1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Zajęcia z native speakerem? Nie ma się czego bać! Sprawdź, skąd się biorą dobre opinie o Tutlo

Zajęcia z native speakerem? Nie ma się czego bać! Sprawdź, skąd się biorą dobre opinie o Tutlo

Jeśli nigdy nie próbowałaś zajęć z native speakerem, w pierwszym momencie możesz mieć wiele obaw. „Czy dam sobie radę?”, „czy mnie wyśmieje, kiedy się przejęzyczę?”, „a co jeśli długo nie będę potrafiła nic z siebie wydusić?” – te i inne pytania zadaje sobie mnóstwo kobiet. Obawa nieraz okazuje się silniejsza, co zaważa na ostatecznej rezygnacji z kursu. Czy jest czego się obawiać podczas zajęć z native speakerem? Odpowiadamy!

Dla kogo są zajęcia z native speakerem?

Osoby, które opanowały już gramatykę języka angielskiego, potrafią czytać anglojęzyczne artykuły, a nawet pisemnie porozumiewać się z obcokrajowcami, zazwyczaj skarżą się na kilka kwestii: nie potrafią płynnie rozmawiać, łapią się na ciągłych przejęzyczeniach, zupełnie niezrozumiałe są dla nich nagłe luki w słownictwie – a przecież gdyby miały tę samą wypowiedź sformułować w formie pisemnej, nie popełniłyby żadnego z tych błędów! Tu przechodzimy do sedna – lekcje z native speakerem nie są dla początkujących. Dobrze jest mieć wiedzę przynajmniej na poziomie B2, ponieważ zasadniczą różnicą pomiędzy native speakerem a polskim nauczycielem języka angielskiego, jest umiejętność przekazywania wiedzy.

Próbowałaś kiedyś wytłumaczyć obcokrajowcowi, dlaczego w języku polskim po imiesłowie przysłówkowym współczesnym stawiamy przecinek? Właśnie. Abstrahując od samego nazewnictwa, które już samo w sobie brzmi skomplikowanie, ta wiedza jest mu zupełnie niepotrzebna. Stawiając się w jego roli – native nie będzie po angielsku tłumaczył ci zasad gramatyki języka angielskiego, która nota bene w „prawdziwym” języku mówionym często jest pomijana lub skracana (zupełnie jak w polszczyźnie). Native speaker skupi się na praktycznym aspekcie języka angielskiego – mowie. Jeśli zatem w trakcie rozmowy z nativem pojawią ci się jakieś pytania co do użytych przez niego form gramatycznych, dobrze jest mieć do kogo się zwrócić (polskiego nauczyciela, podręczników do nauki gramatyki), aby rozwiać ewentualne wątpliwości. Jeśli czujesz się na siłach, spróbuj poprosić nativa o wytłumaczenie zasad gramatycznych, które zastosował w konwersacji – to może być zabawne doświadczenie dla was obojga!

Luka w edukacji szkolnej

Na pewno nieraz za swoją słabą znajomość języka obcego obwiniałaś system szkolnictwa. „W szkole klepaliśmy samą gramatykę, nikt mnie nie nauczył mówić”; „po co mi znajomość tylu czasów, skoro w realnej rozmowie rodowity Anglik używa ledwo trzech – przyszłego, przeszłego i teraźniejszego?”; „mam wrażenie, że on nie ma pojęcia, co do niego piszę, a przecież to jego język” – te i inne głosy dobiegają od sfrustrowanych edukacją szkolną uczniów i rodziców z najbliższego otoczenia. Jak się okazuje, tę lukę w edukacji dostrzega większość społeczeństwa, i to właśnie było impulsem dla założycieli platformy e-learningowej Tutlo.com.

- Problemem dla wielu rodziców pozostaje poziom szkolnej edukacji językowej, zbyt niska częstotliwość zajęć oraz to, że często są one nastawione na naukę gramatyki, a nie swobodnego porozumiewania się. Z tego względu, prawie 60 proc. rodziców planowało w minionym roku szkolnym wysłać swoje dziecko na dodatkowe lekcje języka angielskiego– tłumaczy Tomasz Jabłoński, współzałożyciel i członek zarządu Tutlo. – Nasze badania pokazały, że dla rodziców najbardziej atrakcyjną formą nauki języka jest kontakt z osobą anglojęzyczną (wskazało tak 72 proc. badanych) oraz wykorzystanie nowoczesnych rozwiązań, takich jak e-learning i platformy internetowe – dodaje.

Nauka „na żądanie” – co to takiego?

Obaj wspólnicy widzieli silną potrzebę zgłębienia umiejętności płynnego porozumiewania się w języku obcym. Głównym problemem był ich napięty grafik, który nie pozwalał na wygospodarowanie czasu potrzebnego na dojazd do szkoły językowej, a nawet na z góry umówione, zaplanowane już lekcje z native speakerem we własnym biurze. Tak pojawił się pomysł elastycznego rozwiązania, nieistniejącego w Polsce, ani nawet w Europie, a za to powszechnego w Stanach – aplikacji do nauki „na żądanie”. Co to oznacza w praktyce? Po pierwsze, to ty decydujesz, z kim chcesz się uczyć - sama wybierasz polskiego lektora lub native speakera z całego świata, np. Australii, USA, Wielkiej Brytanii czy RPA. Po drugie, sama gospodarujesz własnym czasem - kiedy czujesz się na to gotowa,  bez konieczności wcześniejszego umawiania się na zajęcia, “na żądanie” wybierasz nativa i natychmiast z nim rozmawiasz. Zajęcia trwają 20 minut - dzięki optymalnej długości łatwo utrzymać koncentrację i skupić się na zajęciach, a także odbywać lekcje niemal wszędzie i zawsze (nawet w korku).

„Na pewno go nie zrozumiem – i co wtedy?”

Zajęcia z native speakerem mogą w pierwszym momencie nieco przerażać. Najczęściej obawa przed przejęzyczeniem, nagłą pustką w głowie i brakami w słownictwie paraliżuje potencjalnych kursantów na tyle, że w ostatecznym rozrachunku rezygnują z decyzji o podjęciu kursu. „Boję się rozmawiać”, „wstydzę się” – to najczęściej słyszane obawy. Jak sobie z tym poradzić? Przede wszystkim, uświadom sobie, że przecież nie jesteś małym dzieckiem. ZNASZ język angielski w teorii, CHCESZ go poznać w praktyce. To są TWOJE ambicje i TWOJE cele. Na co dzień jesteś przecież osobą pewną siebie, więc co cię teraz powstrzymuje? Wstyd w tym przypadku jest kompletnie irracjonalny, podobnie zresztą jak strach. Czy twój nauczyciel chce cię zranić? Czy słusznie pocą ci się ręce i czujesz nagły paraliż, rozmawiając z nim o aktualnej pogodzie? Nie! Przecież to twój tutor i zależy mu na twoich postępach tak samo, jak tobie.

Jak więc sprawdzić, czy dasz sobie radę na zajęciach z nativem? Jak mówi porzekadło „jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz” – nie mamy tu na myśli bynajmniej „fizycznych” upadków, ale niech będzie to zachętą do działania. Tylko wtedy, kiedy podejmiesz odpowiednie kroki - które być może teraz brzmią dla ciebie jak kompletne szaleństwo - dowiesz się, czy dasz sobie radę, czy nie. Musisz więc wyjść ze swojej strefy komfortu – ale przecież to nie twój pierwszy raz, prawda?

Zajęcia z native speakerem w Tutlo - opinie

W sieci można znaleźć bardzo dużo pozytywnych opinii zarówno o samej szkole języków obcych Tutlo, jak i o metodach nauki. Dużym atutem są elastyczne godziny zajęć. Można je dopasować do swojego grafiku, co stanowi bardzo duże ułatwienie dla pracujących.

Klienci doceniają spory wybór native speakerów, co jeszcze bardziej pozwala personalizować program nauczania i dobrać go w taki sposób, by jak najlepiej odzwierciedlał nasze oczekiwania. Tutlo ma w swojej ofercie kilka różnych kursów języka angielskiego.

Wybrani native speakerzy doskonale poradzą sobie z angielskim w biznesie, a inni lepiej sprawdzą się w tradycyjnej formule nauki. Takie połączenie zapewnia nie tylko indywidualne tempo nauki, ale i szybkie przyswojenie nowej wiedzy, dzięki której zaczniemy płynnie komunikować się w języku Shakespeare’a w krótkim czasie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Metoda Montessori - pozwól dziecku samodzielnie rozkwitnąć

Metoda Montessori pozwala dzieciom rozwijać się we własnym tempie i według swoich możliwości. (Fot. iStock)
Metoda Montessori pozwala dzieciom rozwijać się we własnym tempie i według swoich możliwości. (Fot. iStock)
Nauczyciel nie jest wykładowcą z katedry, który przychodzi i sprawdza, czego się dziecko nauczyło. Jego rola polega na obserwowaniu ucznia, udzielaniu pomocy i budowaniu relacji zaufania – mówi pedagog Dorota Rotowska.

Czym się różni pedagogika Montessori od klasycznego systemu nauczania?
Kluczem jest tu właśnie słowo pedagogika. W placówkach Montessori nie ocenia się stopnia opanowania pewnych umiejętności, lecz całościowy rozwój małego człowieka. Patrzy się na sferę intelektualną (umiejętności i wiedza), a także emocjonalną i duchową. To stanowi klucz do tworzenia tzw. przygotowanego otoczenia. Pierwszym jego czynnikiem jest przygotowanie dorosłych – nauczycieli i rodziców, bo przyjmując dziecko do placówki Montessori, przyjmujemy całą jego rodzinę. Rodzice, którzy wybierają taki model nauczania, decydują się na przyjęcie pewnych zasad i założeń. Na przykład, że dziecko rozwija się we własnym tempie i według swoich możliwości. Dzieci rozwojowo mają pewne predyspozycje, ale każde jest inne – przechodzą tzw. fazy wrażliwe i rolą dorosłego jest obserwowanie tego, co dla nich w danym momencie jest ważne i potrzebne. Jeśli to, co zaproponujemy dziecku w postaci pomocy rozwojowych czy aktywności, trafi w fazę wrażliwą, będzie ono przyswajało wiedzę w sposób łatwy, przyjemny i trwały.

Na tym chyba powinno to polegać…?
Oczywiście, i choć jest to podejście słuszne, to jakże inne od tego, którego doświadczyli współcześni rodzice podczas własnej edukacji. W Polsce tradycje montessoriańskie są stosunkowo świeże. Dbamy o zrównoważony rozwój dziecka, a nie o to, żeby szybko opanowało alfabet czy tabliczkę mnożenia. Jeśli popracujemy nad równowagą rozwojową, dziecko samo z radością sięgnie po nowe kompetencje. Takie podejście wymaga zaufania ze strony rodziców, bo nie dostaną od nas informacji zwrotnej w postaci tradycyjnych ocen, nie sprawdzą, na której stronie podręcznika jest dziecko i w jakim stopniu opanowało materiał. Rodzice mogą za to z nami ściśle współpracować i obserwować ucznia i naszą pracę. Zachęcamy do tego. Wtedy wiedzą, co się dzieje z ich dzieckiem, a z drugiej strony czerpią pomysły na to, jak postępować z nim w domu.

To wymaga od rodziców zaangażowania.
Tak. Im dziecko jest mniejsze, tym jest to ważniejsze. Przyjmujemy dzieci od 15. miesiąca życia i rodzice takich maluszków często uczestniczą w naszych spotkaniach. Z jednej strony pomagają nam „uczyć się” dziecka, z drugiej – mają okazję je obserwować i zauważać jego gotowość do samodzielności w różnych obszarach.

Dzieci uczą się też od siebie nawzajem. Czy temu właśnie służą mieszane grupy wiekowe?
Między innymi. Pierwsza grupa to dzieci do 3. roku życia, następne grupy wiekowe to: 3–6, 6–9 i 9–12 lat. Ale nie oznacza to, że dziecko w dniu swoich trzecich urodzin jest automatycznie przerzucane do starszej grupy. Czekamy na moment, kiedy „nasyci się” pewnymi aktywnościami z grupy młodszej i jest gotowe do przejścia do grupy starszej. W klasach jednorodnych wiekowo szybko ustala się hierarchia i wyłania się „grupa trzymająca władzę”. W grupach mieszanych wiekowo struktura ciągle się zmienia, straszy rocznik odchodzi i młodszy przychodzi, więc kompetencje społeczne są wciąż budowane w oparciu o nowe środowisko. Każde dziecko przechodzi przez cały cykl – kolejno jest najmłodszym, średnim i najstarszym. W związku z tym w naturalny sposób uczy się współpracy ze starszymi i z młodszymi – bycia tym, który prosi o pomoc, podgląda i próbuje, oraz tym, który pokazuje, pomaga, radzi i jest autorytetem. Dzieci próbują własnych sił w różnych rolach i budują swoje poczucie wartości. Te z mocnym charakterem uczą się, że nie każdy im się podporządkuje, a słabsze – że mogą być autorytetem. Każde czerpie z tego wiele korzyści.

Jak wyglądają zajęcia?
Założenia na każdym poziomie wiekowym są takie same, tylko rozwiązania inne. Na początku dnia jest praca własna, czyli każde dziecko zajmuje się aktywnościami, którymi jest zainteresowane i które sobie zaplanuje. Na poziomie przedszkola oznacza to, że jeśli dziecko chce np. przelewać wodę, to pod okiem nauczyciela przynosi sobie fartuszek, miskę i dzbanek i przygotowuje miejsce do pracy. Na wyższym poziomie planuje cykl czynności i ich kolejność – tworząc indywidualny system zarządzania czasem. Ma na to trzy godziny. To bardzo cenny czas, dzieci mogą się wtedy integrować z grupami różnymi wiekowo – np. sześciolatek może pracować z drugo-, czwarto- i szóstoklasistą, których też interesuje dana aktywność. Nauczyciele pomagają im zorganizować pracę oraz podsumować efekty na spotkaniu w kręgu. Dzięki temu dzieci uczą się współpracy i rozmowy. Później jest czas na zajęcia grupowe, związane z wymaganiami przedszkolnymi i szkolnymi – języki, gimnastyka, logopeda, religia dla chętnych, muzyka. Trzecia część dnia jest skoncentrowana na rozwoju predyspozycji w kółkach i sekcjach. Oferta jest bogata, ale dzieci mogą też same zorganizować i poprowadzić zajęcia na temat swoich zainteresowań. W międzyczasie jest codzienna rekreacja (przynajmniej 45 minut na świeżym powietrzu poza gimnastyką i wf-em).

Jakie jest zadanie nauczyciela?
W Montessori nauczyciel nie jest wykładowcą z katedry, który przychodzi i sprawdza, czego się dziecko nauczyło, a następnie je ocenia, tylko osobą, która obserwuje dziecko, udziela niezbędnej pomocy i buduje relację zaufania. Dzieci mogą się do niego zwracać z problemami, szukać rady, pomocy i pocieszenia. To pozwala wyłapać trudności i zaradzić wielu problemom.

Ta sama rzecz w rękach nauczyciela Montessori będzie czymś innym niż w rękach nauczyciela tradycyjnego. W większości szkół mapy czy globusy stoją wysoko i tylko nauczyciel może ich używać. U nas pomoce naukowe służą nie nauczycielowi – aby mógł lepiej coś wytłumaczyć, są dla dzieci – aby mogły lepiej zrozumieć. Cechą pomocy montessoriańskich jest to, że są one bardzo dobrze przemyślane pod kątem tego, do czego mają służyć. I nawet bez nauczyciela dziecko może przez doświadczanie zdobywać wiedzę o świecie. Wszystkie pomoce dotyczą umiejętności związanych z obszarem praktycznego życia – od przewracania kartek, wiązania butów, przesypywania, nabierania łyżką, przez kształtowanie pojęć sensorycznych – związanych np. z wielkością, grubością, po kompetencje językowe, matematyczne i przyrodnicze. Dla przykładu – na lekcji gramatyki używamy kuli, która obrazuje czasownik, i ostrosłupa, który pokazuje rzeczownik. Czyli coś, co jest w ruchu, i coś, co jest stabilne. Gdy z pięcio- i sześciolatkami rozmawiamy o słowach oznaczających coś, co możemy zrobić i to, co możemy przynieść – odpowiednio turlamy kulę i stawiamy ostrosłup. Nie rozmawiamy o elementach gramatyki, tylko pozwalamy na zabawę, a dopiero później zaczynamy fachowo je nazywać. W przedszkolu dzieci układają też kwadraty liczb. Nic im nie mówimy o podnoszeniu do potęgi, tylko pozwalamy bawić się koralikami. Jeśli rząd z pięciu koralików położą obok siebie pięć razy, tworzą kwadrat liczby. W ten sposób dochodzą do umiejętności, które później tylko trzeba nazwać i rozwinąć. Ponieważ nie mamy systemu tradycyjnych ocen, pomoce zawierają element samokontroli – dziecko może sprawdzić, czy wykonało jakieś zadanie prawidłowo. Chodzi o to, żeby robiło coś przede wszystkim dlatego, że sprawia mu to przyjemność i odpowiada na jego potrzebę rozwojową. W ten sposób tworzymy wewnętrzny system motywacyjny. Nauczyciel cieszy się sukcesem razem z dzieckiem, ale go nie nagradza. Podaje rzetelną informację zwrotną, co wyszło dobrze, a nad czym trzeba popracować, i co ważne – jak to zrobić. I okazuje się, że dzieci nie potrzebują motywacji kijem i marchewką.

Pani obserwowała skuteczność metody też jako rodzic.
Szukając przedszkola dla mojego wówczas trzyletniego syna, trafiłam wpierw do placówki waldorfskiej, a później do Montessori. Zakochałam się w tej metodzie, syna zapisałam do przedszkola, a siebie na kurs dla nauczycieli. I od razu zajęłam wakat asystenta, więc od początku byłam w roli nauczyciela i rodzica. Moi dwaj młodsi synowie są teraz w montessoriańskiej szkole podstawowej, dwaj starsi uczyli się w placówkach montessoriańskich do trzeciej klasy szkoły podstawowej (innej możliwości wtedy nie było). Jako najmocniejszy oceniają efekt przedszkola – w szkole wracały do nich wczesne doświadczenia z matematyki i gramatyki i dzięki temu rozumieli, czego się uczą. Edukacja Montessori bardzo pomogła im też pod względem społecznym – zyskali łatwość w budowaniu relacji z innymi, niezależnie od wieku. Po pierwszym miesiącu w szkole tradycyjnej jeden z nich został przewodniczącym szkoły, drugi – klasy. Wiedzę szkolną można zawsze uzupełnić, ale to umiejętności społeczne i emocjonalne decydują o tym, czy damy sobie radę w życiu.

Niektórzy rodzice zaczynają pod opieką państwa placówki prowadzić też tzw. edukację domową.
W takiej sytuacji najważniejszy jest sposób podejścia do dziecka. Jeśli chcemy zaspokajać jego potrzeby, musimy przygotować do tego otoczenie. Składają się na to trzy aspekty: przygotowany dorosły, przestrzeganie reguł i praw oraz aspekt materialny, czyli to, co znajduje się w otoczeniu dziecka. O ile dwa pierwsze wymagają przemyślenia i podejścia, to trzeci narzuca konieczność pewnych udogodnień. Jeżeli chcemy, by dziecko uczyło się nakrywać do stołu, musimy zapewnić mu dostęp do naczyń, szuflady i stołu, co oznacza czasem potrzebę poprzestawiania rzeczy w mieszkaniu. Gdy chcemy wyrobić większą samodzielność u maluchów, powinniśmy też dostosować do rączek dziecka przedmioty codziennego użytku – kubek, grzebyk, szczoteczkę do zębów. Kolejna rzecz – wszystko robimy naprawdę, czyli dziecko nie dostaje zabawki pralki, tylko uczymy je obsługi prawdziwego urządzenia. Mój synek w wieku dwóch i pół roku potrafił już segregować pranie, wkładać do bębna i włączać program. Chodzi o to, by dziecko było zaangażowane w życie dorosłych – warto pokazywać mu, co może zrobić samodzielnie np. rozsypać coś, żeby dziecko mogło to potem zamiatać. Bo dla rodzica celem jest sprzątniecie, a dla dziecka sprzątanie, podoba mu się po prostu czynność zamiatania. Dobrze jest poznać etapy rozwoju dziecka i potrzebne aktywności. U nas w przedszkolu dzieciom najpierw pokazujemy, potem pozwalamy ćwiczyć umiejętność np. prasowania prawdziwym żelazkiem, żeby wiedziały, że jest gorące i trzeba uważać. Pod naszą opieką uczą się używać noża i nożyczek. Używają też szklanych naczyń i metalowych sztućców. Uczą się, że przewodzą ciepło, jak należy je trzymać, jak mocno można je ściskać. To są ważne doświadczenia.

Jakieś przykłady z pani domu?
Mój najmłodszy syn nie miał łóżka, tylko materac, na który mógł sam wchodzić i spać wtedy, kiedy był zmęczony. Obrazki na ścianach były zawieszone na poziomie wzroku raczkującego malucha. Nie używaliśmy chodzików, tylko czekaliśmy, aż maluch sam zacznie chodzić. Jak coś nas niepokoiło w zachowaniu dziecka, zastanawialiśmy się najpierw, co takiego jest w otoczeniu czy w nas, co trzeba zmienić. Takie rodzicielstwo daje dużą frajdę, bo pozwala dobrze poznać swoje dziecko. Dziś wiem, że mam wspaniałe dzieci, które realizują marzenia i osiągają sukcesy. Nie moje oczekiwania, tylko swoje pomysły. Mogą próbować różnych rzeczy – doświadczają, ale i popełniają błędy, dzięki czemu poszukują siebie. Daję im poczucie, że jeśli tylko będą mnie potrzebowali, to jestem dla nich dostępna. Nie narzucam się, jedynie podrzucam pomysły, wycofuję się i obserwuję, co wybiorą. Jestem obecna w ich życiu, ale staram się ich nie osaczać. Jestem z nimi na ich zasadach, na tyle, na ile mi pozwolą.

To daje mi poczucie, że jestem OK – robię, co mogę, ale pozwalam dzieciom samodzielnie rozkwitnąć. Jestem szczęśliwa, bo widzę, jakie są i widzę, że każde jest sobą.

Metoda Montessori
- opracowana przez włoską lekarkę, Marię Montessori. Kładzie nacisk na swobodny rozwój dziecka i przeciwstawia się systemowi szkolnemu, tłumiącemu aktywność dzieci, którego symbolem była dla Montessori „szkolna ławka”. Uważała, że głównym zadaniem pedagogiki jest wspieranie spontaniczności i twórczości dzieci, umożliwianie im wszechstronnego rozwoju fizycznego, duchowego, kulturowego i społecznego. Odkryła także zjawisko polaryzacji uwagi u dzieci. W 1907 roku otworzyła pierwsze przedszkole Casa Dei Bambini (Dom Dzieci).

Dorota Rotowska psycholog, pedagog, nauczycielka Montessori.

  1. Materiał partnera

Chcesz zapewnić dziecku dobry start? Zainwestuj w zajęcia z języka angielskiego

(Fot. materiały partnera)
(Fot. materiały partnera)
Żyjemy w czasach, w których znajomość języka angielskiego jest czymś powszechnym. Angielski przydaje się już nie tylko w pracy, ale również podczas wyjazdów, spotkań i imprez. W języku tym czytamy książki i oglądamy filmy. Przydaje się do grania w gry komputerowe i niejednokrotnie na wakacjach. Dlatego dobrze już od wczesnych lat dziecięcych uczyć nasze pociechy tego języka, inwestować w lekcje i otaczać je przedmiotami, które w nauce pomogą. Jak dobrze zacząć?

Zainwestuj w naukę angielskiego online

Już na wczesnym etapie nauczania, czy to w przedszkolu, czy też w szkole podstawowej, warto zastanowić się, czy nie wysłać pociechy na dodatkowe lekcje angielskiego. Psychologowie mówią, że im wcześniej, tym lepiej, ale to, kiedy dziecko jest gotowe, jest tak naprawdę indywidualną decyzją rodziców. Dobrym rozwiązaniem są kursy internetowe języka angielskiego, które pozwalają rodzicom weryfikować i kontrolować to, czego uczą się dzieci oraz to, jak przebiegają internetowe lekcje angielskiego. Taką możliwość dają zajęcia przeprowadzane w szkole języka angielskiego online .

Firma prowadzi zajęcia z angielskiego w formie wideokonferencji dla dzieci i młodzieży. Zanim zaczniemy lekcję, możemy wybrać jej temat czy też lektora. Każdy blok lekcyjny trwa 20 minut, czyli tyle, by z jednej strony nie zmęczyć ucznia, a z drugiej umożliwić mu optymalne wykorzystanie maksymalnego skupienia. Po lekcjach rodzice mogą zapoznać się z postępami swojego dziecka, dowiedzą się, jakie robi błędy i jaki materiał sprawia mu największy problem.

Otaczaj dziecko językiem angielskim

Język angielski - lekcje online to nie wszystko. Warto pokusić się o to, aby nasza pociecha cały czas miała kontakt z angielskim. Mowa nie tylko o szkole, ale także o domu i wolnych chwilach. Warto przekonywać nasze dzieciaki do korzystania z anglojęzycznych pomocy naukowych, na przykład fiszek, które pomogą im poznać nowe wyrazy. Jeśli nasze dziecko gra na konsoli lub komputerze, wybierajmy gry z lokalizacją kinową, czyli po angielsku z polskimi napisami. W ten sposób uzyskamy efekt podobny, jaki pojawia się podczas oglądania anglojęzycznych filmów i seriali w oryginale. Otaczamy się językiem angielskim i zatapiamy w nim, zasłuchujemy. Taka praktyka może nam dać więcej, niż sądzimy, bo nawet jeśli aktywnie nie powtarzamy konkretnych zwrotów lub wyrazów, to wiele z nich zostaje w naszej pamięci.

Czytanie po angielsku

To jeszcze jedna bardzo ważna kwestia, która ma ogromne znaczenie w nauczaniu języka. Kurs języka angielskiego online powinien być uzupełniany różnymi innymi zajęciami językowymi. Dobrze jest przekonać nasze dziecko do czytania w języku Szekspira. Oczywiście nie chodzi nam o trudne lektury oraz gazety, ale raczej o książki dopasowane do poziomu dziecka oraz komiksy. To właśnie historie obrazkowe, nie tylko o superbohaterach, ale także takie, które opowiadają o codzienności i problemach każdego z nas, mogą być dobrym rozwiązaniem.

Nauczać, ale nie przemęczać

Bardzo ważne jest, abyśmy pamiętali, że tak samo łatwo możemy zachęcić, jak i zniechęcić nasze dzieci do nauki języka. Nie zmuszajmy ich do działań, które nie sprawiają im radości i przyjemności. Jeśli jeden sposób nauki nie działa, warto wypróbować inny. Jeśli nie sprawdzają się książki i komiksy, to może zadziałają bajki i seriale? Warto rozmawiać z pociechami. Młodsze dzieci chętnie uczą się przez zabawę, starsze muszą znaleźć coś, co daje im radość ze zdobywania wiedzy. Może warto wykorzystać grywalizację i nagradzać za kolejne osiągane cele?

  1. Psychologia

Edukacja domowa – alternatywa dla szkoły?

Debora Broda: Są rodziny, którym fajnie się żyje w schemacie, i to jest OK. Edukacja domowa jest dla tych, którzy kochają wolność. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Debora Broda: Są rodziny, którym fajnie się żyje w schemacie, i to jest OK. Edukacja domowa jest dla tych, którzy kochają wolność. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Bez dzwonków, klasówek, wywiadówek, stresu. We własnym pokoju, w parku, na koncercie, wystawie, w podróży. Z rodzicami w roli nauczycieli. Czy ta forma nauczania to antidotum na problemy systemu edukacji?

1 września większość uczniów szykuje galowe stroje na rozpoczęcie roku szkolnego. Ale nie dzieci muzykujących rodziców Debory i Joszka Brodów. Tego dnia cała jedenastka (w tym siedmioro w wieku szkolnym) bierze udział w programie telewizyjnym. Rozmawiamy tuż po nagraniu, w parku.

– Dzieci towarzyszą nam w pracy, we wspólnych wyjazdach. I to też forma nauki – przekonuje Joszko.

Dlaczego po domowemu?

Deborze chodził taki pomysł po głowie od dawna, ale Joszko był sceptyczny. Aż do pamiętnego dnia dziesięć lat temu, kiedy odbierał starszych chłopców ze szkoły. Jasiek jest wtedy w trzeciej klasie podstawówki, Maciek w drugiej. Po braci jedzie z tatą Tomek, siedmiolatek, który cieszy się, że za chwilę też pójdzie do szkoły. „Ty się tak nie ciesz, w szkole będą się śmiać z twoich rysunków” – starsi bracia studzą zapał młodszego.

– Jak Joszko to usłyszał, to się w nim zagotowało – wspomina Debora. – Bo w naszej rodzinie sztuka jest bardzo ważna. To był moment przełomowy. Z dnia na dzień podjęliśmy decyzję, że załatwiamy formalności potrzebne do nauczania domowego.

Jakie? Wniosek do dyrektora szkoły, niekoniecznie rejonowej (po zmianie przepisów – usytuowanej na terenie województwa, w którym dziecko mieszka) i opinię z publicznej poradni psychologiczno-pedagogicznej. A także zobowiązanie, że dziecko raz w roku zda w tej szkole egzaminy z każdego przedmiotu.

Ilona Wrońska i Leszek Lichota, aktorzy, rodzice Kajtka (11 lat) oraz Nataszy (13), planując cztery lata temu półroczną podróż do Stanów, zastanawiali się, co zrobić, żeby dzieci nie straciły roku. I tak dowiedzieli się, że od ponad 20 lat istnieje w Polsce możliwość uczenia w domu.

– Myśleliśmy, że taka forma nauki ograniczy się tylko do wyjazdu, ale jak wróciliśmy do Polski, to dzieci zapytały, czy mogłyby dalej uczyć się z nami. Po namyśle doszliśmy do wniosku, że nasz wolny zawód nam na to pozwala.

Viola Lee, stylistka, projektantka biżuterii, mama 13-letniego Jakuba, dojrzewała do takiej decyzji kilka miesięcy. Jej syn chodził do prywatnej, dwujęzycznej podstawówki. Viola często była wzywana do dyrektora. Powód? Jakub nie chce jeść obiadu o określonej porze. Zrzuca ołówek z ławki, podnosi, znowu zrzuca.

Viola Lee: Nauka bez stresu, bez współzawodnictwa. Wady? Nie widzę żadnych, choć ciągle o nich słyszę. (Fot. Krzysztof Opaliński) Viola Lee: Nauka bez stresu, bez współzawodnictwa. Wady? Nie widzę żadnych, choć ciągle o nich słyszę. (Fot. Krzysztof Opaliński)

– To był jego wyraz buntu przeciwko temu, co się działo w szkole – uważa Viola. – Myślałam, że jakoś się ułoży. Ale poznałam pewną mamę, która razem z mężem postanowiła nie wysyłać córki do tradycyjnej szkoły. Zainspirowała mnie do podjęcia decyzji o nauczaniu domowym. We wrześniu rozpoczęliśmy siódmy rok nauki w tej formie. Kilka razy w roku pytam syna, czy chce chodzić do szkoły. Nie chce.

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, dziennikarka, zanim jej dziesięcioletni syn Julek ze spektrum autyzmu poszedł do szkoły, wiedziała jedno: Szkoły masowe w przypadku takich dzieci zawodzą. Kładzie się w nich nacisk na realizowanie przeładowanego programu, na wyniki, a nie na dobro psychiczne dzieci. Te z problemami bywają dyskryminowane, prześladowane. Dlatego razem z innymi mamami postanowiły same założyć szkołę dla swoich dzieci.

– Zależało nam na tym, żeby przebywały wśród rówieśników, bo to dla nich bardzo ważne, ale też żeby czuły się bezpiecznie. Przystąpiłyśmy do działania bez funduszy, rodzice nie mają przecież prawa do subwencji oświatowej. Ktoś podpowiedział nam, że można zapisać dzieci do edukacji domowej. A to oznaczało, że musimy znaleźć szkołę (zdecydowałyśmy się na prywatną), która obejmie je opieką, bo taki jest wymóg w edukacji domowej. Szkoła, także prywatna, ma prawo do subwencji. Dzięki niej można było zatrudnić kadrę, wynająć lokal i zorganizować nauczanie zgodne z potrzebami naszych dzieci.

Jak nauczać, czyli kosz jest najważniejszy

Katarzyna: – Julek uczy się w szkole, ale w edukacji domowej. Według naszych zasad, bo program dostosowany jest do dzieci, a nie odwrotnie. W szkole nie obowiązuje regulamin, tylko kontrakt z dziećmi. Nauczyciele patrzą, czy dzieci dobrze się czują, jak układają się między nimi relacje. Dużo zajęć odbywa się na świeżym powietrzu, dzieci jeżdżą na wycieczki tramwajami, autobusami, uczą się codziennego życia. Nas nie interesują rankingi, wyniki, tylko rozwój całościowy dziecka, kim ono będzie po opuszczeniu szkoły.

Ilona Wrońska i jej mąż uczą dzieci sami. Ona przedmiotów humanistycznych, przyrodniczych, on – ścisłych. Jedynie angielskiego uczy korepetytorka.

– Oczywiście, musimy sobie odświeżyć wiedzę, czasami się douczyć. Korzystamy z różnych aplikacji, od których roi się w Internecie. Wypracowaliśmy już rytm pracy – dzieci uczą się do 13, kiedy umysł jest najbardziej chłonny. Mieszkamy blisko lasu, więc tam często odbywają się lekcje. Jestem w grupie facebookowej edukatorów domowych, dyskutujemy, co jest dobre, jak coś poprawić. Prowadzę też bloga na ten temat.

Debora przyznaje, że przez pierwszy rok dowiadywała się, czym edukacja nie jest: – Chciałam zrobić szkołę w domu, podzielić czas na lekcje. A potem odkrywałam, że tego się nie da zrobić. I że nie trzeba. Zaczęłam zgłębiać temat i tak dotarłam do retoryki, skończyłam studia na tym kierunku, co bardzo mi pomogło w prowadzeniu edukacji naszych dzieci.

Z niektórymi tematami radzą sobie z mężem sami, do innych wynajmują korepetytorów. Dzieci pomagają sobie nawzajem. Nie ma czegoś takiego, że siedzą ileś godzin przy biurku.

– Dzieci uczą się tam, gdzie mają ochotę, na drzewie na przykład – mówi Debora. – Albo intuicyjnie wybierają zdrową pozycję i czytają, leżąc z nogami do góry. Jak ktoś pyta, jak zaaranżować pokój do edukacji domowej, to odpowiadam: najważniejszym meblem jest kosz. Czyli miejsce, gdzie można wyrzucać wszystkie błędy, pamiętając jednak, że wszystkie są ważne. W tradycyjnej szkole za pomyłki dziecko dostaje złe oceny! U nas się z nich cieszymy, bo już wiemy, nad czym pracować.

Joszko: – Trzeba dawać dziecku szansę na mylenie się. W przeciwnym razie może bać się decyzji, a w konsekwencji wyrośnie na człowieka zamkniętego w pudełku i na pewno nie będzie to herbertowskie pudełko zwane wyobraźnią [śmiech].

Viola: – Kuba w piątej i szóstej klasie miał dziesięć miesięcy wakacji i dwa miesiące nauki po kilka godzin dziennie. Ostatnie trzy lata, bez nagród, kar i presji na oceny, kończył ze świadectwem z czerwonym paskiem. Pomimo że ma zdiagnozowaną głęboką dysleksję i dysgrafię. Dopiero w siódmej klasie wspieraliśmy się kilkoma korepetytorami. Na początku tego roku szkolnego Kuba przejrzał program i oznajmił: „Chciałbym w tym roku inaczej rozplanować naukę. Informatyki i angielskiego nie będę się uczył, bo umiem. Potrzebuję korepetycji tylko z polskiego i historii. Resztę przedmiotów spróbujmy sami ogarnąć. Będę poświęcał na naukę po godzinę, dwie dziennie. Dam radę, nie martw się”.

Co na to eksperci?

Krystyna Starczewska, wieloletnia dyrektorka słynnych szkół społecznych „Bednarska” w Warszawie, ma wątpliwości: – W edukacji ważna jest indywidualizacja nauczania. I edukacja domowa to zapewnia: dzieci mogą pracować w swoim tempie, rozwijać pasje. Ale równie ważne jest to, żeby nauczyły się funkcjonowania społecznego. A tego w nauczaniu domowym brakuje. I nie chodzi tylko o kontakt z rówieśnikami, bo dzieci uczone w domu zapewne nie są pozbawione takich kontaktów, ale przede wszystkim o wspólne działania. Szkoła, do której przynależą dzieci z różnych środowisk, w różnym wieku, daje taką możliwość. Dzieci odpowiadają za społeczność, w której żyją, uczą się współpracy, rozwiązywania konfliktów. Życie rodzinne tego nie zastąpi, bo dom nie daje możliwości pełnego doświadczania życia społecznego. Trzeba nauczyć się współdziałać z ludźmi, którzy rodziną nie są.

Agnieszka Stein, psycholożka, autorka wielu książek na temat wychowania, mama Sergiusza (piętnastoipółletniego, od kilku lat korzysta z nauczania domowego), nie zgadza się z opiniami, że nauczanie domowe pozbawia treningu społecznego.

– Ci, którzy je formułują, mają wyobrażenie, że dziecko cały dzień siedzi przy biurku i wertuje książki. Nic takiego się nie dzieje! Dzieci też chodzą na zajęcia poza domem, uprawiają sporty, młodsze wychodzą z domu z różnych powodów z rodzicami, a starsze – same. Ludzie sądzą, że szkoła jest jedynym źródłem wyzwań, wysiłku. A to nieprawda. Faktem natomiast jest, że niektóre szkoły niszczą dzieci. Gdy dorosły pracuje w firmie, w której jest mobbingowany, to ją zmienia, a nie chodzi tam, licząc, że nauczy go życia. Moim zdaniem szkoła uczy, że trzeba zacisnąć zęby i znieść każdy stres. Jak rodzice mają wyobrażenie, że życie polega na męczeniu się, to po to wysyłają dzieci do szkoły – żeby dowiedziały się, że życie jest ciężkie. Ale nie chodzi o to, żeby namawiać każdego rodzica do edukacji domowej, tylko o to, żeby ci, którzy chcieliby tego spróbować, mieli informację i mogli rozstrzygnąć swoje wątpliwości.

– Czy nauczanie domowe jest dla wszystkich dzieci i rodziców? – pytam.

– Myślę, że dla wszystkich dzieci, ale nie dla wszystkich rodziców.

– Pani jako psycholożce jest łatwiej.

– To prawda. Ale łatwiej dlatego, że pracowałam w szkole, że wiem, na jakiej ściemie jest oparta, jak nie uczy, znam system i było mi dużo prościej podjąć decyzję.

Psycholożka odpiera zarzuty, że nauczanie domowe wiąże się z dużymi obciążeniami rodziców. Jej doświadczenie jest inne: zmiana edukacji syna na domową pozbawiła ją obciążeń. Syn, mając cały rok na zgłębienie różnych tematów, sam powoli wszystko przepracowuje i ona nie musi zatrudniać korepetytorów.

– Mam poczucie, że szkoła na każdym kroku utrudnia naukę, a nie ją ułatwia, ponieważ wiedza systemu edukacji na temat rozwoju człowieka jest archaiczna. Dla mnie podstawową zaletą nauczania domowego jest więc to, że nie utrudnia nauczania. A że angażuje rodziców? Ci, których dzieci uczą się w szkole, też siedzą nad lekcjami, wożą na korepetycje, co zajmuje czasem po kilka godzin dziennie.

Inny zarzut: nauczanie domowe nie uczy dyscypliny.

– Dyscyplina jest potrzebna, gdy nie chcemy czegoś robić – odpowiada psycholożka. – Tymczasem w szkole panuje kult dyscypliny. Dlatego zaletą edukacji domowej jest dla mnie to, że można się wypisać z tego kultu. Egzaminy, owszem, trzeba zdać, ale nikt nie wymaga od dziecka, żeby znało sto procent podstawy programowej. Może wybrać zagadnienia, które je interesują, i na nich się skupić. Myślę, że atmosfera przymusu nie sprzyja rozwojowi dziecka. A kiedy ono ma wybór i może uczyć się po swojemu, to nauka okazuje się dużo ciekawsza, nawet z tych przedmiotów, które nie są mocną stroną dziecka.

Krystyna Starczewska: – Najlepszym rozwiązaniem byłaby dobra szkoła, która by rozwijała zainteresowania dzieci, stawiała na indywidualizację nauczania, kreatywność, uczyła samodzielnego myślenia. Ale także odpowiedzialności za grupę, za wspólnotę. Tego nauczanie domowe dać nie może, jest więc okrojone z ważnych wartości. Nie można na te braki zamykać oczu. Ale przy obecnym chaosie, jaki panuje w edukacji, nauczanie domowe może być ratunkiem. Rodzice powinni jednak zatroszczyć się o ten aspekt życia, jakim jest praca zespołowa. Dobrze, aby dziecko uczone w domu uczestniczyło w jakichś zajęciach w szkole: teatralnych, muzycznych, kółkach zainteresowań. Wtedy edukacja domowa łączyłaby się z treningiem zespołowego działania. I można by zlikwidować ten ewidentny brak w nauczaniu domowym.

Plusy według rodziców

Ilona docenia, że mogą podróżować z dziećmi o każdej porze roku, na dłużej, bez stresu, że zarywają szkołę. Zjeździli już Stany, Kubę, Meksyk, Azję, Australię.

– Ale największym pozytywem jest to, że jako rodzina możemy zacieśniać więzi, to jest coś! Zwłaszcza podczas podróży. Oczywiście, czasami jest trudno, ale dzięki temu nauczyliśmy się siebie, zgraliśmy jako rodzina, sprawdziliśmy w trudnych sytuacjach. Wydaje się, że szkoła powinna uczyć, a często wpędza w kłopoty. Myślę, że im dzieci później zetkną się z pewnymi problemami, jak narkotyki, przemoc, tym łatwiej będzie im sobie z nimi poradzić, bo będą starsze. Co roku pytamy, czy chcą wracać do szkoły. Odpowiadają: „Absolutnie nie”. Katarzyna: – Plusy? Przede wszystkim to, że mamy szkołę, której całkowicie ufamy, że nasze dziecko jest tam szczęśliwe. Że nie musi doświadczać tego, czego doświadczają dzieci ze spektrum autyzmu w szkołach: wyśmiewania, dręczenia, niszczenia tylko dlatego, że na przykład machają rękami. I tego wszystkiego dorośli nie widzą albo nie chcą widzieć! Mówi się, że dzieci ze spektrum są zamknięte. A nasz Julek ma kolegów, lubią się, nocują u siebie nawzajem. Świetnie radzi sobie też z nauką, z egzaminami. Kiedy decydowaliśmy się na nauczanie domowe, marzyło nam się, żeby nasze dzieci chciały się uczyć, a nie musiały. I to marzenie się spełniło.

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin: Program dostosowany jest do dzieci, nie odwrotnie. Nas interesuje całościowy rozwój, nie rankingi. (Fot. Krzysztof Opaliński) Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin: Program dostosowany jest do dzieci, nie odwrotnie. Nas interesuje całościowy rozwój, nie rankingi. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Viola jednym tchem wylicza zalety edukacji domowej: – Bez stresu, współzawodnictwa, codziennego porannego wstawania, niezapowiedzianych kartkówek. Dużo czasu dla siebie, na pasje, na wyjazdy, na spotkania z tymi znajomymi, z którymi chce się spotykać, a nie ze szkolnego przydziału. Wady? – Nie widzę żadnych, choć ciągle o nich słyszę! Dla mnie najważniejsze jest to, że Kuba jest szczęśliwym, otwartym, samodzielnym chłopcem.

Debora za największy plus edukacji domowej uważa więzi, które jej rodzina może zacieśniać dzięki temu, że dużo czasu spędza razem. Inna zaleta – uwolnienie umysłów dzieci. – Dziecko rodzi się w Polsce z wyrokiem edukacyjnym. Od 1 września do końca czerwca, od szóstego do 18. roku życia myśli dziecka są pozbawione wolności, bo muszą być zajęte przez większość czasu podstawą programową, nawet w domu. Trudno wygenerować siły na szukanie siebie, swoich zainteresowań. Edukacja domowa to zmienia. W naszym przypadku istotne są też względy logistyczne: mamy siedmioro dzieci w wieku szkolnym, więc mielibyśmy na przykład siedem wywiadówek naraz.

Joszko gra na wielu instrumentach, śpiewa. Debora pisze piosenki, scenariusze programów telewizyjnych i radiowych, produkuje płyty, reżyseruje teledyski. Edukacja domowa pozwala im nie tylko łączyć pracę z nauką dzieci, ale przede wszystkim pozwala dzieciom uczyć się poprzez sztukę, co – jak podkreśla Debora – rozwija prawą półkulę mózgową odpowiedzialną za twórczość, kreatywność, syntezę. Dzieci brały na przykład udział w nagrywaniu piosenek pomocnych w nauce polskiego dla cudzoziemców. Była w nich mowa o regułach gramatycznych, sławnych Polakach, górach, krainach.

– Uczyły się podstawy programowej śpiewająco – śmieje się tata. I dodaje: – Namówiły nas, żebyśmy założyli zespół złożony z nas, Brodów. I właśnie go tworzymy, nagraliśmy już dwa teledyski. Otwieramy też Szkołę z Lasu, czyli warsztaty muzyczne, na których inspirujemy poprzez sztukę. To są owoce edukacji domowej: coś, co można stworzyć razem. „Razem” to dla nas ważne słowo.

Debora: – Rodziny prowadzące nauczanie domowe są mniejszością edukacyjną. Może dlatego w Polsce panuje homeschoolingofobia – ludzie nie rozumieją idei tej formy nauczania, uważają, że robimy dzieciom krzywdę, że będą źle funkcjonować w społeczeństwie. Są rodziny, którym fajnie się żyje w schemacie, i to jest OK. Edukacja domowa jest dla tych, którzy kochają wolność.

  1. Styl Życia

Jabra Elite 85t – słuchawki, po które sięgasz z przyjemnością

Słuchawki douszne Elite 85t opracowano z wykorzystaniem najnowszej dostępnej na rynku technologii redukcji hałasu, by zapewnić całkowitą kontrolę nad sposobem słyszenia dźwięków z otoczenia. (Fot. materiały partnera)
Słuchawki douszne Elite 85t opracowano z wykorzystaniem najnowszej dostępnej na rynku technologii redukcji hałasu, by zapewnić całkowitą kontrolę nad sposobem słyszenia dźwięków z otoczenia. (Fot. materiały partnera)
Genialne brzmienie, perfekcyjna funkcjonalność i minimalistyczny wygląd – takie są bezprzewodowe słuchawki Jabra Elite 85t. Odkąd miałam okazje je przetestować, najchętniej bym się z nimi nie rozstawała.

Materiał partnera.

Muszę przyznać, że nie wiedziałam, jak bardzo potrzebuję słuchawek bezprzewodowych, dopóki pierwszy raz nie użyłam Jabra Elite 85t. I nie ma w tym ani grama kokieterii – z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że to sprzęt, który zadowoli każdego, kto przez większość dnia korzysta z kilku urządzeń elektronicznych, pracując potrzebuje ciszy i skupienia, w wolnych chwilach jest aktywny i lubi posłuchać muzyki w dobrej jakości, a od akcesoriów elektronicznych oczekuje perfekcyjnego działania.

Zanim jednak o moich wrażeniach z użytkowania, kilka słów o samych słuchawkach. Jabra Elite 85t to słuchawki douszne, bezprzewodowe. Wyróżnia je przede wszystkim zaawansowana technologia aktywnej redukcji szumów Jabra Advanced Active Noise Cancellation (ANC)TM (o tym w dalszej części artykułu). To sprzęt najwyższej jakości marki, która jest liderem na rynku osobistych i biurowych rozwiązań audio.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Minimalizm i elegancja

Design słuchawek robi wrażenie od samego początku, już za sprawą opakowania. Dostajemy bowiem malutkie pudełko w stonowanych barwach, które powstało z dbałością o środowisko (za to duży plus!), a na nim podstawowe instrukcje użytkowania słuchawek. W środku znajduje się minimalistyczne etui ze słuchawkami, kabel do ładowania, zapasowe nakładki i… tyle. Zamiast długich, papierowych instrukcji, wypunktowane kolejne kroki do uruchomienia sprzętu.

Same słuchawki Jabra Elite 85t dostępne są w czterech kolorach: złoto-beżowym, miedziano-czarnym oraz czarnym i szarym. Mnie przypadł do gustu pierwszy z nich. Matowe wykończenie i ciekawy odcień gold-beige sprawia, że słuchawki prezentują się elegancko i oryginalnie, a przy tym nie rzucają się nadmiernie w oczy. Po założeniu prezentują się równie dobrze – genialnie wpasowują się w kształt ucha, minimalnie wystają ponad nie, a kolor pięknie stapia się ze skórą. Ponadto mają na wpół otwartą konstrukcję z otworami wentylacyjnymi pozwalającymi obniżyć ciśnienie, co pozwala uniknąć wrażenia „zakorkowanych” uszu.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Jak korzystać z Jabra Elite 85t?

Najlepiej zacząć od ściągnięcia na swój telefon aplikacji Jabra Sound+, która przede wszystkim ma pomóc w personalizacji funkcji słuchawek tak, by były jak najlepiej do nas dopasowane. Znajdziemy w niej całą masę przydatnych funkcji: od możliwości zmiany tonów i barwy dźwięku, poprzez regulowanie poziomu redukcji szumów i sprawdzenie naładowania słuchawek oraz futerału, aż po Find My Jabra, czyli niezastąpioną pomoc w przypadku zgubienia sprzętu. Wszystko w prostej, przejrzystej formie, która nikomu nie powinna sprawić trudności.

Po sparowaniu z wybranym przez nas urządzeniem, słuchawki łączą się z nim wręcz błyskawicznie. Bez problemu można z nich również korzystać na kilku urządzeniach jednocześnie, co było dla mnie szczególnie dużą zaletą w pracy, gdzie korzystam zarówno z komputera, jak i telefonu. Słuchawkami steruje się również bardzo łatwo – przy pomocy dyskretnych przycisków, znajdujących się na górnej części urządzenia.

Funkcjonalność Jabra Elite 85t, czyli wszystko, czego potrzebujesz

Funkcje, które kryją w sobie słuchawki Jabra Elite 85t najtrafniej można opisać dwoma słowami – najwyższa jakość. Odtwarzany poprzez tak małe urządzenie dźwięk jest nadzwyczaj szczegółowy, a w samym brzmieniu bardzo mocno podkreślane są niskie tony. Słuchawki wzorowo spisują się również podczas połączeń głosowych.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Jednak zdecydowanie największą zaletą Jabra Elite 85t, a jednocześnie ogromnym zaskoczeniem, jest funkcja Advanced Active Noise Cancellation (ANC), czyli aktywna redukcja szumów i hałasu, która spełnia swoje zadanie znakomicie. Po jej włączeniu nie dochodzą do nas absolutnie żadne dźwięki z otoczenia – ani pogawędki koleżanek i kolegów, siedzących obok nas w biurze, ani odgłosy remontu u sąsiadów zza ściany, gdy pracujemy zdalnie. Dla kogoś, kto pracując potrzebuje maksymalnego skupienia, ta funkcja to wybawienie. A gdy nie czujemy już potrzeby całkowitego odizolowania się od otaczającej nas rzeczywistości, wystarczy jednym kliknięciem uruchomić kolejną przydatną funkcję – HearThrough, czyli możliwość podsłuchiwania dźwięków z otoczenia. Obie te funkcje można w pełni regulować i dostosowywać do swoich preferencji. Co więcej, nawet gdy mamy je nieustannie włączone, bateria słuchawek wytrzymuje 5,5 godziny, a za pomocą stacji ładującej można wydłużyć ten czas do 25 godzin. Słuchawki obsługują też funkcję bezprzewodowego ładowania.

Elite 85t to sprzęt dobry na co dzień i okazjonalnie, do pracy i do odpoczynku w każdych warunkach (dosłownie, bo słuchawki są wodoodporne!). Docenią go zarówno prawdziwi pasjonaci sprzętów elektronicznych, jak i przeciętni użytkownicy, którzy, tak jak ja, dzięki nim odkryją szereg najnowocześniejszych funkcji, uprzyjemniających życie.

  1. Styl Życia

Jak być finansowo odpowiedzialnym?

Nie myślmy o tym, co tracimy, oszczędzając (te wszystkie okazje i przyjemności), ale co zyskujemy (stabilność finansową). (Fot. iStock)
Nie myślmy o tym, co tracimy, oszczędzając (te wszystkie okazje i przyjemności), ale co zyskujemy (stabilność finansową). (Fot. iStock)
Nigdy nie będę bogata! Dlaczego? Bo co miesiąc powtarza się ta sama historia. Podobna do poniższych? Jeśli tak – mamy na to radę. Zapytaliśmy ekspertki, jak zaradzić codziennym trudnościom finansowym.

Wśród kobiet, które znam, tylko jedna zasługuje na miano Perfekcyjnej Finansistki. To Ania, moja nauczycielka angielskiego. Nie narzeka na brak pieniędzy, nie zaciska pasa na tydzień przed wypłatą, duże wydatki planuje z wyprzedzeniem, sukcesywnie realizuje swoje marzenia o zagranicznych podróżach, kolejnym kierunku studiów, kupnie nowego samochodu, mieszkania czy nowej sukienki. Do sklepu nie wychodzi bez spisanej listy, wie, co ile kosztuje i nigdy nie przepłaca. Ale Ania to chlubny wyjątek. Reszta moich koleżanek, mnie nie wyłączając, ma większe i mniejsze problemy ze swoim portfelem. I wszystkie chętnie byśmy się ich pozbyły.

Kłopot nr 1: „Jakoś się rozchodzą”

Znasz to? Pod koniec miesiąca zaglądasz na konto i z przerażeniem stwierdzasz, że zostało ci nie tysiąc – jak święcie wierzyłaś – ale sto złotych do pierwszego. Jak?! Skąd?! Przecież byłaś taka oszczędna. Nie jadałaś poza domem i nie miałaś żadnych poważnych wydatków, a tu katastrofa. Otóż, jak w wielu innych, tak i w kwestii pieniędzy, diabeł tkwi w szczegółach.

– Sytuację, w której kobieta mówi: „nie wiem, gdzie mi się rozchodzą pieniądze”, można porównać do takiej, w której kobieta mówi: „znowu mi przybyło dwa kilo, a tak się pilnowałam” – mówi psycholog ekonomiczny Agata Gąsiorowska. – Owszem, nie zjadła dziś obiadu, ale tego, że „w międzyczasie” skubnęła bułkę i poprawiła batonikiem, już nie pamięta. Wprawdzie kupuje w najtańszym sklepie, i to większe opakowania, żeby nie przepłacać, ale nie odnotowuje już takich wydatków jak kolorowe pismo czy kolejna kawa w kawiarni. Dlatego, tak jak chcącym schudnąć zaleca się zapisywanie wszystkiego, co zjedli, tak też dobrym sposobem na niekontrolowane wydatki jest zapisywanie każdego zakupu, albo – jeszcze lepiej – zbieranie każdego paragonu, nawet tego z kawiarni czy kiosku.

Wtedy łatwo wytropić dziedziny, na które wydajemy najwięcej i poczynić stosowne cięcia. Ku naszemu zdziwieniu może się bowiem okazać, że znaczne kwoty co miesiąc przepuszczamy na tak niewinne hobby jak zdrapki, że bardziej będzie się nam opłacało, jak kilka razy wrócimy tramwajem zamiast taksówką, a domowy budżet – i zdrowie – uratuje zerwanie z nałogiem palenia papierosów.

Zdaniem Izabeli Kielczyk, coach i psycholog biznesu, nierozsądnym wydatkom sprzyja używanie... kart płatniczych i kredytowych. Tracimy wtedy namacalny kontakt z pieniędzmi. Posługując się kawałkiem plastiku, stopniowo przestajemy pamiętać, czy chodziło o 50 czy 100 złotych… – Dlatego doradzałabym jak najczęściej płacić gotówką – mówi. – Wtedy naprawdę widzimy pieniądze, które mamy zamiar wydać, znacznie częściej przychodzi refleksja: „300 złotych za takie coś, to chyba jakiś żart!”.

Poleca też pewien eksperyment: – Weź do ręki całą wypłatę, odlicz pieniądze na rachunki i ponownie weź do ręki to, co ci zostało. Zmierz, zważ, możesz nawet policzyć banknoty. Zobaczysz, że trzy razy się zastanowisz, zanim je wydasz. Potem oddziel, ile chcesz przeznaczyć na jedzenie, ubrania i inne wydatki. I też fizycznie to poczuj.

A słynne listy na zakupy? Pomagają w organizowaniu domowego budżetu? – Zależy od intencji, w jakiej je robimy – mówi Agata Gąsiorowska. – Jeżeli po to, by utrwalić w pamięci rzeczy, które musimy kupić, ale poza tym jesteśmy otwarte na zakupy spoza listy – to w niczym to nie pomoże. Jeżeli natomiast robimy listę po to, by się jej trzymać, to taka praktyka ma większy sens. Można sobie też wgrać na komórkę program, który pomaga podliczać zakupy, albo wręcz porównuje ceny w różnych sklepach, ale jedno to wgrać, a drugie to z niego korzystać.

Kłopot nr 2: „Gdzie ja miałam głowę?”

Mechanizm za każdym razem jest podobny. Widzisz w sklepie cudowne buty (kurtkę, torbę, spodnie), takie, o jakich zawsze marzyłaś. W wyobraźni zakładasz je na rodzinne spotkanie, zauważasz, jak idealnie pasują do sukienki, którą ostatnio kupiłaś. Do tego są przecenione! Decyzja zapada w pięć sekund. A potem… W domu okazuje się, że nogi ci puchną po pół godzinie chodzenia w nowym zakupie, a kolor nie jest tak intensywny jak wydawał ci się w sklepie. I buty „jak marzenie” lądują na samym dnie szafy.

– Kobiety zbyt emocjonalnie podchodzą do zakupów – wyrokuje Agata Gąsiorowska. – Oczywiście to podejście nie ujawnia się podczas codziennych zakupów, jak masło i chleb, ale zawsze gdy idziemy kupić sobie „coś ładnego”. Wówczas częściej dokonujemy nieprzemyślanych zakupów, ponieważ wyobrażamy sobie, jak będziemy szczęśliwe, gdy dana rzecz wejdzie w nasze posiadanie. To zupełnie przesłania nam racjonalne myślenie. Odczucia, które pojawiają się, gdy rozpakowujemy zakupy w domu i myślimy: „Gdzie ja miałam głowę?”, porównałabym do kaca.

Jak zatem powstrzymać się przed nierozsądnym wydatkiem? – Zastanowić się, ile musiałabym pracować, żeby kupić daną rzecz – radzi Gąsiorowska. – Jeżeli odpowiedź brzmi: „dwie godziny”, to może rzeczywiście warto, ale jeśli odpowiedź będzie brzmiała: „tydzień” – nasze podejście może się już zmienić.

Izabela Kielczyk radzi, by – zanim podejdziemy do kasy – zadać sobie kilka pytań. „Po co jest ci to potrzebne?”, „Co ci to da?”. – Zapewne padnie odpowiedź: „Będę szczęśliwsza”. Wtedy warto ze sobą ponegocjować. Powiedzieć: „Dobrze, ale ile już razy w tym miesiącu dałaś sobie przyzwolenie na takie przyjemności?”. To dobry pomysł, by określić miesięczną liczbę zachciankowych zakupów lub sumę, jaką na nie możemy przeznaczyć – mówi. I dodaje: – Jeżeli zauważysz, że zbyt często jakiś zakup ma ci sprawiać przyjemność i dawać szczęście, zastanów się, czy nie możesz uzyskać tego w inny, „tańszy” sposób: iść na spacer, przeczytać książkę. A jeśli zdarza ci się to patologicznie – może powinnaś odwiedzić psychologa.

Kłopot nr 3: „Nie umiem odmawiać”

Psychologowie podkreślają, że kobiety mają duży kłopot z tym, by odmówić pożyczki pieniędzy, bo boją się, że przestaną być lubiane. Więc pożyczają wbrew sobie lub stosują milion uników, wijąc się w tłumaczeniach jak piskorz, co powoduje, że rzeczywiście można stracić do nich zaufanie.

– Wystarczy powiedzieć „nie” i nie podawać uzasadnienia – mówi Izabela Kielczyk. – Owszem, jest ryzyko, że ktoś się obrazi, ale może nie warto żałować tej znajomości. Kobiety boją się stracić relację, ale czy o każdą warto w taki sposób walczyć?

– To pokłosie wychowywania dziewczynek na „miłe” kobiety – twierdzi Agata Gąsiorowska. – Mężczyźni mniej się przejmują tym, co inni będą o nich myśleć. Potrafią oddzielić sprawy merytoryczne od spraw interpersonalnych. Powinnyśmy się tego od nich uczyć.

Dlatego, gdy przychodzi do nas ktoś i prosi o pożyczkę, oszacujmy koszty takiej inwestycji i ewentualne ryzyko, na bok odkładając emocje.

– Jeżeli nie masz pieniędzy na to, by je komuś pożyczyć, sytuacja jest prosta – mówisz: „Nie mam”. Dużo trudniej się robi, gdy pieniądze masz, ale nie chcesz ich pożyczyć, bo jest to za duża suma albo nie masz zaufania do drugiej osoby – przyznaje Agata Gąsiorowska. – Ja jestem zwolenniczką mówienia prawdy, nawet jeżeli miałoby to naruszyć relacje. Jeśli ktoś zawiódł twoje zaufanie, dlaczego masz mu znowu pożyczać? Jeśli jednak masz problem z powiedzeniem mu tego prosto w oczy, dobrym sposobem jest „odwrócenie kota ogonem”. Możesz więc powiedzieć, że aby pożyczyć taką sumę, musisz zerwać lokatę i ponieść koszty. Jeśli je pokryje – proszę bardzo. Założę się, że w takiej sytuacji przynajmniej część osób wycofa się z pożyczki.

Często boimy się pożyczać, bo mamy problemy z późniejszym egzekwowaniem długu, zwłaszcza jeśli pożyczka została udzielona bliskiej osobie. Jak asertywnie upominać się o zwrot?

– Niestety takie rzeczy trzeba uzgadniać na samym początku, wyznaczając konkretny termin zwrotu – mówi Agata Gąsiorowska. – My natomiast robimy tak, że pożyczamy i liczymy, że ktoś nam odda w najbliższym czasie, albo rzucamy: „oddasz, kiedy będziesz miała”. To nie daje nam żadnej podstawy do ubiegania się o pieniądze. Dlatego wyznaczajmy terminy, nawet jeśli pożyczamy pieniądze bliskim osobom. A im dalsza relacja, tym częściej powinniśmy zastanowić się, czy nie podpisać obustronnego porozumienia.

Kłopot nr 4: „Nie umiem oszczędzać”

Dlaczego akurat wtedy, gdy człowiek postanowi co miesiąc odkładać określoną kwotę, świat się sprzysięga, by się to nie udało? Nieoczekiwane wydatki, cudowna podróż, którą grzech sobie darować, albo urodzaj urodzin bliskich. I plany oszczędnościowe biorą w łeb.

– My, Polacy, jesteśmy przekonani, że nie stać nas na oszczędzanie w sensie finansowym, natomiast prawda jest taka, że nie stać nas na oszczędzanie w sensie umysłowym – mówi Agata Gąsiorowska. – Oszczędzanie wymaga podejmowania codziennie decyzji: „Nie kupię tego”, a to obciążające. To tak, jakbyśmy siedzieli przed pysznym ciastkiem i non stop sobie mówili, że nie możemy go zjeść. Ale skoro jestem na diecie, to w ogóle nie powinnam myśleć o ciastkach ani ich oglądać. Podobnie jest z pieniędzmi.

Nie myślmy o tym, co tracimy, oszczędzając (te wszystkie okazje i przyjemności), ale co zyskujemy (stabilność finansową).

Izabela Kielczyk, choć przyznaje, że przed niepohamowanymi wydatkami może nas uchronić fizyczny kontakt z pieniędzmi, w kwestii oszczędzania doradza dokładnie odwrotną praktykę.

– Najlepiej ustalić sobie stały przelew na konto oszczędnościowe. I nie obracać realnymi pieniędzmi – radzi. – Bo gdy wypłacimy konkretną sumę z konta, weźmiemy ją do ręki i będziemy chcieli wpłacić na rachunek, to może się zdarzyć, że po drodze będziemy „zmuszeni” jednak uszczknąć parę banknotów. Pieniędzy, które oszczędzamy, lepiej nie dotykać, utrudnić sobie do nich dostęp. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Opowiada też o ciekawym trendzie. Ostatnio coraz więcej osób organizuje sobie coś w rodzaju alarmów przed zbyt dużymi wydatkami. Funkcję przypominaczy pełnią bransoletki czy zawieszki z napisem „Oszczędzam”. Są też specjalne programy na komórkę, które sygnałem kilka razy dziennie przypominają o tym, że jesteś na finansowej diecie. – To przyjmuje swoistą formę samokontroli: „Pamiętaj, zobowiązałaś się. Nie wydawaj za dużo” – mówi.

Agata Gąsiorowska potwierdza, że kontrola przy oszczędzaniu jest konieczna i że czasem może dziać się ona bez naszej woli albo nawet jej wbrew. – Doskonałym tego przykładem jest tzw. oszczędzanie kontraktowe. Bardzo popularne jest w Wielkiej Brytanii, choć to wcale nie nowa rzecz – mówi.

– Kiedyś biedne rodziny zakładały (zwykle przed świętami) coś w rodzaju kas oszczędnościowych. Każdy się zobowiązywał, że będzie co tydzień wpłacał tam określoną sumę, za którą po jakimś czasie będzie mógł kupić na przykład gęś. Co ważne, były też przewidziane kary za niewpłacenie określonej sumy. Zwykle poległo to na tym, że jeśli zabrakło jednej czy dwóch rat, przepadały całe do tej pory wpłacone pieniądze. I na tym właśnie polega oszczędzanie kontraktowe. Zawieram umowę z jakąś instytucją, na podstawie umowy odkładam pieniądze, ale jeśli nie przestrzegam jej założeń, to jakiś procent tej sumy zostaje mi zabrany. Na tej zasadzie skonstruowane są chociażby indywidualne konta emerytalne. To bardzo skuteczne oszczędzanie, człowiek cztery razy się zastanowi, zanim nie odłoży odpowiedniej sumy.

Wspomina też o drugim sposobie, jakim jest założenie subkonta z utrudnionym dostępem, na przykład rachunku oszczędnościowego i stałego zlecenia przelewu zasilającego takie konto. Tuż po otrzymaniu pensji z konta głównego jest przelewana na rachunek określona suma pieniędzy. Tylko raz w miesiącu można wypłacić dowolną kwotę bez ponoszenia kosztów, a każdy następny jest objęty dużą prowizją. Psycholog doradza, by oszczędzać nawet małe sumy, ale konsekwentnie. – Ich braku nie odczujemy, ale docenimy wysiłek, kiedy po pół roku uzbieramy fajną sumę na wakacyjny wyjazd – przekonuje.