Remigiusz Mróz: Siadam i piszę

fot. BewPhoto

Zadebiutował pięć lat temu, dziś ma na koncie 25 powieści. A mógłby mieć więcej, bo pisze jedną książkę miesięcznie. Sekret? żelazna dyscyplina. Mówi: „Wszyscy dążymy do podobnego celu: ujarzmienia rzeczywistości i zamknięcia jej w kontrolowane przez nas ramy”.

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 3/2018

Wokół pana dużo tajemnic. A najważniejsza: czy Remigiusz Mróz jest tylko jeden? Czy na wsi pod Opolem, gdzie pan mieszka, ukrywa się panów więcej? Pytam, bo słyszałam, że Mróz to pseudonim grupy twórczej.

Mnie też doszły takie słuchy [śmiech]. Byłem na to gotowy, bo już w 2012 roku mój przyszły wydawca powiedział mi jasno: „Słuchaj, jeśli będziesz tyle pisał, prędzej czy później ktoś powie, że Mróz to pseudonim grupy literackiej”. Odpowiedziałem, że jeśli tak się stanie, potraktuję to jako komplement – i tak właśnie jest.

Tajemnica numer dwa: Jak pan to robi, że pisze tak szybko? Ma pan zaledwie 31 lat, pojawił się „znikąd” w 2013 roku i zaczął wydawać cztery książki rocznie. Potem pan przyspieszył, pisząc książkę miesięcznie. Do dziś wydano ich 25 i pewnie drugie tyle ma pan w szufladzie. Niektórzy podejrzewają, że jest pan cyborgiem, inni – że wyciąga z zapasów książki napisane dużo wcześniej albo że zatrudnia pan ghostwriterów. Jak wygląda prawda?

Siadam i piszę. Nie szukam zastępczych zajęć, kiedy mi nie idzie, tylko czekam, aż… zacznie iść. Nie wypatruję nadejścia mitycznej muzy, po prostu pozwalam opowieści rozwijać się w takim tempie, w jakim sama chce to robić.

Siada pan i pisze – to brzmi niegroźnie. Wyjaśnijmy więc. Od kilku lat pisze pan codziennie, bez przerw na weekendy i święta, od rana do późnej nocy. Minimum 10–15 stron dziennie. Każdy dzień musi wyglądać podobnie albo nawet tak samo.

Brzmi to i właściwie jest niegroźne, bo wydaje mi się, że koniec końców wszyscy dążymy do podobnego celu – ujarzmienia rzeczywistości i zamknięcia jej w kontrolowane przez nas ramy. W pełni nie da się tego zrobić, dlatego zadowalają nas nawet małe sukcesy na tym polu. Moim jest to, że bez szefa nad głową udało mi się wypracować codzienną rutynę, której się trzymam. Ostatecznie wszystko sprowadza się do tego, by zwalczyć potrzebę ucieczki.

Kręgosłup nie szwankuje od takiego siedzenia i pisania?

Na razie nie, ale przypuszczam, że jeśli w długości kadencji pisarskiej uda mi się dobić do Stephena Kinga, wygnę się podobnie jak on w lekki łuk.

Pracuje pan przy biurku?

Zazwyczaj tak, czyli mniej więcej przez 350 dni. Przez pozostałe zdarza mi się pisać na tarasie, na kanapie albo w podróży. Ostatecznie jednak nic nie pobije wygodnego fotela biurowego z podparciem dla odcinka lędźwiowego i biurka, na którym mam ułożone stosy książek. W takim otoczeniu nie ma wyjścia, trzeba pisać.

Lepiej się pisze w ciszy czy przy muzyce? Przy świetle czy może przy zasłoniętych oknach? Ma to w ogóle jakieś znaczenie?

W ciszy pracuje się najlepiej, ale jeśli świat zewnętrzny się naprzykrza, czasem wznoszę ścianę dźwięków, zbudowaną z utworów instrumentalnych. Wokal mnie rozprasza. Światło nie ma dla mnie znaczenia – zdarza się, że wpadam w wir pisania, kiedy jest jasno, a potem szkoda mi odkleić się od laptopa, żeby włączyć światło.

Siadając do nowej książki, ma pan już w głowie całą historię?

Czasem tak, choć wolę, kiedy nie mam pojęcia, jaki będzie finał. Albo kiedy tylko wydaje mi się, że wiem, jak zakończy się cała historia, a bohaterowie postanawiają postąpić zupełnie inaczej.

Kiedy siedzi pan cały czas przy biurku, to skąd inspiracje?

Zewsząd! Dobre pomysły nie tylko nas otaczają, ale także nieustannie atakują. Potrafią czyhać w pozornie błahym newsie, mało znaczącym zdarzeniu w naszym życiu czy w zabłąkanej myśli. Jedyna różnica między pisarzami a osobami wykonującymi inny zawód jest taka, że my odkładamy te idee z tyłu głowy, od czasu do czasu podlewamy kolejnymi i czekamy. Jeśli wyrośnie z nich coś, co może zaowocować kilkusetstronicową historią, siadamy do pisania.

I nie zdarzają się żadne kiepskie dni, przestoje?

Bywa, że pierwsze zdanie piszę przez 15 minut, a przez kilka kolejnych zastanawiam się, czy przecinek nie sprawdziłby się lepiej w innym miejscu. Wystarczy jednak zamknąć sobie drogę ewakuacji, a w końcu słowa zaczną się kleić i opowieść ruszy naprzód.

Pana guru Stephen King, żeby nie wyjść na totalnego pracoholika, w wywiadach twierdził, że pracuje 363 dni w roku. Pan nie odejmuje sobie nawet tych dwóch dni dla zachowania pozorów…

Chciałem zrobić podobnie, potrącając sobie te dwa dni na urodziny i Wigilię, ale potem przeczytałem wywiad z Kingiem, który przyznał, że skłamał [śmiech]. Koniec końców chyba każdy pisarz jest po części jaskiniowcem – i może musi nim być, żeby na dobre wejść do świata swojej powieści, zamknąć się w niej jak w ciemnej grocie i nie wyłazić na powierzchnię przez jakiś czas.

Gdy się pan w końcu wynurza z jaskini, to co wtedy? Pusto wokół?

Aż tak źle ze mną nie jest! [Śmiech]. Czasem mentalnie muszę zniknąć w mojej powieściowej jaskini, ale kiedy w końcu z niej wychynę, ktoś zawsze na mnie czeka.

Czyli nie obawia się pan, że pewnego dnia obudzi się i stwierdzi, że poświęcił karierze i literaturze za dużo, że ominęło go życie?

Nie, bo mam jasno wyznaczone cele. Najważniejsze to przelewać kolejne historie z wyobraźni na papier. I dopóki udaje mi się to robić, wszystko jest w porządku. Jeśli to się zmieni, zatrzymam się i zastanowię, jak wrócić na wyznaczony tor.

A co, gdy w głowie zabraknie pomysłów?

Cierpię na podobną przypadłość co King, kiedy miał na karku dopiero trzydziestkę. Głowa pęczniała mu od nadmiaru pomysłów, a jego jedyną obawą było to, czy zdąży przekuć je na książki. Teraz, kiedy przekroczył już siedemdziesiątkę, twierdzi, że sytuacja trochę się poprawiła. Mam więc nadzieję, że w okolicach roku 2057 będę mógł powiedzieć podobnie.

Nudno być samotnikiem?

W żadnym wypadku! Wisława Szymborska mawiała, że czytanie to najpiękniejsza zabawa, jaką ludzkość wymyśliła, ale wydaje mi się, że jeszcze bardziej niesamowitą rozrywką jest pisanie. Dopiero wtedy można w pełni odczuć magię kreatywności. Jakiś czas temu zastanawiałem się, czy większą przyjemność i emocje zapewniają mi podróże realne, czy te literackie – i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że te drugie.

Umie pan się polenić? Zdarza się panu pojechać na wakacje?

Wyjeżdżam raczej rzadko i zazwyczaj książka, nad którą pracuję, jedzie ze mną. Kiedy nie piszę, chodzę. Czasem od rana do wieczora, chłonąc miejsce, w którym jestem. Wynika to po części z mojego pracoholizmu – bo istnieje niebezpieczeństwo, że po powrocie do hotelu po prostu zasiądę do laptopa. Drugi powód jest taki, że uwielbiam poznawać nowe miejsca od podszewki, chodzić tam, gdzie nie ma turystów, jeść z lokalsami i przemieszczać się z jednej dzielnicy miasta do innej na piechotę, nawet jeśli zabiera mi to parę godzin. Z komunikacji miejskiej nie korzystam, a jeśli zdarzy mi się pobłądzić, traktuję to jako dodatkową atrakcję.

Jak rodzina reaguje na ten pisarski reżim?

Z wyrozumiałością na szczęście! Pisanie to świetna robota, bo jest otoczona pewnym nimbem romantyzmu. Nikt nie chce przerywać pisarzowi, kiedy akurat spłynęło na niego natchnienie i w pocie czoła tworzy swoją historię. Dla pracoholików fach wprost wymarzony.

By być pisarzem na pełen etat, rzucił pan Warszawę, potencjalną karierę prawnika oraz doktoranta. Zdarzały się może jednak bezsenne noce, gula w gardle i obawa, że postawił pan nie na tego konia?

Nie, bo dałem sobie rok spokoju ducha. Uzgodniłem sam ze sobą, że przez ten czas nie będę kwestionować swojej decyzji, choćby nic nie szło tak, jak sobie zamierzyłem. Weryfikację miałem przeprowadzić dopiero po tym czasie, nie wcześniej. I dzięki temu mogłem spokojnie pracować nad warsztatem, kolejnymi książkami i promocją tych, które już się ukazały.

Rodzice nie protestowali?

Jako rozsądni pragmatycy uwierzyli synowi szaleńcowi, kiedy powiedział, że rzuca wszystko i będzie pisał książki. Jestem im za to wdzięczny.

Wiedzieli, że napisanie książki było pana marzeniem?

Zamarzyć o tym na dobrą sprawę nie miałem kiedy – bo idea ta po raz pierwszy wpadła mi do głowy, kiedy miałem dziesięć lat. Od razu zasiadłem do pisania, a efekt był taki, że powstała „powieść” pod wdzięcznym tytułem „Super-Świniak”. Niestety, przepadła podczas któregoś formatowania dysku, bo w trzeciej klasie podstawówki nie wiedziałem jeszcze, jak przydatne są kopie zapasowe. Przypuszczam jednak, że nie ma tego złego. Ta historia opowiadająca o zwierzętach hodowlanych obdarzonych supermocami nie odcisnęłaby zapewne wielkiego piętna na polskiej literaturze [śmiech].

Biorąc pod uwagę tempo pisania, można by pomyśleć, że pana marzeniem jest cała ściana księgarni wypełniona książkami pana autorstwa. O czym tak naprawdę marzy Remigiusz Mróz?

Nie mam nic przeciwko ścianom, jeśli nie są ściankami! A marzy mi się przede wszystkim, żeby polska literatura gatunkowa zawojowała rynki zagraniczne tak, jak zrobiły to skandynawskie kryminały. I żeby dołożyć do tego swoją cegiełkę. Kto wie, może się uda?

Zdaje się, że już pan tę cegiełkę dokłada.

Mam nadzieję, że zaczynam stawiać fundament. „Nieodnaleziona” [poprzednia książka Mroza – przyp. red.] ukaże się za granicą, a o jej losy dba Madeleine Milburn, jedna z najbardziej wpływowych osób w brytyjskiej branży wydawniczej. Pisarka Tess Gerritsen stwierdziła, że po Larssonie i Nesbø czas w USA na Mroza i że to początek wielkiej fali thrillerów z Polski. Mam nadzieję, że jej słowa okażą się przynajmniej w części prorocze!

Kiedy pana książki pojawią się na ekranach?

W tej chwili trzy serie są adaptowane do seriali – cykl z Chyłką, Forstem oraz „W kręgach władzy”. Każda z nich jest przygotowywana przez inną stację telewizyjną oraz inną ekipę i gdybym miał powiedzieć, która z tych produkcji wygląda najciekawiej, miałbym nie lada problem. Wydaje mi się, że najszybciej, może już w tym roku, zobaczymy adaptację cyklu „W kręgach władzy”. Z dużym zainteresowaniem filmowców spotkała się też „Nieodnaleziona” – ale kiedy powiedziałem o tym mojej agentce z Londynu, uznała, że najlepiej, żebym się wstrzymał z przekazaniem praw. Utrudniłoby jej to bowiem negocjacje z Hollywood [śmiech].

Ma pan jasno wyznaczone cele działania. Jest wśród nich też miejsce na rodzinę, przyjaciół?

Pewnie, choć wydaje mi się, że akurat tę sferę trudno traktować w kategorii celów. Jak pisał Wiesław Myśliwski, człowiek życia sobie nie wybiera, życie samo wybiera człowieka.

Remigiusz Mróz: rocznik 1987. Z wykształcenia prawnik, z zawodu pisarz. Jest autorem kilku serii, m.in. trylogii historycznej „Parabellum” czy kryminałów z Wiktorem Forstem. 14 marca ukaże się kolejny z jego serii thrillerów prawniczych – z Joanną Chyłką.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »