1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Siedem etapów miłości według Deepaka Chopry - etap szósty: namiętność

Siedem etapów miłości według Deepaka Chopry - etap szósty: namiętność

fot.123rf
fot.123rf
Prawo NAMIĘTNOŚCI mówi, że wyższej rzeczywistości można doświadczyć w momencie stopienia się pierwiastka kobiecego i męskiego w jednej istocie. W tradycji indyjskiej cały wszechświat jest pieśnią namiętności.

Namiętność, według hinduskiego nauczyciela duchowego Deepaka Chopry, to prawdziwa potęga. Stworzy wszystko czego zapragniesz, natchnie ciebie i ukochanego do zrobienia tego, co niemożliwe. Tajemnica namiętności polega na tym, że mimo swojej całkowitej niematerialności może ujarzmić świat materii. Nie jest ona bowiem, jak nam w świecie zachodnim się wydaje, fizycznym łaknieniem drugiej osoby. Namiętność to kosmiczny taniec pary wedyjskich bóstw - boga Śiwy, który reprezentuje męską energię oraz bogini Śakti, uosobieniem energii żeńskiej. Te archetypiczne energie, wchodząc ze sobą w codzienne interakcje, rozpalają i podtrzymują ogień ludzkiej namiętności. Jeśli pragniemy jej prawdziwie doświadczyć, w nas samych musi dojść do stopienia energii żeńskiej i męskiej. Takie zespolenie pomaga człowiekowi osiągnąć harmonię z duszą, która łączy wszelkie przeciwieństwa.

Po czym poznać, że jesteśmy wewnętrznie zintegrowani? Strata i zysk stają się tym samym – aspektami pełni. Czyli nie przerażają nas nieoczekiwane wydarzenia, zmiany planów, umiemy się konfrontować z przeciwnościami, patrząc na nie jak na etapy, które doprowadzą nas do sukcesu, czyli życia w zgodzie ze sobą. Jesteśmy w relacji, w której współgra ze sobą przyciąganie i odpychanie. Potrafimy być ze sobą bliżej i dalej. Strefa „ja” każdego z partnerów jest równoważna ze wspólną srefa „my”. Każde z nich ma momenty, w których przebywa w wewnętrznej ciszy i samotności oraz czas działania i aktywności w świecie. Niezależnie od płci umiemy słuchać „kobiecej” intuicji i „po męsku” działać.

Deepak Chopra twierdzi, że chodzi o to, żeby postrzegać siebie jako istotę zarówno męską, jak i żeńską, ponieważ oba te pierwiastki istnieją w każdym człowieku.

W Indiach mówi się o pięciu męskich energii boga Śiwy:

  • Tworzeniu. Zapytaj siebie jakie doświadczenia życiowe tworzysz?
  • Chronieniu. Jaką wiedzę zostawiam w sobie, żeby móc iść dalej?
  • Niszczeniu. Jakie nawyki lub toksyczne pierwiastki muszę usunąć ze swojego życia, by móc się odnowić?
  • Ukrywaniu. Co na swój temat objawiam ludziom otaczającym mnie? Czy wyrażam siebie w pełni?
  • Objawianiu. W jaki sposób mam odnaleźć ukrytego we mnie ducha? Czy wiem, co jest moim przeznaczeniem?
Śakti to pięć kobiecych energii. Czym jest żeńska siła?
  • Czysta świadomość. To siła niestworzenia, gdzie nie rodzi się ani myśl, ani pragnienie. Tu słyszymy jedynie słowa mantry: „ja jestem”.
  • Błogość. To wiedza, że właśnie błogość jest podstawowym stanem, nie muszę nic robić i niczego nie potrzebuję, by go doświadczyć. Mantra, wywołująca tą energię to: „ja jestem błogością”.
  • Czysty zamiar. Istnieje w pragnieniu, kiedy chcemy tworzyć radość i zaspokojenie. Mantra: „ja zamierzam”.
  • Czysta wiedza wykraczająca poza racjonalność. To intuicja umożliwiająca nam wykonanie odpowiedniej rzeczy w odpowiednim czasie, ponieważ nasz zamiar dotarł do kosmicznego umysłu. Mantra: „ja wiem”.
  • Moc czystego działania. To nazwa czynu niezależnego od przekonań, oczekiwań, interpretacji czy lęku. Jest to działanie zakorzenione w świadomości i zdolności tworzenia. Mantra: „ja działam”.
Jeśli uda nam się utrzymać przy życiu w naszej świadomości tych pięć męskich i żeńskich energii, zaczniemy doświadczać namiętności. Poza tymi energiami funkcjonującymi na poziomie duchowym, istnieją również emocjonalne energie męskie i żeńskie. Do pierwszych zaliczamy: odwagę, dyscyplinę, zdecydowanie, siłę i rycerskość. Energie kobiece to: piękno, intuicja, opiekuńczość, przywiązanie i czułość.

Po czym poznać, że nie ma w nas namiętności? Masz wrażenie, że w twoim życiu nic nowego się nie wydarza. Brakuje ci odwagi, żeby coś zmienić. Żyjesz przeszłością, czyli zgodnie ze starymi przyzwyczajeniami i nawykami.

Więcej w książce „Kamasutra i siedem duchowych praw według Deepaka Chopry”, wydawnictwo Septem

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Miłość i ryzyko. Co ryzykujemy wchodząc w związek?

Marina Abramović i Ulay w performensie
Marina Abramović i Ulay w performensie "Rest Energy", 1980. (Fot. BEW PHOTO)
- Miłość i lęk są udziałem nas wszystkich. I żadne z nich nie da się ocenić jako dobre czy złe, raczej chodzi o konsekwencje bycia w tych stanach. To się przekłada na związki - o czym innym są relacje w stanie lęku, o czym innym w stanie miłości - mówi psychoterapeuta Michał Duda.

Wchodząc w związek, zbliżając się do innej osoby, ryzykujemy. Czym?
Poczucie takiego ryzyka może być rozpatrywane na wielu poziomach. Najczęściej rozumiane jest w taki sposób, że ryzykuję odrzucenie, ryzykuję to, że nie będę mógł być sobą, że nie będzie tak, jak chcę. Ludzie łączą się ze sobą na różnych płaszczyznach, w zależności od tego, czego pragną w związkach. Część z nich ma silną potrzebę bezpieczeństwa i dla nich związek jest głównie o tym. W relacji szukają tego, co stabilne, poukładane, gwarantujące bezpieczeństwo. Będą raczej kreować domową rzeczywistość i dbać, żeby miała ona trwałe podstawy. Dążenie to bierze się wtedy z dziecięcych potrzeb, które kiedyś były zagrożone i wcale nie jest to takie dorosłe, jakby się wydawało.

Chociaż z zewnątrz wygląda to dość odpowiedzialnie.
Tak, to niby jest o dorosłości i odpowiedzialności, ale tak naprawdę chodzi o to, żeby stworzyć kontrolowaną bezpieczną przestrzeń, w której nie wydarzy się na przykład porzucenie. Ludzie często boją się odrzucenia, bo przeżyli je w dzieciństwie - realnie stracili rodziców albo mieli takich, którzy nie byli nimi zainteresowani lub byli uzależnieni od czegoś. Na emocjonalnym poziomie stracili poczucie oparcia, stabilności. I szukają tego w związku, znowu ryzykując utratę bezpieczeństwa.

Nie każdy szuka bezpiecznej przystani w związku.
Są też ludzie, którzy szukają przyjaciela z dzieciństwa, czyli osoby, z którą można uciekać z domu. On na przykład jest outsiderem, ona jest z przemocowego, alkoholowego domu, spotykają się i razem łażą po drzewach, biegają po łąkach. Ale to też jest cały czas dziecięce. Każde z nich rozumie to zranione dziecko w drugim. Ono jest wreszcie widziane, ma przyjaciela, z którym jest blisko. Związki oparte na takim uczuciu często są bardzo silne, lecz niekoniecznie zawsze łatwe. Osoby, które tęsknią za takim alternatywnym światem w stosunku do własnego niefajnego domu, mają romanse i wdają się w różne tego typu historie. Potrzeba połączenia się z „przyjacielem z dzieciństwa” jest silna. Takie spotkanie redukuje lęk i zmniejsza poczucie osamotnienia. Te relacje są o bezpieczeństwie, o byciu dziećmi, nie mają w sobie nic z realnego funkcjonowania związku. Kiedy pojawia się rzeczywistość, pojawiają się kłopoty. A ryzyko utraty takiego uczucia często jest rozpatrywane w kategoriach życia albo śmierci. Dziecięca płaszczyzna, na której ta historia się rozgrywa, oznacza wysoki poziom lęku i pustki w życiu, kiedy się traci takiego przyjaciela. Ludzie wpadają wtedy w depresje, tną się, mają próby samobójcze...

Reagują jak dziecko.
Jak zagrożone dziecko, które zostaje samo na świecie. Przyglądając się parom, można się zastanowić kto to jest - dzieci czy dorośli. Po drodze są jeszcze nastolatki, czyli związki, które mają charakter przygodowy, kiedy się razem zwiedza świat i łamie reguły. Taki związek różni się od poprzedniego tym, że jest trochę bardziej osobny. Tutaj głównie chodzi o wolność i robienie czegoś szalonego. Są zmienne nastroje, stawianie na swoim, jakaś funkcja przeżywania samotności. Ryzyko polega w tym przypadku wcale nie na szaleństwie, tylko „nieszaleństwie”. Związki nastolatków rozpadają się, kiedy przychodzi moment na rodzinę, dzieci, bo to dla nich mało atrakcyjny wzorzec.

Jeśli ktoś nie przeżył miłości w wieku nastoletnim, będzie szukał kogoś, kto się z nim zgra w tym klimacie. Na moment poczuje się głęboko zrozumiany w tej potrzebie i będzie miał wrażenie, że nikt go tak nie rozumie, że z nikim nie jest tak świetnie, i że wreszcie się odnalazł, i że to jest miłość jego życia. I rzuci wszystko, kupi motor, albo przyczepę kempingową, albo cokolwiek. Albo będzie włóczył się po pracy i ją zaniedba. Będzie robił rzeczy, które należą do tego czasu.

Jednak na tej płaszczyźnie jest mało przestrzeni na mówienie o swoich uczuciach, tu jest niebezpiecznie otwierać się za bardzo. Można mówić o swojej frustracji, złości, o tym jak inni są „niefajni” - słowem odreagowywać. Można mieć swoje światy, swoje tajemnice, podzielać ekscytacje, zachwyty. Poza tym wszystkim związki te są dużym źródłem konfliktów, bo każdy ciągnie w swoją stronę. Tak długo, jak długo ta wspólna ucieczka od życia jest realizowana, tak długo relacja się kręci. Ale kiedy tylko te potrzeby się rozchodzą, trudno jest rozwiązywać konflikty, które eskalują. Często jedna ze stron próbuje tak zmanipulować sytuację, żeby osiągnąć jakiś rodzaj kontroli czy przewagi i uzyskać to, czego chce. Jest to jakiś rodzaj uczuć, ale z perspektywy dorosłych ludzi, którzy się kochają, trudno to nazwać miłością. Nastolatka, która jest z nastolatkiem, niekoniecznie jest kobietą, która kocha mężczyznę. A ten nastolatek niekoniecznie jest mężczyzną, który kocha kobietę. Mówimy tu o związkach heteroseksualnych, ale te same mechanizmy dotyczą też związków tej samej płci.

Na czym polega różnica między nastolatkami a kobietą i mężczyzną, którzy kochają?
Z miejsca miłości zupełnie inaczej patrzy się na potrzebę, którą ktoś zgłasza. Staje się ona przedmiotem zainteresowania a nie kwestionowania. Poza tym, jeżeli ma się dostęp do tej pozycji, kiedy jest się dorosłą kobietą czy dorosłym mężczyzną, doskonale się wie, czy ta druga strona nas kocha czy nie. Z tego miejsca nie ma w ogóle zawahania - kobieta wie i mężczyzna wie. Nastolatki niekoniecznie - mogą się czarować, ściemniać, robić różne rzeczy. Jeżeli para kłóci się z miejsca nastolatków i jeżeli poprosi się te osoby, żeby na chwilę poczuły się kobietą i mężczyzną, którzy się kochają, ten konflikt radykalnie zmienia się w ciągu kilku minut. To jest zupełnie inne spojrzenie, zupełnie inna perspektywa.

Inne jest też ryzyko?
Jak mówimy o ryzyku, wszystko zależy, z jakiego miejsca doświadcza się relacji. Kiedy jestem dzieckiem, boję się, że stracę podstawę bezpieczeństwa albo jedyną przyjazną duszę i mój świat się rozpadnie. Gdy jestem nastolatkiem, ryzyko wiąże się z tym, że nie będzie tak, jak ja chcę. Chodzi o spełnianie pewnego wizerunku idealnej osoby czy związku. Kiedy potrzeby nie są zaspokajane, z miejsca nastolatków czuje się głównie złość i frustrację, a z perspektywy związku dzieci wywołuje to strach. Ludzie płaczą, cierpią, bo nie wydarza się to, czego by pragnęli i wtedy wydaje im się, że kochali tego kogoś. To jest bardzo łatwo pomylić - komuś, kto potrafi płakać, wydaje się, że potrafi kochać. Tymczasem jak się patrzy z perspektywy dorosłej osoby, która kocha, nie jest aż tak istotne, że nie dzieje się to, czego ja chcę. Mogę nawet nie być z tym kimś i tak go mogę kochać. Miłość nie przekłada się na to, czy ktoś robi to, co ja chcę czy też nie, czy ktoś jest wierny, czy nie.

To są raczej oczekiwania.
Tak. Choć to nie jest tak, że w tym nie ma też uczucia. Związki nastoletnie, wynikające z kompensacji braku, często są oparte na dominacji i uległości - w tej przestrzeni pojawia się zazdrość, chęć kształtowania partnera, żeby on jakiś był, dominowanie ekonomiczne, emocjonalne, seksualne. Można grać w pewien rodzaj gry, która sprawia, że ta druga osoba jest jakoś zależna. To jest zwykła polityka zapanowania nad partnerem po to, żeby robił tak, jak chcę.

Kiedy to się nie udaje, ludzie narzekają na siebie nawzajem, ale związek trwa. Nie są samotni, ktoś się plącze po domu. Natomiast jeżeli ktokolwiek kiedykolwiek przeżył miłość, to wie, że to jest trochę co innego. Myślę, że ryzykiem jest popadnięcie w niedorosły rodzaj związku. Czyli jest to ryzyko niebycia w związku opartym na miłości. On nie jest już o podporządkowaniu, tam rangi nie grają tak dużej roli. To są zupełnie inne światy. Z perspektywy miłości ryzykiem jest utrata miłości a nie kontroli.

Jak dotrzeć do takiego dorosłego miejsca?
Mam wrażenie, że na każdym z etapów życia istnieje głęboka potrzeba przeżycia miłości - dziecko potrzebuje być kochane przez rodziców i potrzebuje kochać rodziców, musi też mieć kogoś, z kim jest blisko, coś w rodzaju miłości przedszkolnej i nastolatek także potrzebuje przeżyć swoją miłość. To są różne sposoby kochania. Gdy to się wydarzy, zwykle miłość transformuje się na wyższy poziom, bo poprzednie już się wypełniły i przestały być atrakcyjne. Pojawia się potrzeba miłości dorosłej na innej płaszczyźnie.

Jakiej?
Potrzeba bezpieczeństwa ustępuje wtedy potrzebie przynależności, czyli relacji. Jeśli nie potrzebuję już być w związku z potrzeby bezpieczeństwa, nie muszę kontrolować, manipulować, kłamać. Kiedy ludzie tego wszystkiego pilnują, nie ma już w nich przestrzeni, żeby otworzyć się na relację. Najczęściej z zewnątrz to wygląda tak, że osoby są razem, mają dzieci, robią razem różne rzeczy, jednak w fundamencie, na którym jest to zbudowane, jest wszystko, tylko nie miłość. Zazwyczaj ktoś funkcjonujący w tym paradygmacie dominacji i uległości będzie miał dwa rodzaje związków. Na przykład mężczyzna, którzy kontroluje i deprecjonuje swoją żonę, będzie miał kochankę lub kolejny związek z kobietą, która jest dominująca i będzie się do niej „modlić”.

Ta opozycja dominacji i uległości jest wewnątrz konkretnej osoby.
Tak, dotyczy psychiki i obie te wewnętrzne osoby potrzebują zewnętrznej relacji. To się rozgrywa też w sferze seksualności. Część osób uzależnia seksualnie drugą stronę lub działa na granicy przemocy seksualnej. Są też osoby, które szukają silnych w tym względzie partnerów i które chcą być uległe. Są różne gry seksualne, czarowanie, niedopuszczanie, uwodzenie. I warto mieć świadomość, że to właśnie słabi często mają dużą władzę nad silnymi. Jak się w to gra, ryzyko polega na stracie kontroli, co wywołuje poczucie lęku. Gdy się to dzieje, człowiek kontaktuje się z tym bazowym lękiem, na który relacja miała pomóc. Pytanie, na czym oparty jest taki związek. Kiedy w relacji nie jestem tylko ja, ale pojawia się też „my”, jest ona przeżywana zupełnie inaczej.

Trudno wyjść z polaryzacji, będąc w tych niedojrzałych relacjach. Może potrzebne jest bycie przez jakiś czas samemu?
Takie relacje podtrzymują wzorzec i bycie w płaszczyźnie lęku i realizowania potrzeby bezpieczeństwa. Osoby, które odnajdują tę potrzebę w sobie, nie muszą już szukać jej na zewnątrz. Bycie jakiś czas ze sobą jest jak najbardziej wskazane.

Ale wtedy robi się strasznie.
Strasznie się robi, jeśli nie ma się poczucia bezpieczeństwa w sobie. Jeśli zrezygnuje się z takiej relacji, która oparta jest na wzorcu dominacji i uległości, to niestety traci się to, że jest się cały czas czymś zajętym i nie ma się czasu myśleć, że się człowiek boi. Jak się to zostawi, pozostaje samo uczucie lęku i robi się strasznie. Jak się jest z tym strasznym czymś, trzeba zaakceptować to w sobie - że jest się słabym, śmiertelnym, podatnym na różnego rodzaju zranienia, choroby, trudności i w jakimś sensie też samotnym. To jest ludzkie. Rozwiązaniem tej sytuacji jest znalezienie w sobie tego miejsca, które jest delikatne. Dotknięcie tego najsłabszego elementu.

To też może być straszne, zwłaszcza na początku.
Ludzie się boją, jak się zaczynają do tego zbliżać. Ale jak poczują kontakt z tym, to ich to uspokaja. Pogodzenie się ze swoją słabością uwalnia z potrzeby kontrolowania. Bardzo dużo cierpienia bierze się z zaprzeczania temu delikatnemu, słabemu, wrażliwemu miejscu. Ale bez kontaktu z nim, nie jest możliwe poczucie szczęścia. Ci, którzy bronią się przed lękiem, mogą przeżywać zadowolenie, satysfakcję z odniesionego sukcesu. Różne rzeczy, ale uczucie szczęścia to nie jest. Ono jest specyficzne, wszechogarniające i jakoś pełne. Nie pojawia się z tego powodu, że coś się udało albo coś się zrobiło. Jeśli ktoś jest naprawdę szczęśliwy, przeżywa to również w kontakcie z tą wrażliwą częścią siebie. Trzeba ją przyjąć, pomieścić ją w sobie, nie bać się jej. Poczucie jej uwalnia z polaryzacji dominacji i uległości. Lęk bierze się z braku kontaktu z tym miejscem.

Jeśli się jest w stanie poczuć uczucia, które tam są, w jakimś stopniu przenosi to na inny poziom. Można przestać już różnymi postawami kontrolować swój mały wycinek rzeczywistości, czy to z miejsca z dziecka, czy nastolatka. Wtedy można wyjść z tego. Wtedy otwiera się przestrzeń, w której można poczuć, że się kogoś kocha, że się z kimś jest, że on istnieje, że on jest jakiś, że się go nie boi, że się jest go ciekawym, że można przeżywać bycie z tą osobą, a nie bycie obok niej i zastanawianie się, żeby ona tylko szła nam na rękę. Ona nie musi iść nam na rękę, nie chodzi też o to, żeby być grzecznym. Dorosłe relacje nie na tym polegają. Kiedy już się nie chroni tego delikatnego miejsca tak bardzo, wtedy czuje się wreszcie kontakt ze sobą i przestaje się czuć samotnym.

Najpierw trzeba samemu poczuć to miękkie miejsce, tak?
Zgodzić się z nim samemu, ale poczuć trzeba przy kimś. Z płaszczyzny lękowej wydaje się, że to jest najbardziej ryzykowna rzecz, jaką można zrobić. A z płaszczyzny relacyjnej jest to rzecz najbardziej bezpieczna. Jeśli jestem ze swoją wrażliwością i widać ją gołym okiem, nie muszę ściemniać. Nie muszę udawać, że tego nie ma ani przed sobą, ani przed kimś i wtedy mogę normalnie przy nim usiąść. Wtedy czuje się tę obecność, że się jest. Nie jest już tak, że część moich działań służy temu, żeby odwrócić uwagę od tego miejsca. Wtedy można być ze sobą. To otwiera zupełnie inne przestrzenie, jeśli chodzi o życie w relacji, o bycie w kontakcie. Pojawia się też dostęp do wszystkich innych uczuć - można się złościć, chcieć czegoś, ale chce się już inaczej. Wtedy złość nie jest już frustracją nastolatka, jest uczuciem samym w sobie. Paradoksalnie, otwierając to miejsce w sobie, człowiek czuje się dużo bardziej bezpieczny w relacjach niż w momencie, kiedy tego nie dopuszcza. To miejsce, wokół którego cała sprawa się kręci, niby jest najbardziej ryzykowne, ale tak naprawdę uwalnia od poczucia ryzykowania w relacjach.

I wtedy jesteśmy już w miejscu kobiety i mężczyzny?
Tak mi się wydaje. Zmienia się jakość, jest już inaczej. Wtedy, kiedy na przykład z kimś się nie zgadzamy, nie ma tego ciągnięcia w swoją stronę za wszelką cenę. Bardziej się widzi też tę drugą osobę, czego ona potrzebuje, dlaczego ona tego tak bardzo chce. To mnie zastanawia, ciekawi dlaczego jest to dla niej takie ważne. Z perspektywy miłości widzę i to, czego ja chcę i widzę to, czego ten ktoś chce. Ale nie ma już znaczenia kto wygra, ważne jest to, jak wspólnie rozwiążemy tą sprawę. Jak się kogoś kocha, nie ma innej opcji. Robi się to realna żywa potrzeba obydwu osób. Nie chodzi już o to, kto komu ulegnie, bardziej kto komu da się przekonać i nie wydarza się to na poziomie argumentów, tylko czucia, w którą stronę podążyć. W tym modelu nie bardzo można mówić o ryzyku, bo nawet jak się ludzie rozstają, to rozstają się, bo chcą się rozstać, a nie dlatego że ktoś kogoś oszukał, czy zdradził. To, co się dzieje w dorosłych relacjach, jest już dużo mniej sterowane przez stereotyp.

A takie ryzyko, że się przeżyje ból? Ono jest zawsze?
Zawsze. Ból jest. Kropka. On wiąże się z tym delikatnym miejscem, które najłatwiej jest zranić. Jednak, mimo najgorszych traum, które ludzie przechodzą w życiu, ono nigdy nie ginie. I tak gdzieś tam na dnie jest. Niezależnie z czym przychodzą ludzie do gabinetu psychoterapeutycznego, to miejsce zawsze daje się znaleźć. Zdolność do miłości nie zamiera. Myślę, że ta część w nas, choć wydaje się najsłabsza, jest jakoś niezniszczalna. Kiedy dotykamy tego wrażliwego miejsca, lęk już nie zarządza naszymi wyborami i percepcją.

Jest miłość albo lęk?
Trochę na to wychodzi. Oba te uczucia są udziałem nas wszystkich. I żadne z nich nie da się ocenić jako dobre czy złe, raczej chodzi o konsekwencje bycia w tych stanach. To się przekłada na związki - o czym innym są relacje w stanie lęku, o czym innym w stanie miłości. Ważna jest świadomość obu tych opcji, kiedy wiemy, że one są i wiemy, że można być w jednej, ale i drugiej. Z lękowej perspektywy zapomina się, że istnieje miłość.

Kwestia wyboru?
Dostęp do miejsca kochającej kobiety i kochającego mężczyzny poszerza perspektywę. Nie jesteśmy już przestraszonym dzieckiem czy nastolatkiem, jesteśmy w miejscu miłości, kiedy otwiera się więcej opcji, niż się nam wydawało wcześniej. Robi się ciekawiej, wychodzi się poza stare ramy, w których tak naprawdę było tylko kilka ruchów.

Z miejsca miłości rzeczywistość nie jest już tak przewidywalna.
To prawda, ale przez to bogatsza, piękniejsza. Poza tym można się dużo więcej dowiedzieć o sobie. Znajdujemy wtedy rozwiązania niemożliwe z miejsca lękowego.

Jak już wyjdziemy poza lękowe bieguny, okazuje się, że niewiele wiemy o sobie.
To jest bardzo ciekawe miejsce. Możemy stanąć naprzeciwko jakiejś osoby i zacząć iść w jej stronę. Co teraz? Teraz dzieje się to, co teraz jest. To, co czuję. Boję się? To się boję. Mogę być z tym lękiem, nie muszę udawać, że go nie mam, nie muszę się z niego tłumaczyć. I co ty na to?

No właśnie - co?
Ludzie boją się pokazać uczucia, ale druga osoba zazwyczaj reaguje bardzo dobrze. Jeśli ktoś naprawdę komunikuje to, co w tym momencie się z nim dzieje, nie chcąc osiągnąć żadnego rezultatu, to przemienia też partnera. Bo jak on teraz zacznie robić jakieś sztuczki, będzie zgrzyt.

Michał Duda psycholog, psychoterapeuta. Nauczyciel i superwizor w Instytucie Psychologii Procesu. 

  1. Psychologia

Seks bez kompleksów. Czy to w ogóle możliwe?

Wiele kobiet, które  ogląda magazyny albo zdjęcia w Internecie z wyretuszowanymi wizerunkami kobiecego ciała, ma problem z akceptacją swojego ciała. (Fot. iStock)
Wiele kobiet, które ogląda magazyny albo zdjęcia w Internecie z wyretuszowanymi wizerunkami kobiecego ciała, ma problem z akceptacją swojego ciała. (Fot. iStock)
Smukli kochankowie w scenach łóżkowych, porady, w jakiej pozycji będziesz najlepiej wyglądać w sytuacji intymnej… Presja idealnej sylwetki dosięga nas nawet w sypialni. Tymczasem dobry seks nie ma nic wspólnego z proporcjami ciała – przekonuje sex coach Marta Niedźwiecka. Jak wyrzucić z łóżka kompleksy? Zacznij od oswojenia nagości.

Latem rośnie ochota na seks. Czy dlatego, że bardziej odsłaniamy ciało? Wiosenno-letnią zwyżkę libido powoduje zarówno ciepło i słońce – jako mieszkańcy zimnego kraju bardzo za nimi tęsknimy – jak i nieuchronne przy tej okazji odsłanianie ciała. Także zamiana rytmu dobowego i lżejsza dieta bardzo wzmagają zainteresowanie seksem. Więcej się ruszamy, a aktywność ożywia ciało, więc natychmiast bardziej nam się chce. Poza tym działają też afrodyzjaki społeczne: wysyp spotkań towarzyskich, wieczory poza domem, podróże, mnogość bodźców i inspiracji. Wiosna i lato to idealny czas na namiętność – żeby ją odkryć w sobie na nowo, jeśli przez długą zimę nieco przygasła.

Żyjemy pod presją szczupłego i jędrnego ciała. Czy to przenosi się na poczucie własnej atrakcyjności w seksie? Atrakcyjność ciała zawsze była połączona z pojęciem atrakcyjności seksualnej. Możemy debatować, czy to dobrze, czy źle, ale ludzie patrzą na siebie także pod kątem tego, czy mają ochotę z tą osobą pójść do łóżka, czy też nie. Jeżeli norma kulturowa jest bardzo restrykcyjna, czyli za właściwy uznawany jest tylko określony kształt i rozmiar piersi, pośladków, ust, rysy twarzy takie, a nie inne – to przestaje istnieć przestrzeń dla różnorodności. A przecież w odmienności jest powab. Podążając ślepo za nowoczesnym kanonem piękna, fundujemy sobie wieczną niepewność w zakresie ciała. Skoro nie wyglądam jak piękność, to jak mogę czuć się atrakcyjna i ponętna? Jeśli nie czuję się atrakcyjna, to jak mam odnaleźć pewność siebie w sypialni, gdzie jeszcze dodatkowo czuję się oceniana męskim spojrzeniem? To zaklęty krąg, z którego wyprowadzić nas może tylko zdrowy rozsądek i autentyczna akceptacja ciała.

Jest już cały zestaw badań pokazujących, że kobiety, które przez określony czas oglądały magazyny albo zdjęcia w Internecie z wyretuszowanymi wizerunkami kobiecego ciała, mają dramatycznie zaniżoną samoocenę, znikomą akceptację siebie i doświadczają całego spektrum trudnych emocji – od smutku do rozpaczy i gniewu. To, jak od kilku dekad kultura traktuje temat ciała, zahacza o perwersję.

Co masz na myśli? Pozornie żyjemy w wolności decydowania o naszych ciałach. Mogłoby się wydawać, że wszystkie dawne zasady dotyczące wyglądu i zachowania znikają, a ludzie Zachodu dysponują nieznaną dotychczas niezależnością cielesnego bycia tym, kim chcą być. Jednak to wszystko nie takie proste. W przestrzeni publicznej ludzkie ciało jest powszechnie eksploatowane jako scenografia reklamowa, utylizowane jako komunikat w mediach społecznościowych – po prostu używane jak przedmiot. Z drugiej strony nakładane są na nie rozliczne obostrzenia, którym my poddajemy się bez szemrania, niczym nasze prababki dające się sznurować w obciskające gorsety.

Teoretycznie możemy się ubrać, jak chcemy, i wyglądać, jak chcemy, ale kanon urody, kształtu kobiecego ciała jest jeszcze bardziej restrykcyjny niż pod koniec minionego stulecia. W latach 90. supermodelki wyglądały jak boginie i kobiety chciały wyglądać podobnie, jednak w większości wiedziały, że to raczej niemożliwe. Dziś niemal każde konto na Instagramie udowadnia nam, że perfekcyjny wygląd jest na wyciągnięcie ręki. Jeśli więc nie wyglądasz perfekcyjnie, to znaczy, że nie starasz się dość mocno. To już nie jest presja kulturowa, to raczej terror. I dotyka on zarówno nastolatek, których stosunek do ciała właśnie się kształtuje i które wzrastają wypełnione kompleksami i niepewnością, dwudziesto- i trzydziestolatek, które czują, że miesiąc po urodzeniu dziecka powinny zmieścić się w dżinsy z liceum, jak i kobiet dojrzałych, które dają się zastraszyć przemijaniu i inwestują fortunę w usuwanie jego śladów.

Za małe piersi, cellulit, oponka na brzuchu... Czy to wszystko ma znaczenie dla partnera? Będę radykalna: jeśli związałaś się z mężczyzną, który trudności relacyjne czy seksualne łączy z rozmiarem twojego biustu lub niedoskonałością skóry na pośladkach, to jesteś z niewłaściwym mężczyzną.

Ale idźmy dalej. Jeśli kobieta wierzy, że każdy mężczyzna, z którym mogłaby mieć relację, oceni ją według określonych norm kulturowych, to będzie się starała do nich dostosować, żeby zwiększyć swoje szanse na udany związek miłosny. Pozornie wszystko brzmi logicznie, ale warto tutaj się zatrzymać i chwilę pomyśleć. Czy żyjemy po to, żeby zadowolić innych ludzi? Czy związek, który zbuduję tylko na podstawie wyglądu, da mi szczęście? Moment, w którym odłączamy się od oczekiwań innych ludzi na nasz temat i zaczynamy uznawać swoje zasady, to moment prawdziwej wolności. Mamy prawo kochać swoje ciała w ich pełnej nieidealności. Bo każde ciało, także to perfekcyjnie sfotografowane, zoperowane, jest nieidealne – poci się, smuci, starzeje. Bo jesteśmy nieidealni i tacy chcemy być kochani.

Czy mężczyźni także odczuwają w łóżku kompleksy? Ich nigdy nie poddawano tak surowej ocenie pod względem wyglądu. W Polsce mamy nawet powiedzenie: „byle był ładniejszy od diabła”. Trudno porównywać tę sytuację z tym, jak wiele oczekuje się od kobiet pod kątem wyglądu, troski o siebie i atrakcyjności. Jednak mężczyźni też cierpią, bo stają w szranki o rozmiar penisa, czas erekcji, stan konta bankowego oraz pozycję społeczną. No i oczywiście to odwieczne pytanie, czy są wystarczająco męscy. Jednym zdaniem – im też doskwiera obawa przed byciem nieatrakcyjnymi i także czują się w łóżku niepewnie, zastanawiając się, czy sprostają wymaganiom. Warto zobaczyć, że obydwie płcie uganiają się za nieistniejącymi ideałami, by zdobyć aprobatę. A kiedy nawet ją osiągną, to nie są w stanie jej przeżywać, ponieważ w tym łóżku spotykają się dwie osoby, które udają kogoś innego, kogoś lepszego.

Łóżko to drugi, po plaży, obszar, gdzie nasze ciało bywa nagie. Na plaży możemy się owinąć w pareo, a co w łóżku? Jeśli w łóżku odczuwamy dyskomfort z powodu tego, jak prezentuje się nasze ciało, to musimy wrócić do początków. To znaczy, że potrzebujemy zobaczyć ciało nie jako kombinezon okrywający nasze „ja”, który powinien być dostosowany do obowiązujących trendów, tylko jako najbardziej namacalną i fizyczną jego emanację. Czując się niepewnie z ciałem, czujemy się niepewnie w wielu sferach życia. Doświadczając wstydu, zakłopotania, lęków – przeżywamy całą swoją nieadekwatność. Nie ma pareo, które to przykryje, ani makijażu, który to zatuszuje. Aby dotrzeć do miejsca, w którym przyjmiesz i zaakceptujesz wszystkie aspekty siebie – od wad charakteru poprzez obwód bioder – potrzebujesz sobie uświadomić, że twoje ciało to tak naprawdę ty.

Jak oswoić się z własną nagością? Jeśli jesteśmy dorośli i traktowanie własnej nagości jako naturalnej nie przychodzi nam z łatwością, warto zastanowić się nad przekonaniami, które za tym stoją. Możemy sądzić, że to „niepoważne” lub „nie przystoi, tak się obnosić ze swoim ciałem”, możemy nawet uważać, że w byciu nago jest coś niewłaściwego. Wiele zależy od tego, na ile aprobujący stosunek do ciała i nagości panował w naszym domu. Uporanie się z tymi przekonaniami – na przykład przez pytanie samego siebie, czy się z nimi zgadzamy – powinno nieco odciążyć nasz sposób myślenia. Po tym może nastąpić drugi krok: wizualne oswajanie się z widokiem ciała, takim jakim jest. Możemy oglądać się w lustrze po kąpieli, spacerować nago po mieszkaniu. Ważne, żeby powstrzymać się w tym czasie od negatywnych ocen i nie krytykować siebie samego.

Czy nagość na co dzień działa pobudzająco, czy powszednieje? Nie ma reguły. Będą osoby, które poczują dreszcze wzdłuż pleców za każdym razem, gdy zobaczą partnera czy partnerkę w negliżu, innym zaś to spowszednieje bardzo szybko. Z pewnością jedna aktywność powtarzana nieustannie raczej będzie nam się nudzić, więc jeśli z uroczego dezabilu chcemy zrobić afrodyzjak, to postarajmy się o odmianę.

Marta Niedźwiecka ukończyła studia podyplomowe z life coachingu na Collegium Civitas oraz uzyskała stopień Master Sex Coach na Sex Coach University afiliowanym przy Institute for Advanced Studies of Human Sexuality, San Francisco USA. Prowadzi sesje i warsztaty dla solistów i par. Współautorka poczytnej książki „Slow sex. Uwolnij miłość“

  1. Seks

Dlaczego kobieta pożąda właśnie tego mężczyzny? Pożądanie a płeć

W kobiecym pożądaniu najważniejsza jest miłość do partnera. Jednak zdarza się, że kobieta kocha, ba!, jest kochana, ale namiętności nie odczuwa ani trochę. (Fot. iStock)
W kobiecym pożądaniu najważniejsza jest miłość do partnera. Jednak zdarza się, że kobieta kocha, ba!, jest kochana, ale namiętności nie odczuwa ani trochę. (Fot. iStock)
Kobieca namiętność? To wielka tajemnica. Oczywiście, jest literatura, są badania – mówi seksuolog i psychoterapeuta Andrzej Gryżewski. Jednak to, dlaczego ta konkretna kobieta pożąda tego właśnie mężczyzny, a tamtego wcale, wymyka się kontroli badaczy. Może nie tylko badaczy? Przecież czasem ona sama nie wie, skąd ta namiętność albo jej brak.

Kobiece pożądanie jest jak szwajcarski zegarek. Wszystkie trybiki, ząbki i kółeczka muszą chodzić i tykać równo, uważa seksuolog i psychoterapeuta Andrzej Gryżewski. Ale i to za mało. Już w pismach indyjskich i egipskich przeczytamy, że kobiece pożądanie jest związane z Księżycem. Po miesiączce namiętność rośnie, a po owulacji maleje. Raz bardziej podniecający są mężczyźni w typie Rambo, a kiedy indziej ci jak św. Józef, opiekuńczy. Bo kobieta szuka najpierw najlepszego materiału genetycznego, a potem najlepszego ojca dla swoich dzieci. A wracając do trybików, ząbków i kółek – pierwsze i, wydawać by się mogło, najważniejsze z nich to miłość do partnera. Jednak zdarza się, że kobieta kocha, ba!, jest kochana, ale namiętności nie odczuwa ani trochę.

Żona mentora, czyli podziw to za mało

Piękna blondyna i wysoki brunet. Barbie i Ken. Była między nimi chemia. On jest spełnieniem jej marzeń: wysoki, wysportowany, znany erudyta. Ale co z tego, skoro ona teraz go już nie chce. Dlaczego? Sama nie wie.

– Psycholog ewolucyjny prof. David Buss wyliczył 237 powodów, dla których kobiety uprawiają seks. Jak znaleźć te, które warunkują pożądanie tej właśnie kobiety? To wymaga czasu – mówi Gryżewski. – Większość pacjentów rezygnuje po pół roku, bo się nie udaje albo przeciwnie – udaje się, a to budzi lęk przed konfrontacją z jakimś trudnym czy bolesnym wydarzeniem. Idą więc do kolejnego specjalisty, bo: „ten za głupi”. A tam znów to samo. Ja byłem ich piątym seksuologiem. Po półtora roku ruszyliśmy z miejsca dzięki temu, co pacjentce się przyśniło.

Ten sen był o wujku, którego nie znosiła, tyranie, który mówił ludziom, jak mają żyć. Wyśniła, że na imprezie rodzinnej jej mąż siedzi na miejscu wujka. Po półtora roku terapii nagle się ocknęła, że tego, co w mężu podziwia (mówi innym, jak powinni postępować, dla wielu jest mentorem), nie znosiła u wujka. Był mężem siostry jej mamy, co też miało znaczenie, bo mama, mówiąc oględnie, była średnia. Tymczasem siostra: super! I ona chciała, żeby to ciocia była jej mamą! A ten wujek niszczył jej ciocię, jak teraz jej mąż ją!? – Ja jestem jak moja ciotka! – powiedziała. – Ty mnie wciąż krytykujesz!

Kiedyś machała na to ręką. Gdy jednak popsuły się jej relacje z matką i straciła pracę, nie miała już siły na odpieranie ataków męża. Zostało tylko jedno... jakoś go zmienić. „Sny to głupoty!” – powiedział jak typowy człowiek, odcięty od uczuć. Po kilku miesiącach zaczął jednak empatyzować z żoną, gdy zobaczył, jakie trudne doświadczenia ma za sobą. Przestał ją traktować jak wspólnika, a zaczął łagodnie, jak swoją kobietę. I nagle trybiki zaczęły się kręcić... Ona sama zainicjowała seks. Bo trybikiem, który nie działał jak należy, było zaangażowanie emocjonalne mężczyzny. Kochał, ale żył obok, nie dawał wsparcia tak na co dzień.

Żona bawidamka, czyli wierność nie wystarczy

Jej ojciec był seksoholikiem, więc nieświadomie szukając kogoś podobnego, doprowadziła do ołtarza znanego warszawskiego adwokata i bawidamka. Poczucie wartości dało jej to, że zrobiła coś, co nie udało się jej matce. Jej mąż sypia tylko ze swoją żoną. A jednak widzi, że ciągnie wilka do lasu. I w sklepie, i na siłowni, i w pracy lubi poflirtować. Cóż z tego, że zapewnia ją, że jest wierny jak pies. Ona mu już nie ufa i nocami, zamiast się z nim kochać, fantazjuje o seksie z nudnym bibliotekarzem. Fantazjuje, bo ma libido tak silne jak mąż. Przyszli do seksuologa, bo on miał dość. Sfrustrował się! Przed ślubem, kiedy tylko chciał, mógł kochać się z wieloma kobietami. Ale ona go kusiła, obiecywała, że to, czego do tej pory doświadczył, to nic przy tym, co z nią przeżyje po ślubie. Uwierzył, przestał zdradzać, a ona po jego „póki śmierć nas nie rozłączy” zablokowała się na seks! Dlaczego? Bo uważa, że on ją kiedyś zdradzi. Jego zapewnienia, że kocha i chce być wierny, spływają po niej jak woda po kaczce. „Jeśli to się nie zmieni, to spełnią się jej obawy i poszukam szczęścia poza domem”.

– No właśnie! Ona tego nieświadomie pragnie! – mówi Gryżewski. – Miłość do ojca każe jej prowokować partnera do zdrady, potwierdzić schemat, że mężczyzna nie może być wierny. Na ołtarzu uczucia do ojca, który zmarł przed kilkoma laty, złożyła swoją namiętną miłość do mężczyzny, który dla niej stał się monogamiczny i z którym była szczęśliwa w sypialni. Terapia w takim przypadku nie jest prosta, bo trzeba sięgnąć znacznie głębiej, niż pacjentka chce. Łatwiej powiedzieć, że jej mąż lada chwila skoczy w bok i dlatego ona mówi „nie” – podsumowuje Gryżewski. – Kobiety mają ogromną władzę nad swoim pożądaniem, choć uważają, że są wobec niego bezsilne. Mogą nie reagować na superpodniety i nawet na głos serca, jeśli uznają, że pożądanie jest złe. Jak je wtedy przekonać? To tak samo trudne jak odkrycie tajemnicy, która każe im mówić „nie”, choć chciały powiedzieć: „tak!”. A ta pacjentka nie chce tego wiedzieć. Gdybym jej to powiedział, więcej by na terapię nie przyszła. Albo sama odkryje tę prawdę, albo pozostawi swoją namiętność na zawsze w cieniu miłości do ojca.

Żona biznesmena, czyli matkowanie nie jest sexy

Firma początkowo szła mu świetnie, potem przyszedł krach i zbankrutował. A że łączył swoją tożsamość z firmą, pogubił się. Nie była to depresja, ale razem z firmą posypało się jego poczucie wartości. I nie mógł ogarnąć się z natłokiem myśli: co robić, gdzie zarobić? W niej to wyzwoliło uczucia matczyne: zatroszczyła się o niego. Znała rolę opiekunki z obserwacji matki i przez rok grała ją z powodzeniem. Mąż był zadowolony, bo całkiem zapomniał, kim jest.

Pojawił się jednak pewien minus – ona straciła ochotę na seks z nim. Po roku matkowania mężowi jej pożądanie wzbudził szef. Jak pisze psycholożka ewolucyjna Cindy Meston, autorytet w badaniach kobiecego pożądania, kobiety ciągnie do mężczyzn bogatych, sławnych, silnych. A szef to był samiec alfa. Czerpała od niego energię. Mówiła, na co ma ochotę, zarządzała sekscesy: w samochodzie w ślepej uliczce albo w centrum handlowym, a on to realizował. Seks z szefem nie był waniliowy jak ten z mężem, ale pełen namiętności i agresji. Przy szefie była jak ladacznica, przy mężu jak Madonna – ciepła i wyrozumiała, dużo dawała, ale niewiele dostawała w zamian. Po roku zobaczyła, że to do niczego nie prowadzi. Zerwała z kochankiem i poszła na psychoterapię, poznała wyniesione z domu mechanizmy i postawiła mężowi granice: „Już ci nie będę pomagała, oczekuję, że się pozbierasz”.

– Pułapką w okazywaniu troski jest to, że kiedy ją okazujemy, czujemy swoją ważność i wartość – mówi Andrzej Gryżewski. – Mąż tej pani zaczął pracować nad samooceną, żeby się wzmocnić, zautonomizować. Jeśli mu się uda, seks wróci, bo trybik, który musi pasować, by kobieta pragnęła mężczyzny, to jego autonomia. Tymczasem dziś coraz więcej mężczyzn ją traci i zdaje się na partnerki. Wielu mężczyzn strzela sobie w kolano, bo z jednej strony chcą seksu, a z drugiej – pokazują kobiecie, że jej potrzebują. Nie, że pragną, ale, że potrzebują, a to różnica. Sygnały, które mówią: „Ja ciebie pragnę”, są inne niż te znaczące: „Zaopiekuj się mną”. Te ostatnie wyzwalają w partnerce matczyne uczucia, a wtedy ona sięga do zupełnie innej szuflady niż ta, w której trzyma czerwoną bieliznę. Kiedy kobieta ma włączony tryb „opiekunka/matka”, jest odcięta od seksualności. Musi zobaczyć, że jej mężczyzna jest samodzielny, by pozwolić sobie na przejście w tryb „partnerstwo/współżycie”. Mężczyzna takiego problemu nie ma, on umie w sekundę przełączyć się z funkcji „opieka” na tryb „seks”. Kobiety są od tysięcy lat przygotowywane do roli kogoś, kto pomaga, dlatego tak łatwo je w tę rolę wepchnąć. Potem bojkotują próby męża chcącego stanąć na własnych nogach, żeby nie stracić źródła poczucia wartości – mówi Gryżewski. – Kobieta, zanim zechce oddać się mężowi, musi się nauczyć przyjmować od niego pomoc. Mężczyzna może ją w tym wesprzeć, stawiając granice jej nadopiekuńczości: „Dziękuję, ale już nie potrzebuję twojej pomocy, teraz to ja mogę pomóc tobie”.

Żona policjanta, czyli kochać to za mało

Był komandosem, a teraz pracuje w policji. Budzi respekt. Kiedy został szefem komisariatu, gdzie za biurkami siedziały same obiboki i awanturnicy, wystarczyły mu trzy miesiące, by wszystkich ustawić. Ona myślała, że to taki miś! Miły i dobry, który wszystko łagodnie potrafi ogarnąć. Kiedy poszła do niego do pracy i zobaczyła, jak wszyscy stają przed nim na baczność, pomyślała, że jeśli on jest miś, to grizzly. Silny i autonomiczny. I poczuła namiętność, co było do przewidzenia dla każdego seksuologa, bo to cechy mężczyzny, jakiego kobiety pragną. Ale i tak tego wieczoru usłyszał od niej: „nie”. Zazwyczaj mężczyźni przychodzą do seksuologa i walą pięścią w stół: „Chcę seksu!”. Kobieta mi odmawia! A on, słysząc: „Dziś nie”, mówi: „Nie ma sprawy, poczekam...”.

Ona go kocha, nie może też nic mu zarzucić. Spełnia jej zachcianki, adoruje ją. Żywe marzenie wszystkich kobiet, jeśli wierzyć teorii, bo to Rambo i św. Józef w jednej osobie. Dlaczego więc ona nie ma na niego ochoty?

Przyznała się, że jej rodzice pili, że w domu bywali obcy mężczyźni, zdarzało się, że przystawiali się do niej. Wykazał się empatią i w łóżku jest bardzo delikatny. Wie, co ona przeszła. Nie chce jej zranić. Ale to też za mało. Dlaczego?

– Z domu rodzinnego wyniosła wiele negatywnych uczuć: lęk, żal, poniżenie, chaos. Wybrała partnera, który daje jej  wszystko, czego nie dostała w rodzinie – mówi Gryżewski. – Ale seks łączy się z niepewnością, agresją seksualną, dominacją i podporządkowaniem: ktoś jest wyżej, ktoś niżej, a ona tych uczuć nie chce przeżywać. Zaznała ich aż nadto, gdy była dzieckiem. Dlatego, choć go kocha, nie może go pożądać. Musiałaby cofnąć się do dzieciństwa, przepracować stary lęk, że ktoś jej nadużyje, bezradność i poniżenie. Jeśli przedtem wzbudziłaby w sobie pożądanie, otworzyłaby puszkę Pandory. Przypomniała sobie, że dotykał jej tamten znajomy rodziców, i poczułaby się dziewczynką. Potrzebuje wzmocnić poczucie wartości, nim zmierzy się z traumami dzieciństwa, zobaczy, że już nie są dla niej groźne. Jeśli nie odważy się, nie pozwoli sobie na pożądanie. Nad tym pracuje na terapii. Ile to potrwa? Teraz, kiedy już wie, gdzie tkwi problem, zaczyna… rozrzedzać spotkania.

W lustrze jego oczu

Andrzej Gryżewski: – Kobiety uważają, że to nie od nich zależy, czy czują namiętność, ale kiedy pytam, dlaczego nie czują pożądania – zaczynają wymieniać rzeczy, które im zabierają libido: praca (konflikty z szefem i kolegami), drugi etat w domu – dzieci (czasem dają im tyle czułości, że część potrzeb seksualnych jest zagłuszona), a w weekendy – zajęcia związane z samorozwojem (dodatkowe szkolenia). Gospodarka rabunkowa zabiera pożądanie. A zwłaszcza te wszystkie „musisz” i „powinnaś”.

Seksualność kobieca jest narcystyczna i autoerotyczna, pisze dr Flávio Gikovate, brazylijski filozof i psychoterapeuta. Kobiety, a przynajmniej większość z nich, osiągają seksualną satysfakcję, gdy czują, że ich ciało jest obiektem pragnienia, gdy przeglądają się w męskich oczach i męskim pożądaniu. To syci ich narcyzm i namiętność ciała. Wyrozumiały i empatyczny policjant z ostatniej historii też musiał coś w sobie zmienić, by żona miała motywację, by spojrzeć w twarz swoim traumom. Zawalczyć o to, by go pragnąć. Musiał nauczyć się okazywać jej pożądanie. Bo kobieta chce być przedmiotem męskiego pożądania.

Andrzej Gryżewski: – Ale uwaga, gdy męskiego pożądania jest zbyt dużo, kobieta nie potrzebuje już seksu. Dlatego zalecam mężczyznom, którzy wciąż słyszą „nie”, by na jakiś czas przestali inicjować seks, bo to obudzi w ich partnerkach apetyt na seks. Kiedy jednak mężczyzna ma pragnąć jawnie, a kiedy zachować chłód, gdy kocha i pragnie kobiety? To kolejna wielka tajemnica kobiecego pożądania. Nie przypadkiem w kuluarach międzynarodowych konferencji seksuologicznych mówimy, że potrzeba nie lada geniuszu, by poznać i opisać sekret kobiecej seksualności.

  1. Psychologia

Jak wzbudzić pożądanie - pytamy ekspertów

Gasnącą w związku namiętność można rozbudzić. (Fot. iStock)
Gasnącą w związku namiętność można rozbudzić. (Fot. iStock)
Pożądanie, pożądanie... Czy na pewno konieczne? Przecież bywa, że namiętność kończy się, wygasa, a związek trwa. I co wtedy? Jak rozbudzić namiętność? To zależy tylko od nas. Możemy ją na nowo rozpalić, jeśli tego zechcemy. 

Pożądanie, pożądanie… Czy na pewno konieczne? Przecież bywa, że namiętność kończy się, wygasa, a związek trwa. I co wtedy? Jak rozbudzić namiętność? To zależy tylko od nas. Możemy ją na nowo rozpalić, jeśli tego zechcemy.

Patrzysz na przekrojoną cytrynę i zaczynasz się ślinić. Ale jeśli tylko wyobrazisz sobie cytrynę, reakcja twojego ciała będzie dokładnie taka sama. Bo wystarczy obraz w umyśle, aby uaktywnić ciało. – Podobnie jest z pożądaniem – mówi Krzysztof Korona, seksuolog.

Od cytryny do fantazji

Biolog powie, że pożądanie zależy od hormonów. Seksuolog – że od umysłu, bo człowiek poza hormonami ma także wyobraźnię. I to ona uruchamia tzw. reakcje ideomotoryczne, czyli to, że gdy myślisz o cytrynie, to się ślinisz. A jeśli fantazjujesz o seksie, to stymulujesz organizm do tego, by hormony wydzielały się, a narządy odpowiedzialne za prokreację były w gotowości.  A więc to umysł przede wszystkim decyduje o sile pożądania.

– Pacjentów, którzy przychodzą do mnie, bo ich pożądanie w stałym związku wygasło, pytam, jak często fantazjują o swojej partnerce czy partnerze – mówi Korona. – Są tacy, którzy wciąż myślą o seksie i tak stymulują się do wydzielania hormonów, które znów pobudzają ich fantazje, że schodzą na seksualne manowce: zdradzają czy uzależniają się od seksu. Jeśli jednak ktoś nie fantazjuje o seksie wcale, to nic dziwnego, że traci pożądanie – dodaje seksuolog.

– Przeszkodą w terapii bywa wtedy kontekst kulturowo-religijny. Zakaz fantazjowania niektórzy znajdują w przykazaniu: „Nie pożądaj żony bliźniego swego”. Fantazjowanie bywa więc traktowane jako grzech. – Ale nie fantazjowanie o własnej żonie! Powiedziałbym, że ono jest świętym obowiązkiem! – mówi Korona. – Tymczasem kiedy przechodzimy z fazy narzeczeństwa do małżeństwa, już o sobie nie marzymy. Bo po co? Jesteśmy dostępni i do tego związani przysięgą. No i nasze pożądanie wygasa. Wystarczy jednak, abyśmy zaczęli wyobrażać sobie drugą połowę jako kochankę, kochanka, by na nowo rozpalić libido. Co więcej, dbając o erotyczną wyobraźnię, będziemy odczuwać pożądanie do późnej starości – zapewnia Krzysztof Korona.

Seksowna jędza odpada

– Warto zobaczyć pożądanie w kategoriach wewnętrznego dialogu, który prowadzimy w głowie i którego tematem jest partner, partnerka – dodaje Korona. – Jeśli na ten dialog składają się pretensje i żale, to pożądanie gaśnie. Dlatego pytam pacjentów, którzy nie chcą seksu: „Co pan myśli o żonie?”; „Co pani myśli o mężu?”. Jeśli usłyszę: „To prawdziwa jędza!” albo: „To cham!”, wiem, że dopóki nie rozwiążą konfliktu, który toczy się między nimi, ich libido się nie obudzi – tłumaczy.

– Kiedy kobieta skarży się, że partner jej nie pożąda, ale też przyznaje, że sama prowokuje konflikty i to wtedy on wycofuje się z relacji, to zaczynamy od pracy nad przyczynami jej złości – mówi Piotr Gumienny, seksuolog.

Jak wzbudzić pożądanie w kobiecie, jak rozpalić męża

– Warto pamiętać o różnicy między pożądaniem kobiety i mężczyzny – tłumaczy Joanna Twardo-Kamińska, seksuolożka. – U mężczyzny pobudzenie seksualne, czyli erekcja, jest poprzedzone pożądaniem. U kobiet ważne są czynniki pozaseksualne: bliskość, poczucie bycia atrakcyjną, chcianą. Pożądanie kobiety może być też responsywne, czyli pojawiać się na skutek pieszczot. Dlatego ważniejsza od czekania na żądzę jest gotowość do erotycznej gry – dodaje seksuolożka.

Jeśli więc kobieta, która jest w dobrej relacji z partnerem, nie ma ochoty na seks, ale nie powie: „nie”, to gdy on zacznie ją pieścić, może obudzić jej pożądanie.

– Dialog wewnętrzny jest potrzebny także do wymyślenia seksu podporządkowanego teatrowi seksualnemu, jaki odbywa się w naszej głowie – mówi Korona. – Jeśli chcemy zadbać o swoje pożądanie, musimy być twórczy. Seks świąteczny, czyli niezwykły, jest nam potrzebny jak karnawał po poście – przekonuje.

Skąd zaczerpnąć inspiracji, jeśli do tej pory zabranialiśmy sobie fantazjowania? Można poznać zabawy erotyczne opisane choćby przez Alexa Comforta w „Radości seksu”. Nie po to, aby je kopiować, ale zobaczyć, na co ludzie sobie pozwalają, nabrać śmiałości i urozmaicić repertuar zachowań na swój własny sposób.

– Kiedy długo jesteśmy razem, znika ekscytacja nowością. To obniża pożądanie. Ale dzięki temu możemy rozwijać się seksualnie, komunikując swoje skrywane dotąd potrzeby – mówi Gumienny. – Kobieta w stałym związku może łatwiej wyrazić swoje preferencje, wyjaśnić partnerowi, że gwałtowny i szybki seks lubiła na początku, ale teraz woli, by stymulował jej łechtaczkę, a nie tylko silnie penetrował. Potem ona może zapytać o jego potrzeby. Oboje odzyskają w ten sposób motywację, by być blisko! A więc ich pożądanie odżyje – mówi.

Czasem jednak to, czego pragnie partner, przekracza granice partnerki. Na przykład chce trójkąta. I co wtedy? – Kobieta może zapytać o powody takiego pragnienia. Czy mu się opatrzyła, czy przyzwyczaił się do niej, czy nie jest dla niego tak atrakcyjna jak dawniej? – dodaje Gumienny. – Jeśli powie szczerze, że powodem jest „opatrzenie i przyzwyczajenie”, będzie można nad tym popracować, choćby wprowadzając do repertuaru zachowań seksualnych nowe sposoby czerpania przyjemności.

Możemy naprawdę wiele - jak rozbudzić namiętność

Poznajemy się na przykład podczas studiów. Pożądamy i myślimy, że tak będzie zawsze. Nie. Potrzebna jest decyzja: nasz związek ma się seksualnie rozwijać. Jeśli seks jest dla nas ważny, zaczynamy pracę nad pożądaniem. Jeśli nie, to możemy iść drogą donikąd, czyli szukać kolejnego obiektu pożądania, nowego partnera czy partnerki. A potem, kiedy naturalne pożądanie znowu wygaśnie – kolejnego. I tak można bez końca. Dojrzałość to skonfrontowanie swojego oczekiwania z rzeczywistością i wypracowanie modelu, który uczy odpowiedniego podejścia do seksu. Modelu opartego na przyjemności, zabawie i bliskości… Trzeba zadbać o to, by mieć czas dla siebie, trzeba spróbować zaspokajać swoje potrzeby.

– Pomóc w tym mogą m.in. ćwiczenia – mówi Joanna Twardo-Kamińska. – Na przykład takie: kobieta i mężczyzna piszą 30 karteczek na temat tego, czego chcieliby w seksie. Najpierw czytają swoje listy i negocjują, aby wszystkie czynności były zaakceptowane przez każdą ze stron, a później karteczki wsypują do dwóch osobnych koszyczków i przed seksem losują. Dzięki temu zaczynają widzieć tę drugą osobę jako człowieka mającego określone potrzeby. Jak on wyciągnie karteczkę z napisem: „Chciałabym, abyś całował mnie namiętnie po szyi”, zrobi to. Podobnie, kiedy ona wylosuje: „Chciałbym, abyś pieściła mojego penisa…”. Można też inaczej – każdy z partnerów spisuje na kartce odpowiedzi na pytanie: „Co ty możesz zrobić, żeby seks był dla mnie bardziej przyjemny?”. Jest to dobry wstęp do rozmowy o potrzebach – tłumaczy seksuolożka.

Źródła pożądania

Po pierwsze, biologia. Czyli chęć przekazania genów osobie, która – jak informują nas feromony – gwarantuje sukces prokreacyjny. – Feromonów świadomie nie czujemy, ale ciekawym bodźcem seksualnym są też perfumy – mówi Korona. – Zapach uczestniczy w procesie tzw. warunkowania. Jeśli ktoś, kogo pożądaliśmy, pachniał określonymi perfumami, to kolejna używająca ich osoba wzbudzi nasze pożądanie. A jeśli perfum kobiety, która złamała mężczyźnie serce, użyje nowa partnerka, może wzbudzić w nim awersję.

– Spadek pożądania to czasem też powód, aby pójść do endokrynologa – dodaje Joanna Twardo-Kamińska. – Hormon, którego poziom wpływa na pożądanie – także u kobiety –  to testosteron. Mają go więcej kobiety prowadzące stereotypowo „męski styl życia”, czyli te walczące, rywalizujące. Jednak także typowo kobiece estrogeny wpływają na pożądanie. Ochotę na seks zwiększa również dopamina. Hamująco działa za to prolaktyna, która – co ciekawe – wydziela się u mężczyzn podczas stresu. Jej wysoki poziom występuje też przy chorobie Hashimoto – tłumaczy seksuolożka.

Po drugie, źródłem pożądania jest ego. Można pożądać kogoś, kogo uznajemy za wartościowego. Zdobywając go, sami czujemy się bardziej wartościowi. – Pożądanie może więc wzbudzać ktoś, kto ma władzę – dodaje Gumienny.

Po trzecie, pożądanie miewa także nieuświadomioną przyczynę. Na przykład gdy kobieta pożąda mężczyzny, który kojarzy się jej z pierwszą miłością. Mówimy wtedy o motywacji emocjonalnej.

Stary dres jako zemsta

Trwałość pożądania zależy przede wszystkim od tego, czy między kochankami narodzi się miłość. Jeśli nie, pożądanie zgaśnie jak zapałka. Ale jeśli jest uczucie, to ogień można rozniecić na nowo. Nie zawsze jednak tego chcemy! Bo seks bywa polem nieświadomej bitwy. – Wygaśnięcie pożądania to często tylko objaw, a przyczyna? – pyta Gumienny. – Zazwyczaj pacjentki nie potrafią jej wskazać, bo nie chcą konfrontować się z przyczynami, boją się ich. Kiedy jednak pytam, czy partner mówił, dlaczego nie chce seksu, często potrafią go nawet zacytować, na przykład: „Powtarza, że odrzuca go mój stary dres”. Kobieta zachowuje się jednak tak, jakby go nie słyszała, bo nie zmienia dresu na inne ubranie. Dlaczego? „Bo to tylko wymówka, on i tak na pewno ma inną i mnie zdradza!”, mówi. Może tak być, ale często powodem braku chęci do zmiany bywa nieświadoma chęć odegrania się. Głęboki konflikt albo poczucie braku szacunku. Nic nie zmieniając, kobieta karze partnera swoją nieatrakcyjnością! Prowadzi z nim rozgrywkę – tłumaczy Gumienny.

Praca w parze

– Zapraszam do swojego gabinetu partnera odmawiającego seksu, aby zapytać, skąd bierze się u niego spadek pożądania – opowiada Joanna Twardo-Kamińska. – A wtedy może się okazać, że ma po prostu kłopoty z erekcją. Jest „zadaniowcem” i takie też jest jego podejście do seksu. Nie chodzi mu o przyjemność, ale o to, by się sprawdzić. Skupia się więc na tym, czy ma wzwód. To go zajmuje, bo już nie czuje takiego pożądania jak na początku i jest niepewny. No, a skupienie na penisie go nie podnieca. Kiedy zrozumie, że w każdej dziedzinie życia się sprawdza, że niczego nie robi tylko dla przyjemności, zaczyna odpuszczać. Uczy się technik relaksacji i skupienia na tym, co tu i teraz. A potem razem z żoną szuka nowych form kontaktu seksualnego – mówi.

Wychowanie, które nagradzało sukcesy i nie dawało czasu na zabawę, jest powodem, dla którego kobiety tracą pożądanie. Stają się za to perfekcjonistkami w dbaniu o dom. Czy warto? Wybór należy do nas. Wystarczy uwierzyć, że mamy prawo do przyjemności. – To ważne, żeby nie odpuszczać, bo kiedy gaśnie pożądanie, między kobietą a mężczyzną zaczyna się walka – mówi Krzysztof Korona. – Kobiety obwiniają partnera o wszystko, kiedy już nie patrzą na niego jak na kochanka. A mężczyźni są skłonni do skoków w bok. Nawet jeśli nie będzie to skok do łóżka kochanki, to przynajmniej ucieczka do własnego świata. I razem z pożądaniem gaśnie radość życia we dwoje – tłumaczy seksuolog.

– Czas negatywnie wpływa na pożądanie – dodaje Gumienny. Pożądanie nie jest jednak warunkiem udanego seksu. Gdy zgaśnie, nie zostajemy w absolutnej zmysłowej pustce. Namiętność, intymność i zaangażowanie nie znikną, jeśli nasz związek to coś więcej niż seks. A seks z miłości może być równie gorący, a nawet bardziej satysfakcjonujący.

 

  1. Psychologia

Miłość od pierwszego wejrzenia. Co to znaczy?

Chociaż termin
Chociaż termin "miłość od pierwszego wejrzenia"utarł się na dobre, z definicją miłości ma raczej niewiele wspólnego. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Ponad 50% badanych kobiet, jak również mężczyzn, twierdzi, że przeżyło „miłość od pierwszego wejrzenia” co najmniej raz w życiu. Czy taka fascynacja może przerodzić się w dojrzały związek? Czy istnieje miłość od pierwszego wejrzenia?

Ponad 50% badanych kobiet, jak również mężczyzn, twierdzi, że przeżyło „miłość od pierwszego wejrzenia” co najmniej raz w życiu. Czy taka fascynacja rozpoczynająca się od spojrzenia zakochanych może przerodzić się w dojrzały związek? Czy istnieje miłość od pierwszego wejrzenia, jak brzmi definicja zauroczenia, a także jak długo trwa zakochanie?

Stoisz na przystanku, kropi deszcz, wieje wiatr, jest zimo i nieprzyjemnie. Podnosisz wzrok i nagle trafiasz na wpatrzone w ciebie spojrzenie. To są ułamki sekund. Czujesz przyjemne ciepło na policzkach, szerzej otwierasz oczy, wstrzymujesz na chwilę oddech, by po chwili oddychać szybciej i płytko. Nie wiesz już, czy nadal pada deszcz, czy ci zimno, czy tył autobusu, który właśnie widzisz należy do tego, na który czekałaś.

Ta chwila patrzenia w oczy, która skutkuje zakochaniem, może się zdarzyć w dowolnym miejscu i czasie, charakterystyczne jest jednak to, że decydujące są właśnie ułamki sekund. Czym jest to „coś”, co wywołuje w nas tak silne emocje? To coś, co określamy jako miłość od pierwszego spojrzenia? Nie ma badań i dowodów, które skupiałyby się na tych krótkich doznaniach. Z subiektywnych odczuć najczęściej wymieniane są: sposób patrzenia, spojrzenie, oczy, ton głosu, cera, przechylona głowa… czytamy w tych gestach zaciekawienie nami, okazaną nam troskę, uwagę.

Zakochanie od pierwszego wejrzenia: czym jest ten stan i ile trwa?

Choć badania wskazują, że „miłość do pierwszego wejrzenia” przydarzyła się ponad 50% kobiet i mężczyzn, to nie wiadomo, ile z nich przeszło do kolejnych faz związku.

O definicji zakochania mówi się jako o intensywnym stanie uczuć opiewanym przez poetów, ale także określanym, przez miłośników prozy z kolei, jako szybko przemijająca choroba. Zakochanie jest ślepe, krótkotrwałe, daje silne uczucie szczęścia nieskalanego myślą. Stan ten jest nieco egoistyczny, gdyż bardziej koncentrujemy się w nim na sobie (skupiamy się na tym, jak kochamy, jak jesteśmy szczęśliwi, jak jest nam dobrze), niż na tym, kto jest kochany (co on/ona czuje, jak jej/jemu z nami jest). Jak długo trwa to zauroczenie? Badania wykazują, że romantyczny początek związku trwa najdłużej 8 do 9 miesięcy. To niewiele, zważywszy że przez większość życia jesteśmy w stanie związku kompletnego, przyjacielskiego lub pustego.

W odróżnieniu od miłości „prawdziwej” (tej powolnej, trwałej, mądrej) namiętna miłość od pierwszego wejrzenia już od stuleci jest kanwą dla sztuki, literatury, muzyki, kina. Zauroczenie uderza gwałtownie i nieoczekiwanie niczym piorun z jasnego nieba… , a później… „żyli długo i szczęśliwie”. Jednak z chwilą ustabilizowania się związku miłość przestaje być już interesującą inspiracją dla powieści czy filmu.

Gdy zakochanie od pierwszego wejrzenia przeradza się w związek

Oto przebieg faz zakochania doprowadzających (bądź nie) do stałego związku*:

Partnerzy spotykają się częściej, na dłużej, w coraz bardziej różnorodnych sytuacjach.

W przypadku rozdzielenia usiłują znowu być razem, co dostarcza im satysfakcji, jeśli się powiedzie.

„Otwierają się" przed sobą nawzajem - wyjawiają tajemnice. Łączą ich też intymne kontakty fizyczne.

Stają się mniej zahamowani i bardziej skłonni do dzielenia się uczuciami pozytywnymi i negatywnymi, do wzajemnego pochwalania się i ganienia.

Rozwijają swój własny system porozumiewania się i doskonalą jego używanie.

Narasta ich zdolność do zauważania i przewidywania punktu widzenia partnera.

Zaczynają wzajemnie synchronizować swoje cele i postępowanie oraz wykształcają trwałe scenariusze wzajemnych kontaktów.

Zwiększają wysiłek wkładany w związek, podwyższając w ten sposób jego ważność we własnej „przestrzeni życiowej".

Coraz silniej odczuwają, że ich indywidualny interes jest nieodłączny od istnienia i jakości łączącego ich związku.

Narasta ich wzajemne lubienie się, zaufanie i miłość.

Zaczynają uważać swój związek za niemożliwy do zastąpienia, a przynajmniej za niepowtarzalny.

Coraz częściej i silniej występują jako para (a nie dwie jednostki) w relacjach z innymi ludźmi.

* Powyższa lista zdarzeń pochodzi z książki „Psychologia Miłości” Bogdana Wojciszke.

Marta Wołowska- Ciaś: certyfikowana psychoterapeutka Gestalt, założycielka Domu Psychoterapii Gestalt w Warszawie. Prowadzi konsultacje indywidualne i psychoterapię osób dorosłych oraz grupę wsparcia i warsztaty rozwoju osobistego.