1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Współczesny mezalians - czyli jakie związki nadal budzą społeczny sprzeciw i czy mogą być szczęśliwe?

Współczesny mezalians - czyli jakie związki nadal budzą społeczny sprzeciw i czy mogą być szczęśliwe?

Ślub księcia Harryego z Meghan Markle fot. iStock
Ślub księcia Harryego z Meghan Markle fot. iStock
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Gdyby William Windsor i Kate Middleton chcieli się pobrać 100 lat temu, ich związek uznano by za oburzający. Książę i dziewczyna? Takie rzeczy tylko w bajkach. Dziś kibicują im miliony. Psychoterapeutkę Katarzynę Miller pytamy o to, jakie związki nadal wzbudzają społeczny sprzeciw i burzą schematy. Czy mimo to mogą być szczęśliwe?

Mezalians, cóż za urocze, staroświeckie słowo…

Ma w sobie pewien urok i grozę jednocześnie. Gdy kiedyś mówiło się, że ona popełniła mezalians czy też on, to wiadomo było, że stoi za tym jakaś romantyczna historia, że ktoś musiał wyrwać się z jakichś okowów, rozzłościć rodzinę, wystąpić wbrew wszystkim, ale w obronie miłości. Czyli albo głupi, albo odważny (śmiech). Książę Edward dla miłości do Wallis Simpson poświęcił koronę. Wtedy to było coś, choć do końca pozytywną postacią książę nie był, bo kolaborował z nazistami, zresztą trochę pod wpływem Wallis… Ale mezalianse bywały różne, książęce, szlacheckie czy zwykłe, burżujskie. Na przykład bogata panna zakochiwała się w biednym – patrz „Titanic”, albo bogaty pan zakochiwał się w biednej – patrz „Trędowata”.

„Trędowata” to chyba najsłynniejszy polski mezalians filmowy. Niestety, utrwalający przekonanie, że mezalianse kończą się źle.

Nie zawsze, Wallis i Edward sobie szczęśliwie żyli. Mój ukochany film (i książka też) „Kochanek Lady Chatterley” opowiada o milady, która ma romans z gajowym. Ostatecznie z nim uciekła i było ciekawie. Zresztą sam D. H. Lawence, autor książki, rozwiódł pewną arystokratkę, która dla niego zostawiła trójkę dzieci.

Czasem wyjściem jest wyjazd, opuszczenie znanego otoczenia i środowiska.

Czasem ty zrywasz kontakt, czasem robi to środowisko.

A gdybyś miała wytłumaczyć pięciolatce, która usłyszała właśnie w telewizji dziwne słowo i ciągnie cię teraz za twą barwną szatę z pytaniem: „A co to jest mezalians?”, co byś jej powiedziała?

Wiesz, dziecko, dawno temu, a może wcale nie tak dawno, niektórzy ludzie uważali, że są lepsi i gorsi i że ci lepsi to mają na przykład wysokie pochodzenie, a gorsi nie mają żadnego, choć skądś przecież pochodzą. Albo mają pieniądze i znane nazwisko, a inni ani jednego, ani drugiego. Więc uważano, że ci wszyscy, co się jakoś tam wyróżniają, są lepsi. I powinni się wiązać też z lepszymi. Kiedyś to miało i sens, kiedy łączyło się ziemię z ziemią albo jedną fortunę z drugą, choć z drugiej strony nie wszyscy chcieli mieć więcej ziemi czy pieniędzy, dla nich ważniejsza była miłość. I wtedy ktoś bogaty, sławny czy dobrze urodzony wiązał się z kimś zwyczajnym…

Bo go kochał?

Albo pożądał, drogie dziecko. Bo trzeba ci wiedzieć, że ludziom często te dwie rzeczy się mylą (śmiech). W każdym razie w społecznym przeświadczeniu ta osoba, która małżeństwem zniżyła się do poziomu ukochanej czy ukochanego, popełnia mezalians, a druga osoba zyskuje, „podciąga się” o klasę wyżej. I na „Titanicu” ma pokoje na górze, a nie pod pokładem. Zresztą wszędzie ma lepsze pokoje. Ale to tylko z pozoru jest takie różowe. Po pierwsze, nie wszyscy uznają, że na to zasługuje i dają jej to odczuć, a poza tym czasem sama staje się niewolnikiem tego, co dzięki małżeństwu osiągnęła. I tu przypomina mi się świetny film Woody’ego Allena „Wszystko gra”, gdzie nauczyciel gry w tenisa dzięki małżeństwu wchodzi w środowisko bardzo bogate i bardzo kulturalne. I dla tej nowej pozycji potrafi zrobić wszystko, w tym zabić dziewczynę, w której się zakochuje, choć może należałoby powiedzieć, której pożąda.

Ale wróćmy do naszej pięciolatki. Powiedziałabym jej także, że świat od tamtego czasu tak bardzo się nie zmienił, bo nadal są tacy, co to uważają, że są lepsi od innych, i ci, którzy zgadzają się na to. Dziś lepsi to bogatsi, bardziej popularni, utalentowani i piękniejsi. I zauważ, że zwykle oni zaczynają się wiązać między sobą. W końcu badania potwierdzają, że najbardziej udane związki to takie, w których małżonkowie pochodzą z podobnych środowisk. A jeśli nawet nie środowisk, to przynajmniej podobnych sytuacji rodzinno-domowych. Mają wspólne podłoże i język, poza tym rodziny się ze sobą tak nie żrą. Bo co tu dużo tłumaczyć, robotnicy z inteligencją jednak średnio się dogadują.

Ale kto decyduje, co jest mezaliansem, a co nie?

Otoczenie, rodzina, ale także sam zainteresowany czy zainteresowana. Jeśli planuje związać się z drugą osobą i widzi, że z tego powodu w jego najbliższym środowisku pojawiają się wyraźne opory, niezadowolenie i krytyka, otrzymuje sygnał, że wykroczył poza swoją klasę. I teraz od niego zależy, czy przyzna rację innym.

Mimo upływu lat mezalians ma się dobrze?

Tylko dotyczy trochę innych kwestii niż kiedyś. Nadal ważnym wyznacznikiem są pieniądze, ale też sukces, rozpoznawalność i uroda. Nie zawsze nazywa się to mezaliansem, czasem niedopasowaniem. Chociażby pod względem urody. Miałam kiedyś kolegę, przystojniaka z Ameryki Południowej, i bardzo się zdziwiłam, jak poznałam jego żonę, że nie jest taka ładna jak on. Pomyślałam: „No, Miller, jesteś jednak strasznie stereotypowa”.

Po prostu lubimy, żeby obrazki do siebie pasowały.

No niestety, żyjemy w kulturze obrazkowej i obraz wyświetla się nam od razu, zanim nawet zdążymy pomyśleć. Natomiast fajnym przeżyciem było dla mnie zobaczyć Paula Simona z żoną wyższą o głowę, oboje są fajni, sympatyczni i dobrze im razem, więc jakie znaczenie ma wzrost? Sama miałam niższego od siebie męża i moja mama mnie za to nienawidziła, a jego nie akceptowała. Jak się można domyślić, był to jeden z ciekawszych facetów w moim życiu, ale mezalians rodzinny też był. Oczywiście nasz związek nie przez to się rozpadł. Ale masz rację, presja bliskich to wielka próba dla uczucia, choć bywa też, że je podsyca.

Jakie związki są dziś uznawane za mezalians?

Jest taki typ związku, który mezaliansem nie jest nazywany, ale z pewnością jest jakimś niedopasowaniem „zasobów”: bardzo piękne kobiety i bardzo bogaci mężczyźni. Każdy tu chce coś udowodnić. Ona, że uroda doprowadziła ją do życiowego sukcesu, a on, że stać go na taką piękną kobietę, każde z nich w ten sposób się winduje i każde popełnia jakiś mezalians.

Z pewnością dziś mezalians jest związany silnie z tzw. celebryctwem, czyli tym, kto się pokazuje w telewizji. W związku z tym jak ktoś jest nieznany, to uważa się za gorszego od celebryty i zaczyna traktować go z czołobitnością.

Nadal w naszym kręgu kulturowym mezaliansem jest związek z cudzoziemcem, choć to zabawne, że związek z Amerykaninem jest pożądany, ale z Rumunem już niekoniecznie. Podobnie dzielą kwestie polityczne. W rodzinach kulturalnych nadal mezaliansem jest, jak ktoś zwiąże się z kimś niewykształconym, a już szczególnie tzw. prostackim, bez ogłady, bo nie chodzi tu o same studia. Takie związki są bardzo trudne do utrzymania, bo jak wchodzisz w środowisko oczytanych i wygadanych, to oni tak cię załatwią, że się nie pozbierasz. Zwłaszcza rodzina, ona bardzo lubi dawać w kość. Choć bywa też, że ktoś się wiąże z kimś, kto po prostu nie pasuje do rodziny i nie chodzi nawet o to, że wszyscy dają mu to odczuć, ale że po prostu nikt go nie lubi.

No właśnie, czy związanie się z kimś, kto z pewnością nie spodoba się rodzinie, nie jest jakąś odmianą buntu?

Pewnie, zdarza się, ale może być to głęboko nieświadome. Na pewno klasyczną postacią jest taki zblazowany paniczyk, niczym Zbyszek z „Moralności pani Dulskiej”, który ma, więc nie wie, co to znaczyłoby nie mieć, ale nie szanuje, bo sam nie zarobił, a jednocześnie jest na tyle inny, że widzi, że mamusia jest jędzą bez moralności. Daje więc sobie prawo do tego, żeby uznać, że to, co on wyprawia, jest lepsze, bo on jest wrażliwy. I jak postanawia ożenić się ze służącą Hanką i mamusię szlag trafia, to w to mu graj. Bardzo dużo angielskich filmów jest o takich chłopakach z tzw. dobrych domów, co to nie kończą studiów, szlajają się po świecie i nagle wracają na stare śmieci z żoną, która na pewno będzie solą w oku mamusi. O tym właśnie jest cudny film „Wojna domowa” z Jessicą Biel i Colinem Firthem. Syn żeni się ze starszą od siebie i wyzwoloną Amerykanką, żeby trochę wbić kij w rodzinne mrowisko, a trochę dać upust pragnieniom, na które w jego sztywnym angielskim domu nie było miejsca.

Jakie związki nadal wzbudzają społeczny sprzeciw i burzą schematy? fot.123rf Jakie związki nadal wzbudzają społeczny sprzeciw i burzą schematy? fot.123rf

Właśnie, czy mezaliansem jest związek starszej kobiety z młodszym mężczyzną?

Dobrze, że poruszyłaś ten temat. Moim zdaniem społeczeństwo ma z tym problem. Ja radzę dziewczynom, jak już dojrzeją, żeby rozejrzały się za chłopakiem młodszym o 8, 10 lat, bo on będzie świetnie dopasowany do nich w seksie i energetyce życiowej, a jednocześnie jeśli będzie mądry, będzie wiedział, że fajnie się żyje z kobietą, która coś już przeżyła. Oczywiście oboje powinni być dla siebie atrakcyjni fizycznie, ale w tej sprawie wiek nie gra roli.

Zabawne, że kiedy mężczyzna jest starszy i ma dużo pieniędzy, to uważa się, że nie powinien mieć żony w swoim wieku. Co innego kobieta, która osiągnęła sukces, ona nie może mieć męża trofeum. Niby dlaczego? Bo kobietom pozwala się tylko na romantyczną miłość, mężczyźni mają mieć partnerkę, która będzie potwierdzała ich prestiż. Kobiety boją się, żeby ktoś nie był z nimi dla pieniędzy czy ważności społecznej, mężczyźni zaś świetnie wiedzą, że są atrakcyjni dzięki walorom finansowym i pozycji.

Dużo mówimy o filmach, i słusznie. Bo one w prosty, a często i zabawny sposób pokazują, że ktoś, kto jest kompletnie inny od członków naszej rodziny… może idealnie do niej pasować. Pokazuje to chociażby francuska komedia „Za jakie grzechy, dobry Boże”.

Och, uwielbiam ten film! Ciekawe, że powstał we Francji. Ojciec ksenofob, marzący o porządnym zięciu z katolickiego domu dostaje czterech zięciów przyprawiających o zawał serca: Żyda, Chińczyka, Araba i Murzyna. Na szczęście po serii perypetii okazuje się, że wszyscy wnoszą coś do rodziny i świetnie się ze sobą dogadują.

O tym, że choć się różnimy, to potrafimy być do siebie bardzo podobni, mówi też fantastyczny film „Klatka dla ptaków”, gdzie chłopak wychowany przez parę gejów zakochuje się w córce prawicowego senatora. Polecam wszystkim na gorszy humor. Możemy się czegoś od siebie nauczyć i okaże się, że wcale nie ma gorszych i lepszych, tylko są inni.

Mezalians to trochę opowieść o pokrewieństwie dusz lub ciał, a trochę o tym, że to, co inne, pociąga.

To jest też opowieść o tym, że są reguły, ale też że reguł bez wyjątków nie ma. Bo jeżeli w tym, w czym żyjesz, jest ci dobrze, to nie szukasz czegoś innego. Jeżeli ci czegoś brakuje, zobaczysz tę brakującą część w kimś odmiennym od ciebie.

Mezalianse to często związki dwojga outsiderów. 

I to ich łączy. Masami pokazują to filmy i książki. Ona z dobrego domu, ale się upija. On z domu złego, ale porządny. Oboje uciekają od tego, co ich niewoliło, i oboje mogą siebie nawzajem uratować.

Mówiłyśmy, że najlepsze są związki dobrane na zasadzie podobieństw. Ale te podobieństwa bywają głęboko ukryte.

Są pewne rzeczy widoczne, ale są też te niewidoczne, czyli tak zwane syfy. Bo dobieramy się też według traum, braków i nierozwiązanych problemów. Czasem jeśli pociąga nas coś zupełnie odmiennego, może się okazać, że na głębszym poziomie jest to podobne do tego, co znamy. Ja jako dziewczyna miałam marzenie o tym, żeby być porwaną przez czarnookiego Cygana i żyć w taborze, wolna i dzika. Chciałam się wyrwać z domu wypełnionego zakazami i nakazami matki. Potem zrozumiałam, że w tym taborze wcale bym taka wolna nie była.

Co decyduje o tym, że związek nazwany mezaliansem przetrwa, a co o tym, że nie?

Dwa główne czynniki. Pierwszy, czy ludzie dogadają się między sobą i okaże się, że to, co ich w sobie pociągało, będzie bazą, na której zbudują związek. Drugi, co zrobi otoczenie. Jeśli otoczenie się uprze przeciwko nim, dla niektórych związków będzie to nie do udźwignięcia. Na pewno żeby stanąć za własnym wyborem, trzeba mieć siłę, odwagę i wysoką świadomość. Szanować swój wybór, nie tylko się nim ekscytować na zasadzie buntu, ale szanować jako wybór pewnej jakości. Czasem wchodzimy w mezalianse, bo chcemy doświadczyć czegoś innego, kieruje nami ciekawość, marzenie o odmienności, jeśli jednak naprawdę chcemy zostać w tym środowisku, z którego się wywodzimy, to taki związek długo nie przetrwa. Ale jeśli czujemy, że tu nie pasujemy, to drugi człowiek, tak inny od osób, które nas otaczają, może być dla nas kluczem do wolności, dobrobytu i szczęścia.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Seks bez miłości? Nie myl zakochania z pożądaniem

Wiele kobiet pod grzecznym „zanim pójdę z nim do łóżka, najpierw muszę się zakochać”, ukrywa jakąś tajemnicę. Może po prostu nie mają odwagi przyznać, że lubią seks? (Fot. iStock)
Wiele kobiet pod grzecznym „zanim pójdę z nim do łóżka, najpierw muszę się zakochać”, ukrywa jakąś tajemnicę. Może po prostu nie mają odwagi przyznać, że lubią seks? (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy naprawdę zawsze chodzi o miłość? A może pod tym grzecznym „ja – nim pójdę z kimś do łóżka – najpierw muszę się zakochać”, ukrywa się jakaś tajemnica? Może tak po prostu nie mamy odwagi przyznać, że lubimy seks? A jeśli tak jest, to co z tym zrobić – wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Często słyszę od singielek, które narzekają na brak seksu: „muszę się zakochać, zanim pójdę z kimś do łóżka”.
Na początek podzielę się pewnym spostrzeżeniem z mojej praktyki, które dawniej mnie zdumiewało. Kiedy mówi się z kobietą, zazwyczaj jeszcze młodą, o szanowaniu siebie, to jej się to kojarzy wyłącznie z tym, żeby nie spać z byle kim. Czyli z porządnością seksualną, żeby być taką, jak mamusia sobie życzyła. Kobiety, zwłaszcza młode, myślą, że szanują siebie, gdy są grzecznymi dziewczynkami. Wiedzą, co jest właściwe. A że przy okazji są nieszczęśliwe, to zupełnie inna sprawa. Jakoś nie widzą związku między byciem nieszczęśliwą a tym, że się nie umieją „puścić”, a ja to słowo stosuję w szerokim kontekście. Opłaca się puścić wszystko, co ogranicza, co zabrania, co przeszkadza żyć w zgodzie ze sobą. Puścić się to przestać się bać, przestać się hamować w mówieniu „nie”, w okazywaniu złości, ale też w przeżywaniu radości, swobody. Puścić się to być sobą.

A w takim razie czym jest prawdziwy szacunek do siebie?
Jeśli myślimy, że szanowana kobieta to taka poza seksualna, to trudno nam zrozumieć, że szacunek do siebie jest szacunkiem do osoby, dla mojego bytu, dla mojej wartości, dla mojej całości. Szacunek dla siebie jest niezwykle ważną postawą wobec siebie. Umiejętnością, którą wiele kobiet zdobywa dopiero w trakcie świadomej pracy nad sobą. A mówiąc najkrócej, szanuję siebie, czyli robię to, co mi jest potrzebne.

I tak znów wracamy do seksu, jeśli to on jest nam potrzebny?
I do kolejnej rzeczy, która dziewczynkom przeszkadza robić to, czego pragną. Otóż nikt ich nie nauczył, że seks i miłość to co innego. I mamy dziewczynkę, która rozwija się i zaczyna mieć potrzeby, ale nie nazwie ich seksualnymi, chociaż je czuje. Ona pomyli pociąg fizyczny z miłością. No bo skoro myśli o kimś, chciałaby czuć go koło siebie, chciałaby, żeby ją dotykał, skoro nie chciałaby się z nim rozstawać, no to musi go kochać. A ona nawet jeszcze nie wie, co to znaczy kochać. To seksualność jest pierwsza. To chemia, feromony. Najpierw poznajemy swoje potrzeby fizyczne, które przecież także są ważne i także są duchowe, tyle że przeżywane na poziomie ciała. Ale żeby to wiedzieć, trzeba uznać, że poziom cielesny jest piekielnie ważny. Tak samo ważny jak psychiczny i społeczny. No bo jak tu żyć bez ciała? Wiemy już, że trzeba o ciało dbać, ale nadal nie szanujemy tej wiedzy, że trzeba o nie zadbać także seksualnie.

Czyli nasze zainteresowanie mężczyznami zaczyna się od pożądania? A my nazywamy je miłością, bo tak nas wychowano?
Zaczyna się od pożądania. Oczywiście, może być też tak, że dziewczyna  interesuje się chłopakiem, bo on jest mądrzejszy od innych, potrafi zrobić coś jak żaden inny. No i tu zaczyna się pojawiać traktowanie kogoś jako osoby. Ale zdecydowanie bazą pierwszych niby-miłości jest to, że on się jej podoba, działa na nią, sprawia, że w niej buzują hormony. Mądra matka powinna córce powiedzieć: „kochanie, wielu mężczyzn może ci się podobać, mogą w tobie wywoływać roznamiętnienie, drżączkę, ale to nie znaczy, że ich będziesz kochać”. Ale matka tego nie mówi i dziewczyna myśli, że kocha tego chłopaka. Kiedy więc on mówi: „to daj mi dowód miłości”, ona mu daje, bo ma wizję, że kocha. A tak naprawdę pragnie i chce się sprawdzić, chce poczuć, że już weszła w życie, że coś się dzieje nowego, dorosłego, ekscytującego. A tu ma dać dowód miłości, bo inaczej on ją rzuci albo pójdzie z inną, albo ona okaże się dziecinna lub nieseksowna. I to jest jeden z powodów, dla których dziewczyny za wcześnie zaczynają współżycie. Kolejny bywa taki, że jak się chłopak do dziewczyny dobiera, to jej się na początku to podoba, bo ona chce się poprzytulać, popieścić, pocałować, więc jest zachwycona, podniecona, ale potem przestaje. Tylko nie wie, co zrobić? Bo jak mówi: „nie dotykaj mnie tam, na dole”, „boję się”, „przestańmy już”, to on się obraża albo straszy, że odejdzie, albo gwałci. No to ona myśli: „jak to tak ma być, to ja zamknę oczy i jakoś to wytrzymam”. I dzieje się coś, na co ona wcale nie ma ochoty i co wcale nie sprawia jej satysfakcji. No a potem jeszcze się tego wstydzi. Bo przecież nasze katolickie wychowanie wbija nam do głowy same zakazy. My je oczywiście przełamujemy, ale im bardziej, tym większy odczuwamy wstyd. Matka, pamiętająca własne przeżycia, mogłaby powiedzieć: „masz prawo zawsze powiedzieć stop”. A ojciec pouczyć syna: „Prawdziwy kochanek nie zmusza i nie gwałci. Słuchaj, kiedy ona mówi stop”.

Po takiej typowej inicjacji można stracić ochotę i na seks, i na miłość.
Po takiej inicjacji można nie szanować seksu, ale też nie wiedzieć, gdzie jest ta miłość? Bo to wiedzieć mogę dopiero, kiedy popróbuję, czym jest jedno i drugie. Wszyscy ludzie są (mniej lub bardziej) wyposażeni w libido i pożądać można wielu, natomiast kocha się tylko poniektóre osoby.

No ale jak to rozpoznać? Miłość czy pożądanie?
Rozpoznawać to można w ciele. Ale zazwyczaj to się wyjaśnia dopiero w praniu. Mija seksualne zauroczenie i jakże często mija związek. Jeśli to przeżyjesz świadomie, to zaczniesz widzieć różnicę. Ja na przykład nauczyłam się rozpoznawać, wiesz po czym? Przez długie lata młodości, zmarnowanej w pewnej części (bo mamusi udało się wcisnąć mi kit, że wszystko dopiero po maturze), wmówiłam sobie, że mnie interesują wyłącznie mężczyźni intelektualnie rozwinięci. I taki był mój pierwszy chłopak. Lubiłam, żeby mężczyzna miał okulary, bardzo mi się też brody podobały. Najważniejsze było, żeby pogadać, ponazywać coś mądrze i twórczo. Ale (po maturze oczywiście) do mnie dotarło, że mnie kręci zupełnie inny typ mężczyzn, typ drwala, że on nijak się ma do tych książek i do tych intelektualnych lotów. Że mnie bierze szelmostwo w oku, ruch ciała, męska, fizyczna siła. I zaczęłam widzieć, że inne części mojego ciała reagują na tych panów, a inne na intelektualistów. I wtedy pomyślałam: „Kurde, to jednak chodzi o ciało! To cudne!”.

No i inne z nimi możemy potrzeby zaspokoić, bo jak chcemy pogadać…
Jak mi się zapala ochota na eksplorowanie przestrzeni artystyczno-duchowych, to wcale nie oznacza, że należy zejść także poniżej. A słowo „poniżej” wcale nie jest deprecjacją. Seks jest w środku naszego ciała. Tam w brzuchu jest też nasz mózg emocjonalny, o czym jestem przekonana, bo on się do mnie odzywa. I seksualność jest tam – więc mam słuchać, która część mojego ciała do mnie gada w sprawie tego pana. Kobiety mogą się tego nauczyć. Na taką naukę nigdy nie jest za późno.

Nie zawsze wymóg miłości działa jak ślub czystości. Znam kobietę, która co prawda mówi: „ja muszę się najpierw zakochać”, ale sądząc po ilości kochanków, zakochuje się co chwila.
Musi się bidula zakochiwać, bo inaczej nie da sobie przyzwolenia na seks. I to jest ogromny temat. Żyjemy w ciągłym kłamstwie. Wiele kobiet i część mężczyzn ustawicznie manipuluje własnymi uczuciami. Oczywiście nieświadomie. Żąda od siebie i od innych: więcej, wyżej, ambitniej. A to najczęściej niemożliwe i stąd psujące radość życia pretensje. No bo gdybyśmy nie mieli obsesji na punkcie pseudomiłości, tobyśmy się po prostu pociupciali i wtedy zobaczyli, czy się polubimy, czy się pokochamy? Powolutku, ale też nie za wolno, żeby narosło coś fajnego, żeby nie zrywać zielonego jabłka i nie zjadać czegoś, co nie jest słodkie. No ale jak się zmuszamy do  miłości, to tak naprawdę nie mamy szans nikogo pokochać. Odwrotnie: manipulacja emocjami daje uzależnienie. Skoro muszę kochać, by zrobić to, czego naprawdę potrzebuję, czyli uprawiać seks, to uzależniam się od tej rzekomej miłości i pewnie już jestem uzależniona od seksu. A w takiej sytuacji, aby przeżyć prawdziwą miłość, musiałabym sobie zrobić długą abstynencję, żeby dotrzeć z powrotem do samej siebie, do swoich prawdziwych uczuć.

A tak zupełnie po ludzku, kiedy sobie wmówię, że to miłość, to będę cierpieć, marzyć, latać za tym facetem, bo ten jedyny, tylko on…
A to był po prostu – świetna rzecz – udany seks. Ale my myślimy: „Ojejku, bzyk nam wyszedł! Jesteśmy dla siebie stworzeni!”. No, może, ale niekoniecznie. Mogę go kochać za to, że nam bzyk świetnie wyszedł, ale to wcale nie znaczy, że to miłość. Ja go tylko kocham za ten seks. I mogę siebie bardziej kochać za to, że potrafiłam znaleźć faceta, z którym tak fajnie się bzykać. Że się okazało, że moje ciało ma tyle cudnych możliwości, że się rozwija erotycznie. Że sama siebie nie zatrzymuję w pół kroku. Więc ten człowiek ma w moim sercu na całe życie wdzięczność. Ale to nie znaczy, że go kocham. Może, choć nie musi, okazać się, że i pod wieloma innymi względami pasujemy do siebie. Ale trzeba czasu na to, by sprawdzić, czy jesteśmy dla siebie stworzeni.

Można tak pięknie myśleć tylko dlatego, że jest nam superdobrze w seksie?
No pewnie: jestem ekstra, skoro przeżywam takie fajne rzeczy. A może spotkaliśmy się właśnie po to, żeby przeżyć super-seks? To jest naprawdę wystarczający powód: poprawić swoją seksualność, rozwinąć ją, dać jej wyższe loty. Oczywiście, po takim doświadczeniu rosną oczekiwania. Chcemy, żeby następnym razem było tak samo świetnie, a nawet lepiej. Ale ja bym powiedziała: im mniej oczekiwań, tym więcej udanych relacji. Nie wszystko nam wyjdzie. Na przykład są związki, które trwają jakiś czas, a potem się kończą. My wtedy lamentujemy: „na co mi to było, skoro się skończyło”. No ale czy to znaczy, że ważne jest tylko to, co trwa? No to ile musi trwać, żeby było warte przeżycia? Dziesięć lat, może 30? Przecież większość rzeczy w życiu się kończy. Znika siła, a pojawia się wrażliwość. Kończy się poszukiwanie nowości, a pojawia szacunek dla trwałości. Kiedyś wartością była zabawa, a dziś grzanie się w słońcu. Przecież dla staruszków to taka sama wartość jak dla młodych taniec.

Może jednak coś jest w tej miłości, bo z badań wynika, że seks przywiązuje kobiety do mężczyzn, z którymi sypiają.
Nie mamy wiarygodnych badań. Kobiety przez miliony lat były wyuczone, że mają chcieć mężczyzny na zawsze, bo inaczej brak im będzie szacunku społecznego, bezpieczeństwa, a ich dzieci nie będą się mieć tak dobrze, jak dzieci tych kobiet, które mają stałych partnerów. To wpłynęło na naszą mentalność. Przypomnijmy sobie jednak, jaką rewolucją dla świata były badania Kinseya, a potem Mastersa i Johnsona, które pokazały, że kobiety mają więcej potrzeb seksualnych, że są lepiej wyposażone erogennie, że przeżywają głębsze orgazmy niż mężczyźni. A więc może to przywiązywanie się jest też tylko mitem, tylko wyuczone?

Można się przed tym bronić. Znam kobietę, która miała zasadę: raz i do widzenia, po to, by się nie przywiązać.
To też jest manipulowanie swoimi namiętnościami. Robimy tak, bo nikt nam nie radzi, nie wspiera. Uczymy się więc sami metodą prób i błędów. Z drugiej strony to nasze przekleństwo, że mamy wizję romantyczną, według której miłość to taki słodki ulepek, który ma wiecznie trwać. No nie. Na początku jest chęć, żebyśmy się splątali, a potem trzeba wziąć się do roboty i zbudować relację. Samo pożądanie to za mało. Ale czuć się zakochaną – to nam się podoba, więc dawaj – jedno zakochanie po drugim. Ale ile razy tak można? Za którym razem przestaje nas to rajcować? Powiedzenie: jeden mężczyzna to wszyscy mężczyźni, jest prawdą – więc ciekaw się kobieto, co się dzieje między tobą a twoim partnerem. Możecie się pokłócić, możecie się przymilić, możecie się podroczyć, zrobić tysiące niezwykle ciekawych rzeczy, pod warunkiem że sobie na nie pozwolicie i naprawdę będziecie ciekawi, co się między wami dzieje, jacy jesteście, a nie jacy macie być.

Moja znajoma udawała, że jej nie zależy, że to tylko seks, żeby być blisko pewnego mężczyzny. Więc on czasem z nią sypiał, a czasem czytał maile od innych kochanek. Aż w końcu nie wytrzymała, powiedziała mu, że to jednak miłość. Wtedy okazało się, że dla niego ona też jest ważna…
„Musisz się szanować, nie wolno powiedzieć chłopu, że ci na nim zależy” – to mądrość naszych matek. I teraz powiem coś ważnego: my jesteśmy wyzwolone społecznie, ale niewyzwolone intymnie. I to się ludziom myli. To, że baba umie negocjować milionowe kontrakty, to nie  zawsze znaczy, że potrafi ze swoim facetem wynegocjować to, czego chce, a czego nie chce. Więc często woli być sama. I do mnie trafiają cudownie piękne kobiety, które nie wiedzieć czemu wciąż są same, które nie uprawiają seksu. Ja je uczę, że seks jest wszędzie. Jest w powietrzu, jest w trawie, jest w jabłku, które jedzą. Uczę je, że jeżeli jadą z taksówkarzem, który jest miły i atrakcyjny, to mogą z nim flirtować. Jeśli jedzą w restauracji, niech flirtują z kelnerem (jeśli jest fajny i seksowny).  Zacznijmy świat traktować zmysłowo. A znajdziemy i miłość, i seks, i radość spełnionego życia. I one znajdują!

  1. Psychologia

Uczucie miłości. Co sprawia, że się zakochujemy? - wyjaśnia prof. Bogdan Wojciszke

Zakochiwanie się i budowanie związku ma dzisiaj inne podstawy niż u poprzednich pokoleń. Czy szukanie miłości ma w ogóle jakiś sens? (fot. iStock)
Zakochiwanie się i budowanie związku ma dzisiaj inne podstawy niż u poprzednich pokoleń. Czy szukanie miłości ma w ogóle jakiś sens? (fot. iStock)
Według prof. Bogdana Wojciszke miłość się nam po prostu przydarza. Czy szukanie jej ma zatem jakiś sens? I czy to dobrze, że dzisiaj głównie na uczuciu opieramy nasze związki?

To my szukamy miłości czy miłość sama nas znajduje?
Powiedziałbym, że to drugie. W naszym szeroko pojętym kręgu kulturowym od 50 do 60 proc. ludzi wyznaje, że to się po prostu stało, zakochali się. Nie chodzimy po świecie z zamiarem i silnym postanowieniem zakochania się – to po prostu nas dopada.

Czy można zrobić coś, żeby zwiększyć swoje szanse w tej materii? Może być bardziej uważnym, otwartym?
Miłość to bardziej stan ducha tego, kto kocha, niż rezultat tego, jacy są ci, których kochamy. Czyli to nie cechy charakteru obiektu decydują o naszym zakochaniu. Jeśli miałbym sformułować tu jakieś zalecenie, to mogłoby ono brzmieć tak: Jeżeli chcesz się zakochać, to rób coś ekscytującego. Wtedy jest duża szansa, że dostrzeżesz kogoś, kto cię zauroczy. Jest jednak jeden warunek – ta osoba już na samym początku musi ci się spodobać. W stanie ekscytacji pierwsze wrażenie się potęguje i łatwiej może przerodzić się w zakochanie. Jesteśmy wtedy bardziej „podatni” na miłość. I są na to dowody w postaci wielu badań.

Ma pan na myśli eksperyment z mostkiem? To dosyć znane badanie, w którym mężczyźni przechodzili przez chwiejny mostek, na końcu którego czekała na nich piękna modelka. W nagrodę dawała im swój numer telefonu. Okazało się, że im mniej stabilny był mostek, tym uczestnicy częściej do niej dzwonili. Adrenalina, jaką odczuwali, zwiększała atrakcyjność dziewczyny.
Ten eksperyment, jak  wiele innych podobnych, pokazał, że ekscytacja biologiczna w konsekwencji wysiłku fizycznego powoduje u badanych podniesienie atrakcyjności już i tak atrakcyjnych kobiet, jakie spotykali podczas eksperymentów. Co ważne, jeśli przed badaniem uczestnicy uznali dane kobiety za ładne, to ich atrakcyjność pod wpływem adrenaliny się zwiększała, a jeśli uznali je za mało atrakcyjne, to po przejściu przez most bardziej się im nie podobały.

Czyli uprawiajmy sport, podróżujmy, podejmujmy różne aktywności – będziemy mieli więcej okazji, by spotkała nas miłość. Ale też nie rozglądajmy się za daleko. W książce „Alfabet miłości“ przywołuje pan inny eksperyment: okazało się, że ludzie, którzy siadali obok siebie na wykładach, częściej się później zaprzyjaźniali. Rozwojowi uczucia sprzyja bliskie sąsiedztwo?
Kiedyś ludzie byli znacznie mniej kochliwi niż teraz, bo występowało ograniczenie terytorialne. Poruszali się przede wszystkim pieszo lub na rowerach, o wiele rzadziej przemieszczali się zorganizowanym transportem i nieczęsto podróżowali w dalekie zakątki kraju czy świata. Dlatego też ponad połowa małżeństw w latach 60. była zawierana między osobami, które mieszkały mniej niż 10 kilometrów od siebie. Ta bariera geograficzna obecnie w ogóle zniknęła, głównie dzięki Internetowi.

Dzięki nowym technologiom mamy o wiele więcej szans na spotkanie tego jedynego czy tej jedynej, dlaczego więc coraz mniej osób uznaje, że im się to przydarzyło?
Owszem, obecnie straszliwie poszerzyła się pula osób, spośród których można wybierać, ale o wiele częściej okazuje się to problemem niż szansą. Badania konsumenckie wyraźnie pokazują, że jeśli liczba dostępnych opcji przekracza pewien próg, to wybór staje się dla nas trudniejszy, jeśli nie niemożliwy. Jeśli mam cztery smaki dżemów, to mniej więcej wiem, który bym chciał, ale jeśli mam do wyboru 40, to moja decyzyjność spada. Wybór partnera różni się oczywiście od wyboru dżemu, ale zasada jest taka sama. Kiedyś w jednej wsi były, powiedzmy, dwie panny na wydaniu, które ze względu na atrakcyjność i pochodzenie stanowiły najlepszą partię i tylko spośród nich dobrze sytuowani kawalerowie mogli wybierać. W jakimś stopniu było im łatwiej niż na dzisiejszym rynku matrymonialnym.

Dziś trudniej jest kobietom, zwłaszcza tym wykształconym, zdolnym i atrakcyjnym, bo jest niewielu mężczyzn, którzy potrafią im dorównać. Wyzwanie, przed którym stoją, określa pan sam jako „współczesny mezalians“.
Kiedyś typowym zjawiskiem było coś, co się nazywało over-marriage – kobieta wychodziła za mąż trochę powyżej swojego statusu, wynikającego z urodzenia, coś na zasadzie związku Kopciuszka i Księcia. Kobieta wnosiła w związek coś, za co mężczyzna musiał zapłacić: pozycją społeczną lub dobrami materialnymi. Teraz na skutek emancypacji, jest coraz mniej mężczyzn, którzy są w lepszej od niej sytuacji. Zwykle kobieta musiała patrzeć trochę wyżej, a teraz musi patrzeć trochę niżej. Dużo wykształconych kobiet jest obecnie znacznie mniej zależnych od zasobów męskich, bo same mogą sobie je zgromadzić, i choć finansowo wychodzą na tym lepiej, to w kwestii związku już nie bardzo. To poważny społeczny problem.

Ale skoro nie musimy się wiązać, by mieć zapewnione finansowe czy jakiekolwiek inne bezpieczeństwo, i jesteśmy sobie równi, to może nas połączyć ze sobą wyłącznie miłość. To chyba dobrze?
Dobrze czy niedobrze, na pewno ma to swoje konsekwencje. Żyjemy w świecie, w którym – szczególnie dla ludzi w średnim wieku – wybory matrymonialne przestały być ostateczne. To znaczy są ostateczne, ale tylko na pewien okres. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że o związek trzeba dbać, ale z drugiej strony mamy poczucie, że jak się nie uda, to się rozstaniemy. Szacuje się, że połowa zawieranych dziś małżeństw za kilka lat się rozpadnie. Małżeństwo nie jest już – jak kiedyś – gwarantem stabilizacji finansowej czy posiadania i wychowania dzieci. To możemy mieć dziś poza nim.

Czy w tej kwestii potrzeby kobiet i mężczyzn się od siebie różnią?
Zarówno mężczyźni, jak i kobiety mają potrzeby wspólnotowe, czyli doznawania i udzielania wsparcia, ale jednak się między sobą różnimy. Najlepiej widać to na przykładzie podejścia do seksu, choć przekłada się to także na różne sposoby zaspokajania potrzeby kontaktu.

Kobietom zależy na tym, żeby ich związki były głębsze, ale może ich być niewiele – podobnie z seksem. Natomiast mężczyźni są za bardziej licznymi związkami, ale za to płytszymi. Dlatego też nasze dążenia trochę się rozmijają. Wynika z tego, że kobiety bardziej szukają partnera, a mężczyźni partnerek.

A kompromisem okazuje się seryjna monogamia. Czyli będziemy mieli wiele związków, ale za to z jednym partnerem?
Wszystko na to wskazuje. Ale seryjna monogamia to wcale nie nowy koncept. Nasi przodkowie znali już taki model, tylko on inaczej się nazywał. Także mieli po kilka żon czy mężów, tylko o końcu związku decydowały raczej przyczyny naturalne niż potrzeba szczęścia bądź przyjemności – ich partnerzy życiowi po prostu umierali, dziś częściej umiera miłość.

Można powiedzieć, ze Henryk VIII też był seryjnym monogamistą.
(Śmiech). Zgadza się. I większość małżeństw zawierał z miłości.

Bogdan Wojciszke profesor psychologii, profesor nauk humanistycznych, wykładowca akademicki, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk. Zajmuje się badaniem dynamiki bliskich związków, autor kilkunastu książek.

  1. Psychologia

Związki homo- i heteroseksualne - czym się różnią? Komu łatwiej się dogadać?

Czy związki homoseksualne budowane są na podobnych zasadach co heteroseksualne? (fot. iStock)
Czy związki homoseksualne budowane są na podobnych zasadach co heteroseksualne? (fot. iStock)
Płeć przeciwna pociąga i fascynuje swą odmiennością, a czy ta sama ułatwia porozumienie? Czego moglibyśmy się nauczyć o komunikacji i ustalaniu zasad w związku od par homoseksualnych, według badań, bardziej zadowolonych ze swoich relacji niż pary heteroseksualne? Pytamy psycholożkę Katarzynę Miller.

Co jest lepsze dla związku: jak jesteśmy do siebie podobni czy jak się różnimy?
Nie wiem. Wiem natomiast, że jeśli ludzie są zafascynowani tym, jak bardzo ich ukochana czy ukochany jest różna czy różny od nich, to potem to samo zaczyna ich niesamowicie wnerwiać. Z kolei jeśli zakochują się w sobie, bo tak wiele ich łączy, to po kilku latach ten fakt też zaczyna ich wnerwiać. Wychodzi na to, że po pewnym czasie w związku każdego zaczynają wkurzać pewne rzeczy, i to jest chyba taki etap, przez który po prostu trzeba przejść.

Czy ma znaczenie, czego dotyczą te różnice? Może niektóre wkurzają bardziej, a inne mniej?
Problemem są na pewno różnice światopoglądowe. Bo to w żadnym temacie nie idzie się dogadać, zarówno jak wychowywać dzieci, na kogo głosować, ale też jak uprawiać seks… Jedno uważa, że nie należy sypiać ze sobą przed ślubem, a drugie, że należy. Albo po ślubie jedno uważa, że skoki w bok nie są niczym strasznym, pod warunkiem że się kochamy, a dla drugiego to jest koszmar.

Ja jestem przywiązana do wyników badań, które mówią o tym, że najlepiej dogadują się ze sobą ludzie pochodzący z podobnych środowisk: wykształceni z wykształconymi, majętni z majętnymi, robotnicy z robotnikami. Choć, co też podkreśla psychoterapia, podobne środowisko może oznaczać tyle, że w domu były podobne problemy, niezależnie od tego, czy był to dom bogaty czy biedny, wielkomiejski czy wiejski. Ludzie podświadomie dobierają się na podstawie swoich haków, czyli ciemnych stron. Na poziomie świadomym ludzi chyba najbardziej fascynuje odmienność – zobacz, że zwykle spokojny facet woli wariatkę, a furiat lubi odpocząć sobie przy łagodnej. Najlepiej jak te różnice są komplementarne, czyli się uzupełniają: on uwielbia nowinki techniczne, za to ona organizuje najlepsze przyjęcia.

A gdyby tak ta podstawowa różnica – różnica płci została zniesiona… Czy pary jednopłciowe lepiej się dogadują? Jest im łatwiej czy trudniej?
Pary jednopłciowe już z gruntu mają trudniej. Po pierwsze, mają mniej osób do wyboru, bo orientację homoseksualną ma jedynie ułamek społeczeństwa. Po drugie, nadal często towarzyszy im odium społeczne, zwłaszcza w kręgach tradycyjno-fundamentalistycznych. Rzucają się w oczy, wystają z tłumu. Czasem więc, dla własnego bezpieczeństwa, ukrywają swoją miłość.

Ale to może też – paradoksalnie – bardziej scalać ich związek. Razem przeciwko światu.
Może też dawać poczucie, że tym bardziej trzeba tę miłość ochraniać. Gdy przypominam sobie życiorysy wielkich artystów gejów, a bardzo wielu jest wśród gejów artystów, to od razu rzuca mi się w oczy fakt, że bardzo trudno im było dobrać sobie partnera, który by odpowiadał im zarówno seksualnie, jak i środowiskowo. Dlatego tak częste są przykłady związków synów lorda z synem portiera. Ale geje w ogóle lubią przekraczać różne granice. Są całkowicie niestereotypowi, a poza tym bardzo uczuciowi i nadmiarowi – to właśnie moim zdaniem odróżnia pary homoseksualne od heteroseksualnych. Tam więcej się przeżywa – także kłótni, konfliktów, rozczarowań. To zawsze są bardzo silne emocje. Poza tym ich podejście do seksu cechuje promiskuityzm, czyli częste zmiany partnerów i podejmowanie kontaktów seksualnych często bez więzi uczuciowych.

Jest takie społeczne przekonanie, że dlatego właśnie związki homoseksualne są nietrwałe.
Ja znam bardzo wiele trwałych związków homoseksualnych. Powiedziałabym nawet, gdyby ktoś mnie spytał, czy znam szczęśliwe pary, że znam jedną i to jest właśnie para gejów. Przez całe życie miałam przyjaciół gejów i dużo wiedziałam o ich życiu. Przyznam, że ich skłonność do ryzyka zawsze trochę mnie przerażała. Ale być może na takich trafiałam, to też mogą być kwestie osobowościowe.

Wśród twoich pacjentów zdarzały się osoby homoseksualne?
Pamiętam zwłaszcza jednego chłopaka, przychodził do mnie sam, ale potem poznałam także jego partnera i ich krąg towarzyski. Obaj byli niezwykle wrażliwi i bardzo przejęci swoim związkiem, ale też byli dosyć młodzi, więc może to brało się z wieku. Na pewno problemy mieli bardzo podobne do par heteroseksualnych – martwili się, czy im się uda, czy jemu zależy tak bardzo jak mnie. Utwierdzili mnie w przekonaniu, że geje są nadwrażliwi, ale nie wiem, czy to samo powiedziałabym o lesbijkach. Być może wpływ na to ma fakt, że wszystkie pary lesbijskie, jakie znam, są ze środowisk zaangażowanych społecznie i związanych z pozarządowymi organizacjami – te dziewczyny są silne, przedsiębiorcze i inteligentne. Bardzo duże tu uogólnienie zrobiłam, ale cóż, takie pary właśnie znałam.

Przygotowując się do naszej rozmowy, trafiłam na artykuł Joanny Fielding w brytyjskim „Psychologies”. Przez lata była w związkach z mężczyznami, a teraz jest szczęśliwa w związku z kobietą. Powołuje się w nim na brytyjskie badania z 2013 roku, które potwierdzają, że pary homoseksualne są bardziej zadowolone ze swoich związków. Fielding twierdzi, że pary hetero mogłyby się nauczyć wiele od par homoseksualnych. Przede wszystkim ustalania własnych reguł. Ponieważ od zarania dziejów świat akceptował i promował pary heteroseksualne, jest bardzo silny wzór takiego związku. Pary homoseksualne nie są obarczone tym balastem.
I mogą sobie ustalać zasady według własnych potrzeb i preferencji. Chcesz zmywać – będziesz zmywała, chcesz zarabiać pieniądze – zarabiaj, albo obie będziemy zarabiać. Nie masz ochoty dbać o dom – zatrudnimy panią do sprzątania a jeść będziemy na mieście. Jakoś sobie poradzimy. To cudowne i bardzo inspirujące. Choć założę się, że społeczeństwo i tak będzie im zaglądać pod stół i pytać, kto tam jest mężem, a kto żoną.

A zawsze jest taki podział?
Czasem jest, a czasem go nie ma. Są na pewno różne typy lesbijek, tak jak są różne typy gejów. Są więc lesbijki w typie butch, które wyglądają prawie jak mężczyźni, i one często mają bardzo kobiece partnerki, w typie femme. I wtedy jest bardzo jasny podział. Natomiast myślę, że w seksie może być zupełnie inaczej, choć do łóżka nikomu nie zaglądałam. Ale wracając do poprzedniego wątku – zawsze powtarzam, że pary robią jeden podstawowy błąd: zanim się pobiorą, nie siadają razem i nie ustalają, na czym im najbardziej zależy, czego chcą w związku, a czego nie.

Kolejna wskazówka z artykułu – pary homoseksualne więcej rozmawiają. Wszystko na bieżąco przegadują.
Odkładanie spraw na później, przełykanie problemów i pretensji, nieodnoszenie się do palących nas kwestii na bieżąco – to kolejny błąd, jaki popełniamy w związkach. Pary homoseksualne dzięki rozmowom bardziej siebie rozumieją i są siebie bardziej ciekawe.

Fielding twierdzi, że związki homoseksualne są kompletnie wolne od stereotypów. My lubimy zwalać winę na płeć: „on robi tak, bo jest mężczyzną”, „ona myśli to i to, bo jest kobietą”. Tu nie możesz użyć tego argumentu.
Nie powiesz, że twoja partnerka jest wkurzona, bo pewnie okres jej się zbliża. Albo właśnie wiesz, że okres jej się zbliża i jak się może czuć. To bardzo ważne widzieć w drugiej osobie tę, którą muszę najpierw poznać, a nie zakładać z góry, jaka jest.

Nie sadzisz, że fakt, że większość par homoseksualnych nie ma dzieci, może wpływać na ich zadowolenie ze związku?
Na pewno mogą bardziej się na sobie skupić, są bardziej wolni w sensie czasu, możliwości wyjazdu czy finansowych – wydają więcej pieniędzy na siebie i swoje przyjemności. Ja bardzo lubię nie mieć dzieci i bardzo lubię moje życie – wolne i swobodne. Oczywiście mam też w nim zobowiązania, ale wynikające z moich zawodowych decyzji, na które mam wpływ.

Czego twoim zdaniem moglibyśmy się nauczyć od par homoseksualnych, by być bardziej zadowolonymi w naszych związkach?
Może właśnie tego zdrowego egoizmu? Lejtmotyw ostatnich lat mojej pracy terapeutycznej jest taki, żeby zdać sobie wreszcie sprawę z tego, że ja jestem dla siebie najważniejsza i ty jesteś dla siebie najważniejszy. Szanujmy swoje odrębności, bądźmy wdzięczni za to, że się ze sobą spotykamy, bo wcale nie musimy. Nie czerpmy nieustannie z drugiej osoby, tylko dawajmy sobie wszystko, co najlepsze, a to, co nam zostanie, dawajmy partnerowi. Taki oświecony dwuosobowy egoizm.

  1. Psychologia

Przeszłość ma wpływ na naszą teraźniejszość

Prof. Bogdan de Barbaro:
Prof. Bogdan de Barbaro: "Wierzę, że jest coś takiego, jak dziedziczenie społeczne, jak mitologia rodzinna, jak lojalność wobec przodków, często niewidoczna i nieoczywista – to wszystko na nas wpływa". (Fot. Getty Images)
Terapeuta rodzin prof. Bogdan de Barbaro twierdzi, że wszyscy bierzemy udział w swoistej sztafecie pokoleń, w której każda kolejna zmiana ma wpływ na poprzednią i na późniejszą. To nas scala i daje poczucie przynależności, ale rodzinne i narodowe mitologie bywają też niebezpieczne. Jak budować je w dojrzały sposób?

Czy stojąc w Święto Zmarłych nad grobem naszych dziadków, pradziadków lub innych dawno zmarłych krewnych, możemy przeżyć coś w rodzaju połączenia, odbyć dialog z dawnymi pokoleniami?
Pyta pani, jak sądzę, o coś, co jest szczególną, niewidoczną łącznością. Rzeczywiście ludzie idą na cmentarz również w celu duchowego spotkania z przodkami. Pewien Amerykanin, który kilka lat temu odwiedzał Polskę i w Dzień Zaduszny był ze mną na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, był oszołomiony ilością ludzi na cmentarzach. W Stanach mają Halloween, które obśmiewa śmierć, jest pretekstem do zabawy, w Polsce w ten dzień może być okazją do odczuwania zadumy i smutku. Być może w naszym kraju jest to dzień szczególnie jednoczący rodzinę. To też dobry przykład na to, że ta sama okoliczność może zwrócić nas ku sacrum albo ku profanum.

W Polsce przodkowie to kategoria „sacrum”?
Myślę, że tak. Dają nam poczucie rodowej łączności. Jako osoba uczestnicząca w szkoleniu terapeutów rodzinnych często mam okazję robić tak zwany genogram, czyli graficzne wyobrażeniem drzewa rodzinnego, z osobami, które mają zostać terapeutami. I to są bardzo poruszające sytuacje. Poruszające dlatego, że tam wartością nie musi być wcale ilość czynów bohaterskich, jest też miejsce na dramaty i zawsze jest spotkanie z jakąś żałobą. Nie ma wśród nas ludzi, którzy nie nosiliby w swoim sercu jakiejś utraty. Mało tego, nosimy w sobie także to, jak śmierć naszego pradziadka wpłynęła na naszego dziadka. Ten, kto analizuje swój genogram, ma za zadanie spotkać się ze swoimi żyjącymi przodkami i dowiedzieć się od nich czegoś więcej o rodzinnej przeszłości. Czasem słyszy różne zabawne historie, przygody, czasem opowieści o krzywdzie i tym, że świat jest zły. Ale wszystkie te narracje w jakiś sposób integrują człowieka. Dodają mu siły. Większość osób po zrobieniu genogramu wyznaje, że to doświadczenie ich wzbogaciło i scaliło.

Czy rzeczywiście to, kim byli nasi przodkowie, ma takie znaczenie dla tego, kim my jesteśmy?
Ja wierzę, że to, co się dzieje i działo z moimi przodkami, ma wpływ na mnie. Wierzę, że jest coś takiego, jak dziedziczenie społeczne, jak mitologia rodzinna, jak lojalność wobec przodków, często niewidoczna i nieoczywista. To wszystko na nas oddziałuje. Jeśli pyta pani o to, czy przeszłość wpływa na teraźniejszość – to nie mam wątpliwości, że tak.

Nawet nie moja przeszłość?
Jest przecież we mnie także przeszłość moich przodków, odziedziczona. Oczywiście nie jest to tak jednoznaczne jak algorytm, ale znakiem tego, że to istotne, jest fakt, iż praktycznie w każdej terapii rodzin częścią terapii jest właśnie praca nad wspomnianym genogramem. Czasami sięgamy daleko, wiele pokoleń wstecz i to może być dla niektórych powodem do dumy. Czasami trudno odtworzyć to, co się działo kiedyś, to, kim byli nasi pradziadkowie. Ale samo szukanie jest ważne. Ludzie dowiadują się rzeczy, dzięki którym mogą siebie lepiej zrozumieć. Na przykład myśleli, że to, co robią, wynika z ich wyboru czy świadomej decyzji, a tak naprawdę jest dokładną realizacją marzenia pradziadka, przekazywanego z pokolenia na pokolenie na nieświadomym poziomie.

Po przodkach, oprócz domu czy koloru oczu, dziedziczymy też różne rodzinne mitologie, ukryte przekazy, zakodowane sposoby radzenia sobie z rozmaitymi kwestiami…
…motta życiowe, uprzedzenia – pozytywne bądź negatywne. Dostajemy je, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. I od nas zależy, co z tym zrobimy.

Mogę się zgodzić, że takie dziedzictwo ma na nas wpływ, ale co mi daje wiedza o tym, że mój przodek był komiwojażerem? Jaki to ma związek z moim życiem?
Bezpośredniego związku może nie mieć, to są często bardzo subtelne wpływy. Jeśli pani pradziadek był komiwojażerem, to mogło stworzyć w nim pewne psychiczne konsekwencje pt. bezpieczeństwo podróży lub niebezpieczeństwo podróży, przekazywane następnym pokoleniom, niekoniecznie na zasadzie „pamiętaj, podróżuj” lub „pamiętaj, nie podróżuj”. Przekaz może być w pani zapisany dyskretnie, cienką kreską.

Druga ważna sprawa, która może jest mniej oczywista, każdy z nas jakoś określa, co znaczy jego „ja”. „Ja indywidualne” kończy się na mnie, ale jest też szerszy krąg, w którym to „moje ja” się obraca – jestem członkiem pewnej rodziny, społeczności, wspólnoty europejskiej – te kolejne kręgi są coraz szersze. „Ja rodzinne” jest blisko „ja indywidualnego”. Poczucie tożsamości „ja indywidualnego” jest częścią mojej wewnętrznej siły, poczucie mojego „ja rodzinnego” też. Ta siła może brać się więc z bogactwa osób, które są we mnie, moich przodków. Nie jestem wtedy samotną wyspą, moja wyspa „ja” jest zaludniona.

Czyli wszystko ma znaczenie?
Jeśli uznamy, że życie refleksyjne ma sens, to musi się ono wiązać z refleksją na temat tego, skąd się wziąłem. Niekiedy w przeszłości naszych przodków znajdujemy powody do dumy, a czasem – do zawstydzenia, ale nadal to jest kawałek nas samych.

Porozmawiajmy o tym zawstydzeniu. Jaki wpływ może mieć na nas wiedza, że nasz przodek był złoczyńcą?
Każdy prawdziwy obraz rodziny jest obrazem złożonym. Mitologia rodzinna to bardzo często taki rodzaj ocenzurowanej opowieści. I mam wybór – czy ja chcę o sobie wiedzieć tylko dobre rzeczy, czy mam na tyle siły, by pomyśleć o sobie w sposób złożony, niejednoznaczny: że mam w sobie siłę i słabość. Skoro obie te okoliczności mają na mnie wpływ, to chyba lepiej, żebym poznał obie.

To, czego stajemy się nieraz ofiarą, to jednostronna narracja o naszej przeszłości, widzianej jako zestaw dum narodowych czy rodzinnych. To jest niedojrzałe, dziecinne i nieprawdziwe. Dojrzałe jest bycie w kontakcie z tym, z czego jesteśmy dumni, ale też w kontakcie z czymś, co nas zawstydza. Być może nosimy w swoich sercach – często o tym nie wiedząc – ciężar niechlubnych historii naszych przodków. O jakiejś przemocy, o jakichś wydarzeniach zawstydzających. Mglistość tych spraw sprzed wielu lat nie pozwala nam się nimi zająć i z nimi uporać.

Czyli dobrze jest mieć wśród przodków złodzieja...
Niekoniecznie dobrze, ale warto być tego świadomym i nie udawać, że był bankierem. Na zasadzie: „jestem dumny z Kościuszki, ale jest mi wstyd za Jedwabne”. Ci nasi przodkowie, którzy mieli jakieś udręki, porażki, może nawet zbrodnie na koncie, musieli jakoś sobie z tym poradzić. Ich potomkowie też gdzieś w sobie to noszą, ale nie powiedziałbym, że to działa na zasadzie „ponieważ dziadek był bohaterem, to ja też będę bohaterem”. Takiej przechodniości nie ma, ale jeżeli czyjś dziadek był bohaterem, to we wnuku może być rodzaj obligacji, żeby coś dobrego zrobić. Jeśli był zbrodniarzem, to wnuk może chcieć odkupić zbrodnię swojego przodka. To nie ma bezpośredniego przełożenia, ale nie może nie mieć związku.

Co kieruje nami w poszukiwaniu korzeni? Potrzeba? Brak?
Czasem ciężar jakiejś tajemnicy sięgającej wielu pokoleń wstecz. Niekiedy z tego powodu ludzie mają poczucie, że coś było w nich niescalone i dopiero wyjaśnienie tajemnicy ich scala. To może być też coś bardzo zwykłego: potrzeba dowiedzenia się, skąd przychodzimy. W jakimś sensie w ten sposób poszerzamy naszą rodzinę.

Od zawsze wiedział pan, że pana rodzina pochodzi z Włoch?
Ta „przeprowadzka” do Polski to kwestia czterech pokoleń wstecz, wiedziałem o tym od dziecka. Ale przeżyciem było dla mnie, gdy kilka lat temu odnalazłem listy, z których wynikało, że moja babcia korespondowała z moimi przodkami z Wenecji.

Pyta pani, co to daje. Chyba głównie poczucie przynależności. Żyć bez tego poczucia to tak jakby powiedzieć, że ktoś nie ma nazwiska czy kraju pochodzenia. Oczywiście można wybrać kosmopolityzm, beznarodowościowość, ale i tak jakaś kraina czy grupa ludzi będzie moim korzeniem. Słowo „korzenie” nieprzypadkowo jest w tym kontekście używane, bo oznacza, że nikt mi ich nie wyrwie, że dzięki nim jestem silniejszy, bardziej ugruntowany.  Oczywiście jest też w psychologii i myśli społecznej takie postmodernistyczne spojrzenie, że wszyscy jesteśmy nomadyczni, że ciągle się przenosimy – zwłaszcza duchowo i intelektualnie – i co jakiś czas jesteśmy świadkami nowego krajobrazu, w tym też jest coś pięknego. Można to rozumieć jako krajobraz mentalny, a można dosłownie, jako przemieszczanie się fizyczne. Topos człowieka w drodze, homo viator, jest bardzo nośny i pomaga zrozumieć siebie.

Mówimy: „zapuszczać gdzieś korzenie”, co oznacza, że mamy też taką zdolność, by wybrać miejsce, z którym chcemy się związać.
Zgadza się. Ludzie czasem zadają sobie pytanie: „Gdybym tu nie mieszkał, to gdzie bym się przeniósł?”. Ja bym się przeniósł do Włoch. Przodkowie przekazali mi przywiązanie do pewnych miejsc, podobnie jak legendy. Mój ojciec opowiadał mi, jak uczestniczył w drugiej wojnie światowej, a później walczył w podziemiu, i pamięć o tym we mnie żyje. Noszę też w sobie opowieść o dziadku, który zginął w Katyniu. Wiele lat temu byłem w lesie katyńskim, i to zdarzenie mnie tworzy nie tylko w sensie tożsamości, ale też tego, co jest dla mnie poruszające i ważne. Jestem przekonany, że są dla mnie ważne pewne sprawy właśnie dlatego, że były one ważne dla moich przodków: dziadka, pradziadka, oczywiście z tego, co na ich temat wiem. Jeden z moich pradziadków ma grób we Lwowie, na którym też byłem. Nie chcę trywializować tego tylko do wzruszeń, ale na tym budują się rodzinne mitologie.

Budują się mitologie osobiste, mitologie rodzinne i mitologie narodowe.
Czasem są to mitologie dojrzałe, a często niedojrzałe. W Polsce silna jest mitologia krzywdy i bohaterstwa. To może nas bardzo osłabiać, bo z takiej mitologii wynika ślepota na nasze błędy i zaniedbania. Jeśli nie pasujemy do wersji, w której herbie jest martyrologia i szczególnego rodzaju nadzwyczajność, to może to być pretekstem do wykluczenia nas ze wspólnoty.  Więc jest to mitologia niedojrzała, zanurzona w cierpieniu i wymagająca cierpienia. Wersję wspólnoty nadzwyczajnej i heroicznej trudno uznać za dojrzałą i pogłębioną. Czyż nie jest paradoksem, że w XXI wieku nieraz słyszymy, że „Polska jest Chrystusem narodów”? Bywa to przez polityków używane i nadużywane.  A o czym są pomniki i rocznice w Polsce?  O naszych klęskach.

W swojej pracy pewnie obserwuje pan często, jak dotarcie do jakichś elementów z przeszłości odmienia czyjeś spojrzenie na siebie i świat o 180 stopni.
Poznanie przeszłości zawsze pozwala lepiej zrozumieć siebie, dodaje sprawczości. Sprawczość jest o tyle ważna, że my często realizujemy pewne scenariusze, nie wiedząc, dlaczego je realizujemy. Tu nie chodzi o to, by je porzucić, tylko by je autoryzować. Czasami wymaga to pracy nad zranieniami rodziców czy dziadków, przy czym im bliższe pokolenie, tym wyraźniej to odczuwamy i możemy nazwać. Czasem to jest coś bardziej odległego.

Praca nad nieświadomą częścią historii przodków ma miejsce w metodzie ustawień Berta Hellingera, do której mam bardzo duży dystans, bo wprowadza ludzi w niepokój i zamieszanie, bardziej otwiera rany, a nawet je tworzy, niż je domyka. To mi się nie podoba, choć podzielam pogląd, że w przeszłości są jakieś ważne, niedomówione sprawy. Tak, stale obserwuję, jak odkrywanie tajemnic z przeszłości i ich przepracowywanie domyka blizny i zabliźnia rany.

Czasem nie chcemy zagłębiać się w historię swojej rodziny, odcinamy się od niej, bo nie mamy zbyt dobrych relacji z najbliższym pokoleniem. W książce „I jak tu się dogadać?!” mówi pan, że teoria o toksycznych rodzicach z jednej strony otworzyła ten temat, ale z drugiej go podgrzała i doprowadziła do obwiniania rodziców bez chęci zrozumienia tej trudnej relacji i może też przebaczenia.
Z mojego terapeutycznego doświadczenia wynika, że pozostanie na etapie oskarżyciela nic nie daje. Oczywiście otwiera się wtedy przestrzeń na spotkanie z własnymi uczuciami, takimi jak gniew, rozpacz, ból, wściekłość, ale żeby to się mogło zabliźnić, powinno być też miejsce na zrozumienie, a potem wybaczenie. To, że 40-letni syn idzie do 70-letniej matki i zaczyna jej wygarniać, że nie dość kochała go w dzieciństwie, jest nie tylko niecne, ale też nieskuteczne.

Czy ktoś, kto nie widzi rzeczy, za które mógłby być wdzięczny swoim przodkom, też powinien zrobić swój genogram?
Tym bardziej powinien. Nie jest możliwe, by rodzina nic dobrego nie dała. To dobro może być pokiereszowane, schowane, przytrute, ale praca nad genogramem polega na dotarciu do czegoś, co jest wartościowe, co sprawiło, że ten człowiek jest na takim etapie drogi, a nie innym.

Co może taka osoba odkryć? Że samo życie jest darem?
Nie tylko. U każdej osoby może pojawić się coś innego. Jeśli ktoś zauważa w sobie silne strony, to są powody, by sądzić, że łączą się z tym, co otrzymał. Jeśli ma słabe strony, to możliwe, że znajdzie nie tylko wyjaśnienie, ale też usprawiedliwienie, zrozumienie ich przyczyn.

Przodkowie mają wpływ na nas, a czy w jakimś psychologicznym albo mistycznym wymiarze my możemy mieć wpływ na nich?
Na przykład mężczyzna wyrósł z dziada pradziada w patriarchalnej rodzinie, ale dzisiaj tkwienie w tym patriarchacie jest poniekąd śmieszne, a poniekąd niemożliwe i niedające szczęścia. I dochodzi do zderzenia mitu rodzinnego z rzeczywistością. Ten mężczyzna musi porozmawiać ze sobą i ze swoimi przodkami. Powiedzieć: „Pradziadku, rozumiem, że za twoich czasów było tak, ja mam inaczej, szanuję cię, ale idę swoją drogą”. I to jest to wyodrębnienie, które czyni go samym sobą, uwalnia ze szponów scenariusza sprzed lat. Nie będzie miał w sobie już tego zamieszania, nie będzie toczył wojny pomiędzy dwoma wzorcami: odziedziczonym patriarchalnym i współczesnym.

Bardzo często mówi się, że nie da się zmienić przeszłości. Ja wierzę, że się da. Nie da się wprawdzie zmienić faktów, ale da się zmienić ich interpretację. Jeśli przyjmiemy, że interpretacja jest ważniejsza od faktów, to możemy starać się budować taką narrację o przeszłości, by nam ona służyła. By była częścią naszego wyposażenia. To tak jak idę na strych i w tych szczątkach przeszłości znajduję coś, co trzeba wyrzucić, bo jest przegniłe i zjedzone przez korniki, ale też znajduję skarby, które chcę zachować i postawić na honorowym miejscu. I to jest mój sposób porozumiewania się z przeszłością. Zapoznaję się z zawartością rodzinnych kufrów i wybieram, co chcę zatrzymać, co chcę oddać, a co dać do historycznej gabloty.

Czyli to, kim byli moi przodkowie, ma wpływ na to, kim jestem, ale też w dużej mierze to ja sama buduję siebie i historię mojej rodziny.
Mój ojciec miał taki zwyczaj, że podczas czytania zagryzał palec wskazujący.  Pamiętam, jak mnie to w dzieciństwie irytowało. Nagle, będąc już w wieku dojrzałym, odkryłem, że robię to samo. Bardzo mnie to rozśmieszyło, ale był to też znak, że to, co nazywamy dziedziczeniem, jest taką właśnie sztafetą. To, jaki czas osiągnę, na jakim miejscu będę w sztafecie na kolejnej zmianie, będzie zależało od tych poprzednich zmian, ale też mogę wnieść w nią swój indywidualny dobry wkład. Naszą rozmowę warto spuentować słowami Czesława Miłosza z utworu „Czego nauczyłem się od Jeanne Hersch?”: „…Że we własnym życiu nie wolno poddawać się rozpaczy z powodu naszych błędów i grzechów, ponieważ przeszłość nie jest zamknięta i otrzymuje sens nadany jej przez nasze późniejsze czyny.”

  1. Psychologia

Na ile ukształtowali cię twoi przodkowie? Co musisz naprawić?

Czasem nie zdajemy sobie sprawy, co przejmujemy od poprzednich pokoleń, jakie traumy i niezałatwione sprawy przodków ciążą na nas do dziś. Ten emocjonalny spadek może wpływać na naszą teraźniejszość. (fot. iStock)
Czasem nie zdajemy sobie sprawy, co przejmujemy od poprzednich pokoleń, jakie traumy i niezałatwione sprawy przodków ciążą na nas do dziś. Ten emocjonalny spadek może wpływać na naszą teraźniejszość. (fot. iStock)
Lubimy myśleć o sobie jako o indywidualistach. Uważamy, że nasze życie zależy od nas samych. A już na pewno na jego kształt nie mają większego wpływu ci, którzy odeszli: nasi dziadkowie, babcie, prababcie. Łączy nas z nimi sentymentalna nić wspomnień, nie teraźniejszość, a tym bardziej przyszłość. Nowy świat budujemy sami. To błąd w myśleniu – przekonuje terapeuta Zbigniew Miłuński.

Długo szukałam kogoś, kto mi opowie o przodkach. Najwyraźniej nie jest to łatwy temat: przodkowie jako zasób, do którego możemy sięgać.
Niby oczywistość, ale jednak nie w naszym kręgu kulturowym. Na szczęście jest się od kogo uczyć. W książce „Dawna mądrość na nowe czasy” von Lüpkego pewien sangoma, czyli południowoafrykański uzdrowiciel, mówi, że jeśli komuś nie wiedzie się w życiu, napotyka nieoczekiwane przeszkody – np. choć unika konfliktów, wciąż w nie wpada, nie może znaleźć pracy, marzy o założeniu rodziny, a nie może znaleźć partnera itp. – to sygnał, że została zerwana więź z przodkami. Mówi, że trzeba odzyskać brakujące ogniwo w łańcuchu pokoleń. Wtedy życie wróci na proste tory.

Jak pan to rozumie?
Wiele osób nie przyznaje się do swoich przodków i odcina od korzeni. Oczywiście, można mieć poważne powody ku temu, chcieć żyć zupełnie inaczej. Rodzinne relacje bywają trudne.

Możemy też nie chcieć mieć wiele wspólnego z przodkami, których nie znaliśmy osobiście, ale nie pochwalamy tego, jak żyli, wstydzimy się za nich.
Rozmowę z sangomą przeprowadza Niemiec, który mówi: „My w Europie nie chcemy mieć kontaktu z naszymi przodkami, bo oni robili złe rzeczy”. I na to ów sangoma odpowiada: „To błąd. Nie ma na świecie człowieka, który by czegoś złego nie zrobił. To nie powód, żeby się odcinać od przodków. Oni są częścią nas”.

Ja uciekłam od rodziny, żeby osadzić się w tym, co jest dla mnie ważne. Teraz próbuję te relacje nawiązać na nowo. I uświadomiłam sobie, jak mało wiem o swoich rodzicach, nie mówiąc już o dalszych przodkach...
To powszechne zjawisko. Nie wiemy, kim byli nasi przodkowie, nie interesujemy się ich życiem. Nie poznaliśmy ich osobiście, nie pytamy o nich rodziców, a niekiedy nawet nie znamy ich imion.

Kiedyś nie chciałam się za siebie oglądać, bo widziałam tam samych ludzi pokiereszowanych przez wojnę. Szczególnie w męskiej linii – żołnierzy albo uciekinierów. I myślałam: „Nie chcę walczyć! Na nic mi taka spuścizna”.
Po co mi te karabiny i granaty...

Nie mają mi nic do przekazania. Tak myślałam do momentu, kiedy podczas jednego warsztatu stanęłam w miejscu przodków. Był to rodzaj ustawienia. Pojawił się ruch: dziarskie maszerowanie. Kiedy weszłam w to głębiej, poczułam, jaka to fajna energia. Ile tam jest siły, wytrwałości, umiejętności dążenia do celu.
Ale też pewnie niezłomność, waleczność, wytrwałość, stawanie w obronie tego, co ważne, gotowość do konfrontacji. Takie cechy w życiu bardzo się przydają.

A mnie ich brak – tak myślałam. I nagle zrozumiałam dlaczego: odcinając się od moich przodków, odcinam się od kawałka siebie samej, od swoich zasobów, zamykam je w pudełku z napisem „wojna”. Dotarło do mnie, że fakty z czyjegoś życia to jedno, a to, kim oni są, to drugie. Mogą mi się nie podobać rzeczy, które robili, ale ich cechy, talenty mogą być dla mnie wspierające. To ważny, psychologiczny aspekt relacji z przodkami,
ale nie jedyny. Na ogół myślimy o nich jako o kimś osobnym. Więc jeśli już nie żyją i nie mamy z nimi kontaktu, to uważamy, że nie ma powodu, żeby się nimi zajmować. Tymczasem my jesteśmy naszymi przodkami. Czy tego chcemy, czy nie, oni w nas żyją. Również w sensie najbardziej namacalnym, biologicznym. Nitki DNA naszych rodziców spotkały się, splotły w miłosnym uścisku i tak powstała istota, którą jesteśmy. Ich DNA też jest splecione z DNA ich rodziców. Nasze ciało to więc żywi przodkowie, bo odtwarza zapis DNA naszego drzewa genealogicznego. W trakcie życia płodowego przechodzimy ewolucję. Od organizmu jednokomórkowego, przez płazy, gady, aż do człowieka. Nasze ciało zawiera całą informację o dziejach ludzkich. W tym kontekście mówienie, że nie chcemy mieć do czynienia z tym czy innym kawałkiem siebie, nie ma sensu. Równocześnie nie możemy jednak udawać, że przodkowie nie robili złych rzeczy, czy skupiać się tylko na ich pozytywnych cechach. Trzeba mieć świadomość, że jesteśmy miejscem spotkania przeszłości i teraźniejszości, dzięki czemu możemy zmieniać swoje dziedzictwo. Percy Ndithembile Konqobe, nasz sangoma, ujmuje to tak: przodkowie potrzebują nas, aby przyznać się do tego, co zrobili, by mogli stać się pozytywną siłą dla swoich potomków.

To znaczy, że my mamy szansę uświadomić sobie to, co oni zrobili, przebaczyć im i zmienić ten wzór?
Sposób mówienia i myślenia w kategoriach oni – my zakłada, że jesteśmy od nich oddzieleni. A my jesteśmy nimi, oni nas współtworzą. Na przykład czy chcę, czy nie, w odruchu zdarza mi się wybuchnąć. Tak jak moim przodkom, którzy się wściekali, robili rzeczy bardzo gwałtowne, a skutki tego były katastrofalne. Wiem, bo poznałem historię rodziny. Jednak nie słucham tych historii, jakby dotyczyły wyłącznie kogoś innego. Mnie to też dotyczy. Mam w sobie tę spuściznę, wraz z doświadczeniami katastrofalnych skutków. Mogę się od tego dziedzictwa odciąć, ale ono i tak będzie we mnie obecne, tyle że poza moją świadomością. Albo mogę świadomie uznać, że to moje dziedzictwo, i z nim pracować, znaleźć większą równowagę. Na przykład wielu młodych Niemców – co budzi mój wielki szacunek – pracuje nad swoim dziedzictwem, nie odcina się, mówiąc: „To nie ja to zrobiłem, więc nie biorę za to, co się stało, odpowiedzialności”. Podejmują wysiłek, żeby przyjąć trudną spuściznę i ją przekształcić. To trudne zadanie, ale właśnie w ten sposób ci przodkowie w nich mogą przyznać się do tego, co zrobili, stać się pozytywną siłą. Działać poprzez swoich młodych następców tak, żeby zło, które wyrządzili, już się nie powtórzyło.

Indianie mówią, że mamy w sobie siedem pokoleń i to, co robimy, ma wpływ na kolejnych siedem. Wygląda na to, że tyle potrzeba, żeby traumę typu wojna domknąć i naprawdę przekształcić.
Całkowicie się z tym zgadzam. Uświadamianie sobie i przekształcanie przeszłości to proces. Każde pokolenie ma szansę posunąć temat nieco dalej, aż do całkowitego uzdrowienia.

Na przykład ja mam małą cierpliwość do dzieci. Mój syn – dużo większą. Widzę tu pewien postęp. Świadome podejmowanie tematów rodowych przynosi wymierne rezultaty.

Kiedy mówię o przodkach, mam na myśli nie tylko ludzi, ale też dziedzictwo w szerszym znaczeniu.
Czyli nasze korzenie? Często się od nich odcinamy. Wstydzimy się swojego pochodzenia. Na przykład są ludzie, którzy przenoszą się ze wsi do miasta i zmieniają w „supermiastowych”, odnoszą się do wsi z pogardą. Ich życie staje się przez to nieprawdziwe, niepełne. Zaprzeczają swojej tożsamości. Jakiś czas temu jeden z moich znajomych żalił mi się, że utknął w martwym punkcie i przestał się rozwijać jako psychoterapeuta. Powiedział mi, że nic mu nie idzie, że zwątpił w możliwość skończenia studiów. „Nie jestem już młody, powiedział, mieszkam w małym miasteczku, gdzie nic się nie dzieje, tylko starcy siedzą na ławkach i patrzą w dal”. Zamiast go przekonywać, że jest inaczej, powiedziałem mu: „To prawda. Jesteś z małego miasteczka i już nie jesteś młody”. Zachęciłem go, żeby poczuł się naprawdę stary i z tej perspektywy popatrzył na siebie i swoje studia. Strasznie go to walnęło. Uświadomił sobie, że przez lata studiował psychologię, żeby uciec z tego miasteczka, czyli od siebie, stać się kimś innym. Zrozumiał, że pracuje odtwórczo, wyłącznie zgodnie z procedurą. Procedury są ważne i trzeba je znać, ale to nie one pracują, tylko żywi ludzie. Jeśli ktoś nie wnosi do tego, co robi, swoich unikatowych zasobów, niewiele dokona. Zaprzeczanie dziedzictwu jest udawaniem kogoś innego, pozbawieniem siebie swoich darów, doświadczeń.

Dużo się mówi o tym, że jesteśmy wyjątkowi. A to właśnie takie pozornie nieatrakcyjne rzeczy jak pochodzenie z małego miasteczka nas wyróżniają i stanowią o naszej niepowtarzalności.
Jesteśmy jak liście na drzewie – mówi sangoma. Życiodajne soki nie płyną, jeśli nie ma łączności między nami a pniem i korzeniami. To piękna metafora. Nawet w naszej kulturze mówi się o drzewie genealogicznym. Gdy się odcinam od tego drzewa i udaję, że jestem pojedynczym liściem w pustej przestrzeni, to z czego mam czerpać siłę? Nie mam kontaktu z ziemią i brak mi oparcia. Czuję się samotny.

Uświadomiłam sobie ostatnio, że mnie przodkowie kojarzą się z grobami. Moja babcia mieszkała w małej miejscowości, tam był kościół i obok cmentarz. Po niedzielnej mszy zawsze szło się na te groby.
Rozmawiałem kiedyś z pewnym Indianinem, który w swoim plemieniu pełnił funkcję uzdrowiciela. Był pierwszy raz w Polsce. Zapytałem, co go tutaj najbardziej uderza. Odpowiedział, że kult przodków. Otworzyłem szeroko oczy: jaki kult przodków? Przecież jesteśmy katolickim krajem, cywilizowanym. Ale od tej chwili zacząłem się temu przyglądać i stwierdziłem, że on ma rację. W dzień Wszystkich Świętych cała Polska chodzi na groby. W Wigilię z każdego cmentarza w Polsce bije światło, na Wielkanoc też. Nigdzie indziej w Europie tak nie ma. Jednak takie nieświadome przywiązanie do przeszłości ma też negatywne strony. Na przykład trzymanie się przeszłej traumy. Czcimy ją, zamiast leczyć. Próby uzdrowienia naszego życia uznajemy za zdradę. Ten mechanizm jest w Polsce tak silny, bo przez długi czas nasze przetrwanie zależało od lojalnego trzymania się tradycji, kultywowania polskości. Świat się zmienił i nasza sytuacja też, ale wciąż trwamy w tym wzorcu, choć nam szkodzi, zamiast pomagać.

Odkryłam, że jestem też nieświadomie lojalna wobec przodkiń i ich cierpienia. Np. idzie mi dobrze i jestem zadowolona z siebie, więc robię nieświadomie coś, by się unieszczęśliwić, i w ten sposób pozostawać z nimi w solidarności. Bo one nie były szczęśliwe.
Podobnie jest z mężczyznami. Na przykład piją, bo ojciec pił. Wszyscy dziedziczymy po przodkach skłonności do określonych zachowań. Myślę, że warto znaleźć zdrowszy sposób pielęgnowania ciągłości pokoleń. Sangoma mówi jeszcze jedno: „Nie wolno oszukiwać dzieci na temat ich pochodzenia, ukrywać tego, co robili przodkowie. To i tak jest obecne. Żeby móc coś zrobić ze swoim dziedzictwem, musimy je znać. Mamy prawo do tej wiedzy. Tajemnice i kłamstwa rodzinne obciążają i niszczą”.

Mam znajomego, który dowiedział się, że jest dzieckiem ze zdrady małżeńskiej. Ale matka nie chce mu powiedzieć, kim jest jego ojciec.
Niedobrze. To pozbawia go podstawowej informacji na temat jego tożsamości. Ma dostęp do połowy siebie. Jak wygląda takie drzewo – z odciętą połową? Nie rośnie zdrowo. Nie wykorzystuje swojego potencjału. Duża część mojej pracy z ludźmi dotyczy właśnie tej trudności. Po to, żeby żyć w pełni, człowiek musi wiedzieć, kim jest, i jakoś z tym dojść do ładu. Wtedy może swobodnie tworzyć swoje życie i nie unikać odpowiedzialności za to, co robi, kim jest. To szczególnie istotne w wypadku mężczyzn. Mamy olbrzymie dziedzictwo przemocy, której biali heteroseksualni mężczyźni dopuścili się wobec kobiet, dzieci, innych mężczyzn, świata, siebie samych. Trudno się z tym spotkać, ogarnąć to jakoś, przyjąć, przekształcić, ale uważam, że to jest po prostu konieczne.

Z podobnymi tematami pracujemy w kręgach kobiecych. Tyle że my mamy do przyjęcia spuściznę ofiar, ale też manipulatorek, biernych agresorek.
Świetny przykład tego, w jaki sposób jesteśmy miejscem, w którym nasi przodkowie mogą stać się pozytywną siłą. Na warsztatach dla mężczyzn zapraszałem do ćwiczenia: prosiłem uczestników, żeby wyobrazili sobie, jakiego dziadka chcieliby mieć. A kiedy już to zrobili, mówiłem: „Teraz już wiecie, ku czemu możecie dążyć”. Na tym polega nasza odpowiedzialność. Dzieci przejmą od nas taki świat, jaki dla nich stworzymy. Żyjemy i będziemy żyć w ich ciałach tak samo, jak nasi przodkowie żyją w naszych. Więc co zostawimy po sobie?

Zbigniew Miłuński: filozof i dyplomowany terapeuta psychologii procesu. Należy do Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Trenerów Psychologii Procesu.