siebie, jak jest ona dla mnie ważna, a jednocześnie jak uchronić się przed przeciążeniem na przyszłość, nie tracąc radości i entuzjazmu. Odkryłam, jak nierozerwalnie wszystko się ze sobą w życiu łączy. Jak nie ma lewej strony bez prawej, jasnej bez ciemnej. I, co istotne, że ciemna nie jest właściwie ciemna. Że tyle przynosi darów.

Są ludzie, którzy gardzą szczęściem. Nawet jego pojęciem. Określają je jako infantylną potrzebę, płytką emocjonalność, ucieczkę od prawdziwego życia i zupełnie durną antyintelektualną postawę. Lepiej być niezadowolonym Sokratesem niż zadowoloną świnią – twierdzą. Na studiach filozoficznych zajmowałam się przede wszystkim etyką. Niepokoiło mnie długo to zdanie. Dziś nie mam wątpliwości: zarówno wiecznie niezadowolony, jak i wiecznie zadowolony Sokrates (jak każdy z nas) ma, co najmniej, tendencje do sztywności. Pełny człowiek zna wszystkie możliwe ludzkie stany. I nic do tego nie ma inteligentne, lubiące czystość stworzenie, jakim jest świnia.

Dziś mogę powiedzieć, że ci „myśliciele” to ludzie NIESZCZĘŚNI. Używają wiedzy i inteligencji do podtrzymania epidemii poczucia niskiej wartości przy jednocześnie wielkiej ambicji nadwartości, na którą choruje ludzkość. Są szkodliwi dla siebie i innych. Wierzą im ci, którzy jeszcze nie wierzą sobie i nie wiedzą, że to możliwe...

Mimo to szczęście się trzyma. Tych, którzy się go świadomie uczą, tych, którzy je szanują i nie mylą z ciągłym przeżywaniem przyjemności. Tych, którzy siebie nie zostawiają, gdy jest trudno. Niektórzy twierdzą, że szczęście tylko BYWA. Bardzo chcę wam przekazać, że JEST, bo to po prostu przeżywanie własnego życia. I szczęściem jest pisać do was.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

  1. Psychologia

Jak odnaleźć w sobie moc i motywację? – Wypróbuj 9 deklaracji Burcharda

Burchard przekonuje, że podstawowym czynnikiem motywującym ludzkość do działania jest dążenie do poszerzania granic wolności osobistej - można ją osiągnąć tylko poprzez jasne określenie własnych zamiarów i przedstawienie deklaracji niezależności. (fot. iStock)
Burchard przekonuje, że podstawowym czynnikiem motywującym ludzkość do działania jest dążenie do poszerzania granic wolności osobistej - można ją osiągnąć tylko poprzez jasne określenie własnych zamiarów i przedstawienie deklaracji niezależności. (fot. iStock)
Brendon Burchard, jeden z najbardziej znanych na świecie trenerów motywacyjnych i rozwoju osobistego, w swojej książce „Manifest motywacji” przedstawia dziewięć deklaracji potęgi osobistej, bez których trudno odnaleźć w sobie źródło motywacji.

Brendon Burchard, jeden z najbardziej znanych na świecie trenerów motywacyjnych i rozwoju osobistego, w swojej książce „Manifest motywacji” przedstawia dziewięć deklaracji potęgi osobistej, bez których trudno odnaleźć w sobie źródło motywacji. Brzmią one jak własna deklaracja niepodległości:

Nazbyt często gubimy się w otchłani nieświadomości. Zachowujemy się tak, jakbyśmy w danym momencie chcieli być gdzieś indziej i coś innego robić. Rozmijając się z rozkoszą tego, co dzieje się teraz. A wrogiem życia wcale nie jest odległa śmierć, tylko oderwanie od rzeczywistości. Dlatego, jeśli pragniemy w pełni skorzystać z własnego potencjału, podejmijmy świadomy wysiłek zanurzenia umysłu w chwili bieżącej. Zadecydujmy, że oto pragniemy ponownie czuć. Skoncentrujmy się na relacjach ze światem: nawiążmy kontakt z innymi i ze sobą. Bez tego rzeczywistość będzie nas niemiło zaskakiwać i rządzić nurtem wydarzeń.

1. Dlatego deklaruję iść przez życie w pełni obecna i silna.

Zbyt wiele czynników rozpraszających uwagę sprawia, że zatraciliśmy dążenie do wyższych celów. Kolejne codzienne zadania wypełniają czas od świtu do zmierzchu, mimo że to bynajmniej nie one stanowią istotę naszej egzystencji. Większości z nas brakuje inspirującej definicji sensu życia. Nie budzimy się rano z żarliwym pragnieniem jego realizacji. Radość, moc i satysfakcja czekają tych, którzy podchodzą do kształtowania swojego życia świadomie.

2. Dlatego deklaruję odzyskać kontrolę nad własnymi planami.

Wewnętrzne demony trują nas jadem troski i strachu, bezwzględnie wykorzystując chwile słabości, hamując nasz wzrost i pozbawiając sił życiowych. Demony te noszą różne imiona: zwątpienie, lęk, niskie poczucie własnej wartości, wstyd. Powstrzymują nas przed podejmowaniem nowych wyzwań, nie chcą, byśmy narazili się na trud osiągnięcia czegoś niesamowitego. Nasz los zależy od tego, na ile dobrze znamy te demony i ile bitew z nimi każdego dnia toczymy. Chodzi tu o wewnętrzne panowanie nad sobą, które pozwala przekroczyć granice własnego jestestwa.

3. Dlatego deklaruję pokonać swoje demony.

Czekamy i czekamy, żeby poznać własną tożsamość, jasno sprecyzować swoje pragnienia, otworzyć się na życie. Brakuje nam odwagi. A przecież nikt poza nami samymi nie wyda nam zgody na śmiałe dążenie przed siebie. Większość z nas nie wie, że zmiana wymaga odrobiny szaleństwa. Idealne okoliczności do postawienia kroku w nieznane nie nadejdą nigdy. Dlatego dobrze wykazywać się brakiem rozsądku i niefrasobliwością. Każdy z nas jest sumą swoich działań, nie zaś sumą zamiarów. Uratować mogą nas jedynie odwaga i dyscyplina w podnoszeniu świadomości o sobie i swoim życiu.

4. Dlatego deklaruję konsekwentnie kroczyć naprzód.

Jesteśmy wyczerpani, świat zdaje się tracić energię emocjonalną. Nie dbamy o swoje samopoczucie. Wolimy sukces niż zdrowie psychiczne, nabraliśmy chłodnego stosunku do życia. Brakuje entuzjazmu, śmiechu i umiłowania egzystencji. Gdzie szalona determinacja, żywa pasja, kroczenie ku temu, na czym naprawdę nam zależy? Gdzie są radośni ludzie z charyzmą? Co się stało z docenianiem żaru życia? Czas pochylić się nad kwestią naszego stosunku do niego, by na nowo rozbudzić w sobie jego magię.

5. Dlatego deklaruję odczuwać radość i wdzięczność.

Zbyt łatwo godzimy się na życiowe kompromisy, bez walki wyrzekamy się indywidualizmu. Ludziom się często wydaje, że są silni. Ale gdyby uczciwie przyjrzeli się swojemu życiu, ujrzeliby ciąg przedwczesnych kapitulacji. Często poddajemy się na krok przed urzeczywistnieniem marzeń. Robimy to dla znanej wygody, dla podporządkowania się czemuś lub komuś. Wycofujemy się ze świata i wyrzekamy się tego, co dla nas ważne. To uleganie pokusie słabości i odmawianie potrzebom serca. Właściwa droga zaś wiedzie ku prawdziwym wartościom, które indywidualnie wyznajemy.

6. Dlatego deklaruję dotrzymać wierności zasadom.

„Chronić własne serce” – to powszechna histeria. Zamiast w pełni odczuwać miłość, pozwalamy jej co najwyżej się sączyć. Boimy się bólu, podczas gdy miłość istnieje niezależnie od niego. Bo to tylko ego doznaje krzywdy. Miłość jest zawsze i wszędzie, w swoim bezmiarze korzystając z pełnej swobody. Miłość to duchowa energia, która płynie przez wszystko we wszechświecie, przez tak zwanych wrogów też. Nie możemy jej posiąść ani stracić. Problem polega na tym, że przyjęliśmy węższą definicję miłości i sprowadziliśmy na siebie cierpienie. Potrzeba nam emocjonalnego otwarcia się na miłość, co oznacza uwolnienie serca od lęku przed krzywdą oraz rezygnację z oczekiwania wzajemności.

7. Dlatego deklaruję wzmocnić miłość.

Poszum przeciętności, podglądactwo, zaspokajanie podstawowych potrzeb zmysłowych zastąpiły miejsce kreatywności.

8. Dlatego deklaruję dążyć do wybitnych osiągnięć.

Światem rządzi pośpiech. Tymczasem życie nie powinno nas omijać. Z powodu zmęczenia i stresu odrywamy się od chwili obecnej. Płacimy za to wysoką cenę – chwile nie nabierają ostrości, gromadzą się tylko jedna za drugą w postaci chaotycznych dni. Sprowadzamy na siebie katastrofę pozbawionego radości życia, którego tak naprawdę nie przeżywamy. Kiedy ostatnio śmiałaś się do rozpuku? Kochałaś bez opamiętania? Tańczyłaś do utraty tchu? Żeby życie stało się żywym doświadczeniem, musimy zwolnić. Każdym dniem powinniśmy się cieszyć jak chwilą wytchnienia nad chłodnym strumieniem w upalny dzień.

9. Dlatego deklaruję spowolnić czas.

Brendon Burchard jest założycielem High Performance Academy, autorem książki „Energia”, która znalazła się na liście bestsellerów „New York Timesa” i „USA Today”, a także książki „Life’s Golden Ticket”. Jego sesje szkoleniowe oraz kursy wideo inspirują miliony ludzi do odnajdywania w sobie nowego ładunku energetycznego, dokonywania pozytywnych zmian w życiu oraz dzielenia się z innymi swoimi doświadczeniami.

  1. Styl Życia

Cytrynowe Królowe i konfitury wolności

Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dwie piękne, dojrzałe kobiety w cytrynowych kreacjach i kapeluszach z szerokim rondem przyciągają uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawią. Produkują i sprzedają konfitury z cytryn. Nie są to jednak zwykłe „dżemiki”. Pachną cytrusami i smakują… wolnością.

Stworzyły raj na ziemi – swoje Cytrynowe Królestwo. Panują w nim radość życia, dobra energia i one dwie – siostry: Bogusia i Karolina Schubert. Od 6 lat produkują konfitury z cytryn. Warzą je w kuchni swojego palazzo, jak mówią o swoim domu w podwarszawskim Brwinowie. Najpierw sprzedawały je na targach zdrowej żywności. Teraz konfitury z cytryn z różnymi dodatkami można kupić w delikatesach i sklepach z najlepszymi specjałami w całej Polsce.

Droga do Cytrynowego Królestwa nie była jednak usłana różami. Wiodła przez wyboistą ścieżkę życia i koleiny rozczarowań. Aby tam dotrzeć, obie siostry musiały dokonać w życiu prawdziwej rewolucji.

Dlaczego cytryny? Bogusia: Cytryna jest niekwestionowaną królową owoców, ma w sobie nieprawdopodobną intensywność smaku i niesamowity zapach, który zawdzięcza olejkom eterycznym. No i można stosować ją niemal do wszystkiego: robi się z niej drinki, dodaje do wielu potraw - nóżek, śmiużek, kotlecików i innych pyszności. Na początku naszej przygody z konfiturami robiłyśmy konfiturę z mirabelek z pieprzem i rozmarynem. Była genialna! Mirabelka jest niestety zupełnie niedoceniona. Jedyne miejsce, gdzie ma swoje miejsce w kuchni to Alzacja -  robi się tam z niej cudowne wody życia i nalewki, ale też wspaniałe tarty i konfitury.

Karolina: Robiłyśmy też wcześniej hummus i ciasta, ale w końcu musiałyśmy się na coś zdecydować. I wyspecjalizowałyśmy się w cytrynach.

Jesteście aktywne na fejsbuku, a w waszych postach często pojawia się określenie cytrynowe – cytrynowe jest nie tylko królestwo, ale także cytrynowe są święta, jest cytrynowy czas, ludzie bywają cytrynowi... Co kryje się pod tym słowem? Bogusia: Cytrynowym mianem określamy to, co niesie w sobie piękno i radość życia.

Karolina: To nasze umami – umami duchowe.

Bogusia: Smak życia jest smakiem umami, a dla nas to smak cytrynowy, który zawiera radość, energię życia, czystość, pragnienie, pasję, twórczość, i to nie tylko tę przez duże T. Każdy z nas jest twórcą w swoim życiu i każdy z nas coś pięknego tworzy. Robienie pierniczków czy konfitur jest tak samo wielkim dziełem jak skomponowanie symfonii.

Mówi się, że królowa jest tylko jedna, ale w waszym królestwie są dwie. Która rządzi? Bogusia: My się do tego troniku przepychamy (śmiech). A tak naprawdę w naszym królestwie postanowiłyśmy ustawić dwa troniki, bo inaczej musiałybyśmy się tłuc od rana do wieczora, co jako siostry lat temu milion robiłyśmy, jak uczciwe rodzeństwo. Ale teraz w Królestwie Cytrynowym są dwie królowe, które rządzą demokratycznie. Ważne decyzje zawsze podejmujemy wspólnie, począwszy od wymyślania smaku konfitur, dobierania składników, przez to, gdzie i czy w ogóle się wystawiamy. Przez wiele lat jeździłyśmy z konfiturami na różne targi. To było ciężkie życie – 5 dni nad garami w kuchni, a 2 dni w tak zwanym gdziesiu, bliżej nieokreślonym. Raz w Warszawie, raz w Gdańsku, raz w Sandomierzu. To się wiązało z dalekim podróżami, noszeniem paczek – taki raczej hardkorowy styl życia. W końcu pewnego dnia podjęłyśmy decyzję o tym, że już się nie będziemy wystawiać, bo po prostu nie mamy siły ani ochoty po raz milionowy powtarzać: „Niech Pani spróbuje tej konfitury, bo ona jest kurna, bardzo dobra, proszę pani!”.

Cierpliwość Cytrynowych Królowych się skończyła i trzeba było zacząć nowe życie. Teraz jest luksusowo – wystawiamy się okazjonalnie. Świadomie wybieramy miejsca, gdzie chcemy pokazać się z naszymi konfiturami. Gdyby nie covid na pewno byłybyśmy w Lidzbarku Warmińskim, gdzie jest Święto Sera, które uwielbiamy. Polscy serowarzy, przepiękna klientela - to jest piękny event, w pięknym miejscu, z fajnymi ludźmi. Niestety w tym roku Lidzbark został odwołany.

Karolina: Od kiedy zaczęłyśmy działać razem, to rozpoczęłyśmy nowe życie, taki new life. A w nowym życiu nie ma przepychanek kto jest ważniejszy, kto mniej ważny, obie jesteśmy Królowymi. Tak jak każda kobieta jest królową.

A wracając do tych imprez, na których się wystawiałyśmy. Pierwsze godziny z tych 12 godzin stania to wielka przyjemność, ale potem zaczyna się męką - chcesz usiąść, odpocząć, ale nie masz na czym …I po całym dniu takiego stania wracasz po nocy do domu z odległych zakątków Polski. Więc kiedy pojawiły się oferty współpracy ze sklepami, doszłyśmy do wniosku, że pora zacząć o siebie dbać.

'Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek'. (Fot. A.Herman) "Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek". (Fot. A.Herman)

Zaczęłyście prowadzić wasz biznes przed sześcioma laty. Udowodniłyście sobie i innym, że można zacząć robić coś zupełnie nowego w dojrzałym wieku i, co więcej, odnieść sukces. Bogusia: Tak i jesteśmy z tego niezmiernie dumne. Nie przewidywałyśmy, że uda nam się stworzyć Cytrynowe Królestwo. Te sześć lat temu zrobiłyśmy „coś” i pobiegłyśmy z tym „cosiem” na bazarek w Milanówku, bo musiałyśmy natychmiast zarobić jakiekolwiek grosze na życie, bo się okazało, że ich nie mamy w ogóle. W ogóle to znaczy w ogóle. Ani grosza.

Karolina: Zanim do tego doszło obie dokonałyśmy w naszym życiu rewolucji…

Bogusia: Nastąpił taki moment, że każda z nas zatrzymała się w swoim życiu: zawodowym, społecznym… każdym. Ja skończyłam z aktorstwem, zerwałam kontakty z moimi znajomymi ze środowiska artystycznego, aby odciąć się od poprzedniego życia. Moja siostra zrobiła to samo w swojej działce. Przedtem prowadziła sklep ze zdrową żywnością.

Przed prawie trzy lata mieszkałyśmy w wielkim domu pod lasem, każda miała swoje oddzielne mieszkanie. Żyłyśmy jak pustelniczki. Nie widywałyśmy nikogo, no może oprócz przypadkowych osób, które spotykałyśmy w wiejskim sklepiku, jak szłyśmy po chleb czy włoszczyznę. Nie widywałyśmy znajomych ani przyjaciół. Oczywiście ta decyzja o odcięciu się od poprzedniego życia nie zapadła z dnia na dzień, ona dojrzewała po trochu, aż do chwili, kiedy powiedziałyśmy sobie: „Dość, więcej nie! Więcej tego nie zrobię, bo już nie chcę”.

Czego miałyście dość? Tego, co widziałyśmy wokół siebie i czego częścią, chcąc nie chcąc byłyśmy. Świata, który gnał za czymś, nie wiadomo za czym. Gdzie rządził pieniądz, gdzie panowało zło. Wiesz, mnie na przykład zawsze zależało na aktorstwie, walczyłam o to, by być aktorką. Miałam wrażenie, że mam ludziom coś bardzo ważnego do powiedzenia. I wydawało mi się, że jak wyjdę na scenę, to może ich wzruszę, może ich rozśmieszę, może dotknę ich serca, może dam im coś do myślenia … I że to będzie ważne, że to nie będzie byle co. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że ja się nie podpisuję pod tym, co do nich z tej sceny mówię. Że ja się z tym nie zgadzam, że ja nie chcę mówić o tym, że życie jest do dupy, że wszyscy niesiemy krzyż, że się mordujemy. Na przykład w takich „Szczęśliwych dniach” Becketta, wielki tekst skąd inąd, gdzie dwie godziny zakopana w piachu, mówiłam kwestię o śmierci, o umieraniu… To w ogóle nie było śmieszne, w ogóle! Próbowałam to nawet grać na kontrapunkcie, było dużo zabawnych momentów, ale ludzie wychodzili z tej sztuki porażeni. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie chcę już tego mówić. Że wolałabym śpiewać, że życie jest piękne.

Jak długo trwał ten proces przechodzenia z jednego życia do drugiego? Bogusia: Bardzo długo. Tto nie było takie hop siup: teraz przestaję być aktorką i od dziś będę, kurna, robić konfitury cytrynowe. Czasem jak czytałam o sobie wywiady to wychodzi, że od zawsze marzyłam o tym, żeby robić konfitury, tylko że jakoś tak całe życie byłam aktorką! I wreszcie jak dorosłam i skończyłam lat sześćdziesiąt i trochę, to nagle poszłam po rozum do głowy, rzuciłam aktorstwo o ziemię i poszłam robić konfitury. No na Boga jedynego, nie!

Karolina: Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek.

To doświadczenie odosobnienia, bycia samej ze sobą, to było wyrzeczenie się wolności, czy wręcz przeciwnie - czas, w którym dałyście sobie wolność do tego, żeby zrobić to, czego w danym momencie życia potrzebowałyście? Bogusia: To nie było łatwe doświadczenie, wymagało od nas wielkiej odwagi. W głowie kłębiło się mnóstwo pytań: Co ja teraz będę robić? Wszyscy coś robię, a ja nic nie będę robić? Ja, wielka aktorka, nie będę już grać? Ale po to siadasz sama ze sobą, aby to kłębowisko myśli uspokoić i odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytania: co ja robię na tej ziemi, po co tu przyszłam, co chcę powiedzieć światu, kosmosowi, Bogu, ludziom, Ziemi… I nie ważne, czy dochodzisz do tego przez modlitwę, medytację, spotkanie z własną duszą, pracę ze swoim sercem. Do mnie koniec końców dotarło: Ja się nie boję! Nie boję się! Ja się po prostu nie boję! Usunęłam strach z mojego życia.

Karolina: To odosobnienie to było przekierowanie wolności, którą dają pieniądze, przyjaciele, znajomi, na siebie. Do wewnątrz. Wolność trzeba odnaleźć w sobie niezależnie od warunków zewnętrznych, niezależnie od tego, czy się ma pieniądze, czy nie ma, czy wokół są ludzie, czy pustka. Ją trzeba poczuć, zakorzenić w sobie, a potem pilnować, żeby nie zniknęła.

Bogusia: Jak na co dzień jest się zanurzonym w wirze życia, to trudno jest wejść tak głęboko w siebie i odpowiedzieć sobie na te pytania. Stąd było to nasze pustelnictwo, aby każda z nas pojęła, dokąd w tym życiu wędruje.

Zmartwiłam się trochę, że postanowiłyście już więcej nie wystawiać się na targach, bo tworzycie niepowtarzalną atmosferę, powietrze wokół was aż wibruje od pozytywnej energii… Bogusia: Zmęczyła nas powtarzalność. Ale wiesz, cytrynowe konfitury to jest tylko maleńka część Cytrynowego Królestwa. Cytrynowe Królowe dalej będą wędrowały, będą mówiły o życiu, o kobietach, może nieco mniej o konfiturach, choć i one będą odgrywać swoją rolę. Ostatnio okazało się na przykład, że można robić z nimi pyszne czekoladki.

Życie weryfikuje teraz wiele planów. Gdyby nie pandemia, już by nas tutaj nie było. Chciałyśmy wyjechać w kilkumiesięczną podróż do Tajlandii i do Wietnamu. A potem dookoła świata, przemierzając kontynenty w poszukiwaniu cytrynowego czasu. Cytryna rośnie w wielu miejscach: we Włoszech, w Hiszpanii, w Portugalii, ale też w Chinach, w Ameryce Południowej, w Afryce. Chciałyśmy, jako te Cytrynowe Królowe, wędrować z cytrynami, gadać z ludźmi, spisywać stare przepisy z cytryną w roli głównej. I z tego stworzyć książkę, reportaż, a może film…

Cytrynowe Królowe nie znikną, wręcz przeciwnie, ona są gotowe do nowego tańca.
Ten kawałek drogi postanowiłyśmy przemierzyć razem, tak się złożyło. Ale przyjdzie czas, że się rozstaniemy i każda powędruje w swoją stronę i zacznie tworzyć swój kolejny nowy świat. Nie ma końca na tworzenie życia, robisz co chcesz, robisz o czym marzysz i dajesz sobie ze wszech miar przestrzeń, aby to się wydarzyło. Takie życie jest takie, jakie je sobie stworzysz.

Karolina: Jeżeli podejmujesz jakąś decyzję, patrz czy twoje serce się uśmiecha. Jeśli się uśmiecha, to jest to dobra decyzja. My nigdy nie działałyśmy według jakiegoś biznes planu, mimo, że nam to wielokrotnie doradzano, a ja jestem niby po ekonomii.

Bogusia: To co nas teraz cieszy i napędza do działania, to krótkie „wypady na wolność”. Ostatnio pojechałyśmy do Białegostoku, pohuśtać się w chustach na aerial jodze. Tam, wśród tych kobiet w hamakach, dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy wszyscy spragnieni wolności. Nie można jej ludziom odbierać. Teraz cały świat jest zamknięty w więzieniu, a to się może skończyć wielką rewolucją.

'Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!' (Fot. Eliza Kos) "Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!" (Fot. Eliza Kos)

No proszę, próbujecie aerial jogi? Można byłoby powiedzieć: „Coś takiego! W Waszym wieku?!” Bogusia: No właśnie…To ja Ci opowiem jeszcze inną historię: 3 lata temu zapisałam się na bębny afrykańskie. Strasznie chciałam bębnić. Pojechałam do Warszawy na pierwsze zajęcia, troszkę się spóźniłam, no więc uchylam drzwi, wsadzam głowę, widzę, że wszyscy siedzą w kręgu z tymi wielkimi bębnami między nogami, średnia wieku jakieś 22 lata. No i patrzą na mnie z takim niezrozumieniem w oczach, jakby chcieli powiedzieć: „Wie Pani, Kościół jest naprzeciwko”. Ale ja wchodzę, rozsiadam się, biorę bęben i jestem Królową Bębniącą! I już po chwili cała ta grupa mówi do mnie „Królowo”, ale nie Królowo Staruszko, tylko kurna, Królowo Królowo. To jest drobna różnica.

Teraz wymyśliłam, że nauczymy się fly jogi. A ja zacznę jeszcze tańczyć flamenco, bo jestem w odpowiednim wieku, żeby tym flamenco powiedzieć to, co chcę powiedzieć. Flamenco jest tańcem kobiet w tak zwanym pewnym wieku, które - jak wiedźmy - już wiedzą…

Karolina: Kobiety w pewnym wieku zostają wyrzucone poza nawias.

Bogusia: Kobieta jest kobietą czy ma lat 5 czy 100! Jest ciągle kobietą. Po pierwsze jest kobietą, po drugie jest kobietą, po trzecie jest kobietą! I proszę się jej kłaniać. Dopiero potem jest matką, żoną kochanką, babcią, prababcią… Tymczasem zdarza się, że widzisz spojrzenia ludzi, które odbierają ci prawo do bycia kobietą. Jesteś staruszką, babcią, panią w pewnym wieku, ale na pewno nie kobietą. Ja nie udaję, że jestem młodsza - tu mnie boli, tam mnie śmioli... mam lat 67, moje ciało ma lat 67, ale jestem kobietą, kurna, jestem królową, wkładam koronę na głowę i proszę się na mnie patrzyć jak na kobietę, a nie jak na seniorkę, śmiorkę, trzeci wiek…

No patrząc na Was trudno nazwać was seniorkami, macie w sobie witalność dwudziestolatek… Bogusia: No popatrz, a bywa, że ludzie, patrząc na nas, mówią: Wesołe emerytki, co robią dżemiki, zwariowane staruszki… I w tym jednym zdaniu zamykają wszystko, co może cię zdeprecjonować,  odebrać godność i wartość. Jakieś dżemiki, jakieś staruszki, jakieś emerytki i takie radosne... A my po pierwsze nie robimy dżemików, tylko robimy KONFITURY i nie życzymy sobie, żeby nas traktowano jak emerytki, które nie mają co robić i dziubają jakieś dżemiki, bo to w ogóle nie o to chodzi.

Macie pomysł, jak przywrócić dojrzałym kobietom godność? Trzeba się nie bać. Nie bać się życia, nie bać się śmieszności. A ludzie bardzo się jej boją, zwłaszcza kobiety. Czasem jednak wystarczy spojrzeć na kogoś i powiedzieć: WOW! Ona tak robi, to ja też umiem, to ja też mogę. I po to jesteśmy my - Cytrynowe Królowe. Wkładamy żółte sukienki, wielkie pióropusze jak korony i stajemy tak przed ludźmi, nie bojąc się śmieszności. I nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!

Karolina: To co my robimy to jest taka mała prowokacja: zobacz, tak można żyć, można się śmiać, nie trzeba bronić się przed radością życia. Na naszym Fb obserwujemy jednak dużo równolatek, które niby patrzą na nas z podziwem, ale same nie mają odwagi.

Jak zdobyć się na odwagę do bycia sobą, do cieszenia się życiem w każdym wieku? Co poradziłybyście innym kobietom? Bogusia: Stań naprzeciwko innych ludzi, naprzeciwko świata, naprzeciwko kosmosu, ale najpierw naprzeciwko siebie. Spójrz sobie w oczy i powiedz: „Patrz! Nie boję się! Ja się nie boję!"

  1. Psychologia

Męska radość. Czym dla mężczyzn jest szczęście?

Umiejętność cieszenia się i świętowania - to nawyk, który można wypracować. (fot. iStock)
Umiejętność cieszenia się i świętowania - to nawyk, który można wypracować. (fot. iStock)
Po raz pierwszy udało nam się ugotować jakąś potrawę, coś naprawić, kupić. Przeszliśmy przez sezon zimowy w zdrowiu. Cieszmy się tym! – mówi Benedykt Peczko, psychoterapeuta.

Drobne zwycięstwa, miłe chwile, rocznice, wspomnienia… Życie domaga się świętowania.
To się mężczyznom w głowie nie mieści.

„Będę się cieszył jak głupi?”
„Z powodu jakichś dupereli?” – mężczyźni przyzwyczaili się, że oczekuje się od nich nadzwyczajnych rzeczy, osiągnięć. Są wobec siebie bardzo wymagający. Mogą świętować awans albo zarobiony milion, dokonanie odkrycia w nauce, zdobycie pucharu w sporcie, złowienie naprawdę potężnego suma… Potrzebny jest jakiś rzeczywisty powód. No i żyją w permanentnym napięciu i stresie, ze ściśniętym sercem walczą o byt, a świętowanie to przecież odprężenie, przyjemność, zanurzenie się w radości, w tej chwili, która trwa. Trudno czuć napięcie i świętować.

A jednak mentorzy namawiają do świętowania. Doktor Rick Hanson, neuropsycholog, mówił, że bez ćwiczenia się w radości, docenianiu i wdzięczności skazujemy nasz mózg na kurczenie się i stagnację. Świętowanie jest wyzwaniem ewolucyjnym.
Hanson mówi i pisze o „zanurzaniu się w dobru” lub „nasycaniu się dobrem”. To jest rozwijanie w sobie postawy wobec życia, wobec siebie i wobec innych. Gdy robimy to konsekwentnie, rozwijamy swój „szczęśliwy mózg”. To bardzo atrakcyjny cel.

Kłopot w tym, że na razie nasz mózg jest – jak pisze Hanson – rzepem na złe wiadomości, a teflonem na dobre. Wystarczy kilka sekund, aby zła wiadomość przeszła do pamięci długotrwałej i aż 30 sekund, żeby utrwaliła się dobra informacja.
To jest spuścizna ewolucyjna związana z przetrwaniem. Nasz mózg, a konkretnie ciało migdałowate, ma tendencje do wychwytywania wszelkich zagrożeń, ponieważ nasi przodkowie musieli szybko i dobrze zapamiętać to, czego unikać, aby przetrwać. Nasza ewolucja cywilizacyjna i kulturowa dokonała się w tempie szybszym niż rozwój naszych mózgów.

Na poziomie fizjologicznym i psychologicznym pozostaliśmy w jaskiniach.
To, co proponuje Hanson, jest metodą nasycania mózgu, ale też całego organizmu, ciała, biologii tym, co dobre. Właśnie tak się dzieje, gdy świętujemy; nasycamy się przyjemnością i odprężeniem. Ważne, abyśmy ćwiczyli się w świętowaniu drobnych rzeczy, nabrali odruchu i nawyku zwracania uwagi na to, co pozytywne. Im łatwiej i częściej zanurzamy się w radości, tym bardziej rozwijamy neuroplastyczność mózgu, czyli zdolność do tworzenia nowych połączeń między komórkami nerwowymi. Świętując, dosłownie tworzymy nowe neurony. Mózg staje się coraz szczęśliwszy. Zdolność neuroplastyczności zachowujemy do końca życia. Stale więc jesteśmy twórcami naszych szczęśliwych mózgów.

Z czego więc mężczyzna może się ucieszyć?
Możemy świętować, bo po raz pierwszy udało nam się ugotować jakąś potrawę. Udało się coś naprawić, kupić. Przeszliśmy przez sezon zimowy w zdrowiu. A nawet, jeżeli zachorowaliśmy, to wyzdrowieliśmy.

Siły życia znowu zwyciężyły.
Jeśli myślimy w taki sposób, zdarzenia nabierają nowego znaczenia, a my utrwalamy nawyk dostrzegania tego, co pozytywne. Praktyka czyni mistrza; za chwilę w sposób naturalny i spontaniczny zaczniemy widzieć coraz więcej dobra i się nim cieszyć. Właściwie wszystko może być powodem do świętowania. Miałem klienta, który postawił sobie cel – zarobić 200 tysięcy dolarów. Stracił pracę i celu nie osiągnął. Był zdruzgotany: „przegrałem!”. A przecież w tym czasie miał kochające go osoby, udany związek z kobietą, świetne dzieci. Miał co świętować także w sensie materialnym – dom, samochód.

Dzieci kochają wspólne z rodzicami świętowanie.
Możemy świętować w rodzinie to, co wydarzyło się w pracy, w szkole, między nami. Dobrze jest znaleźć przestrzeń do rodzinnego świętowania – jakiś miły kącik w domu, pokój. To miejsce z czasem staje się pozytywną kotwicą. Wystarczy, że się tu znajdziemy, i już odczuwamy przyjemność i radość.

Od czego zacząć budowanie nawyku świętowania?
Zapisujmy to, z czego jesteśmy zadowoleni; zdarzenia, osiągnięcia. Nienotowane umykają, ponieważ w międzyczasie napływa wiele różnych tematów, które wypierają z naszej świadomości te znacznie bardziej subtelne, delikatne. Do zapisków zawsze możemy powrócić. Przez tydzień całkiem sporo może się tego uzbierać. Teraz podzielmy się z bliskimi tym, co chcemy uświęcić, świadomie zanurzając się w radości i przyjemności. Odczuwanie jest tu kluczowe. Mówiąc, odczuwając, skupiamy uwagę – jeśli zrobimy to przez co najmniej pół minuty, wewnętrzny stan radości utrwali się; zostaną zbudowane nowe połączenia neurologiczne w mózgu. To jest kształtowanie postawy i jakości życia.

Można też świętować w samotności.
Gdy jednak jesteśmy z bliskimi, energia staje się o wiele mocniejsza, spotęgowana wspólną radością. Łączymy serca i umysły, a wtedy przyjemne drobiazgi nabierają większych rozmiarów; nawyk świętowania szybciej się utrwala.

Odcinek dokumentalnej serii „Droga na skraju nieba” o mieszkańcach Himalajów otwiera na celebrowanie życia.
Przez kilkanaście dni, narażając życie, mężczyźni wędrują przez Himalaje z setką objuczonych workami z solą zwierząt – jaków. Wreszcie docierają do odbiorców soli, mieszkańców innych himalajskich wiosek. Wymieniają sól na herbatę, fasolę, ziemniaki. To, co w tym filmie najbardziej poruszające, to sposób, w jaki ci ludzie traktują siebie nawzajem: serdecznie się witają, cieszą się ze spotkania, śpiewają przy ognisku, ucztują, opowiadają o podróży, uśmiechnięci, odprężeni. Żegnają się i wiedzą, że za rok, gdy dobrze pójdzie, spotkają się znów, więc posyłają sobie dobre życzenia, żeby się spotkać i znów poświętować. Tak, sposób, w jaki celebrują życie, istnienie, może odmienić nasze postrzeganie biedy i bogactwa.

Nam, mieszkańcom Zachodu, trudno sobie nawet wyobrazić, w jakim materialnym ubóstwie żyją ci ludzie. A przecież patrzymy na nich z zachwytem.
Czym jest świętowanie? Zatrzymaniem się. Bez zmartwień, planów, bez myślenia o tym, co zrobimy, żeby sobie poradzić, przetrwać. Zatrzymujemy się i doceniamy właśnie tę chwilę – że jesteśmy razem, że coś się udało, że rozmawiamy o tym.

Świętujemy ludzi.
Z jaką intencją przychodzimy do kogoś? Czy myślimy o tym, żeby mieć przyjemny wieczór i relaks – pogadamy, pośmiejemy się, coś obejrzymy. Czy to dla nas jedynie miła forma spędzenia czasu, czy raczej chcemy uświęcić tę osobę, naszą znajomość, więź, kontakt, przyjaźń, to, co wzajemnie sobie dajemy, kim dla siebie jesteśmy; jak nasza relacja nas rozwija, wpływa na wybory, postawy, przeżywanie życia. A przy okazji, oczywiście, mile spędzamy czas.

Znam młodego mężczyznę, który co kilka dni przynosi swojej żonie kwiaty.
Te kwiaty to niewerbalny wyraz pamięci, uwagi, adoracji, potwierdzenia – tak, moje uczucia trwają. Moglibyśmy powiedzieć, że ta para codziennie ćwiczy ciało migdałowate w mózgu. Tworzy się nawyk widzenia, odczuwania i wzmacniania miłości w ich małżeństwie. Jeden z moich klientów, 40-latek, uczył się widzieć i wyrażać dobre rzeczy w stosunku do kobiet. Zaczął od koleżanek w pracy, w rodzinie. To radykalnie zmieniło jakość jego życia. Wreszcie związał się z dziewczyną, którą pokochał.

Taki jest też sens świętowania kolejnych rocznic poznania się, ślubu, urodzin dzieci – odświeżamy związek i uczucia.
Powracamy do chwil składających się na historię naszej relacji. Przywołujemy najpiękniejsze wspomnienia. Pojawia się radość, wdzięczność. W ten sposób związek jest nieustannie ożywiany.

Jest jeszcze jeden rodzaj świętowania – tak zwanych porażek. Wyobraźmy sobie: mężczyzna traci pracę, a rodzina urządza z tego powodu święto…
Dlaczego nie? Możemy rodzinnie świętować przepracowane w firmie lata: to wszystko, co się wydarzyło, dokonało, co było ważne dla nas i dla rodziny. Możemy świętować też następną pracę, której jeszcze nie znamy. I okazję do czegoś, czego być może na razie nie rozumiemy. Tak naprawdę świętujemy tu siły życia, które zapraszają w nowe miejsca, dają szansę na nowe doświadczenia. I co najważniejsze: świętujemy naszą otwartość i zaufanie.

Przyjemności na zdrowie.
Kiedy odnajdujemy w życiu przyjemność, to nie znaczy, że wypieramy rzeczy, które są trudne lub bolesne. Otwieramy się po prostu na te wspaniałości, które już nas otaczają, a następnie się w nich zanurzamy, pławimy i nimi rozkoszujemy. Nie szczędźmy na to czasu! Pozwólmy im wypełnić ciało i umysł. Niech przyjemność przesiąknie nas na wskroś. Zwróćmy uwagę na wszelki opór wobec świetnego samopoczucia, na myśli, że to głupie czy złe; spróbujmy odpuścić te myśli. W ten sposób aktywujemy, uspokajamy i koimy przywspółczulną część autonomicznego układu nerwowego oraz wyciszamy część współczulną odpowiedzialną za reakcję walcz – uciekaj i jej hormony stresu. Poprawiamy swój nastrój, koimy lęki. Zanurzanie się w przyjemności niesie także korzyści zdrowotne: wzmacnia układ odpornościowy, poprawia trawienie i równoważy hormony.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Styl Życia

Życie w rytmie slow - szczęście, kontakt z naturą i prawo do leżenia na kanapie

By osiągnąć szczęście w rytmie slow warto postawić na kontakt z naturą i zarządzanie własnym czasem. (Fot. iStock)
By osiągnąć szczęście w rytmie slow warto postawić na kontakt z naturą i zarządzanie własnym czasem. (Fot. iStock)
Rozwój technologii miał sprawić, że będziemy pracować mniej, a wolny czas poświęcać sobie i bliskim… Co się nie udało technologii, może uda się nam – we współpracy z naturą.

Miałem szczęśliwe dzieciństwo, dużo podróżowałem po świecie, a teraz zajmuję się robieniem filmów dokumentalnych. Mam fajną dziewczynę, cudownego syna Antona... moje życie wydaje się wspaniałe. Teoretycznie. Bo dręczy mnie olbrzymi problem – nie mam czasu. Nigdy nie miałem go wystarczająco dużo. I ciągle jestem w pośpiechu. Muszę znaleźć powód, dla którego tracę oddech od tego biegu – to wyznanie Floriana Opitza jest preludium do jego filmu dokumentalnego o pośpiechu, w jakim żyjemy, i potrzebie zwolnienia – „Szybkość – w poszukiwaniu straconego czasu”. Bo miliony ludzi żyją podobnie jak on – w ciągłym biegu.

Choroba niedoczasu

Przez ostatnie sto lat tempo życia mieszkańców Ziemi wzrosło dwukrotnie. Mamy fast date, fast food, fast life. Wydawcy proponują zapracowanym rodzicom zestawy bajek Andersena, z których każda została tak okrojona, że przeczytanie jej dziecku na dobranoc zajmuje... jedną minutę. – Nasza miłość do szybkości i obsesja, by ciągle robić więcej i więcej w coraz krótszym czasie, zaszła za daleko. Stała się uzależnieniem – w książce „Pochwała powolności” komentuje obecną rzeczywistość Carl Honoré, jeden z twórców ruchu Slow. Aż trudno uwierzyć, że 200 lat temu, gdy stworzono kolej, uczeni przestrzegali, że ludzkie ciało nie wytrzyma szybkości większej niż 30 km/h. To obłędne przekonanie, że trzeba pędzić szybciej, by nadążyć za uciekającym czasem, amerykański lekarz Larry Dossey nazwał „chorobą niedoczasu”.

Dlaczego tak się spieszymy? Przecież dzięki nowym technologiom oszczędzamy masę czasu, jak nigdy wcześniej. Nigdy w przeszłości nie pracowaliśmy bardziej wydajnie. Na początku tego millenium praca w Stanach Zjednoczonych stała się dwukrotnie bardziej produktywna niż w latach 60., a mimo tego Amerykanie spędzali w biurach o ponad 8 godzin więcej niż w czasach Dzieci Kwiatów. Rozwój technologii, który miał pomóc oszczędzić czas na rodzinę czy własne pasje, raczej nam go odebrał. – Rok temu dostawałem dziennie średnio 60 e-maili, sam pisałem drugie tyle. I to była niekończąca się powódź – na większość przecież odpowiadałem albo dostawałem odpowiedź, co powodowało kolejną partię e-maili – opowiada Alex Rühle, redaktor jednej z największych niemieckich gazet, „Süddeutsche Zeitung”. Sytuacja pogorszyła się, gdy dostał smartfona – nawet na chwilę nie mógł się oderwać od e-maili i portali społecznościowych. Uzależnił się. Na spotkaniach z przyjaciółmi wychodził do łazienki, by sprawdzić, czy ktoś czegoś nie napisał. – A większość informacji, które dostawałem, było nieistotnych – zaznacza. Dlatego zdecydował się na drastyczny krok: półroczny „detoks informatyczny”. Całkowite odcięcie od poczty, Internetu, komórki. Teraz chwali sobie ten odwyk. Znikła potrzeba notorycznego sprawdzania e-maili. To wyzwoliło go od presji bycia na bieżąco i dało więcej wolnego czasu.

Do podobnych wniosków, tylko znacznie wcześniej, bo już w lutym 2008 roku, doszedł Luis Suarez, dyrektor w IBM. Zapowiedział współpracownikom, że nie będzie odpowiadał na ich e-maile i wszelką korespondencję służbową przeniósł do serwisów społecznościowych. Dzięki temu już nie otrzymuje po kilkaset wiadomości tygodniowo, a jedynie kilka dziennie. Sprawdzanie poczty zajmuje mu zaledwie dwie minuty, więc znalazł czas na inne zajęcia i aktywności, dzięki którym na przykład schudł 25 kilogramów. Za jego przykładem już wiele firm w USA zabroniło swoim pracownikom używania e-maili w korespondencji wewnętrznej. Masz coś ważnego do przekazania współpracownikowi? Zadzwoń, przejdź się do niego albo napisz SMS-a. Oszczędzisz czas.

