1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Zajęcia z native speakerem? Nie ma się czego bać! Sprawdź, skąd się biorą dobre opinie o Tutlo

Zajęcia z native speakerem? Nie ma się czego bać! Sprawdź, skąd się biorą dobre opinie o Tutlo

Jeśli nigdy nie próbowałaś zajęć z native speakerem, w pierwszym momencie możesz mieć wiele obaw. „Czy dam sobie radę?”, „czy mnie wyśmieje, kiedy się przejęzyczę?”, „a co jeśli długo nie będę potrafiła nic z siebie wydusić?” – te i inne pytania zadaje sobie mnóstwo kobiet. Obawa nieraz okazuje się silniejsza, co zaważa na ostatecznej rezygnacji z kursu. Czy jest czego się obawiać podczas zajęć z native speakerem? Odpowiadamy!

Dla kogo są zajęcia z native speakerem?

Osoby, które opanowały już gramatykę języka angielskiego, potrafią czytać anglojęzyczne artykuły, a nawet pisemnie porozumiewać się z obcokrajowcami, zazwyczaj skarżą się na kilka kwestii: nie potrafią płynnie rozmawiać, łapią się na ciągłych przejęzyczeniach, zupełnie niezrozumiałe są dla nich nagłe luki w słownictwie – a przecież gdyby miały tę samą wypowiedź sformułować w formie pisemnej, nie popełniłyby żadnego z tych błędów! Tu przechodzimy do sedna – lekcje z native speakerem nie są dla początkujących. Dobrze jest mieć wiedzę przynajmniej na poziomie B2, ponieważ zasadniczą różnicą pomiędzy native speakerem a polskim nauczycielem języka angielskiego, jest umiejętność przekazywania wiedzy.

Próbowałaś kiedyś wytłumaczyć obcokrajowcowi, dlaczego w języku polskim po imiesłowie przysłówkowym współczesnym stawiamy przecinek? Właśnie. Abstrahując od samego nazewnictwa, które już samo w sobie brzmi skomplikowanie, ta wiedza jest mu zupełnie niepotrzebna. Stawiając się w jego roli – native nie będzie po angielsku tłumaczył ci zasad gramatyki języka angielskiego, która nota bene w „prawdziwym” języku mówionym często jest pomijana lub skracana (zupełnie jak w polszczyźnie). Native speaker skupi się na praktycznym aspekcie języka angielskiego – mowie. Jeśli zatem w trakcie rozmowy z nativem pojawią ci się jakieś pytania co do użytych przez niego form gramatycznych, dobrze jest mieć do kogo się zwrócić (polskiego nauczyciela, podręczników do nauki gramatyki), aby rozwiać ewentualne wątpliwości. Jeśli czujesz się na siłach, spróbuj poprosić nativa o wytłumaczenie zasad gramatycznych, które zastosował w konwersacji – to może być zabawne doświadczenie dla was obojga!

Luka w edukacji szkolnej

Na pewno nieraz za swoją słabą znajomość języka obcego obwiniałaś system szkolnictwa. „W szkole klepaliśmy samą gramatykę, nikt mnie nie nauczył mówić”; „po co mi znajomość tylu czasów, skoro w realnej rozmowie rodowity Anglik używa ledwo trzech – przyszłego, przeszłego i teraźniejszego?”; „mam wrażenie, że on nie ma pojęcia, co do niego piszę, a przecież to jego język” – te i inne głosy dobiegają od sfrustrowanych edukacją szkolną uczniów i rodziców z najbliższego otoczenia. Jak się okazuje, tę lukę w edukacji dostrzega większość społeczeństwa, i to właśnie było impulsem dla założycieli platformy e-learningowej Tutlo.com.

- Problemem dla wielu rodziców pozostaje poziom szkolnej edukacji językowej, zbyt niska częstotliwość zajęć oraz to, że często są one nastawione na naukę gramatyki, a nie swobodnego porozumiewania się. Z tego względu, prawie 60 proc. rodziców planowało w minionym roku szkolnym wysłać swoje dziecko na dodatkowe lekcje języka angielskiego– tłumaczy Tomasz Jabłoński, współzałożyciel i członek zarządu Tutlo. – Nasze badania pokazały, że dla rodziców najbardziej atrakcyjną formą nauki języka jest kontakt z osobą anglojęzyczną (wskazało tak 72 proc. badanych) oraz wykorzystanie nowoczesnych rozwiązań, takich jak e-learning i platformy internetowe – dodaje.

Nauka „na żądanie” – co to takiego?

Obaj wspólnicy widzieli silną potrzebę zgłębienia umiejętności płynnego porozumiewania się w języku obcym. Głównym problemem był ich napięty grafik, który nie pozwalał na wygospodarowanie czasu potrzebnego na dojazd do szkoły językowej, a nawet na z góry umówione, zaplanowane już lekcje z native speakerem we własnym biurze. Tak pojawił się pomysł elastycznego rozwiązania, nieistniejącego w Polsce, ani nawet w Europie, a za to powszechnego w Stanach – aplikacji do nauki „na żądanie”. Co to oznacza w praktyce? Po pierwsze, to ty decydujesz, z kim chcesz się uczyć - sama wybierasz polskiego lektora lub native speakera z całego świata, np. Australii, USA, Wielkiej Brytanii czy RPA. Po drugie, sama gospodarujesz własnym czasem - kiedy czujesz się na to gotowa,  bez konieczności wcześniejszego umawiania się na zajęcia, “na żądanie” wybierasz nativa i natychmiast z nim rozmawiasz. Zajęcia trwają 20 minut - dzięki optymalnej długości łatwo utrzymać koncentrację i skupić się na zajęciach, a także odbywać lekcje niemal wszędzie i zawsze (nawet w korku).

„Na pewno go nie zrozumiem – i co wtedy?”

Zajęcia z native speakerem mogą w pierwszym momencie nieco przerażać. Najczęściej obawa przed przejęzyczeniem, nagłą pustką w głowie i brakami w słownictwie paraliżuje potencjalnych kursantów na tyle, że w ostatecznym rozrachunku rezygnują z decyzji o podjęciu kursu. „Boję się rozmawiać”, „wstydzę się” – to najczęściej słyszane obawy. Jak sobie z tym poradzić? Przede wszystkim, uświadom sobie, że przecież nie jesteś małym dzieckiem. ZNASZ język angielski w teorii, CHCESZ go poznać w praktyce. To są TWOJE ambicje i TWOJE cele. Na co dzień jesteś przecież osobą pewną siebie, więc co cię teraz powstrzymuje? Wstyd w tym przypadku jest kompletnie irracjonalny, podobnie zresztą jak strach. Czy twój nauczyciel chce cię zranić? Czy słusznie pocą ci się ręce i czujesz nagły paraliż, rozmawiając z nim o aktualnej pogodzie? Nie! Przecież to twój tutor i zależy mu na twoich postępach tak samo, jak tobie.

Jak więc sprawdzić, czy dasz sobie radę na zajęciach z nativem? Jak mówi porzekadło „jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz” – nie mamy tu na myśli bynajmniej „fizycznych” upadków, ale niech będzie to zachętą do działania. Tylko wtedy, kiedy podejmiesz odpowiednie kroki - które być może teraz brzmią dla ciebie jak kompletne szaleństwo - dowiesz się, czy dasz sobie radę, czy nie. Musisz więc wyjść ze swojej strefy komfortu – ale przecież to nie twój pierwszy raz, prawda?

Zajęcia z native speakerem w Tutlo - opinie

W sieci można znaleźć bardzo dużo pozytywnych opinii zarówno o samej szkole języków obcych Tutlo, jak i o metodach nauki. Dużym atutem są elastyczne godziny zajęć. Można je dopasować do swojego grafiku, co stanowi bardzo duże ułatwienie dla pracujących.

Klienci doceniają spory wybór native speakerów, co jeszcze bardziej pozwala personalizować program nauczania i dobrać go w taki sposób, by jak najlepiej odzwierciedlał nasze oczekiwania. Tutlo ma w swojej ofercie kilka różnych kursów języka angielskiego.

Wybrani native speakerzy doskonale poradzą sobie z angielskim w biznesie, a inni lepiej sprawdzą się w tradycyjnej formule nauki. Takie połączenie zapewnia nie tylko indywidualne tempo nauki, ale i szybkie przyswojenie nowej wiedzy, dzięki której zaczniemy płynnie komunikować się w języku Shakespeare’a w krótkim czasie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Metoda Montessori - pozwól dziecku samodzielnie rozkwitnąć

Metoda Montessori pozwala dzieciom rozwijać się we własnym tempie i według swoich możliwości. (Fot. iStock)
Metoda Montessori pozwala dzieciom rozwijać się we własnym tempie i według swoich możliwości. (Fot. iStock)
Nauczyciel nie jest wykładowcą z katedry, który przychodzi i sprawdza, czego się dziecko nauczyło. Jego rola polega na obserwowaniu ucznia, udzielaniu pomocy i budowaniu relacji zaufania – mówi pedagog Dorota Rotowska.

Czym się różni pedagogika Montessori od klasycznego systemu nauczania?
Kluczem jest tu właśnie słowo pedagogika. W placówkach Montessori nie ocenia się stopnia opanowania pewnych umiejętności, lecz całościowy rozwój małego człowieka. Patrzy się na sferę intelektualną (umiejętności i wiedza), a także emocjonalną i duchową. To stanowi klucz do tworzenia tzw. przygotowanego otoczenia. Pierwszym jego czynnikiem jest przygotowanie dorosłych – nauczycieli i rodziców, bo przyjmując dziecko do placówki Montessori, przyjmujemy całą jego rodzinę. Rodzice, którzy wybierają taki model nauczania, decydują się na przyjęcie pewnych zasad i założeń. Na przykład, że dziecko rozwija się we własnym tempie i według swoich możliwości. Dzieci rozwojowo mają pewne predyspozycje, ale każde jest inne – przechodzą tzw. fazy wrażliwe i rolą dorosłego jest obserwowanie tego, co dla nich w danym momencie jest ważne i potrzebne. Jeśli to, co zaproponujemy dziecku w postaci pomocy rozwojowych czy aktywności, trafi w fazę wrażliwą, będzie ono przyswajało wiedzę w sposób łatwy, przyjemny i trwały.

Na tym chyba powinno to polegać…?
Oczywiście, i choć jest to podejście słuszne, to jakże inne od tego, którego doświadczyli współcześni rodzice podczas własnej edukacji. W Polsce tradycje montessoriańskie są stosunkowo świeże. Dbamy o zrównoważony rozwój dziecka, a nie o to, żeby szybko opanowało alfabet czy tabliczkę mnożenia. Jeśli popracujemy nad równowagą rozwojową, dziecko samo z radością sięgnie po nowe kompetencje. Takie podejście wymaga zaufania ze strony rodziców, bo nie dostaną od nas informacji zwrotnej w postaci tradycyjnych ocen, nie sprawdzą, na której stronie podręcznika jest dziecko i w jakim stopniu opanowało materiał. Rodzice mogą za to z nami ściśle współpracować i obserwować ucznia i naszą pracę. Zachęcamy do tego. Wtedy wiedzą, co się dzieje z ich dzieckiem, a z drugiej strony czerpią pomysły na to, jak postępować z nim w domu.

To wymaga od rodziców zaangażowania.
Tak. Im dziecko jest mniejsze, tym jest to ważniejsze. Przyjmujemy dzieci od 15. miesiąca życia i rodzice takich maluszków często uczestniczą w naszych spotkaniach. Z jednej strony pomagają nam „uczyć się” dziecka, z drugiej – mają okazję je obserwować i zauważać jego gotowość do samodzielności w różnych obszarach.

Dzieci uczą się też od siebie nawzajem. Czy temu właśnie służą mieszane grupy wiekowe?
Między innymi. Pierwsza grupa to dzieci do 3. roku życia, następne grupy wiekowe to: 3–6, 6–9 i 9–12 lat. Ale nie oznacza to, że dziecko w dniu swoich trzecich urodzin jest automatycznie przerzucane do starszej grupy. Czekamy na moment, kiedy „nasyci się” pewnymi aktywnościami z grupy młodszej i jest gotowe do przejścia do grupy starszej. W klasach jednorodnych wiekowo szybko ustala się hierarchia i wyłania się „grupa trzymająca władzę”. W grupach mieszanych wiekowo struktura ciągle się zmienia, straszy rocznik odchodzi i młodszy przychodzi, więc kompetencje społeczne są wciąż budowane w oparciu o nowe środowisko. Każde dziecko przechodzi przez cały cykl – kolejno jest najmłodszym, średnim i najstarszym. W związku z tym w naturalny sposób uczy się współpracy ze starszymi i z młodszymi – bycia tym, który prosi o pomoc, podgląda i próbuje, oraz tym, który pokazuje, pomaga, radzi i jest autorytetem. Dzieci próbują własnych sił w różnych rolach i budują swoje poczucie wartości. Te z mocnym charakterem uczą się, że nie każdy im się podporządkuje, a słabsze – że mogą być autorytetem. Każde czerpie z tego wiele korzyści.

Jak wyglądają zajęcia?
Założenia na każdym poziomie wiekowym są takie same, tylko rozwiązania inne. Na początku dnia jest praca własna, czyli każde dziecko zajmuje się aktywnościami, którymi jest zainteresowane i które sobie zaplanuje. Na poziomie przedszkola oznacza to, że jeśli dziecko chce np. przelewać wodę, to pod okiem nauczyciela przynosi sobie fartuszek, miskę i dzbanek i przygotowuje miejsce do pracy. Na wyższym poziomie planuje cykl czynności i ich kolejność – tworząc indywidualny system zarządzania czasem. Ma na to trzy godziny. To bardzo cenny czas, dzieci mogą się wtedy integrować z grupami różnymi wiekowo – np. sześciolatek może pracować z drugo-, czwarto- i szóstoklasistą, których też interesuje dana aktywność. Nauczyciele pomagają im zorganizować pracę oraz podsumować efekty na spotkaniu w kręgu. Dzięki temu dzieci uczą się współpracy i rozmowy. Później jest czas na zajęcia grupowe, związane z wymaganiami przedszkolnymi i szkolnymi – języki, gimnastyka, logopeda, religia dla chętnych, muzyka. Trzecia część dnia jest skoncentrowana na rozwoju predyspozycji w kółkach i sekcjach. Oferta jest bogata, ale dzieci mogą też same zorganizować i poprowadzić zajęcia na temat swoich zainteresowań. W międzyczasie jest codzienna rekreacja (przynajmniej 45 minut na świeżym powietrzu poza gimnastyką i wf-em).

Jakie jest zadanie nauczyciela?
W Montessori nauczyciel nie jest wykładowcą z katedry, który przychodzi i sprawdza, czego się dziecko nauczyło, a następnie je ocenia, tylko osobą, która obserwuje dziecko, udziela niezbędnej pomocy i buduje relację zaufania. Dzieci mogą się do niego zwracać z problemami, szukać rady, pomocy i pocieszenia. To pozwala wyłapać trudności i zaradzić wielu problemom.

Ta sama rzecz w rękach nauczyciela Montessori będzie czymś innym niż w rękach nauczyciela tradycyjnego. W większości szkół mapy czy globusy stoją wysoko i tylko nauczyciel może ich używać. U nas pomoce naukowe służą nie nauczycielowi – aby mógł lepiej coś wytłumaczyć, są dla dzieci – aby mogły lepiej zrozumieć. Cechą pomocy montessoriańskich jest to, że są one bardzo dobrze przemyślane pod kątem tego, do czego mają służyć. I nawet bez nauczyciela dziecko może przez doświadczanie zdobywać wiedzę o świecie. Wszystkie pomoce dotyczą umiejętności związanych z obszarem praktycznego życia – od przewracania kartek, wiązania butów, przesypywania, nabierania łyżką, przez kształtowanie pojęć sensorycznych – związanych np. z wielkością, grubością, po kompetencje językowe, matematyczne i przyrodnicze. Dla przykładu – na lekcji gramatyki używamy kuli, która obrazuje czasownik, i ostrosłupa, który pokazuje rzeczownik. Czyli coś, co jest w ruchu, i coś, co jest stabilne. Gdy z pięcio- i sześciolatkami rozmawiamy o słowach oznaczających coś, co możemy zrobić i to, co możemy przynieść – odpowiednio turlamy kulę i stawiamy ostrosłup. Nie rozmawiamy o elementach gramatyki, tylko pozwalamy na zabawę, a dopiero później zaczynamy fachowo je nazywać. W przedszkolu dzieci układają też kwadraty liczb. Nic im nie mówimy o podnoszeniu do potęgi, tylko pozwalamy bawić się koralikami. Jeśli rząd z pięciu koralików położą obok siebie pięć razy, tworzą kwadrat liczby. W ten sposób dochodzą do umiejętności, które później tylko trzeba nazwać i rozwinąć. Ponieważ nie mamy systemu tradycyjnych ocen, pomoce zawierają element samokontroli – dziecko może sprawdzić, czy wykonało jakieś zadanie prawidłowo. Chodzi o to, żeby robiło coś przede wszystkim dlatego, że sprawia mu to przyjemność i odpowiada na jego potrzebę rozwojową. W ten sposób tworzymy wewnętrzny system motywacyjny. Nauczyciel cieszy się sukcesem razem z dzieckiem, ale go nie nagradza. Podaje rzetelną informację zwrotną, co wyszło dobrze, a nad czym trzeba popracować, i co ważne – jak to zrobić. I okazuje się, że dzieci nie potrzebują motywacji kijem i marchewką.

Pani obserwowała skuteczność metody też jako rodzic.
Szukając przedszkola dla mojego wówczas trzyletniego syna, trafiłam wpierw do placówki waldorfskiej, a później do Montessori. Zakochałam się w tej metodzie, syna zapisałam do przedszkola, a siebie na kurs dla nauczycieli. I od razu zajęłam wakat asystenta, więc od początku byłam w roli nauczyciela i rodzica. Moi dwaj młodsi synowie są teraz w montessoriańskiej szkole podstawowej, dwaj starsi uczyli się w placówkach montessoriańskich do trzeciej klasy szkoły podstawowej (innej możliwości wtedy nie było). Jako najmocniejszy oceniają efekt przedszkola – w szkole wracały do nich wczesne doświadczenia z matematyki i gramatyki i dzięki temu rozumieli, czego się uczą. Edukacja Montessori bardzo pomogła im też pod względem społecznym – zyskali łatwość w budowaniu relacji z innymi, niezależnie od wieku. Po pierwszym miesiącu w szkole tradycyjnej jeden z nich został przewodniczącym szkoły, drugi – klasy. Wiedzę szkolną można zawsze uzupełnić, ale to umiejętności społeczne i emocjonalne decydują o tym, czy damy sobie radę w życiu.

Niektórzy rodzice zaczynają pod opieką państwa placówki prowadzić też tzw. edukację domową.
W takiej sytuacji najważniejszy jest sposób podejścia do dziecka. Jeśli chcemy zaspokajać jego potrzeby, musimy przygotować do tego otoczenie. Składają się na to trzy aspekty: przygotowany dorosły, przestrzeganie reguł i praw oraz aspekt materialny, czyli to, co znajduje się w otoczeniu dziecka. O ile dwa pierwsze wymagają przemyślenia i podejścia, to trzeci narzuca konieczność pewnych udogodnień. Jeżeli chcemy, by dziecko uczyło się nakrywać do stołu, musimy zapewnić mu dostęp do naczyń, szuflady i stołu, co oznacza czasem potrzebę poprzestawiania rzeczy w mieszkaniu. Gdy chcemy wyrobić większą samodzielność u maluchów, powinniśmy też dostosować do rączek dziecka przedmioty codziennego użytku – kubek, grzebyk, szczoteczkę do zębów. Kolejna rzecz – wszystko robimy naprawdę, czyli dziecko nie dostaje zabawki pralki, tylko uczymy je obsługi prawdziwego urządzenia. Mój synek w wieku dwóch i pół roku potrafił już segregować pranie, wkładać do bębna i włączać program. Chodzi o to, by dziecko było zaangażowane w życie dorosłych – warto pokazywać mu, co może zrobić samodzielnie np. rozsypać coś, żeby dziecko mogło to potem zamiatać. Bo dla rodzica celem jest sprzątniecie, a dla dziecka sprzątanie, podoba mu się po prostu czynność zamiatania. Dobrze jest poznać etapy rozwoju dziecka i potrzebne aktywności. U nas w przedszkolu dzieciom najpierw pokazujemy, potem pozwalamy ćwiczyć umiejętność np. prasowania prawdziwym żelazkiem, żeby wiedziały, że jest gorące i trzeba uważać. Pod naszą opieką uczą się używać noża i nożyczek. Używają też szklanych naczyń i metalowych sztućców. Uczą się, że przewodzą ciepło, jak należy je trzymać, jak mocno można je ściskać. To są ważne doświadczenia.

Jakieś przykłady z pani domu?
Mój najmłodszy syn nie miał łóżka, tylko materac, na który mógł sam wchodzić i spać wtedy, kiedy był zmęczony. Obrazki na ścianach były zawieszone na poziomie wzroku raczkującego malucha. Nie używaliśmy chodzików, tylko czekaliśmy, aż maluch sam zacznie chodzić. Jak coś nas niepokoiło w zachowaniu dziecka, zastanawialiśmy się najpierw, co takiego jest w otoczeniu czy w nas, co trzeba zmienić. Takie rodzicielstwo daje dużą frajdę, bo pozwala dobrze poznać swoje dziecko. Dziś wiem, że mam wspaniałe dzieci, które realizują marzenia i osiągają sukcesy. Nie moje oczekiwania, tylko swoje pomysły. Mogą próbować różnych rzeczy – doświadczają, ale i popełniają błędy, dzięki czemu poszukują siebie. Daję im poczucie, że jeśli tylko będą mnie potrzebowali, to jestem dla nich dostępna. Nie narzucam się, jedynie podrzucam pomysły, wycofuję się i obserwuję, co wybiorą. Jestem obecna w ich życiu, ale staram się ich nie osaczać. Jestem z nimi na ich zasadach, na tyle, na ile mi pozwolą.

To daje mi poczucie, że jestem OK – robię, co mogę, ale pozwalam dzieciom samodzielnie rozkwitnąć. Jestem szczęśliwa, bo widzę, jakie są i widzę, że każde jest sobą.

Metoda Montessori
- opracowana przez włoską lekarkę, Marię Montessori. Kładzie nacisk na swobodny rozwój dziecka i przeciwstawia się systemowi szkolnemu, tłumiącemu aktywność dzieci, którego symbolem była dla Montessori „szkolna ławka”. Uważała, że głównym zadaniem pedagogiki jest wspieranie spontaniczności i twórczości dzieci, umożliwianie im wszechstronnego rozwoju fizycznego, duchowego, kulturowego i społecznego. Odkryła także zjawisko polaryzacji uwagi u dzieci. W 1907 roku otworzyła pierwsze przedszkole Casa Dei Bambini (Dom Dzieci).

Dorota Rotowska psycholog, pedagog, nauczycielka Montessori.

  1. Materiał partnera

Chcesz zapewnić dziecku dobry start? Zainwestuj w zajęcia z języka angielskiego

(Fot. materiały partnera)
(Fot. materiały partnera)
Żyjemy w czasach, w których znajomość języka angielskiego jest czymś powszechnym. Angielski przydaje się już nie tylko w pracy, ale również podczas wyjazdów, spotkań i imprez. W języku tym czytamy książki i oglądamy filmy. Przydaje się do grania w gry komputerowe i niejednokrotnie na wakacjach. Dlatego dobrze już od wczesnych lat dziecięcych uczyć nasze pociechy tego języka, inwestować w lekcje i otaczać je przedmiotami, które w nauce pomogą. Jak dobrze zacząć?

Zainwestuj w naukę angielskiego online

Już na wczesnym etapie nauczania, czy to w przedszkolu, czy też w szkole podstawowej, warto zastanowić się, czy nie wysłać pociechy na dodatkowe lekcje angielskiego. Psychologowie mówią, że im wcześniej, tym lepiej, ale to, kiedy dziecko jest gotowe, jest tak naprawdę indywidualną decyzją rodziców. Dobrym rozwiązaniem są kursy internetowe języka angielskiego, które pozwalają rodzicom weryfikować i kontrolować to, czego uczą się dzieci oraz to, jak przebiegają internetowe lekcje angielskiego. Taką możliwość dają zajęcia przeprowadzane w szkole języka angielskiego online .

Firma prowadzi zajęcia z angielskiego w formie wideokonferencji dla dzieci i młodzieży. Zanim zaczniemy lekcję, możemy wybrać jej temat czy też lektora. Każdy blok lekcyjny trwa 20 minut, czyli tyle, by z jednej strony nie zmęczyć ucznia, a z drugiej umożliwić mu optymalne wykorzystanie maksymalnego skupienia. Po lekcjach rodzice mogą zapoznać się z postępami swojego dziecka, dowiedzą się, jakie robi błędy i jaki materiał sprawia mu największy problem.

Otaczaj dziecko językiem angielskim

Język angielski - lekcje online to nie wszystko. Warto pokusić się o to, aby nasza pociecha cały czas miała kontakt z angielskim. Mowa nie tylko o szkole, ale także o domu i wolnych chwilach. Warto przekonywać nasze dzieciaki do korzystania z anglojęzycznych pomocy naukowych, na przykład fiszek, które pomogą im poznać nowe wyrazy. Jeśli nasze dziecko gra na konsoli lub komputerze, wybierajmy gry z lokalizacją kinową, czyli po angielsku z polskimi napisami. W ten sposób uzyskamy efekt podobny, jaki pojawia się podczas oglądania anglojęzycznych filmów i seriali w oryginale. Otaczamy się językiem angielskim i zatapiamy w nim, zasłuchujemy. Taka praktyka może nam dać więcej, niż sądzimy, bo nawet jeśli aktywnie nie powtarzamy konkretnych zwrotów lub wyrazów, to wiele z nich zostaje w naszej pamięci.

Czytanie po angielsku

To jeszcze jedna bardzo ważna kwestia, która ma ogromne znaczenie w nauczaniu języka. Kurs języka angielskiego online powinien być uzupełniany różnymi innymi zajęciami językowymi. Dobrze jest przekonać nasze dziecko do czytania w języku Szekspira. Oczywiście nie chodzi nam o trudne lektury oraz gazety, ale raczej o książki dopasowane do poziomu dziecka oraz komiksy. To właśnie historie obrazkowe, nie tylko o superbohaterach, ale także takie, które opowiadają o codzienności i problemach każdego z nas, mogą być dobrym rozwiązaniem.

Nauczać, ale nie przemęczać

Bardzo ważne jest, abyśmy pamiętali, że tak samo łatwo możemy zachęcić, jak i zniechęcić nasze dzieci do nauki języka. Nie zmuszajmy ich do działań, które nie sprawiają im radości i przyjemności. Jeśli jeden sposób nauki nie działa, warto wypróbować inny. Jeśli nie sprawdzają się książki i komiksy, to może zadziałają bajki i seriale? Warto rozmawiać z pociechami. Młodsze dzieci chętnie uczą się przez zabawę, starsze muszą znaleźć coś, co daje im radość ze zdobywania wiedzy. Może warto wykorzystać grywalizację i nagradzać za kolejne osiągane cele?

  1. Psychologia

Edukacja domowa - alternatywa dla szkoły?

Debora Broda: Są rodziny, którym fajnie się żyje w schemacie, i to jest OK. Edukacja domowa jest dla tych, którzy kochają wolność. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Debora Broda: Są rodziny, którym fajnie się żyje w schemacie, i to jest OK. Edukacja domowa jest dla tych, którzy kochają wolność. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Bez dzwonków, klasówek, wywiadówek, stresu. We własnym pokoju, w parku, na koncercie, wystawie, w podróży. Z rodzicami w roli nauczycieli. Czy ta forma nauczania to antidotum na problemy systemu edukacji?

1 września większość uczniów szykuje galowe stroje na rozpoczęcie roku szkolnego. Ale nie dzieci muzykujących rodziców Debory i Joszka Brodów. Tego dnia cała jedenastka (w tym siedmioro w wieku szkolnym) bierze udział w programie telewizyjnym. Rozmawiamy tuż po nagraniu, w parku.

– Dzieci towarzyszą nam w pracy, we wspólnych wyjazdach. I to też forma nauki – przekonuje Joszko.

Dlaczego po domowemu?

Deborze chodził taki pomysł po głowie od dawna, ale Joszko był sceptyczny. Aż do pamiętnego dnia dziesięć lat temu, kiedy odbierał starszych chłopców ze szkoły. Jasiek jest wtedy w trzeciej klasie podstawówki, Maciek w drugiej. Po braci jedzie z tatą Tomek, siedmiolatek, który cieszy się, że za chwilę też pójdzie do szkoły. „Ty się tak nie ciesz, w szkole będą się śmiać z twoich rysunków” – starsi bracia studzą zapał młodszego.

– Jak Joszko to usłyszał, to się w nim zagotowało – wspomina Debora. – Bo w naszej rodzinie sztuka jest bardzo ważna. To był moment przełomowy. Z dnia na dzień podjęliśmy decyzję, że załatwiamy formalności potrzebne do nauczania domowego.

Jakie? Wniosek do dyrektora szkoły, niekoniecznie rejonowej (po zmianie przepisów – usytuowanej na terenie województwa, w którym dziecko mieszka) i opinię z publicznej poradni psychologiczno-pedagogicznej. A także zobowiązanie, że dziecko raz w roku zda w tej szkole egzaminy z każdego przedmiotu.

Ilona Wrońska i Leszek Lichota, aktorzy, rodzice Kajtka (11 lat) oraz Nataszy (13), planując cztery lata temu półroczną podróż do Stanów, zastanawiali się, co zrobić, żeby dzieci nie straciły roku. I tak dowiedzieli się, że od ponad 20 lat istnieje w Polsce możliwość uczenia w domu.

– Myśleliśmy, że taka forma nauki ograniczy się tylko do wyjazdu, ale jak wróciliśmy do Polski, to dzieci zapytały, czy mogłyby dalej uczyć się z nami. Po namyśle doszliśmy do wniosku, że nasz wolny zawód nam na to pozwala.

Viola Lee, stylistka, projektantka biżuterii, mama 13-letniego Jakuba, dojrzewała do takiej decyzji kilka miesięcy. Jej syn chodził do prywatnej, dwujęzycznej podstawówki. Viola często była wzywana do dyrektora. Powód? Jakub nie chce jeść obiadu o określonej porze. Zrzuca ołówek z ławki, podnosi, znowu zrzuca.

Viola Lee: Nauka bez stresu, bez współzawodnictwa. Wady? Nie widzę żadnych, choć ciągle o nich słyszę. (Fot. Krzysztof Opaliński) Viola Lee: Nauka bez stresu, bez współzawodnictwa. Wady? Nie widzę żadnych, choć ciągle o nich słyszę. (Fot. Krzysztof Opaliński)

– To był jego wyraz buntu przeciwko temu, co się działo w szkole – uważa Viola. – Myślałam, że jakoś się ułoży. Ale poznałam pewną mamę, która razem z mężem postanowiła nie wysyłać córki do tradycyjnej szkoły. Zainspirowała mnie do podjęcia decyzji o nauczaniu domowym. We wrześniu rozpoczęliśmy siódmy rok nauki w tej formie. Kilka razy w roku pytam syna, czy chce chodzić do szkoły. Nie chce.

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, dziennikarka, zanim jej dziesięcioletni syn Julek ze spektrum autyzmu poszedł do szkoły, wiedziała jedno: Szkoły masowe w przypadku takich dzieci zawodzą. Kładzie się w nich nacisk na realizowanie przeładowanego programu, na wyniki, a nie na dobro psychiczne dzieci. Te z problemami bywają dyskryminowane, prześladowane. Dlatego razem z innymi mamami postanowiły same założyć szkołę dla swoich dzieci.

– Zależało nam na tym, żeby przebywały wśród rówieśników, bo to dla nich bardzo ważne, ale też żeby czuły się bezpiecznie. Przystąpiłyśmy do działania bez funduszy, rodzice nie mają przecież prawa do subwencji oświatowej. Ktoś podpowiedział nam, że można zapisać dzieci do edukacji domowej. A to oznaczało, że musimy znaleźć szkołę (zdecydowałyśmy się na prywatną), która obejmie je opieką, bo taki jest wymóg w edukacji domowej. Szkoła, także prywatna, ma prawo do subwencji. Dzięki niej można było zatrudnić kadrę, wynająć lokal i zorganizować nauczanie zgodne z potrzebami naszych dzieci.

Jak nauczać, czyli kosz jest najważniejszy

Katarzyna: – Julek uczy się w szkole, ale w edukacji domowej. Według naszych zasad, bo program dostosowany jest do dzieci, a nie odwrotnie. W szkole nie obowiązuje regulamin, tylko kontrakt z dziećmi. Nauczyciele patrzą, czy dzieci dobrze się czują, jak układają się między nimi relacje. Dużo zajęć odbywa się na świeżym powietrzu, dzieci jeżdżą na wycieczki tramwajami, autobusami, uczą się codziennego życia. Nas nie interesują rankingi, wyniki, tylko rozwój całościowy dziecka, kim ono będzie po opuszczeniu szkoły.

Ilona Wrońska i jej mąż uczą dzieci sami. Ona przedmiotów humanistycznych, przyrodniczych, on – ścisłych. Jedynie angielskiego uczy korepetytorka.

– Oczywiście, musimy sobie odświeżyć wiedzę, czasami się douczyć. Korzystamy z różnych aplikacji, od których roi się w Internecie. Wypracowaliśmy już rytm pracy – dzieci uczą się do 13, kiedy umysł jest najbardziej chłonny. Mieszkamy blisko lasu, więc tam często odbywają się lekcje. Jestem w grupie facebookowej edukatorów domowych, dyskutujemy, co jest dobre, jak coś poprawić. Prowadzę też bloga na ten temat.

Debora przyznaje, że przez pierwszy rok dowiadywała się, czym edukacja nie jest: – Chciałam zrobić szkołę w domu, podzielić czas na lekcje. A potem odkrywałam, że tego się nie da zrobić. I że nie trzeba. Zaczęłam zgłębiać temat i tak dotarłam do retoryki, skończyłam studia na tym kierunku, co bardzo mi pomogło w prowadzeniu edukacji naszych dzieci.

Z niektórymi tematami radzą sobie z mężem sami, do innych wynajmują korepetytorów. Dzieci pomagają sobie nawzajem. Nie ma czegoś takiego, że siedzą ileś godzin przy biurku.

– Dzieci uczą się tam, gdzie mają ochotę, na drzewie na przykład – mówi Debora. – Albo intuicyjnie wybierają zdrową pozycję i czytają, leżąc z nogami do góry. Jak ktoś pyta, jak zaaranżować pokój do edukacji domowej, to odpowiadam: najważniejszym meblem jest kosz. Czyli miejsce, gdzie można wyrzucać wszystkie błędy, pamiętając jednak, że wszystkie są ważne. W tradycyjnej szkole za pomyłki dziecko dostaje złe oceny! U nas się z nich cieszymy, bo już wiemy, nad czym pracować.

Joszko: – Trzeba dawać dziecku szansę na mylenie się. W przeciwnym razie może bać się decyzji, a w konsekwencji wyrośnie na człowieka zamkniętego w pudełku i na pewno nie będzie to herbertowskie pudełko zwane wyobraźnią [śmiech].

Viola: – Kuba w piątej i szóstej klasie miał dziesięć miesięcy wakacji i dwa miesiące nauki po kilka godzin dziennie. Ostatnie trzy lata, bez nagród, kar i presji na oceny, kończył ze świadectwem z czerwonym paskiem. Pomimo że ma zdiagnozowaną głęboką dysleksję i dysgrafię. Dopiero w siódmej klasie wspieraliśmy się kilkoma korepetytorami. Na początku tego roku szkolnego Kuba przejrzał program i oznajmił: „Chciałbym w tym roku inaczej rozplanować naukę. Informatyki i angielskiego nie będę się uczył, bo umiem. Potrzebuję korepetycji tylko z polskiego i historii. Resztę przedmiotów spróbujmy sami ogarnąć. Będę poświęcał na naukę po godzinę, dwie dziennie. Dam radę, nie martw się”.

Co na to eksperci?

Krystyna Starczewska, wieloletnia dyrektorka słynnych szkół społecznych „Bednarska” w Warszawie, ma wątpliwości: – W edukacji ważna jest indywidualizacja nauczania. I edukacja domowa to zapewnia: dzieci mogą pracować w swoim tempie, rozwijać pasje. Ale równie ważne jest to, żeby nauczyły się funkcjonowania społecznego. A tego w nauczaniu domowym brakuje. I nie chodzi tylko o kontakt z rówieśnikami, bo dzieci uczone w domu zapewne nie są pozbawione takich kontaktów, ale przede wszystkim o wspólne działania. Szkoła, do której przynależą dzieci z różnych środowisk, w różnym wieku, daje taką możliwość. Dzieci odpowiadają za społeczność, w której żyją, uczą się współpracy, rozwiązywania konfliktów. Życie rodzinne tego nie zastąpi, bo dom nie daje możliwości pełnego doświadczania życia społecznego. Trzeba nauczyć się współdziałać z ludźmi, którzy rodziną nie są.

Agnieszka Stein, psycholożka, autorka wielu książek na temat wychowania, mama Sergiusza (piętnastoipółletniego, od kilku lat korzysta z nauczania domowego), nie zgadza się z opiniami, że nauczanie domowe pozbawia treningu społecznego.

– Ci, którzy je formułują, mają wyobrażenie, że dziecko cały dzień siedzi przy biurku i wertuje książki. Nic takiego się nie dzieje! Dzieci też chodzą na zajęcia poza domem, uprawiają sporty, młodsze wychodzą z domu z różnych powodów z rodzicami, a starsze – same. Ludzie sądzą, że szkoła jest jedynym źródłem wyzwań, wysiłku. A to nieprawda. Faktem natomiast jest, że niektóre szkoły niszczą dzieci. Gdy dorosły pracuje w firmie, w której jest mobbingowany, to ją zmienia, a nie chodzi tam, licząc, że nauczy go życia. Moim zdaniem szkoła uczy, że trzeba zacisnąć zęby i znieść każdy stres. Jak rodzice mają wyobrażenie, że życie polega na męczeniu się, to po to wysyłają dzieci do szkoły – żeby dowiedziały się, że życie jest ciężkie. Ale nie chodzi o to, żeby namawiać każdego rodzica do edukacji domowej, tylko o to, żeby ci, którzy chcieliby tego spróbować, mieli informację i mogli rozstrzygnąć swoje wątpliwości.

– Czy nauczanie domowe jest dla wszystkich dzieci i rodziców? – pytam.

– Myślę, że dla wszystkich dzieci, ale nie dla wszystkich rodziców.

– Pani jako psycholożce jest łatwiej.

– To prawda. Ale łatwiej dlatego, że pracowałam w szkole, że wiem, na jakiej ściemie jest oparta, jak nie uczy, znam system i było mi dużo prościej podjąć decyzję.

Psycholożka odpiera zarzuty, że nauczanie domowe wiąże się z dużymi obciążeniami rodziców. Jej doświadczenie jest inne: zmiana edukacji syna na domową pozbawiła ją obciążeń. Syn, mając cały rok na zgłębienie różnych tematów, sam powoli wszystko przepracowuje i ona nie musi zatrudniać korepetytorów.

– Mam poczucie, że szkoła na każdym kroku utrudnia naukę, a nie ją ułatwia, ponieważ wiedza systemu edukacji na temat rozwoju człowieka jest archaiczna. Dla mnie podstawową zaletą nauczania domowego jest więc to, że nie utrudnia nauczania. A że angażuje rodziców? Ci, których dzieci uczą się w szkole, też siedzą nad lekcjami, wożą na korepetycje, co zajmuje czasem po kilka godzin dziennie.

Inny zarzut: nauczanie domowe nie uczy dyscypliny.

– Dyscyplina jest potrzebna, gdy nie chcemy czegoś robić – odpowiada psycholożka. – Tymczasem w szkole panuje kult dyscypliny. Dlatego zaletą edukacji domowej jest dla mnie to, że można się wypisać z tego kultu. Egzaminy, owszem, trzeba zdać, ale nikt nie wymaga od dziecka, żeby znało sto procent podstawy programowej. Może wybrać zagadnienia, które je interesują, i na nich się skupić. Myślę, że atmosfera przymusu nie sprzyja rozwojowi dziecka. A kiedy ono ma wybór i może uczyć się po swojemu, to nauka okazuje się dużo ciekawsza, nawet z tych przedmiotów, które nie są mocną stroną dziecka.

Krystyna Starczewska: – Najlepszym rozwiązaniem byłaby dobra szkoła, która by rozwijała zainteresowania dzieci, stawiała na indywidualizację nauczania, kreatywność, uczyła samodzielnego myślenia. Ale także odpowiedzialności za grupę, za wspólnotę. Tego nauczanie domowe dać nie może, jest więc okrojone z ważnych wartości. Nie można na te braki zamykać oczu. Ale przy obecnym chaosie, jaki panuje w edukacji, nauczanie domowe może być ratunkiem. Rodzice powinni jednak zatroszczyć się o ten aspekt życia, jakim jest praca zespołowa. Dobrze, aby dziecko uczone w domu uczestniczyło w jakichś zajęciach w szkole: teatralnych, muzycznych, kółkach zainteresowań. Wtedy edukacja domowa łączyłaby się z treningiem zespołowego działania. I można by zlikwidować ten ewidentny brak w nauczaniu domowym.

Plusy według rodziców

Ilona docenia, że mogą podróżować z dziećmi o każdej porze roku, na dłużej, bez stresu, że zarywają szkołę. Zjeździli już Stany, Kubę, Meksyk, Azję, Australię.

– Ale największym pozytywem jest to, że jako rodzina możemy zacieśniać więzi, to jest coś! Zwłaszcza podczas podróży. Oczywiście, czasami jest trudno, ale dzięki temu nauczyliśmy się siebie, zgraliśmy jako rodzina, sprawdziliśmy w trudnych sytuacjach. Wydaje się, że szkoła powinna uczyć, a często wpędza w kłopoty. Myślę, że im dzieci później zetkną się z pewnymi problemami, jak narkotyki, przemoc, tym łatwiej będzie im sobie z nimi poradzić, bo będą starsze. Co roku pytamy, czy chcą wracać do szkoły. Odpowiadają: „Absolutnie nie”. Katarzyna: – Plusy? Przede wszystkim to, że mamy szkołę, której całkowicie ufamy, że nasze dziecko jest tam szczęśliwe. Że nie musi doświadczać tego, czego doświadczają dzieci ze spektrum autyzmu w szkołach: wyśmiewania, dręczenia, niszczenia tylko dlatego, że na przykład machają rękami. I tego wszystkiego dorośli nie widzą albo nie chcą widzieć! Mówi się, że dzieci ze spektrum są zamknięte. A nasz Julek ma kolegów, lubią się, nocują u siebie nawzajem. Świetnie radzi sobie też z nauką, z egzaminami. Kiedy decydowaliśmy się na nauczanie domowe, marzyło nam się, żeby nasze dzieci chciały się uczyć, a nie musiały. I to marzenie się spełniło.

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin: Program dostosowany jest do dzieci, nie odwrotnie. Nas interesuje całościowy rozwój, nie rankingi. (Fot. Krzysztof Opaliński) Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin: Program dostosowany jest do dzieci, nie odwrotnie. Nas interesuje całościowy rozwój, nie rankingi. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Viola jednym tchem wylicza zalety edukacji domowej: – Bez stresu, współzawodnictwa, codziennego porannego wstawania, niezapowiedzianych kartkówek. Dużo czasu dla siebie, na pasje, na wyjazdy, na spotkania z tymi znajomymi, z którymi chce się spotykać, a nie ze szkolnego przydziału. Wady? – Nie widzę żadnych, choć ciągle o nich słyszę! Dla mnie najważniejsze jest to, że Kuba jest szczęśliwym, otwartym, samodzielnym chłopcem.

Debora za największy plus edukacji domowej uważa więzi, które jej rodzina może zacieśniać dzięki temu, że dużo czasu spędza razem. Inna zaleta – uwolnienie umysłów dzieci.  – Dziecko rodzi się w Polsce z wyrokiem edukacyjnym. Od 1 września do końca czerwca, od szóstego do 18. roku życia myśli dziecka są pozbawione wolności, bo muszą być zajęte przez większość czasu podstawą programową, nawet w domu. Trudno wygenerować siły na szukanie siebie, swoich zainteresowań. Edukacja domowa to zmienia. W naszym przypadku istotne są też względy logistyczne: mamy siedmioro dzieci w wieku szkolnym, więc mielibyśmy na przykład siedem wywiadówek naraz.

Joszko gra na wielu instrumentach, śpiewa. Debora pisze piosenki, scenariusze programów telewizyjnych i radiowych, produkuje płyty, reżyseruje teledyski. Edukacja domowa pozwala im nie tylko łączyć pracę z nauką dzieci, ale przede wszystkim pozwala dzieciom uczyć się poprzez sztukę, co – jak podkreśla Debora – rozwija prawą półkulę mózgową odpowiedzialną za twórczość, kreatywność, syntezę. Dzieci brały na przykład udział w nagrywaniu piosenek pomocnych w nauce polskiego dla cudzoziemców. Była w nich mowa o regułach gramatycznych, sławnych Polakach, górach, krainach.

– Uczyły się podstawy programowej śpiewająco – śmieje się tata. I dodaje: – Namówiły nas, żebyśmy założyli zespół złożony z nas, Brodów. I właśnie go tworzymy, nagraliśmy już dwa teledyski. Otwieramy też Szkołę z Lasu, czyli warsztaty muzyczne, na których inspirujemy poprzez sztukę. To są owoce edukacji domowej: coś, co można stworzyć razem. „Razem” to dla nas ważne słowo.

Debora: – Rodziny prowadzące nauczanie domowe są mniejszością edukacyjną. Może dlatego w Polsce panuje homeschoolingofobia – ludzie nie rozumieją idei tej formy nauczania, uważają, że robimy dzieciom krzywdę, że będą źle funkcjonować w społeczeństwie. Są rodziny, którym fajnie się żyje w schemacie, i to jest OK. Edukacja domowa jest dla tych, którzy kochają wolność.

  1. Styl Życia

Tylko powoli – kilka słów o greckiej radości życia

Grecy charakteryzują się dosyć mocno rozwiniętą tożsamością narodową. Ale panują tu też silne topikismoi, czyli miłość do własnego miejsca urodzenia. (Fot. iStock)
Grecy charakteryzują się dosyć mocno rozwiniętą tożsamością narodową. Ale panują tu też silne topikismoi, czyli miłość do własnego miejsca urodzenia. (Fot. iStock)
Do czego się spieszyć? Zdążymy, dzień jest długi. Kryzys? Zaciskanie pasa? To tylko teoria. Bo są sprawy, z których Grek nie zrezygnuje. Jak na przykład biesiadowanie z rodziną i przyjaciółmi, picie wina, zabawa. Czym się przejmować, skoro świeci słońce, a ziemia rodzi najlepsze pomidory i oliwki?

Film Michalisa Kakojanisa z Anthonym Quinnem w roli tytułowej ma już prawie 60 lat. Opowiada o czasach sprzed wieku. A jednak powiedzenie: „Jaka piękna katastrofa!” znamy niemal wszyscy, weszło do naszego języka i sposobu myślenia. Czy te słowa ekranowego Greka Zorby, przez wielu traktowanego jako uosobienie greckości, mógłby wypowiedzieć i dzisiejszy mieszkaniec Aten albo Krety? Czy radość życia, specyficzne połączenia beztroski, niefrasobliwości i szaleństwa z odrobiną melancholii – to mieszanka typowo grecka?

Kostas Balamoshev, papirolog, Grek mieszkający od kilku lat w Polsce, mówi, że co prawda ani filmu Kakojanisa nie oglądał, ani powieści, na podstawie której powstał, nie czytał, ale zna parę osób, o których mógłby powiedzieć: tak, to Zorba.

Bo rzeczywiście Grecy szukają jasnych stron życia. I rzeczywiście uwielbiają zabawę. Gotowi są rzucić się w nią, nie zwracając uwagi na to, ile kosztuje. Postawić kolejkę całemu towarzystwu w tawernie – a nie zbiera się tam zwykle kilka osób, mowa raczej o kilkudziesięciu – choć w kieszeni pusto – to nic nadzwyczajnego. A kiedy się wali, podziwiać, jak pięknie się wali, zamiast rozpaczać, że się zawaliło. Oczywiście to generalizacje, coś w nich jednak jest. Słońce, kolory nieba i morza, smaki, zapachy – to wszystko sprawia, że życie jest łatwiejsze do zniesienia. Nie bierze się go tak tragicznie i na serio jak często robimy to my, z zimniejszych i ciemniejszych rejonów Europy.

Grecy nieustannie szukają jasnych stron życia. I rzeczywiście uwielbiają zabawę. (Fot. iStock)Grecy nieustannie szukają jasnych stron życia. I rzeczywiście uwielbiają zabawę. (Fot. iStock)

Sprawy niezbędne

Grecja nie jest krajem bogatym. Do czasu wejścia do Unii Europejskiej było tu wręcz biednie. Potem, dzięki Unii właśnie, zaczęło się wielkie wydawanie pieniędzy. Inwestycje, imprezy. – Punktem kulminacyjnym – mówi Kostas Balamoshev – była olimpiada w 2004 roku. Przeogromna radość w całym kraju, nikt nie zastanawiał się, ile co kosztuje, ile wydaliśmy, ile pieniędzy poszło na obiekty, które w końcu nie zostały wykorzystane i w efekcie szybko zaczęły niszczeć. W dodatku chwilę wcześniej wygraliśmy mistrzostwa Europy w piłkę nożną – wydawało nam się, że jesteśmy w raju. A potem się posypało. Zaczęły się problemy, parę lat temu wisiała nad Grecją groźba bankructwa. Trzeba było naprawdę zacisnąć pasa. I wtedy pojawiły się dwie grupy ludzi. Jedni mówili, że to ci źli z Unii się na nas uwzięli, a to oni przecież mają wobec nas zobowiązania. Druga grupa, trzeźwiej patrząca na rzeczywistość, przyznawała, że jednak sami trochę nabroiliśmy. Przez to chociażby, że to my sami wybraliśmy polityków, którzy doprowadzili nas na skraj przepaści…

Ale czy kryzys spowodował, że Grecy zaczęli oglądać każde euro trzy razy? Nie do końca. Bo, według nich, są rzeczy, z których nie da się zrezygnować. I to nie tylko rzeczy niezbędne. A może raczej katalog rzeczy niezbędnych jest u nich bardziej pojemny.

Parea, czyli towarzystwo

Niezbędne jest choćby biesiadowanie z rodziną i przyjaciółmi. Nie raz na jakiś czas, z okazji rocznicy, imienin czy urodzin. Do tawerny wychodzi się często. Absolutne minimum to raz w tygodniu, ale zwykle znacznie częściej. I nie we dwójkę czy trójkę. Wieczorami w knajpach odbywają się ogromne spotkania – najczęściej rodzinne, chociaż, jak twierdzi Kostas, przyjaciele to w Grecji też rodzina.

A sama rodzina wygląda inaczej niż u nas. To ogromne klany. Teoretycznie rządzi ojciec. On jest „głową”. – Widać takich panów, jak siedzą w kafenionach, dyskutują godzinami przy winie czy kawie, politykują, ale kiedy przychodzą do domu, to już tak głośno nie przemawiają. Bo w domu wszystkim rządzą kobiety – opowiada Jacek Fronczak, miłośnik Grecji, a w szczególności Krety, gdzie spędza każde wakacje od ponad 20 lat. I dodaje, że Grecy są zwariowani na punkcie dzieci. – Kiedyś na Krecie zniknął nam z oczu synek, moi greccy przyjaciele pierwszy raz zobaczyli mnie wtedy zdenerwowanego, pytają: co się stało? Mówię, że syna nie ma, może policja? Popatrzyli na mnie: „Chłopie, na Krecie jest 360 tysięcy osób, oni wszyscy pilnują twojego syna, nic złego nie mogło mu się stać”. I faktycznie zaraz go przyprowadzili, gdzieś tam latał z chłopakami.

Te wielopokoleniowe rodziny mieszkają razem. Nie do pomyślenia jest, żeby schorowaną babcię oddać do domu opieki, w ogóle takie miejsca to raczej nieznana w Grecji instytucja. – Starszymi opiekują się młodsi – mówi Jacek Fronczak – ale też ich słuchają. Ponieważ to są ci najmądrzejsi, ci z doświadczeniem. Choć oczywiście konflikty pokoleniowe są na porządku dziennym, bo starszy wie lepiej, a młodszy robi swoje. I nawet, jak mu te biznesy wychodzą, to i tak ojciec czy dziadek woleliby, żeby jednak hodował te owce i pielęgnował oliwki.

Wieczorami całe to wielkie towarzystwo zjawia się w tawernie. Wokół biegają dzieciaki, rozpuszczone do granic możliwości, nikomu nie przeszkadza, że jest późno, że powinny iść spać. Kiedy się zmęczą, to zasną na dwóch zestawionych krzesłach, a potem tak „na śpiąco” zostaną przetransportowane do domu. Ciepły klimat wymusza inny rytm dnia – zwłaszcza latem dopiero wieczorem zaczyna się swobodniej oddychać, szkoda marnować więc ten czas na spanie, lepiej przeznaczyć go na wspólne siedzenie, jedzenie, gadanie.

Grecka tawerna to nie forma, tylko treść. To nie wykrochmalone serwetki, świece, kieliszki. To stół nakryty papierowym obrusem, szklanki – bo wino pije się tylko ze szklanek, wielkie talerze z mnóstwem małych dań – po to, żeby można się było nimi dzielić. Biesiadowanie zwykle trwa do północy. Jak to wygląda? – Najpierw na stół wjeżdżają przystawki – słynne greckie mezedes – opisuje Jacek Fronczak. – Ale nie jest tak, że każdy zamawia swoje danie. Przystawki pojawiają się na wielu talerzykach na środku stołu, każdy na swój talerz nakłada, na co ma ochotę. To mnóstwo maleńkich dań. Są rozmaite pasty, jak melitzanosalata, czyli pasta z bakłażanów. Opieka się je na grillu, mają wtedy fantastyczny wędzony posmak, miesza z pastą tahini, oliwą i podaje na zimno. Dalej tzatziki – jogurt z ogórkiem i czosnkiem. Jest też pasta z fety z zielonymi papryczkami, lekko pikantna, i taramosalata, czyli pasta z ikry dorsza roztartej z jogurtem, oliwą i cytryną. Są oliwki, są sery. Feta, zawsze owczo-kozia lub owcza, manouri, delikatny owczy ser, na Krecie dodaje się go do sałatki greckiej zamiast fety. Jest mizithra, ich biały ser twarogowy, trochę podobna do naszego bundzu, tylko delikatniejsza. Jest dużo twardych żółtych serów, przypominających sycylijskie pecorino. Pośród mezedes muszą być dolmadakia, małe zawijaski z liści winogron, w środku ryż. Do tego jogurt, żeby w nim dolmadakia zanurzyć. Zresztą jogurt dodaje się do wszystkiego. Do ryb, past, mięsa (marynuje się je często w jogurcie), nawet do deserów, do słodkiej baklavy. Podstawowy przysmak dzieci (i nie tylko dzieci) to jogurt z miodem. Greckiego, gęstego jogurtu w Polsce się nie zrobi, bo musi w nim być bakteria, która nie przekracza linii Karpat. U nas umiera. Sprawdziłem.

Po przystawkach wjeżdżają dania główne – tu każdy zamawia swoje, ale tylko w teorii. Bo, tak jak mezedes, dania główne też lądują na środku stołu, są dla wszystkich, po co się ograniczać do jednego? Do tego wino w karafce i można siedzieć do późna.

Kostas pamięta, że kiedy pracował w tawernie, czasami o drugiej czy trzeciej w nocy trzeba było gościom mrugać światłami, żeby dać sygnał do końca imprezy. I dodaje, że wspólnego ucztowania nie zakończył czy nawet nie osłabił kryzys – tej dziedziny życia, tak ważnej, oszczędzanie w Grecji dotyczyć nie może.

Choć kryzys dotknął w jakimś stopniu każdego. – Na Krecie czy mniejszych wyspach w każdej niemal rodzinie był ktoś, kto pracował jako urzędnik państwowy. Ci urzędnicy pełnili rozmaite funkcje od ważnych do trochę mniej istotnych – jak choćby kontrola stanu trawników w danej miejscowości. Praca mało skomplikowana, do – góra – 13.30, za to pensja świetna, a rodzina dumna. I nagle się skończyło, pieniądze obcięto, dotknęło to wielu osób.

Ale druga, o wiele większa część społeczeństwa, to ludzie żyjący z oliwek i owiec. A tych nie braknie. Ani wspaniałych warzyw, w tym najlepszych na świecie słodkich soczystych pomidorów, ani owoców. Na wsiach i w małych miasteczkach kryzys niewiele zmienił. Jest słońce, nie ma się co napinać. Więc dalej można cieszyć się życiem, czerpać przyjemność z chwili. Byle powoli.

Siga-siga

Włosi powiedzą: „piano-piano”, Hiszpanie – „tranquillo-tranquillo”. Ale znaczy to mniej więcej to samo. Czyli: niespiesznie. Na wszystko jest czas. Nie ma co gonić, nie ma co się spieszyć, zdążymy. A nawet jak nie, to i tak nieszczęścia nie będzie. Punktualność, umawianie się na godzinę, nerwy z powodu spóźnienia dłuższego niż akademicki kwadrans? To nie w Grecji.

– Umawiamy się wieczorem – mówi Jacek Fronczak. – Przychodzimy do tawerny, przyjaciół nie ma. Siedzimy, czekamy, po półgodzinie zaczynamy się nerwowo kręcić, w końcu dzwonimy: gdzie jesteście? No jak to, w domu, niedługo będziemy się zbierać, a coś się stało? Przecież umówiliśmy się wieczorem. Co w praktyce oznacza jakoś tak między 20 a 22.

Kostas potwierdza: – Nie musisz się stresować ani spieszyć. Możesz się spóźnić i nic się nie stanie. Mam tak często ze znajomymi, umawiamy się na jedną godzinę, a spotykamy się godzinę później. Kilka razy dałem się nabrać, bo przyzwyczaiłem się do punktualności za granicą. No, może prawie.

W Grecji na wszystko jest czas. Nie ma co gonić, śpieszyć się, zdążymy. A nawet jeśli nie, to i tak nieszczęścia nie będzie. (Fot. iStock)W Grecji na wszystko jest czas. Nie ma co gonić, śpieszyć się, zdążymy. A nawet jeśli nie, to i tak nieszczęścia nie będzie. (Fot. iStock)

Spadkobiercy Peryklesa

Choć Grecja zyskała państwowość dopiero w XIX wieku, to przecież tu, w greckich miastach-państwach (poleis) narodziła się wspaniała architektura, literatura, sztuka, filozofia. To stąd bierze początek demokracja, którą może nie wszyscy kochamy, ale, jak stwierdził Churchill, na razie niczego od niej lepszego nie wymyślono. Czy i w jakim stopniu dzisiejsi Grecy czują się spadkobiercami tej spuścizny?

– Tak, są z niej dumni – potwierdza Kostas Balamoshev – ale… mało niestety o niej wiedzą. W szkołach uczy się ułamków historii. Oczywiście tego, kim byli Perykles, Sokrates, Platon czy Arystoteles, są wojny perskie, podboje Aleksandra Wielkiego, potem długa luka – i Justynian z bazyliką Hagia Sophia, wreszcie lament po upadku Konstantynopola. I takie fragmenty Grecy mają w głowach. Oczywiście są dumni z ateńskiego Akropolu, z teatru Dionizosa, z Epidauros, kreteńskiego Knossos, mają świadomość kontynuacji historycznej, ale ze znajomością tej wspaniałej historii są na bakier. Gdyby zapytać przeciętnego Greka o czasy hellenistyczne, toby pewnie nic nie wiedział.

Jest też z tym dziedzictwem problem, można powiedzieć, techniczny. – To przekleństwo starożytności – opowiada Jacek Fronczak. – Kiedy się coś buduje i zaczyna kopać ziemię, to często się jakąś starożytność wykopie. A to trzeba zgłaszać władzom. Jak się zgłosi, to koniec, zamykają teren, ruszają prace archeologiczne – i klops, 10–15 lat z głowy. Nie będzie nowych pensjonatów, apartamentów, basenów. Więc co robią Grecy? Jeśli wykopią, to zaraz zakopują. Większość przypadków jest niezgłaszanych.

W greckich miastach-państwach narodziła się wspaniała literatura, sztuka i filozofia. Grecy są dumni z tej spuścizny, choć... niewiele o niej wiedzą. (Fot. iStock)W greckich miastach-państwach narodziła się wspaniała literatura, sztuka i filozofia. Grecy są dumni z tej spuścizny, choć... niewiele o niej wiedzą. (Fot. iStock)

Tożsamość narodowa jest mocno u wszystkich Greków rozwinięta. Ale też panują silne topikismoi, czyli miłość do własnego miejsca urodzenia. Kostas przyznaje, że czasem między regionami są kłótnie – walczą między sobą dwa tesalskie miasta Wolos i Larissa, konkurują Ateny z Salonikami. – Saloniki nazwano nawet współstolicą, żeby saloniczan dowartościować. Ale ci i tak narzekają, że w Atenach mają lepiej. Jeśli chodzi o wyspy, to położenie geograficzne narzuca pewną izolację. Tak było już w starożytności – izolacja pewnych regionów wpłynęła na mentalność. Ale kiedy pojawia się wspólny wróg, Grecy się jednoczą. Na co dzień bywają kłótliwi, w drobnych kwestiach są awantury, lubią docinać jeden drugiemu, ale kiedy pojawia się ważna wspólna sprawa, są razem – wyjaśnia.

A poza tym to bardzo gościnny naród. Podchodzą do gościa z otwartym sercem. Na dowód Jacek Fronczak przytacza powiedzenie: – Kiedy widzisz kogoś pierwszy raz, to jesteś ksenos – gość (ale i obcy), drugi – to już filos, przyjaciel, a za trzecim razem to oikogeneia – rodzina.

A Kostas dodaje: – Ja zawsze, kiedy jestem w Grecji, odczuwam pewien rodzaj wolności.

  1. Styl Życia

Kobiety kobietom – projektantka Maja Kotala i jej projekt "Szyjemy razem"

Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi
Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi "Sewing Together" – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznesu. (Fot. materiały prasowe)
Projektantka Maja Kotala zawsze szła za głosem intuicji. A ta kilka lat temu podpowiedziała jej, by udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi „Sewing Together” – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznes.

Byłaś modelką, projektantką, stylistką, reprezentowałaś marki modowe na światowym rynku. Podróżowałaś i często się przeprowadzałaś. Jednak zdecydowałaś się osiąść w Afryce i zająć się pomocą tamtejszym kobietom. Skąd pomysł na taką działalność?
Zawsze na swojej drodze spotykałam niesamowitych ludzi. Swego czasu bardzo pomógł mi Nicholas Huxley – dyrektor szkoły projektowania mody w Sydney. Dał mi szansę, bo zauważył we mnie talent. Dzięki niemu mogłam studiować w Australii. Zdałam sobie sprawę, ile miałam szczęścia w życiu, i odczułam potrzebę, żeby się tym szczęściem podzielić. Wiedziałam, że chcę działać w obszarze dobroczynności, ale też miałam świadomość swoich ograniczeń – domów raczej nie wybuduję, studni nie poszukam... Za to mam doświadczenie w branży modowej i tą wiedzą mogłam się podzielić. Tak powstał program „Sewing Together”, którego celem jest nauka projektowania, szycia i prowadzenia biznesu dla kobiet w Afryce Wschodniej. W 2018 roku wyjechałam do Ugandy, znalazłam odpowiednie miejsce, rok później byłam w Nairobi, ale to Mombasa skradła moje serce i tu z moim projektem zostałam.

Dlaczego wybrałaś Afrykę?
Bardzo ufam swojej intuicji. Czasami przez to wpadam w tarapaty, bo szybciej robię niż myślę, ale zwykle się sprawdza. Kiedy sobie wymarzyłam Australię, to po prostu zaraz po maturze tam wyjechałam. Poczułam, że to jest mi w tym momencie pisane. Do Afryki nie planowałam jechać jako turystka, chciałam czegoś silniejszego i bardziej prawdziwego. Znalazłam tu moje powołanie, czyli pracę charytatywną. W Kenii odnalazłam spełnienie i poczułam się prawdziwą sobą.

Jak działa „Sewing Together”?
Naszym celem jest pomoc kobietom przez naukę zawodu. Uczymy szycia, projektowania, tworzenia szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Dlatego kładziemy nacisk na media społecznościowe, fotografię. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi, pójść za głosem serca, a niekoniecznie odgrywać role narzucone im społecznie. Staram się zaszczepić w nich wiarę i nadzieję w to, że samemu można wiele zdziałać. Można być dobrą matką i żoną, ale też można pracować i się rozwijać.

Kim są twoje kursantki? To głównie młode dziewczyny?
Mają między 19 a 25 lat. Nie jesteśmy szkołą w formalnym tego słowa znaczeniu, ale pozwalamy im zdobyć zawód i nie pobieramy za to opłat. Trzeba zaznaczyć, że w Kenii edukacja jest płatna, więc nie jest dostępna dla wszystkich. Dlatego tak ważne są wszelkie wspierające nas inicjatywy, kooperacje, nasz internetowy sklep charytatywny.

Nawiązałaś też współpracę z polskimi markami. Na czym ona polega?
Współpracujemy z różnymi markami i na różne sposoby. Z eCarla wygląda to tak, że procent ze sprzedaży produktu jest przekazywany na rozwój naszej szkoły. Dla Many Mornings oprócz akcji sprzedażowej stworzyliśmy też kampanię wizerunkową ukazującą piękno kenijskich kobiet. Drugą formą współpracy są działania z Nago, KOKOworld i Pan tu nie stał. Te marki wspierają nas ścinkami ekologicznych materiałów, a my przez kilka godzin w tygodniu szyjemy podpaski wielorazowego użytku, które potem rozdajemy w szkołach. Dla nas istotna jest nie tylko nauka szycia, ale i tego, że warto się dzielić z innymi. Trzecia forma to bezpośrednia współpraca z ludźmi.

– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)

Kiedyś usłyszałam, że pomagać mogą tylko bogaci, ale się z tym nie zgadzam, pomagać może każdy. Jakiś czas temu z Agnieszką Lisikiewicz zorganizowałyśmy inicjatywę „Oddaj piórnik”. Zaapelowałyśmy do polskich mam, żeby podzieliły się przyborami szkolnymi, których tutaj w wielu wioskach brakuje. Miało to bardzo duży i pozytywny oddźwięk w całej Polsce, aż ciężko było te wszystkie dary przetransportować do Kenii. Nawet mały gest ma znaczenie. Jest też druga twarz tych akcji. Poruszamy ważne kwestie społeczne – razem z Nago podjęłyśmy temat miesiączki, który nadal jest tabu, a dotyczy połowy ludzkości. Z kolei akcja z KOKOworld miała pokazać, że wszystkie jesteśmy piękne. Zrobiłyśmy zdjęcia różnym kobietom: Hinduskom, Kenijkom.

Kto może przystąpić do programu „Sewing Together”?
Każda dziewczyna z pasją. Mamy tu na miejscu trochę wybuchową mieszankę, bo w Kenii bardzo ważna jest przynależność plemienna, a nasze kursantki reprezentują różne plemiona. Mają różne temperamenty, różne dominujące cechy, ale uczymy się współpracować.

Była u nas Mariam, młoda matka, którą odrzuciła rodzina, bo zaszła w ciążę przed ślubem. Przyszła, by nauczyć się zawodu i zapewnić sobie i dziecku lepszą przyszłość. Albo Gladys – jej rodzice chcą, by skończyła studia hotelarskie, ale ona tak naprawdę chciałaby szyć, więc wróci, gdy tylko je skończy, na razie była z nami podczas wakacji. Saida – bardzo utalentowana uczennica wyznania muzułmańskiego. Rodzice zabronili jej wyższej edukacji, zatrzymała się na etapie naszego dawnego gimnazjum, więc teraz kształci się u nas. Mamy nadzieję, że niebawem będzie mogła zarabiać swoje pierwsze pieniądze.

Czy można już mówić o jakichś sukcesach?
Sukcesem są nie tylko powstałe kolekcje, ale też to, że udaje nam się działać razem mimo przeciwności. Plan był taki, że miałam na przełomie marca i kwietnia wracać do Polski i przywieźć naszą kolekcję, ale ze względu na pandemię stało się to niemożliwe, więc postanowiłyśmy działać lokalnie. Podjęłyśmy współpracę z miejscowymi restauracjami, w których zorganizowałyśmy tymczasowe punkty sprzedaży typu pop-up shop. To pierwszy krok, żeby zaistnieć na modowym kenijskim rynku i spełnić nasze marzenia. Tych marzeń mamy bardzo dużo, jednak doceniamy wszystko to, co już wspólnie wypracowałyśmy.

Czyli zmieniłyście plan, ale dalej działacie.
Afryka nauczyła mnie właśnie tego, żeby nie poddawać się negatywnym emocjom. W Polsce często się narzeka, właściwie na wszystko, tu w ogóle to zjawisko nie istnieje. Ludzie mają świadomość, że są w trudnej sytuacji, ale nawet w kryzysie, zamiast biadolić, od razu szuka się rozwiązań. Tu nie wybiega się za bardzo w przyszłość. Ten styl myślenia w połączeniu z moją kreatywnością i europejską organizacją powoduje, że bardzo szybko możemy zareagować na różne problemy. Co nie oznacza, że zawsze jest łatwo... Mimo to tutejsza energia sprawia, że chce mi się działać.

Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)

A jak my w Polsce możemy się włączyć w tę akcję? Czy możemy jakoś wspomóc tę ideę?
Zachęcamy do zakupów w naszym internetowym sklepie – mamy kolekcję damską, męską, dziecięcą, sporo lokalnych akcesoriów, biżuterii. Działamy w duchu zrównoważonego rozwoju. Nasze kolekcje powstają z ekologicznych materiałów, produkowanych lokalnie albo z recyklingu. Nowa letnia kolekcja powstała głównie z prześcieradeł, które dziewczyny same farbowały. Dajemy rzeczom drugie życie – tutaj w Kenii to bardzo popularna idea.

Wciąż używasz liczby mnogiej. W twoim projekcie najważniejsza jest chyba ta idea działania razem, czyli właśnie „together”?
Tak! To w grupie jest siła. Poza tym w grupie też jesteśmy w stanie się wiele od siebie nawzajem nauczyć. Nie wiem wszystkiego. Jestem otwarta, ja też wiele się od dziewczyn uczę.

Jakie macie plany na najbliższy czas? Choć oczywiście wiem, jak trudno teraz planować...
Chciałabym rozwijać naszą pracownię. Kupić trzy maszyny, żeby dziewczyny mogły przejść na wyższy poziom, bo na razie mamy tylko jedną maszynę podłączoną do prądu. W przyszłości planuję też pomóc Judy Gitonga – kobiecie, która jest dla mnie ogromnym wsparciem. Miała kiedyś swoją markę, ale z powodu pandemii musiała ją zamknąć. Wypożyczyła nam jednak sprzęt i dziś dziewczyny na nim się uczą. Naszym marzeniem jest, żeby w przyszłości Judy stworzyła miejsca pracy dla dziewczyn. Ja bym kontynuowała działalność dobroczynną, a Judy zajęłaby się stroną biznesową. Jesteśmy również otwarte na kolejne współprace, bo chcemy, żeby o projekcie usłyszało jak najwięcej osób. No i mamy nadzieję, że nasza kolekcja dobrze sprzeda się w Polsce.

Maja Kotala, ukończyła Fashion Design Studio, TAFE Ultimo w Sydney. W 2018 roku stworzyła program edukacyjny „Sewing Together”. W 2020 został otwarty jego pierwszy stacjonarny oddział w Mombasie, czyli Szkoła im. MKotala. Wykształciła już 8 dziewczyn, kolejne 6 jest w trakcie nauki. Ich kolekcje można kupić na stronie www.mkotala.com w zakładce Charity Shop.