1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Śmiech to zdrowie! Czy masz poczucie humoru?

Śmiech to zdrowie! Czy masz poczucie humoru?

To, co nas bawi, określa nasz charakter, mówił Goethe. – Humor określa granice naszej swobody, bo jeśli śmieszy nas to samo, to te granice mamy takie same – dodaje dr hab. Jacek Wasilewski. (Fot. iStock)
To, co nas bawi, określa nasz charakter, mówił Goethe. – Humor określa granice naszej swobody, bo jeśli śmieszy nas to samo, to te granice mamy takie same – dodaje dr hab. Jacek Wasilewski. (Fot. iStock)
„Kochanie, zacznij beze mnie” – krzyczy Woody Allen, przebiegając przez sypialnię. Wprawdzie partnerki tym nie zadowoli, ale rozbawi! A kobiety wolą mężczyzn, którzy je rozśmieszają. I na odwrót. Śmiech nas zbliża, jest chwilą szczerości.

To, co nas bawi, określa nasz charakter, mówił Goethe. – Humor określa granice naszej swobody, bo jeśli śmieszy nas to samo, to te granice mamy takie same – dodaje dr hab. Jacek Wasilewski. – Osobiście lubię dowcip dosadny, bo rozbija sztywne normy. Nawet jeśli nie jest zbyt dobry, to i tak sprawia, że atmosfera staje się nieformalna. Jeśli kobieta opowie taki żart, to wiem, że nie obrazi się za jakieś przekleństwo, które może mi się wymsknąć. Humor jest probierzem, czy będziemy się razem dobrze czuć.

Po co nam śmiech?

Tomasz Kot, aktor: – Samotny czterdziestoparoletni singiel któregoś dnia został poproszony przez przyjaciół o rozmowę. Powiedzieli mu, że mają dosyć: – Musisz jakoś się ogarnąć, znaleźć żonę i mieć dzieci. Widzisz, przyjacielu, chodzi o to, żeby przed śmiercią szklankę wody podał ci ktoś, kto cię kocha, a nie pielęgniarka. Zdarzył się cud. Facet zakochał się, urodziło mu się sześcioro dzieci, szybko pojawiły się wnuki. Minęły dekady i nasz bohater umiera. W sali mnóstwo ludzi, a wszyscy to rodzina. Patrzy na nich i nagle z ust wyrywa mu się chrapliwe: – Cholera jasna! Pić mi się nie chce!

– Mamy takie samo poczucie humoru, ale też mężczyźni w swoim gronie są bardziej wojowniczy – mówi dr Wasilewski. – Żarty, jakie tam opowiadają, są grube, z męskiej szatni. Mówi się je po to, żeby stworzyć rodzaj wspólnoty bojowej. Grube żarty sygnalizują, że w tym gronie jesteśmy bardziej sobą, możemy puścić bąka, klepnąć się po plecach i nic złego się nie stanie. To element szorstkiej męskiej przyjaźni.

Jeśli jednak mężczyzna opowiada kobiecie grube żarty, to nie rozumie, że między mężczyzną a kobietą jest inna więź. Mężczyzna z kobietą tworzą wspólnotę troski. Razem są po to, żeby dawać sobie czułość, miłość, opiekę. Jeśli on tego nie wie, w domu zrobi koszary. Podstawi kobiecie nogę w drzwiach i się zaśmieje, kiedy ona się wyłoży razem z siatkami i torebką.

Uczesany seksizm? Elementem źle pojętej równości jest uważanie, że kobieta i mężczyzna są tacy sami. Nie są, choć obu płciom humor służy do tego, żeby nie być cały czas poważnymi, czyli uważnymi. Jak człowiek się śmieje, to przestaje być czujny i odpoczywa.

Przed śmiercią najedz się kukurydzy, a kremacja będzie zabawna – cenię żarty eschatologiczne, bo pokazują paradoksy, prawdę o życiu, że jest i straszne, i śmieszne – mówi dr Wasilewski. – Lubię żarty abstrakcyjne, jak te Franca Fiszera, który potrafi powiedzieć: Boga nie ma, daję panu na to moje słowo honoru! Rekomenduje je do przełamania lodów w lepszym towarzystwie. Z lekką patyną tradycji, nawet jeśli nie wszystkich rozbawią, to i tak nasza autoprezentacja wypadanie dobrze.

Śmiechem z niższej półki jest na pewno żart kpiący, drwiący z kogoś, że np. rogi przeszkadzają mu czapkę nosić. To przykład pierwszego z czterech typów humoru. Najbardziej pierwotnego z punktu widzenia ewolucji tego, co nas bawi.

– To żarty, z których śmiejąc się, nie bez powodu pokazujemy zęby – mówi dr Wasilewski. – Są związane z przemocą. Bawi nas, kiedy ktoś się potknie i wywróci na prostej drodze albo kiedy tego, kto jest naszym wrogiem, ośmieszymy: ogolimy, puścimy w samych skarpetkach jak prezesa, który za mało nam płaci. Takimi żartami jesteśmy w stanie symbolicznie nieźle wroga pokąsać.

Drugi typ humoru jest również agresywny, choć nie śmiejemy się już wprost z krzywdy, która się dzieje, ale z tej, która dopiero ma się przydarzyć. Przykładem jest serial „Struś Pędziwiatr”. Oglądając, czekamy, aż kolejny raz kojotowi coś się stanie. I to oczekiwanie jest śmieszne. Ewolucyjnie jesteśmy wyżej, ale nadal nasze zadowolenie ma korzenie w agresji.

Dlaczego blondynka raz w miesiącu gotuje zupę w dziesięciu garnkach? Bo tak!!!

Żart, który rodzi się na trzecim poziomie, nadal nie jest powodem do dumy. Śmiejemy się z tego, kogo uważamy za wartościowego inaczej. Bawi nas, gdy ktoś taki znajdzie się w sytuacji obciachowej.

– Ten typ humoru mamy w kawałach o blondynkach, policjantach, o tych wszystkich, wobec których mamy poczucie wyższości. Pomaga on nam tworzyć wspólnotę, bo razem zwracamy się orężem żartu przeciwko komuś. Niestety, utrwala też stereotypy – mówi dr Wasilewski.

Dlaczego kobiety żyją dłużej? Bo Bóg im dolicza czas na parkowanie.

Z badań dr Sylwii Bedyńskiej z SWPS wynika, że dowcipy o blondynkach wpływają negatywnie na kobiety, które są uzdolnione, mają szanse w rywalizacji o palmę pierwszeństwa z mężczyznami. Opowiedzenie takich dowcipów przed wykonaniem zadania z matematyki sprawia, że te kobiety wypadają gorzej niż zazwyczaj.

Chcesz pokonać konkurenta? Opowiedz kawał o grupie społecznej, do której należy: Dla was obok Dnia Matki będzie kolejne święto. Jakie? Dzień Słoika. Protesty przeciw takim dowcipom są zasadne, jeśli chcemy równości szans.

Empatia? Cel!

– Jeśli jest w towarzystwie ktoś otyły, nie żartujemy z teściowej: Greenpeace pomylił ją z wielorybem i zepchnął do morza. Ci, którzy ranią dowcipami – dodaje psychoterapeutka Renata Pająkowska-Rożen – są pozbawieni empatii, ale też nastawieni na cel, a nie na tworzenie relacji. Zadaniowcy nie zastanowią się, jak słuchacze żart odbiorą – ma być śmiesznie i jeśli ich śmieszy na przykład narcyzm aktorów, powiedzą po premierze: To prawda, że na rowerze macie dodatkowe światełko? Skierowane na jadącego? A można przecież nieagresywnie.

Katarzyna Herman, aktorka: – Lubię anegdotę o Hamlecie z gołym Jackiem Poniedziałkiem. Nauczycielka krzyczy z widowni: – Hamlecie, wstydź się! Idź do domu i się ubierz! – To pani niech idzie do domu! – O nie! Zapłaciłam za bilet i chcę wiedzieć, jak to się skończy!

Na szczęście ludzkość się rozwija i na czwartym poziomie humoru nie śmiejemy się już z niskich instynktów. Ale z tego, co jest sprzecznością, niemożliwością. Śmiejemy się z paradoksów: Wchodzi baba do windy, a tam schody.

– Żartem z poziomu abstrakcyjnego posłużył się papież, kiedy wszyscy krzyczeli: „Papież, papież”, a on odkrzykiwał: „Łupież?” – wyjaśnia dr Wasilewski. – Była w tym ironia wymierzona przeciwko kultowi jednostki: Krzyczycie, ale nie słuchacie, i abstrakcyjny żart, który ma korzenie w zabawach poetów skamandrytów żądających ułożenia liczb od jednego do dziesięciu w porządku alfabetycznym. Bawi nas to, bo pokazuje nielogiczność świata. Śmiejąc się razem z paradoksów, tworzymy wspólnotę – już nie przeciw komuś!

Złe na dobre

Robert Krzyśków, miłośnik kultury góralskiej: – Stasek i Jasiek piją w karczmie. – Stasek, Stasek, ty tu siedzisz i pijes, a tam chałupa się poli! – do karczmy wpada Staskowa. – Cit, babo! – Ale chałupa się poli! – Cit, babo, do pola! – Stasek – pyta Jasiek – ale dyć ci się chałupa poli? – Ano poli, na stare lata bede w nowej chałupie siedzioł!

– Hormony? Są ważne, a śmiech sprawia, że wydzielają się endorfiny – przyznaje dr Wasilewski – ale czujemy się lepiej dzięki temu, że zauważenie absurdów świata jest jak zaproszenie do bajkowej krainy dziwów. Tam, gdzie Alicja po drugiej stronie lustra raz się zmniejszała, a raz zwiększała. To niespotykane, ale niestraszne, możemy więc nie bać się i poprawić sobie humor, odrywając się od codzienności.

Renata Pająkowska-Rożen: – Żarty agresywne pojawiają się, gdy odczuwamy lęk przed życiem, a on bierze się często stąd, że nie rozumiemy i nie akceptujemy złożoności i paradoksalności świata. Humor może nam w tym pomóc, bo oswaja z istnieniem wieloznaczności. Pomaga więc zrozumieć i siebie, i rzeczywistość. Gordon Allport, twórca teorii osobowości, powiedział, że z tego powodu poczucie humoru to cecha dojrzałego człowieka.

Czym się pan zajmuje? Pomagam zagubionym ludziom znaleźć właściwe miejsce. Jest pan psychologiem? Nie, taksówkarzem.

– Jeśli masz poczucie humoru, ale nie jesteś cyniczna czy zblazowana, łatwiej ci radzić sobie z lękiem, z klęskami, uczyć się na błędach, a nie zadręczać się nimi – dodaje Pająkowska-Rożen. – Sama mam dysleksję, mieszam nazwy miejscowości i jadę do Siedlec zamiast do Sieradza. Ale jeśli się to zdarzy, śmieję się. Mogę przez nieuwagę napisać „chumor” i też się uśmiechnąć. A że to szczery uśmiech, pomaga ogarnąć to, co jest we mnie niedoskonałe, i dzięki temu okazuje się, że ma plusy.

Co cię śmieszy?

Tomek Brzozowski, wydawca i księgarz: – Joseph Conrad, pisarz polskiego pochodzenia, żył w Anglii ponad stan. Miał dworek, służbę i kłopoty z podatkami. Kiedy więc u schyłku życia przyszło pismo bardzo urzędowe, bał się je otworzyć. Po kilku tygodniach zadzwonił telefon z gabinetu premiera z pytaniem, czemu nie odpowiedział na pismo Królowej z propozycją nadania mu szlachectwa. Ukrywając, że listu nie czytał, odparł: – Szlachcicem już jestem, polskim z urodzenia!

Myślę, że bardziej by go ucieszyła ulga podatkowa.

Z badań wynika, że na poczucie humoru wpływają: nietolerancja lub tolerancja. Tolerancyjny w anegdocie z życia ocalałych z Holokaustu dostrzeże sposób na pokonanie traumy: – Zaprosili cię na rocznicę do Auschwitz? Ależ bilety nas zrujnują, z Tel Awiwu do Polski?! – Bilety dostanę! – Ty to masz szczęście, drugi raz jedziesz tam za darmo!

Cechy wpływające na poczucie humoru to też: konserwatyzm lub radykalizm. Konserwatyści opowiadają żarty zazwyczaj z jasną puentą. Wolnomyśliciele wolą surrealistyczne poczucie humoru jak w dowcipie: – Co ty tutaj robisz?! – pyta wędkarz krowę siedzącą na haczyku. – Sama się nad tym zastanawiam. Kolejne cechy to: miękkość lub sztywność myślenia: Krowa nie może siedzieć na haczyku! To głupie...

Neurotyczność lub stabilność emocjonalna: neurotyk katuje się swoimi wadami, ale ich nie obśmieje. Tylko ktoś stabilny  powie: – Uroda pozwoliłaby mi na karierę w Hollywood, ale skromność mi przeszkadza, gdy gołym okiem widać, że kariera tylko w komediach, a skromności tyle co i urody!

– Bądź jak dziecko, poznawaj – mówi Pająkowska-Rożen. – Nie oceniaj. Spoglądaj na świat i siebie z różnych punktów widzenia. Otwórz się na emocje i skojarzenia, jakich się nie spodziewasz. Lekcją humoru jest też poszukiwanie głębszych znaczeń. Jak w modzie, kiedy torebka przypomina autobus, a pokazuje, że nie traktujemy siebie śmiertelnie poważnie. Chcesz mieć poczucie humoru? Możesz je ćwiczyć.

Renata Pająkowska-Rożen, kulturoznawczyni, psychoterapeutka, mama dwóch dorosłych synów.

Dr hab. Jacek Wasilewskikulturoznawca, autor książek m.in. „Opowieści o Polsce. Retoryka narracji” i monodramu „Ojciec Bóg”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak nauczyć dziecko reagować na przemoc ze strony rówieśników?

Rówieśnicy są dziecku niezbędni do prawidłowego rozwoju. Dlatego, gdy w jego środowisku pojawia się problem przemocy, bardzo ważne jest właściwe podejście i rozwiązanie problemu. (fot. iStock)
Rówieśnicy są dziecku niezbędni do prawidłowego rozwoju. Dlatego, gdy w jego środowisku pojawia się problem przemocy, bardzo ważne jest właściwe podejście i rozwiązanie problemu. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dziecko samo z siebie nie wie, jak się prawidłowo reagować na przemoc. Nauczy się tego po reakcji rodziców. To wy wysyłacie informację, co trzeba robić, a co ważniejsze - co trzeba o sobie myśleć.

Dziecko, które doświadcza przemocy, rodzice instynktownie chronią. Przepełnione miłością i troską działania często przybierają formę spędzania z dzieckiem niemal całego dnia; jest ono odprowadzane do szkoły, zabierane zaraz po ostatniej lekcji, organizuje mu się różne atrakcje i tym samym jeszcze bardziej alienuje ze środowiska rówieśniczego. Nadopiekuńczość nie ma dobrych stron w żadnej sytuacji. Jeśli rodzice mają silną potrzebę ochrony dziecka, lepiej się wyprowadzić (nawet jeśli to naraża rodzinę na spore koszty i zamieszanie), ale nigdy nie zastępować sobą świata kolegów — niezbędnego do prawidłowego rozwoju.

Wszystko zależy od ciebie

Poniżej wskazówki, które warto mieć na względzie, mierząc się z problemem przemocy:
  • Nie zmienisz zachowania innych dzieci w klasie twojego dziecka, nie zapobiegniesz agresji. Jedyne, co możesz pokazać dziecku, to jak na nią reagować i wytłumaczyć skąd się bierze.
  • Zapytaj, co się stało i spokojnie wysłuchaj. Nie wierz we wszystko. Pamiętaj, o czym dziecko starsze już wie: nie warto od razu przyznawać się, że to była sprzeczka, a nie jednostronne pobicie.
  • Nie przesłuchuj dziecka („O której to było? Kto to widział? A gdzie była pani? Pokaż mi, jak on cię kopnął”). Pozwól mu spokojnie opowiedzieć to powoli, swoimi słowami, z uwzględnieniem tylko tych rzeczy, które dla niego były ważne.
  • Nie podsuwaj dziecku gotowego scenariusza: „Ty tylko stałeś, a on zaczął bez żadnego powodu, tak?”. Dziecko, zdając relację z takiego zdarzenia, jest wytrącone z równowagi. Żeby sprawę szybciej zamknąć, potwierdzi wszystko, co tylko ty chcesz usłyszeć!
  • Zapytaj, co chce teraz zrobić. Być może dziecko wzruszy ramionami i powie: „Nic, przecież bez przerwy ktoś się z kimś bije”. Nie pochwalaj tego, zrób pogadankę na temat szkodliwości wszelkich form agresji, ale zrozum, że jeden incydent nie zrobi dziecku krzywdy.
  • Jeśli dziecko doświadczyło poważnej szkody (jest na przykład ranne) idź do szkoły, ale nigdy w charakterze prokuratora. Zgłoś problem, a nie żądaj najwyższej możliwej kary. Uważaj na swoją postawę. Dość często okazuje się, że twoje dziecko nie było takie całkiem niewinne, a w połowie wypadków to ono wszczęło bójkę, sprzeczkę i jego zachowanie też pozostawia wiele do życzenia.
  • Jeśli rozbierasz włos na czworo, masz do dziecka pretensje, obarczysz je winą, że niepotrzebnie podeszło, powinno zareagować inaczej itd. — twoja agresywna reakcja wyrządzi więcej emocjonalnej szkody niż samo zajście, bo dziecko poczuje, że nie jesteś po jego stronie, że masz pretensje o coś, na co ono nie miało wpływu. Zrozumie, że nie sposób cię zadowolić.
  • Oskarżanie dziecka, ostra interwencja w szkole, pretensje wobec agresora i jego rodziców, a nawet samodzielne ukaranie sprawcy jest typowym zachowaniem człowieka wzburzonego. Gdy buzują w nas emocje, mamy silną potrzebę działania. Chcemy coś zrobić, mieć poczucie, że walczymy o dziecko, że go bronimy. Wielu rodziców idzie do szkoły z pretensjami, bo uważa, że jeśli tego nie zrobi, zyska sobie opinię niezainteresowanego, patologicznego, nieczułego rodzica.
  • Pamiętaj, żeby twoja reakcja nie obciążyła nadmiernie dziecka. Nie przynieś mu wstydu i nie skonfliktuj go z kolegami na dobre. Pamiętaj, że gdy ty — zadowolony, że „nie dasz swojemu dziecku zrobić krzywdy” — po ostrej interwencji wyjdziesz ze szkoły, ono będzie musiało nadal egzystować w swojej klasie.
  • Zawsze gdy chcesz pilnie interweniować w sprawie dziecka (zwłaszcza dziecka powyżej dziesiątego roku życia), pomyśl co by było, gdyby do ciebie do pracy przyszła twoja siostra i zrobiła koleżance awanturę, że jest dla ciebie niemiła albo popchnęła cię, biegnąc do bufetu.

Przemoc długoterminowa

Jeśli dziecko jest w szkole szykanowane i doświadcza przemocy długoterminowo, należy dać mu możliwie najsilniejsze wsparcie:
  • Miej dla dziecka czas, bądź do jego dyspozycji, zapewnij mu w domu obszar całkowitego bezpieczeństwa
  • Rozmawiaj o tym z dzieckiem, ale nie oskarżaj, że dopiero teraz ci mówi. Ono się bało ujawnić prawdę, ponieważ było zastraszone; agresor zawsze grozi, że najważniejsze to nikomu nic nie mówić. Ofiara, zwłaszcza małe dziecko, wierzy we wszystkie groźby, bardzo się nimi przejmuje i żyje w obawie, że jeśli się poskarży, to tylko pogorszy jego sytuację. Dlatego zamiast mówić:„Czemu mi nie powiedziałeś?”, daj dziecku nagrodę: „To bardzo mądrze, że mi o tym powiedziałeś”.
  • Zaproponuj jakieś możliwe do realizacji rozwiązanie, na przykład, żeby mijało agresora, żeby starało się nie przebywać samo.

Technika pozbawiania mocy

  • Małoletnia ofiara przemocy jest przekonana, że agresor jest znacznie silniejszy niż jest w rzeczywistości. Warto pokazać, że się myli, że agresor to takie samo dziecko jak wszystkie inne.
  • Mów o agresorze jego zwyczajnym imieniem. Wszyscy w rodzinie wymyślcie, co można zrobić, żeby nie traktować go jak kogoś niezwykłego.
  • Poproś dziecko, żeby stanęło przed lustrem i powiedziało: „Nie boję się nikogo”. Stań koło niego i postawą dawajcie do zrozumienia, że się nikogo nie boicie. Pokaż dziecku, że za pomocą odpowiedniego trzymania brody i odpowiedniej postawy ciała może się wydawać znacznie większe niż jest w rzeczywistości. Nawet siedmiolatek zobaczy różnicę w wyglądzie kogoś, kto się boi i tego, kto się nie boi.
  • Namów dziecko, żeby w razie kłopotów krzyczało wniebogłosy. Razem naróbcie sporego wrzasku i poćwiczcie okrzyki: „Odejdź! Puść mnie!”.
  • Możecie też subtelnie ponaśmiewać się z agresora: „Ale zbyt ładny to on nie jest”. Nie jest to zachowanie wychowawcze, ale przy takim problemie bardzo ofierze potrzebne.
  • Naucz dziecko nie odwracać wzroku. Patrzenie ludziom w oczy odbiera im część odwagi i jest najlepszym sposobem okazywania odwagi własnej. Proś dziecko, żeby patrzyło w oczy wszystkim osobom, z którymi ma kontakt. Nie nabędzie tego nawyku od razu, ale niech zacznie od dwóch osób dziennie, a z czasem patrzenie w oczy podświadomie przekuje się w pewność siebie.
  • Pokaż dziecku moc słów: „Nie zgadzam się! Puść mnie! Odejdź! Daj mi przejść! Mam na imię Michał!”.
  • Koniecznie zadbaj, aby dziecko miało jakiś inny punkt oceny samego siebie w postaci kolegów, które je lubią. Gdy jesteś nielubiany tylko w jednym środowisku, to jeszcze nie dramat. Dramat zaczyna się, gdy to twoje jedyne środowisko rówieśnicze. Dbaj więc, by dziecko w każdym wieku miało kolegów spoza szkoły: sąsiadów, kuzynów, dzieci waszych znajomych, kolegów z poprzedniej szkoły. To bardzo cenna odskocznia od trudnych szkolnych relacji.
  • Na pewno nie jest błędem zabranie dziecka z obszaru oddziaływania agresora. Jest to często znacznie lepszy pomysł niż zmuszanie osłabionego psychicznie doświadczaną przemocą człowieka, aby koniecznie „postawił się” agresorowi. Najważniejsze jest, żeby dziecko odzyskało poczucie bezpieczeństwa.

