1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Niż demograficzny w Polsce - jakie są jego przyczyny oraz wpływ na przyrost naturalny?

Niż demograficzny w Polsce - jakie są jego przyczyny oraz wpływ na przyrost naturalny?

W krajach, gdzie promuje się partnerski model rodziny dzietność jest większa (Fot. iStock)
W krajach, gdzie promuje się partnerski model rodziny dzietność jest większa (Fot. iStock)
Polaków ubywa. Najnowsze dane o sytuacji demograficznej w Polsce mówią, że w 2019 roku było nas mniej o 28 tys. niż rok wcześniej. Dlaczego? Czy tylko dlatego, że rodzi się mniej dzieci? I dlaczego rodzi się ich mniej? Bo nie chcemy, nie możemy? Irena Kotowska, profesor demografii z SGH, tłumaczy powody kryzysu demograficznego i widzi rozwiązania dla sytuacji demograficzne w Polsce.

Pani profesor, co takiego się stało? Wszyscy bija na alarm. Polaków jest coraz mniej. Mamy kryzys demograficzny. Dlaczego?
Zmieniło się to, co my, demografowie, nazywamy procesem odtwarzania pokoleń. Decydują o nim przede wszystkim natężenie urodzeń, czyli tzw. płodność, oraz natężenie zgonów, czyli umieralność. Ale nie jest to taki prosty rachunek, bo nie chodzi tylko o to, jak często ludzie umierają i jak często kobiety rodzą dzieci, ale także o to, ile jest potencjalnych mam i ile jest osób starszych, u których występuje większe ryzyko zgonu.

Więcej osób starszych – więcej zgonów, ale jednocześnie większa średnia długość życia. Staruszkowie nie rodzą dzieci. Dłuższe życie to starsza populacja.
Tak. Ale starzenie się ludności zależy też od tego, ile dzieci się rodzi. Jeśli liczba urodzeń wzrasta, to udział tej coraz większej grupy osób starszych w całej populacji rośnie wolniej. W Polsce nie możemy na to liczyć. Od ponad trzech dekad średnia liczba dzieci rodzonych przez kobiety w wieku 15–49 lat, czyli tzw. współczynnik dzietności, nie tylko się zmniejszyła, ale od 1998 roku przyjmuje wartości poniżej 1,5. Mamy zatem do czynienia z utrzymującą się niską dzietnością, a to sprawia, że potencjalnych matek będzie mniej. I właśnie to się dzieje – spada liczba kobiet w wieku 15–49 lat.

Czyli to mechanizmy – bezwzględne i niepodlegające żadnym szybkim próbom wpływu. Próba manipulacji zjawiskami demograficznymi to jak sterowanie tankowcem: cała wstecz, statek zatrzyma się za kilkanaście mil. Tymczasem politycy lubią obarczać winą za ujemny przyrost naturalny kobiety, bo te podobno nie chcą mieć dzieci, a jak chcą – to rzeczywiście w późniejszym wieku (co oznacza, że będą miały ich mniej).
Podkreślmy jeszcze raz: nawet jeśli urodzenia będą częstsze, to i tak nie wystarczy to do zasadniczej zmiany trendu. Możemy starać się zmniejszać przewidywany spadek urodzeń. Jak nakłaniać kobiety do rodzenia dzieci? Mówmy nie tylko o kobietach… Badania pokazują, że i Polacy, i inni Europejczycy chcą mieć więcej dzieci, niż mają. Zastanawiamy się, z czego to wynika.

Z warunków?
Przede wszystkim z tego, że część osób, które chciałyby mieć więcej dzieci, nie decyduje się na nie, bo ma bariery związane z pracą. Coraz częściej pojawiają się też bariery zdrowotne. Ale najważniejsze jest to, że współczesne rodziny funkcjonują w innych warunkach niż te sprzed kilkudziesięciu lat. Po pierwsze, mają inne aspiracje co do własnego rozwoju – to dotyczy zarówno kobiet, jak i mężczyzn – a także przyszłości dzieci. Po drugie, zmienił się rynek pracy – jest trudny pod względem przewidywalności i stabilności pracy oraz dochodów. Po trzecie, oczekiwania co do standardu życia (tzw. aspiracje konsumpcyjne) też rosną. W Polsce widać to wyraźnie w badaniu „Diagnoza Społeczna 2013” – respondenci pytani, co jest barierą przy decyzji o pierwszym czy kolejnym dziecku, mówili: koszty wychowywania. Tyle że mówili o tym zarówno ludzie z niższych grup dochodowych, jak i ci zamożniejsi.

No to nie można się dziwić politykom – w tym kontekście 500 plus wydaje się doskonałym rozwiązaniem.
Nie do końca. To jest kwestia myślenia o standardzie życia i pragnieniach, żeby było lepiej, a nie tylko „nie gorzej”. Ponadto kiedy mówimy o kosztach posiadania dzieci, nie mówimy przecież tylko o kosztach bezpośrednich, czyli nakładach materialnych związanych z ich wychowywaniem, ale także o kosztach pośrednich: z czego trzeba zrezygnować, mając dzieci. Pojawia się – dzisiaj coraz częściej – kwestia łączenia pracy zawodowej z opieką i wychowywaniem dzieci. Do tej pory te koszty pośrednie ponosiły głównie kobiety.

A dzisiaj nie chcą być „przede wszystkim” matkami.
Wzrósł poziom wykształcenia kobiet, wzrosły ich aspiracje życiowe. Jest więcej kobiet na rynku pracy, a rynek jest coraz trudniejszy, nie tylko ze względu na formy zatrudniania, ale także ze względu na większe wymagania dotyczące kompetencji i mobilności. Wycofanie się z rynku pracy może mieć, i na ogół ma, negatywny wpływ na dalszy przebieg pracy zawodowej. I coraz częściej jest tak, że kobiety mówią: „Dlaczego mam rezygnować z pracy ze względu na opiekę nad dziećmi? Nie chce, żeby było tak, że tylko ja mam takie zobowiązanie w rodzinie”. I tutaj zaczynamy mówić o gender –› czy „genderze”, który niektórych kopie, gryzie i niepokoi.

Ilustracja Piotr Kowalczyk Ilustracja Piotr Kowalczyk

Tradycyjny model rodziny z pracującym mężczyzną i kobieta w domu (też ciężko tam pracująca) jest całkiem nieaktualny?
Padł. I to nie tylko ze względu na wzrost aktywności zawodowej kobiet, w tym aktywności zawodowej matek. Ale o ile do połowy lat 80. przekładało się to na spadek dzietności, to później zależność miedzy aktywnością zawodową kobiet a dzietnością stała się dodatnia – w krajach, gdzie więcej kobiet pracuje, rodzi się więcej dzieci!

I kłania się podręcznikowy przykład Francji, gdzie kobiety wiedzą, że mając dzieci, nie tracą możliwości pracy zawodowej – czy to dla pieniędzy, czy dla kariery, czy – najlepiej – dla jednego i drugiego. Wiedzą, że będą mogły do niej wrócić albo pracować na pół etatu, mając dzieci w wieku szkolnym.
Otóż to. Mamy porównawcze badania empiryczne, które mówią, że w krajach europejskich więcej dzieci rodzi się tam, gdzie pracuje oboje rodziców. Pojawia się kwestia wiązania tego z podziałem ról w rodzinie. Na początku, gdy próbowaliśmy wyjaśnić, co się stało w Europie, dlaczego dzietność tak spadła, mówiliśmy o tym, że zaszły zmiany dotyczące demograficznego modelu rodziny: po prostu ludzie chcą mniej dzieci, rodziny się łatwiej rozpadają, rośnie społeczne przyzwolenie na to, by nie zakładać rodziny bądź, będąc w związku, nie mieć dzieci. Jednak od końca lat 80. coraz wyraźniej widać, że musimy uwzględnić także zmianę ekonomicznego modelu rodziny: zmienia się podejście do pracy kobiet, ich roli w rodzinie i na rynku pracy. Rosnąca aktywność zawodowa kobiet sprawiła, iż coraz większe znaczenie ma model z dwojgiem żywicieli rodziny, tj. z pracującą kobietą/matką i pracującym mężczyzną/ojcem. I trzeba jasno powiedzieć, że nie można obecnie odpowiedzialności za dostarczenie środków utrzymania rodziny przypisywać tylko mężczyznom. To, po pierwsze, nie fair w warunkach istniejącej niepewności i niestabilności pracy zarobkowej na współczesnym rynku pracy, a po drugie, ten model byłby dzisiaj nieefektywny – utrata pracy przez jedynego żywiciela destabilizuje materialnie rodzinę. Odpowiedzialność materialna za rodzinę powinna być dzielona przez oboje partnerów. Przykładem tego, jak brak zmian dotyczących podziału ról w rodzinie miedzy kobiety i mężczyzn może się przyczynić do rezygnacji z tworzenia związków i rodzicielstwa, jest Japonia. Zmiany na rynku pracy prowadzące do pogorszenia stabilności zatrudnienia i wzrostu niepewności dochodów współwystępują tam z przypisywaniem mężczyznom tradycyjnej odpowiedzialności za byt ekonomiczny rodziny. Badania pokazują, że ma to znaczenie dla wycofywania się przez mężczyzn z zakładania związków i posiadania dzieci.

Boją się.
Są pod wielką presją zobowiązania, by zapewnić byt materialny rodzinie, oraz obaw, że temu nie sprostają.

Analogiczne przykłady można znaleźć w Europie. Pod względem liczby dzieci w rodzinie na końcu stawki są kraje bardzo katolickie: Włochy, Portugalia, Polska – kraje tradycyjnego modelu, gdzie mężczyzna zwyczajowo jest „głową i żywicielem”.
W tych krajach, gdzie nie nastąpiły zmiany postrzegania ról i oczekiwań wobec mężczyzn i kobiet lub dokonują się wolno, dzietność jest mniejsza. Od lat 90. mówimy o rolach kulturowych, czyli właśnie o „gender”, i ich znaczeniu dla zmian rodziny. I kiedy używamy tego słowa, nie chodzi przecież o tożsamość płciową czy odniesienia seksualne – co niektórzy przypisują osobom zajmującym się studiami gender. Chodzi natomiast o to, jak kobiety i mężczyźni funkcjonują w społeczeństwie, czego się od nich oczekuje w rodzinie i poza nią, jak się porozumiewać i jak dzielić odpowiedzialność w rodzinie i w społeczeństwie.

Pozostaje jeszcze dostosowanie instytucji państwa do zmieniających się modeli rodziny.
Badania pokazują, że w krajach, gdzie oprócz ułatwień na rynku pracy dla kobiet jednocześnie dokonywano zmian, które pozwalały mężczyznom spędzać więcej czasu w rodzinie (urlopy, elastyczny czas pracy umożliwiający większy udział ojców w opiece nad dziećmi i wypełnianiu obowiązków domowych), czyli promowano partnerski model rodziny (tzw. dual-earner – dual-career model), dzietność jest wyższa. Znaczenie tych zmian w Polsce trudno przecenić – widać bowiem wyraźnie, że coraz większy udział w tym, ile dzieci się w Polsce rodzi, maja kobiety z wyższym wykształceniem. Te kobiety częściej pracują. Maja też wyższe oczekiwania, starają się łączyć pracę z rodziną, ale także liczą na wsparcie ojca w obowiązkach opiekuńczych i domowych. Uzyskują je zwłaszcza od partnerów z wyższym wykształceniem. To sprzyja decyzjom o dziecku. W Polsce od 2013 roku wzrasta systematycznie dzietność w dużych miastach (np. w Warszawie, Poznaniu, Gdańsku, we Wrocławiu) – tam, gdzie kobiet i mężczyzn z wyższym wykształceniem jest relatywnie więcej, podobnie jak rodzin z obojgiem pracujących rodziców, a także lepszy jest dostęp do żłobków i przedszkoli. Tak wiec sprawdza się to, o czym mówiliśmy wcześniej, przywołując wyniki badan nad dzietnością z innych krajów. Co więcej, w niektórych krajach zmniejsza się różnica miedzy dzietnością kobiet z wyższym i niższym wykształceniem wskutek spadku liczby dzieci rodzonych przez kobiety z niższym wykształceniem. I można tego oczekiwać w Polsce.

Skala makro – media alarmują: za kilkadziesiąt lat Polaków będzie o kilka, kilkanaście milionów mniej. System ekonomiczny, mimo zmian dotyczących dłuższego okresu pracy i aktywności, może się po prostu załamać.
Sam spadek liczby ludności nie jest bezpośrednim zagrożeniem dla gospodarki. Liczą się przede wszystkim wspomniane proporcje wieku ludności, które określają relacje między tymi, którzy produkują, a tymi, którzy konsumują. Mam nadzieje, że mechanizm wzrostu, zgodnie z którym musimy konsumować więcej i więcej, będzie się zmieniać. Nie da się kontynuować wzrostu ekonomicznego w taki sposób jak dotychczas. I jeżeli zmieni się rola popytu konsumpcyjnego i to, co konsumujemy, czyli struktura konsumpcji, to spadek liczby ludności nie zagrozi perspektywom rozwojowym kraju, jak to widzą politycy.

Nie dostrzegam zagrożenia w fakcie, że będzie nas 30 mln czy 28. Polska będzie mieć wciąż dużą populację. W innej sytuacji są np. Litwa, Łotwa czy Bułgaria – te kraje mają się czym martwic. Przewiduje się bowiem, że ich stosunkowo nieliczne populacje spadną o ponad 20 proc. w latach 2019–2050. Natomiast przy zmniejszeniu liczby ludności Polski na pewno będą postępowały zmiany struktury wieku: ludność będzie się nadal starzec bez względu na to, czy będzie nas 30, czy 35 mln, a także będzie się zmniejszać wielkość grupy osób w wieku produkcyjnym. Ważne jest, jaka część ludności będzie stanowić ta rosnąca grupa osób starszych. A to zależy, jak mówiliśmy, od tego, ile dzieci się rodzi, a także od tego, ile osób i w jakim wieku do Polski przybywa. Przez najbliższe 20–30 lat liczba urodzeń będzie spadać i jest to nieuniknione.

Zatem Polska powinna zapraszać imigrantów z całych sił.
Tak. Poprawa proporcji wieku może się odbywać nie tylko przez urodzenia, czyli „zasilanie od dołu” piramidy wieku populacji, ale także z zewnątrz. To ma znaczenie dodatkowe o tyle, że imigrantami są najczęściej osoby młode. Demografowie od końca lat 90. mówili o tym, że musimy się liczyć ze spadkiem liczby ludności w wieku produkcyjnym przy intensywnym starzeniu się ludności. Jakoś przechodziło to bez echa być może dlatego, że poprzednia dekada charakteryzowała się wysokim bezrobociem, choć spadającym po 2003 roku. A dzisiaj coraz bardziej brakuje nam pracowników! I to jest ważna bariera rozwojowa Polski, należy dyskutować, jak najlepiej wykorzystać istniejące zasoby ludności na rynku pracy, a nie straszyć tym, że wymieramy, bo w 2050 roku będzie nas 31–35 mln, a za 50 lat co najwyżej 32 mln.

Poprzez tworzenie warunków społecznych dla partnerskiego modelu rodziny i przyjaznych warunków dla przybywających z zewnątrz pracowników możemy łagodzić skutki przewidywanych zmian demograficznych. Musimy wreszcie dopuścić do siebie taką myśl, że nie da się zachować jednorodności etnicznej czy narodowej we współczesnym świecie. Ostatnio wraca termin „obcy” interpretowany jako zagrożenie. To podejście do innych jest nie tylko antyhumanitarne, ale antyrozwojowe. Należy robić wszystko, by „oni” stawali się obywatelami naszego kraju, by dołączali do naszej społeczności.

Irena Kotowska, profesor w Instytucie Statystyki i Demografii Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Przewodnicząca Komitetu Nauk Demograficznych PAN.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Skandale brytyjskich dworów - dlaczego interesuje nas życie wyższych sfer?

Skandale z udziałem brytyjskiej arystokracji zawsze wzbudzają ogromne emocje. W ostatnich dniach dużo mówi się o kontrowersyjnym wywiadzie, którego książę Harry i jego żona Meghan Markle udzielili Oprah Winfrey. (Fot. James Whatling/The Mega Agency/Forum)
Skandale z udziałem brytyjskiej arystokracji zawsze wzbudzają ogromne emocje. W ostatnich dniach dużo mówi się o kontrowersyjnym wywiadzie, którego książę Harry i jego żona Meghan Markle udzielili Oprah Winfrey. (Fot. James Whatling/The Mega Agency/Forum)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Dlaczego życie wyższych sfer to wyjątkowo wciągający i pouczający serial naszych czasów – pytamy Marka Rybarczyka.

Przyznaje pan, że brytyjska arystokracja fascynuje pana z dwóch powodów. Ze snobizmu, ale przede wszystkim z poczucia absurdu, które wywołują ich erotyczne, obyczajowe i finansowe ekscesy. Snobizm jest oczywisty, to bowiem jedna z ostatnich klas, która w świecie zachodnim pozostała – przynajmniej w niektórych obszarach czy aspektach – prawie nietknięta. Choć I wojna światowa, na którą Brytyjczycy poszli z dumy i poczucia imperializmu, a nie z konieczności, przetrzebiła szeregi arystokracji, to nadal ma ona ogromne przywileje. Na przykład w Izbie Lordów zasiada prawie 100 arystokratów, a około 800 nosi dziedziczne tytuły, poza tym w ich rękach jest 1/3 ziemi w Anglii – jak mówi angielskie przysłowie, wystarczy obrócić się trzy razy i rzucić kamieniem, by trafić w rezydencję jakiegoś lorda.

Arystokracja jest tu tak liczna i ważna z kilku powodów. Po pierwsze uniknęła rewolucji, która we Francji wycięła w pień dobrze urodzonych. Po drugie wyszła obronną ręką z rewolucji przemysłowej, uratowana przez falę małżeństw z amerykańskimi dziedziczkami, które wnosiły w posagach pokaźny zastrzyk gotówki. Po trzecie, zachowała wiele zamków i dworów, niezniszczonych w czasie II wojny światowej, które są obecnie w posiadaniu wielce szlachetnej organizacji, jaką jest National Trust, i udostępniane do zwiedzania. Obecność arystokracji jest więc zauważalna.

Członkowie rodziny królewskiej nazywają swoją familię „Firmą”. Na zdjęciu król Jerzy VI Windsor, Królowa Matka oraz ich córki - Elżbieta i Małgorzata. (Fot. BEW Photo) Członkowie rodziny królewskiej nazywają swoją familię „Firmą”. Na zdjęciu król Jerzy VI Windsor, Królowa Matka oraz ich córki - Elżbieta i Małgorzata. (Fot. BEW Photo)

Są też niepisane przywileje, polegające na tym, że jeśli pochodzisz z wielkiej rodziny, czyli – jak śmieję się razem z innymi autorami – masz nazwisko, którego pisownia ma się nijak do jego wymowy albo które jest wieloczłonowe – to jest ci o wiele łatwiej znaleźć pracę. Jest mnóstwo galerii sztuki czy firm PR-owych, w których jedno szepnięcie, że ktoś jest z takiej, a nie innej rodziny, gwarantuje zatrudnienie. Arystokraci kończą zwykle elitarne szkoły, jak Eton, ale tu studiują też potomkowie rodzin z dużymi pieniędzmi, więc te dwie klasy trochę się mieszają. Dzięki temu w Eton poznali się książę William i księżna Kate, wtedy Middleton. Jest mnóstwo sklepów oferujących towary i ceny nie na normalną kieszeń, jak pracownia garniturów przy Savile Row w Londynie, które dostarczają swoisty uniform dla arystokraty. Książkę „Skandale angielskich dworów” zaczynam od anegdoty o pewnie sunącym pojeździe z fioletową lampką z przodu, na który natrafiłem kiedyś zdziwiony na ulicy w Covent Garden. Ta lampa to symbol, że jedzie nim ktoś z rodziny królewskiej, komu trzeba ustąpić pierwszeństwa. I metafora tych przywilejów.

Rodzina królewska, kwintesencja i symbol potęgi swojej klasy, jest popularna nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i w Polsce. Skąd u nas to zainteresowanie? Z tęsknoty za własną arystokracją? Brytyjska rodzina królewska to jest ewenement na skalę światową. Zaczęła pełnić rolę takiej soap opery, ulubionego serialu każdego, niezależnie od wieku czy pochodzenia. Wszystko zaczęło się od małżeństwa Karola i Diany, zakończonego publicznym praniem brudów, na co nałożyła się rewolucja w prasie i powstanie tabloidów, czyli imperium prasowego Ruperta Murdocha. Cały świat chciał czytać o rodzinie królewskiej, a dziennikarze to ochoczo podchwycili.

Królowa Elżbieta II i książę Filip. (Fot. Getty Images) Królowa Elżbieta II i książę Filip. (Fot. Getty Images)

W Polsce praktycznie nie mamy arystokracji, ona została w okrutny sposób wycięta i zniszczona przez komunizm i populizm, czyli demokrację. Za komuny tępiono ją planowo, natomiast demokracja zabiła szacunek dla tytułów i dla tradycji. A mamy przecież kilka wspaniałych rodów arystokratycznych, które jednak coraz częściej wynoszą się z Polski, bo czują się tu niemile widziane. Anglicy mają świadomość, że klasy wyższe niosą ze sobą przede wszystkim pewne wartości.

Jakie? Ja arystokrację zacząłem bardzo cenić, kiedy zdałem sobie sprawę, że bez niej – mam tu na myśli głównie arystokrację brytyjską – nie byłoby współczesnej cywilizacji europejskiej, i mówię to z całą powagą dziennikarza i politologa. Przede wszystkim była niesamowicie bogata, bogatsza nawet niż dzisiejsi potentaci z Doliny Krzemowej. Poza tym żyła w odcięciu od świata, dzięki czemu mogła się ugruntować i wyodrębnić. Przez wyspiarską izolację miała więcej spokoju i nie ulegała tak łatwo trendom. Stąd słynny angielski konserwatyzm.

Królowa Elżbieta II i jej córka, księżniczka Anna. (Fot. BEW Photo) Królowa Elżbieta II i jej córka, księżniczka Anna. (Fot. BEW Photo)

Tę klasę było stać na wiele – na picie kawy i herbaty w restauracjach, ale też na kupowanie dzieł sztuki, na mecenat artystyczny i na kult wolności. Arystokracja w XVIII wieku staje się uosobieniem niezależności i czynnie wspiera kult indywidualizmu. W Anglii do dziś ceni się oryginałów. Wielu arystokratów – często z nudów i nadmiaru wolnego czasu – było naukowcami, wynalazcami, odkrywcami czy podróżnikami. Oni wymyślili nam świat. Nic dziwnego, że uważają się za wyjątkowych, ale też szanują wyjątkowość innych. Byli promotorami liberalizmu, sztuki, ale też działalności charytatywnej, czuli się odpowiedzialni społecznie – a tego dotkliwie brak dzisiejszej klasie politycznej. Brytyjska rodzina królewska zakłada i wspiera tysiące organizacji, w tym bardzo nowoczesne, zajmujące się walką z cyberprzemocą, depresją czy zanieczyszczeniem środowiska.

Jedna sprawa to wartości, druga to zepsucie. Sam pan pisze, że byli też elitą brutalną, wyzyskującą, czerpiącą zyski z pracy niewolników. W XIX, ale i XX wieku arystokracja to zgnilizna moralna, dewiacje, wychowanie w szkołach z internatem. Są czarne karty historii arystokracji, jak niewolnictwo. Jest też nadal występujący zimny chów. Tak jak Elżbieta II wykończyła Karola, chłodem, brakiem czułości i surową szkołą z internatem, tak wielu innych arystokratów niszczyło swoje dzieci. Zwłaszcza poprzez wczesne oddawanie ich do szkół, gdzie były dowożone jak pakunki i doświadczały aktów sadyzmu ze strony nauczycieli i rówieśników, mówię tu głównie o XVIII wieku. Ale kary cielesne, zimne pokoje, osamotnienie – były na porządku dziennym też w XX wieku. W ten sposób hodowano późniejszych dewiantów. Trójkąty małżeńskie, dewiacje seksualne, praktyki sado-maso, wątki biseksualne – o tym wszystkim piszę w książce. Anglia kojarzy nam się z oziębłymi konserwatystami, którzy do łóżka zabierają najwyżej termofor z ciepłą wodą, ale to nieprawda – to oni wymyślili pierwszą rewolucję seksualną w XVIII wieku. To brało się z nudy, ale też z wychowania, które potem odreagowywali w sypialni. Londyn był miastem z największą liczbą domów publicznych w Europie, to tam swoją „edukację” zaczynali potomkowie arystokratycznych rodzin.

Brytyjska rodzina królewska, lata 80. (Fot. BEW Photo) Brytyjska rodzina królewska, lata 80. (Fot. BEW Photo)

„Sekrety angielskich dworów” to pana kolejna książka o arystokracji. Co jest w niej tak inspirującego, że nie przestaje pan wracać do tego tematu? Arystokraci są swoistym laboratorium dla każdego z nas jako człowieka. My, żyjący w stechnologizowanym XXI wieku, stajemy się podobni do XVIII-wiecznych lordów. Oni siedzieli w swoich zamkach, liczących 100 pokoi, i czuli się bardzo osamotnieni, dlatego wymyślali sobie różne rzeczy – obyczajowe i seksualne. My też zamknięci w swoich pokojach czy siedzący przed komputerami ze słuchawkami na uszach czujemy się odizolowani od świata, uciekamy w gadżety i wirtualną rzeczywistość, albo spędzamy całe dnie w centrach handlowych, w tłumie, ale tak naprawdę sami. Coraz trudniej nawiązać nam bliskie związki z innymi, coraz łatwiej umówić się na seks. Wynaleźliśmy tyle rzeczy, które miały nam oszczędzić czas, a teraz nie wiemy, co z tym czasem zrobić. W historii brytyjskiej arystokracji widzę tak naprawdę opis losu jednostki pragnącej uciec przed nieuchronnością śmierci i tym, że w jej obliczu zawsze jesteśmy sami.

Marek Rybarczyk, publicysta, dziennikarz, pisarz. Znawca kultury i historii Wielkiej Brytanii, wieloletni dziennikarz radia BBC, korespondent „Gazety Wyborczej” w Londynie, komentator Radia TOK FM, radiowej Trójki i TVN24. Autor książek, m.in. „Tajemnice Windsorów”, „Elżbieta II. O czym nie mówi królowa?” „Skandale angielskich dworów”.

Polecamy książkę Marka Rybarczyka „Skandale angielskich dworów”, wyd. Prószyński i S-ka, 2018 Polecamy książkę Marka Rybarczyka „Skandale angielskich dworów”, wyd. Prószyński i S-ka, 2018

  1. Psychologia

Style przywiązania - jak związek z matką wpływa na późniejsze relacje?

Od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności (fot. iStock)
Od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności (fot. iStock)
Wiele problemów w naszych bliskich związkach ma swoje źródło we wczesnych relacjach z rodzicami. Ale to nie znaczy, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy powielali błędy swoich rodziców.

Wiele problemów w naszych bliskich związkach ma swoje źródło we wczesnych relacjach z rodzicami. Ale to nie znaczy, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy powielali błędy swoich rodziców. Jakie wyróżniamy style przywiązania i jaki mają one wpływ na naszą relację z partnerem?

Ewa, lat 34, mama sześcioletniej Marty. Pewnego dnia, po awanturze z mężem, widzi w sobie swoją matkę. Silną, dominującą, wiecznie zagniewaną. Przypominają jej się kłótnie matki z ojcem, gdy była dziewczynką. Chowała się wtedy pod stołem i zatykała sobie uszy. W Martusi widzi małą Ewę – zalęknioną, ale też rozhisteryzowaną, roszczeniową. Odkrywa jeden ze stylów przywiązania u dzieci. Szuka ratunku u terapeuty. Terapia nie ocala wprawdzie małżeństwa, ale pomaga na nowo budować relacje z córką.

Część wspólna zbioru

Nie każdy z nas ma szczęście zobaczyć jak na dłoni siebie w swoim dziecku. To dlatego większość psychoterapeutów proponuje rozpoczęcie terapii od spojrzenia w siebie, choć to, co tam zobaczymy, bywa często skutkiem relacji z naszymi rodzicami. Nie znaczy to, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy popełniali błędy.

Często dopiero własne dzieci pokazują, jacy naprawdę jesteśmy. Uświadamiają nam style przywiązania z przeszłości. Są lustrem, w którym możemy się przejrzeć. Marta, córka Ewy, z byle powodu wpadała w histerię. Swoim zachowaniem pokazywała jednak nie to, „jak paskudny ma charakter” (cytat z ojca), ale to, co fundowali jej rodzice.

Dzieci są czymś w rodzaju wspólnego zbioru pomiędzy ojcem a matką, czyli są tym, co daję na rzecz związku ja i co ofiarowuje mój partner. Z czasem granice tej „części wspólnej” powiększają się o wszystko, co wnosi dorastające dziecko. Przez pierwsze lata życia jest ono jednak swoistą walizką, którą rodzice – często nieświadomie – zapełniają. Są pierwszymi osobami, z jakimi dziecko wchodzi w doświadczenie bliskich związków. Według Johna Bowlby’ego, brytyjskiego lekarza i psychoanalityka, od przebiegu relacji dziecka ze znaczącymi dla niego osobami we wczesnym okresie życia zależy jego funkcjonowanie psychiczne i społeczne w przyszłości. Style przywiązania u dzieci mają niebagatelne znaczenie.

Psycholog rozwojowy Mary Ainsworth przeprowadziła badania, które miały odpowiedzieć na pytanie, jak emocje matki wpływają na relacje z dzieckiem. Badania polegały na tym, że sprawdzano reakcję dziecka, gdy matka znikała z jego pola widzenia. Na tej podstawie określono trzy tak zwane style przywiązania u dzieci.

Mamo, zaopiekuj się mną, czyli style przywiązania u dziecka a późniejsze relacje z partnerem

Pierwszy, oparty na poczuciu bezpieczeństwa, prezentuje około dwóch trzecich dzieci. Co je wyróżnia? To, że ufają matce, czują się przy niej bezpiecznie, wierzą, że jest dostępna, wrażliwa i gotowa do wsparcia i opieki. Taka relacja buduje w małym człowieku poczucie własnej wartości oraz przekonanie, że ma prawo do miłości. A to z kolei sprawia, że chce on potem poznawać świat z dużą dozą pewności siebie, jest ciekawy nowych zjawisk i angażuje się w relacje społeczne. Dzieci prezentujące bezpieczny styl przywiązania jako osoby dorosłe potrafią tworzyć trwałe, zdrowe relacje. Umieją wspierać innych, ale też zwracać się o pomoc. Nie sprawia im trudności bycie zależnym od innych, potrafią również stawiać wyraźne granice. Po latach opisywali swoich rodziców jako troskliwych, uczuciowych, sprawiedliwych.

Badania Ainsworth pokazują, że około 20 procent dzieci przejawia inny styl przywiązania – lękowo-ambiwalentny. Aż tyle nie ma pewności, czy dostanie pomoc i pocieszenie! I dlatego stale upewniają się, czy aby mama jest blisko. Gdy próbuje się oddalić, gwałtownie protestują. A po jej powrocie z jednej strony się cieszą, a z drugiej – demonstrują gniew i opór. W dorosłości zamartwiają się o to, czy są naprawdę kochani i czy nie kochają za bardzo. Mogą stać się chorobliwie zazdrośni i czuć się niedoceniani przez partnera i inne ważne osoby, na przykład współpracowników. Badani o takim stylu przywiązania opisywali swoich rodziców jako agresywnych, kontrolujących.

Kolejne 20 procent dzieci cechuje unikający styl przywiązania. Takie dzieci mają poczucie odrzucenia przez matkę. A nabierają go dlatego, że są karane za próby nawiązania z nią bliskiego kontaktu fizycznego. Jako dorośli czują się skrępowani bliskością innych ludzi, stają się w ich obecności nerwowi, unikają intymności, nie ufają partnerowi. Wikłają się w przelotne związki seksualne i nadmiernie koncentrują, na przykład na pracy zawodowej. Wspominali rodziców jako wymagających, krytycznych i pozbawionych troskliwości.

Zamiana ról

Badania pokazują, że u 70 procent dorosłych (21-latków) styl nawiązywania relacji z partnerem jest taki sam jak styl przywiązania u dzieci do matki w wieku 12 miesięcy.

John Bradshaw, amerykański psycholog (ten, który ukuł termin „wewnętrzne dziecko”), twierdzi, że błędne koło powielania tego schematu da się przerwać. Zacząć trzeba od powrotu do swojego dzieciństwa, od obejrzenia go jak na zwolnionym filmie, przeanalizowania wspomnień i faktów. Dobrze jest przeprowadzić coś w rodzaju wywiadu ze sobą. Czy czuliśmy się wystraszeni, gdy mama znikała? Czy mieliśmy żal do rodziców, że wyjechali? Kto się nami opiekował, przytulał? Byliśmy chwaleni czy tylko karani?

Ewa przeprowadziła ze sobą taki wywiad. I co się okazało? Że panicznie bała się rozłąki z mamą, ponieważ ta postraszyła ją kiedyś (gdy była niegrzeczna): „Wyjdę z domu i więcej nie wrócę”. Odtąd lęk towarzyszył jej zawsze, gdy traciła matkę z oczu. Potem panicznie bała się zdrady i odejścia męża.

Ale aby przerwać przymus powielania schematu, nie można poprzestać tylko na uświadomieniu sobie tego, co jako dzieci przeżyliśmy. Trzeba też spróbować zrozumieć rodziców, spojrzeć na swoje dzieciństwo ich oczami. Żyli przecież w innych czasach, borykali się z różnymi trudnościami, nie mieli takiego dostępu do wiedzy na temat wychowania, jaki teraz mamy. A my chcieliśmy widzieć w nich bogów, którzy są w stanie wszystko dać i wszystko wiedzieć.

Gdy więc stajemy się dorosłymi, podziękujmy rodzicom za to, że kochali nas tak, jak potrafili, nie obarczajmy winą, tylko wybaczmy im i weźmy swoje życie w swoje ręce. Teraz to my jesteśmy rodzicami. Pamiętajmy: od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności. To taka naturalna wymiana – ono pobiera od nas lekcje stawania się autonomiczną osobą, a w zamian daje nam lekcje stawania się odpowiedzialnymi za drugiego człowieka.

Co się dzieje, gdy powstaje zbyt duża zależność rodzica z jednej strony i zbyt duża niezależność dziecka z drugiej? Ilustruje to taka oto sytuacja: Mama z dzieckiem przechodzą obok stoiska z zabawkami. Synek domaga się samochodu. Mama tłumaczy, że nie kupi mu autka. Synek krzyczy, rzuca się na podłogę. Mama czerwona ze wstydu, dla świętego spokoju, kupuje samochód i wściekła wyciąga malca ze sklepu.

Prawdziwy dialog

W tej próbie sił wygrywa dziecko, ale czy na pewno? Widząc poirytowaną matkę, zastanawia się: „Niby wygrałem, ale dlaczego mama jest taka zła?”. Satysfakcję z postawienia na swoim mącą synkowi wątpliwości, czy wobec tego mama go jeszcze kocha. Tak rodzi się brak poczucia bezpieczeństwa. Bo to poczucie budują rodzice, którzy kochają, ale stawiają granice, uczą, czego wolno, a czego nie, którzy w swoich reakcjach są przewidywalni, konsekwentni.

Ulegamy dzieciom między innymi dlatego, że nie radzimy sobie z gniewem – chcemy ukryć irytację i złość, którą one bardzo wyczuwają. A wszystko to z lęku przed ich reakcją!

Z kolei skutki zbyt małej niezależności dziecka i zbyt małej zależności rodziców ilustruje taka oto sytuacja: Synek wygląda przez okno samolotu i nagle woła: „Tato, popatrz, jaki piękny stadion!”. Na co tata: „Co ty pleciesz, tu nie ma żadnego stadionu”. „Ale ja go widzę!” – upiera się synek. Tata: „Stadionu nie ma w tym mieście”. „Widocznie lecimy nad innym” – odpiera rezolutnie chłopiec. „Nie dyskutuj ze mną!” – ucina ojciec. Po chwili kapitan samolotu informuje, że lecą nad Manchesterem. A w tym mieście stadion na pewno jest. Tata jednak udaje, że nie słyszy. Synek słyszy doskonale, ale już wie, że tata musi zawsze mieć rację.

Wszechwiedzący rodzice, którzy decydują, co jest prawdą, a co nie, sprawiają, że dziecko nie ma poczucia sprawczości, czyli nabiera przekonania, że nic od niego nie zależy. Nie ma więc ochoty, by się zmieniać, rozwijać, podążać za swoimi pragnieniami i talentami, bo po co, skoro kontrolujący rodzice i tak wiedzą lepiej. Ale w głębi duszy pozostaje złość i żal oraz głębokie poczucie niesprawiedliwości. W życiu dorosłym takie skrzętnie skrywane uczucia mogą mieć opłakane konsekwencje – jak niesamodzielność, trudności w radzeniu sobie z codziennymi problemami, zbyt duża zależność od zdania innych osób, niskie poczucie własnej wartości. Takie style przywiązania mają wpływ na relacje z partnerem.

Dziecko powinno móc wyrazić każdą swoją emocję. Być zauważone i bezwarunkowo kochane. A jednocześnie znać granice, których nie wolno przekraczać, i konsekwencje, jakie poniesie, gdy jednak nie będzie ich respektować. To wszystko daje mu poczucie równowagi i stabilności. Nawet jeśli odzywa się w nas stara płyta ze znanymi ze swojego dzieciństwa melodiami, starajmy się włączyć nową. I powtarzajmy dziecku: „kocham cię”. Bo ono zawsze potrzebuje takiego zapewnienia.

Konsultacja psychologiczna: Monika Myszka.

  1. Psychologia

Przemoc ekonomiczna w rodzinie - jak powstrzymać kłótnie o pieniądze w małżeństwie?

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
„Obiecywał mi złote góry!”, „Ona mogłaby wydać każdą sumę!”. W kłótniach między partnerami często padają argumenty finansowe. Sprawdzamy, czy ludowa mądrość: kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze – ma zastosowanie w związku. 

Z sondażu przeprowadzonego w czerwcu 2020 roku przez agencję badawczą Difference dla ING Banku Śląskiego wynika, że rozmowy o pieniądzach są naturalne dla 68 proc. Polaków. Byłby to dość imponujący wynik, świadczący o naszej dobrej umiejętności komunikacji, jednak respondenci tego samego badania przyznają, że jest to temat niełatwy, a pieniądze często są przyczyną sporów między partnerami... „Myślę, że chodzi o to, że pieniądze to nie jest jednorodna kategoria i rozmowa o finansach to nie jest zawsze rozmowa o tym samym” – mówi prof. Agata Gąsiorowska z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu w prowadzonym przez psycholożkę i terapeutką Marię Rotkiel cyklu ING „Porozmawiajmy o pieniądzach” (można go obejrzeć na YouTubie).

Sama przy okazji pisania tego tekstu prowadziłam  minibadania i różnorodność przekonań na temat pieniędzy (wpojonych nam w dzieciństwie przez rodziców i inne ważne osoby oraz wypracowanych już w dorosłym życiu) naprawdę mnie zaskoczyła.

„Czym są dla ciebie pieniądze?” – czytamy w popularnej książce „Happy money” Kena Hondy. Traktujesz je neutralnie – jako środek wymiany dóbr i usług? A może upatrujesz w nich instrumentu kontroli? Źródła poczucia bezpieczeństwa? Albo służą ci do tego, żeby się na kimś odegrać? Czy pieniądze pomagają ci robić to, co zechcesz? Czy też są raczej przeszkodą, która zawsze staje ci na drodze? – pyta japoński autor.

Moje... twoje... nasze...

Maria Rotkiel przyznaje, że zagadnienia związane z finansami często wypływają w jej gabinecie podczas terapii par. I choć ze statystyk wynika, że same pieniądze proporcjonalnie rzadko są wskazywane jako podstawowa przyczyna rozpadu małżeństwa (wg raportu CBOS ze stycznia 2020 roku – w 8 proc.), to zwykle właśnie one pojawiają się w tle tzw. niezgodności charakterów małżonków, która jest najczęstszą przyczyną orzekania rozwodów.

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Badania wskazują, że dla trwałości związku najlepsza jest pełna wspólność majątkowa, jednak w praktyce modele są różne – na drugim biegunie wspólnoty są osobne konta, pomiędzy nimi jest stan pośredni, w którym strony ponoszą wydatki w określonych proporcjach. Zdaniem ekspertów zdrowe będzie wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać w trakcie związku, np. gdy któraś strona zdecyduje się na przerwę w pracy zarobkowej na rzecz opieki nad dziećmi albo poczuje się wypalona i zechce zrezygnować z dobrze płatnego stanowiska.

I tu wracamy do kwestii rozmawiania o pieniądzach, co w  gruncie rzeczy sprowadza się do komunikacji. Maria Rotkiel proponuje, by do różnic w podejściu do finansów podejść z ciekawością, a nawet wykorzystać je jako szansę na rozwój – np. jeśli wydaje mi się, że mój partner jest zbyt rozrzutny, to może ja za bardzo oglądam każdy grosz?

Przemoc ekonomiczna

Kluczowe jest to, żeby na stosowany w związku model finansowy zgodziły się obie strony. Jeśli nie, może pojawić się tzw. przemoc ekonomiczna. Samo pojęcie jest dość świeże – w świecie badań naukowych zostało zauważone w Stanach Zjednoczonych niewiele ponad 20 lat temu, a na Starym Kontynencie jeszcze później. W badaniach na temat przemocy w Unii Europejskiej zrealizowanych w latach 2011–2012 znalazło się tylko jedno pytanie dotyczące przemocy ekonomicznej. Najbardziej dotknięte nią okazały się Bułgarki, a najmniej Portugalki – Polki znalazły się w środku tego zestawienia.

W Polsce problemem zajmuje się Fundacja Centrum Praw Kobiet, na której stronie czytamy: „O przemocy ekonomicznej mówimy wtedy, gdy jej sprawca używa pieniędzy albo innych wartości materialnych do zaspokojenia swojej potrzeby władzy i kontroli, podporządkowując sobie partnerkę lub przerzucając na nią odpowiedzialność za utrzymanie domu. Sprawca wykorzystuje uzależnienie partnerki od swoich dochodów lub majątku do znęcania się nad nią. Czasem uniemożliwia jej dostęp do konta, w innych wypadkach wydziela i kontroluje jej wydatki, utrudnia jej podjęcie pracy lub przyczynia się do jej utraty. Pieniądze stają się kartą przetargową (...). O przemocy ekonomicznej mówimy również wtedy, gdy partner pasożytuje na pracy partnerki, nie płaci alimentów, bez jej wiedzy zaciąga kredyty lub przywłaszcza sobie środki przeznaczone na utrzymanie rodziny”.

I ślubuję Ci uczciwość małżeńską

Francuska psycholożka kliniczna i terapeutka Lisa Letessier w książce „Kłamstwo w związku” przywołuje historię kobiety (wykształconej naukowczyni z zamożnego domu), która dopiero po wielu latach odkryła oszustwa finansowe męża. „Pewnego razu odebrałam telefon z banku z pytaniem o szczegóły administracyjne dotyczące hipoteki, którą podpisałam. Na początku pomyślałam, że to pomyłka, byłam przekonana, że to niemożliwe. Ale zaczęłam drążyć i wszystko odkryłam. Mój mąż, do którego miałam pełne zaufanie, kochający i uważny ojciec naszych dzieci, podrobił mój podpis i zastawił nasz dom, żeby wziąć kredyt” – cytuje autorka. Jak się okazało, mężczyzna miał na sumieniu wiele innych nadużyć, w tajemnicy zaciągał pożyczki u teściowej i nielegalnie spieniężył część jej majątku. Był hazardzistą i brał narkotyki. „Był chory, z pewnością, ale zniszczył swoją rodzinę, swoje dzieci. Nigdy mu nie przebaczę. Dziś na samo jego wspomnienie mam mdłości” – puentuje bohaterka.

To przypadek skrajny, wynikający z zaburzenia, jednak zdaniem Letessier za kłamstwem dotyczącym pieniędzy zwykle stoi lęk: przed byciem zdradzonym czy zdradzeniem swoich wartości, przed utratą poczucia bezpieczeństwa czy przed konfliktem. Innym wytłumaczeniem może być to, że dla niektórych własne oszczędności, zwłaszcza jeśli budżet domowy nie jest z tego powodu zagrożony, są częścią tzw. tajemniczego ogrodu, czyli ich przestrzeni osobistej.  Niezależnie od skrywanej motywacji przywołany wcześniej Ken Honda stawia sprawę jednoznacznie i uważa, że uczciwość jest priorytetem w związkowym systemie tzw. szczęśliwych pieniędzy. „Chociaż oboje partnerzy są dorośli, to czasem jedno traktuje drugie jak dziecko, które nie musi niczego wiedzieć na temat ich sytuacji finansowej lub nie ma do tych spraw głowy. Czasem też z obawy przed konfliktem ukrywają pewne informacje lub swoje błędy, co później obraca się przeciwko nim” – pisze.

Ćwiczenie: Myślisz "pieniądze", czujesz...

W książce „Happy money” Ken Honda podaje najczęściej spotykane w swojej pracy trenera rozwoju osobistego emocje wywoływane przez temat finansów. Zastanów się, jakie ty odczuwasz i na ile rzutują one na twój związek.
  1. Lęk i niepokój. Czy martwisz się o to, że zabraknie ci pieniędzy? Czy boisz się utraty pracy, bo to oznaczałoby brak zabezpieczenia finansowego? To dość powszechne niepokoje, za którymi stoi zwykle lęk przed porażką czy przed rozczarowaniem innych, a to często wiąże się z niską samooceną i przekonaniem, że nie zasługujesz na to, co dobre, zatem żeby to zdobyć, musisz udowodnić swoją wartość.
  1. Gniew i frustracja. Czy czujesz się niesprawiedliwie wynagradzany? Czy złościsz się na osoby, które decydują o twoich zarobkach albo na te, które twoim zdaniem odpowiadają za zły stan gospodarki? Taki stan wprowadza twój mózg w stan walki o przetrwanie, więc ogranicza zdolność do kreatywnego myślenia,  a przecież rzadko pustka w portfelu oznacza natychmiastowe zagrożenie dla ciebie i najbliższych.
  1. Smutek i rozczarowanie. Czujesz źródła niespełnionych marzeń i dopatrujesz się w braku pieniędzy? A może obserwacja dramatycznych wydarzeń na świecie skłania cię do refleksji, że to wszystko przez chciwość i chęć zmaksymalizowania zarobków? Samotnie niesiony i nieprzepracowany smutek wpływa na twoje relacje z samym sobą, innymi i może doprowadzić do depresji.
  1. Nienawiść i rozpacz. Czy czujesz się oburzony, że ktoś cię wykorzystuje? Czy to wywołuje w tobie gniew? Lepiej wykorzystać potencjał, który niesie złość, jako impuls do zmiany, niż pielęgnować ją w sobie, bo z czasem może przekształcić się w nienawiść – do tego, kogo uważasz za winnego twojej sytuacji, albo do siebie samego, co w ostateczności może doprowadzić nawet do próby samobójczej.
  1. Poczucie wyższości i niższości. Czy kupujesz rzeczy, na które cię nie stać, żeby zaimponować komuś? Czy stwarzasz pozory bycia zamożniejszym niż jesteś? Koncentrując się na budowaniu wizerunku, możesz np. niepotrzebnie się zadłużyć, co będzie cię przepełniało lękiem i ograniczało wybory – w rezultacie nie będziesz w stanie czerpać radości z bycia tu i teraz.
  1. Poczucie winy i wstydu. Czy czujesz się winny, bo inni zarabiają mniej od ciebie? A może wstydzisz się niedostatku? To dwie strony tego samego medalu – chcąc zagłuszyć te skądinąd nieprzyjemne odczucia, łatwo popaść w stany kompulsywne i uzależnienia, co jeszcze bardziej zakłóci twoją wewnętrzną równowagę.
  1. Odrętwienie. Czy tłumisz emocje, jakie wywołuje w tobie temat pieniędzy? Czy unikasz rozmów o nich? Udając obojętność w kwestiach finansowych, tłumisz swoją emocjonalność również w innych sferach życia. Mózg jest bardzo plastyczny, więc im rzadziej korzystasz z pewnych funkcji, tym trudniej ci to przychodzi.
  1. Podekscytowanie i radość. Czy okazujesz radość z premii? Czy cieszysz się, gdy na urodziny dostaniesz od kogoś pieniądze? Nie chodzi o to, że szczęście dają ci pieniądze jako takie, ale o zdolność do odczuwania wdzięczności, która wpływa na poczucie szczęścia.
  1. Wdzięczność i miłość. Czy doceniasz czyjąś pomoc finansową? Czy chętnie dzielisz się swoimi zasobami? Jeśli pieniądze przepływają między ludźmi z miłością i wdzięcznością, przynoszą im większą satysfakcję i dają poczucie bycia docenionym.
  1. Szczęście. Nieoczekiwany przypływ gotówki sprawia przyjemność każdemu; czujemy, jakby zarysowały się przed nami nowe możliwości. A co jeślibyś jej nie dostał? Czy umiesz szczerze przyznać, że już masz wszystko, co jest ci potrzebne do szczęścia, a na nowe możliwości wystarczy się otworzyć?

  1. Psychologia

Jedno chce mieć dziecko, a drugie nie - czy taki związek przetrwa?

Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być... Jak przejść przez kryzys w związku związany z odkryciem, że partnerzy mają kompletnie inne podejście do rodzicielstwa – pytamy psychoterapeutkę Renatę Pająkowską-Rożen.

Czy to oczywiste, że w związku chcemy mieć dzieci, czy lepiej zapytać? Przed ślubem lub przed wspólnym wzięciem kredytu, który także połączy nas na dobre i na złe...
Koniecznie trzeba o tym porozmawiać! I nie w ten sposób, że nie udzielamy sobie jednoznacznych odpowiedzi. Mężczyzna na przykład mówi: „Porozmawiamy o tym później, nie teraz”. Być może to nieodpowiedni moment, bo właśnie stracił pracę, jednak ustalmy, kiedy o tym porozmawiamy. Jeśli tego nie wyjaśnimy, to w pewnym momencie może pojawić się problem, bo mężczyzna, mówiąc: „nie rozmawiajmy o tym”, miał na myśli „nie ma o czym gadać, nie chcę dzieci!”, a kobieta zrozumiała jego słowa jako odroczenie: „teraz nie, ale za 10 lat będziemy je mieć!”.

Niedogadane pary przychodzą po pomoc do psychoterapeuty?
Dobrze, jeśli się na to zdobędą, bo to jest poważny problem. Zazwyczaj wygląda to tak, że na początku oboje przeżywają ogromne zdziwienie. Jedno pyta: „Dlaczego wracamy do tego tematu? Przecież to ustalone?!”, drugie równie zaskoczone: „Jak to? Dziwisz się, że chcę mieć dzieci?”. Problemem pary, o której teraz opowiadam, nie było jednak chciane i niechciane rodzicielstwo, ale to, że był to jeden z tematów, których nie poruszali, żeby nie psuć atmosfery w związku. Ponieważ bardzo angażowali się w swoje kariery zawodowe, nie było to konieczne do momentu, kiedy kobieta poczuła, że już teraz chce dzieci. Niedogadane sprawy są jak kula śniegowa…

Co zrobili? Rozstali się czy jedno z nich ustąpiło?
Zrobili to, co powinni zrobić już dawno temu, czyli zaczęli wreszcie rozmawiać o tym, co jest dla nich w życiu najważniejsze. To, że omijali na trudne i ważne tematy, powodowało, że nie żyli razem, ale obok siebie, w dwóch różnych światach. Pracowaliśmy więc na terapii nad tym, czy będą mogli na nowo się spotkać i być razem, czy nie.

Spotkać? Przecież byli razem...
Czyżby? Kobieta przez te lata marzyła o byciu mamą, o zabawkach na środku salonu, o kinderbalach z balonikami i tortem, mężczyzna z kolei w swoich fantazjach widział ich zawsze tylko we dwoje – jak prowadzą wygodne życie, podróżują, odwiedzają przyjaciół. Ich marzenia, ich wizje przyszłości rozmijały się. Żeby to zmienić, zaczęliśmy rozmawiać o tym, co jest dla nich w życiu najważniejsze. Dla każdego z nich indywidualnie i dla nich w związku. I czy można te wizje połączyć. Kiedy kończyli terapię, temat dziecka nadal był otwarty. Mieli podjąć wspólnie decyzję, ze świadomością, że zegar biologiczny tyka. Mężczyzna dopuścił już taką możliwość, ponieważ podczas terapii indywidualnej, którą także rozpoczął, zrozumiał, że przed byciem ojcem hamuje go lęk, że nie będzie potrafił zadbać o dzieci, że powtórzy błędy swojego ojca. Jednocześnie zdał sobie sprawę, że jest przecież innym człowiekiem niż jego ojciec i nie musi być złym rodzicem.

Sama doświadczyłam tego, że chęć bycia rodzicem może się niespodziewanie pojawić. Poczułam, że chcę zostać mamą, kiedy skończyłam terapię i 40 lat.
No właśnie! Nawet jeśli omówimy ten temat raz, to się może zmienić. Można nabrać pewności siebie, koleżanki mogą urodzić dzieci, a my bawiąc się z tymi dziećmi, zaczynamy odnajdować się w roli matki. Każde wydarzenie może wpłynąć na zmianę stanowiska. Mogę zapragnąć dziecka, gdy stracę rodziców, żeby nie być sama. Ale też go nie chcieć – bo co z nim będzie, jeśli i ja umrę?

Nie sposób przewidzieć, co będę myśleć ani co będzie myślał mój mąż za kilka lat, choć teraz oboje jesteśmy przeciw.
Pamiętajmy, że w związku spotykają się dwie osoby, które mają indywidualne historie wyniesione z domu rodzinnego. Chcą być razem, ale to nie znaczy, że stają się tacy sami i mają takie same potrzeby. Poza tym nie jesteśmy tą samą osobą w wieku 20 lat i potem 30. Rozwijamy się, mamy różne doświadczenia, które mogą silnie na nas wpływać. I ważne jest, czy kiedy zmienimy zdanie, jesteśmy blisko z partnerem. Bo jeśli tak, to łatwiej nam będzie znaleźć najlepsze dla obojga rozwiązanie.

Usłyszałam kiedyś: „mam już wszystko, brak mi tylko dziecka”.
Zawsze pytam kobietę, dlaczego chce być mamą. Może dlatego, że jej zdaniem kobiety bezdzietne są gorsze? Prowadziłam terapię dla pary, w której kobieta upierała się, żeby mieć dziecko, bo – co odkryliśmy – bez tego czuła się gorsza od pierwszej żony swojego męża, z którą miał ich aż troje. Kiedy ten mężczyzna to zrozumiał, dał swojej partnerce tak wiele miłości i zachwytu, że już nie czuła potrzeby dowartościowania się przez urodzenie dziecka. Jeśli kimś kieruje „projekt dziecko”, a nie potrzeba serca, to szczerze odradzam. Jeśli kobieta tak naprawdę nie chce mieć dziecka, to zostając mamą, będzie rozczarowana. Choćby dlatego, że obok perfekcyjnej żony i perfekcyjnego męża pojawi się nieperfekcyjne dziecko. W takiej sytuacji warto być uczciwą wobec siebie, bo często nie chodzi wcale o dziecko, ale na przykład o to, że teściowa albo mamusia mówi: „Co ja mam swoim przyjaciółkom powiedzieć? Kiedy będziecie mieć dzieci, a ja wnuki?”.

Nacisk rodziny ma takie znaczenie?
Oczywiście, pytanie „kiedy będziecie mieć dziecko?” należy do zadawanych najczęściej. A pary niekiedy zapominają, że to ich intymna sprawa, więc rodzic, który o to pyta, przekracza granice. Radzę, żeby w takiej sytuacji powiedzieć: „na takie pytanie nie odpowiadamy, to jest nasza prywatna sprawa” i omawiać ten temat tylko ze sobą. Dzieci nie mamy z rodzicami, tylko ze sobą, podobnie jak tylko ze sobą uprawiamy seks.

Rozmowa może przekonać do rezygnacji z bycia rodzicem?
Znam przykład, gdzie to kobieta absolutnie nie chciała mieć dziecka. Nie rozwiedli się, bo mężczyzna poczuł, że dla niego istotniejszy jest ten związek, ta kobieta i to, żeby ona była szczęśliwa. Świadomie więc zgodził się na ten brak w swoim życiu.

Ogromny brak!
Czy ktoś, poza twórcami reklam, obiecywał nam, że będziemy mieć wszystko? Szczęście nie na tym polega. Kiedy ta para ode mnie wychodziła, wyglądali na dwójkę szczęśliwych ludzi. Szczęśliwych, bo się ze sobą dogadali, znaleźli świadomy kompromis. Terapia zmieniła ich wewnętrzne nastawienie. Kobieta zaakceptowała to, że jej mąż potrzebuje zajmować się dziećmi, więc zgodziła się, żeby raz na miesiąc przyjeżdżali do nich siostrzeńcy męża. I choć sama za nimi nie przepadała i miała piękny dom, to akceptowała, że na ten jeden weekend dzieci wprowadzały do niego chaos.

Może nie chodzi nam o „wszystko”, ale w naszej kulturze dzieci są najważniejsze…
A jednocześnie do mojego gabinetu trafia wielu ludzi, którzy wychodzą z traum z czasów dzieciństwa... i to doświadczeń bycia niekochanymi dziećmi. Jakoś mi się to nie składa z deklaracją o tym, że dzieci są priorytetem.

Czy coś może zastąpić doświadczenie bycia rodzicem?
Nie, ale to nie znaczy, że wszyscy musimy je mieć. Najistotniejsze, abyśmy dokonywali świadomych wyborów. Wtedy będziemy szczęśliwi i będzie mniej nieszczęśliwych dzieci. Oczywiście wybór zawsze jest trudny i może oznaczać rozstanie, a z kolei bycie razem dalej oznacza kompromis.

Jeśli kompromis, to jak uniknąć żalu, kiedy widzę małe buciki i mam ucisk w gardle?
To jest najtrudniejsze i bardzo ważne, aby zająć się swoimi uczuciami. Mogę na przykład cały czas rozpamiętywać tę stratę, a jednocześnie pozostawać w związku z lęku. Czyli nie odejdę, bo przecież mogę nikogo już nie spotkać, no i wtedy nie będę miała ani męża, ani dziecka. Tylko że taka zanurzona w żalu i stracie postawa zapewne doprowadzi do rozstania! Bo kiedy tylko rano mój mąż wstanie, to nie zobaczę w nim ukochanego mężczyzny, a kogoś, kto nie pozwolił mi zostać mamą! Zatem jeśli decydujemy się zostać i czujemy stratę, trzeba coś z nią zrobić.

Co można zrobić ze stratą marzenia o byciu mamą?
To zależy, czasem wystarczy wolontariat w domu dziecka? A może uwolnienie się spod presji rodziny, która szantażuje emocjonalnie i ekonomicznie z tego powodu, że nie mamy dzieci? Każdy człowiek to inna historia, a więc też inne rozwiązanie.

Dom dziecka? Kobiety chcą mieć własne dzieci, nie pożyczone czy nawet adoptowane!
Nie zgodzę się z tobą! Dla młodych kobiet to już nie jest taki problem jak dla pokolenia ich matek. Patrząc z perspektywy gabinetu, mam wręcz wrażenie, że to jest problem dla matek moich klientek. Kobiet niespełnionych, sfrustrowanych, które tłuką córkom do głów: „Musisz mu urodzić dziecko, bo cię zostawi i będziesz sama!”. Myślę, że dużą część problemów młodych par generują ich rodzice. Gdy matka, teściowa są wspierające, ale nie naruszają granic, to para ma szanse się dogadać w każdej sprawie. Ale jeśli młodzi na każdy weekend jadą do którychś rodziców, a ci pytają kobietę: „Przytyłaś?! Jesteś wreszcie w ciąży”, to trudno zachować własne zdanie i obronić potrzeby.

A może kobietą kieruje jakaś inna potrzeba czy ukryty lęk?
Przywołam jeszcze jeden przykład: kobieta wyszła za mąż, ale miała już dzieci z pierwszego związku. Była też starsza od swojego nowego męża i nie chciała już mieć dzieci. On z czasem przyznał, że trzymał ją na dystans, bo ona nie chciała mieć dzieci, a taki związek jego zdaniem nie jest trwały. W końcu rozstali się, a mężczyzna ponownie związał się z kobietą z dziećmi. Nie mieli jednak wspólnego dziecka. Dlaczego? Może tak naprawdę ten mężczyzna nie chciał mieć własnych i dlatego wybierał kobiety, które już były matkami? Każdy z nas ma niepowtarzalną historię i jeśli chcemy żyć świadomie, trzeba poznać swój cel i swoje prawdziwe potrzeby. Bo wtedy dopiero możemy zrozumieć, o co nam tak naprawdę chodzi, gdy mówimy o rodzicielstwie.

Nowy związek może wpłynąć na chęć bycia matką czy ojcem?
Tak. Zdarza się, że nie chcemy dzieci z jednym partnerem, a myślimy, że nie chcemy ich w ogóle. Kiedy jednak w naszym życiu pojawi się ktoś inny, zaczynamy odczuwać ogromne pragnienie, aby zostać rodzicem. Znam wiele kobiet, które nie chciały mieć dzieci w jednym związku, ale w nowym już po kilku miesiącach były w chcianej ciąży. I może zdarzyć się też odwrotnie: kobieta ma dziecko z pierwszym mężem, ale z drugim już nie chce. Pozornie ma całkiem racjonalny powód, już jest mamą, jednak prawdziwa przyczyna leży gdzie indziej, na przykład mężczyzna jest narcystyczny i skupiony na sobie.

Jak to możliwe, że nasze podejście do bycia rodzicem zmienia się w różnych związkach? Przecież wiele osób uważa, że chęć posiadania potomstwa to coś oczywistego i naturalnego, a nie relacyjnego.
Stajemy się trochę inni, będąc z różnymi ludźmi. Kiedy nowy partner daje kobiecie poczucie bezpieczeństwa i stabilność, a poprzedni nie dawał, to jej potrzeba bycia mamą może dojść do głosu. Mówiąc wprost: jeśli nie chcemy mieć dzieci, to po prostu możemy być w związku z kimś, z kim ich nie chcemy. Najważniejsze to odkryć w życiu swoją prawdę i nią się kierować. Nie pozwalać na to, aby rządziły nami nasze własne lęki. Decydować o tym, czy chcemy zostać rodzicami, nie może za nas nawet partner, a co dopiero rodzice lub teściowie.

Renata Pająkowska-Rożen, kulturoznawczyni, psycholożka, psychoterapeutka, terapeutka, trenerka Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach.

  1. Psychologia

Dziadkowie - mogą dać wnukom to, czego nie dają rodzice

Do roli dziadków nie startuje się z pozycji zero. Przenosi się do niej dużo wcześniejszych napięć z relacji z dziećmi. Do tego dochodzą obecne stosunki z zięciami, synowymi, ich rodzicami, którzy są „współdziadkami”. (Fot. iStock)
Do roli dziadków nie startuje się z pozycji zero. Przenosi się do niej dużo wcześniejszych napięć z relacji z dziećmi. Do tego dochodzą obecne stosunki z zięciami, synowymi, ich rodzicami, którzy są „współdziadkami”. (Fot. iStock)
Dziadkowie nie są wnukom niezbędni do życia. Ale mogą dać im to, czego nie dają rodzice: spokój, czas. Pod warunkiem, że i rodzice, i dziadkowie nie potraktują dzieci instrumentalnie, czyli nie wykorzystają ich do swoich rozgrywek.

Hanna, lat 59, emerytowana nauczycielka, sama wychowuje wnuka, trzyletniego Błażejka. Jej córka Justyna uznała, że dla samotnej matki to optymalne rozwiązanie. Babcia ma domek, dużo czasu i przygotowanie pedagogiczne. Justyna – ciekawą pracę, do której szybko po porodzie wróciła. Odwiedza syna w weekendy. Błażejek za mamą specjalnie nie tęskni, raczej za prezentami, którymi hojnie go obdarowuje. Babcia Hania radzi sobie nieźle, choć coraz częściej przebąkuje o oddaniu wnuczka córce. A córka właśnie awansowała i próbuje ułożyć sobie życie z nowym partnerem.

Zofia Milska-Wrzosińska, psychoterapeutka z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie, zauważa, że model, w którym dziadkowie przejmują funkcję rodzicielską, nie jest wcale nowy. – W latach 70. i 80. studenci oddawali dzieci do swoich rodziców na wsi na czas potrzebny do ukończenia studiów, czyli na kilka lat. To było dość powszechne zjawisko. Jej zdaniem z relacji pacjentów, którzy byli na dłuższy czas przekazani dziadkom, wynika, że rodzice nie zawsze biorą pod uwagę uczucia dziecka. W jakimś momencie odbierają je jak bagaż z przechowalni.

– Z jednej strony to zrozumiałe, że rodzice wspierają swoje dzieci, zajmując się wnukami, ale z drugiej – warto zadbać, by nie powodowało to u dziecka dodatkowych kosztów psychicznych. Dlatego ani powierzenie, ani odebranie dziecka dziadkom nie może być nagłe. Dziecko powinno, stosownie do swoich możliwości wiekowych, rozumieć przyczyny tych wędrówek i wiedzieć, że jest dzieckiem rodziców, a nie dziadków, no i oczywiście rodzice powinni utrzymywać z nim stały kontakt.

Krystyna i Jan (60-latkowie) mają dwie córki i pięcioro wnuków, najstarszy kończy studia, najmłodszy ma półtora roku. Nigdy – ani wtedy, gdy pracowali, ani teraz, gdy są na emeryturze – się nimi nie zajmowali. Krystyna jasno zakomunikowała córkom: „Nam nikt nie pomagał, wy też sobie radźcie same”. Pamięta o urodzinach i to wszystko. Córki w końcu zaakceptowały postawę rodziców, choć z zazdrością patrzą na innych dziadków zakochanych w swoich wnukach. Natomiast zięciowie, ich rodzice i większość członków rodziny nie kryją oburzenia.

Młodzi na starość

W Polsce taka postawa jest rzadka i szokująca. Zdaniem Zofii Milskiej-Wrzosińskiej zupełnie odwrotnie niż w wielkomiejskich społeczeństwach zachodnich, gdzie szokuje pomysł, że dziadkowie mieliby poświęcić się wnukom. Tam bardziej niż u nas starszym ludziom daje się prawo do swojego życia.

– Współcześni dziadkowie są nie tyle metrykalnie, ile biologicznie młodsi – mówi psychoterapeutka. – Kiedyś w wieku pięćdziesięciu kilku lat byli staruszkami, teraz są w pełni sił, mogą pracować, realizować zainteresowania, wchodzić w nowe związki. Nie muszą nikomu dowodzić swojej przydatności, biorąc sobie na głowę pełnoetatową opiekę nad wnukiem. Bywają dziadkowie, którzy wyraźnie mówią: „Traktuj mnie jak pogotowie ratunkowe w sytuacjach skrajnych, ale nie licz na mnie na co dzień”. Młodym czasem wydaje się to bezduszne i egoistyczne. Inni dziadkowie godzą się na nadmierne obciążenia, przyjmując argumenty, że córka musi pracować, żeby zarobić na spłatę kredytu, bo „przecież obcej osobie dziecka nie powierzymy”. W rezultacie mają poczucie krzywdy i przeciążenia.

Zofia Milska-Wrzosińska zwraca uwagę na inny błąd popełniany wobec babci i dziadka – traktowanie ich jak płatnych opiekunów. Na przykład mówienie do babci: „Pamiętaj, Kasia nie je cukru w żadnej postaci, nie opowiadaj jej bajek o czarownicach, bo się boi, codziennie wyjdź z nią na dwugodzinny spacer”.

– Proszę bardzo, jeżeli zawiera się kontrakt z opiekunką, to można od niej wymagać. Ale babcia to babcia. Ona kocha wnuka, a nie świadczy płatnej usługi. Jeśli prosimy o pomoc, to nie możemy oczekiwać, że ktoś zgodzi się na relacje przełożony – podwładny. Oczywiście, ustalenia dotyczące zdrowia – np. dieta przy uczuleniach – powinny być respektowane. Ale ubezwłasnowolnienie dziadków jest bezzasadne. Jeżeli babcia najlepiej swą miłość wyrazi tym, że upiecze szarlotkę, to nie można jej tego zabraniać. Jeśli matka nie chce szarlotki w jadłospisie dziecka, niech sama się nim zajmie albo zapłaci opiekunce.

Rodzinne potyczki

Basia i Jan przeszli na emeryturę tylko dlatego, żeby zająć się wnukiem Kacprem. Ich córka Kinga jest samotną matką, więc ustalili, że ona wraca do pracy (w korporacji, gdzie świetnie zarabia), a oni przychodzą do wnuka codziennie, a czasem i w weekendy, bo Kinga często wyjeżdża w delegacje. Świata nie widzą poza wnukiem, ale Kinga do końca im nie ufa. Przeszła kilka warsztatów świadomego rodzicielstwa, dużo czyta na temat wychowania. Dzwoni więc kilka razy dziennie, sprawdzając, czy rodzice robią wszystko, co powinni. A im to przeszkadza. Kinga jak wielu współczesnych rodziców powierza dziecko dziadkom, ale ma z tego powodu poczucie winy. Egzekwuje od nich to, co jej się nie udało.

Zofia Milska-Wrzosińska: – Nie można wmawiać dziadkom, że ich doświadczenie się przedawniło. Dziadek strugał łuk ze swoim synem, teraz chce zrobić to z wnuczkiem, a synowa krzyczy: „Ależ tato, dajesz mu nóż do ręki, on jest za mały, skaleczy się”. Trzeba pamiętać, że dziadkowie mają swoje zasoby, coś wiedzą o życiu. Jeśli im ufamy na tyle, by powierzyć dzieci, to nie możemy wciąż podważać ich doświadczenia.

Jak obie strony mogą ułożyć swoje relacje? Psychoterapeutka proponuje: – Przekaz dziadków do rodziców może być taki: „Pozwólcie, że my będziemy kierowali się tym, co nam się wydaje słuszne. Chcemy wiedzieć, co dla was jest nie do przyjęcia, a my powiemy, z czego my nie możemy zrezygnować. Ale nie może być tak, że wy nam całkowicie ustawiacie życie, bo opiekowanie się wnukami to też nasze życie”. Rodzice z kolei mogą powiedzieć, co dla nich jest ważne.

Zdaniem Milskiej-Wrzosińskiej relacja dziadkowie – wnuki nie jest niezbędna do przeżycia. Wnukom szkodzi nie brak kontaktów z dziadkami, tylko to, że dokoła nich jest jakiś konflikt. Bo często wnuki są używane do rozgrywki. Na przykład teściowa na różne sposoby próbuje udowodnić synowej, że ona jest lepszą opiekunką. Często pyta wnuka: „Dobrze ci u babusi, prawda?”. I nęci propozycjami: „Usmażylibyśmy placki, pooglądali filmy, poczytałabym ci, nigdzie byśmy się nie śpieszyli, nie tak jak w domu”. Po czym matka słyszy od dziecka, że ono woli być u babci, więc zagrożona w swojej roli ogranicza te kontakty.

Ale rozgrywki toczone są też przez rodziców. Na przykład syn próbuje ukarać dziadków: „Jeżeli tak się odezwaliście do mojej żony, to my wam dzieci więcej nie damy”. Na skutek takich rozgrywek, niestety, obrywają dzieci. Często traktuje się je instrumentalnie – mówi psychoterapeutka.

– Na przykład matka po rozwodzie w złości utrudnia kontakty dzieci z dziadkami ze strony rozwiedzionego ojca, nawet jeśli ci dziadkowie są dla dzieci bardzo ważni.

Co dziadkowie mogą dać wnukom? Spokój i czas. Zapracowani rodzice są pełni napięć, stresów, mają na głowie wiele spraw. A dziadkowie widzą życie we właściwych proporcjach. Wiedzą, jakie błędy popełnili z własnymi dziećmi, mają inną perspektywę i więcej cierpliwości. A poza tym wnuki to nie własne dzieci, o które trzeba nieustannie się troszczyć: karmić, przewijać, wstawać do nich w nocy. Dziadkowie nie muszą ich wychowywać. Mogą dla nich odłożyć wszystkie swoje zajęcia, być uważni, zaangażowani, bo potem dzieci wracają do domu i oni znów mają czas dla siebie.

Atrakcyjni dziadkowie

Zofia Milska-Wrzosińska uważa, że rodzice, którzy boją się, że ich wpływ na dzieci będzie mniejszy niż wpływ dziadków, tak naprawdę są niepewni swej roli. Bywają jednak sytuacje, które upoważniają do obaw. Choćby gdy młodzi wiedzą o swoich rodzicach coś takiego, co powinno powstrzymać ich przed decyzją o oddaniu w ich ręce dziecka, np. że cierpią na chorobę alkoholową czy wulgarnie się zachowują.

– Pamiętajmy, że rodzice mają swoje nawyki. Jeśli dziadek często klnie, możemy oddać mu dziecko pod opiekę, ale powinniśmy liczyć się z tym, że ono zacznie po nim powtarzać. Tłumaczenie, żeby dziadka nie naśladowało, poskutkuje albo nie. A dziadek na nasze prośby może odrzec, że całe życie tak mówił i na starość nie da rady się zmienić. Możemy mimo to skorzystać z jego pomocy, jednak nie zadręczajmy go potem pretensjami. Wnuki są często dla dziadków jedynym sensem ich życia. Dzięki nim na nowo czują się potrzebni, nabierają sił i odwagi.

Zofia Milska-Wrzosińska: – Dziadkowie czasem nie pamiętają, że ich dzieci mają swoją oddzielną rodzinę i siedzenie im na głowie do niczego dobrego nie prowadzi. Jeżeli chcemy mieć udane kontakty z wnukami i dziećmi, to nie narzucajmy się. Im więcej mamy swojego życia, tym jesteśmy atrakcyjniejsi. Jeżeli nas nie chcą, to zamiast użalać się i narzekać, zastanówmy się dlaczego. Powinniśmy znaleźć swoje obszary kontaktu z wnukami, żeby nie wchodzić w rolę rodziców, tylko proponować coś własnego, co ich trochę odciąży. Z kolei jeżeli rodzice widzą, że dziadkowie nie chcą pomagać, choć mogliby, to niech się zastanowią, czy część winy nie leży po ich stronie. Może sami niszczymy kontakt dziadków z wnukami? Może podkpiwamy z nich przy dzieciach, mówiąc: „Dziadek znowu nie pamięta, no tak, dzieci, starość nie radość” albo „oj, babciu, już nie wygłaszaj nam tu tych swoich mądrości”. Nic dziwnego, że dziadek czy babcia mówią: „Dziękuję, pójdę tam, gdzie mnie szanują”.

Psychoterapeutka uważa, że jeśli relacje między wnukami a dziadkami bywają złe, to niemożliwe, żeby to działo się bez udziału rodziców. To nie znaczy, że rodzice są winni, tylko że ich relacja ze swoimi matkami i ojcami jest utrudnieniem w kontaktach ich dzieci z dziadkami. Bo – z drugiej strony – bywa, że dziadkowie traktują swoje dorosłe dzieci jak smarkaczy. Uważają, że wiedzą lepiej.

– Do roli dziadków nie startuje się z pozycji zero. Przenosi się do niej dużo wcześniejszych napięć z relacji z dziećmi. Do tego dochodzą obecne stosunki z zięciami, synowymi, ich rodzicami, którzy są „współdziadkami”. Dorośli powinni zachować zdrowy rozsądek, otwarcie komunikować swoje oczekiwania i słuchać oczekiwań drugiej strony, a także wykazać się sporą wrażliwością. Bo relacje dziadków z wnukami tak naprawdę zależą od relacji między dorosłymi.