1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Energia wspólnoty ma moc. O praktyce medytacji wspólnej rozmawiamy z Patrycją Nityą Pruchnik

Nitya jest przebudzoną nauczycielką non-duality, autorką książek o oświeceniu i medytacji, m.in. „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”. Prowadzi odosobnienia medytacyjne, wykłady oraz satsangi. Jej przekaz jest uniwersalny i pozareligijny. (Fot. archiwum prywatne)
W grupie zaczynamy rozumieć, że tak naprawdę nie ma żadnych „innych”, wszędzie spotykamy tylko siebie. I ta jedność duchowa ma realną moc zmieniania świata. Na czym polega praktyka medytacji wspólnej, pytamy nauczycielkę duchowości Nityę Patrycję Pruchnik.

W Twoim cyklu medytacyjnym „Zjednoczeni w pokoju” biorą udział setki osób. Jaki jest cel tych duchowych spotkań?
Dążymy przede wszystkim do rozpoznawania pokoju, który jest podstawą nas wszystkich. Kiedy podczas medytacji sięgamy do swojej mądrości wewnętrznej, tej najbardziej pierwotnej części świadomości, widzimy, że każdy człowiek ma tę samą naturę, że w gruncie rzeczy jesteśmy identyczni, niezależnie od tego, w jakiej szerokości geograficznej żyjemy. Zaczynamy rozumieć, że tak naprawdę nie ma żadnych „innych”, wszędzie spotykamy tylko siebie. Wszyscy jesteśmy zrobieni z tego samego materiału, nikt nie jest wyżej lub niżej w hierarchii świata, stanowimy jedność. Gdy spotykam drugiego człowieka, on natychmiast przestaje być obcy, staje się kawałkiem mnie, ponieważ pojawia się w mojej świadomości. Doświadczam siebie, ale doświadczam także tej drugiej osoby.

Kiedy sobie to uświadamiasz, wszystkie umysłowe i psychiczne blokady się rozpływają, pojawia się naturalne, wrodzone uczucie wobec innych ludzi. Podczas medytacji przywracamy więc swoje „ustawienia fabryczne”, takie oryginalne, ludzkie odruchy, przepełnione dobrocią i mądrością. Wszystkie narzucone z zewnątrz podziały schodzą na plan dalszy.

Czy medytacja może być antidotum na to, co się teraz dzieje wokół nas?
Antidotum to za dużo powiedziane, ale medytacja, przez którą rozumiem nie jakieś wyrafinowane formy praktyk, lecz dystansowanie się od pierwszych reakcji umysłu i emocji, z pewnością pomaga w relacjach międzyludzkich. A to właśnie one są kluczowe, szczególnie teraz.

Sytuacja za naszą wschodnią granicą pokazała wyraźnie, do czego doprowadziły lata zaniedbywania właściwych relacji. Coś przespaliśmy, bardzo długo wypieraliśmy różne fakty, udawaliśmy, że wszystko jest w porządku, nie zajmowaliśmy się odpowiedzialnie tym, co się dzieje z nami i wokół nas, wycofaliśmy się. Bo przecież to nie jest tak, że tych wszystkich rzeczy nie było wcześniej. Były, tylko działy się daleko od nas, w innych częściach świata, łatwo więc było nam się od nich zdystansować...

Różne wojny toczyliśmy też w mikroskali, w prywatnych kłótniach, waśniach wewnętrznych. Mąż bił żonę, sąsiedzi siedzieli cicho. Ktoś kogoś obrażał w tramwaju, nikt z pasażerów nie reagował. Teraz widzimy, do czego prowadzi takie podejście. Mamy szansę oprzytomnieć, porzucić promowany tak ostatnio indywidualizm i wrócić do wspólnoty, która jest dla człowieka naturalna. Dlatego to, co się teraz dzieje na świecie, traktuję jako sygnał alarmowy i mimo wszystko szansę dla każdego z nas na wewnętrzną przemianę.

Gdyby wszyscy tego doświadczyli, pewnie na świecie nie byłoby wojen.
Bez wątpienia. Bo co niby mielibyśmy zdobywać, jeśli wszystko w gruncie rzeczy jest częścią nas?

Czy aby zrozumieć to, o czym mówisz, trzeba najpierw poczuć duchowe zjednoczenie z grupą? Nie wystarczy medytować sam na sam?
Niektórzy są tak dojrzali wewnętrznie, że nie potrzebują grupy, ale to rzadkie przypadki. Wspólna medytacja działa szybciej i mocniej. Mówię to, bazując nie tylko na własnym doświadczeniu. Takie odczucia ma większość uczestników spotkań, które organizuję. Niektórzy mówią, że różnica jest taka jak między opowiadaniem o jabłku a zjedzeniem go.

Poza tym większość ludzi nie umie medytować. Nawet jeśli próbują to robić w domu, często nie wiedzą, jak zacząć. Prowokują medytację umysłem, zmuszają się do wyciszenia. A nie o to chodzi. Podczas sesji na żywo natychmiast wyczuwam, u kogo medytacja idzie z głowy. To jest zupełnie inna energia. Zaczynam wtedy prowadzić grupę w taki sposób, by ludzie odeszli od metod siłowych, rozpoznali medytację jako podłoże wszystkich zjawisk. Podczas dużych spotkań jest to łatwiejsze niż w trakcie pracy indywidualnej.

Dlaczego?
Bo nawet jeśli nie masz żadnego doświadczenia z medytacją, zupełnie naturalnie zaczyna ci się udzielać energia grupy. Naukowo udowodniono, że kiedy kilka osób prowadzi ożywioną dyskusję, to ich emocjonalność udziela się roślinom i zwierzętom, które znajdują się w tym samym pomieszczeniu. Nasza wibracja jest zdecydowanie silniejsza, gdy znajdujemy się w grupie. Kiedy więc medytujemy razem, patrzymy w tym samym kierunku i odkrywamy spokój w sobie, to ta energia rzeczywiście wpływa fizycznie na nasze ciała, organizm zaczyna się wyciszać, odbiera odpowiednie fale.

Wiele osób, wchodząc do pomieszczenia, w którym wcześniej odbywała się sesja medytacji, mówi, że czuje w nim niesamowity spokój. To efekt grupy.

Tylko energia grupy może być aż tak silna, by rzeczywiście zmienić świat?
Nie widziałabym celu swojej pracy, gdyby tak nie było. Wgląd w samego siebie i odpowiedzialność, która rodzi się w nas podczas medytacji, służy nie tylko jednostkom, ale całemu światu. Odkrycie swojej wewnętrznej natury przynosi korzyści wszystkim ludziom, z którymi będziemy się kiedykolwiek stykać. I nie są to żadne czary-mary. To prawa fizyki. Kiedy jeden organizm się uspokoi, przekazuje ten spokój dalej. To nie dzieje się w jakimś abstrakcyjnym wymiarze mistycznym. Dzięki medytacji po prostu się zmieniamy, zyskujemy większy dystans do siebie i ludzi, dzięki temu nie walczymy już tak mocno w bezsensownych wojenkach i potyczkach z innymi. Kiedy jedna osoba się budzi, to w jej głowie następuje pogodzenie, wybaczenie sobie i innym. A to przecież jednostki zmieniają świat.

Czyli wspólne medytacje z intencją naprawdę mają sens?
Jest w nich jednak pewna pułapka, bo łatwo pomylić pracę z intencją i medytację. Intencja jest rodzajem życzenia, chciejstwa, a to pochodzi z umysłu. Przypomina cel w sporcie, który próbujemy za wszelką cenę osiągnąć. Takie podejście nie ma jednak nic wspólnego z prawdziwą medytacją. Dlatego nie można zaczynać od intencji. Najpierw trzeba się połączyć z niezajętą przestrzenią w sobie, taką, która nie ma żadnej idei, nie przyświeca jej żaden cel.

Podczas spotkań „Zjednoczeni w pokoju” zawsze zaczynamy od wyzerowania wszystkiego i zanurzenia się w stanie naturalnym. Wtedy współczucie i dobre emocje, rodzą się spontanicznie. To jest właśnie moment, w którym można wypowiedzieć intencję, bo nie popłynie ona z głowy, ale z głębokiej wewnętrznej mądrości i potrzeby – a to ma zupełnie inną wartość.

W ciężkich chwilach ogromną wartością jest już samo poczucie wspólnoty z innymi ludźmi.
Jesteśmy istotami społecznymi i potrzeba relacji jest w nas niesamowicie potężna. Przytulenie drugiego człowieka czy zwyczajnie możliwość kontaktu z innymi – pozwala przetrwać najtrudniejsze momenty.

Ostatnimi czasy ludzie usilnie próbowali wyrwać się ze wspólnoty. Pojęcie lidera czy samorealizacji stało się czymś niesamowicie nośnym. Nie da się jednak zgasić pierwotnych instynktów. Mam wrażenie, że teraz, po latach uśpienia, wybuchły one w dwójnasób.

Imponująco zjednoczyliśmy się w pomocy, ale u niektórych może to rodzić frustrację i pytania: czy nie daję z siebie zbyt mało? Może powinnam zrobić coś jeszcze, pomóc bardziej? Jak się zatrzymać?
Najgorszą rzeczą, jaką moglibyśmy teraz zrobić, byłoby udawanie, że tych wszystkich emocji nie ma, że lekko radzimy sobie z tym, co się dzieje. Dopuszczenie złości, frustracji, lęku czy bezsilności, pozwolenie sobie na te wszystkie odczucia – jest niezwykle istotne. Nie znaczy jednak, że musimy reagować zgodnie z nimi. Pamiętajmy o uważności i samoobserwacji. Dzięki nim możemy dostrzec, że umysł w takich sytuacjach zawsze podpowiada negatywne scenariusze.

W moim przypadku przebudzenie nastąpiło podczas wielomiesięcznej choroby. Podejrzewam, że gdyby moje życie było tylko usłane różami, nie miałabym okazji ani chęci do głębszej analizy. A więc nawet takie trudne i bolesne doświadczenie, jak choroba czy wojna, mogą paradoksalnie dać wewnętrzną siłę. I to już się dzieje. Ostatnio wiele osób nie myślało o Polakach najlepiej, teraz to się zdecydowanie zmieniło. Zobaczyliśmy, że w trudnych momentach, mimo różnych przekonań i poglądów, dajemy radę jako wspólnota. I to w tym całym nieszczęściu jest absolutnie piękne.

Niemal każde pokolenie musi jednak odrobić tę lekcję od początku. Skoro więc zło wojny nieustannie powraca, może jest ono jednak częścią naszej głębszej natury?
Nazywam to pogubieniem, niezrozumieniem, iluzją. Zaczynamy identyfikować się z jednym ciałem, z jednym organizmem, jednym narodem... A to jest fałszywa identyfikacja, bo zapominamy o tym, co jest wspólne. Nasz mózg ma skłonność do dzielenia świata na dobro i zło, piękno i brzydotę; jest to w dużej mierze spuścizna religii, która przez wieki w ten sposób próbowała nam tłumaczyć świat. Dzisiaj dotarliśmy jednak do takiego miejsca, w którym najlepiej widać, do czego prowadzi kategoryzowanie. Dlatego tworzenie, odbudowanie wspólnot, zarówno tych realnych, jak i duchowych, jest niezwykle ważne.

Co skłania ludzi do wspólnej medytacji?
Z moich obserwacji i rozmów wynika, że jest to najczęściej nieumiejętność radzenia sobie z emocjami i myślami. Za nami dwa lata pandemii, która była dużym obciążeniem psychicznym. W efekcie mamy dziś bardzo dużo uzależnień od używek, które odwracają uwagę od tego, co istotne. Lęk jest teraz dominującą emocją, ale wspólne medytacje są nadzieją, że razem możemy sobie z tym wszystkim poradzić.

Nitya jest przebudzoną nauczycielką non-duality, autorką książek o oświeceniu i medytacji, m.in. „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”. Prowadzi odosobnienia medytacyjne, wykłady oraz satsangi. Jej przekaz jest uniwersalny i pozareligijny; www.nityameditation.org

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze