1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Elliot Page: „Gdy miałem cztery lata, zrozumiałem, że nie jestem dziewczyną”

Elliot Page (Fot. Theo Wargo/Getty Images)
Elliot Page (Fot. Theo Wargo/Getty Images)
Nominowany do Oscara gwiazdor, który urzekł świat swoimi rolami, w końcu dzieli się swoją historią w przełomowej i inspirującej autobiografii. Pisze w niej o miłości, rodzinie, sławie. Z siłą, radością i przekonaniem odkrywa to, kim naprawdę jest. Publikujemy fragment książki Elliota Page’a zatytułowanej „Pageboy”.

Fragment książki Elliota Page’a „Pageboy”, wyd. Marginesy

Spasowaliśmy się online, mój pierwszy raz w apce randkowej, mój pierwszy raz jako osoba trans. Po zjedzeniu obiadu w Meatpacking District wskoczyłem do pociągu w stronę Midtown, żeby spotkać się z Sarą i jej przyjaciółkami. Czułem się zdenerwowany, ale pełen energii, te spontaniczne przygody były dla mnie nowe.

Bar okazał się tandetny, ale mi się spodobał. Gdy jej szukałem, mój wzrok padł na grupkę kobiet. Siedziały przy stoliku z wysokimi stołkami, wypiły już kilka drinków. Nienawidzę wysokich stołków, nie pasują do moich krótkich nóg. Kobiety przywitały mnie uprzejmie, zaprosiły, żebym do nich dołączył, i przysunęły dodatkowy stołek.

Wszystkie były wspaniałe, każda mierzyła jakieś metr osiemdziesiąt. Miałem wątpliwości w kwestii kompetencji apki do kojarzenia ludzi. A może podchmielone dziewczyny przeglądały apkę i zdziwiły się, że tam jestem? Mały trans. Obejrzały już wszystkich ciskolesi, seksownych producentów płyt, zawodowych sportowców, lekarzy, a potem zatrzymały się na moim zdjęciu – poczuły obrzydzenie, rozbawienie, a może jedno i drugie?

Zamówiłem tequilę z wodą gazowaną i limonką na lodzie. Grały telewizory, na stole leżały resztki jedzenia. Dopiłem drinka i zamówiłem kolejnego.

– Z Nowej Szkocji – rzuciłem, odpowiadając na obowiązkowe „Skąd jesteś?”. – To w Kanadzie – dodałem.

– Co? Myślałam, że to w Skandynawii czy coś – stwierdziła jedna z koleżanek.

Dopiłem drugiego drinka i wyskoczyłem zapalić jointa. Sara poszła za mną.

– Od kiedy wiesz? – zapytała, gdy staliśmy na zewnątrz, opierając się o ścianę. Unosiła się nade mną. Przez krótką chwilę zastanawiałem się, co ma na myśli. To coś, o co często jestem pytany, ale nie coś, o czym chciałbym gadać podczas wieczornego wyjścia. Zdarzało mi się czasem słyszeć to pytanie jako queerowa kobieta, ale jako transpłciowy facet słyszę je nagminne. Kod na „nie wierzę ci”.

Wiedziałem, od kiedy miałem cztery lata. Chodziłem do przedszkola YMCA w centrum Halifaxu na South Park Street, naprzeciwko parku miejskiego. Budynek miał elewację z ciemnej cegły; został już rozebrany, teraz stoi tam coś innego. Przede wszystkim zrozumiałem, że nie jestem dziewczyną. Nie świadomie, ale w sensie czystym, nieskażonym. To uczucie jest jednym z moich najwcześniejszych i najwyraźniejszych wspomnień.

Łazienka znajdowała się na końcu korytarza, niedaleko salki przedszkolnej. Próbowałem sikać na stojąco, zakładając, że tak będzie dla mnie lepiej. Naciskałem na wzgórek łonowy, chwytałem go, szczypałem i ściskałem z nadzieją, że uda mi się wycelować. Brudziłem kabinę, w której i tak często śmierdziało moczem.

Byłem zakłopotany swoim doświadczeniem, odcięty od innych dziewczyn, skręcało mnie w żołądku, kiedy na nie patrzyłem. Jedną szczególnie pamiętam. Jane. Jej długie brązowe włosy, sposób, w jaki rysowała, jej skoncentrowane i nieruchome od skupienia oczy. Zazdrościłem jej zdolności artystycznych. Kiedy rysowałem ludzką postać, kończyny wystawały jej z głowy, dłonie miała jak gałęzie, cienkie kreski zamiast palców. Udka kurczaka w wielgachnych tenisówkach. Jane natomiast rysowała ciało, brzuch, pępek. Byłem przerażony. Moje pierwsze zauroczenie, ale wiedziałem, że nie jestem taki jak ona.

– Mogę być chłopcem? – zapytałem mamę, gdy miałem sześć lat.

Mieszkaliśmy wtedy na Second Street, zaledwie kilka minut spacerem od naszego poprzedniego mieszkania na poddaszu przy Churchill Drive. Mieszkanie na parterze przy wysadzanej drzewami ulicy miało dwie sypialnie, drewniane podłogi i uroczy salonik z dużymi oknami. Godzinami siedziałem przed telewizorem, grając na konsoli Sega Genesis – w Aladyna, NHL ’94, Sonic the Hedgehog – i modliłem się do Boga, kiedy byłem przyparty do muru, błagając o wszechmocną siłę, która pomogłaby mi wygrać grę. W okopach nie ma ateistów.

– Nie, kochanie, nie możesz, jesteś dziewczynką – odpowiedziała mama. Zamarła, nie odrywając wzroku od ściereczek do naczyń, które metodycznie składała, po czym dodała: – Ale możesz robić wszystko, co robią chłopcy.

Starannie układała ściereczki, jedną na drugiej.

To przypomina mi, jak wyglądała, kiedy zamawiała dla mnie Happy Meal w McDonaldzie. Za każdym razem nalegałem na „zabawkę dla chłopców” – rozkoszne, sympatyczne przekupstwo. Dyskomfort mojej matki, kiedy o nią prosiła, był wyczuwalny, wyzwalał w niej coś w rodzaju nieśmiałego chichotu, przez który prześwitywały skrawki wstydu. Często i tak dawali dziewczyńską.

Gdy miałem dziesięć lat, ludzie zaczęli zwracać się do mnie jak do chłopca. Po trwającej rok batalii o ścięcie włosów, którą w końcu wygrałem, zacząłem słyszeć „dziękuję, kolego”, kiedy otwierałem komuś drzwi w centrum handlowym.

Nie mogłem pojąć tego, że nie jestem chłopcem. Wiłem się w ubraniach, które były choć w najmniejszym stopniu dziewczyńskie. Wszyscy wokół mnie widzieli inną osobę, niż ja widziałem, więc przez większą część dzieciństwa wolałem trzymać się z boku. Dużo bawiłem się sam. „Prywatna zabawa”, tak to nazywałem.

– Mamo, idę na prywatną zabawę – mówiłem, maszerując po schodach do swojego pokoju, i zamykałem za sobą drzwi.

Uwielbiałem figurki z ruchomymi kończynami – Batmana i Robina, Haka i Piotrusia Pana, Luke’a Skywalkera, dwie lalki Barbie z Happy Meals, którym obciąłem włosy. Do torby trafiła „zabawka dla dziewczynki”, pomimo prośby o „zabawkę dla chłopca”. Byłem chodzącym stereotypem, ale nie w sposób, jakiego oczekiwała mama.

Kiedy znikałem na wiele godzin i oddawałem się prywatnej zabawie, budowałem forty na łóżku piętrowym. Było metalowe i miało kratę u spodu górnej pryczy, wieszałem więc koce i ręczniki, robiąc pokoje. Mała kuchnia, miniaturowa sypialnia. Tonąłem w zawiłych i pełnych emocji narracjach, niebezpieczeństwo czaiło się na każdym kroku, zwisałem z górnej pryczy jak z urwiska, stawiałem czoła śmierci i używałem całej siły, by podciągnąć się w bezpieczne miejsce.

Kwitły wyimaginowane romanse. Pisałem listy miłosne do mojej wymyślonej dziewczyny z drugiej strony morza lawy, zawsze podpisując się: Kochający Jason. Opowiadałem jej o swoich zagranicznych przygodach, o swojej tęsknocie i o tym, jak mi na niej zależy, że chcę ją wziąć w ramiona.

To były jedne z najlepszych chwil w moim życiu, podróże do innego wymiaru, w którym byłem... sobą. I to nie tylko chłopcem, ale mężczyzną. Mężczyzną, który mógł się zakochać i być kochanym. Dlaczego tracimy tę zdolność – tworzenia całych światów? Łóżko piętrowe było królestwem, ja byłem chłopcem.

Moja wyobraźnia działała jak koło ratunkowe. To tam czułem się najbardziej swobodny, nieskrępowany, prawdziwy. Nie wizualizacja, coś znacznie bardziej naturalnego. Nie życzenie, ale zrozumienie. Kiedy byłem sam ze sobą, wiedziałem, wszystko bez wyjątku. Patrzyłem wtedy z zadziwiającą jasnością. Tęsknię za tym.

Prywatna zabawa była podobna do aktorstwa, doświadczanie czegoś w rodzaju paradoksu. Poleganie na wyobraźni prowadziło mnie przez całe życie. Być może od tamtej pory gonię za tym uczuciem. „Aktorstwo, znajdowanie postaci, jest jak opętanie”, powiedziała kiedyś Samantha Morton. Później, kiedy miałem szesnaście lat, jej występ w „Morvern Callar” Lynne Ramsay stał się jedną z moich największych inspiracji. Spokój, subtelność, siła ciszy.

Zanim gust filmowy doprowadził mnie do takich filmów jak „Nazwij to snem” i „Morvern Callar”, utknąłem na filmach katastroficznych. Na swoje jedenaste urodziny wypożyczyłem Anakondę, film nie katastroficzny, ale blisko. Anna, koleżanka z klasy, wpadła do mnie na nocowanie. Wybraliśmy się na krótki spacer, przecięliśmy bulwar do Isleville Street, a twarda i zamarznięta trawa chrzęściła nam pod stopami. Wypożyczalnia wideo mieściła się w małym ceglanym budynku. Chodziliśmy alejkami, oceniając filmy po okładkach. Kiedy kasety VHS i płyty DVD przeszły do lamusa, wypożyczalnia stała się salonem kosmetycznym. Co było po salonie, nie jestem pewien. Budynek już nie istnieje.

Gnaliśmy z powrotem do domu, ściskając w dłoniach zdobycz, niecierpliwi, aż JLo, Ice Cube i Owen Wilson zmierzą się z największym i najbardziej śmiercionośnym wężem na świecie.

„Atakują, owijają się wokół ciebie. Obejmują cię mocniej niż prawdziwa miłość. I dostępujesz przywileju słuchania, jak trzaskają ci kości, zanim siła uścisku spowoduje, że eksplodują ci żyły”.

Wszyscy chłopcy lubili Annę, ja też. Przyjaźniliśmy się od podstawówki, chodziliśmy razem do szkoły i graliśmy w tej samej drużynie piłkarskiej Halifax City Celtics. Ona w obronie, zazwyczaj na prawym skrzydle. Godzinami graliśmy w Aladyna na Sega Genesis. Podskakiwaliśmy na jej łóżku, śpiewając unisono hit zespołu Aqua.

„I’m a Barbie girl, in the Barbie world Life in plastic, it’s fantastic You can brush my hair, undress me everywhere Imagination, life is your creation”

Często marzyłem o byciu Aladynem. Nie chodziło o dywan czy życzenia, ani o malutką małpkę, ale o wiedzę, jak to jest delikatnie dotknąć dziewczynę. Odprysk romansu. Pamiętam, jak po szkole siedziałem z Anną na murku, czekając, aż mama mnie odbierze. Majtaliśmy nogami, patrząc w dół na cichą, pełną zieleni ulicę. Przysunąłem się bliżej, niemalże ją dotykałem, czując, jak beton mnie obciera. Położyłem rękę na jej udzie.

– Co robisz?

Wzdrygnęła się, jakby ktoś jej przyłożył do ciała lutownicę. Potem nie poruszyła się ani nie odezwała, ja też nie. Po chwili przyszła jej mama i ją zabrała. Anna i ja oddaliliśmy się od siebie. Stała się bardzo popularna, a ja, jak możecie sobie wyobrazić, nie.

Mimo to nie minęło dużo czasu, a zacząłem eksplorować seksualność, tyle że z chłopcami. Po raz pierwszy całowałem się z chłopakiem o imieniu Justin. Wyglądał jak postać z Władcy Pierścieni, elfi syn Cate Blanchett czy jakoś tak. Zbudował fort wokół swojego łóżka. Jak mali grotołazi wczołgaliśmy się do środka i całowaliśmy przy dźwiękach Kenny’ego G. Pies Justina był mały, biały i wyjątkowo mendowaty, strasznie wredny. Potajemnie karmiłem go pod stołem, pokładając nadzieję w rozmoczonej frytce, że dzięki niej pies mnie pokocha, a przynajmniej zacznie tolerować.

Z Justinem wymienialiśmy się w szkole liścikami. Nowe uczucie, mrowienie w dolnej części pleców; jak skrawek papieru z kilkoma zdaniami zmieniał mnie w ten sposób? Ryzyko i radość przydawały poezji dniom, które wykraczały poza przyziemność. Ścieżka może nie do końca właściwa, ale nie mogłem przestać po niej kroczyć. Raz jeden z nauczycieli przechwycił któryś liścik:

„Spotkajmy się za boiskiem, będę na ciebie nacierał”.

Moje policzki płonęły ze wstydu, zamarłem, ale Justin – cholerny geniusz – powiedział, że chodziło mu o natarcia w piłce nożnej, ale źle to napisał. Nauczyciel to kupił.

Byłem z Justinem, kiedy po raz pierwszy nazwano mnie pedałem. Siedzieliśmy skuleni wśród drzew w parku Fort Needham. Lokalizacja wypaliła mi się w pamięci. Fort Needham powstał podczas wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Widać było wtedy stamtąd North End w Halifaksie, gdzie dorastałem. Teraz na szczycie wzgórza stoi dzwonnica zbudowana na pamiątkę eksplozji w Halifaksie. Poważna katastrofa, o której zapomniała większość świata, a która dosłownie ukształtowała krajobraz mojego dzieciństwa, z dowodami na każdym kroku.

Eksplozja miała miejsce 6 grudnia 1917 roku. Doszło do niej w wyniku kolizji belgijskiego parowca z pomocą humanitarną „Imo” i francuskiego frachtowca „Mont-Blanc”, który przewoził 250 ton trotylu, 62 tony bawełny strzelniczej, 246 ton benzolu i 2366 ton kwasu pikrynowego. Ładunek ważył prawie 3000 ton. Trzynaście razy więcej niż waży Statua Wolności.

Jak szczegółowo opisał to w książce „The Great Halifax Explosion” [„Wielka eksplozja w Halifaksie”] John U. Bacon, statki przewożące amunicję do Europy zazwyczaj wywieszały czerwoną flagę, aby ostrzec przed ładunkiem, ale ponieważ niemieckie łodzie podwodne zatopiły setki okrętów z amunicją, „Mont-Blanc” tego nie zrobił. Tylko pięć osób w mieście wiedziało, co jest na pokładzie. Gdy „Mont-Blanc” dyskretnie wpływał o świcie do portu w Halifaksie, „Imo” przygotowywał się do rejsu. „Imo” miał jednodniowe opóźnienie, czekał na dostawę węgla, a teraz kapitan wychodził w morze, zirytowany straconym czasem. Kiedy zbliżał się do najwęższej części portu, płynął niewłaściwą stroną. Rozpoczęła się zabawa w to, kto stchórzy. Jeden z kapitanów w ostatniej chwili podjął decyzję o zmianie kursu. To samo zrobił drugi i zderzyli się.

Ludzie na widok gigantycznej chmury dymu rzucili się w stronę portu i do okien, nieświadomi ładunku statku. „Mont-Blanc” płonął przez prawie dwadzieścia minut, a następnie eksplodował, równając z ziemią całe North End, niszcząc wszystko w promieniu ponad dwóch i pół kilometra. Ponad tysiąc pięćset osób zginęło natychmiast, zostali rozczłonkowani, zdarło z nich ubrania. Wyparowali. Statek został wyrzucony tak wysoko w powietrze, że gdy spadł, wywołał dziewięciometrową falę tsunami, która porwała ciała. Nigdy ich nie odnaleziono. Wybuch był tak ekstremalny, że analizowali go naukowcy z Projektu Manhattan pracujący nad stworzeniem bomby atomowej, co utrzymywano w tajemnicy przez dziesięciolecia.

Ci, którzy przeżyli ogrom zniszczeń, wołali o pomoc. Ranni i umierający. Był poranek, płonęły domy i gruzy. Ogień pożerał ruiny, ludzie błagali o ratunek, płomienie rozprzestrzeniały się bardzo szybko. Ocalali mówili, że najgorszym dręczącym ich wspomnieniem są odgłosy agonii, gardłowe wrzaski osób uwięzionych pod gruzami. Kto mógł, uciekał, ogień opanowywał coraz większy teren. Rodzice opuszczali dzieci, kochankowie opuszczali bratnie dusze. W największej eksplozji spowodowanej przez człowieka przed wybuchem bomby atomowej co najmniej dwa tysiące osób zginęło, a ponad dziewięć tysięcy zostało rannych.

I tam właśnie siedziałem i całowałem się, dziesiątki lat później.

Przytuleni do siebie przy pniu sosny, obok nas pusta butelka po alkoholu, być może pozostawiona przez dwoje innych kochanków. Dotykanie. Całowanie. Tulenie. Byliśmy dwoma chłopcami i wyglądaliśmy jak dwaj chłopcy.

– Co to ma być, pedały jebane?

Podeszła do nas grupa nastolatków. Pedały. Pedały. Pedały. Byli więksi, groźni, okrutni.

– Pedzie. Sklepiemy wam maski.

– Jestem dziewczyną – powiedziałem.

– O proszę, a ty kim jesteś? Kosmitą?

Splunęli na Justina.

Coś kliknęło i zaczęliśmy biec. To nie miało się skończyć na słowach. Nasze nogi śmigały, gdy zbiegaliśmy ze wzgórza. Elektryczność w brzuchu. Każdy krok to akt desperacji.

Biegłem w stronę domu dawnej opiekunki, uznałem, że to mądrzejszy wybór niż mój własny dom. Nie było czasu na oglądanie się, wciąż słyszałem głosy. Cudem dotarliśmy do jej werandy. Słyszałem szczekanie jej lhasa apso, Bubby’ego. Prześladowcy się zatrzymali. Kobieta podeszła do drzwi, nasza panika była oczywista. Spojrzała na grupę chłopców, a w jej oczach pojawiło się zrozumienie.

– Wypierdalać, obszczymury!

Wciąż to widzę, słyszę, jak na nich krzyczy, rzadko kiedy czułem się chroniony.

Gdy dorastałem, uczono mnie, że wybuch „Mont-Blanca” był „wypadkiem”, „błędem”. Zderzyły się dwa statki, jeden wiózł materiały wybuchowe, i tyle. To jednak nie był wypadek – to była konsekwencja wojny.

Eksplozja z dnia na dzień zrobiła z tysięcy dzieci sieroty. Ludzie stracili domy, zapanował głód. Tamtego grudnia kościół Świętego Pawła wydał ponad dziesięć tysięcy posiłków. Ojciec mojej mamy, który zmarł, gdy miała szesnaście lat, przez lata był tam pastorem.

Święty Paweł najwyraźniej przetrwał wybuch, ale okna poszły w drobny mak, podobnie jak wszystkie okna w całym Halifaksie, podczas gdy wielu ludzi stało z twarzami przyklejonymi do szyb, patrząc na unoszący się dym.

Wyobrażam sobie jatkę, krwawy śnieg, apokaliptyczną rzeź. Gdzie się podziała cała ta trauma? Dzieci nagle pozbawione rodziców, błąkające się pośród niewyobrażalnego zniszczenia. Co zrobiły osoby queer po tragedii? Ci, którzy stracili sekretnych kochanków. Ukryty smutek.

Polecamy książkę Elliota Page’a „Pageboy”, wyd. Marginesy. Polecamy książkę Elliota Page’a „Pageboy”, wyd. Marginesy.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze