fbpx

Marzenie o czystym jeziorze

Właśnie przetrwałaś tydzień bycia wegańską superbohaterką odkrywającą swoją kuchenną kreatywność z ekonomicznym zacięciem. Gotujesz z wielką do siebie miłością i szacunkiem, bo oto kładziesz kres władaniu ignorancji nad swoim umysłem.

Mówisz  o tym koleżance i słyszysz: „weź się uspokój, trzeba jeść wszystko, na co ma się ochotę, byle z umiarem, organizm sam ci podpowiada, czego potrzebuje”. Czysty organizm – owszem, ale uzależniony, pozwalający sobie na wszystko ma trochę jednak nieco zaburzoną sygnalizację.

Niezliczone są moje próby podejścia do weganizmu, które zazwyczaj umierały gdzieś w trasie lub na wspólnych obiadach ze znajomymi. Kapitulowałam tak samo jak alkoholicy nagabywani przez kompanów: „no, ze mną się nie napijesz?”. Tymczasem jeśli faktycznie uwierzysz w swoją wiedzę na temat historii tego, co masz za chwilę skonsumować, z łatwością powiesz zdecydowane „nie”. I na trzecim spotkaniu nikt cię nie zaczepi. Będą jeszcze rzucać się na twoje dziecko: „Nie dajesz jej słodyczy? Odmawiasz poznania smaku mlecznej czekolady?”. Ale Matylda trzęsie się ze szczęścia, żując suszoną morelkę, po co jej żelki z kości? Ona przytula drzewa na spacerze, rozmawia z plastikową świnką w domu i nakrywa ją kocykiem we własnym łóżeczku. Świadomość, że zwierzę trzeba zabić, żeby ona mogła je zjeść, złamałaby jej malutkie serduszko. I tak nie wiem, jak jej wytłumaczę, dlaczego amerykańskie krowy zwane są wołowiną, a ponad połowa światowych upraw żywi te krowy, podczas gdy ludzkie dzieci w biednych krajach umierają na rękach swoich matek. I tak będę musiała powiedzieć jej, że jest bardzo źle, ale wolę dodać na końcu, że nie ignorujemy tych faktów.

80 proc. surowców Ziemi zużywana jest przez zaledwie 20 proc. jej mieszkańców. U mnie w bloku jest ciągle zsyp na śmieci, można sobie posegregować odpady dla zabawy, a potem wymieszać na nowo. Jest naprawdę trudno nie być oprawcą ekosystemu, ale nie marnujmy cennego drewna na rzucanie belek pod nogi tym, którzy jakkolwiek próbują to zmienić. Niezależnie od tego, czy właśnie opracowują swoją taktykę spełniania własnych potrzeb bez potęgowania cierpienia, czy są ważnymi głowami proekologicznych wielkich akcji.

Drodzy przyjaciele, kochanku mój najdroższy, rodzino, czytelnicy, odbiorcy, zmęczeni pytaniami kelnerzy i przyszłe napotkane społeczeństwo, nie oceniam waszych tendencji żywieniowych i konsumpcyjnych. Nie myślę o nich, patrząc na wasze twarze, nie jestem w tej sprawie nawet bliska ideałowi, czasami żenująco upadam, zjadając jakieś produkty wbrew etyce, nie wspomniawszy już o emisji spalin powodowanej wożeniem mojego wygodnego tyłka. Jak to mówi moja babcia, kiedy sobie coś raczej zbędnego kupię: „nie wiesz, na czym ci dupa jeździ”. I ma tu świętą Marianna rację. Staram się to zmieniać stopniowo ku większej integracji odczuć etycznych z faktycznymi zachowaniami. Głównie myślę o sobie i swojej córce, bo jeszcze przez jakiś czas muszę za nią myśleć, żeby ją chronić i wspierać. Chciałabym, żeby za 23 lata, kiedy będzie w moim wieku, miała możliwość popływania w czystym jeziorze i zjedzenia prawdziwego pomidora. Mam też nadzieję, że jej świat nie będzie arką na fali eks-lodowca.

Robię jej morfologię regularnie, wszystko się zgadza, więc jeżeli macie w stosunku do nas dobre intencje, a wiem, że macie, to wspierajcie mnie, proszę, w mojej przemianie albo przemilczcie ten temat.