1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Obrona przed manipulacją

Obrona przed manipulacją

fot.123rf
fot.123rf
Wpędzanie w poczucie winy, odwołanie do poczucia wdzięczności czy publiczne stawianie w trudnej sytuacji to tylko niektóre techniki manipulowania. Coach Jacek Wiszniowski uczy, w jaki sposób się przed nimi obronić, i zastanawia się, czy wpływając na innych, można osiągnąć życiowy sukces.

Na pańskie warsztaty przychodzą ludzie, którzy czują się manipulowani. O jakich sytuacjach opowiadają?

Czują się lub podejrzewają, że tak jest. Prosty przykład: do młodych małżonków przyjeżdżają rodzice i mówią: „Kupiliśmy wam nowe meble, bardzo drogie. Były w promocji i nie możemy ich zwrócić, za chwilę zostaną dostarczone. Cieszycie się?”. Konsternacja. Bo czy można odmówić przyjęcia takiego prezentu? To trudna sytuacja, rodzice potraktowali przecież młodą parę jak małe dzieci, którym się mebluje pokój. Nie szanują ich wartości, nie dają im prawa do decyzji. Sami prawdopodobnie chcą poczuć się dobrze, być może wywołać poczucie wdzięczności lub zaistnieć przed sąsiadami i rodziną. Na pewno chcą zachować władzę i nie szanują cudzej prywatności. Presją dodatkową jest czas, bo meble przyjeżdżają zaraz. Dzieci boją się odmówić – nie wiedzą, co się wydarzy, nie chcą sprawić przykrości. Kiedy pytam uczestników warsztatów, co w takiej sytuacji zrobić, najczęściej pierwsza reakcja jest taka, że najlepiej przyjąć prezent, podziękować, a potem schować meble w piwnicy. Ale to rozwiązanie niezbyt praktyczne, bo przed każdym spotkaniem w rodzinnym gronie trzeba by je z piwnicy wyciągać. Możemy też żyć w źle umeblowanym mieszkaniu lub zrobić awanturę i zniszczyć sobie relacje.

Nie ma dobrego wyjścia?

Najmniej obciążające jest stawienie czoła rodzicom. Ale z tym wiążą się lęki.

Przed tym, że nie będą nas już kochać, czy że już nic więcej nie dadzą?

No właśnie… Asertywna odmowa przyjęcia może załatwić sprawę: „Dziękujemy wam za troskę, ale nie przyjmujemy tych mebli, bo…” – i tu podajemy powód, np. mamy inną koncepcję meblowania mieszkania. Możemy zaproponować, że zwrócimy te meble razem i pojedziemy po takie, które nam się podobają. Uczciwa reakcja rodziców byłaby taka: „Wiecie co, przesadziliśmy i zrobimy tak, jak mówicie”. Trudno na to liczyć. Prawdopodobnie zacznie się jazda: „Myśmy się tak starali, nabiegali za tymi meblami, gdybyście nas kochali, nie zrobilibyście nam tego, nic więcej nie dostaniecie”. Cały szereg chwytów manipulacyjnych, które mają zmusić nas, żebyśmy zachowali się tak, jak od nas tego oczekują.

A co ze sferą zawodową, manipulacje zdarzają się na pewno i w pracy?

Oczywiście. Choćby, kiedy odmawiamy koledze przysługi, np. wzięcia za niego dyżuru, możemy usłyszeć: „No co ty, myślałem, że jesteś moim kolegą, a ja dla ciebie niedawno…” – i tu następuje wypominanie, wpędzanie w poczucie winy. Takie sytuacje zniechęcają do bycia asertywnym. Kończy się na tym, że robimy coś wbrew sobie.

Jakby pan zdefiniował manipulację?

Mamy z nią do czynienia wtedy, gdy ktoś w sposób niejawny wpływa na emocje i system wartości drugiej osoby po to, żeby wywołać pożądany efekt. Chce osiągnąć swój cel i robi to tak, żeby ta osoba się nie zorientowała. Warto dodać, że poza zmuszeniem do konkretnego działania czasami już zmiana czyjegoś samopoczucia na gorsze może być satysfakcjonującą gratyfikacją.

Jeśli rodzic karmi dziecko, często robi miny, żeby odwrócić jego uwagę i wpłynąć na nie tak, by robiło to, co on chce, czyli jadło. Dziecko nie zdaje sobie sprawy z celu jego działań, czy to znaczy, że podlega manipulacji?

Doprecyzujmy. Dwie zmienne wydają mi się kluczowe – poza wspomnianą kwestią jawności jest jeszcze kwestia intencji. Ważne, czy moją intencją jest kogoś wykorzystać, czy mu pomóc. Manipulacja jest pojęciem zdecydowanie pejoratywnym i zakłada nieczyste intencje. Ojciec nie manipuluje dzieckiem, tylko na nie sprytnie wpływa, ponieważ jego intencje jako rodzica są absolutnie w porządku. Często wpływamy na innych, ale gdy nasze intencje są transparentne, to nie ma mowy o manipulacji. Jeżeli manipuluję, to zachowuję normy społeczne, ale ukrywam to, czego tak naprawdę chcę, i mam gdzieś dobro swojego rozmówcy. Z kolei jeśli wywieram presję, to nadal zachowuję normy społeczne i mam gdzieś rozmówcę, ale już swoje cele wyrażam otwarcie: „Zrób to, bo spotkają cię takie a takie konsekwencje”. Sytuacja uczciwej komunikacji zachodzi wtedy, gdy zachowujemy normy społeczne oraz jawność komunikatów i oczekiwań.

A czy przypadkiem podświadomie nie posuwamy się czasem do manipulowania?

To już inna historia, bo trzecia zmienna to samoświadomość tego, co robimy. Czasem granica między wpływem a manipulacją bywa trudno uchwytna, ale jak dochodzimy do czystości intencji, widać ją dość wyraźnie. Problem zaczyna się wtedy, kiedy nasze intencje nie są do końca sprecyzowane i jasne dla nas samych. Na pewno spotykamy się z manipulacją, kiedy mamy do czynienia z nieczystymi intencjami i niejawnym działaniem.

Definicja definicją, ale rozpoznać, że jesteśmy obiektem manipulacji, nie jest łatwo. Podobno trzeba słuchać swojego ciała.

Podam taką praktyczną technikę. Jeżeli w relacji doświadczamy sytuacji wyglądającej zwyczajnie, ale czujemy się, jakbyśmy dostali kopniaka w brzuch i nie wiemy dlaczego, warto się zastanowić, czy nasza podświadomość nie podpowiada nam, że ktoś wchodzi w nasze granice, zachowując pozory. Pytanie: „Jak możesz mi to robić?!”, jest pozornie zwykłym pytaniem. Tak naprawdę może być obwinianiem: „Robisz mi krzywdę, jesteś zły” – skuteczną techniką agresji pasywnej.

Jakie są typowe strategie manipulatorskie?

Jest ich wiele. Najczęściej szantaż emocjonalny – manipulacja oparta na poczuciu winy. Wmówienie komuś, że skrzywdził rozmówcę, jest skuteczne, ponieważ na silne emocje reagujemy emocjami, a jeżeli dochodzi do tego wysoki poziom stresu, to wyłącza nam się myślenie analityczne. I naprawdę możemy przyjąć, że zrobiliśmy coś nie tak. Podejmujemy decyzję nie z poziomu racjonalnego argumentowania, tylko z poziomu emocji. Jeżeli choćby chwilowo zgodzimy się na to, że nie mamy prawa do własnych wartości, i poczujemy się winni dlatego, że ktoś się wścieka po naszej odmowie, to tej osobie ustąpimy. Na drugim biegunie jest poprawienie komuś samopoczucia, żeby coś uzyskać: „Ty jesteś taka wspaniała, najlepiej sobie poradzisz, mam tylko małą prośbę…”.

Czy to odwołanie do poczucia wdzięczności?

Jeśli zostałem czymś obdarowany, to mam głębokie wewnętrzne przekonanie, że powinienem się zrewanżować. Więc jeśli przekonam kogoś, że został obdarowany, to ten ktoś będzie odczuwał imperatyw wewnętrzny, żeby coś dla mnie zrobić. Wtedy ja poproszę o drobną przysługę – i to znowu jest działanie na emocjach. A jeśli to dobro, które wręczyłem, jest niewspółmierne do tego, o co proszę, to niezbyt uczciwa wymiana. Drobny upominek czy komplement może być jednak szczerym wyrazem sympatii, a nie podstępem. W zależności od kontekstu decydujemy sami. Kolejny silny mechanizm to powołanie się na społeczny dowód słuszności. Jeśli ktoś mówi, że wszyscy coś robią, a ja nie, to sugeruje, że ja jestem jakiś inny, gorszy. Ludzie nie lubią odstawać od grupy, przed wiekami człowiek pozostawiony poza stadem ginął. Jeśli usłyszę: „Nikomu to nie przeszkadza, tylko tobie”, to czuję, że ktoś mnie wyklucza z grupy. Inna technika bazuje na zasadzie konsekwencji: „Do tej pory ci to nie przeszkadzało, więc dlaczego masz się nie zgodzić”.

Człowiekowi zależy na poczuciu, że jego działanie jest spójne.

Tak, chcemy być spójni wewnętrznie, konsekwentni. Jeśli robimy coś od jakiegoś czasu, to znaczy, że ma to dla nas sens. Ale prawda jest też taka, że mamy prawo do zmiany. Często ludzie tkwią w złych relacjach tylko dlatego, że dużo w nie zainwestowali. Gdyby się przyznali przed sobą, że ta relacja żadnej ze stron nie służy, to musieliby uznać, że popełnili błąd. Jeśli dojdą do wniosku: „OK, czegoś się nauczyłem”, to dobrze, ale jeśli pomyślą: „Jestem do niczego”, to tego nie uniosą. A zmiana, błądzenie są czymś naturalnym. Strategia: „Do tej pory ci to nie przeszkadzało”, bazuje właśnie na przekonaniu, że nie mamy prawa do zmiany.

Formą manipulacji może być też zmiana tematu rozmowy.

Zmiana tematu albo sklejenie rzeczywistości, podam przykład. Mąż: „Kochanie, czy wybierzemy się w ten weekend na Mazury?”. Żona: „A pamiętasz, jak byliśmy na Mazurach dwa miesiące temu, to przebiliśmy koło i się strasznie rozchorowałam”. Wprawdzie to, co działo się dwa miesiące temu, nie ma wiele wspólnego z tym, co dzieje się teraz, ale jeśli ja skleję te rzeczywistości, to z góry przyjmę, że wyjazd to zły pomysł. A przecież to są zupełnie różne sprawy. Mąż powinien odpowiedzieć: „Nie rozmawiamy o tym, co było dwa miesiące temu, ja po prostu pytam o plany na weekend”.

Żona z pana przykładu to straszna pesymistka, a przecież nikt nie wie, co stanie się w przyszłości.

Podczas szkolenia w ramach rozwoju i zwalczania bezrobocia pracowałem kiedyś z dziewczynami ze wschodniej części Polski. Jedna z nich zapisała się na kurs prawa jazdy i powiedziała o tym babci. A babcia na to: „Ale po co ci to, przecież rozbijesz się na pierwszym drzewie”. Taka wypowiedź może zniszczyć wszelkie próby dalszego rozwoju. Tej katastrofalnej przyszłości nie ma, to jest tylko wizja, ale działa tu i teraz, bo tu i teraz zniechęca mnie coś, co nie istnieje. Trzeba pamiętać, że jeśli ktoś mnie straszy skutkami mojej decyzji, to ja się muszę zastanowić, czy jest to realne przewidywanie ryzyka, czy jest to straszenie dwugłowym smokiem. Dobra odpowiedź na takie zapędy to: „Nie podzielam twojego pesymizmu”.

Komu ulegamy najchętniej? Dobrze to wiedzieć, żeby się upilnować.

Autorytetom, także osobom, które się za nie podają, ale również atrakcyjnym fizycznie czy podobnym do nas. Były badania prowadzone w kawiarniach, okazało się, że jeśli kelnerka dopasowywała swoją ekspresję, np. tempo mówienia, gesty, do ekspresji klienta, jej napiwki rosły. To zjawisko potęgowało dotknięcie ramienia klienta. Sympatię wzbudzają przyjemne światy, jeśli ktoś odwołuje się do ciepłych skojarzeń, tego, co lubimy. Jeśli czujemy się dobrze i bezpiecznie, zgodzimy się na to, o co nas poproszą.

Czy jest jakiś sposób, żeby się przed manipulacją obronić?

Konkretyzowanie lub aktywne dopytywanie. „Dlaczego tak myślisz? Co ci nie pasuje? Do czego zmierzasz? Dlaczego o to pytasz”. Takie działanie odsłania prawdziwe intencje drugiej strony i ma dwa skutki. Jeżeli to rzeczywiście jest manipulacja, to ja się orientuję, co się dzieje, a druga strona dostaje sygnał: „Uważaj, wiem, w co gramy”, ponieważ konkretyzowanie odsłania maski. A jeśli ktoś się zagalopował, czyli wygląda na to, że manipuluje, ale w rzeczywistości robi to nieświadomie, to takie pytanie go otrzeźwia. W obu przypadkach jesteśmy wygrani. Możemy wrócić do dobrej rozmowy.

Zdarza się, że ktoś nas publicznie zawstydza, żebyśmy zmiękli.

Stawianie w trudnej sytuacji to manipulacja. Jeśli spytam pana na forum grupy: „No ale co, nie ufa mi pan? Ma mnie pan za złodzieja?!”, i wszyscy będą na pana patrzeć, to może być trudne. Wracamy do tego mechanizmu, że wykluczamy kogoś poza grupę. Ilustruje to przykład z niedzielnego obiadu rodzinnego. Teściowa do synowej przy całej rodzinie: „Myślę, że mnie nie lubisz”. Wszyscy patrzą na synową, która czuje, że musi się tłumaczyć. Jeśli powie „lubię”, łatwo będzie teściowej wykorzystać potem tę sytuację. A jak powie: „masz rację”, to też jest spalona. Trzeba się pilnować, żeby nie odpowiadać na pytania, które w rzeczywistości wcale pytaniami nie są. Wypowiedź teściowej wygląda na normalne pytanie, ale tak naprawdę to ordynarne uderzenie w emocje. Jeśli to wiem, to mogę zastosować technikę obronną. Tu sprawdzi się technika lustra, czyli odpowiedź pytaniem na pytanie: „Ale czy mama mnie lubi?”. I teraz wszyscy patrzą na teściową i to ona jest w sytuacji, w której my byliśmy przed chwilą. Z doświadczenia wiem, że będzie to dla niej na tyle trudne, że takie ataki już się nie powtórzą. Techniki kontrmanipulacji stopują tu i teraz i są pedagogiczne, ponieważ ustawiają relację na dość poprawnym poziomie. To, że zawsze można wypracować sobie dobrą relację, to mit.

Jak sobie poradzić, gdy ktoś wpędza nas w poczucie winy?

Przechodząc z poziomu faktów na poziom opinii i dodając komunikaty ja. Mówimy na przykład: „To ty tak uważasz, ja tak nie uważam”. To bardzo ważna część: „Ja uważam”, „moim zdaniem”, „ja się nie zgadzam”. Akcentując „ja”, biorę odpowiedzialność za to, że to jest moja opinia. W ten sposób pokazuję, że przedstawiony zarzut nie jest rzeczywistością obiektywną, jest również tylko opinią. W ten sposób zyskujemy dystans i stawiamy granice. To się sprawdza także, gdy słyszymy komunały w rodzaju: „W porządnym domu tak się nie robi”. Takie zdania mają znikomą wartość intelektualną, natomiast wysoką wartość emocjonalną. Bo jak to słyszę, to sobie mogę pomyśleć: „Może coś ze mną nie tak”. A przecież możemy powiedzieć: „Mam inne zdanie na ten temat”.

Co zrobić, gdy manipulacji towarzyszy silna presja?

Trudno wtedy trzeźwo myśleć. Podstawowa rzecz to koncentracja na oddechu i urealnienie, czyli nie pójście za emocjami, ale zadanie sobie pytania o to, co się dzieje. Na przykład babcia mówi: „A co, dzieci nie idą do kościoła?”. Dorosła córka: „Nie idą, wiesz dobrze, że nie idą”. Babcia: „Rób, jak chcesz, jesteś dorosła, ale jeszcze zobaczysz, wrócisz na kolanach”. Mamy tu do czynienia i z dezorientacją, i z manipulacją, i z presją. Jeżeli nie dam sobie czasu, żeby odetchnąć i zastanowić się przez chwilę, co się dzieje, to zareaguję nawykowo: albo płaczem, albo unikiem, albo biernością, albo agresją. Skutkiem będzie wtedy eskalacja konfliktu. W przywołanej sytuacji u podstaw leży różnica wyznawanych wartości, więc można powiedzieć: „Przykro mi, że tak to odbierasz, ja po prostu mam inne poglądy”. To komunikat ja i nazwanie emocji.

Na rynku jest dość dużo książek o technikach wywierania wpływu na innych. Skąd ta ich popularność?

Być może z iluzji, że posiadając taką wiedzę, będziemy mieli wpływ na życie innych i osiągniemy życiowy sukces. To złudzenie, bo po pierwsze, nie każdy da się manipulować, a po drugie, życie oparte na manipulowaniu innymi jest kiepskie. Wyobraźmy sobie, w jakim towarzystwie się obracamy, jeżeli relacje wokół siebie budujemy na szantażu, kłamstwie i manipulacji. To gwarancja konfliktów i ciągłego stresu. Z drugiej strony – w społeczeństwie wolnorynkowym świadomość tego, że potrafimy na siebie wpływać i jak to robić, jest bardzo ważna, ponieważ na tym opiera się przecież czysta gra handlowa, w której wszyscy uczestniczymy.

Jacek Wiszniowski trener, coach Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl). Specjalizuje się w technikach zarządzania konfliktem, prowadzi autorski warsztat „Skuteczne techniki radzenia sobie z presją słowną i manipulacją” pod superwizją Wojciecha Eichelbergera.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Momenty zwrotne w naszym życiu - koniec początkiem nowego

Konfucjusz powiedział kiedyś, że człowiek, dążąc do pewności, trwałości, poczucia bezpieczeństwa, porządku, nie powinien zapominać o zmienności losu, niebezpieczeństwie, upadku, zamęcie. Czyli o momentach zwrotnych. (Fot. iStock)
Konfucjusz powiedział kiedyś, że człowiek, dążąc do pewności, trwałości, poczucia bezpieczeństwa, porządku, nie powinien zapominać o zmienności losu, niebezpieczeństwie, upadku, zamęcie. Czyli o momentach zwrotnych. (Fot. iStock)
Śmierć rodziców, choroba dziecka, cierpienie partnera, wypadek – to bolesne punkty zwrotne w naszej podróży przez życie. Nieoczekiwane, nieplanowane, ale nieuniknione. Nawet jednak te zaplanowane, jak narodziny dziecka, mogą wywrócić nasz świat do góry nogami. Jak odnaleźć się po drugiej stronie życiowej zwrotnicy?

Magdalena, 34 lata, z wykształcenia inżynier budownictwa, z pasji – nauczycielka. Po przejściach. Trzy lata temu rozstała się z mężem, zmieniła zawód, wyjechała z Warszawy. – Żyłam intensywnie, szybko, dość wygodnie. Kiedyś znajomi poprosili mnie o korepetycje z matematyki dla swoich córek i tak mnie to wkręciło, że zaczęłam studia psychologiczne. Im bardziej się w nie zagłębiałam, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że praca z dziećmi to moje powołanie. Nie miałam jednak odwagi niczego zmieniać. Bo firma męża, dom, wyjazdy. I pewnie byłoby tak do dzisiaj, gdyby pewnego dnia mąż nie oznajmił, że wyprowadza się do innej kobiety i nie chce, abym dalej z nim pracowała. To był dla mnie niewyobrażalny cios. A także – przerażenie, lęk, co będzie dalej, jak sobie poradzę. Zaraz potem zdiagnozowano alzheimera u mojej mamy. Jakby tego było mało – kilka miesięcy potem dowiedziałam się, że mam raka piersi. To wszystko powinno było mnie zabić, ale mnie uleczyło.

Na skrzyżowaniu dróg

Często po to właśnie są momenty zwrotne. Już samo określenie „zwrotne” oznacza, że coś się zmienia bezpowrotnie, że nie można wrócić do tego, co było. Na ogół jesteśmy skłonni do łatwych ocen: to dla nas pozytywne, to negatywne. I dopiero po czasie możemy odkryć, że to, co uznawaliśmy za złe, przyniosło dużo dobrego. Najczęściej negatywne okazuje się nie tyle samo zdarzenie (nawet jeżeli jest bardzo bolesne), ile sposób poradzenia sobie z nim. W chwilach przełomowych stoimy w rozkroku na skrzyżowaniu i nie wiemy, dokąd iść. Z jednej strony, mnóstwo naszej energii idzie na utrzymywanie utraconej pozycji. Magdalena na przykład odwlekała moment odejścia z firmy i wniesienia sprawy o rozwód. Może to tylko zły sen? Może jutro mąż się ocknie i wszystko będzie, jak było? Odrętwienie emocji, myśli, zupełny zastój. Z drugiej – zero nadziei na dostrzeżenie horyzontu spoza ciemnych chmur. Brak pomysłu na życie. Zamknięcie się na pomoc z zewnątrz, a tym samym odcięcie się od możliwości robienia kroku do przodu.

Dużo ludzi w takim stanie ucieka w alkohol, narkotyki, seks, hedonistyczne życie przypominające bal na Titanicu – wszystko zmierza do katastrofy, a oni udają, że im dobrze.

Inni budują twardą powłokę zewnętrzną: stają się opryskliwi, niemili. Wszyscy znamy nieprzyjemnych urzędników, którzy pod twardym, pełnym złości i agresji obliczem ukrywają niepewność i słabość. Tak naprawdę bardzo łatwo ich zranić. To zresztą dziwny psychologiczny paradoks – takie osoby poprzez swoje zachowanie wystawiają się na krytykę, ale strasznie z tego powodu cierpią, więc żeby to cierpienie zagłuszyć, atakują, a to z kolei napędza negatywne oceny. Jeszcze inni pod płaszczykiem uległości skrywają słabości – kogoś do rany przyłóż – manipulatora, który wykorzystuje innych, żeby budować swój wizerunek.

Na ogół reagujemy na takie osoby oskarżeniami, złością. A można na moment się zatrzymać, nie odpowiadać krzykiem na krzyk, pomyśleć, co takiego wydarzyło się w życiu tego człowieka, że tak reaguje. Gdy zaprzestaniemy słownego ping-ponga, może naprawdę dużo zmienić się w jego zachowaniu.

Mój cichy policjant

Dlaczego w przełomowych chwilach reagujemy agresją, ucieczką w nałogi, manipulacją? Ponieważ nie umiemy inaczej. Trudności traktujemy jak koniec świata. Czujemy, że wszystko się wtedy wali: dom, relacje, praca. Wypadamy z rutyny. Tamto życie, nawet jeśli nas nie satysfakcjonowało, było znane, bezpieczne i niewymagające pracy. Nowe jest nieznane, nieprzewidywalne i zmusza do zmierzenia się z samym sobą. Wymaga konieczności wyjścia z komfortowego miejsca, spojrzenia na nie z dystansu. A analiza swojego życia z dystansu nie zawsze jest przyjemna. Czasem wynika z niej, że tu i ówdzie czegoś nam brakowało, tam czegoś innego mieliśmy za dużo. Słowem – że trzeba coś z tym fantem zrobić. Moment zwrotny oznacza chaos, bo starego już nie ma, a nowe jeszcze nie nadeszło. Żyjemy, ale jakbyśmy nie żyli, tylko wegetowali.

Niektóre osoby w momentach zwrotnych natychmiast biorą jakiś kurs, nieważne jaki. Jak Katarzyna, menedżerka w firmie konsultingowej, która trzy miesiące po rozwodzie wyszła ponownie za mąż.

– Nie znoszę być sama, rozpamiętywać tego, co było. Szybko się rozwiodłam i szybko po raz kolejny zakochałam. Łukasz wydawał mi się świetnym partnerem i opiekunem dla moich dzieci. No cóż, pomyliłam się. Potem po raz kolejny. Ale nie rwę włosów z głowy z tego powodu. Będę szukać dopóty, dopóki znajdę właściwego mężczyznę.

Katarzyna nie daje sobie prawa do zatrzymania się. Nie wyciąga wniosków, tylko pakuje się w nowy związek. A w nim nie jest świadoma tego, co się dzieje, nie odczytuje sygnałów zbliżającego się kryzysu. A często można poznać, że oto zmierzamy do momentu zwrotnego, nawet jeżeli jeszcze nic się nie wydarzyło. Po czym? Po tym, że wzrasta nasza arogancja, że jesteśmy zbyt pewni, zbyt zachłanni na branie, na sukces. I już nie wystarczają nam starania partnera, chcemy więcej. Aż partner nie wytrzymuje ciśnienia. W sporcie nie zadowalamy się wygraną od czasu do czasu, chcemy wygrywać za każdym razem. Więc się napinamy, zaciskamy zęby. I co? Kontuzja, upadek. Czasem zdradza nas potrzeba nieustannego kontrolowania każdej sfery życia. Ale nie jesteśmy w stanie kontrolować wszystkiego. Więc coś – w naszym mniemaniu – się wali.

Psychologowie zgodnie podkreślają: gdy spotykają nas trudne wydarzenia – jak  rozwód, utrata pracy, choroba, śmierć, ciężka kontuzja – dajmy sobie prawo do smutku, żałoby. To pierwszy krok ku przyszłości. W takich momentach, gdy się zatrzymujemy, gdy zawieszamy działanie, możemy usłyszeć swoje prawdziwe emocje i uczucia.

Magdalena: – Pozwoliłam sobie na moment zatrzymania dwa lata temu, po tym jak dowiedziałam się o chorobie. I ten moment ciszy cały czas jest obecny w moim życiu, nazywam go cichym policjantem. Zawsze, ilekroć się rozpędzę, mój cichy policjant przywołuje mnie do porządku. Czyli zatrzymuje, każe wziąć parę głębszych oddechów i zastanowić się, co robić.

Budujmy na mocnych podstawach

Magdalena, teraz już absolwentka psychologii, wie, że w momentach zatrzymania uzyskuje dostęp do swoich zasobów, czyli wewnętrznych sił, mocy, talentów. Otwiera kolejne drzwi i zaczyna od nowa. Powoli, małymi krokami. Ten proces nazywa metaforycznie wypiętrzaniem góry. Twierdzi, że owa góra, aby mogła przetrwać kolejne kataklizmy, musi mieć solidne podstawy. Dlatego nie wystarczy uzdrowić jednego aspektu życia, na przykład relacji z ludźmi. Dobrze jest spojrzeć na siebie całościowo, holistycznie. Magda sprawdza, gdzie coś w jej życiu nie zadziałało – przygląda się temu, jak pracowała, wypoczywała, jak się odżywiała. I okazuje się, że wydarzenia, które wcześniej ją spotkały, mają o wiele głębsze korzenie, niż myślała. Przy okazji walki z chorobą zainteresowała się dietą, ruchem, pielęgnowaniem dobrych relacji. Ćwiczy swoje kompetencje, dba o siebie. Jej góra wypiętrza się powoli, ale na bardzo szerokiej płaszczyźnie.

– Jeszcze niedawno nie widziałam horyzontu, był całkowicie zachmurzony. A teraz moja góra przebiła chmury. Już widzę słońce! Ale z niczym się nie śpieszę. Zauważyłam, że kiedyś, kiedy moja góra wypiętrzała się szybko, szybko też się chwiała w posadach.

Katarzyna po trzecim nieudanym związku poszła na terapię. Terapeuta porównał jej budowanie relacji z mężczyznami do układania jengi z klocków (wieży, która ma mnóstwo pustych elementów, dlatego w każdej chwili może się zawalić).

Katarzyna: – Teraz wiem, że budowałam za szybko i na kruchych podstawach. Muszę pracować nad cierpliwością. Jeden związek się nie udał, wchodziłam w drugi, a potem szybko w trzeci. Te same błędy, jedna kalka. Kolejna jenga się przewróciła. Wcześniej żyłam w lęku, że czas ucieka, że mam 25 lat, więc muszę mieć męża i dzieci. Więc zrobiłam wszystko, żeby mieć. Potem dałam sobie wmówić, że muszę mieć faceta. Już więcej razy nie pozwolę zawładnąć się stereotypom, społecznym nakazom. A wszystko dzięki temu, że wreszcie wyciągnęłam wnioski z tego, co mi się przytrafiało, a raczej – co sama sobie fundowałam.

Katarzyna odkryła także – dzięki psychoterapii – przyczynę swoich zawodowych trudności. Zawsze gdy zabierała głos w większym gronie, zżerała ją trema. Mimo że bardzo dobrze przygotowywała się do wystąpień, wszystko miała w jednym palcu. Aż przed którymś posiedzeniem zarządu, na którym miała referować ważne badania, zrobiła tak, jak poradził jej terapeuta – wzięła głębszy oddech i powiedziała sobie: „Trudno, najwyżej nie dam rady”. Ale dała radę jak nigdy dotąd.

– Stało się coś niesamowitego: założyłam porażkę, a osiągnęłam sukces. Cały zarząd był totalnie zaskoczony. A wszystko dlatego, że przygotowałam się do tego wystąpienia, ale jednocześnie sobie odpuściłam, wyluzowałam się i dałam sobie prawo do porażki.

Wielkie otwarcie

Punktem zwrotnym naszego życia, do którego mało kto się przygotowuje, jest śmierć. Biologicznie jesteśmy zaprogramowani, żeby umrzeć, ale psychicznie kompletnie ten fakt wypieramy. Często dopiero choroba, odejście kogoś bliskiego sprawiają, że uświadamiamy sobie kruchość naszego życia.

Magdalena: – Mogę powiedzieć, że sens mojemu życiu nadała śmierć. Zrozumiałam, że mam określony czas i muszę zdecydować, jak chcę go spędzić. Dotarło do mnie, że życie ma początek i koniec. Wcześniej w ogóle o tym nie myślałam.

I zadałam sobie pytanie: o co mi chodzi? Czy o to, żeby coś po sobie zostawić? Nie za bardzo. Raczej żeby zmienić świat na lepsze. I wcale nie chodzi o wielkie czyny. Można zrobić coś małego dla drugiej osoby, coś bezinteresownego. Zaczęłam działać charytatywnie w hospicjum dla dzieci. Od roku uczę matematyki w szkole społecznej. Szkolę się na terapeutkę. Piszę książkę o swoich doświadczeniach. Zatrzymałam się. Wszystko dzięki śmierci. Na ogół jesteśmy wobec niej bezradni, więc szukamy sposobów na nieśmiertelność.

I znajdujemy. W religiach, które dają nadzieję na życie po życiu. W biologii, która udowadnia, że możemy przedłużyć siebie, dając geny potomstwu. Także historia i kultura kuszą, że jeżeli uczynimy coś wyjątkowego, możemy się zapisać na ich kartach. A ja sobie myślę: „No tak, tylko to wszystko odnosi się do przyszłości, a co teraz?”. Dla mnie tak naprawdę najważniejsze jest to, co możemy zrobić dla innych w tej chwili. W języku polskim istnieje piękne słowo „przeżyć”, ja je rozumiem jako przechodzenie przez życie, z akcentem na przechodzenie. A my na ogół nie skupiamy się na teraźniejszości, tylko projektujemy przyszłość.

Dla Magdaleny perspektywa śmierci okazała się początkiem, wielkim otwarciem na życie. Wyrwała ją z toksycznego związku, z pracy, która nie dawała satysfakcji. Pozwoliła odnaleźć spokój i radość. Po to właśnie są trudne zdarzenia – zwrotnice. Żeby ustrzec nas przed degeneracją. Poruszyć do głębi, wyrwać i dać kopa. A my możemy wtedy salwować się ucieczką albo stawić im czoła. Wybór należy do nas.

Konfucjusz powiedział kiedyś, że człowiek, dążąc do pewności, trwałości, poczucia bezpieczeństwa, porządku, nie powinien zapominać o zmienności losu, niebezpieczeństwie, upadku, zamęcie. Czyli o momentach zwrotnych. Bo one są częścią naszego losu.

  1. Moda i uroda

Stylowe buntowniczki

Od lewej: Alexa Chung, Chloë Sevigny, Miroslava Duma (Fot. Getty Images)
Od lewej: Alexa Chung, Chloë Sevigny, Miroslava Duma (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Kiedyś nie miały programów telewizyjnych, linii kosmetyków, a mimo to miały siłę przyciągania, która sprawiała, że ich styl naśladowała ulica, a projektanci nazywali je swoimi muzami. Czy to niewytłumaczalne „coś”, które potrafiło zmienić zwykłą dziewczynę w międzynarodowy fenomen, zostało dzisiaj wymazane przez instagramowe filtry? Czy media społecznościowe zakończyły erę it-girls?

To. Nienamacalne, wyjątkowe, często niedoścignione. „Coś, co przyspiesza puls każdej osoby w kraju” – pisał Francis Scott Fitzgerald. Świat pierwszy raz o it-girls dowiedział się na początku XX wieku i od tamtej pory nie przestał się nimi fascynować.

Dziś to hasło zdaje się otaczać nas zewsząd. Widzimy je na okładkach magazynów, w artykułach i Internecie. Co ciekawe, nadal nie do końca wiadomo, czy z tym „czymś” trzeba się urodzić, czy można to też wypracować lub (w dobie cyfryzacji) po prostu wykreować. A może dziś prawdziwych it-girls już nie ma, a zastąpiły je influencerki?

Ten dziwny magnetyzm

Rudyard Kipling jako pierwszy wykorzystał przedrostek it, czyli „to”, by określić kobiecy urok. „Tu nie chodzi o urodę czy chwilę miłej rozmowy. To po prostu TO COŚ. Niektóre kobiety pozostaną w pamięci mężczyzn na zawsze, wystarczy, że tylko przejdą ulicą” – pisał w 1904 roku w opowiadaniu „Mrs Bathurst” (Pani Bathurst), tym samym przyczyniając się do stworzenia sformułowania it-girl. Pierwszą it-girl była zatem tytułowa bohaterka, z zawodu barmanka. Dla Kiplinga „to” odnosiło się do seksapilu, czyli określonego sposobu poruszania się i bycia, który silnie wpływał na mężczyzn. Potem, dzięki pisarce Elinor Glyn, it nabrało znacznie szerszego znaczenia. W jednej ze swoich krótkich powieści, nieprzypadkowo zatytułowanej „It”, Glyn pisze, że aby mieć „to coś”, trzeba mieć dziwny magnetyzm, przyciągający obie płcie. „Do tego niezbędna jest atrakcyjność fizyczna, ale piękno – już niekoniecznie”. Na podstawie jej powieści w 1927 roku powstał głośny film pod tym samym tytułem, w którym główną rolę zagrała ikona kina niemego Clara Bow. Jako zuchwała i bezwstydna pracownica domu towarowego wzbudzała zachwyt klientów do tego stopnia, że sama stała się pierwszą it-girl, istniejącą już nie tylko na kartach powieści. Aktorka była uosobieniem zwariowanej epoki jazzu. Rozpoznawana i pożądana w każdym towarzystwie, kompletnie nie zważała na etykietę. Mówiła z silnym brooklyńskim akcentem i klęła jak szewc, a postaci, które grała, czyli głównie kelnerki, sprzedawczynie czy manikiurzystki, obdarzała sporą dawką ciepła i humoru, co sprawiało, że ludzie czuli, iż jest jedną z nich. Nocami, zamiast z hollywoodzką śmietanką, wolała grać w pokera ze swoim szoferem, kucharką i pokojówką. Często można ją było zobaczyć, jak sunęła po Sunset Boulevard jaskrawoczerwonym packardem z towarzyszącym jej na siedzeniu pasażera psem rasy chow-chow, ufarbowanym pod kolor auta. Była inna, wyjątkowa, przyciągająca uwagę. I takie też były jej stroje.

Ikona kina niemego Clara Bow. (Fot. BEW) Ikona kina niemego Clara Bow. (Fot. BEW)

Kult niedoskonałości

Początkowo i prasa, i krytycy byli ostrożni z tytułowaniem znanych kobiet tym mianem. It-girl miało się łączyć z wyjątkowymi cechami i szczególnym zainteresowaniem. Clara Bow nosiła je z dumą latami, co nie znaczyło jednak, że był to termin zarezerwowany jedynie dla niej.

It-girl z założenia nigdy nie miała być perfekcyjna. Z tym określeniem zawsze wiązał się pewien chaos. Bardziej niż idealny wygląd liczyły się styl życia, obecność w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. I, naturalnie, oryginalny sposób ubierania się. Prawdziwe it-girls wzbudzały fascynację przez to, że ich życie było dalekie od fałszywej doskonałości. Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra, ale też wzbudzała duże zainteresowanie swoim prawdziwie rockandrollowym stylem życia i zawiłą relacją z członkami zespołu The Rolling Stones, których w zasadzie nie opuszczała na krok.

Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, która spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra. Na rękach Marlon Richards, pierwsze dziecko Pallenberg i Keitha Richardsa. (Fot. Getty Images) Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, która spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra. Na rękach Marlon Richards, pierwsze dziecko Pallenberg i Keitha Richardsa. (Fot. Getty Images)

To samo tyczy się Brytyjki Jane Birkin, która wyprowadziła się z rodzinnego, swingującego Londynu, by spróbować sił we francuskim kinie. Nie znała języka, ale była absolutnie czarująca. I tym urokiem zdobywała kolejne role. Nawet Francuzi z czasem wybaczyli jej błędy i silny akcent. Koszula, dżinsy, prosty T-shirt i słynny pleciony koszyk, z którym nie rozstawała się nawet na wieczorowych galach, tworzyły styl, który dzisiaj tak mocno kojarzony jest z Paryżem. Miasto świateł wchłonęło estetykę Jane tak bardzo, że wydaje się, jakby zawsze była po prostu stylem paryskim.

Jane Birkin - brytyjka, która podbiła serca Francuzów. (Fot. East News) Jane Birkin - brytyjka, która podbiła serca Francuzów. (Fot. East News)

To, co sprawiało, że osoby takie jak Jane Birkin czy Anita Pallenberg były tak czarujące, to także ich pozorna obojętność wobec sławy. Nie prosiły się o nią, to ona znalazła je sama. A gdy to zrobiła, nie chciała opuścić. It-girls otaczały zawsze tłumy paparazzich, bo każda nowa fotografia była na wagę złota. Szczególnie uciążliwe było to dla Brigitte Bardot, której nadmorska willa La Madrague w Saint-Tropez była regularnie nawiedzana przez fotografów, fanów i turystów. Podglądali ją lornetkami z lądu, morza (nierzadko podpływali do brzegu nurkowie) i z powietrza (helikoptery). Wszystko po to, by czytelnicy gazet na całym świecie mogli zobaczyć, jak tego dnia wygląda ikona stylu, kopiowana w latach 60. już przez większość Francuzek, które fryzowały się jak Bardot, mocno podkreślały oczy czarną kredką, próbując jednocześnie naśladować jej specyficzny sposób chodzenia i charakterystycznie wydęte usta. Dlatego kiedy była w ciąży, wynajęła mieszkanie obok szpitala, by ukradkiem chodzić na wizyty. Nic z tego. Jej nowy adres szybko wyciekł do mediów. Ostatnie tygodnie ciąży spędziła zamknięta w apartamencie z zasłoniętymi firankami.

Brigitte Bardot była regularnie nagabywana przez fotografów, fanów i turystów. (Fot. Getty Images) Brigitte Bardot była regularnie nagabywana przez fotografów, fanów i turystów. (Fot. Getty Images)

Dzisiejsze infuencerki nie uciekają od kamer, ale same je na siebie kierują. Łaknąc coraz większej publiki, nawet wyręczają paparazzich i same robią sobie zdjęcia telefonem.

Ze świata analogowego w wirtualny

Wystarczy sporządzić listę nazwisk kobiet uznawanych za it-girls w danej dekadzie, by zobaczyć, jak bardzo na przestrzeni lat ich liczba zaczyna rosnąć. Te najbardziej znane, jeszcze z czasów analogowych, były raczej uosobieniem słowa „cool”. To aktorka Chloë Sevigny i sprawnie bawiąca się trendami prezenterka telewizyjna i modelka Alexa Chung. O pierwszej „New York Times” w 1994 roku pisał, że w wyjątkowy sposób wpływa na ludzi, choć nie jest ani wyjątkowo piękna, ani seksowna. Jest po prostu inna i ma w sobie elektryzującą nonszalancję. „Ta pozorna obojętność na promowanie siebie jest jej najbardziej atrakcyjną cechą. Choć może to też świadczyć o jej sprycie” – komplementował ją dziennikarz Jay McInerney. Nazwał ją wtedy „najbardziej wyluzowaną dziewczyną na świecie”. Do dziś pozostała ikoną kina niezależnego, a każdy jej nowy film jest uznawany za kontrowersyjny.

Aktorka Chloë Sevigny. (Fot. Getty Images) Aktorka Chloë Sevigny. (Fot. Getty Images)

Alexa Chung to z kolei pełna humoru Brytyjka, dziewczyna z sąsiedztwa, która po pokazie Chanel zamiast na elegancki bankiet chętniej poszłaby do klimatycznego pubu, zatopiona w rockandrollowym stylu życia. Kiedy tworzyła zgraną parę z liderem zespołu Arctic Monkeys, Alexem Turnerem, w prasie pojawiały się ich zdjęcia z ulic Londynu, po których spacerowali w trampkach, wyciągniętych podkoszulkach i ramoneskach. W przeciwieństwie do Sevigny Chung z czasem zaczęła jednak sprawnie prowadzić swoją karierę, płynnie przechodząc ze świata analogowego w wirtualny i w pełni korzystając z możliwości, jakie dają media społecznościowe. Wydała nawet książkę, znów zatytułowaną „It”, w której zdradza tajniki pielęgnacji swojej urody, swoje modowe wybory i upodobania. Książka miała premierę w 2013 roku, dokładnie w tym samym czasie rozpoczęła się era Instagrama.

(Fot. Getty Images) (Fot. Getty Images)

Siła filtrów

Clara Bow czy Edie Sedgwick, gwiazda filmów Andy’ego Warhola i it-girl lat 60., nie miały kolekcji ubrań, programu telewizyjnego ani nie wydały książki o sobie. Dzisiejsze it-girls jak Alexa Chung, ale też blogerka Leandra Medine czy rosyjska ikona stylu Miroslava Duma, to prawdziwe marki, a ich blogi, linie ubrań czy kosmetyków – sprawnie działające biznesy. Nie trzeba już ich łapać na ulicach Nowego Jorku czy Paryża, same codziennie dostarczają nam swoje zdjęcia i filmiki ukazujące je w prywatnych i bardziej oficjalnych sytuacjach.

Ale coś jeszcze się zmieniło. Instagram, dzięki filtrom, pozwala nakładać maski, sztucznie zbliżające nasze twarze do narzuconej przez estetykę sieci perfekcji. Coraz popularniejsze stają się nierealne w rzeczywistości cybertwarze – szczupłe, z zadartymi nosami, dużymi ustami i rozciągniętymi w kształt migdała oczami. Takie, jakie za sprawą operacji plastycznych mają siostry Kardashian-Jenner, które i tak korzystają z filtrów, by jeszcze mocniej to podkreślić. Obsesja na punkcie rodziny Kardashian czy sióstr i modelek Hadid nie wynika z ich osobowości, zachowania czy wyjątkowego stylu, ale z powodu ich pozornej doskonałości. Mają perfekcyjnie skrojone twarze, ładne ciała i (pozornie) idealne, pełne luksusu życie. Tymczasem prawdziwa it-girl musi mieć pewne niedoskonałości, a nawet wady. Czerpie z życia pełnymi garściami. Robi wszystko, na co każdy z nas miałby ochotę, a nie ma na to wystarczającej odwagi. Nieznane są jej zwykłe troski, więc jej życie jest często autodestrukcyjne, a tym samym fascynujące. Dziś influencerki, by nie stracić obserwatorów, starają się być nieskazitelne i jak najbardziej neutralne. W tej walce o perfekcję często zatracają człowieczeństwo. „Typowy influencer jest całkiem przeciętny – to przeciwieństwo awangardy” – pisze Natasha Stagg w książce „Sleeveless: Fashion, Image, Media, New York 2011–2019”.

Rosyjska ikona stylu Miroslava Duma. (Fot. Getty Images) Rosyjska ikona stylu Miroslava Duma. (Fot. Getty Images)

It-girls wyznaczały trendy. Dzisiaj, by być popularnym, często powiela się utarte schematy. Podczas gdy one nie walczyły o swój tytuł, influencerki mają ambicję, by się nimi stać i czerpać z tego ekonomiczne i społeczne korzyści. Często więc kopiują to, co u innych okazało się skuteczne. I tak jak kiedyś it-girls tworzyły swój styl, obecnie coraz częściej widzimy influencerki przebrane w pełne looki od projektantów, które wysyłają im marki czy domy mody.

Podobnie widzi to teoretyk popkultury Mark Fisher, który twierdzi, że it-girls uosabiały styl życia, który przez paraliżujący wpływ mediów społecznościowych wymiera. W książce „Realizm kapitalistyczny. Czy nie ma alternatywy?” pisze, że „oderwana od rzeczywistości chęć bycia widzianym zastąpiła prawdziwe zaangażowanie”. Realne, nieprzewidywalne życie zastąpiliśmy jego namiastką. Przez paranoję, w jaką wpędzają nas media społecznościowe, które wręcz zachęcają do tworzenia jednowymiarowej osobowości, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej przejmujemy się opinią innych. A prawdziwe it-girls miały ją za nic. Robiły to, co uważano za nieakceptowalne, dopóki same nie sprawiły, że w końcu zostało zaakceptowane.

  1. Psychologia

Czy rodzina jest najważniejsza w życiu człowieka? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

O tym, że rodzina jest najważniejsza, świadczy gotowość do przekraczania i porzucania dziecięcych zranień i nierozgrywania ich na rodzinnej scenie, czyli ograniczanie neurotycznych potrzeb. (Fot. iStock)
O tym, że rodzina jest najważniejsza, świadczy gotowość do przekraczania i porzucania dziecięcych zranień i nierozgrywania ich na rodzinnej scenie, czyli ograniczanie neurotycznych potrzeb. (Fot. iStock)
Mówimy: Rodzina. A zaraz potem: zdrowie. Ale w pracy spędzamy całe dnie, liczba rozwodów wzrasta, a ślubów nie. Co jest więc dla nas priorytetem? Na te i inne pytania odpowiada Wojciech Eichelberger.

Wzrosła akceptacja dla związków bez ślubu, seksu przedmałżeńskiego, antykoncepcji i rozwodów. A jednocześnie nadal większość z nas mówi, że to rodzina jest najważniejsza. Czy to znaczy, że żyjemy wbrew temu, co cenimy? Bo skoro pieniądze i status są „naj” tylko dla kilku procent, to dlaczego tak pochłania nas praca, tyle energii i czasu oddajemy naszym pasjom albo i nałogom?
Deklaracje to jedno, a praktyka to drugie. Ta deklaracja ma swoją bezwładność, bo skądinąd rodzina to rzecz ważna. My też lubimy deklarować, że jesteśmy lepsi, niż jesteśmy. Bardziej moralni, bardziej wzniośli nawet, niż tradycyjny system wartości przewiduje, ale jak się nam przyjrzeć, to okazuje się, że to tylko słowa. Nasze zachowania często nie pokrywają się z tymi deklaracjami. W trakcie psychoterapii takie deklaracje się weryfikuje. Kiedy ktoś mówi: „Kocham swoje dzieci, tylko nie mam dla nich czasu”, odpowiadam: „Jeśli chcesz wiedzieć, kogo kochasz, przyjrzyj się, czemu poświęcasz najwięcej czasu i uwagi”. No i wtedy następuje rewizja tej iluzji. Z reguły bolesna.

A nie zaprzeczenie: „Nie mogę mniej pracować! Haruję tak dla nich, żeby miały najlepsze szkoły, wakacje i kursy chińskiego, skrzypiec” itd.?
Tak, oczywiście. Zaprzeczamy faktom i racjonalizujemy zachowania, które przeczą naszym deklaracjom i fałszywym przekonaniom. Ale w końcu docieramy do prawdy: „Wyszło na to, że najbardziej kocham mój samochód”. Albo: „Najważniejsza jest dla mnie moja praca, a nie dzieci. Jej najwięcej czasu poświęcam. Więc także moja miłość do żony jest deklaracją bez pokrycia”. Takie konstatacje bolą, jednak płynie z nich wielka korzyść, bo tylko trafna diagnoza pozwala na podjęcie skutecznej naprawy.

Na psychoterapii odkrywamy więc, że czasem kłamiemy, mówiąc o naszej wielkiej miłości do bliskich?
Iluzja nie jest kłamstwem, tylko wiarą, a nawet pewnością, że nasze wybory i zachowania są zgodne z wyznawanymi przez nas wartościami. Nie uświadamiamy sobie hipokryzji, w jakiej żyjemy. Zazwyczaj tworzymy iluzje na własny temat, by być w zgodzie z systemem norm i zasad deklarowanych przez religijne i polityczne autorytety.

Jeśli ktoś przyzna, że najważniejsze są dla niego osiągnięcia w bieganiu i sukcesy w pracy, to co wtedy?
Kiedy już to wie i nie udaje przed sobą, że jest inaczej, to jego problem się kończy. Powraca poczucie spójności. Wydawać by się mogło, że wtedy to jego najbliżsi mają problem, bo muszą zdecydować, czy chcą żyć pod jednym dachem z człowiekiem, który najbardziej kocha np. swój samochód. Tak, ale też dzięki poznaniu prawdy i oni doświadczą ulgi, bo do tej pory mogli się obarczać winą za to, że nie czuli się kochani. Mogli myśleć, że to z nimi jest coś nie tak, skoro nie potrafili poczuć i docenić ojcowskiej czy mężowskiej miłości. Bywa jednak i tak, że po nazwaniu sytuacji ludzie uspójniają się w drugą stronę – starają się dorosnąć do tego, co deklarują. Skoro ktoś już zdobywa się na to, by przyjść do terapeuty, to bierze pod uwagę możliwość zmiany na głębszym poziomie niż porzucenie złudzeń na własny temat.

Albo przyszedł, bo żona kazała: „Wciąż mi powtarza, że dla mnie rower jest ważniejszy nawet niż praca, czyli bezpieczeństwo materialne rodziny”.
Warto wtedy, by psychoterapeuta pomógł mu zastanowić się, czy żona ma rację. Jeśli tak, powinien zapytać: „Skoro już wiesz, że rower jest dla ciebie najważniejszy, to czy chcesz dać sobie spokój z tą żoną? Nie zawracać jej dłużej głowy, przeprosić, że się pomyliłeś? Czy może chcesz sprawdzić, dlaczego lekceważysz adresowane do ciebie, uzasadnione potrzeby i oczekiwania, i odkryć kiedyś, że to jednak ona jest dla ciebie najważniejsza?”. W wielu wypadkach, gdy ktoś zrozumie, że deklarował nieprawdę, by dopasować się do tego, co jest społecznie akceptowane, ale chce być osobą spójną, dorosłą i odpowiedzialną (czyli myśleć, mówić i robić to samo, żyć w zgodzie ze swoją prawdą, nie oszukiwać), to po odkryciu prawdy rusza w swoją drogę z ulgą.

Nie zawsze. Znajomy wie, że nie kocha dziecka, ale mimo to daje się szantażować eksżonie i zostaje w kraju, choć za granicą mógłby się rozwijać zawodowo, a tego właśnie pragnie.
To, że mamy świadomość, czego chcemy, i wiemy, co nas rozwija, nie oznacza jeszcze, że jesteśmy dojrzałymi ludźmi. Dojrzałość polega na tym, że wybieramy to, co jest dla nas najważniejsze, i czynimy to coś najważniejszą sprawą również w praktyce. Twój znajomy ma wybór: rodzina albo satysfakcjonująca i pożyteczna praca za granicą. Jeśli zostaje z rodziną nie dlatego, że dokonał takiego świadomego wyboru, bo uznał to za wartość dla niego prawdziwie nadrzędną, lecz na skutek presji byłej żony i otoczenia, to zachowuje się w sposób niedojrzały. Podkłada też bombę z opóźnionym zapłonem pod całe swoje życie. Wszyscy z powodu jego fałszywego poświęcenia będą cierpieć dłużej i bardziej, niż cierpieliby, gdyby wyjechał. Prawdopodobnie zgadza się zostać, żeby ukoić poczucie winy spowodowane tym, że nie kocha dziecka. Gdyby rozwiązał ten problem, właściwa decyzja byłaby łatwiejsza do podjęcia.

Może kiedy uporządkuje swoje życie wewnętrzne i dojrzeje, to pokocha dziecko i zostanie w kraju z radością?
Na dwoje babka wróżyła. Dojrzały emocjonalnie człowiek też może nie kochać dziecka. To nie świadczy o patologii. Miłość (także do dzieci) to dar. Spotkałem wielu ludzi, którzy z różnych powodów nie kochali swoich dzieci i czuli się z tego powodu tak podejrzani i winni, że nie potrafili się nawet przed sobą do tego przyznać. Udawali więc miłość i oddanie tak zażarcie, że bardziej i dłużej krzywdzili tym dziecko, niż gdyby żyli w zgodzie ze swoją trudną wewnętrzną prawdą. Wypieranie ze świadomości braku miłości do własnych dzieci często sprawia, że stajemy się wobec nich chorobliwie opiekuńczy albo zamieniamy naszą relację w perfekcyjny projekt wychowawczy. Zalewamy dziecko nadmiernymi wymaganiami albo nieustającymi prezentami. Czasami też odwracamy relację i to my siadamy dziecku na kolanach, domagając się od niego współczucia i wsparcia. Zaznaczam, że życie w zgodzie z wewnętrzną prawdą nie zawsze musi się przejawiać komunikowaniem tej prawdy otoczeniu – zwłaszcza dzieciom. Samo to, że niekochający rodzic zrozumie siebie i sobie wybaczy, sprawi, że to jego otoczenie, włącznie z dziećmi, odczuje wielką ulgę. Bo wtedy przestaje nadrabiać brak miłości nadmierną uwagą, napięciem i manipulacją, a także przestaje się dziecka czepiać, umieszczając w nim odpowiedzialność za swój problem: „Gdybyś ty było inne, to pokochałbym cię. To twoja wina, że cię nie kocham”.

Dlaczego kłamiemy nawet przed sobą, że kochamy dzieci, kiedy tak nie jest?
Bo istnieje bezwzględna społeczna i religijna norma, że własne dzieci się kocha z automatu. Nikomu nie wolno nie kochać swojego dziecka. W przeciwnym razie skazujemy się na moralną banicję, wykluczenie ze społeczności. A z drugiej strony – niestety, brak miłości do dzieci zdarza się coraz częściej, bo nie chcieliśmy ich mieć, nie jesteśmy pewni, czy są nasze, bo nie przepadamy za współrodzicem itd. A w świecie ludzkim miłość nie jest stanem hormonalno-gruczołowym. Tylko w pierwszej fazie życia dziecka, tej związanej z karmieniem piersią, matka czuje oksytocynową więź z dzieckiem. Gdy efekt oksytocyny mija, a w dodatku relacja z dzieckiem staje się coraz bardziej wymagająca, matka z przerażeniem może stwierdzić, że nie ma dla niego pozytywnych uczuć. Ojcowie miewają jeszcze trudniej, bo ich organizmy nie wydzielają oksytocyny, czyli hormonu więzi. Dlatego lepiej, jeśli podejmujemy decyzję o rodzicielstwie wtedy, gdy tego naprawdę pragniemy. Gdy dziecko przytrafia się „nie w porę”, wbrew poważnym planom, to tacy przypadkowi rodzice ryzykują kłopoty z jakością więzi między nimi a dzieckiem.

Co zrobić, kiedy odkryję, że nie rodzina, nie dziecko są dla mnie najważniejsze?
To, że nie kocham dziecka, nie zwalnia mnie z obowiązku zapewnienia mu warunków do życia i rozwoju, z obowiązku dbania o nie. Ale jest trudniej, bo jak się kocha dziecko, to starania i wybory same się porządkują. Uwalnia nas to także od nadmiernych – czasami wręcz panicznych – starań, od gorączkowości i histerii, które często biorą się z poczucia winy, że nie kochamy. Powtarzam więc: rodzicielskie niekochanie nie jest samo w sobie krzywdą dla dziecka, a jeśli jest uświadomione, to staje się lepsze od poczucia winy i nadrabiania. Nadmiar rodzicielskich emocji – czy to pozytywnych, czy negatywnych – w wychowywaniu szkodzi i obciąża dzieci.

Gdyby rodzina była dla nas najważniejsza, to jak byśmy postępowali?
O tym, że rodzina jest najważniejsza, świadczy gotowość do przekraczania i porzucania dziecięcych zranień i nierozgrywania ich na rodzinnej scenie, czyli ograniczanie neurotycznych potrzeb. I jeśli nawet nosimy w sobie zranionego dzieciaka, to powinniśmy wiedzieć, że partner nie będzie naszym wymarzonym rodzicem i nie możemy nieustannie siedzieć na jego kolanach. Rodzina jest najważniejsza, gdy umiemy przetrwać kryzysy pierwszego okresu małżeństwa, a potem przekroczyć trudny próg czwartego i siódmego roku. Trzeba być dojrzałym i wiedzieć, że rozczarowanie w związku jest nieuniknione. Aby być w rodzinie, trzeba zaakceptować wady innych i poznać swoje. Rodzina staje się najważniejsza dopiero wtedy, kiedy przestajemy ją idealizować.

Mamy przestać idealizować rodzinę, jeśli chcemy, żeby naprawdę stała się dla nas najważniejsza?
Myślę, że nasze prorodzinne deklaracje biorą się w dużej mierze z tęsknoty. Na ogół bowiem potrzeby związane z rodziną są bardzo frustrujące. Przeciętny polski dom jest dla dziecka środowiskiem trudnym. Często wychowuje się nas poprzez krytykę, porównania z innymi, podnoszenie poprzeczki i wymuszanie. Nie uczy się nas podążania za naszymi talentami i predyspozycjami. Stąd taka tęsknota za rodziną idealną, wspierającą, dającą bezpieczeństwo, siłę i poczucie własnej wartości. Nie potrafimy jednak takiej rodziny zbudować, w czym nie ma nic zawstydzającego, bo przekroczenie rodzinnego dziedzictwa to zadanie na co najmniej dwa pokolenia.

W dodatku miłość to emocja, a ta jest zmienna. Jak więc na niej budować?
Prawdziwa miłość to trwały stan umysłu, a nie emocja. A po drodze do niej mamy do pomocy dojrzałość, potrzebę spójności i odwagę zaglądania do swego cienia. Więc przedwcześnie nie zawracajmy innym ludziom głowy, że ich kochamy nad życie albo że nie możemy ich kochać, bo z nimi jest coś nie tak. Lepiej dać sobie czas na samopoznanie, zanim zdecydujemy się na rodzinę i dzieci.

Istnieją ludzie stworzeni do życia solo?
Każdy powinien indywidualnie rozstrzygnąć, czy naprawdę został do tego stworzony, czy to raczej jakiś problem w byciu z ludźmi i nawiązywaniu z nimi miłosnej więzi. To trzeba umieć rozstrzygnąć. Bo jeśli mamy bardzo złe doświadczenia w rodzinie pierwotnej, to albo wychodzimy z niej tak pokiereszowani, że mówimy: „Nigdy więcej rodziny!”, albo stwierdzamy: „Ach! Założę idealną rodzinę, taką, o jakiej zawsze marzyłem i na którą nie było stać emocjonalnie moich rodziców”.

Obie decyzje są neurotyczne, bo wynikają z dziecięcej traumy. Ale lepsza jest pierwsza, bo ogranicza możliwość krzywdzenia innych, a szczególnie dzieci. Proponowałbym jednak traktować ją nie jako życiową decyzję, lecz rodzaj poczekalni czy dojrzewalni. Bo życie będzie nas konfrontować z różnymi pouczającymi sytuacjami, sprzyjającymi dojrzewaniu i przekraczaniu naszych dziecięcych uwarunkowań. Kto wie, może za parę lat poczujemy, że już jesteśmy gotowi na rodzinę.

Czy wspomniany wzrost akceptacji dla antykoncepcji, rozwodów to nie dowód, że rodzina nie jest wartością?
Wręcz przeciwnie. Antykoncepcja może scalać rodzinę, czyniąc ją bardziej bezpiecznym środowiskiem dzięki możliwości kontroli nad rozrodczością. Poza tym sprzyja świadomemu rodzicielstwu. Mentorzy i moralizatorzy winni pamiętać, że ani nakazami, ani zakazami nie zbuduje się w człowieku dojrzałości i autonomii. Żeby dojrzeć, trzeba samodzielnie podejmować decyzje i doświadczać ich skutków. Z kolei seks przed ślubem ratuje przed ryzykiem popełnienia zasadniczego błędu w wyborze partnera, partnerki. Wzajemna atrakcyjność i harmonia seksualna w ogromnej mierze decydują o trwałości związków.

Od czego zacząć, jeśli chcemy, by rodzina była też miejscem, gdzie nam po prostu dobrze?
Od starań na rzecz głębokiego zrozumienia siebie. Trzeba poznać swoje uwarunkowania, ograniczenia i wewnętrzne przeszkody, które mogą stanąć na drodze zbudowania trwałych relacji partnerskich i rodzinnych. Na przykład wiedzieć, że w naszym rodzinnym systemie mężczyźni nie brali udziału w wychowaniu dzieci i starać się to dziedzictwo przekroczyć.

  1. Psychologia

Co to jest NLP i na czym polega neurolingwistyczne programowanie?

Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Neurolingwistyczne programowanie to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów.

Programowanie neurolingwistyczne, znane również jako metoda NLP, to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów. Żaden z nurtów psychologicznych nie spotyka się z tak ostrą krytyką, będąc zarazem jednym z najbardziej znanych i praktykowanych.

Do dzisiaj żadne badania nie określiły jednoznacznie przewagi jednego nurtu psychoterapeutycznego nad drugim – wiemy, że różnią się sposobem pracy, długością trwania sesji, a nawet słowami używanymi wobec klienta czy pacjenta, ale efekty w zdrowieniu są zbliżone we wszystkich nurtach. Co w takim razie sprawia, że terapia przynosi skutek? Na ile jest on zależny od osobowości terapeuty? Ta kwestia zaintrygowała dwóch młodych badaczy: Richarda Bandlera, studenta Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz, oraz lingwistę Johna Grindera. Bandler uczestniczył w zajęciach z matematyki, filozofii i logiki, a ostatecznie ukończył indywidualny tok studiów ze specjalizacją informatyczną. Zafascynowany psychoterapią, został bliskim współpracownikiem Fredericka Perlsa, twórcy terapii Gestalt. Z kolei Grinder zgłębiał technikę szybkiego uczenia się poprzez modelowanie, czyli naśladowanie, poprzedzone precyzyjną obserwacją. Opanował wiele języków obcych i w trakcie służby wojskowej pracował jako tłumacz na całym świecie, również przy tajnych operacjach amerykańskiej armii. Trafili na siebie w latach 70. i połączyli swoje umiejętności, by zająć się psychoterapią, ale od zupełnie nowej i zaskakującej strony.

Ukryty czynnik, czyli NLP – co to jest?

Skupili się na znanych i uznawanych za genialnych psychoterapeutach, m.in. wspomnianych Perlsie, ale również Virginii Satir, pracującej systemowo z rodzinami, i Miltonie Ericksonie, pionierze hipnozy – by znaleźć wspólny mianownik, zbiór cech czy też czynników łączących wybitnych ludzi pomagających innym. Zaobserwowali, że ukrytym – nieuświadomionym również przez psychoterapeutów – czynnikiem jest zestaw wzorców komunikacji zarówno werbalnej, jak i niewerbalnej.

Psychoterapeuci odnoszący sukces wierzyli w zmianę, mieli pozytywne nastawienie do procesu leczenia i niejako zaszczepiali je swoim pacjentom, poza tym ich ciało zazwyczaj było otwarte i wysyłało w kierunku pacjenta sygnały związane z poczuciem bezpieczeństwa. Na podstawie powyższych obserwacji Bandler i Grinder opracowali zasady i interwencje, które działają w procesie leczenia – nową metodę pracy nazwali metodą NLP (neurolingwistycznym programowaniem). Chociaż na początku skupili się tylko na psychoterapii, to efekty ich pracy szybko trafiły do poradnictwa, edukacji, biznesu (zwłaszcza sprzedaży), ale również sportu i wszelkich miejsc, w których osiągnięcie celu zależy od wywierania wpływu, perswazji, a czasami manipulacji, a więc stosowania techniki NLP.

Jak zacząć NLP? Zacznij od ciała

Weronika została wysłana przez przełożoną na dwudniowe szkolenie NLP, dotyczące technik wywierania wpływu. Zarówno w pracy, jak i życiu osobistym zawsze zajmowała pozycję osoby podległej, zależnej. Po raz czwarty została porzucona przez partnera i nie mogła zrozumieć, dlaczego odtwarza niechciany scenariusz, w którym zostaje z poczuciem odrzucenia i bezradności. Choć kurs NLP miał jej pomóc w pracy (dział rekrutacji dużej warszawskiej firmy), to Weronika szybko zrozumiała, że nowe narzędzie pomoże jej także być bardziej pewną siebie w życiu osobistym. Zafascynowało ją swoją prostotą i szybkimi rezultatami – pierwszym efektem było to, że Weronika zaczęła obserwować swoje ciało podczas rozmowy ze znajomymi, bliskimi i osobami, które rekrutuje do pracy. Najpierw skupiła się na rękach (pokazywanie wnętrza dłoni mówi o czystych intencjach), pozycji, w której stoi podczas rozmowy (na wprost – konfrontacyjnie, bokiem – asekuracyjnie), na tym, czy zasłania, czy odsłania brzuch (symboliczne miejsce, w którym znajduje się poczucie bezpieczeństwa), kiedy zaciska pięści (postawa zamknięta, agresja). Zapisała się na kurs praktyka NLP i roczny kurs zaawansowany (koszt: 9000 zł), a w międzyczasie korzystała z indywidualnych, cotygodniowych sesji (200 zł każda) ze swoim mistrzem – tak praktycy nurtu nazywają swoich nauczycieli. W ciągu kilku miesięcy poczuła się pewniej w ciele podczas spotkań z ludźmi, również wtedy gdy niczego nie mówiła. Mistrz przekazał jej także przekonanie, które uwewnętrzniła – by wszystkie porażki traktowała jako informacje zwrotne, jeśli będzie je rozpatrywać w kategoriach emocjonalnych.

Od tej pory zamiast pogrążać się w smutku z powodu porzucenia, zaczęła traktować odejście partnera (już nie porzucenie) jako wskazówkę na temat tworzonych przez nią relacji. Podczas sesji neurolingwistycznego programowania, gdy mistrz przekazywał Weronice nową wiedzę czy zasadę, którą powinna wprowadzić w swoim życiu w następnych dziesięciu dniach, używał techniki zakotwiczenia, tzn. dotykał jej nadgarstka.

Zakotwiczenie polega na wzmocnieniu przekazu słownego poprzez obraz, dźwięk albo właśnie dotyk, niektórzy z tego powodu noszą na ręku kolorową tasiemkę. Ma im np. przypominać o tym, że zanim na kogoś nakrzyczą, mogą wziąć trzy głębokie oddechy, a potem zdecydować, czy wciąż chcą użyć krzyku.

Mapa rzeczywistości w metodzie NLP

Według podstawowych założeń NLP w psychologii każde nasze zachowanie oparte jest na umysłowej strukturze, która manifestuje się poprzez zachowania możliwe do zaobserwowania, zwane mową ciała. Na tym polega połączenie procesów umysłowych czy neurologicznych (neuro), języka i sfery komunikacji (lingwistyczne) z zachowaniami (programowanie). Każde nasze postępowanie coś mówi, nawet wtedy gdy pozostajemy nieruchomi i milczący, a celem komunikacji jest wynikająca z niej reakcja. Bez świadomości sygnałów, jakie wysyłamy ciałem, nie panujemy nad efektem, który chcemy osiągnąć w relacji z szefem czy podczas spotkania z ukochaną osobą.

Specjaliści technik NLP mówią o subiektywnej i indywidualnej mapie rzeczywistości, którą mamy wszyscy. Terytorium jest cały otaczający nas świat, natomiast każdy z nas ma inną mapę. Jeśli jest szczegółowa – ułatwia swobodne przemieszczanie się po terytorium rzeczywistości. A jeśli nie jest konkretna, zawiera sprzeczne informacje, wskazuje pomylone kierunki i jest nieczytelna – z pomocą może przyjść mistrz neurolingwistycznego programowania, który na początku dokona diagnozy mapy albo mówiąc innymi słowy  – struktury naszej osobowości. Niedoświadczeni praktycy tego nurtu popełniają podstawowy błąd, jakim jest zabawa w czytanie w myślach bądź serwowanie swoim klientom gotowych rozwiązań: stój w ten sposób, mów wolniej, patrz powyżej poziomu ust rozmówcy, nie zaczynaj zdania od „nie”. I chociaż klient może zyskać pozorne poczucie wpływu na swoje życie, nie zachodzi w  nim realna zmiana, ponieważ nie rozpoznał własnej mapy, a wyruszył w teren.

Programowanie neurolingwistyczne ma aktywować własny potencjał

Jednym z najczęstszych zarzutów, jakie stawia się NLP, jest ten, że jego twórcy – specjaliści w dziedzinie języka i komputerów – nie mają formalnego wykształcenia psychologicznego i hołdują zasadzie, że cel uświęca środki. To prawda – ta metoda NLP posługuje się wieloma uproszczeniami i jest niewiele badań z zakresu psychologii potwierdzających skuteczność stosowanych przez nią narzędzi. Kolejny zarzut: wychodzi z afirmacyjnego założenia, że każdy człowiek dysponuje wszystkimi niezbędnymi zasobami, by rozwiązać swoje problemy. Ale nawet jeśli to naiwne podstawy, znane są przecież eksperymenty naukowe potwierdzające skuteczność placebo czy mechanizmu samospełniającego się proroctwa. Trzeba przyznać, że w odróżnieniu od wielu nurtów terapeutycznych, które skupiają się na deficytach, traumach i poszukiwaniu odpowiedzialnego, NLP uznaje, że za zachowaniem każdej osoby stoi pozytywna intencja, a tym, co najbardziej pomaga w rozwoju, jest poznanie czy też aktywowanie własnego potencjału.

Obecnie szkolenia NLP  dostępne są prawie dla wszystkich, bez względu na doświadczenie i wykształcenie – to też budzi kontrowersje. Jednak należy rozróżnić osobę, która po kilkumiesięcznym kursie neurolingwistycznego programowania przyznaje sobie prawo do leczenia innych bądź prowadzenia nieetycznych coachingów, od specjalisty, który otrzymał certyfikat PS NLPt, uprawniający do ubiegania się o Europejski Certyfikat Psychoterapii. Wcześniej zaś ukończył czteroletnie szkolenie, obejmującego m.in. 400-godzinny staż kliniczny w placówkach ochrony zdrowia lub ośrodkach psychoterapeutycznych, w których stażysta ma możliwość kontaktu z pacjentami o zróżnicowanej diagnozie, w tym cierpiącymi na głębsze zaburzenia oraz współpracy z lekarzami psychiatrami – jak podają twórcy Polskiego Stowarzyszenia NLP. Szarlatani i domorośli specjaliści pojawiają się w obrębie każdego nurtu psychoterapeutycznego i nawet jeśli w NLP jest ich nadreprezentacja, nie przekreśla to narzędzia jako takiego i skuteczności neurolingwistycznego programowania. Podobnie jak użycie noża do zabójstwa czy posmarowania chleba, w każdym z tych przypadków nie jest opowieścią o nożu, a o człowieku z niego korzystającym.

Wszystkie zasoby

Weronika zakończyła sesje po pół roku, gdy zrozumiała, że wybiera na partnerów mężczyzn manifestujących na zewnątrz siłę, apodyktycznych, ale zwykle ubogich pod względem emocjonalnym, niepotrafiących żyć w relacji. Wierzyła, że musi pełnić rolę osoby uległej, by zasłużyć na miłość lub awans – tak skonstruowana była jej mapa.

Zmiany rozpoczęła od łatwiejszego obszaru – pracy. Poprosiła przełożoną o dodatkowe zajęcie, jakim było prowadzenie szkoleń z technik sprzedaży dla telemarketerów. Weronika chce bowiem zostać trenerką i wie, że to pierwszy dobry krok w tym kierunku.

Jeśli nie metoda NLP, to:

Szkoła Negocjacji – roczny, wielowątkowy i precyzyjnie przemyślany kurs łączący w sobie najbardziej aktualne narzędzia negocjacyjne z technikami komunikacyjnymi, wywierania wpływu oraz bogatym zapleczem praktycznym i teoretycznym. Szkoła rozpoczyna się treningiem interpersonalnym, a wśród prowadzących pojawiają się najbardziej znani na świecie negocjatorzy.

Terapia poznawczo-behawioralna – skupiona na określonym celu, ograniczona liczba sesji, praca skupia się – podobnie jak w NLP – na nawykach, zachowaniach oraz języku. Atutem jest możliwość pogłębionej pracy nad sobą.

  1. Psychologia

Asertywne, a nie uległe – jak mądrze pokierować dzieckiem?

Jeśli zależy nam, żeby dziecko nie ulegało zbytnio wpływom otoczenia, nauczmy je asertywności w odpowiednim momencie. Przede wszystkim dając mu dobry przykład. (Fot. iStock)
Jeśli zależy nam, żeby dziecko nie ulegało zbytnio wpływom otoczenia, nauczmy je asertywności w odpowiednim momencie. Przede wszystkim dając mu dobry przykład. (Fot. iStock)
Człowiek nie rodzi się asertywny. To sztuka, której trzeba się nauczyć. Lekcji w szkole nie ma, ale są rodzice.

Mama czternastoletniej Asi: Moja córka ma problem z odmawianiem i wyrażaniem swojego zdania. Zgadza się na wszystkie propozycje koleżanek, nawet wbrew sobie. Jeżeli już mówi „nie”, to zazwyczaj ucieka się do jakichś wykrętów czy wręcz kłamstwa. Ostatnio pożyczyła swoją cenną książkę przyjaciółce, a ta, bez jej zgody, dała ją koledze i – już po fakcie – wysłała Asi SMS: „Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko?”. Asia była wściekła. Zapytałam, dlaczego z nią nie porozmawia. Odpowiedziała: „I cóż by to teraz dało?”. A gdy się spotkały, słyszałam, jak zapewniała przyjaciółkę: „Nic się nie stało”. Bardzo mnie to niepokoi. Jak nauczyć ją asertywności?

Dobry przykład

Umiejętność mówienia „nie”, zwana asertywnością, nie jest cechą, z którą człowiek przychodzi na świat. Wszystkie nasze interakcje z innymi, także relacje rodzinne, są dla dziecka wskazówką, jak postępować. Jeśli my zgadzamy się, by ludzie wchodzili nam na głowę, pomagali nawet wtedy, gdy tego nie chcemy, to ono bierze z nas przykład i również może pozwalać na ingerowanie innych w swoje sprawy.

Wielu rodziców, podobnie jak mama Asi, dostrzega potrzebę uczenia dziecka asertywności dopiero, gdy wkracza w wiek dorastania. Rzeczywiście, w tym okresie ta umiejętność okazuje się bardzo potrzebna, ponieważ młodzi ludzie są szczególnie podatni na wpływy grupy. Badania wykazują, że ponad połowę dnia spędzają z rówieśnikami i w ich towarzystwie czują się najszczęśliwsi. To czas, kiedy szukają odpowiedzi na pytania: „kim jestem? na co mnie stać?...”. Grupa stanowi dla nich oparcie. Pozwala nabrać przekonania, że są w porządku. Pomaga czuć się rozumianym i bardziej zrozumieć siebie. Daje poczucie przynależności. Dzięki grupie młody człowiek może wypróbować nowe role. Wpływ koleżanek i kolegów jest najsilniejszy w takich kwestiach jak sposób ubierania, szkoła, ale także alkohol i narkotyki. Może być siłą konstruktywną lub destrukcyjną.

Nic więc dziwnego, że rodzice szukają sposobu na przekonanie dziecka, że warto, a czasem wręcz trzeba, przeciwstawić się grupie. Często robią to jednak zbyt późno. Nie zauważają, że w kształtowaniu mocnego charakteru dziecka ważniejsza jest nie jakaś magiczna metoda, ale przede wszystkim własny przykład.

Chcąc pokazywać dziecku, jak nie ulegać wpływom innych, musimy sami umieć się przed nimi obronić. A nie ulega innym ten, kto umie wyrażać swoje uczucia, myśli i życzenia, nie deprecjonując ich u drugiej osoby. Kto czuje, że ma prawo do wyznaczania swoich granic, ten zna swoją wartość. To podstawa. Asertywność kształtuje się przez wzmacnianie dobrych stron dziecka, pochwały, obdarzanie zaufaniem. Zabija – przez nieustanną krytykę, wyśmiewanie, porównywanie z innymi, umniejszanie osiągnięć. Co zatem znaczy „być asertywnym”? Człowiek asertywny bezpośrednio przekazuje swoje myśli, uczucia i życzenia. Mówi otwarcie i wprost to, co myśli. Powie na przykład: „Chcę pójść na pizzę”. Nieasertywny zaś będzie podpytywać innych: „Dokąd pójdziemy coś zjeść?”, ubiegać: „Na pewno, jak zawsze, masz ochotę na sushi”, albo badać: „Dlaczego nie lubisz pizzy, przecież każdy lubi?”.

Mądry Jaś

Jeżeli chcemy nauczyć dziecko, jak nie ulegać wpływom innych, powinniśmy od małego pokazywać mu, jak ważne jest wyrażanie swoich myśli, sądów i oczekiwań. Najlepiej poprzez informowanie, czego sami od niego oczekujemy. Gdy chcemy, na przykład, by umyło ręce i zjadło obiad, powiedzmy to jasno, w formie polecenia. Nie dajmy mu możliwości wyboru, czy ma to zrobić, czy nie. Wybrać może jedynie sposób, w jaki wykona to polecenie.

Pomocne może okazać się zatrzymanie jego uwagi na tym, co do niego mówimy. Bywa to bardzo trudne, bo dziecko pochłonięte zabawą, zapomina o otaczającym świecie. Dlatego najlepiej zbliżyć się do niego i na przykład przykucnąć (albo wziąć na ręce), aby nasze oczy znalazły się na poziomie jego oczu. Powstrzymajmy się przy tym przed jakimkolwiek działaniem, mówieniem, dopóki na nas nie spojrzy. A kiedy popatrzy, zwróćmy się do niego po imieniu. Dobrze jest wziąć je za rękę, żeby bardziej czuło naszą fizyczną bliskość. Wtedy powiedzmy spokojnie, czego od niego chcemy. Przyswojenie sztuki spełniania cudzych oczekiwań jest jak nauka czytania. Im więcej zmysłów dziecka przy tym angażujemy, tym większe prawdopodobieństwo, że w krótkim czasie biegle opanuje tę umiejętność.

Na początku dzieci będą oczywiście stawiać nam opór, odmawiać, sprzeciwiać się, a nawet reagować agresją, bo takie badanie granic jest związane z ich rozwojem. Nie możemy się ugiąć. Nie należy pytać: „Dlaczego odzywasz się w taki sposób?”.

Nie sprawdzają się też groźby w rodzaju: „Za takie zachowanie nie wyjdziesz na podwórko”. Absolutnie nie wolno odpowiadać agresją na agresję. Należy kierować jasny, prosty komunikat: „Boli mnie, kiedy mnie bijesz. Jeśli chcesz, żebym zwróciła na ciebie uwagę, powiedz: »Mamo, chcę ci coś powiedzieć«. Nie zgadzasz się ze mną? Więc powiedz: »Mamo, nie zgadzam się z tobą«. Kiedy tak powiesz, wysłucham cię. A jeśli będziesz krzyczał, wyjdę z pokoju”.

Dziecko często biegnie do nas, poskarżyć się na kogoś: „Janek mnie popchnął!”. Na ogół odpowiadamy: „nie skarż”, albo decydujemy, by samo rozwiązało konflikt. Czasem karcimy to, które naszym zdaniem jest winne. Tymczasem kiedy nasz maluch zgłasza problem naruszenia jego granic przez inne dziecko, należy najpierw spytać: „Czy to ci się podobało?”. Takie pytanie wydaje się czysto retoryczne, ale jest bardzo istotne, bo zmusza do wypowiedzenia kluczowego dla asertywności słowa „nie”. A ta właśnie umiejętność jest najbardziej potrzebną do ustalenia własnych nieprzekraczalnych granic. Dziecko, które potrafi to mówić, oprze się wpływom innych.