Jude Law o wierze i swojej roli w „Nowym Papieżu”

Jude Law o wierze i swojej roli w "Młodym Papieżu"
Jude Law (fot. BEW PHOTO)

Miał powstać tylko pierwszy sezon, a tu, proszę, Jude Law znowu wciela się w fikcyjnego papieża Piusa XIII. Jeszcze bardziej kontrowersyjnego, o czym dobitnie świadczy budzący wielkie emocje trailer serialu.

Podobno nie chciałeś zagrać papieża po raz drugi. Dlaczego? Przecież pierwszy sezon waszego serialu okazał się wielkim sukcesem.
„Młody papież” był dla mnie wspaniałym doświadczeniem: nigdy wcześniej nie zagrałem takiej niezwykłej roli. Mieliśmy zrealizować dziesięciogodzinny serial i to zrobiliśmy. Tymczasem Paolo [Sorrentino – przyp. red.] zadzwonił i powiedział, że zamierza kręcić ciąg dalszy. Ta sytuacja mnie zaskoczyła.

Na szczęście nie odmówiłeś Sorrentinowi.
Jemu nie umiem odmawiać. Zrozumiałem, że potrzeba czegoś nadzwyczajnego, aby zgłębić tę postać jeszcze mocniej, choć i tak mój bohater z pierwszej serii jest postacią niezwykle skomplikowaną, pełną sprzeczności, wymykającą się schematom. W „Nowym papieżu” zapowiadała się więc niezwykła aktorska podróż. Pojawiło się wiele nowych konfliktów i nowy, też fikcyjny, papież John Paul III, grany przez Johna Malkovicha. Mój bohater zapada w śpiączkę. Poczułem, że znów stoję przed wyzwaniem. I dam sobie radę, bo jest ze mną Paolo, któremu ufam bezgranicznie, który ma świetny gust, jest wizjonerem i ma ogromne poczucie humoru. Dla takiego reżysera zrobię wszystko.

Dla niego nie zawahałeś się przejść po plaży w białych slipkach. Ten trailer wywołał falę komentarzy.
To jest marzenie papieża, jego fantazja. Kiedy Paolo nam o tym opowiedział, dusiliśmy się ze śmiechu. Wiedziałem, że ta scena jest umotywowana, potrzebna. Szczerze mówiąc, w żadnym filmie nie nosiłem tak skąpego kostiumu [śmiech]. Zagrałem wcześniej kilka mięsistych ról: Hamleta na West Endzie, dr. Watsona w filmie „Sherlock Holmes” – ale nic tak wielkiego jak głowa Kościoła katolickiego. Mój papież jest pełen sprzeczności, toczy się w nim walka między konserwatyzmem a nowoczesnością. W tym sensie jest on metaforą współczesnego Kościoła, który próbuje znaleźć swoje miejsce w zmieniającym się świecie. Papież w wersji plażowej nie kłóci się więc z kościelną [śmiech].

Pamiętam, jak wiele lat temu zapytałam cię, dlaczego rolę polskiego papieża w dużej międzynarodowej produkcji powierzono nie tobie, ale aktorowi z mojego kraju, Piotrowi Adamczykowi. Ty roześmiałeś się i powiedziałeś, że to dlatego, że jesteś zbyt przystojny.
Naprawdę tak powiedziałem? No, widać dla Paola to nie była przeszkoda, a wręcz przeciwnie. Chciał, by jego papież był atrakcyjny fizycznie. To czyni tę postać jeszcze bardziej kontrowersyjną, niejednoznaczną, a ja znów gram nie przeciw, ale w zgodzie ze swoim image’em. Byłem zaintrygowany moim bohaterem. Spodobał mi się pomysł pokazania człowieka wiary, którego dopada konflikt przekonań, który sam dla siebie jest pełen tajemnic. Pius XIII, czyli Lenny Belardo, jest nowoczesny, ale zarazem konserwatywny. Dumny i homofobiczny. Sprzeciwia się rozwodom i aborcji, choć wygląda na człowieka liberalnego. Łączy przeciwieństwa. To opowieść o kimś, kto próbuje opanować i zrozumieć swój kryzys wiary. Siebie samego.

Jude Law o wierze i swojej roli w "Młodym Papieżu"
„Nowy papież”, serial Paola Sorrentina z Jude’em Lawem i Johnem Malkovichem. (Fot. materiały prasowe)

Jesteś człowiekiem wierzącym?
Tak, myślę, że mogę tak o sobie powiedzieć. Dla mnie wiara to rodzaj intymnej, osobistej podróży w głąb siebie, przeżycie duchowe. Bardziej niż katolicyzm przemawia do mnie buddyzm, ale nie chcę roztrząsać tego publicznie. Wszystko, co mogę powiedzieć, to to, że wierzę w naturalny porządek, a natura jest najpotężniejszą siłą na planecie. W katolicyzmie natomiast podoba mi się jego obrzędowy charakter i teatralność. Te kostiumy, świece, muzyka – to przecież miejsce narodzin teatru.

Czy prywatnie doświadczyłeś kryzysu wiary?
W wieku 47 lat trudno pozostawać idealistą [śmiech]. Tak, był taki czas, kiedy zwątpiłem we wszystko. Do momentu, w którym uświadomiłem sobie, że jedną z najważniejszych rzeczy jest życie w zgodzie z samym sobą. To luksusowe i wspaniałe uczucie. Móc dobrze spać i z uśmiechem patrzeć w lustro po przebudzeniu. Natomiast jeśli chodzi o kryzys wiary, przychodzi mi też do głowy wiara nie tyle w religię, ile w humanistyczne wartości w ogóle. Miałem kilka tygodni poważnej depresji po… decyzji o brexicie. Byłem zdumiony odkryciem, że nie wiedziałem, co odczuwa połowa populacji w moim kraju. I początkowo było w tym wiele gniewu. Potem pomyślałem, że to jest naprawdę smutna sytuacja. Podział kraju na nas i na innych tylko wzmocni problemy, które już nas trapią. Nie chcę czuć się obco we własnym kraju, a tak jest.

Czujesz się brytyjskim patriotą?
Nie jestem wielkim patriotą, ale kimś, kto czuje, że jego kraj staje się miejscem coraz bardziej kłopotliwym na międzynarodowym rynku, coraz bardziej wyobcowanym. To mnie martwi. Zastanawiałem się kiedyś, czy nie opuścić Wielkiej Brytanii, ale jeśli już, to raczej wyniosę się z Londynu na wieś.

Brzmi to tak, jakbyś marzył jedynie o tym, żeby zaszyć się w miejscu, z którego mógłbyś się nie ruszać. Tymczasem jesteś znany ze swoich dalekich podróży.
Lubię ten dreszczyk emocji, który towarzyszy niepewności. Jedziesz w nieznane, dalekie i egzotyczne miejsce i nie wiesz, co cię tam czeka, jak zareagujesz, do czego jesteś zdolny, a czego nigdy nie zrobisz. To takie dobrowolne testowanie siebie, otwieranie się na inność. Kiedyś często zabierałem w podróże moje starsze dzieci. Zwiedziliśmy spory kawałek Afryki. Byliśmy w Tanzanii i RPA. Ale najstarszy syn Rafferty skończył 25 lat, Iris 19, Rudy 17 – mają swoich przyjaciół do podróżowania.

Co sobie myślisz, kiedy dziennikarze nazywają cię typem amanta?
Że amantem to jest dla mnie Cary Grant. Mam jednak to szczęście, że reżyserzy proponują mi dość różnorodne postaci i wychodzą z założenia, że poradzę sobie z każdą rolą.

A jednak to właśnie ty stworzyłeś jedne z najsłynniejszych kreacji playboyów we współczesnym kinie.
Pewnie masz na myśli dwa remaki: „Alfie” i „Pojedynek”? W obu gram młodsze wersje playboyów, w których przed laty wcielił się Michael Caine, dziś legenda brytyjskiego kina i mój mistrz. Największą satysfakcję sprawiło mi granie z nim w duecie w „Pojedynku”. Wcieliłem się tam w młodego, przystojnego fryzjera, który uwodzi żonę podstarzałego pisarza granego przez Michaela. Swoją drogą 40 lat wcześniej fryzjera grał Michael. Spodobał mi się scenariusz. To maskowana, pełna intryg, bezpardonowa i okrutna walka na śmierć i życie dwóch egoistycznych samców o kobietę. Obaj okazują się godnymi siebie partnerami w tej grze.

Ile w tamtych rolach twoich prywatnych doświadczeń? Pytam o to, bo przez lata ty, prywatna osoba, byłeś postrzegany przez pryzmat takich ról, ról amantów.
Nie należy wierzyć we wszystko, co podają tabloidy. Kompletnie nie znam się na tych technikach uwodzenia, o jakich piszą w poradnikach. Nawet na planie czuję się niezręcznie, gdy mam scenę łóżkową. Człowiek jest nagi, dookoła ludzie piją kawę, a potem przedstawiają ci jakąś zupełnie obcą dziewczynę, podajecie sobie ręce i mówicie: „No, to teraz się całujemy”. To jest strasznie nieerotyczne.

Tymczasem umieszczają cię w rankingach najpiękniejszych, najseksowniejszych, piszą artykuły o tym, jaki jest twój typ kobiety…
Zostałem aktorem po to, by grać w teatrze i w filmach, a nie po to, by uzupełniać listy rankingów na najpiękniejszych mężczyzn, najzgrabniejsze nogi czy najbardziej ponętne pośladki. Oczywiście, zawsze to lepiej, kiedy ludzie kojarzą moje nazwisko z konkursem na najbardziej seksownego faceta niż na najbardziej odrażającego, ale wolałbym być rozpoznawany ze względu na moje role. Mówienie o kimś, że jest przystojniakiem albo dla odmiany najgrubszym czy najbrzydszym mężczyzną, to rodzaj zaszufladkowania. Taki sam jak ten, zgodnie z którym jeden aktor przez całą swoją karierę gra romantycznych kochanków. A mój typ kobiety? Moja matka Maggie i starsza siostra Natasha, która jest malarką i fotograficzką, są bardzo niezależne. Dlatego poszukuję niezależnych kobiet. Za zdecydowanie najbardziej atrakcyjną część kobiety uważam jej siłę, czyli intelekt, własne zdanie, asertywność, poczucie humoru i własnej wartości.

W jakim momencie kariery się znajdujesz? Co dziś jest dla ciebie najważniejsze?
Nie jestem nastawiony na wielkie zyski z filmów. Grywam głównie w kinie określanym jako niszowe, a jeśli są to większe produkcje, to często decyduję się na role drugoplanowe. Wydaje mi się, że w ten sposób nie staję się automatem do grania, tylko aktorem, który podąża za własną intuicją. Zmniejsza się też ryzyko, że przegapię coś ważnego w karierze i życiu prywatnym. Nie angażuję się w projekty, które mnie nie pasjonują. To daje mi poczucie, że nie rozmieniam się na drobne.

Czy to samo uczucie towarzyszyło ci, kiedy zagrałeś w filmie polskiego artysty Pawła Althamera?
Tak. To był bardzo ciekawy projekt. Moje zadanie polegało na tym, że w londyńskim Borough Market miałem kupić rybę. Niby nic nadzwyczajnego. I właśnie o to chodziło. Na plan przyszły tłumy gapiów zachęconych plakatami rozwieszonymi w metrze. Było na nich napisane, że ci, którzy przyjdą na rynek, doświadczą filmu, który rozegra się w rzeczywistości. Wokół straganów Paweł poustawiał statystów. O ile pamiętam, to byli tam jakaś dziewczyna robiąca zdjęcia, kobieta z wnuczkiem i wielu innych. Założeniem tego projektu, którego uczestnikami wpływającymi na przebieg akcji filmu byli przypadkowi gapie, było uświadomienie widzom, że każdy moment naszego życia jest ważny, niepowtarzalny.

Zgadzasz się?
Nawet w najbardziej banalnych czynnościach, takich jak kupowanie ryby, może kryć się coś niezwykłego. Trzeba tylko to dostrzec.

Jude Law rocznik 1972; brytyjski aktor filmowy, teatralny i telewizyjny, reżyser, producent filmowy. Ma na koncie m.in. nagrodę BAFTA za rolę w filmie „Utalentowany pan Ripley” i dwie nominacje do Oscara. Za telewizyjną kreację Piusa XIII w serialu „Młody papież” otrzymał nagrodę Fondazione Mimmo Rotella na festiwalu filmowym w Wenecji.

 

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze