fbpx

Sens pielgrzymowania

Santiago_de_compostela
123rf.com

Dla Europejczyków średniowiecza położony „na końcu świata” grób św. Jakuba był, obok Grobu Chrystusa w Jerozolimie i Rzymu, jednym z trzech świętych miejsc. Jaką wartość ma dla współczesnych pielgrzymów?
W najdalej na zachód wysuniętym punkcie Europy, w Santiago de Compostela, odkryto grób brata św. Jana Ewangelisty, Jakuba, pierwszego biskupa Jerozolimy i pierwszego z dwunastu Apostołów, który zginął śmiercią męczeńską w 44 roku. Drogi, które wiodą do tego miejsca, są tak gęsto usiane kościołami, kaplicami i schroniskami dla pielgrzymów, że aż chce się zacytować Johanna Wolfganga von Goethego: „Europa powstała na szlakach prowadzących do Composteli”. Z czasem obrazujący je motyw muszli stał się symbolem pielgrzymowania, a św. Jakub – patronem pielgrzymów i Hiszpanii.

Przez wieki Drogę św. Jakuba przemierzali przedstawiciele wszystkich stanów, wśród nich: Karol Wielki, św. Franciszek z Asyżu i św. Ignacy Loyola. Po wizycie Jana Pawła II została ogłoszona pierwszym Europejskim Szlakiem Kulturowym, a w 1993 roku wpisano ją na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

W stronę Boga

Oczy czarne, oczy niebieskie. Z drogi do Santiago de Compostela, Maria Wiernikowska

oczy_czarne_okladka
Wydawnictwo Zwierciadło

Po czym można rozpoznać wędrowca udającego się do Santiago? Po przytwierdzonej do plecaka muszli, lasce, kapeluszu, pelerynie i pojemniku na wodę. W odróżnieniu od znanych w Polsce masowych pielgrzymek pieszych (do Częstochowy czy Kalwarii Zebrzydowskiej), w Drogę św. Jakuba udają się indywidualni pątnicy lub małe grupy. Bez względu na wyznanie i narodowość, wszyscy pragną doświadczyć ciszy i duchowej przemiany. – Pielgrzymka to wyruszenie w stronę Pana Boga – mówi Mirosław Pilśniak, dominikanin. – Łączy w sobie wiele celów: dotarcie do świętego miejsca, by uzyskać bożą łaskę, przejście drogi pielgrzymiej, która jest dziełem pokutnym, oraz odnalezienie na niej symbolu tego, co jest istotą naszego życia. To przygoda duchowa. Wychodzi się z niej z zapasem sił i energii, który szybko się nie kończy. Gdy pojawia się fizyczne zmęczenie, następuje kryzys duchowy, który jest zwiastunem czegoś głębszego. Dzięki wyrwaniu z codzienności i utracie oparcia w tym, co dotychczas znane, nie da się uniknąć pytania o sens. Odpowiedzi będą trudne, bo okazuje się, że nic ważnego tu nie robię, nie jestem ani wartościowy, ani niezbędny. Po to się właśnie idzie – żeby powrócił właściwy porządek spraw. Kryzys trwa czasem przez całą drogę, aż do miejsca świętego, gdzie możemy odkryć to, czego naprawdę szukaliśmy przez tę drogę i całe życie. Pielgrzymka doprowadzi do prawdy o nas. Ci, którzy wędrowali do Santiago, potwierdzają, że jest to prawdziwa życiowa przygoda. Doświadczenie nieporównywalne do żadnego innego. Pełne wzlotów i upadków. I jakże przez to prawdziwe.

– Rano ruszasz pełen energii i radości, wieczorem stopy ci puchną i myślisz: jutro nie dam rady – opowiada Jacek Fijołek, który odwiedził grób św. Jakuba w zeszłym roku. – A potem budzisz się o 4 rano dziwnie wypoczęty i mówisz sobie: „idę zanim zrobi się gorąco”. Osiągasz to, co wczoraj wydawało się niemożliwe. Aż w końcu zupełnie przestajesz planować drogę, a zaczynasz się nią po prostu cieszyć. Idziesz i raduje cię widok słońca, chmur, gór. Zaczynasz czuć wdzięczność. Nawet jeżeli jesteś niewierzący, dziękujesz, że jesteś częścią tego świata, za piękno i dobro, którego doświadczasz. Zyskujesz też siłę.

Najczęściej uczęszczany jest szlak Camino Frances (ok. 750 km), który wbrew nazwie „Droga Francuska”, w 98 proc. przebiega przez terytorium Hiszpanii. Rozpoczyna się w Saint-Jean-Pied-de-Port we Francji, po północnej stronie Pirenejów, dalej wiedzie przez słynny wąwóz Roncesvalles, górzystą Nawarrę, wyprażoną słońcem kamienistą Kastylię i zieloną Galicję, by po kilku tygodniach dotrzeć do Santiago de Compostela, przed katedrę, w której znajduje się grób Apostoła. Niektórzy idą dalej – nad wybrzeże Oceanu Atlantyckiego, do miejscowości Fisterra, gdzie tradycyjnie palono pokutne, pielgrzymie szaty i obmywano się w wodach oceanu, pozostawiając za sobą dotychczasowe życie i zaczynając nowe.

Wydeptując ten sam szlak

– Na Camino nie jest potrzebna mapa – opowiada młode małżeństwo, Emilia i Szymon Sokolikowie, które przeszło Drogę Francuską w czerwcu 2009 roku. – Idąc za żółtymi strzałkami, dochodzisz do samego Santiago. To ćwiczenie na zaufanie. Bo na horyzoncie widzisz miasto, droga prowadzi na wprost, a strzałki kierują cię w lewo. Ale masz satysfakcję: doszedłeś. O szlaku dowiedzieli się kilka lat wcześniej, od wujka, który jest księdzem. Pomysł odłożyli jednak na emeryturę. Najpierw miał być ślub, dom, dziecko… Ale kiedy okazało się, że jedno z tej listy nie od razu jest możliwe do zrealizowania, decyzja była szybka.– W jednej chwili, bez słów, spojrzeliśmy sobie w oczy i wiedzieliśmy, że to jest ten czas – wspominają.

Wiosną zaczęli trenować. Przeszli m.in. odcinek polskiego Camino na Dolnym Śląsku – z Brzegu do Świętej Katarzyny pod Wrocławiem. Potem spakowali się i postanowili zdać się na to, co przyniesie droga.

– Zaplanowaliśmy jedynie pierwszy nocleg, ale i ten okazał się niemożliwy – wspominają. – Potem było już jasne, że nie wiemy, dokąd zajdziemy, gdzie będziemy nocować ani w jakich warunkach. Rano robiliśmy plan, a potem każdy dzień go weryfikował.

Musieli zaakceptować niepewność na drodze i przyjąć z pokorą wszystko, co ich na niej spotka.

Natalia Kozłowska z trzema przyjaciółkami wybrała się na szlak portugalski: – Kilka lat wcześniej usłyszałyśmy opowieści naszych znajomych. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie walka z bólem, którą opisywali – poharatane stopy, upał, zmęczenie… Pomyślałam, że też chcę spróbować pokonać swoją słabość. Kiedy w maju dziewczyny zaproponowały wspólną wyprawę, natychmiast się zdecydowałam. Trzy miesiące później wędrowałyśmy w 42-stopniowym upale, poszukując wody na pustkowiu koło Santarem.

Czy wiara rodzi się z wytrwałości? Czy wytrwałość rodzi wiarę? Nie wiadomo, ale przecież mamy wybór, czy uwierzyć i w co, a potem wytrwale iść do celu.

Jacek Fijołek na planowanie „stracił”, jak sam mówi, trzy lata: – W końcu podjąłem decyzję: Dość! Jutro zmieniam swoje życie. Potrzebowałem tylko czasu, ciszy i dystansu. To była pielgrzymka do Boga, do swojego serca i do swoich marzeń. Bo jeśli na początku jest jakieś marzenie, to potem trzeba w nie uwierzyć. Pielgrzymowanie uczy właśnie tego, jak uwierzyć i dlaczego warto.

Tak jak każdy ma swoje życie, każdy ma też swoją drogę. Intencje osób pielgrzymujących do Santiago są tak różne, jak różni są sami pielgrzymi.

– My prosiliśmy w sprawach osobistych, naszych i naszych bliskich – wspominają Sokolikowie. – Zgodnie z tradycją, jako symbol grzechów, wzięliśmy ze sobą na drogę kamienie, które zostawiliśmy wraz z naszymi trudnościami i bólem dopiero na przełęczy Żelaznego Krzyża.

– Położyłam tam swój kamień, dotknęłam krzyża i spojrzałam w niebo. A potem patrzyłam, jak każdy podchodził i robił to samo. W tym wszyscy byliśmy jednakowi – dodaje Emilia.

Małe kryzysy

– Camino jest miniaturą życia – kontynuują Sokolikowie. – Trzeba wstać, zjeść, zadbać o nogi, wyjść przed upałem, znaleźć zacienione miejsce na odpoczynek, potem bar z obiadem i schronisko z noclegiem, umyć się i uprać rzeczy. Te problemy są doskonale proste i radzenie sobie z nimi też. Dzięki temu można z dystansem spojrzeć na swój los.

Po drodze spotyka się innych ludzi, z jednymi idzie się dzień, z drugimi tydzień. Jeśli ktoś ma szybsze tempo, odłącza się od grupy i nikt nie ma pretensji. Trochę inaczej jest, gdy wędruje się w małym gronie.

– Byłyśmy skazane na siebie przez trzy tygodnie – wspomina Natalia. – To było trudne, zwłaszcza na poziomie codziennych rzeczy. Miałyśmy wspólne finanse i dzieliłyśmy się wszystkim po równo. Szybko jednak stało się to problematyczne, bo miałyśmy inne zapotrzebowania i zwyczaje żywieniowe. Jedna z nas jadła mało, ja z kolei dużo, ja wolałam nabiał, a koleżanka mięso. Inne też miałyśmy przyzwyczajenia związane z porannym wstawaniem. Ja budziłam się i już byłam gotowa do drogi, dziewczyny potrzebowały więcej czasu. Musiałyśmy wszystko dogadać, a rozmawianie okazało się trudne. Byłyśmy tak zmęczone, że nie miałyśmy siły być dla siebie wyrozumiałe. Aż pewnej nocy kłótnia pomogła nam oczyścić atmosferę.

– Kryzysów mieliśmy sporo, ale jeden bardzo silny, pod koniec drogi, 100 km od Santiago – opowiadają Sokolikowie. – Szliśmy już długo, byliśmy bardzo zmęczeni, fizycznie i psychicznie. Zmęczeni wędrowaniem i sobą nawzajem. I wtedy spotkaliśmy człowieka, który do nas dołączył. Rozmawialiśmy przez kilka godzin. Pomógł nam zrozumieć, że najważniejsze nie jest dotarcie do celu, ale sama droga. Bo ona mówi nam o nas różne rzeczy. Pozwala doświadczyć słabości i siły. Uczy życia chwilą. Camino składa się z wielu etapów, które współgrają z duchowymi przeżyciami pielgrzyma. Na początku trzeba przekroczyć Pireneje.

– Wspinaliśmy się na tysiąc czterysta metrów, z poziomu około dwustu – opowiadają Sokolikowie. – To nazywa się inicjacja pielgrzyma. Potem zejście do doliny i znów wejście na Przełęcz Przebaczenia. Dalej góry Oca, płaski obszar Kastylii, znowu góry i słynna przełęcz Żelaznego Krzyża.

– Idąc, czujesz, że twoje pielgrzymowanie nie jest osobne, że idziesz śladami tych, którzy wędrowali tędy przez wieki – dodaje Emila.

Strach, zmęczenie i duma

Natalia zgubiła się z koleżankami tuż przed samym Santiago: – Dwie z nas zostały z tyłu i pomyliły szlaki. Spotkałyśmy się dopiero u wejścia do miasta i nie zdążyłyśmy na uroczystą mszę, która o 12 jest odprawiana w intencji pielgrzymów. Zrzuciłyśmy plecaki, siadłyśmy na placu przed katedrą i słuchałyśmy, jak ludzie różnymi językami opowiadają, śmiejąc się i płacząc. Rozumieliśmy się doskonale, bo przeszliśmy tę samą drogę. Na mszę poszłyśmy następnego dnia. Wśród wielu innych pielgrzymów my również zostałyśmy wymienione. Byłyśmy dumne. A potem ośmiu mężczyzn wprawiło w ruch gigantyczny trybularz od kadzidła, który przez całą poprzeczną nawę zaczął rysować ślad nieskończoności, niczym odpowiedź, że jeszcze nie dotarłyśmy do celu, że ta droga nie ma końca.

Jacek pod koniec wędrówki zgubił portfel, został bez pieniędzy i dokumentów. – To była prawdziwa próba wiary – wspomina. – Nie zawróciłem, nie wsiadłem do autobusu, choć miałem taką pokusę. Wiedziałem, że trzeba iść dalej. Zrozumiałem, że w życiu nie muszę się już niczego bać – i wtedy na szlaku, i dziś wszystko układa się szczęśliwie. Jestem zakochany, mam gdzie mieszkać, mam pieniądze. Na Camino będę wracał, bo wiarę trzeba umacniać.

Zrozumiał, że życie jest ćwiczeniem, pielgrzymką i że chce je przeżyć świadomie, by potem móc komuś pomóc. Zrobił to trzy miesiące później, kiedy powrócił na szlak. – Zaciągnąłem się do pracy w schronisku – opowiada. – Starałem się dobrze wypełniać swoje obowiązki: słać łóżka, podawać posiłki, ale tak naprawdę mogłem komuś pomóc, dodając mu wiary w siebie. Czasem miałem nie więcej niż 5 minut, żeby z kimś porozmawiać. Widziałem, jak się uśmiecha, potem idzie spać, a rano wstaje, pokazuje gestem, że jest dobrze, i rusza dalej.

– Nauczyłam się nie użalać nad sobą, bo wiem, że w końcu przestanie boleć, że znajdzie się ktoś, kto pomoże, tylko trzeba o to poprosić – podsumowuje Natalia. – Trzeba wierzyć w siebie i w innych, ale przede wszystkim wierzyć w Boga. Cieszyć się z tego, co się zdarza. Chciałabym teraz sama wrócić na tę Drogę, żeby zobaczyć, jak to jest szukać Boga i jak to jest wtedy Mu ufać.

– Ten szlak wzbudza niespokojnego ducha – zwierzają się Sokolikowie. – Potem, kiedy siedzisz w ciepłym domu i o stałej porze szykujesz obiad, tęsknisz za tą podróżą, w której nic nie wiadomo. Kontemplujesz czas drogi, odczytujesz ją na nowo i odnajdujesz w sobie siłę, którą napełniła cię ta pielgrzymka. Po Camino inaczej patrzysz na życie. Ale pytania pozostają.

Oczy czarne, oczy niebieskie. Z drogi do Santiago de Compostela, Maria Wiernikowska do kupienia w naszej księgarni.