Dziecko może być zamieszane w przemoc w trzech rolach: agresora, ofiary i świadka przemocy. Każda z nich niesie za sobą możliwość obciążenia emocjonalnego i chociaż z punktu widzenia rodzica najbardziej martwimy się, gdy dzieci są ofiarami przemocy, warto zdawać sobie sprawę, że obciążenia wynikające z tego, że widziało się zło, a nic się nie zrobiło, mogą odbić się na przyszłym życiu dziecka nawet bardziej niekorzystnie niż bycie ofiarą.

  1. Psychologia

Daj się sprowokować. Dlaczego warto spróbować terapii prowokatywnej?

Podczas terapii prowokatywnej zalecane, a wręcz wymagane jest, by pacjent się śmiał. To pozwala zwiększyć dystans do cierpienia i powiększonego przez nie własnego ego. (Fot. iStock)
Podczas terapii prowokatywnej zalecane, a wręcz wymagane jest, by pacjent się śmiał. To pozwala zwiększyć dystans do cierpienia i powiększonego przez nie własnego ego. (Fot. iStock)
Jeśli korzystałeś  już z różnych warsztatów, szkoleń, treningów i terapii, ale nie przynosiły oczekiwanego efektu – pomyśl jeszcze o terapii prowokatywnej. To świeże, rewolucyjne i radykalne doświadczenie, które czasami przekracza granice etyki. Dlaczego jednak warto spróbować – wyjaśnia dziennikarz i trener Robert Rient.

Artykuł archiwalny 

Podczas terapii w tym nurcie zalecane, a wręcz wymagane jest, by pacjent się śmiał. To pozwala zwiększyć dystans do cierpienia i powiększonego przez nie własnego ego. Dopuszczalne jest wyśmiewanie, ignorowanie, obrażanie pacjenta, a nawet siadanie mu na kolanach jakby był krzesłem.

Beznadziejny pacjent

Frank Farrelly, psychoterapeuta i twórca terapii prowokatywnej, urodził się w 1931 roku jako dziewiąte z dwanaściorga dzieci. Planował zostać księdzem, ale musiał odejść z seminarium z powodu złamania ślubu posłuszeństwa. Nie poradził sobie również jako sprzedawca w domu towarowym, bo polecał klientom tylko to, czego naprawdę potrzebowali. W końcu zaczął pracę w szpitalu stanowym Mendota w Madison w stanie Wisconsin u boku wybitnego psychoterapeuty Carla Rogersa. Początkowy zapał zmienił się jednak we frustrację, gdy zrozumiał, że leczenie osób chorujących na schizofrenię albo ciągnęło się latami, albo nie przynosiło korzyści. Punktem zwrotnym stał się jego 91. wywiad, który prowadził z chronicznym schizofrenikiem. Pacjent miał 33 lata i jego stan się nie poprawiał. Farrelly robił to, czego od niego oczekiwano i czego nauczył się jako terapeuta: wspierał chorego, tłumaczył mu, że może wyzdrowieć, zmienić się, że jest wartościową osobą, a życie ma sens. Zgarbiony i siedzący na skraju krzesła pacjent z uporem powtarzał, że jest nic nie wart i nigdy się nie zmieni. Nagle Farrelly mu przytaknął, zaczął zgadzać się ze wszystkim, co słyszał. Co więcej, dodał, że  mężczyzna jest beznadziejny i męczy go jako terapeutę. W reakcji pacjent zaczął trząść się ze śmiechu. Wcześniejsze komunikaty psychoterapeuty dobrze znał, a ten, absolutnie szczery, mocno go poruszył. Wraz ze śmiechem do jego ciała wróciło życie, pierwsze poczucie autentycznego spotkania z drugim człowiekiem. To był przełom. Po kilku kolejnych sesjach pacjent opuścił szpital, a Farrelly stworzył podwaliny nowej metody.

Od wyzwania do wyzwolenia

Większość klasycznych nurtów terapeutycznych w centrum zainteresowania stawia przeszłość i zamknięte w niej traumy, konflikty czy trudności. Terapia prowokatywna zakłada, że teraźniejszość jest tak samo lub nawet bardziej istotna od przeszłości, a ludzie wokół mogą mieć na nas taki sam wpływ, jak mieli nasi rodzice lub wychowawcy, gdy byliśmy dziećmi. Twierdzi też, że nadmierne skupienie się na smutku może go jedynie pogłębiać oraz usprawiedliwiać stan niemocy, bezradności czy apatii.

Pierwszym i podstawowym jej zadaniem jest stawianie przed pacjentami wyzwań, które będą głównym przyczynkiem do wprowadzenia zmiany. Z pozoru okrutne słowa, jakie padają podczas tej terapii, to tylko nieznaczna część komunikacji. Ważny jest bowiem kontakt wzrokowy, intonacja, mimika, mowa ciała, atmosfera, w której odbywa się rozmowa. Absurdalne porady, anegdoty i żarty służą wyłącznie wybiciu pacjenta z pozycji choroby, w której uparcie tkwi – często obwiniając za swoje położenie rodziców lub cały świat. Terapeuta staje się kimś w rodzaju dobrego przyjaciela – nie owija w bawełnę, ale wali prosto z mostu.

Gdy Farrelly leczył pacjentkę z dużą nadwagą, wyraził obawę, czy w gabinecie jest mebel, który nie rozpadnie się pod jej ciężarem. Później powiedział jej, że jeśli dalej będzie tak jadła, to umrze i nikt nie uniesie trumny. A następnie uznał, że pewnie i tak nie schudnie, bo nie zechce jej się niczego zmienić. Jego celem nie było obrażenie kobiety, ale obnażenie jej sposobu myślenia i umożliwienie swobodnej i szczerej rozmowy. Okazało się to wystarczającym wyzwaniem. Pacjentka czuła, że jest akceptowana i może mówić otwarcie. Miała też pewność, że jej dotychczasowe strategie odgrywania roli ofiary są skazane na niepowodzenie.

Do kluczowych elementów terapii prowokatywnej należy wyrażenie tzw. terapeutycznej nienawiści.

Farrelly uważał, że wszyscy terapeuci czasami czują niechęć czy złość wobec pacjentów, którzy domagają się wsparcia, ale niczego w swoim życiu nie zmieniają. Większość tłumi je jednak albo wyraża podczas superwizji. Farrelly dzielił się nimi wprost z pacjentami: „nudzisz mnie”, „męczysz”, „obrażasz”, „jesteś niedojrzała”, „na twoim miejscu nie ufałbym sobie”... Robił to jednak w sposób lekki i radosny, a jego słowa dotyczyły zachowań pacjenta, roli, którą gra, a nie jego samego. W efekcie stawał się pierwszą osobą, która bez ogródek informowała chorego o tym, jak czuje się w jego towarzystwie.

Terapeuta prowokatywny, używając mocnych słów, jedynie nazywa to, co pacjent myśli o sobie samym. Zostaje to ujawnione, nazwane i obśmiane. Pacjent widzi, że może zmienić swoje podejście, dokonać wyboru. Terapia prowokatywna opiera się na założeniu, że mamy znacznie większe możliwości wpływu na swoje zdrowie niż zakładamy. Skupianie się na niemożliwej do uchwycenia nieświadomości jest zaproszeniem do poszukiwania winnych. Skupianie się na wyborach, których możemy dokonać („chcę być zdrowy” versus „chcę być chory”), przyśpiesza proces żegnania się z chorobą. Terapeuci koncentrujący się na neurozach i kryzysach pacjenta – mogą je, paradoksalnie, rozwijać. Farrelly woli je obśmiać, przez co odbiera im powagę, siłę, ale również wskazuje, że większość z nich jest wynikiem naszego sposobu myślenia i traktowania siebie z przesadą.

Od krzesła do człowieka

Farrelly wyleczył kiedyś kobietę pozostającą w katatonii. Przez pół roku nie odzywała się do nikogo i nie reagowała na komunikaty. Groziło jej osunięcie się w katatonię stałą, a nawet śmierć. Farrelly zdecydował się na zastosowanie narzędzi sprzecznych z szeroko pojętą etyką terapeutyczną. Założył, że w ciągu tygodnia doprowadzi do sytuacji, w której pacjentka wypowie pełne zdanie. Sanitariuszy i wszystkich terapeutów pracujących z nią pouczył, by traktowali ją jak powietrze, patrzyli jakby przez nią i siadali jej na kolanach dokładnie tak jak siada się na krześle. Mogli się przy tym przeciągać i wyginać. Pacjentka na początku ignorowała takie traktowanie, po kilku dniach zaczęła wydawać odgłosy, a w końcu po tygodniu wypowiedziała zdanie, w dodatku ze śmiechem: „Zejdź, do cholery, z moich kolan!”. Od tego momentu rozpoczął się jej powrót do zdrowia.

Jak widać, nurt ten czasami balansuje na granicy etyki, przyzwoitości i z pewnością z takiego rozwiązania nie skorzysta spore grono osób – zwłaszcza tych, którzy potrzebują być traktowani z czułością, i tych, których ego wymaga, by inni się nad nimi pochylali z wyrozumiałością. Wiemy jednak dobrze z codziennego życia i przyjacielskich relacji, że wyolbrzymienie, przerysowanie, szok czy zaskoczenie bywają momentem trzeźwiącym, ułatwiającym wybicie się z rutyny myśli czy zachowań. Samo słowo „prowokacja” oznacza wszak wyłanianie się, wywoływanie, wyciąganie bądź też wydobywanie tego, co ukryte. Celem jest dostrzeżenie destrukcyjnych zachowań oraz toksycznego sposobu myślenia. Ale też wzbudzenie w pacjencie odruchu chronienia i kochania tego, kim jest, a nie roli, którą gra.

Farrelly zawsze powtarzał, że najlepsza terapia to skuteczna terapia. Twierdził, że w stosowanym przez niego prowokatywnym nurcie wyleczalność dochodzi do 90 proc., a proces terapeutyczny czasami zamyka się w kilku sesjach. Przyznacie, to już nie brzmi tak absurdalnie.

Robert Rient, trener interpersonalny, dziennikarz, autor książek „Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie" „Świadek”, „Duchy Jeremiego”.

  1. Psychologia

Terapia śmiechem - antidotum na stres w czasie pandemii

Badania nad terapią śmiechem rozpoczęły się w latach 60. XX wieku, ale potencjał śmiechu w zwalczaniu stresu jest dobrze znany od wieków. (Fot. iStock)
Badania nad terapią śmiechem rozpoczęły się w latach 60. XX wieku, ale potencjał śmiechu w zwalczaniu stresu jest dobrze znany od wieków. (Fot. iStock)
Pandemia nie odpuszcza i choć mamy w zasięgu wiele narzędzi i technik relaksacyjnych, to co z tego, skoro napięcie nie pozwala nam się na nich skoncentrować? Może więc jedynym, co nam pozostaje, jest śmiech? Psycholożka Hanna Samson na własnej skórze sprawdziła, jak to działa, i przekonuje, że w każdej sytuacji można znaleźć coś zabawnego.

Wiele osób od lat skarżyło się na to, że żyją w stresie. No a teraz? Nie lubię mówić „wszyscy”, bo zawsze mogą się znaleźć wyjątki, jednak z pewnością większość z nas doświadcza mocniej napięcia i lęku w czasie pandemii. Nie musimy być tego świadomi, ale nasze ciało zwykle wie, że nie jest dobrze.

– Wstyd się przyznać, ale kiedy wprowadzono lockdown, to najpierw się ucieszyłam – wyznaje 47-letnia Iwona, matka dorosłej córki mieszkającej w Londynie, rozwiedziona. – Myślałam, że wreszcie odpocznę, nadrobię różne zaległości, będę miała trochę spokoju. Jestem fizjoterapeutką, bałam się utraty zarobków, ale korzyści wydawały mi się większe. W końcu zrobię porządek w dokumentach, będę praktykować jogę, jeść zdrowe rzeczy, które sama sobie ugotuję, a nie na szybko byle co. Chciałam jeszcze wrócić do nauki angielskiego, bo mój zięć jest Anglikiem, przeczytać kilka książek, nawiązać kontakt telefoniczny z przyjaciółmi, bo od dawna ich zaniedbywałam. Trochę się niepokoiłam o córkę, ale jest zdrowa i rozsądna, więc nie za bardzo. No po prostu takie wakacje od życia i czas na wszystko. Miałam naprawdę dużo planów. – I udało się pani te plany zrealizować? – pytam, choć czuję, że były to jedynie miłe początki tego, co przyszło potem. – Właśnie nie! Ciągle myślałam, że mogę zacząć jutro, bo przecież nigdzie się nie spieszę. I jutro myślałam tak samo i całe dnie mi się rozłaziły, chodziłam po domu w piżamie i właściwie nie wiem, co robiłam. Coś zaczęłam sprzątać, ale mi się odechciało, zrobiłam przegląd ubrań, a potem wszystko znów upchnęłam w szafie. Wstawałam wcześnie, bo nie umiem wylegiwać się w łóżku, i snułam się po domu bez sensu. Byłam coraz bardziej zła na siebie, myślałam, że inni potrafią ten darowany czas wykorzystać, a mnie się wszystko rozłaziło. Jeden dzień był podobny do drugiego, jakaś magma, w której się przewalałam. – Może potrzebny był pani taki czas na odpoczynek od wszystkiego? – próbuję znaleźć jasną stronę tej sytuacji. – Też myślałam, że odpoczywam, ale nie! Nie mogłam się na niczym skupić, nic przeczytać, nawet obejrzeć serialu. Nic mnie nie wciągało, cały czas jakieś myśli przelatywały mi przez głowę i odwracały uwagę, ale nie myślałam o niczym konkretnym. Dopiero kiedy stłukłam trzeci talerz, zdałam sobie sprawę, jak jestem napięta. Dokładnie czuję napięcie innych, gdy ich masuję, a na swoje ciało nie zwracałam uwagi. I dopiero ten trzeci talerz, który wypadł mi z rąk, sprawił, że zobaczyłam, jak się boję. A teraz gdy nadeszła druga fala pandemii, boję się jeszcze bardziej. Jeśli nie będę mogła pracować, to zwariuję!

Terapia jednej minuty

Czy widzieliście już bobra jedzącego kapustę? Taki filmik krąży w Internecie wraz z informacją, że oglądanie bobra jedzącego kapustę zmniejsza nasz poziom stresu o 17 procent. Nawet jeśli nie stoją za tym poważne badania, to i tak bobra warto zobaczyć, a nawet wziąć z niego przykład, bo COVID-19 to bardzo silny czynnik stresujący. I chyba jednak użyję słowa „wszyscy”... Wszyscy żyjemy w stresie. Nawet ci, którzy jak Iwona nie od razu są tego świadomi i chyba nawet antycovidowcy, którzy walczą o wolność od maseczek. Boimy się o zdrowie i życie swoje i bliskich. Boimy się utraty pracy i braku pieniędzy. Nawet jeśli w naszym otoczeniu nikt nie jest zakażony koronawirusem i praca wydaje się stabilna, to jako społeczeństwo jesteśmy świadkami śmierci, chorób i strat, a nasze życie jest inne niż było. Izolacja społeczna dodatkowo pogłębia stres, w którym żyjemy, samotność sama w sobie to potężny stresor.

Wiadomo, że długotrwałe napięcie ma złe konsekwencje dla psychiki, może prowadzić do depresji, ataków lęku, trudności z koncentracją uwagi i podejmowaniem decyzji, problemów ze snem, zaburza również funkcje poznawcze. Stres ma także konsekwencje biologiczne: przyspiesza proces starzenia się organizmu, zmniejsza odporność i nasila stany zapalne. Może prowadzić do zaostrzenia chorób serca, astmy, cukrzycy. Te informacje są powszechnie znane i nie chcę nimi nikogo stresować. Wręcz przeciwnie – zamiast stresować się stresem, który przeżywamy, weźmy się do jego rozbrajania, bo inaczej, gdy pandemia się skończy, nadal będziemy chorować.

Wróćmy do bobra jedzącego kapustę. Kontakt z miłym zwierzęciem, nawet za pośrednictwem ekranu komputera, zwykle nas rozczula i poprawia samopoczucie. W dodatku oglądanie bobra może rozśmieszać, a śmiech to ważny czynnik antystresowy. Gelotologia, czyli badania nad terapią śmiechem, została zapoczątkowana w latach 60. ubiegłego wieku przez Normana Cousinsa, ale potencjał śmiechu w zwalczaniu stresu jest dobrze znany od wieków. Stare chińskie przysłowie mówi, że minuta śmiechu przedłuża życie o godzinę. Dziesięć minut śmiechu daje podobno taki sam efekt relaksacyjny jak dwie godziny odpoczynku. Śmiech pozwala rozładować napięcie, wpływa zarówno na psychikę, jak i na ciało. Śmiejąc się, oddychamy głębiej, krew krąży szybciej, organizm jest lepiej dotleniony, wzmaga się metabolizm komórek. Śmiech stymuluje układ odpornościowy do produkcji limfocytów, wydzielają się również endorfiny, które działają rozluźniająco i przeciwbólowo. Zwiększa się stężenie immunoglobuliny A – przeciwciała, które chroni przed chorobami górnych dróg oddechowych. Obniża się wyraźnie poziom kortyzolu – hormonu stresu.

Co w tym śmiesznego?

No dobrze, ale z czego tu się śmiać w czasie pandemii? Jeden bóbr nie udźwignie naszego samopoczucia na dłuższą metę. Pozostają komedie, zabawne książki i… lekka zmiana spojrzenia na świat. W wielu codziennych wydarzeniach są obecne aspekty komiczne, które warto dostrzegać. Opowiadałam już kiedyś o sytuacji, którą widziałam we Francji, ale znów ją przypomnę, bo wiele mnie nauczyła. Rzecz działa się w miejscowości narciarskiej, cały dzień padał lepki śnieg. Mężczyzna zszedł ze stoku, schował narty do samochodu i długo go odśnieżał, szczotka, skrobaczka, szczotka, w końcu wsiadł i chciał ruszyć, ale zza rogu wyjechał pług śnieżny, więc czekał, aż przejedzie. Pług zgarniał śnieg z ulicy, tworząc zaspy po bokach. Jedna z nich powstała tuż przed samochodem mężczyzny, blokując mu wyjazd. Facet wysiadł z samochodu, patrzył w osłupieniu, a w końcu wybuchnął śmiechem.

– Nie jest pan zły na tego kierowcę? – zapytałam. – Taką ma robotę. Pewnie nie zauważył, że chcę wyjechać – odpowiedział, a ja nie mogłam wyjść ze zdziwienia, że nie zareagował złością, że umiał dostrzec komizm tej sytuacji i głośno się śmiać! Wyobrażałam sobie, jak by to wyglądało w Polsce. Ile padłoby przekleństw, które dobrze znamy z naszych ulic! Jak on mógł! Już odśnieżyłem samochód, a ten myśli, że wszystko mu wolno?! Ja mu pokażę!!!

Przesadzam? Nie sądzę. Od dawna mam poczucie, że jesteśmy raczej ponurym narodem i warto sobie przepisać terapię śmiechem. Nie chodzi mi o lekceważenie powagi sytuacji, ale o dostrzeganie zabawnych stron życia, co może pomóc zredukować stres i frustrację. Sama też łatwo się stresuję i dzwonię wtedy do przyjaciółki. Rozmawiamy o poważnych sprawach, ale co jakiś czas któraś rzuci zabawną uwagę, skojarzenie, żarcik słowny i wybuchamy śmiechem. I jakoś tak się dzieje, że po tej rozmowie zawsze czuję się lepiej.

Daj się zarazić

Alina ma 43 lata, obydwoje z mężem pracują zdalnie, dwójka dzieci też się uczy zdalnie, a to wszystko dzieje w 60-metrowym mieszkaniu, w którym są jeszcze dwa koty.

– Jestem perfekcjonistką i na początku miotałam się między pracą, pomaganiem w lekcjach, gotowaniem obiadów a pieczeniem ciasta. Chciałam, żeby wszystkim było miło i żeby wszystko było dobrze zrobione – opowiada o pierwszych tygodniach pandemii. – A potem okazało się, że rodzina ma mnie dość. Wnosiłam napięcie i nawet koty się przede mną chowały. W końcu do mnie dotarło, że lepiej dbać o atmosferę niż o wykonanie wszystkich zadań na piątkę. – I udało się? – pytam. – Tak! Nauczyłam się odpuszczać i to jest cudowne. Dzieciom pomagam tylko wtedy, kiedy tego naprawdę potrzebują i to nie zawsze, bo podzieliliśmy się z mężem opieką i w jego dni się nie wtrącam. Stworzyliśmy razem z dziećmi plan dnia, który wprowadził dużo spokoju. A do tego dwa razy w tygodniu urządzamy sobie zabawne wieczory. Każdy przygotowuje coś śmiesznego: skecz, powiedzonko, historyjkę, dowcip i razem się z tego śmiejemy! Śmiech ma coś wspólnego z koronawirusem: jest zaraźliwy i warto z tego korzystać. Śmiać się z innymi dla zdrowia i dla radości życia, którą można odczuwać, nawet gdy jest trudno.

W historii Aliny ważny jest także plan dnia, który wprowadził spokój. Pamiętacie z obozów i kolonii? 7.00 – pobudka, mycie się, ścielenie łóżek, 8.00 – śniadanie, i tak dalej aż do ciszy nocnej. Ale nie tylko dzieci potrzebują rytmu, rutyny i powtarzalności. Wszystkim nam to pomaga czuć się bezpiecznie i mieć namiastkę normalności.

Dla siebie

I jeszcze raz wrócę do bobra, który je kapustę. Je metodycznie, z zaangażowaniem, póki nie zje ostatniego listka, nic innego nie ma dla niego znaczenia. Cały jest w „tu i teraz” i tego warto się od niego uczyć. Skupić się na tym, co właśnie robimy. Nie chodzi mi o to, żeby odcinać się od informacji o świecie, bo one są nam potrzebne. Ale nie karmić się tylko nimi. Zadbać w głowie o miejsce na zwykłe życie, które nawet jeśli w nieco innej formie, to przecież nadal prowadzimy.

A co z najbliższymi świętami? Co roku rozmyślałam, czemu tak strasznie się staramy, zamiast odpocząć. W tym roku myślę inaczej. Nie wiem jeszcze, czy będziemy mogli spotykać się w szerszym gronie, ale nawet dla samego siebie warto się postarać. Święta dają poczucie ciągłości, trwałości, porządku, więc niech będą takie, jak trzeba, nawet jeśli z bliskimi spotkamy się jedynie na Skypie!

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.

  1. Psychologia

Gniew zdetonowany

Złościć się wolno, a nawet trzeba, bo niewyrażony, tłumiony gniew zwróci się przeciwko tobie, w umyśle i w ciele. (Fot. iStock)
Złościć się wolno, a nawet trzeba, bo niewyrażony, tłumiony gniew zwróci się przeciwko tobie, w umyśle i w ciele. (Fot. iStock)
Jeśli nie potrafisz powstrzymać wzbierającej w duszy fali, daj jej ujście w twórczy sposób. Pozwól, by stała się twoją nauczycielką.

Naukowcy ze Stockholm University udowodnili związek między chorobami serca u mężczyzn a ukrywaniem przez nich złości. Panowie, którzy odruchowo tłumią gniew (np. w reakcji na konflikt w pracy), są dwukrotnie bardziej narażeni na zawał i problemy z krążeniem. Niewyrażona złość manifestuje się także migrenami i bólami brzucha. Badacze z University of Michigan, którzy przez ponad 17 lat obserwowali 192 małżeństwa, doszli do wniosków, że jeśli partnerzy mają skłonności do tłumienia złych emocji, ryzyko przedwczesnej śmierci wzrasta dwukrotnie bardziej niż u par, które się na siebie złoszczą.

Nie oznacza to oczywiście, że mamy prawo reagować agresją. Ale złościć się wolno, a nawet trzeba, bo niewyrażony, tłumiony gniew zwróci się przeciwko tobie, w umyśle i w ciele. Przyzwolenie na złość może się kłócić z twoim wizerunkiem miłej osoby, jaki być może chciałabyś zachować przed innymi i samą sobą, ale nie dając kontrolowanego upustu gniewowi, działasz przeciw sobie. Co zatem możesz zrobić? Wybierz najwłaściwszy dla siebie sposób.

Skieruj energię gdzie indziej. Złość to potężna siła sprawcza, pod jej wpływem całe ciało przygotowane jest do zrywu – krew napływa do mózgu, zwiększa się refleks i polepsza koncentracja (stąd wyjątkowa zdolność do zjadliwej błyskotliwości), wydziela się adrenalina zmuszająca do działania. Zamiast atakować innych, możesz tę ogromną energię skierować na aktywność fizyczną:

  • wyjdź na szybki spacer lub pobiegaj,
  • złap za odkurzacz, umyj okna, skop ogródek,
  • sięgnij po farby lub kredki – namaluj swoją złość,
  • tańcz, skacz,
  • zgniataj kulki z gazety – możesz nimi rzucać o ścianę,
  • z braku innych pomysłów możesz uderzać ręką w poduszkę.
Potraktuj złość jak nauczyciela. Za złością skrywają się zazwyczaj inne uczucia – ból, wstyd, słabość, strach. Tak manifestuje się bezradność lub niezgoda, gdy ktoś przekracza nasze granice. Pema Cziedryn, mniszka buddyjska, nauczycielka medytacji i pisarka, uważa, że emocje, w tym strach, zazdrość czy złość, to posłańcy od losu, którzy z ogromną precyzją wskazują nam, duchowym wojownikom, gdzie są przeszkody dla naszego rozwoju. Co trzyma nas w miejscu? Co nas przeraża? Przed czym uciekamy? A gdy już minie złość, zastanów się, co możesz zmienić w swoim życiu, by w podobnej sytuacji już się nie denerwować (np. zadbać o swoje poczucie ważności, wycofać się z raniących relacji itd.). Bądź przy tym dla siebie pełna zrozumienia i życzliwości, nie wyrzucaj sobie winy. Unikanie konfrontacji z emocjami sprawia, że urastają do ogromnych rozmiarów i potem z byle powodu wybuchają, niszcząc wszystko wokół. Dostrzegaj więc przesłanie złości, zastanów się, czego chce cię nauczyć. Co mówi o tobie i twoich niezaspokojonych potrzebach?

Nazywaj i informuj. Jeśli kłótnia wisi w powietrzu, nazywaj swoje emocje, zanim wybuchną, informuj o nich drugą osobę, powiedz np.: „Czuję, że wzbiera we mnie złość, muszę odejść na pięć minut, żeby się uspokoić”. Albo: „Jestem zła, więc przełóżmy tę rozmowę”, „Widzę, że się złościsz, wróćmy do tematu za kilka chwil”. Jeśli druga osoba wybucha i podnosi głos, powiedz spokojnie, ale stanowczo, że nie będziesz niczego uzgadniać w takiej atmosferze. Zaproponuj spotkanie za 5–10 minut. Jeśli to nie pomaga, po prostu wyjdź.

Wybaczaj. Innym, ale i sobie. Próbuj chociaż, ucz się wybaczania. Pamiętaj, że za twoimi lub czyimiś wybuchowymi reakcjami kryją się często głębokie zranienia, rany z przeszłości.  Złościmy się z obawy przed cierpieniem. Ale gdy zdejmiemy zbroję i przestaniemy walczyć, damy sobie szansę, by rany się zagoiły.

Zmień nastawienie. Amerykański badacz stresu Richard Carlson uważa, że 80 proc. naszej złości wytwarzamy my sami. W książce „Nie zadręczaj się drobiazgami” radzi, m.in.:

  • Zaakceptuj fakt, że pewne rzeczy się nie udają.
  • Nie czyń innych odpowiedzialnymi za własne niepowodzenia.
  • Zapomnij o tym, że wszystko musi być perfekcyjne – ty również nie musisz.
  • Nie trwaj uparcie przy swoim zdaniu. To kosztuje zbyt dużo energii. Naucz się odpuszczać.
  • Pamiętaj, że kto szuka błędów, ten je znajdzie.

  1. Styl Życia

Decyzja Trybunału wywołała w Polakach gniew - cytaty z wypowiedzi autorytetów

Symbolem protestu stał się czerwony piorun. (Fot. Rafał Milach/Forum)
Symbolem protestu stał się czerwony piorun. (Fot. Rafał Milach/Forum)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
"Nienawiść rodzi nienawiść, agresja rodzi agresję". Te słowa Siostry Małgorzaty Chmielewskiej zapadają głęboko w serce, są jak czerwona błyskawica, która stała się symbolem tysięcy protestujących Polek i Polaków po ogłoszeniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji.

Zamęt, który widać na ulicach panuje również w naszych sercach i umysłach, dlatego postanowiliśmy przyjrzeć się temu, co o bieżącej sytuacji mówią i piszą nasze autorytety, osoby których zdanie jest ważne dla wielu Polek i Polaków.

Siostra Małgorzata Chmielewska

„Walkę o życie trzeba zacząć od wsparcia tych, którzy ciężar takiego trudnego życia mają nieść. Wtedy wybór życia będzie łatwiejszy. Los osób niepełnosprawnych i rodzin z niepełnosprawnymi dziećmi jest większości społeczeństwa i rządzącym obojętny” - napisała siostra Małgorzata Chmielewska.

Żródło: Facebook Chleb Życia - Siostra Małgorzata Chmielewska Żródło: Facebook Chleb Życia - Siostra Małgorzata Chmielewska

Z bloga Siostry Małgorzaty Chmielewskiej: "Proszę Was, ja stara kobieta. Nie używajcie przemocy w walce o cokolwiek, co uważacie za słuszne. Nie dajcie się sprowokować do przemocy. Nie dajcie się złu. Jeśli uważasz, że to, o co walczysz jest dobrem, nie używaj zła do osiągnięcia celu. Dość pogardy, obrzucania się błotem, nienawiści. Proszę, nie zadawajcie bólu, nawet jeśli czujecie się skrzywdzeni. Nie depczcie tego, co dla innych jest święte lub po prostu ważne. Tak nie wygrywa Prawda i Dobro. Nienawiść rodzi nienawiść, agresja rodzi agresję".

Olga Tokarczuk

"Religijny fundamentalizm zawsze niósł tylko cierpienie, tortury i śmierć. Znamy to już z historii. Pamiętacie próbę wody? Podejrzaną o czary kobietę wiązano i wrzucano do wody. Jeżeli uratowała się, sąd uznawał ją za winną. Kiedy zaś tonęła, była niewinna i odzyskiwała szacunek. Podobnie dziś - bez winy i godne szacunku mają być te kobiety, które zostaną skazane na urodzenie zdeformowanego i/lub niezdolnego do życia dziecka.

Rządzący uwikłali polskie państwo w inkwizycyjne prawo. To kolejna odsłona wojny prowadzonej od wieków przez patriarchat przeciwko kobietom, tym razem pod pretekstem ochrony życia. Obsesyjna nienawiść do kobiet, do ich ciała, kompulsywna potrzeba kontroli seksualności i rozrodczości, bierze się z przeczuwanej własnej słabości. Patriarchat to kolos na glinianych nogach.

Nie oszukujmy się - ten system cynicznie będzie wykorzystywał każdy moment kryzysu, wojny, epidemii, żeby cofnąć kobiety do kuchni, kościoła i kołyski. Prawa kobiet nie są dane raz na zawsze. Musimy ich strzec, jak każdej innej zdobyczy poszerzającej zakres swobód obywatelskich i ludzkiej godności. Od dziś wszyscy jesteśmy wojowniczkami."

Facebook Olgi Tokarczuk

Fot. Facebook Olgi Tokarczuk Fot. Facebook Olgi Tokarczuk

Martyna Wojciechowska

"Wstydzę się przed kobietami, którym tyle opowiadałam, że się da, że mogą wszystko, że muszą walczyć o swoje prawa. Wstyd mi przed całym światem, że żyję w kraju, w którym nie przestrzega się praw człowieka. I jestem przerażona tym, jaki los szykujemy dla córek. M. (z felietonu dla "Wysokich Obcasów")

Małgorzata Kożuchowska

- Ludzie, którzy kierują się dekalogiem i wierzą w to, co niesie ze sobą wiara w Boga, wiedzą, jaki powinien być wybór i dla nich on jest prosty. Natomiast nie możemy zapominać, że w Polsce i na świecie żyją nie tylko tacy ludzie jak my, oni mają inne zdanie, wyznają inne wartości, nie wierzą. Oni również mają prawo do szacunku – stwierdziła Małgorzata Kożuchowska w programie „Wydarzenia” na antenie stacji Polsat.

Jerzy Owsiak

"Do Jarosława Kaczyńskiego. Czy uważa Pan, że tysiące policjantów rozwiąże problem, który Pan stworzył w Polsce? Czy uważa Pan, że potraktowanie gazem łzawiącym głównie kobiet, które demonstrowały przed Pana domem, jest skuteczną na to odpowiedzią? Że tylko siłowa i coraz bardziej bezwzględna akcja policji da Panu poczucie, że problemu nie ma? Historia Polski jest naszpikowana podobnymi zdarzeniami i zawsze jest to kwestia czasu - takie działania kończą się klęską. Proszę o powstrzymanie tej eskalacji zła i nienawiści z pańskiej strony! Proszę ustąpić i wycofać się z polityki - przeprosić Polki i Polaków i zrobić wszystko, aby zakopać ten topór wojenny!"

Maciej Stuhr

— Te sześć godzin znów obudziło we mnie wiarę i nadzieję. Zobaczyłem przechodzącą obok mnie siłę, entuzjazm i potworną wściekłość. Autentyczną wściekłość tysięcy młodych ludzi — mówił w rozmowie z "Vivą" aktor, pytany o to, co czuł, kiedy utknął w samochodzie wśród tłumu protestujących.

                                     

Stuhr ocenił, że u młodych ludzi "jest wiara, potężna siła", a szczególnie u kobiet rozbudziło się coś, czego szczególnie brakowało opozycji przez pięć lat. — Czekaliśmy na coś takiego, co nas zmobilizuje, zjednoczy i da swój bardzo konkretny, ostry, mocny i autentyczny, podkreślam to słowo, głos i wymiar — powiedział.

Prof. Ewa Łętowska

"W czasie zarazy fundujemy sobie coś, co skłóci część społeczeństwa. Sędzia orzekając zawsze powinien mieć na względzie skutki, jakie ma jego orzeczenie. Mam wrażenie, że tych skutków chyba w odpowiednio dalekowzroczny sposób nie wzięto pod uwagę - mówiła w "Faktach po Faktach" w TVN24 profesor Ewa Łętowska, pierwsza Rzecznik Praw Obywatelskich i sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, odnosząc się do orzeczenia TK w sprawie aborcji.

- Nie chcę tu teraz wchodzić w nierozstrzygalną kwestię - wybór czy "pro life". Ale chcę powiedzieć co innego - że sędzia orzekając zawsze powinien mieć na względzie skutki, jakie ma jego orzeczenie - dodała.

Ks. Adam Boniecki

„Wyrok TK wywołał gwałtowny sprzeciw. Tysiące protestujących wyszło – mimo pandemii – na ulice. Pytacie, przeciw czemu protestują? Przecież nie przeciw dopuszczaniu do urodzenia dzieci niepełnosprawnych.”

Szczepan Twardoch

"(...) Szansę na powodzenie ma protest radykalny w swojej retoryce, ale też radykalnie pokojowy. Białoruś, nie BLM. "Wypierdalać" tak, bo to hasło proste, nośne i treściwe, "to jest wojna" - już niekoniecznie, przynajmniej z tej prowincjonalnej perspektywy (...)".

Zbigniew Hołdys

"Gdy my, mężczyźni, mówimy "kobieta", każdy widzi w swojej głowie kogoś innego. Każdy ma jakiś utajniony ideał, często spowity snem, marzeniem, wyobrażeniem - nie konkretem. Kiedy dziś protestują, mówimy "dzielne", "piękne", "wspaniałe", "odważne", "najważniejsze". Ja też tak mówię, codziennie, o swojej żonie. Ale jednocześnie nic o ich świecie nie wiemy.

Przeczytałem wywiad Angeliki Swobody z Remigiuszem Grzelą o jego książce "Z kim tak ci będzie źle, jak ze mną" o związku niezwykłej aktorki Kaliny Jędrusik z pisarzem Stanisławem Dygatem, a w nim taki fragment:

"Kiedy urodziła dziecko, które nie przeżyło, zabrał je ze szpitala i pochował. Nigdy nie powiedział Kalinie, gdzie to zrobił, bo uważał, że nie powinna tego wiedzieć. Nie pozwolił jej też pożegnać się z dzieckiem i przeżyć żałoby. Właśnie dzisiaj brzmi to donośnie: facet decydujący o prawie kobiety, jej głosie, nawet o jej prawie do żałoby. Beznadziejnie okrutne. Kilka osób mówiło mi, że Kalina wracała do tego, podobno mówiła o córeczce "Ewa". I że żałuje, że nawet nie może pójść na jej grób."