1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ranga osobista - co może się kryć pod maską siły i władzy?

Ranga osobista - co może się kryć pod maską siły i władzy?

fot.123rf
fot.123rf
Wszyscy mamy dostęp do wewnętrznego potencjału. Do wynikającego z niego poczucia mocy, do świadomości siebie i pewności, że tacy jacy jesteśmy, jesteśmy w porządku, godni uwagi, akceptacji, zachwytu. Małe dzieci próbują zrealizować te doznania, wcielając się w role bohaterów dysponujących wielką potęgą. Tak wielką, jak to wynika z ich odczuć. Jednak czasami ktoś nam tą moc odbiera.

Złe słowa, krytycyzm, zbyt mało miłości, przemoc odcinają nas od naturalnego poczucia bycia w porządku. Mocy możemy zostać pozbawieni na każdym etapie życia, ale najczęściej dzieje się to wcześnie, już w dzieciństwie. Człowiek wtedy wewnętrznie maleje, znika, czuje się ofiarą, wpada w bezsilność, rezygnację, poddanie. Zamyka się w wewnętrznej skorupie małości i nieśmiałości, która z jednej strony chroni go przed światem, a z drugiej go od tego świata odcina. Ale każdy z nas ma w sobie również jakąś fantastyczną potrzebę równowagi, dążenie do harmonii. W przypadku kiedy aspekt siły jest zdegradowany, staramy się tę degradację wyrównać, doprowadzić do sytuacji kiedy znów, a może pierwszy raz w życiu, będziemy czuć się w mocy. Z tego typu procesem wiąże się zjawisko rang, czyli przywilejów, siły i władzy realizowanych na różnych poziomach i w różnych obszarach życia. Jak pisze Arnold Mindell, twórca psychologii zorientowanej na proces, ranga to świadoma lub nieświadoma, społeczna lub osobista zdolność lub władza pochodząca z kultury, wsparcia społeczności, własnej psychiki i duchowej mocy.

Co zjawisko rangi oznacza w praktyce? Możemy dysponować rangą osobistą, inaczej psychologiczną, czyli odczuciem siły płynącym ze stanu ducha, wewnętrznego hartu. W sposób naturalny posiadają ją osoby, które miały stabilne, szczęśliwe dzieciństwo. Oczywiście, ludzie, którzy przeszli przez trudne doświadczenia życiowe, nie są na straconej pozycji. Zyskują oni rangę osobistą poprzez pracę nad sobą, walkę z przeciwnościami losu, „hartują się w boju”. Zazwyczaj uwagę i wysiłki koncentrujemy na osiągnięciu rangi społecznej. Staje się ona naszym udziałem, gdy posiadamy atuty czy zasoby pożądane i doceniane w środowisku, społeczeństwie. Może to być zawód, wykształcenie, stanowisko, stan posiadania i wiele innych czynników, które dają przewagę nad innymi, pozwalają czuć się lepiej. Czasami, budując rangę społeczną, usiłujemy zniwelować pustkę wewnętrzną, charakterystyczną dla rangi psychologicznej. Sukcesy w pracy, rozwinięta kariera, dobry samochód w takich przypadkach nie są wynikiem spełnienia w pewnej dziedzinie, a raczej służą zagłuszeniu stałego wewnętrznego odczucia słabości. To jakby drogą na skróty do odczucia siły. Sposób na doznanie akceptacji, poważania, uznania, szacunku. Zazwyczaj bywa to jednak droga donikąd. Poczucie wewnętrznego niedostatku nosimy w sobie i nie można go zniwelować poprzez zewnętrzne atrybuty. Sprawy psyche trudno załatwić na zewnątrz. Jedynym lekarstwem jest zajrzenie w głąb siebie, rozwiązanie konfliktów wewnętrznych. Droga wiedzie poprzez stopniowe wychodzenie ze skorupy, która niegdyś niezbędna jako obrona w nieprzyjaznym środowisku, teraz jest tylko ograniczeniem i odcina od świata i ludzi. Uświadamianie sobie, że to co jest w środku niej, cały czas jest i było naprawdę w porządku i zasługuje na to, by wyjść na zewnątrz, przywraca sprawy na właściwe miejsca. Gdzie kariera jest karierą, pieniądze pieniędzmi a relacje i uczucia to coś zupełnie innego i te sprawy nie mieszają się ze sobą.

Więcej na ten temat w rubryce „Studium przypadku” w grudniowym numerze miesięcznika SENS

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak kierować swoją energią, żeby uwolnić się od stresu i wewnętrznych konfliktów?

Najbardziej podstawowymi zasobami, do których możemy się odwołać, poszukując w sobie energii, są samoświadomość i harmonia, spójność wewnętrzna. (Fot. Getty Images)
Najbardziej podstawowymi zasobami, do których możemy się odwołać, poszukując w sobie energii, są samoświadomość i harmonia, spójność wewnętrzna. (Fot. Getty Images)
Cel – nie dać się stresom. Strategia – chronić własną energię. Przede wszystkim przed... nami samymi. Bo nic nas tak nie osłabia jak wewnętrzny chaos i konflikty. Spójność, harmonia i świadomość siebie to nasze najważniejsze zasoby – tłumaczy coach Lidia Czarkowska.

Jakie wewnętrzne zasoby mogą nam pomóc radzić sobie ze stresem?
Rozumiem, że rozmawiamy o stresie jako o czymś, co nas podkopuje, drenuje z energii? Bo może być też stres stymulujący, konstruktywny.

Chodzi mi o wewnętrzne zasoby, które nas wzmacniają, sprawiają, że tak zwana rzeczywistość nas nie przerasta.
To ważne pytanie, choć nieczęsto je sobie zadajemy. Co nam daje energię, a co nas jej pozbawia? W tym sensie najbardziej podstawowymi zasobami, do których możemy się odwołać, są samoświadomość i harmonia, spójność wewnętrzna. Bo nic tak nas nie osłabia jak chaos i wewnętrzne konflikty. Ważne jest też nasze osobiste nastawienie do tego, co nas spotyka. Często przytaczam takie dwa zdania: doświadczenie to suma popełnionych błędów. Oraz: doświadczenie to nie jest to, co nas spotyka w życiu, tylko to, jak reagujemy na te wydarzenia i co zrobimy z tym, co nas spotyka. Takie podejście to wielki potencjał obronny przed stresem i załamaniem. Można powiedzieć, że same wydarzenia zewnętrzne to są tak zwane fakty. Na doświadczenie składają się jednak również nasze reakcje i wnioski, jakie z nich wyciągamy. Dlatego jeden człowiek, gdy straci pracę, może wpaść w depresję, a inny uzna, że to świetna okazja, by coś w życiu zmienić i zacząć żyć w zgodzie ze sobą.

Choć mam świadomość, że taka zmiana sposobu myślenia jest możliwa, wiem, że nie jest to szybka droga.
A kto powiedział, że ma być?

Nie chciałaby pani, żeby były takie sposoby radzenia sobie ze sobą jak nowoczesne pigułki przeciwbólowe? Szybko, skutecznie i już z uśmiechem kręcimy się na karuzeli
Nie ma szybkich rozwiązań dających trwałe efekty, choć są rozwiązania proste. Na przykład jedna z zasad Huny mówi, że wszystko, czemu dajemy energię – rośnie. Tak jakbyśmy pielęgnowali ogród. Te rośliny, których doglądamy, mają się dobrze. Te, które zostawiamy samym sobie, obumierają. Takim doglądaniem jest nasza uwaga, bo za nią podąża energia. Jeśli chcemy wyhodować szczęście, powinniśmy się koncentrować na tym, co w naszym życiu dobre, a nie na tym, co nam się nie udało. A to oznacza m.in. nie rozpamiętywać złych chwil, nie snuć czarnych scenariuszy, nie nurzać się zbyt długo w trudnych emocjach. To jeden ze skuteczniejszych sposobów zmiany myślenia.

Który wymaga dyscypliny i dużej samoświadomości
. Dlatego od tego zaczęłam. Samoświadomość pozwala panować nad życiem. Bez niej jesteśmy bezbronni, zależni od okoliczności. To podstawowy zasób, który należy pielęgnować. Sposobów jest mnóstwo. Na przykład coaching dysponuje konkretnymi narzędziami ułatwiającymi samopoznanie. Dzięki nim jesteśmy w stanie ustalić, na czym polega nasz obecny wewnętrzny chaos, na jakim poziomie są konflikty, niespójności. Jeśli to wiemy, możemy z tym pracować. Jeden z modeli pokazuje na przykład, że nasze działanie jest zawsze wypadkową trzech czynników: tego, co myślimy na dany temat, jakie mamy w związku z tym emocje i czego chcemy. Komponent wolicjonalny, czyli wola, umiejscowiony jest w brzuchu, komponent emocjonalny, czyli uczucia – w sercu, a komponent poznawczy, czyli nasze przekonania i myśli – w głowie. Gdy głowa, serce i brzuch mówią jednym głosem, kiedy wszystkie te trzy sfery są spójne, działamy zgodnie ze sobą, nie wytracamy energii. Do tego należy dążyć. Problem w tym, że rzadko kiedy tak się dzieje.

Większość ścieżek rozwojowych mówi to samo: należy dążyć do tego, by nasze ciało, serce i umysł były zjednoczone. Bo kiedy tak się dzieje, możemy spełniać swoje marzenia, działamy zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że coaching też to zaleca.
To, o czym mówię, to klasyczny psychologiczny model postawy. Pięknie opisuje nasz wewnętrzny świat i walki, jakie w nim toczymy. Bo co się dzieje na przykład, kiedy w jakiejś sprawie nasz umysł i serce nie są w zgodzie? Częsta sytuacja: wiem, na poziomie głowy, że palenie mi szkodzi, ale tak bardzo to lubię, że nie umiem sobie odmówić. Albo nie mam ochoty przestać. W efekcie – palę, ale próbuję ciągle rzucić palenie albo mam poczucie winy, miotam się. W każdym przypadku kosztuje mnie to sporo energii.

Może być też tak, że chcę czegoś i nie chcę jednocześnie. Na przykład zjeść czekoladkę i nie zjeść czekoladki. Pójść gdzieś i nie iść.
Niespójność może występować na wszystkich poziomach, nie tylko pomiędzy poszczególnymi elementami, ale też w obrębie każdego z nich. To, co pani mówi, oznacza, że musimy popytać siebie bardziej szczegółowo o motywację, zajrzeć głębiej. Jedną z przyczyn wewnętrznych konfliktów jest niespójność celów. Mamy ich zwykle wiele w życiu, w dodatku nie zawsze są one uświadomione. Niektóre stawiamy sobie sami, inne przejmujemy, na przykład od rodziców, albo narzuca nam je kultura. W dodatku to się zmienia w czasie. Często panuje tu niezłe zamieszanie. Warto co pewien czas robić z tym porządek. Wypisać sobie te cele, uporządkować, zhierarchizować. Niektóre okazują się nieaktualne, a inne wzajemnie się blokują. Typowym objawem takiej sytuacji jest to, że czegoś chcemy i jakoś nam się to nie udaje. Na przykład planujemy, że od przyszłego roku zaczniemy płatne studia, ale jakoś nie możemy odłożyć na nie pieniędzy. Mamy cel, ale działania wcale nas do niego nie przybliżają, wręcz przeciwnie. To znaczy, że nasz faktyczny, głęboki cel jest inny niż ten zadeklarowany, podejmujemy decyzję na głębszym poziomie, choć czasem nawet tego sobie nie uświadamiamy.

Dla mnie ważnym momentem było uświadomienie sobie, że czasem podejmuję decyzję, choć wydaje mi się, że tego nie robię, tylko „tak wyszło” albo „tak trzeba”.
Coaching zgadza się tu z Biblią: po owocach nas poznacie. Wynik pokazuje, jaka ostateczna decyzja zapadła, nawet jeśli jej sobie nie uświadamiamy. Jeśli nie pojechałam na wakacje, „bo jakoś tak wyszło”, to po prostu znaczy, że gdzieś w sobie podjęłam taką decyzję, że nie jadę. Rozumiem jednak, skąd się bierze przekonanie, że to nie była decyzja. Kiedy mówimy: „podjęłam decyzję”, to znaczy potocznie, że pojawiła się w mojej głowie jakaś myśl na ten temat. Ale to iluzja. Ostateczna decyzja zapada wtedy, gdy za czymś podąży nasza energia. A emocje mają najwyższą energię, więc to one decydują. I tu wracamy do naszego trójkąta: brzuch – serce – rozum. Jeśli nie ma spójności, decyzja mentalna może mieć się nijak do ostatecznego wyniku. Albo może się dziać coś, choć pozornie nie podjęliśmy żadnej decyzji, bo nie zaistniała na poziomie myśli.

Co jeszcze może powodować brak wewnętrznej harmonii?
Często zdarzają się nam konflikty na poziomie przekonań i ról. By to zrozumieć, proponuję ćwiczenie, które jest wersją używanego w coachingu koła jakości życia. Rysuję sobie kwiatek ze środkiem i płatkami. Płatków jest tyle, ile ról, jakie odgrywam w życiu. Np. jestem mamą, żoną, wykładowcą, autorem publikacji, trenerem, coachem, córką, przyjaciółką itd. A środek to jest moje ja, czyli to, kim jestem jako człowiek. Kiedy już to wszystko mam, mogę się przyjrzeć, ile czasu i energii wydatkuję na bycie w poszczególnych rolach. I czy mi to odpowiada. Może któraś rola za bardzo dominuje i to mi nie pasuje. Sprawdzam, czy są w tym rysunku jakieś słabe miejsca, role, które chciałabym wzmocnić. Oczywiście, może być tak, że z którejś z nich świadomie rezygnuję w danym momencie. Ale bywa, że nie panuję nad tym, i taki deficyt mnie na dłuższą metę osłabia, bo czuję się niespełniona. W ostatecznym rozrachunku energetycznym ważne jest określenie, ile czasu, energii i uwagi zabiera każda z ról, a ile daje.

Jak to ocenić?
Generalnie jest tak, że rola nas karmi, gdy jest spójna z nami. Na przykład jeśli bawię się beztrosko z moimi dziećmi, czerpię z tego siły. Jeśli spędzam z dziećmi czas, ale w głębi duszy tego nie lubię, tylko to robię, bo czuję, że powinnam, zabiera mi to energię. To subiektywna sprawa. Trzeba to sobie uświadomić, bo zawsze są jakieś możliwości, by dopasować tę rolę do siebie. Wówczas nie tracimy energii. Jeśli jest odwrotnie, drenujemy się z energii i osłabiamy. Tracimy radość życia. Walka z samym sobą nas zjada.

Tylko że do tego trzeba wiedzieć, kim się jest.
Po to jest w tym ćwiczeniu środek kwiatka. Kim jestem? Gdybym spytała o to panią, co by pani odpowiedziała?

Hm... sobą.
Super. A co to dla pani znaczy?

Że się nie boję. No i jest w tym jakaś radość, wolność.
Co panią wyróżnia spośród innych ludzi, którzy też są sobą?

Trudno mi to nazwać, byłoby mi to łatwiej pokazać.
Świetnie. Powiem pani, co zobaczyłam w tym ruchu. Kreatywność i lekkość. Coś jeszcze?

Chyba wystarczy. Rozumiem, że w ten sposób można to odkryć?
Tak. Choć dla wielu ludzi takie ćwiczenie jest trudne, bo mają kiepski dostęp do siebie. Np. definiują siebie tylko poprzez role. Skończyłam takie a takie studia, nie pracuję, mam tyle a tyle lat, jestem kobietą. Trzeba długo pracować, by pomóc im oddzielić siebie od ról. Czasem ludziom pomagają etykietki, symbole, określenia o charakterze porównawczym, np. jestem wcieloną dobrocią. Poszukują nazwy na swoją tożsamość.

Mnie przychodzi na myśl motyl.
Świetnie. A więc pani jest motylem, który pełni funkcje dziennikarki, matki, żony itp. Jak to się ma do siebie? Każda rola ma swoje ramy, które określają, co się w niej mieści, a co nie. Rola społeczna to jest pakiet oczekiwań przypisanych do konkretnej pozycji w strukturze społecznej. Poza tym są jeszcze oczekiwania konkretnych osób. Na przykład jestem żoną i to ma konkretne społeczne i kulturowe ramy, ale oprócz tego są jeszcze oczekiwania mojego męża, moje własne, moich teściów itp. Dlatego na styku ja – rola dochodzić może do wewnętrznych konfliktów, które, jak już mówiłyśmy, są energetycznie kosztowne. Możliwy jest konflikt pomiędzy osobą a rolą, pomiędzy rolami, konflikt w roli – istnieje nieskończenie wiele odmian tej sytuacji. Choćby na poziomie wartości: ktoś jest katolikiem i ginekologiem, który dokonuje aborcji. Albo w ramach samej roli, np. menedżer średniego szczebla, od którego zwierzchnicy oczekują, że będzie uległy wobec nich, ale nieugięty wobec podwładnych.

Przeżywałam spory konflikt między moją osobowością a rolą matki. Dużo mnie to kosztowało, wpadłam niemal w depresję, nie mogąc sprostać wymaganiom. Wcale mnie to nie dziwi: tu motyl, a tu odpowiedzialność, przyziemność, dbanie o innych... podczas takiej analizy zadałybyśmy sobie pytanie: jak napisać dla pani rolę mamy. Jak kreatywnie stworzyć ją na nowo, by mogła pani ją odegrać z radością. Chodzi o to, by nasze role przedefiniować, a nie z nimi walczyć. Wojna zawsze nas osłabia. Jeśli to, co robię, zmusza mnie do udawania kogoś, kim nie jestem – więdnę, słabnę. Jeśli moja dusza emanuje poprzez to, co robię – rozkwitam. Do takiej spójności dążymy. To w sumie proste.

Dr Lidia D. Czarkowska, psycholog, socjolog, antropolog; konsultant, trener, coach, mentor i superwizor. Od ponad 20 lat wspiera rozwój ludzkiego potencjału. Założycielka i dyrektor w latach 2010-2018 Centrum Coachingu i Mentoringu Akademii Leona Koźmińskiego, Twórca i kierownik trzech kierunków studiów podyplomowych: Coaching profesjonalny, Coaching menedżerski oraz Mentoring, adiunkt w Katedrze Nauk Społecznych Akademii Leona Koźmińskiego. Mama czwórki dzieci. Miłośniczka gór, tanga i kotów.

  1. Psychologia

Jak wyleczyć się z traumy?

Trauma szokowa jest wynikiem przeżyć, na które składają się trzy czynniki: za dużo, za szybko i za nagle. (Fot. iStock)
Trauma szokowa jest wynikiem przeżyć, na które składają się trzy czynniki: za dużo, za szybko i za nagle. (Fot. iStock)
Zdaniem dr. Petera A. Levine’a, trauma nie zawsze jest wynikiem wielkiej katastrofy. Może doprowadzić do niej seria pozornie małych niepowodzeń. I choć mózg już o nich dawno zapomniał, to ciało magazynuje trudne doświadczenia. O Somatic Experiencing, metodzie pracy z traumą poprzez ciało, opowiada psychoterapeutka Dorota Hołówka.

Metoda leczenia z traumy Somatic Experiencing wydaje się bardzo nowatorska. Jej autor, dr Peter A. Levine, uważa, że człowiek rodzi się ze zdolnością do przezwyciężania traumy.
Somatic Experiencing (SE), metoda, którą do Polski wprowadził Instytut Terapii Psychosomatycznej, zajmuje się głównie traumą szokową, czyli przeżyciami, na które składają się trzy czynniki: za dużo, za szybko i za nagle. W takich sytuacjach układ nerwowy nie jest w stanie zintegrować tego, czego człowiek doświadcza na poziomie emocjonalnym. Przykładem może być wypadek samochodowy, w którym ginie bliska osoba. Organizm, żeby móc przetrwać i ochronić się przed odczuwaniem cierpienia, wchodzi w fazę ucieczki albo zamarcia.

Doktor Levine obserwował zwierzęta i zauważył, że gdy przetrwają zagrożenie, zaczynają mocno drżeć. W ten sposób wyładowują napięcie mięśniowe, pojawiające się wskutek silnego stresu, a ich układ nerwowy sam się reguluje i trauma znika. U ludzi nie jest to takie proste. Długo rozpamiętujemy trudne sytuacje, zaczynamy fantazjować, tworzyć czarne myśli i ciągle dostarczamy układowi nerwowemu informację, że nie jest bezpiecznie. Często myślimy, że skoro potrafimy opowiadać o bolesnym wydarzeniu, znaczy, że się go pozbyliśmy. Nic bardziej mylnego – mówi nasze ciało, które je przechowuje. Mogą to być ramiona, brzuch, kark, stopy czy dłonie. Są osoby, które budzą się z rękami poranionymi od zaciskania pięści. To, w którym miejscu w ciele zapisuje się trauma, zależy od naszej fizjologii i rodzaju przeżycia. Jeżeli źródłem traumy jest doświadczenie związane z seksualnością, może to być miednica. Tam zamraża się historia. Uwalniamy się od traumy, kiedy bez problemu możemy o niej opowiedzieć i jednocześnie odczuwać swoje ciało, jednak z moich obserwacji wynika, że zazwyczaj tracimy zainteresowanie tą historią.

Czyli rozum stara się przechytrzyć nasze ciało. Jak Somatic Experiencing pomaga uleczyć traumę, którą zamrażamy w ciele?
Terapeuta rozmawia z klientem o tym, co się wydarzyło tuż przed traumatycznym doświadczeniem i zaraz po nim, a nie o samej traumie. Z uwagą i delikatnością pyta, co się w tym czasie dzieje w jego ciele. Peter A. Levine uczy terapeutów, by zauważali moment, w którym klient za bardzo zbliża się do traumatycznego przeżycia. Wtedy należy sięgnąć do zasobów klienta zebranych podczas wcześniejszych sesji. W ten sposób osoba w traumie zaczyna wracać pamięcią i ciałem do chwil sprzed zagrożenia i regulować swoje reakcje w ciele.

Czym są te zasoby klienta?
W czasie pierwszych sesji terapeuta dowiaduje się, co daje klientowi poczucie stabilności w ciele. Pyta: co sprawia, że czujesz się komfortowo, jak to rozpoznajesz? Jakie masz pierwsze skojarzenie z przyjemnością? Może to być sposób siedzenia. Strategiczną postawą, nad którą się pracuje, są dobrze osadzone na podłodze nogi i oparcie pod plecami. Wracając do tej pozycji, osoba w traumie czuje, że się nie przewróci, czuje się bezpiecznie. Jednak nie możemy niczego zakładać – to klient sam dla siebie ma odnaleźć poczucie stabilności. Zasobami są również obrazy, np. plaża, góra, otwarta przestrzeń czy kolory, zapachy, dotyk, dźwięki. Klient zauważa: „O, wstrzymałem oddech, co będzie, jak zacznę swobodnie oddychać?”. I wtedy może przyjść mu na myśl jakiś obraz. Układ nerwowy zaczyna sam się regulować.

Czasem trudno rozpoznać i nazwać odczucia w ciele.
Tak, dlatego to długi proces. Jako terapeutka nie mogę pospieszać, oceniać, podpowiadać, bo wiem lepiej. Ważny tu jest szacunek i zaufanie do klienta. W końcu sam zaczyna mówić, że odczuwa lekkie napięcie, że ma spłycony oddech i uczy się rozluźniać. Zauważa, że jeśli w tym momencie skupia się na oddechu, oddech się wydłuża i zaczyna ufać ciału. Często w przypadku traumy ciało jest dla nas piekłem. Nie chcemy poczuć smutku, tłumacząc sobie, że to oznaka słabości i trzeba go stłumić, a okazuje się, że tak naprawdę za smutkiem kryje się wielka rozpacz, przerażenie, których się boimy. Ze strachu, że się rozpadniemy, nie dopuszczamy do siebie tego przerażenia. Trzymamy je w ciele i blokujemy. Na prośbę: „Spróbuj to poczuć”, często słyszę od klienta: „Nie chcę, bo się rozpadnę”. Ciało wysyła sygnał: „Nie przeżyjesz tego”. Wtedy cofamy się i łapiemy moment tuż sprzed tego smutku. I tak zaczyna się nauka, jak wchodzić w stan równowagi, korzystając z własnych zasobów.

No dobrze, w czasie sesji w obecności terapeuty osoba w traumie zaczyna się dobrze czuć, potrafi nazwać odczucia w ciele, przywołać dobre skojarzenie, wyregulować układ nerwowy. Ale co dzieje się po wyjściu z gabinetu, po skończeniu terapii? W dalszym życiu? Czy SE jest skuteczne długoterminowo?
Tak. Terapia kończy się dopiero, gdy klient wyjdzie całkowicie z traumy. Sesje Levine’a z żołnierzami są najlepszym tego dowodem. Żołnierze uwalniali się od tików, które pojawiły się na skutek doświadczenia np. huku bomb. W tej metodzie najważniejsze jest, że terapeuta tylko zadaje pytania, a klient sam uczy się, jak może sobie pomóc. Gdy wyjdzie na zewnątrz, nie zapomni tego, bo sam do tego doszedł, sam się rozluźnił, skorzystał z oparcia czy przywołał wspierający obraz. Terapeuta dodatkowo wzmacnia tę naukę. Zatrzymuje się na momentach rozluźnienia i dopytuje. Przepracowujemy te momenty jakby w zwolnionym tempie. Obserwujemy wspólnie, że ciało inaczej reaguje w chwili zagrożenia. Nie wpada już tak łatwo w panikę, bo mimowolnie czerpie z tych zasobów, których wcześniej nie było świadome.

Na przykład?
Kiedy widzę wypadek, roztrzaskany samochód, krew, pogotowie, słyszę wycie syreny – moje ciało ma już utrwalone obrazy i skojarzenia, które nie pozwolą mi wpaść w panikę i wrócić do mojej historii. Już mam przepracowaną traumę na wszystkich poziomach i na to miejsce pojawia się skojarzenie, które wypracowałam – ten obraz czy dźwięk mnie reguluje. Ciało zaczyna odwracać proces, a ja pozostaję w równowadze.

Czy Somatic Experiencing jest metodą stosowaną w szpitalach? Czy idzie w parze z terapiami farmakologicznymi?
Niestety, nie idzie w parze, bo zazwyczaj lekarze są zamknięci na takie metody. Moje koleżanki psycholożki pracujące w szpitalach są osamotnione w działaniu, bo nikt nie traktuje poważnie metod, które stosują. A ci lekarze, którzy poza farmakologią chcieliby wprowadzać inne formy terapii czy badać ich skuteczność, muszą to robić, mówiąc kolokwialnie, „poza protokołem”. Inaczej wygląda to np. w krajach skandynawskich czy w Izraelu, gdzie nawet dofinansowuje się szkolenia w zakresie SE.

Mam wrażenie, że ci, którzy potrzebują pomocy w leczeniu traumy, nie są świadomi, że takie metody jak Somatic Experiencing istnieją i są skuteczne. Jeżeli mamy w swoim otoczeniu osobę, która nie potrafi poradzić sobie z jakimś doświadczeniem, jak możemy namówić ją na pomoc? Nie zrazić, ale nakłonić?
Najpierw proponuję przyjrzeć się sobie: dlaczego ja chcę tej osobie pomóc? To jest niezwykła praca indywidualna. Co takiego we mnie się dzieje, że nie potrafię udźwignąć tego, że ktoś przeżywa traumę? I nie zabrzmi to może naukowo, ale magiczne jest, że jeśli przepracuję niepokój o tę osobę, zwłaszcza gdy dotyczy kogoś bliskiego, np. dziecka, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nagle ta osoba zaczyna czuć się lepiej. Warto siebie pytać, co się ze mną dzieje, gdy się martwię o kogoś. To bardzo nas uwalnia, stajemy się odpowiedzialni za nasze relacje. Inny sposób to zapytać tę osobę, czy chce sobie pomóc i uszanować jej odpowiedź, jeśli usłyszymy: nie. Może nie jest gotowa. Nie zakładajmy, że jeśli u kogoś dzieje się coś złego, to potrzebuje pomocy w tym momencie. To naturalne, że chcemy, by bliscy czuli się szczęśliwi. To jest jak z zamartwianiem się. Sama bardzo martwiłam się o bliskich. Zaczęłam się więc temu mechanizmowi przyglądać. Często martwiąc się o kogoś, osłabiamy tę osobę. Stawiamy się w pozycji, że jesteśmy lepsi. Martwię się, czyli uważam, że on jest słaby, że sobie nie da rady. A potem okazuje się, że ten ktoś jest bardzo silny i zaradny. Warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nasze myślenie wzmacnia osobę, której chcemy pomóc. Prosty przykład: czy jako dziecko lubiłam, kiedy rodzice martwili się o mnie? Gdy pytali: „Dlaczego nie zjadłaś śniadania? Co zrobisz, gdy ci nie pójdzie na spotkaniu?” – jaką wywoływało to reakcję? Raczej taką: „Mamo, uwierz we mnie trochę. Nic mi nie jest, nie jestem głodna. Dam radę”. Nawet jeśli nie komunikujemy bliskiej osobie, że się o nią martwimy, ale tak myślimy, ona to odczuwa i to ją osłabia. Lepiej pomyśleć: co silnego w niej widzę? Ile razy już w życiu sobie poradziła? Zracjonalizowanie, dlaczego chcę pomóc czy dlaczego się martwię, bardziej pomaga niż samo pomaganie. Dopóki nie zobaczę w drugiej osobie potencjału i siły do zmiany, dopóty w żaden sposób jej nie pomogę. To dotyczy wszystkich relacji, również relacji: terapeuta – klient. Jeśli jest to dla mnie trudne, to należy zastąpić chęć pomagania pracą nad sobą.

Dorota Hołówka psycholożka, psychoterapeutka, założycielka Stowarzyszenia Nowa Psychologia. Pracuje m.in. metodą Somatic Experiencing. Twórczyni autorskiego programu pracy z ciałem. Prowadzi cykliczne sesje i warsztaty skupiające się m.in. na uzdrawianiu lęków. 

Tekst pochodzi z archiwalnego wydania magazynu "Sens"

  1. Psychologia

Energia z kamienia – na czym polega litoterapia?

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Śpiewając, że brylanty są najlepszymi przyjaciółkami kobiety, Marilyn Monroe myślała prawdopodobnie o ich pięknie. Średniowieczna mniszka Hildegarda z Bingen przypisywała im jednak także działanie lecznicze.

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. Najbardziej znana jest dziś praca Hildegardy z Bingen, w której średniowieczna mniszka polecała m.in. szmaragd na atak padaczki czy silne bóle głowy. Historycy przywołują również zapiski Pliniusza Starszego, powstałe w I wieku naszej ery.

Litoterapia, czyli leczenie kamieniami (od lithos – kamień i therapeuo – leczenie, pielęgnacja) opiera się na zasadzie przepływu energii. Kamienie pochodzenia mineralnego zawierają te same pierwiastki co ciało człowieka i mogą uregulować biochemiczny niedobór albo nadmiar w organizmie.

Terapeutyczne działanie kamieni, odrzucane przez medycynę akademicką jako naukowo niepotwierdzone, ma jednak wielu zwolenników. „Dlaczego na przykład korale bledną, gdy osoba je nosząca choruje na niedokrwistość, a odzyskują barwę, gdy wraca do zdrowia?” – pyta prezes polskiej filii światowej federacji medycyny alternatywnej Zbyszko Patyk i zwraca uwagę, że z przeprowadzonych kiedyś badań wynikło, że ułożone wokół głowy kryształy zmieniają zapis encefalogramu.

Mimo niechęci naukowców do litoterapii (która być może wzięła się po części stąd, że sama nazwa powstała w kręgach newage'owskich w latach 70. XX wieku) ma ona jednak wielu praktyków, którzy rozwijają ją jako uzupełnienie medycyny zachodniej.

Jak stosować litoterapię?

Zwolennicy metody radzą, żeby wybrać kamień, który do nas przemówi, i stworzyć własne rytuały z jego udziałem: przytrzymać co rano przez kilka chwil w dłoni czy przykładać do punktów energetycznych na ciele.

Ważna jest również odpowiednia pielęgnacja kamienia, trzeba go czyścić zgodnie ze wskazówkami, czasem w czystej wodzie, w innych przypadkach np. w roztworze soli.

Terapeutyczne znaczenie będzie miało ponadto noszenie biżuterii z wybranym kamieniem czy nawet postawienie go w swoim pokoju.

O kilka wskazówek poprosiliśmy prowadzącą sesję terapii kryształami Alicję Radej (@alicja_radej). Oto, co poleciła na nękające nas często schorzenia fizyczne i psychosomatyczne:

  • na bezsenność: ametyst, celestyn, czaroit, howlit, hematyt, lapis lazuli, sodalit, malachit;
  • na otyłość: czarny onyks, turmalin, kamień księżycowy, cytryn;
  • na wzmacnianie odporności: heliotrop, ametyst, czarny turmalin, zielony kalcyt, karneol, kwarc;
  • na bóle miesiączkowe: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menstruacją: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menopauzą: cytryn, granat, lapis lazuli, perła, kwarc różowy, rubin, heliotrop.

Wszystkie te kamienie są do kupienia w Polsce.

Kamienie lecznicze wg Hildegardy z Bingen

  • szmaragd
  • hiacynt
  • onyks
  • beryl
  • sardoniks
  • szafir
  • sard
  • topaz
  • chryzolit
  • jaspis
  • praz
  • chalcedon
  • chryzopraz
  • karbunkuł
  • ametyst
  • agat
  • diament
  • magnetyt
  • liguriusz
  • kryształ
  • perła rzeczna
  • karneol
  • alabaster
  • wapień
  1. Psychologia

Jak rozmawiać z dzieckiem o jego chorobie – pytamy psycholożkę kliniczną Martę Rusek

Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Choć mali pacjenci przechodzą choroby nowotworowe inaczej niż dorośli i częściej od nich zdrowieją, to dla rodziców, którzy poznają diagnozę jako pierwsi, jest ona szokiem. Jak rozmawiać o tym z dzieckiem? Ile mu powiedzieć? Gdzie szukać wsparcia, żeby mieć siłę na opiekę? Wyjaśnia Marta Rusek, psycholożka kliniczna współpracująca z Fundacją Onkologiczną Alivia.

Co roku w Polsce aż 1300 rodziców małych i nastoletnich pacjentów słyszy diagnozę „nowotwór”. A kto mówi o chorobie dziecku? Czy to zawsze rola rodzica?
To zależy od wieku pacjenta. Jeśli rozmawiamy o dziecku do wieku wczesnoszkolnego, to lekarz informuje na początku tylko rodziców. Nastolatek najczęściej zapraszany jest do gabinetu razem z dorosłymi. Rozmowa odbywa się w ich obecności, czasem z udziałem psychologa.

Czy są jakieś zasady prowadzenia takich rozmów?
Oczywiście. W onkologii dziecięcej obowiązuje kilka żelaznych zasad. Po pierwsze, pacjenta prowadzi tylko jeden lekarz, do którego pacjent z czasem bardzo się przywiązuje, i wzajemnie. Nie narażamy dziecka na zmiany lekarza. I to ten lekarz przekazuje informacje o diagnozie. Po drugie, zawsze zakładamy, że chorobę wyleczymy i z takim nastawieniem wszyscy na oddziale onkologicznym pracujemy. Po trzecie, nie wyprzedzamy psychologicznych potrzeb pacjenta.

Co to znaczy?
Kiedy towarzyszyłam lekarzom w rozmowach z pacjentami, staraliśmy się, by informowanie o diagnozie, o rokowaniach czy sposobie leczenia nie było pełnym napięcia monologiem. Raczej nastawialiśmy się na dialog, w którym stosowaliśmy metodę dopytywania.

Na czym polega dopytywanie?
Na tym, żeby nie wyprzedzać pacjenta w rozmowie. Razem z lekarzem staraliśmy się, żeby dziecku nie powiedzieć za dużo. Ono i tak najczęściej domyśla się, co się dzieje; dzieci dużo wiedzą, chociaż bywa, że nikt im oficjalnie nic nie mówi. Często jednak trzeba ten obraz skorygować. Kiedy tuż po rozpoczęciu leczenia pytaliśmy: „Czy chcesz wiedzieć, dlaczego jesteś w szpitalu?”, dzieci początkowo odpowiadały: „Nie chcę nic wiedzieć”. To jest normalne, ale potem się zmienia. Gdy dziecko oswaja się ze szpitalem, z lekarzami, z personelem, z psychologiem, po jakimś czasie samo wraca do tego pytania i chce wiedzieć, na co choruje, jak się je leczy, co oznaczają medyczne słowa. Samo pokazuje, że jest już gotowe na rozmowę.

Dla każdego rodzica zdiagnozowanie choroby nowotworowej u dziecka to szok. Jak rodzice powinni wesprzeć siebie w tej sytuacji?
Po takiej informacji dotychczasowe życie w jednej chwili przestaje istnieć. Rodzic czuje ból, wściekłość, samotność. Ma poczucie, że nikt, kto nie doświadczył choroby dziecka, nie jest w stanie go zrozumieć. Bywa, że na tym etapie ludzie odsuwają się od znajomych i przyjaciół, bo relacje z nimi są w tym momencie zbyt bolesne. Najczęściej zbliżają się do grupy rodziców szpitalnych. Wsparcie ze strony dorosłych, którzy przechodzą to samo, to dobry początek.

Jak prosić tych innych dorosłych o wsparcie?
Najlepsza jest aktywna postawa polegająca na informowaniu, co jest mi teraz potrzebne. Najczęściej wcale nie chodzi o wielkie sprawy, ale o ugotowanie obiadu, przywiezienie czegoś z domu, pomoc w zakupach albo porozmawianie, pobycie. Chodzi jednak o to, żeby tymi wspierającymi osobami byli dorośli, przy których można się na przykład rozpłakać. Przy dziecku rodzic nie powinien płakać, chociaż czasem trudno powstrzymać łzy. Lepiej wyjaśnić, że płacze, ponieważ np. tęskni za domem. Wtedy te łzy stają się dla dziecka zrozumiałe, a jednocześnie pokazujemy mu, że w taki sposób można poradzić sobie z trudnymi uczuciami.

A nie powinien tu wkroczyć psycholog albo fundacja wspierająca rodziców dzieci chorych?
Nie, nikt nie powinien „wkraczać”, tylko raczej być w pobliżu i w gotowości udzielenia do pomocy i wsparcia. Tak się dzieje ze szpitalnym psychologiem lub psychologiem pracującym w fundacji – jest dostępny w razie potrzeby.

I na czym polega jego pomoc?
Najważniejsze jest uświadamianie, że chorowanie to proces, warto to nieustannie powtarzać. To, że w chwili diagnozy rodzic czuje wściekłość, rozżalenie, samotność, bezradność, zaprzecza lub za wszelką cenę szuka winnego, jest normalne. Trzeba wiedzieć, że ma się prawo do odczuwania czasem bardzo silnych emocji. To dla rodziców niezwykle ważne. Dowiadują się, że nie popadli w szaleństwo, ich emocje są naturalne i miną. Człowiek umie się przystosować do nowej sytuacji, do chorowania i leczenia także.

Czy bardziej choroby boją się dzieci, czy ich rodzice?
Nie demonizujmy tego, jak dzieci odbierają chorobę. Już to powiedziałam, ale powtórzę: choroba to jest proces. Inaczej reaguje się na początku, inaczej po miesiącu chorowania, gdy już się wie, że da się z tym żyć. Szczególnie młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Podczas hospitalizacji często bawią się właśnie w szpital, w pacjentów i personel medyczny. Bo dzieci chcą się bawić w to, co ich otacza. Wcielają się w lekarzy i mogą w ten sposób choć na chwilę wyjść z roli pacjenta. Zawsze mnie zadziwiało, jak dużo dzieci wiedzą, jakimi są świetnymi obserwatorami, a nawet ekspertami. Używają żargonu medycznego, zachowują procedury, na przykład wkładając rękawiczki przed zrobieniem zastrzyku lalce. Powtarzają to, co mówi im lekarz, i to jego tonem, znają nazwy leków, dawkowanie, wiedzą, jakie wyniki są w normie, a jakie nie, i bawią się w to. Gdy dziecko inicjuje zabawę w szpital, wiem, że mogę je dopytać, co by chciało wiedzieć.

A jak jest ze starszymi? Nastolatek nie pokaże w zabawie, że jest gotowy do poważnej rozmowy.
Przede wszystkim, by móc rozmawiać z nastolatkiem, trzeba wypracować sobie jego zaufanie. Nie chcemy żadnej „poważnej rozmowy”. Nie sadzamy nastolatka, nie robimy mądrych min. Przede wszystkim temat choroby, która opanowała ciało, bywa często trudny i zawstydzający. Działamy delikatnie, wręcz niezauważalnie odpowiadamy na pytania, do których pacjent dorósł. Ponadto nastolatki mają dostęp do Internetu, zazwyczaj same dowiadują się bardzo wiele o swojej chorobie. Nie potrzebują informacji, a zwykłej rozmowy. Wyjaśnienia różnych wątpliwości, wysłuchania tego, co ich niepokoi.

Czego boją się najbardziej?
Dzieci boją się bólu, jak my wszyscy. Jednak współczesna medycyna na szczęście nie skazuje pacjenta na cierpienie. Wytyczne są jednoznaczne: lekarz ma oszczędzać pacjentowi bólu i ograniczać dyskomfort w każdy dostępny sposób, i lekarze się tego trzymają. Mamy skuteczne środki przeciwbólowe. W onkologii dziecięcej ból traktuje się serio i jest on leczony. Dzieci boją się też zmian, jakie niesie ze sobą choroba onkologiczna – utraty włosów, zniekształcenia po operacji, protez. Boją się tego, co jest nieznane.

A co zrobić, gdy w moim otoczeniu ktoś ma dziecko chorujące na nowotwór?
Być przy tej rodzinie. Nie bać się cierpienia i choroby. A jeśli nie wiemy, jak wspierać – warto po prostu dopytać rodziców: „Jak mogę pomóc?”, „Ugotować coś, posprzątać, zawieźć?”. Rodzic jest tak pochłonięty leczeniem chorego dziecka, że często nie ma czasu zająć się drugim, zdrowym dzieckiem czy domowymi zwierzętami. Warto proponować, że się odbierze ze szkoły zdrowe rodzeństwo, weźmie je na weekend, przenocuje, pomoże w opiece nad psem.

Zdrowe rodzeństwo w obliczu takiej sytuacji schodzi zupełnie na drugi plan…
Niestety, to prawda. Leczenie zajmuje rodzicom tyle czasu i energii, że często nie mają już rezerw na poświęcanie czasu zdrowym dzieciom, tymczasem one potrzebują uwagi, miłości i normalności. Straciły kontakt nie tylko z rodzicami, ale też z rodzeństwem, bo dzieciom zdrowym nie wolno wchodzić do szpitala. Warto zadbać o to, żeby rodzeństwo miało kontakt, żeby do siebie na przykład dzwoniło. Mamy na szczęście do dyspozycji całą technologię.

Czy należy dokładnie wyjaśniać, co dzieję się z chorą siostrą czy bratem?
To znów zależy od wieku i od tego, ile rodzeństwo chce wiedzieć, ale generalnie warto przygotować je na ewentualne zmiany w wyglądzie pacjenta, bo przecież leczenie choroby nowotworowej odbija się na fizyczności. I oczywiście nie chodzi nam tu o przekazanie suchych informacji, tylko o rozmowę, co dzieje się z chorym. Chodzi o to, żeby zdrowe dziecko nie było zaskoczone brakiem włosów czy otyłością wywołaną zastosowaniem sterydów. Albo amputacją, bo przecież i to się zdarza w leczeniu chorób nowotworowych.

To bardzo trudne zadania dla rodzica.
Tak, i tutaj też potrzebne jest wsparcie. Dlatego warto być w stałym kontakcie z psychologiem, który przygotuje rodzica na taką rozmowę, powie, jak ją delikatnie przeprowadzić, a nawet przećwiczy.

Zatem może jednak psycholog powinien takie rozmowy przeprowadzać z rodzeństwem?
Moim zdaniem to jednak rola rodzica, z którym dziecko jest związane i czuje się bezpieczne. Taka próba wprowadzenia obcej, nieznanej osoby, żeby przeprowadziła rozmowę, może być jeszcze bardziej stresująca dla dziecka. Lepiej jest, gdy psycholog przygotowuje rodzica, ale to rodzic rozmawia ze swoim dzieckiem. Taka kolej rzeczy jest naturalna.

Myślę, że bardzo łatwo jest obciążyć zdrowe dziecko chorobą rodzeństwa.
Dlatego tak ważne jest, żeby rodzic szukał wsparcia tylko u innych dorosłych. Nie należy przy zdrowym dziecku płakać, dzielić się swoimi emocjami, szczególnie lękiem, bo dziecko zawsze chce chronić rodziców. A nawet prawie dorosłe, nastoletnie zdrowe dziecko nie może być pocieszycielem dorosłych.

Ale czasem nie ma nikogo innego…
Rodzice często mają takie wrażenie, ale przecież zawsze są wokół nas inni dorośli: lekarz, pielęgniarka, psycholog, znajomi czy chociażby rodzice innych chorych dzieci. Bywa jednak, że rodzicom jest trudno prosić o pomoc, albo nie widzą, że otoczenie jest gotowe ich wesprzeć. Warto by bliscy, przyjaciele takiej rodziny przyjęli aktywną postawę i tak jak już wcześniej wspomniałam – pytali. Czasem ta pomoc może polegać na tym, że choć na chwilę zastąpi się takiego rodzica w szpitalu i będzie on mógł chociażby wyjść na spacer czy do fryzjera.

Chyba nie miałabym odwagi zapytać rodzica, który ma tak chore dziecko, czy chce iść do fryzjera. Nie umiem sobie wyobrazić, że sama miałabym na to ochotę. Myślę też, że społeczeństwo narzuca obraz cierpiącego udręczonego.
Ten fryzjer to może bardziej metafora i pytanie, czy rodzic w trakcie chorowania dziecka ma prawo zająć się też swoimi potrzebami. Widziałam, jak rodzice dawali z siebie wszystko. A przecież leczenie trwa miesiącami, czasem nawet latami. Do opieki potrzeba mnóstwo sił. Niewyspany, udręczony, samotny, przeciążony rodzic nie będzie dobrym wsparciem. Dlatego tak ważne jest, by inni dorośli pomagali rodzicom w odzyskiwaniu, choć na chwilę, poczucia równowagi, pomagali w regeneracji. A co do fryzjera – pamiętam, jak jedna z fundacji zorganizowała wizytę właśnie fryzjera na oddziale – ileż było śmiechu i radości, gdy rodzice mogli wreszcie zająć się sobą.

Zbieram się z pytaniem na temat opieki paliatywnej. Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci, o tym, że nie wyzdrowieją?
Pamiętajmy, że onkologia dziecięca ma inną dynamikę. Dzieci zdrowieją znacznie częściej niż dorośli. Bardzo skutecznie leczymy choroby nowotworowe u dzieci. Ale bywa niestety, że choroba okazuje się silniejsza niż medycyna. I tu obowiązują te same zasady: nic na siłę. Nigdy nie atakujmy pacjenta tym tematem.

Mam poczucie, że rozmawianie o śmierci to nie są mądre monologi, bo to nie czas na nasze, dorosłe przemyślenia czy przekonania np. religijne. To czas na to, by usłyszeć, co myśli o tym dziecko, z jakimi pytaniami się mierzy. Pamiętam pacjenta, który zapytał: „czy w niebie jest McDonald?”, bo usłyszał, że w niebie jest wszystko, co najlepsze, a po śmierci idzie się do nieba. Ale najczęściej to są bardzo nieśmiałe i ulotne momenty, gdy pacjent zastanawia się, jak to jest z tą śmiercią. Chociaż bywały także sytuacje, gdy pacjent, najczęściej nastolatek, zadawał pytanie: „czy ja umrę?”. I tu nie ma jednej dobrej odpowiedzi, ale dla mnie takie pytanie pacjenta jest zawsze punktem wyjścia do rozmowy, co stoi za takim pytaniem, jakie myśli, jakie fantazje, jakie uczucia. Często w rozmawianiu o śmierci nie tyle chodzi o konkretną odpowiedź, ale o stworzenie bezpiecznej atmosfery, by dziecko mogło podzielić się z drugim dorosłym swoimi niepokojami, lękami, refleksjami. Chociaż czasem młody człowiek chce po prostu wiedzieć, jakie są jego rokowania, bo myśli o tym, by móc się z kimś pożegnać, może pogodzić, a może coś komuś ważnego powiedzieć. Tylko w rozmowie z pacjentem możemy poznać, jaki motyw stoi za jego pytaniem.

A czy dzieci boją się śmierci?
Boją się i martwią. Czasem zastanawiają się, co się stanie z ich rzeczami, jak rodzice to zniosą, co będzie po śmierci. Pamiętam dziewczynkę, która w zabawie opowiadała mi, jak sobie wyobraża, co będzie po śmierci. Wyzdrowiała i ma się dobrze, ale widać, że myśl o śmierci może się pojawić.

Nie wiem, który rodzic by to udźwignął…
Dlatego w szpitalu pracują psychologowie. Dzieci potrzebują bezpiecznej przestrzeni – z dorosłym, który nie zabroni poruszania tego tematu, nie wystraszy się ani nie rozpłacze na dźwięk słów „boję się, że umrę”. Chcę podkreślić, że nowotwory są uleczalne i że wbrew aktualnie bardzo złym opiniom na temat służby zdrowia, dziecięcy onkolodzy to w większości kompetentni, empatyczni ludzie, którzy wiążą się bardzo mocno ze swoimi pacjentami i walczą o nich tak samo jak rodzice.

Fundacja Alivia jest Organizacją Pożytku Publicznego, która pomaga chorym na raka m.in. w finansowaniu nierefundowanych terapii i konsultacji. Więcej na temat przekazania 1% podatku na rzecz fundacji na www.alivia.org.pl.

Marta Rusek, specjalistka psychologii klinicznej, psychoterapeutka, psychoonkolożka. Przez wiele lat pracowała jako psycholog na oddziale onkologii dziecięcej. Współzałożycielka Warszawskiego Centrum Psychoonkologii, www.psychoterapia-mokotow.pl.

  1. Psychologia

Somatoterapia – ulecz swoje ciało

Najkrócej można więc określić psychoterapię jako terapię duszy, a somatoterapię jako terapię poprzez ciało. (Fot. iStock)
Najkrócej można więc określić psychoterapię jako terapię duszy, a somatoterapię jako terapię poprzez ciało. (Fot. iStock)
Żyjąc w pośpiechu, często zapominamy o potrzebach własnego ciała. A tymczasem ono skrzętnie „notuje” wszystkie przeżywane emocje i niejednokrotnie cierpi z ich powodu. Jak poprawić zdrowie i jakość swojego życia dzięki terapii ciała opowiada somatoterapeutka Emilia Żurek.

Czym różni się somatoterapia od psychoterapii?
Można powiedzieć, że somatoterapia to psychoterapia ciała korzystająca z opracowanych naukowo metod. Twórcą somatoterapii jest francuski psychiatra dr Richard Meyer, w którego szkole miałam szczęście uczyć się metod pracy z ciałem i emocjami. Somatoterapia wywodzi się z psychoanalizy. Psychoanaliza Zygmunta Freuda koncentruje się na „słowie”, Wilhelm Reich i Sándor Ferenczi włączyli do terapii ciało. W rozwoju postrzegania aspektów ciała wymienia się cztery etapy: ciało funkcjonalne, ciało emocjonalne, ciało zmysłowe i wymiar duchowy.

Najkrócej można więc określić psychoterapię jako terapię duszy, a somatoterapię jako terapię poprzez ciało.

Czy uczucia i emocje mają wpływ na nasze zdrowie?
Temat przeżywanych uczuć i emocji na zachowanie oraz zdrowie człowieka jest bardzo obszerny. Najczęściej terminów „uczucie” i „emocja” używa się zamiennie chociaż nie są to jednoznaczne stany.

Emocje są formą interakcji, modulują zachowanie oraz nastrój. Uczucia cechuje brak bezpośredniej zależności od aktualnej sytuacji. Uczucia są stałe, a emocje zmieniają się w określonej sytuacji, są reakcją na akcję. Robert Plutchik opracował teorię emocji, w której wyróżnił tzw. emocje pierwotne (dotyczące działań adaptacyjnych, pomagających w procesie przetrwania) i emocje wtórne, które powstają w wyniku relacji interpersonalnych. Emocje cechuje krótkotrwałość, w jednej chwili przeżywa się jedną emocję. Nie można jednocześnie doznawać akceptacji i wstrętu, dwóch przeciwstawnych emocji.

Siłą sprawczą emocji mogą być np. sytuacje, kontakt z samym sobą, a także słowa, które kierujemy do innych. Warto pamiętać, że „rany” zadane słowami trudno się goją i pozostają głęboko w pamięci. Znam z praktyki szereg przykładów, gdy wypowiedziane nawet w dobrej wierze słowa, stały się praprzyczyną zaburzeń łaknienia u kobiet. \ Emocje mogą mieć charakter ukierunkowany na działanie pobudzające lub spowalniające. Przeżycia wywołują reakcje fizjologiczne np. strach może wywołać spadek ciśnienia, tętna, powodować płytki oddech i znieruchomienie albo potrzebę działania (ucieczkę).

Powtarzające się negatywne lub głęboko ukryte emocje, zwłaszcza te niszczące poczucie naszej godności, mogą wywoływać złe samopoczucie pomimo dobrych wyników badań laboratoryjnych stanu organizmu. Mogą też utrudniać nawiązanie i podtrzymanie relacji z innymi ludźmi, w tym stworzenie udanego związku partnerskiego. Należy pamiętać, że podobne sytuacje wywołują podobne emocje, nawet te dawne, pozornie zapomniane. Przeżywana emocja „zapamiętana” jest w korelacji do danej sytuacji.

Jakimi metodami posługuje się somatoterapia?
Somatoterapia jest eklektyczną terapią korzystającą z opracowanych wcześniej metod, ale somatoterapeuci wypracowują nieustannie nowe metody mające charakter polisensoryczny, angażujący wszystkie zmysły: wzrok, słuch, dotyk, smak. W pracy z ciałem stosuje się metody dostosowane do potrzeb pacjenta, w tym dotyk (za przyzwoleniem pacjenta).

Neurobiolog António Damásio zajmujący się m.in. neuronalnymi podstawami emocji udowodnił, że emocje zdecydowanie wpływają na poznawanie społeczne i podejmowanie decyzji. W badaniach laboratoryjnych potwierdził też, że ciało „zapamiętuje” emocje po 200 milisekundach a umysł uświadamia sobie przeżywaną emocję po 900 milisekundach. W pracy z ciałem poprzez określone ćwiczenia dociera się do emocji, o których już świadomie się „zapomniało”, np. gdy pacjent odczuwa dolegliwości w jakimś miejscu (a nie jest to miejsce zmienione chorobowo) można poprzez odpowiedni masaż uciskowy tego miejsca dotrzeć do „zapisanych” emocji i przeanalizować ich wpływ na aktualny stan zdrowia pacjenta, sytuację życiową, zachowania. Niekiedy odkrywa się zaskakujące rzeczy. Ja w ten sposób dowiedziałam się, że miałam problem z wyrażaniem złości. Metody somatoterapii umożliwiły dalszą analizę, aby zrozumieć własne zachowania, motywacje w relacjach z innymi ludźmi.

Z jakimi problemami warto zwrócić się do somatoterapeuty?
Praktycznie ze wszystkimi problemami życiowymi można zgłosić się na sesje somatoterapii. W wielu przypadkach proponuję pacjentom działania równoległe z zakresu somatoterapii i psychoterapii. Stany depresji, psychoz powinny być leczone równolegle przez lekarza psychiatrę, i najlepiej też psychoterapeutę. Somatoterapia pozwala uwolnić się w sposób bezpieczny od ograniczających emocji, poprawić relacje, przepracować trudności interpersonalne. Najskuteczniejszą metodą w psychoterapii ciała jest połączenie pracy indywidualnej z grupową. Jako coach łączę też somatoterapię z metodami somatocoachingu. Celem jest reintegracja organizmu osoby rozpoczynającej somatoterapię.

Metody somatoterapii wspierają wszystkie działania w zakresie profilaktyki zdrowia i zachowania pięknego wyglądu. Przykładem mogą być ćwiczenia wzmacniające mięśnie twarzy. Można nauczyć się samodzielnego masażu twarzy, który nie tylko stymuluję komórki skóry, ale jest rodzajem akupresury (poprawia pracę narządów wewnętrznych).

Jakie efekty przynosi somatoterapia?
Efekty terapii można określić za pomocą testów, ewaluacyjnych ćwiczeń dających możliwość samooceny. Jednak to sami pacjenci najlepiej wiedzą, czy w ich życiu dokonała się pozytywna zmiana, czy lepiej radzą sobie w trudnych sytuacjach i mają większe poczucie własnej wartości.