Błędne koło przyspieszania

– Maszyny pracują 24 godziny na dobę, Internet także. Wszystko jest dostępne „od ręki”, dlatego ciągle mamy coś do zrobienia – tak prof. Karl-Heinz Geissler, filozof, tłumaczy nasz pośpiech. Trochę inaczej widzi to dr Antonella Mei-Pochtler, konsultantka biznesowa, jedna z 20 najlepszych na świecie, zwana „ackeleratorem” – doradza firmom, jak zwiększać ich obroty. – Cały świat biznesu rywalizuje ze sobą, dlatego ciągle zwiększamy prędkość. Bycie szybszym daje przewagę – tłumaczy. A w rozwoju technologii nie ma ograniczeń prędkości.

Najlepiej widać to w dziedzinie finansów. Agencje, które dostarczają newsy gospodarcze bankom, funduszom i inwestorom, rywalizują między sobą nie na godziny czy minuty, ale na sekundy. W kupowaniu akcji i obligacji ludzi już dawno zastąpiły superkomputery, które potrafią wykonać nawet kilkaset operacji w ciągu... sekundy! Im szybciej, tym większy zysk. Innowacje technologiczne napędzają zmiany społeczne, a to z kolei wpływa na ludzi – uważamy, że trzeba biec, by nadążyć za innymi, szukamy rozwiązań, które jeszcze przyspieszą nasze życie. I błędne koło się nakręca.

Douglas Tompkins, biznesmen, któremu udało się zbić fortunę na wykreowaniu marek The North Face i Esprit, obecnie za cel życia postawił sobie przekonanie ludzi do powrotu do natury zwolnienia, racjonalnego dzielenia czasu na pracę i odpoczynek. Od 20 lat wykupuje kolejne działki na terenie Patagonii w Chile, które zamienia na rezerwat – Pumalin Park. Planują z żoną przekształcić go na park narodowy i przekazać państwu. W ten sposób spory kawałek Ziemi „zmniejszy prędkość”, a dzika przyroda ochroni się przed korporacjami, które chciałyby czerpać z niej surowce. – Życie na najwyższych obrotach, w stałym przyspieszeniu, to droga donikąd. My chcemy zredukować prędkość tego pociągu, wrócić do relacji człowieka z naturą – tłumaczy Tompkins. W przyszłości, gdy już powstanie park, planuje ograniczyć na jego terenie korzystanie z dóbr współczesnego świata – buldożery przestaną budować drogi, pracownicy pozbędą się elektroniki. – Produkcja wszelkiego rodzaju sprzętu nadmiernie eksploatuje naturę. Komputery to broń masowego rażenia – niszczą ekosferę, przyspieszając aktywność gospodarczą – twierdzi Tompkins.

Na potwierdzenie swoich słów prowadzi w Patagonii kilka slow farm, czyli gospodarstw ekologicznych, na których nie używa się maszyn ani elektroniki. A mimo to przynoszą dochód.

Szczęście Narodowe Brutto

Bhutan to malutki kraj w Himalajach, do niedawna zupełnie odcięty od reszty świata. Przez wieki można było się do niego dostać tylko pieszo albo na mule – nie istniały tu lotniska, drogi ani koleje. Nawet dziś, gdy komunikacja uczyniła go bardziej dostępnym dla turystów, jest oazą spokoju. To jedyny kraj na świecie, w którym dobrobyt ludzi – Szczęście Narodowe Brutto – jest oficjalnym celem polityki. Tak nazywa się też najważniejsze ministerstwo w Bhutanie. – Szczęście Narodowe Brutto oznacza podejście do rozwoju, w którym czas to życie, a pieniądze to... brak czasu – tłumaczy Karma Tshiteem, minister w tejże instytucji. Dokładnie odwrotnie niż w kapitalizmie, gdzie czas to pieniądz. Tshiteem tłumaczy, że na Zachodzie żyjemy szybciej i pracujemy dłużej, głównie po to, by napędzać rozwój ekonomii. – Dzieje się to bez uwzględniania innych aspektów życia – zaznacza Tshiteem. I to jest nasz błąd.

Jego ministerstwo ma znaleźć taki kierunek rozwoju ekonomicznego kraju, by jego tempo było komfortowe dla Bhutańczyków. – Dlatego mamy znacznie lepsze warunki życia – twierdzi minister. I są na to dowody. Bhutan jako jeden z najuboższych krajów na świecie jest na 13. miejscu w tzw. rankingu szczęścia mieszkańców. To jedyny kraj z tak niskim PKB, który jest w pierwszej dwudziestce krajów z najszczęśliwszymi obywatelami. Na czym polega sekret szczęścia Bhutańczyków? – Jedną z dróg do niego jest tak zarządzać swoim czasem, by robić tylko te rzeczy, które są istotne – tłumaczy dr Dasho Karma Ura, bhutański intelektualista. Drugi z filarów to życie w symbiozie z przyrodą. Aż 20 proc. powierzchni Bhutanu stanowią parki narodowe (to wymóg konstytucji), a lasy zajmują aż 2/3 kraju. W miejsce każdego ściętego drzewa Bhutańczycy sadzą dwa. Kolejnym filarem jest dbanie o tradycje narodowe – to one są korzeniami narodu. Wszystko to uzupełnia darmowy dostęp do edukacji i opieki zdrowotnej, a także taka polityka gospodarcza, w której pracę w pierwszej kolejności dostają bezrobotni, a tym, którzy chcieliby zostać rolnikami, państwo daje ziemię za darmo.

Co możesz zrobić dla siebie

Zamiast czekać na to, aż politycy zmienią konstytucję tak, by gwarantowała prawo do szczęścia, lepiej samemu o nie zadbać. Jak? Wziąć przykład z Bhutańczyków – postawić na kontakt z naturą i zarządzanie własnym czasem. Po co zapisywać się na kolejne studia, jeśli rodzina narzeka, że prawie jej nie widujemy? Nie lepiej znaleźć nowe hobby, które można dzielić z bliskimi, w dodatku na łonie natury, np. biegi na orientację? I najważniejsze: nie zapychać grafika zadaniami od góry do dołu, dać sobie też prawo do bezproduktywnego, ale jakże przyjemnego, leżenia na kanapie.