Jak zaspokoić potrzebę przynależności?

fot. iStock

Wolny rynek i związana z nim rywalizacja sprzyjają atomizacji, a nie integracji ludzi. Przez ostatnie 27 lat zapomnieliśmy, czym jest wspólnota. Czy to znaczy, że jej nie potrzebujemy? Jeśli tak, to dlaczego z taką radością przeżywamy chwile, które spędzamy razem?

Zauważyłam, że uczestnicy demonstracji zawsze opowiadają o nich z zaangażowaniem, blaskiem w oczach i wypiekami. Skąd ta radość?

Z poczucia wspólnoty z wieloma ludźmi w działaniu na rzecz spraw ważnych. Dopóki nie ma żadnego kryzysu – mamy pracę w korporacji i kredyt w banku, zarabiamy dość, by móc go bez wyrzeczeń spłacać, do tego jeszcze jesteśmy ubezpieczeni, a sklep spożywczy i stacja benzynowa są tuż obok domu – mamy złudne poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Czujemy się zaopiekowani przez państwo i jego instytucje. I wtedy może się wydawać, że wspólnota nie jest nam do niczego potrzebna, bo też nasze wspólnotowe potrzeby wydają się nie istnieć. Tymczasem istnieją! W każdym z nas. Przekonujemy się o tym, kiedy dzieje się coś, co uznamy za niebezpieczne, groźne. Wtedy zaczynamy szukać oparcia w towarzystwie tych, którzy podobnie jak my chcą temu zaradzić.

Czyli ci, z którymi się nie zgadzamy, pomagają nam chcieć być razem? Usłyszeć i zrealizować potrzebę przynależności, jak ją nazywa psychologia?

Dokładnie tak. Katastrofa lub kryzys polityczny przypominają nam o potrzebie, znaczeniu i sile wspólnoty. Gdy odczuwamy jako zagrożenie to, co dzieje się w przestrzeni publicznej, pojawia się więź z tymi, którzy nie chcą do niego dopuścić. Ta wspólnota to o niebo więcej niż grono znajomych czy nawet przyjaciół, szczególnie z Facebooka. Po znajomych i przyjaciołach możemy się spodziewać tego, że podzielają nasze poglądy. Dlatego ważniejszy staje się dla nas tłum nieznanych nam ludzi, którzy czują i wyrażają to, co my czujemy, którzy samą swoją obecnością potwierdzają, że nasze poglądy są uzasadnione i słuszne. Wtedy zanika poczucie osamotnienia, wzrasta samoocena i wiara w siebie, a także – co bardzo ważne – poczucie sprawstwa i sensu działania. Wspólnota dodaje też odwagi i kreuje swoich bohaterów, gwarantując, że w razie jakichś represji nie pozostaną sami, że ktoś się za nimi ujmie.

Ksiądz Jerzy Popiełuszko powiedział, że boimy się, ale też miarą naszego człowieczeństwa jest przekraczanie lęku.

Dzięki owej wspólnocie możemy łatwiej przekroczyć lęk i robić to, co uważamy za słuszne. Nagrodą staje się poczucie wewnętrznej spójności i autonomii, czyli sytuacja, gdy to, co czujemy, mówimy i robimy, jest ze sobą zgodne. Tak rozumiana spójność stanowi podstawowy warunek psychicznego i fizycznego zdrowia. To jeszcze jedna nagroda za odwagę.

Badania potwierdzają, że przynależność do kilku różnych grup, z którymi silnie się identyfikujemy, zwiększa odporność na ból i wspiera radzenie sobie ze stresem. Ale skąd te rumieńce i ogień w oczach?

Ostatnie demonstracje to pierwsze wspólnotowe doświadczenie pokolenia ’89. A więc tych, którzy już urodzili się w wolnym kraju i nie musieli w trudzie budować demokracji. Zapewne stąd te wypieki. Tak bywa po pierwszym razie. Wspólne działanie podejmowane w imię wartości to zupełnie coś innego niż np. koncert rockowy. To, że nam się coś grupowo podoba, to za mało, by mieć poczucie wspólnoty. Brakuje wartości wyższego porządku. Ale gdyby jakaś władza zabroniła jazzowych i rockowych koncertów, tak jak to było w PRL-u przed ’56 rokiem, a fani różnych zespołów skrzyknęliby się w obronie prawa do wolnego wyboru tego, co się nam podoba i nas inspiruje, wtedy też powstałaby prawdziwa wspólnota.

Musi być aż „obrona”? Czy np. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to nie wspólnota?

Jeśli czegoś bronimy, to się za tym czymś opowiadamy. Wiemy, co z obrony tej wartości dla nas wynika. Wspólnota Wielkiej Orkiestry z pewnością istnieje, ale ogranicza się do zaangażowanych w realizację tego przedsięwzięcia. Ludzi wiążą wysiłki podejmowane w imię jednego celu. Ale ci, którzy wrzucają pieniądze do puszek, nie mają szans na stworzenie wspólnoty, bo ich działanie jest zbyt indywidualne i łatwe.

Facebook nie jest taką wspólnotą?

Niestety, nie, ponieważ tamtejsza komunikacja i relacje są często podporządkowane lansowi i kontrolowane – za mało ryzyka, nieprzewidywalności i emocji, które są cechą bezpośredniej, spontanicznej komunikacji. A jeśli brakuje elementu nieprzewidywalności, to brakuje także energii. A jeśli brakuje energii, to nie ma powodu spotykać się osobiście. A dopóki za słowami i deklaracjami nie pójdą czyny – np. spotkanie w realu czy wspólne wyjście na demonstrację – to kontakty na Facebooku budzą tyle emocji co kolekcja kartek pocztowych z wakacji. Dlatego z dryfowania po Facebooku nie wraca się na ogół z rozświetlonymi oczami i rumieńcem.

Odważny czyn medialny nie wystarczy, by poczuć więź z innymi?

Zamieszczenie postu czy nawet podpisanie swoim nazwiskiem listu otwartego daje szansę na zbudowanie wspólnoty tylko wtedy, gdy zobowiąże nas do obarczonego jakimś ryzykiem, wymagającego od nas czasu i energii współdziałania z innymi, i to w bezpośrednim kontakcie. Nie musi to być koniecznie protest, ale choćby inicjatywa zbudowania domu dla kogoś, kogo na to nie stać. Słowem, wspólnocie, aby powstała, trzeba ofiarować coś więcej niż kilka kliknięć czy wrzucenie nawet pliku banknotów do puszki.

Co dostaniemy w zamian za nasz czas i trud wyjścia z domu, opuszczenia bezpiecznego Facebooka i podjęcie działania?

Wyjście ze złudnego poczucia osamotnienia i bezradności. A poczucie osamotnienia w myśleniu o ważnych sprawach i związana z nim bezradność powodują albo wycofanie i depresję, albo agresywną desperację, która może nas skłaniać do szalonych aktów destrukcji i terroru. „Samotność moralna może zabić”, pisał Erich Fromm, socjolog i filozof niemiecki, autor „Ucieczki od wolności”. Już dawno zauważył, że rezygnujemy z wolności z obawy przed odpowiedzialnością za nasze decyzje. Wspólnota pomaga nam nie ulec tej pokusie.

Jak poza demonstracjami odkryć w sobie i realizować tę potrzebę wspólnoty?

Trzeba siebie pytać: „Co jest dla mnie najważniejsze? Jakimi wartościami chcę się kierować z życiu? Co jest misją mojego życia? Czego muszę się dowiedzieć lub co zrobić, aby uznać swoje życie za spełnione?”. A potem szukać grupy, która podziela moje wątpliwości i wartości.

Pragnienie wspólnoty jest jedną z najważniejszych ludzkich potrzeb i będzie coraz silniej dochodzić do głosu jako reakcja na systemowo narzucaną rywalizację i zanikanie trwałych emocjonalnych więzi. Dlatego na naszych oczach odbywa się teraz pełzająca kontrrewolucja pokolenia ’89, które ma inną wrażliwość. Odnajduje ono swoje własne cele i wartości, takie jak np. obrona demokracji, obrona ekosystemu planety, wrażliwość społeczna, zdrowie czy antykonsumpcyjny minimalizm.

Na bazie rewolucji pokolenia ’89 powstają jednak też grupy ludzi oparte na antywartościach, choćby neofaszyzm.

Te grupy – oparte na aroganckim przeświadczeniu o własnej nieomylności, wykluczające myślących inaczej w imię bezkrytycznego przekonania o zbawczej misji – niewątpliwie dają swoim członkom poczucie silnej więzi. Dlatego okresowo tego typu wspólnoty bywają bardzo dla demokracji niebezpieczne. Do czasu, gdy ich członkowie zrozumieją, że próby narzucania ludziom koncepcji lekceważących lub znoszących zasady demokracji zawsze źle się kończą.

Znam osoby, które nie chcą nigdzie należeć. Twierdzą, że im to niepotrzebne.

Bo nie znalazły jeszcze swojej wspólnoty albo nie przeżyły sytuacji, w której taka więź okazała się niezbędna. Ale jeśli trzymają się z daleka od wspólnot politycznych, to ich rozumiem, bo te z reguły sprzeniewierzają się wartościom, w imię których powstały. Natomiast z pewnością warto się zapisać do pozapolitycznej i ponadnarodowej wspólnoty propagatorów i obrońców demokracji. Demokracja pozwala ludziom – mimo wszelkich różnic – obdarzać się szacunkiem, rozmawiać ze sobą, uczyć się od siebie i szukać kompromisowych rozwiązań.

No ale jak stworzyć wspólnotę, skoro każdy jest inny, myśli co innego? Czy nie lepiej zadbać o siebie i najbliższych?

Bezcennym skutkiem kryzysu stała się powszechna refleksja i dyskusja nad obywatelskimi wartościami i celami każdego. Pomału wyłania się katalog celów i wartości wspólnych dla większości obywateli – ponad różnicami światopoglądowymi i sympatiami politycznymi. Do tego katalogu należą niewątpliwie: sprawiedliwość, powszechny dobrobyt, bezpieczeństwo, demokracja, pokój, silne i bogate państwo. Godność człowieka i życia, wszechstronny rozwój obywateli (także duchowy), solidarność międzynarodowa, dobro ekosystemu planety. Na fundamencie tych wartości już zaczęła powstawać wspólnota, która ujawniła swoją siłę. Potrzebuje ona teraz powszechnego i demokratycznego forum, aby prowadzić wolną od politycznych różnic dyskusję o sposobach realizacji tych wartości. Bo często tylko w doborze środków się różnimy. Zadbamy najlepiej jak można o siebie, o najbliższych, o przyszłość, jeśli będziemy nadal bronić tych wartości.

Wojciech Eichelberger- psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »