1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Dlaczego nastolatki sprawiają tyle kłopotów?

Dlaczego nastolatki sprawiają tyle kłopotów?

fot.123rf
fot.123rf
Nie szanują autorytetów, nie słuchają rodziców, nie chcą się uczyć – sprawiają same problemy. I tak właśnie ma wyglądać dorastanie! Światowej sławy pedagog Jesper Juul w rozmowie z Katarzyną Kazimierowską twierdzi, że w ten sposób dzieci mówią swoim rodzicom: „sprawdzam”.

Fora parentingowe pełne są postów zaniepokojonych rodziców. Narzekają, że ich nastolatki to prawdziwe diabły, a oni sami są umęczeni piekłem codzienności w ich towarzystwie. Czy to my mamy problem z nastolatkami, czy to raczej oni mają problem z nami?

Historycznie rzecz ujmując, dzieci zawsze musiały dostosowywać się do życzeń i oczekiwań rodziców. Jeśli tak się nie działo, otrzymywały etykietkę z napisem „trudne” lub „z problemami wychowawczymi”. Dziś młodzież zaczyna szukać własnej drogi dużo wcześniej, co denerwuje i martwi rodziców oraz tworzy relację naznaczoną brakiem zaufania z obu stron. Tymczasem rodzice powinni pamiętać, że wiele zachowań ich dziecka jest rezultatem tego, jak traktowali je przez pierwszych 13 lat życia. Nie chcę sugerować, że rodzice powinni wziąć na siebie nowy, dodatkowy ciężar winy, ale zachęcam do tego, by próbowali ułożyć swoje relacje z dziećmi, póki nie jest za późno.

Po 13. roku życia może być już za późno?

Na pewno jest już za późno na kształtowanie dziecka w sposób, w jaki rodzice chcieliby, żeby było ukształtowane. I im bardziej próbują, tym gorszy przynosi to rezultat. W tym wieku dzieci testują słuszność i przydatność zasad, które przekazali im rodzice – po to, by wypracować swoje. I tu ważny komunikat dla rodziców: nie odbierajcie tego osobiście! To naturalny proces, który potrwa 5–10 lat, dopóki wasze dzieci nie odnajdą własnej drogi. Jedyne, co możecie w tym czasie zrobić jako rodzice, to zminimalizować liczbę konfliktów i zasięg ich rażenia. Ale jest to możliwe tylko pod jednym warunkiem – że uświadomicie sobie i uszanujecie fakt, że nastolatki mają prawo do prywatności. Aby wejść do ich świata, musicie zostać najpierw zaproszeni.

Co siedzi w ich głowach? Co powoduje, że tak często wchodzą w konflikty z rodzicami?

Jedną z najważniejszych rzeczy, o których powinni pamiętać rodzice nastolatków, jest to, że przez 4–5 lat mózgi ich dzieci będą w trakcie rekonstrukcji. Co oznacza na przykład, że ich zdolność przewidywania konsekwencji działań właściwie nie istnieje. Mogą jedynie czynić użytek z doświadczeń i rad swoich rodziców, oczywiście jeśli przez pierwszych 13 lat relacja dzieci–rodzice budowana była na wzajemnym zaufaniu. Ale nawet wtedy młodzi ludzie muszą eksperymentować i kolekcjonować własne doświadczenia, bo to część procesu ich dojrzewania, budowania własnej niezależności i autorytetu. Dlatego kiedy twoje dziecko eksperymentuje, zrób krok do tyłu i poczekaj, dopóki nie będzie gotowe, by podzielić się z tobą swoim doświadczeniem. Im wcześniej będziesz próbować interweniować, w tym większych bólach będzie przebiegał ten proces.

Czyli powinniśmy przygotować się na to, że nasze ukochane dziecko pewnego dnia stanie się okropnym nastolatkiem, który nas nie będzie słuchał, za to będzie przyprowadzał dziwnych znajomych, chodził na randki i zachowywał się jak przybysz z innej planety?

Cóż, wiele z tych rzeczy na pewno się wydarzy, ale na szczęście nie ma takiego prawa natury, które mówi, że w tym okresie musi dochodzić między rodzicami i nastolatkami do wielkich konfliktów. Rodzice nadal są odpowiedzialni za jakość relacji z dziećmi. Nawet jeśli nie byli tego świadomi przez pierwszych 12–14 lat, to nigdy nie jest za późno na zmianę. Natomiast nie powinni oczekiwać, że ich dziecko się zmieni – to oni muszą przejąć stery i zmienić nastawienie oraz kontrolować to, co mówią, żeby stać się na nowo godnymi zaufania.

Jednym z największych problemów wydaje się komunikacja między rodzicami i nastolatkami. Dlaczego tak jest?

W ujęciu tradycyjnym komunikacja między rodzicami i dziećmi jest jednokierunkowa, czyli rodzice mówią, instruują i uczą, a dzieci mają słuchać. I jeśli tak to wyglądało przez pierwszych 12 lat, to nic dziwnego, że rodzice są zdziwieni, kiedy ich nastoletnie dzieci już nie chcą tylko słuchać i oczekują dialogu. One chcą, żeby rodzice je poznali, docenili ich poszukiwania, żeby zobaczyli, jakie one naprawdę są – o czym myślą, co je cieszy, co jest dla nich trudne albo bolesne. Chcą, by rodzice zainteresowali się tym, kim są i kim się stają, a nie tylko tym, kim chcieliby, żeby byli.

Dzisiejsze nastolatki może nie zawsze przestrzegają narzuconych reguł i granic, ale za to są chętne i gotowe przestrzegać tych, które same przyjęły. Moja rada dla rodziców brzmi zatem: zaufajcie wartościom, które przekazaliście swojemu dziecku, róbcie swoje  i bądźcie cierpliwi. To, co wasze dziecko postanowiło sobie przyswoić i uznało za wartościowe dla siebie, dostrzeżecie, kiedy samo zostanie rodzicem.

Jak najlepiej rozmawiać z nastolatkiem o zasadach i granicach? Na przykład, że nie może wyjść w środku tygodnia na imprezę i wrócić po północy, bo na drugi dzień idzie do szkoły.

Małe dzieci poświęcają mnóstwo energii na to, by dostosować się do granic stawianych im przez rodziców lub inne autorytety. W okresie dojrzewania większość nastolatków próbuje już zbuntować się przeciwko nim. Przekaz jest jasny: „Robiłem, co mogłem, by stać się takim dzieckiem, jakie chcieliście mieć, ale teraz jest czas dla mnie, by stać się takim człowiekiem, jakim ja chcę być”. Im mniej rodzice interesowali się budowaniem zdrowej samooceny u dziecka w pierwszych latach jego życia, tym brutalniejsze konflikty ich czekają w jego okresie dorastania. Liczba i siła tych konfliktów nie mają nic wspólnego z dojrzewaniem, odzwierciedlają one po prostu postrzeganie rodziców przez dzieci w trakcie ich dzieciństwa. Na szczęście jest coraz więcej domów, w których konflikty rozwiązuje się dzięki mądrej komunikacji, a rodzice są świadomi, że jeśli oczekują od nastolatków, by przestrzegały ich granic, muszą też szanować odrębność oraz granice stawiane im przez dzieci.

Czasem nastolatkom bliżsi od rodziców stają się ich rówieśnicy i to wśród nich szukają autorytetu.

Dzieje się tak wtedy, gdy dzieci czują, że rodzice nie znają ich tak dobrze, jak oni by chcieli, nie wiedzą albo nie chcą wiedzieć, jacy są naprawdę. Wtedy rady rówieśników bardziej pasują do obrazu siebie, jaki mają lub chcieliby mieć.

W wielu domach największym problemem okazuje się szkoła. Nastolatki nie chcą się uczyć, nie lubią nauczycieli, łatwo prowokują konflikty.

Większość szkół nadal woli mieć uczniów raczej posłusznych niż odpowiedzialnych, przez co w efekcie powstaje podłoże dla konfliktu. To oczywiście nie oznacza, że cała wina leży po stronie nauczycieli. Ja winię system. To on wymaga od nauczycieli takiego podejścia. Na szczęście uczniowie, podobnie jak rodzice, otrzymują wiele wsparcia ze strony mediów społecznościowych, które wzmacniają ich dążenia do przeprowadzenia szeroko zakrojonej reformy edukacji. Nikt nie chce chodzić do szkoły, która przypomina muzeum pełne przestarzałych wartości, zasad i zachowań.

W swoich książkach wielokrotnie pan podkreśla, że dzieci chcą z nami współpracować i są kompetentne, tylko o tym zapominamy. Czy to dotyczy też nastolatków?

Tak, pod wieloma względami. One współpracują zgodnie z planem, który przygotowała dla nich natura. Według tego planu ich zadaniem jest rozwinąć wewnętrzną siłę, która może pochodzić tylko z ich życiowych doświadczeń i podejmowanych prób, by wyciągnąć z życia to, co najlepsze. Część ich zachowań bierze się też z kopiowania zachowań rodziców, a te, jak wiemy, nie zawsze idą w parze z tym, czego uczą dzieci.

Co pan najczęściej zaleca rodzicom nastolatków?

Kiedy dzieci zaczynają dojrzewać, dostajemy od nich pierwszy poważny feedback tego, co osiągnęliśmy jako rodzice. To także ostatnia szansa na to, by zmienić nasze myślenie i zachowanie. Moja rada jest taka, żeby rodzice skorzystali z tej szansy. Niech prowokują swoje nastoletnie dzieci, by te udzielały im jak najbardziej szczegółowych informacji o nich jako rodzicach. Bo choć wszyscy robimy to, co możemy, by sprawdzić się w tej roli, to nie zawsze jest to wystarczające.

Przetrwalnik dla rodzica na czas dorastania

  • Uczciwie przedstawiaj swoje uczucia i opinie, ale nie oczekuj, że druga strona będzie je podzielać.
  • Spójrz na dojrzewanie jako na proces uczenia się dla całej rodziny i szansę dla ciebie oraz twojego partnera, by wzmocnić wasz związek, co przyda się, gdy znów będziecie tylko we dwójkę.
  • Pamiętaj, że dzieci nie myślą i nie działają tylko po to, żeby cię urazić czy się z tobą pokłócić. To, co robią, robią dla siebie.
  • Jeśli nie rozumiesz swojego nastolatka, wycofaj się, ale podziwiaj jego odwagę i kompetencje. Pamiętaj, że on nadal ciebie potrzebuje.
  • Zaufaj sobie oraz temu, co już mu dałaś.
Jesper Juul: duński terapeuta rodzinny, pedagog, autor książek poświęconych wychowaniu dzieci i życiu rodzinnemu, w tym światowego bestsellera „Twoje kompetentne dziecko” oraz najnowszej „Nastolatki. Kiedy kończy się wychowanie?”. Od 40 lat prowadzi seminaria, wykłady i warsztaty dla nauczycieli, rodziców i pedagogów. Założona przez niego organizacja Family-Lab International rozwija jego idee wychowawcze już w 15 krajach

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak rozumieć najbardziej wkurzające zachowania nastolatków?

Konflikt pokoleń to temat stary jak świat, jednak dziś dzieci dojrzewają szybciej niż kiedyś. (Fot. iStock)
Konflikt pokoleń to temat stary jak świat, jednak dziś dzieci dojrzewają szybciej niż kiedyś. (Fot. iStock)
Konflikt pokoleń to temat stary jak świat. Problem w tym, że dziś dzieci dojrzewają szybciej niż kiedyś i już rodzice dwunastolatków muszą stawiać temu czoło. Pedagożka Ewa Nowak zebrała najbardziej irytujące zachowania zbuntowanych nastolatków i wyjaśnia, co one faktycznie oznaczają.

Okres dojrzewania kojarzy się z buntem, hormonami, zmiennymi nastrojami i wiecznymi konfliktami o wszystko. Jednak jego istota to przejmowanie odpowiedzialności. Oba pokolenia widzą ten proces odmiennie, stąd aż tyle napięć. Nastolatki irytują swoich rodziców, którzy są przerażeni – muszą oddać odpowiedzialność nieodpowiedzialnemu (w ich opinii) dziecku. Tak było zawsze, ale świat ciągle przyspiesza, więc dziś między rodzicami a ich nastoletnimi dziećmi jest przepaść mentalna. I młodzi to czują, więc nie dają się wtłoczyć w stare schematy. Gdy więc twój nastolatek doprowadza cię do obłędu, odetchnij i pomyśl, że kiedy w końcu dorośnie, będzie żył w zupełnie innej rzeczywistości niż ty – i musi się do niej przygotować. Zatem może zamiast się wściekać, lepiej poznać, a przynajmniej próbować, świat naszych dzieci, zanim stanie się dla nas całkiem niedostępny...

Oto kilka dość powszechnych zachowań nastolatków wraz z ich przekładem na język dorosłych:

 

Gdy go proszę, żeby na chwilę odłożył komórkę i z nami porozmawiał, on mi mówi, że nie może, bo teraz jest ze znajomymi – nie wiem, jak z nim rozmawiać. On nie odróżnia Internetu od życia

– Piotr z irytacją opisuje zachowanie jednego ze swoich dwóch nastoletnich synów. To chyba najbardziej denerwujące dla rodziców: nastolatki świat realny i wirtualny widzą tak samo. Całe ich życie, wszystkie rodzaje aktywności (nauka, rozrywka, miłość, życie towarzyskie) odbywa się w sieci. Raport SOCIALPRESS „Nowe technologie – bilans zysków i strat” podaje, że 12 proc. nastolatków spędza on-line ponad 8 godzin dziennie. Do tego dochodzi niezrozumiały dla dorosłych syndrom FOMO, czyli lęk przed przeoczeniem informacji. Nastolatki wpadają w panikę na myśl, że miałyby spędzić jeden dzień bez telefonu – fonoholizm dotyczy 36 proc. polskich dzieci w wieku 12–19 lat. Taka jest rzeczywistość tego pokolenia, tymczasem ich rodzice używają mediów głównie jako narzędzi i wciąż chcą jeść obiady w gronie rodzinnym. Dla współczesnych nastolatków to strata czasu.

 

„Jadę z Bartkiem w Bieszczady” – oświadczyła tego lata moja piętnastoletnia córka i jej plan na tym się kończył. Gdy zapytałam, gdzie będą nocować, co jeść i  jak tam dojadą – krzyknęła: „Ty zawsze mi wszystko obrzydzisz! Nie ciągnij mnie w dół!”

– żali się mama piętnastoletniej Justyny. Współczesne nastolatki gardzą planowaniem. Wychowane w poczucie globalnego bezpieczeństwa i dostatku, każde wskazanie realiów traktują jak podcinanie im skrzydeł. Ich interesuje projekt, idea. Nawet niewinne pytania spotykają się od razu z wybuchem agresji. „Z nimi nie da się porozmawiać realnie o niczym” – niepokoją się rodzice. Niektórzy z nich przechodzą na tryb kontaktów poprzez media, bo inaczej – ich zdaniem – do tego pokolenia dotrzeć się nie da.

 

 „Nie ma jogurtu sojowego? To co ja będę jadł?”– szlag mnie trafia, gdy to słyszę. I on to mówi, stojąc od pięciu minut w drzwiach otwartej, wypełnionej po brzegi jedzeniem lodówki 

– wścieka się mama Kacpra. Cechą przyzwyczajonych do kultury nadmiaru nastolatków jest zafiksowanie na konkrecie. Lodówka może pękać w szwach, dla nich, jeśli o czymś zamarzą i tego akurat nie znajdą – nie ma w niej niczego. Nastolatki są skrajnie niecierpliwe, wymagają dokładnie tego, czego pragną, gardząc czekaniem i wszelkimi zamiennikami.

 

„Nie wrzucaj papieru do organicznych, mamo! Na serio aż tak trudno to zapamiętać?” – tak do mnie krzyczy mój dwunastoletni Julek

– mówi jego mama. Młodzi ludzie mają zaszczepioną w szkole świadomość ekologiczną i mimo że nie przestrzegają w domu żadnych zasad czystości, a nawet często nie pomagają rodzicom w niczym – to sprawy ekologii traktują śmiertelnie poważnie i bezlitośnie rozliczają dorosłych z wszelkich potknięć w tym zakresie. „Mój syn krzyczy, gdy wrzucę plastik nie tam gdzie trzeba, a sam bierze prysznic pół godziny i kupuje co trzy miesiące nowe, opakowane w plastik słuchawki” – wzdycha mama Julka. 

 

Ciągłe zmiany, ciągłe potrzeby, ja mam tego już dość. „W tym roku będę chodził na angielski, chiński, tańce, basen, łucznictwo, zajęcia teatralne, mechatronikę...” Mój Kuba chciał akurat w tym roku chodzić na karate, powiedziałam, że jest kimono po starszym bracie. Usłyszałam: „Chyba żartujesz, mam swoje pięćset plus”

– opowiada mama czternastoletniego Kuby. Ponieważ nastolatki wiedzą, że rodzice mają pieniądze, domagają się profesjonalnych strojów i sprzętów nowej generacji. Gdy szybko okazuje się, że kolejne hobby jest nudne, rzucają je bez żadnych wyrzutów sumienia.

 

 „Ale babcia pierdoli”

– to cytat z trzynastoletniej Magdy, dobrej uczennicy, która ma szóstkę z angielskiego, niemieckiego i uczy się chińskiego po lekcjach – język pokolenia Z jest bardzo swobodny. Już nie chodzi o słowa: „zajebisty” czy „dymać”, które kolą nas w uszy, ale wyrażenia z pierwszej ligi wulgarności. Każda generacja w jakiś sposób kontestuje wartości pokolenia rodziców. Chodzenie w rozszerzanych spodniach, długie włosy u chłopaków czy całowanie się na ulicy było kiedyś odbierane tak samo jak dziś słownik nastolatków.

 

Mój syn uważa, że wszyscy są kretynami. Matematyczka to idiotka, dziadek jest głupi, bibliotekarka to nawiedzone babsko

– skarży się tata Antka. To pokolenie nastolatków nie ma zakorzenionego naturalnego szacunku dla starszych. Według nich wszyscy są równi: wiek, doświadczenie, wykształcenie nie mają znaczenia. Nie wierzą w żadne tytuły ani stanowiska. Rodzice nie są w stanie zmusić ich do wizyty u dziadków lub przeproszenia nauczyciela.

 

Moja Majka wróciła ze szkoły i oświadczyła, że zwalniają matematyczkę. Zapytałam kto, myśląc, że chodzi o dyrekcję. Nic podobnego. Klasa Majki ustaliła, że matematyczka ma odejść. Nie dała sobie wytłumaczyć, że oni są w szkole, żeby się uczyć, a nie dobierać sobie nauczycieli. Strasznie się o to pokłóciłyśmy

– wspomina mama kolejnej nastolatki. To pokolenie czuje, że jest silne. Ma media, grupy, portale i jest mocne jak stal. Uważa, że ma władzę, bo ma narzędzia opiniotwórcze. Jest wymagające. Nie da sobie wcisnąć byle czego. Słabych nauczycieli również.

 

„I co z tego, że nie wiem, kim był Jagiełło? Do czego mi się to przyda? Tato, przestań, mam kalkulator. Przecież wszystko jest w sieci. Jakby co, to sobie sprawdzę”

– takie zdania słyszy wielu rodziców. Dzisiejsze nastolatki przyprawiają rodziców o ból zębów swoją wyłącznie pragmatyczną narracją. Jeśli nie widzą w czymś sensu, nie chcą nawet palcem ruszyć, nie zmusi się ich do wysiłku  czy działania w imię sztuki dla sztuki. Oni chcą wiedzieć, do czego im się to przyda.

 

„To nudne, nie będę tego wkuwać” – nasze dzieci mają dwa kryteria oceny: nudne i interesujące, i na tym koniec. Co jest nudne, tego się nie uczą. Kropka

– śmieją się  Hanka i Olaf, rodzice trójki nastolatków. Pokolenie Z jest przyzwyczajone do edurozrywki – nauka ma być przede wszystkim przyjemna. W ogóle życie ma być przyjemne. To dlatego tak ciężko z nastolatkami rozmawiać o czymkolwiek niemiłym, na przykład o konsekwencjach.

 

„Ja mam myć wannę? Weźcie kogoś do sprzątania”– naszej córki nie da się zagonić do żadnych prac

– tata Zuzi spokojnie stwierdza fakty. To pokolenie ma na wszystko rozwiązanie outsourcingowe. Przecież są firmy, ludzie, inni do roboty. Jeśli rodzice chcą się męczyć – proszę bardzo, ale nastolatki nie będą robić niczego, na co nie mają ochoty.

 

Nienawidzę tych jej tekstów przed jedzeniem: „Kiedy będzie obiad? Za dziesięć minut?! To ja zjadam pizzę”. I już sobie odgrzewa 

– mówi tata Julki. Aż tak niecierpliwego pokolenia jeszcze nie było. Wszystko ma być teraz, zaraz, natychmiast, w zasadzie zanim  nastolatki uświadomią sobie swoją potrzebę, powinna już być w trakcie zaspokajania. Sieć przyzwyczaiła ich do tego, że kształtuje ich potrzeby i natychmiast je zaspokaja, więc nic dziwnego, że tacy są.

Choć dorosłym czasem naprawdę trudno to wszystko zrozumieć, nie warto z nastolatkami walczyć. Dużo lepiej przyjąć postawę akceptującą i uczyć się od nich choćby tego, żeby wierzyć w siebie, nie bać się zmian i mieć więcej luzu.

 

  1. Psychologia

Świat nastolatka - wszystko albo nic

Nastolatek, choć krzyczy co innego, chce wtrącania się w jego sprawy. Frustruje go obojętność. (Fot. iStock)
Nastolatek, choć krzyczy co innego, chce wtrącania się w jego sprawy. Frustruje go obojętność. (Fot. iStock)
Nastolatek wyposażony jest przez naturę w uboższe „okulary poznawcze”, widać przez nie głównie dwa kolory: czarny i biały. Czyli albo jest „wspaniale”, albo jest „dramatycznie”. Co może zrobić rodzic? – Jednym z ważniejszych zadań jest przekonanie nastolatka, że świat ma też odcienie szarości, że rzeczywistość da się stopniować – mówi psychoterapeutka Agnieszka Binkul.

Szkoła to stres, tak powie każdy nastolatek. Jak zmniejszyć stres w szkole, a może wcale nie należy próbować? Może stres w szkole to element socjalizacji, a nauka radzenia sobie z nim to jedna z funkcji szkoły?
Stres szkolny trzeba uznać za normę. Nie ma szkoły bez stresu i sądzę, że niemożliwe i niekorzystne byłoby jego całkowite wyeliminowanie. Bo szkoła jest jednym z pierwszych ważnych poligonów, które kształtują naszą tolerancję na stres. A umiejętność tolerowania i radzenia sobie z nim jest czymś absolutnie niezbędnym i bezcennym w dorosłym życiu.

Jakie są podstawowe źródła stresu w szkole? Prawdopodobnie my, rodzice, nie znamy wielu z nich...
Należy zacząć od tego, na co nakłada się szkolny stres nastolatka, bo on pada na specyficzny grunt. Po pierwsze, typowym dla tego okresu rozwojowego mechanizmem jest skrajność w postrzeganiu i przeżywaniu świata. Dorosły niuansuje rzeczywistość, relatywizuje, odnosi się do szerszej perspektywy doświadczeń. Nastolatek ma uboższe „okulary poznawcze”, widać przez nie głównie dwa kolory: czarny i biały. Niewiele jest pomiędzy.

Po drugie, nastolatek debiutuje w roli „dorosłego”, kogoś, kto zaczyna sam radzić sobie z niepokojem. Rodzic nadal powinien wspierać i pomagać, ale jego rola w tym wypadku jest już inna – wcześniej całkowicie „opiekował się” stresem swojego dziecka. Nastolatka powinien raczej wzmacniać, towarzyszyć mu.

Po trzecie, nastolatek przeżywa konflikt, bo wciąż ważne są dla niego sposoby rozumienia świata oraz wartości rodziców, ale równie ważne zaczynają stawać się już te jego własne oraz te, które obserwuje u grupy rówieśniczej.

Kolejnym elementem jest proces kształtowania się poczucia tożsamości, obrazu siebie. To wszystko jest ekstremalnie trudne, tworzy chaos. I teraz proszę sobie wyobrazić, że będąc w takim stanie, ma pani zdać ważny egzamin czy zmienić szkołę... Dla nastolatka często życie dzieli się tylko na dwie kategorie: „ideał” i „porażka”. Nie zna kategorii „wystarczająco dobre”, więc jeśli wybiera sobie dziesięć szkół i trafia do trzeciej z listy marzeń, czyli całkiem dobrze – dla niego często to porażka na całej linii.

Stąd tyle łez, które mogliśmy niedawno obserwować wśród młodzieży podczas egzaminów do liceów…
W rzeczy samej! I stąd liczne intensywne, emocjonalne dramaty nastolatków, które bezradni rodzice obserwują na co dzień. Czasem kompletnie nie mając pojęcia, co się dzieje. Bo tych stresów wokółszkolnych jest mnóstwo. Nie chodzi jedynie o kwestie związane z samą nauką. Ogromnej porcji stresu dostarczają relacje z rówieśnikami, budowanie, czasem trudne, pozycji w grupie. Jest wiele subtelności i drobiazgów, które dorosłym wydają się błahe, a dla dziecka są szalenie ważne. Nastolatek ma tendencję do fiksowania się na jednej sytuacji i budowania wokół niej swojego widzenia świata czy tego, kim jest. Często sam nie rozumie, dlaczego akurat tej jednej sytuacji przypisał tak ogromną wagę. To może być wypowiedziana na korytarzu, nawet w żartach, aluzja dotycząca wyglądu czy marki butów. Trudno przewidzieć, czego „chwyci się” lęk nastolatka i wokół czego będzie się nakręcał. Pracowałam z dziewczyną, która nie mogła pogodzić się z tym, że nie będzie miała możliwości, by zagrać w popularnym wśród młodzieży serialu. Nie będzie mogła, bo serial już powstał… Przytaczam ten przykład po to, by pokazać, że często naprawdę nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, co może być źródłem stresu dla naszego dziecka, które jest w intensywnym procesie kształtowania się własnej tożsamości.

I to nie znaczy, że nie znamy własnego dziecka, czyli… że jesteśmy złym rodzicem.
Nie musimy wiedzieć, nie musimy zgadywać. Zresztą nastolatek niekoniecznie oczekuje, że rodzic będzie wszystko wiedział.

A czego oczekuje?
Uważności, skupienia się na nim. To znaczy, że niekoniecznie trzeba wiedzieć, co dokładnie boli, ale wspólnie z dzieckiem zastanawiać się, szukać znaczenia tego symbolu, bo problem jest zwykle symbolem czegoś. Nastolatek czasem sam nie wie, co go boli najbardziej. Zajmując się takim – według nas – absurdalnym, kłopotem, możemy mimochodem go zbagatelizować, pomniejszyć jego znaczenie. Nam łatwo powiedzieć: „Czym ty się przejmujesz?!”. Ale zapominamy, że biologia umieściła w tym czasie nasze dziecko na rozwojowej bombie emocjonalnej.

Czynniki zewnętrzne również mu nie służą. Właśnie obserwujemy efekty reformy szkolnictwa. Jest ogromna grupa dzieci, które nie trafiły do szkoły swoich marzeń, czyli – w ich rozumieniu – są na dnie. Co może zrobić w takiej sytuacji rodzic? Jak tłumaczyć, jak pocieszać, jak pomóc?
Spróbować zamortyzować ten „upadek”. Warto, by rodzice unikali pewnej grupy komentarzy, typu: „Jak nie będziesz się dobrze uczył, to trafisz do kiepskiej szkoły i będziesz zamiatał ulice”. Zdarza nam się wypowiadać takie kwestie, które biernie przyswajane są przez całe wczesne dzieciństwo, a w okresie dorastania ten magazyn uwewnętrznionych komunikatów otwiera się i wzmacnia sposób myślenia na zasadzie „Wszystko albo nic”. I jeszcze trudniej wytłumaczyć dziecku, że trzecia czy czwarta szkoła z listy nie jest końcem świata.

A jak dokładnie amortyzować ten „upadek”?
Nie należy mówić: „Nic się nie stało”. Mamy taki odruch – chcemy ochronić, ratować. Ale to komunikat, który jest w tak dużej sprzeczności z tym, co dziecko czuje, że nie przyniesie dobrego efektu. Lepiej powiedzieć: „Przykro mi, wiem, jak to było dla ciebie ważne”. Można dodać: „Czasami układa się inaczej, niż pragniemy. Pewne rzeczy zależą od nas, niektóre nie”. Można podzielić się własnym doświadczeniem, przytoczyć jakąś swoją połowiczną wygraną i opowiedzieć, że to nie przełożyło się na całe dalsze życie, bo różne są drogi dochodzenia do celu…

Czyli pokazać odcienie szarości?
Tak, to w ogóle jedno z ważniejszych zadań dla rodzica nastolatka – przekonać go, że życie ma więcej kolorów niż te jego dwa. A najważniejsze jest zbudowanie w dziecku poczucia, że ich więź jest bezpieczna, że ono jest dla rodzica ważne jako osoba i niepowodzenia nie mają wpływu na kształt ich relacji. Powtarzanie tego w trudnych momentach ma szczególne znaczenie.

Ale z tym też można pewnie przesadzić?
Chodzi o to, by podkreślać wartość dziecka wynikającą z jego istnienia, a niekoniecznie osiągnięć, ale to nie może być „ślepe”, musi się odwoływać do rzeczywistości. Jeśli dziecko mało się uczy, należy się do tego odnieść: „Masz potencjał, szkoda, żebyś go nie wykorzystał, mógłbyś mocniej przyłożyć się do nauki i cieszyć się sukcesem, na który zasługujesz”. Chodzi o to, by wszystko, co mówimy dziecku, odnosiło się do stanu faktycznego, by nie była to afirmacja bez podstaw. Bo wtedy pod tym chwaleniem powstaje pustka i podbudowanie dziecka będzie bardzo kruche.

Już wiemy, że stres jest niejako wpisany w okres szkolny i dobrze, bo to ma swój cel, ale co my, rodzice, możemy robić dla dziecka na co dzień, by je wspierać, by ten stres utrzymywał się na „stosownym” poziomie? Znam nauczycielkę, która podczas zebrań powtarzała rodzicom, że ich zadanie to zadbać o takie rzeczy, jak: dobry, długi sen, wartościowe odżywianie.
To ma duże znaczenie. Jeżeli człowiek jest w kryzysie, a tak możemy określić czas dorastania, trudno jest okiełznać lęki, smutek, wówczas ważne staje się wdrożenie takiego planu podstawowego, który pozwala łagodzić objawy stresu na poziomie ciała. Ten plan to dbanie o pierwotne funkcje, czyli sen, dietę, aktywność fizyczną. To przekłada się na większy spokój umysłu. Opieka nad ciałem, kiedy nie da się okiełznać myśli, przynosi ulgę.

A jak dziecko motywować? Wspomniała pani o „zamiataniu ulic”, o tym, że strach nie jest dobrą motywacją. A co nią jest?
Pisanie scenariusza o kiepskiej przyszłości nie jest dobrą motywacją, bo upewnia dziecko w przeświadczeniu, że świat jest czarno-biały. A rodzic jest od pokazywania szarości. Trzeba rysować pozytywne obrazy, mówić o szansie, jaką daje nauka, odnosić się do jego mocnych stron, można wspomnieć o niewykorzystaniu potencjału, ale bez straszenia. Pod czarnym scenariuszem zwykle są dobre intencje rodzica, ale znacznie lepiej wzbudzić apetyt na sukces niż straszyć wizją porażki.

Rozumiem, że wskazywanie na innych, którzy dobrze sobie radzą, też nie jest dobrą motywacją.
Porównywania nikt nie lubi. Tworzymy w ten sposób dwie kategorie ludzi: lepszych i gorszych, a dziecko ma zdecydować, do której grupy będzie należało. Lepiej wskazywać, że ścieżek w życiu jest tyle, ilu ludzi, że każdy ma własną drogę, a od nas w dużej mierze zależy, na ile ona będzie kręta. Ale – to ważne – potknięcie nie oznacza, że nie możemy dotrzeć do celu. Na końcu musi być happy end, bo dziecko w okresie dorastania przepełnione jest przede wszystkim lękiem.

Oczywiste jest, że każdy „normalny” rodzic chce dziecko wspierać, ale musi też umieć nie odpuszczać.
Znalezienie granicy między wyśrubowanymi oczekiwaniami a odpuszczaniem kontroli to kluczowa kwestia. Tym bardziej że dziecko często nie chce usłyszeć od nas: „Nie martw się, będzie jak będzie”. Ono chce – nawet jeśli wykrzykuje coś odwrotnego – naszego wtrącania się w jego naukę, w jego sprawy. Potrzebuje, aby rodzic pytał, przypominał, mobilizował. Bywa to frustrujące, co wyrażają buntem, ale jeszcze większą frustrację rodzi w nich obojętność. Umawiamy się na coś z nastolatkiem, na przykład: ważne jest, żebyś nauczył się angielskiego, dlatego uczysz się godzinę dziennie, będę tego pilnował, nie odpuszczę. Czyli stawiamy granicę z zewnątrz w nadziei na to, że z czasem dziecko samo przejmie tę funkcję. I tak jak rodzic dbał o niego, będzie dbało o siebie.

Mam wrażenie, że żyjemy w świecie, w którym dziecko jest tak dalece pierwszoplanowe, że zapominamy o sobie. Okres dorastania jest trudny dla nastolatka, ale dla rodziców trochę przypomina chodzenie po polu minowym…
Nawet nie trochę! Nasze uczucia także są ważne. Wiadomo, że jako dorośli mamy zdolność, by pomieścić w sobie emocje, kiedy dziecko nas atakuje, złości się, podważa nasz autorytet, ale tego nie należy znosić ze stoickim spokojem i bez końca. Rodzice czasem wpadają w pułapkę – nie chcą go dodatkowo frustrować, wycofują się. Nie da się nie frustrować nastolatka, powiedzmy to sobie jasno. Rodzic nie może bać się bycia stanowczym, kiedy chroni zasady i wartości, które uważa za ważne. Wtedy mówmy: „Nie. I kropka”. Tym bardziej że – znowu – dziecko, choć wyraża coś innego, często oczekuje od nas tego „nie”. Dom z nastolatkiem to zwykle tygiel emocji. Nie da się uniknąć frustracji, lęku, stresu. Próby „wyzerowania” tych stanów są utopią, ale można się nimi mądrze zaopiekować, nie zapominając, że liczy się również nasz stan ducha!

Agnieszka Binkul, psycholożka i psychoterapeutka, od 2004 r. prowadzi psychoterapię młodzieży i dorosłych. Pracuje  w Warszawskim Ośrodku Psychoterapii i Psychiatrii.

  1. Zwierciadło

Zdrowe, orzeźwiające wody smakowe, które podnoszą poziom energii – nie tylko na piknik

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki
5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Pysznie i energetycznie to dwa słowa, którymi z powodzeniem można opisać każdą z moich wiosennych wód. Od ciebie zależy, którą wybierzesz, a i tak każdy wybór będzie właściwy.

Składniki:

  • grejpfrut (1 sztuka mała - 220g)
  • cynamon (laska)
  • rozmaryn (2 gałązki)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Grejpfruta nie obieramy, jedynie szorujemy porządnie szczoteczką pod bieżącą wodą. Pokrojonego w plastry wrzucamy do dzbanka. Dodajemy gałązki rozmarynu i laskę cynamonu. Całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Pozgniatamy wszystkie składniki drewnianą łyżką i dokładnie mieszamy. Po dziesięciu minutach woda smakowa jest już gotowa.

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki 'Zdrowe wody')5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")

Składniki:

  • cytryna (1 sztuka duża - 130g)
  • mięta cytrynowa (11 świeżych listków)
  • pokrzywa (11 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Cytryna chociaż wcale nie jest liderem wśród cytrusów pod względem zawartości witaminy C, to bogata jest w witaminy z grupy B, potas, wapń, o czym nie każdy wie. Oczywiście dzięki zawartej w niej witaminie C moja orzeźwiająca woda smakowa ma moc energetyzującą, natomiast dzięki witaminom z grupy B, takim jak B3, czyli niacynie i witaminie B6, czyli pirydoksynie, usprawnia pracę układu nerwowego i wzmacnia układ immunologiczny. Zalecam celebrowanie święta cytryny nie tylko pod koniec zimy w miasteczku Mentona, ale dużo, dużo częściej.

Składniki:

  • kawa (2 łyżeczki mielonych ziaren)
  • grejpfrut (1/3 sztuki - 90g)
  • limonka (1 sztuka - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Kawa znalazła się w mojej wodzie smakowej nie tylko ze względu na zawartość kofeiny. Oczywiście jej właściwości pobudzające są najbardziej znane, co nie oznacza, że kawa nie może się też pochwalić innymi. Pozwólcie, że wymienię niektóre jeszcze przed wypiciem mojej wody smakowej: poprawia perystaltykę jelit, wzmacnia pamięć, przyspiesza metabolizm. Nie wymieniając dodatkowo zalet grejpfruta, limonki i mięty, czyli reszty składników mojej mieszanki, zapewniam, że jest to woda smakowa bardzo zdrowa.

Składniki:

  • zielona herbata (2 łyżeczki suszu)
  • pomarańcza (1/2 małej sztuki - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Do dzbanka wsypujemy zieloną herbatę i zalewamy średniozmineralizowaną wodą o temperaturze 80 stopni. Czekamy, aż napar wystygnie i dodajemy listki mięty i plastry pomarańczy. Mieszamy całość drewnianą łyżką, rozgniatając plastry pomarańczy, a po chwili woda smakowa jest już gotowa.

Składniki:

  • czarny bez (2 łyżki soku z owoców)
  • ogórek gruntowy (3 sztuki - 90g)
  • mięta zwyczajna (6 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Ogórki myjemy pod bieżącą wodą i kroimy je w plastry, nie obierając ze skórki. Pokrojone warzywa wrzucamy do dzbanka i wlewamy dwie łyżki stołowe bezcukrowego, ekologicznego soku z czarnego bzu. Dodajemy listki mięty i całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Mieszamy składniki drewnianą łyżką. Woda smakowa jest gotowa po 10 minutach od zamieszania.

Zdjęcia z książki „Zdrowe wody. Pyszne wody smakowe i izotoniki” Anety Łańcuchowskiej-Jeziorowskiej. Więcej przepisów na wody na każdą porę roku znajdziecie w książce dostępnej w naszym sklepie internetowym.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas.
Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła?
Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka?
Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność?
Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką?
Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana?
Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi?
Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową.
Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej?
Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie?
To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała?
Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz?
Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu?
Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie?
Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza.
Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi?
Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia.
Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim?
Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu?
Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”?
Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda.
Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne?
Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę?
Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi?
Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata?
Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.

  1. Zwierciadło

Karolina Gruszka - odrobina normalności

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
Film „Złotokap”, w którym możemy ją oglądać, jest dla niej wyjątkowy z wielu powodów. Także dlatego, że to jeden z pierwszych projektów, w których wzięła udział po przerwie. Karolina Gruszka potrzebowała jej, żeby wrócić do najważniejszych w życiu pytań.

Jak tam pani islandzki? Jest pani w stanie porozumieć się w tym języku?
Mamy tę wspaniałą umiejętność, żeby rzeczy akurat nam niepotrzebne wyrzucać natychmiast z pamięci, i w tej chwili trudno byłoby mi cokolwiek sobie z islandzkiego przypomnieć. Natomiast rzeczywiście był taki moment, kiedy zaczęłam mieć przyjemność z używania go w ramach roli. Na planie słuchałam, jak rozmawiają inni, zaczynałam rozumieć z kontekstu pojedyncze zdania. Już wcześniej miałam podobne doświadczenia. Tak mi się w życiu zawodowym zdarzyło, że dosyć dużo grałam w innych językach, i to bardzo różnych, łącznie z uzbeckim, kazachskim. I kiedy się już przekroczy pewną granicę i człowiek przestaje się zastanawiać, jak co wymówić, dostrzega się, że język wchodzi w ciało, że ma swoją energię, każdy zupełnie inną.

Swoją drogą, kiedy decydowałam się na tę rolę, nie wyobrażałam sobie, ile to będzie pracy. Wiele zawdzięczam Jackowi Godkowi. Jacek jest tłumaczem literatury islandzkiej na polski, a jednocześnie – z wykształcenia – aktorem. Uczył mnie zasad fonetyki, tłumaczył, jak się czyta specjalne znaki z alfabetu islandzkiego, jak i gdzie kładzie się akcenty. Czytał na głos wszystkie moje kwestie z filmu, a później słuchał, jak czytam je ja. Dalej pracowałam sama, ale bez tych spotkań nie dałabym rady.

Była pani kiedykolwiek wcześniej w Islandii?
Nie. I miałam o niej trochę inne wyobrażenie.

Jakie?
Kojarzyła mi się magicznie, bajkowo, a okazała się dużo bardziej surowa i bardzo w tej swojej surowości piękna. Kręciliśmy zeszłego lata, trafiłam na białe noce. Organizm czuje się z początku niepewnie, ale jeśli o mnie chodzi, sprawdziłam to już wcześniej w Petersburgu, mogę w takim trybie bez problemu funkcjonować. Trafiłam też na piękną pogodę, sami Islandczycy byli zaskoczeni. Ta piękna pogoda oznaczała 19 stopni Celsjusza i trochę słońca na przemian z deszczem [śmiech].

Po zakończeniu zdjęć dojechała do mnie rodzina, mąż z córką, wynajęliśmy samochód, bo po Islandii trudno poruszać się inaczej, i ruszyliśmy przed siebie. Wybrzeże to jednak bardzo turystyczne rejony, we wszystkich tych miejscach, które kojarzymy z pocztówek i filmów dokumentalnych, jak choćby w Blue lagoon [uzdrowisko na półwyspie Reykjanes – przyp. red.] o każdej porze dnia i nocy jest taki tłok, że traci się z bycia tam całą przyjemność. W pewnym momencie odpuściliśmy i pojechaliśmy bardziej w głąb lądu. Odkrywały się przed nami przepiękne krajobrazy – te wszystkie parujące gorące źródła, dzikie konie, które galopują gdzieś na horyzoncie, zastygła lawa, do której moja ośmioletnia córka podchodziła najpierw niepewnie (z początku w ogóle była zaskoczona tym, że jest tak pusto i zimno), a potem ją pokochała i po której chodziła w tę i z powrotem. Krajobraz na wyspie jest monotonny, nie ma tylu bodźców, i to jest właśnie piękne, działa medytacyjnie.

Zastanawiam się, czy przypadkiem nie jest pani pierwszą znaną polską aktorką, która zagrała w islandzkim filmie.
Ragnar [Bragason – przyp. red.] nakręcił „Złotokap” na podstawie swojej sztuki, przez lata wystawianej, zresztą z wielkim sukcesem, w Rejkiawiku. Polaków na Islandii mieszka bardzo dużo, to najliczniejsza grupa cudzoziemców, chyba 10 proc.populacji całego kraju, w związku z czym w sposób naturalny pojawiamy się też w tekstach literackich. Moja bohaterka Daniela też jest z Polski i Ragnar szukał do tej roli Polki.

Zwrócił się do swoich polskich znajomych, kto to mógłby być, podrzucili mu parę propozycji, filmy, zdjęcia, i upatrzył sobie mnie. Właściwie nie miałam żadnego castingu, przeczytałam scenariusz, tekst był świetny, a potem Ragnar przyjechał do Warszawy, żebyśmy mogli się poznać i porozmawiać. Przegadaliśmy pięć godzin w kawiarni na Nowym Świecie.

Doświadczenie pracy z nim było bardzo ciekawe, przekonałam się, jaką ma miłość do aktorów. Ale też parę rzeczy mnie zaskoczyło. Kinematografia islandzka jest stosunkowo młoda, właściwie pokolenie Ragnara to pierwsze pokolenie islandzkich filmowców, którzy regularnie kręcą filmy w swoim kraju. I to widać. Widać, że jest w nim coś z pioniera. Jak powstawało ujęcie, Ragnar wołał wszystkich – pierwszy raz mnie coś takiego spotkało – do monitora i mówił: „No, zobaczcie! Zobaczcie, jak fajnie wyszło!”. To nie było tak, że byli zupełnie bezkrytyczni, jeśli było trzeba, oczywiście, powtarzali scenę. Najpierw myślałam: „Boże, co tu się w ogóle dzieje!?”. A potem doszłam do wniosku, że to w sumie super. Ta radość, że jest się na planie.

Uważa pani, że „Złotokap” to komedia?
Raczej tragikomedia, nie chciałabym zdradzać, w jakim stopniu „tragi-”. Rozmawiałam o tym z reżyserem i, jak rozumiem, Daniela pełni w całej tej historii funkcję w pewnym sensie terapeutyczną. W scenariuszu potrzebny był jakiś kontrapunkt, odrobina normalności w kontraście z ostrymi, wyrazistymi rolami innych.

Film rozprawia się z uprzedzeniami Islandczyków. To jednak mały naród, wyspiarski, problem nieufności wobec obcokrajowców, szczególnie w środowiskach mniej uprzywilejowanych, jest dostrzegalny. Przy okazji reżyser zwraca też uwagę na coś, co jest podobno w Islandii dość powszechne. Ponieważ świadczenia społeczne są tam wysokie – jeśli jesteś chory, dostajesz od państwa dużo pieniędzy – nagminne jest symulowanie i wyłudzanie zasiłków. Główna bohaterka filmu symuluje swoją chorobę i wmawia liczne choroby swojemu synowi Unnarowi. Matkę i syna łączy bardzo toksyczna relacja. On próbuje się z niej wyrwać, a Daniela, którą gram i w której Unnar się zakochuje, jest szansą na życiową zmianę. Ten wątek toksycznego układu matka – syn, nawet jeśli jest w filmie celowo przerysowany, wydaje mi się dość uniwersalny. Chyba każdy z nas próbował uciec od niektórych przekazywanych z pokolenia na pokolenie wzorców. A potem ani się obejrzysz i wpadasz w to samo. Trudno jest uciec od schematów, w których dorastamy.

Zagrała pani emigrantkę, Daniela mieszka w Rejkiawiku od lat. Pani też ma za sobą podobne doświadczenie. Swój kilkuletni pobyt w Rosji nazywała pani emigracją?
Nie nazywałam sobie tego emigracją, bo też nigdy nie podejmowałam takiej decyzji, jaką – wyobrażam sobie – musiała podjąć Daniela. Mój wyjazd był związany z moim życiem uczuciowym, ale także zawodowym, nie miałam planu, żeby tam zostać na stałe, ale też nie zakładałam, że nie zostanę. To się zdarzyło spontanicznie i organicznie. W Rosji nie czułam się u siebie, ale bycie kimś „nie stąd” było przyjemne i szalenie ciekawe. Trafiło na taki moment, kiedy jeszcze wydawało mi się – do tej pory tak myślę, ale wtedy było jednak inaczej, bo jeszcze nie miałam córki – że wszystko może się wydarzyć i że ja mogę żyć wszędzie, tymczasem spróbuję żyć tam.

Pierwsze role po rosyjsku zapamiętywała pani jak tę po islandzku?
Wcześniej coś tam już w Rosji grałam, ale albo byłam dubbingowana, albo grałam Polkę, która kaleczyła język. Tak naprawdę pierwszą dużą rolę po rosyjsku zaproponował mi mój mąż w „Tlenie”. Skok na głęboką wodę, bo miałam do zagrania wielki monolog, tekst „podawany” bardzo szybko i bardzo rytmicznie. Świetny sposób na uczenie się języka, zrobiłam ogromny postęp. O ile wcześniej, kiedy Iwan tłumaczył mi, co to za rola, rozumiałam z tego, co do mnie mówił, z jedną trzecią, i to jak dobrze się skupiłam i dopowiedziałam sobie resztę z jego gestów i mowy ciała, o tyle po okresie przygotowań do „Tlenu” byłam w stanie zrozumieć więcej niż połowę.

A teraz?
A teraz zdarza mi się nieświadomie przechodzić z polskiego na rosyjski, łapię się na tym, że myślę po rosyjsku. To mój drugi język, mimo że poznałam go dopiero w wieku 27 lat. Mam delikatny akcent, ale jak się skupię, mogę go nie mieć. Chociaż zwykle nie ma to znaczenia. Inaczej niż u nas, gdzie zaśpiew ze Wschodu brzmi dla Polaków czasem śmiesznie, dziecinnie. Rosjanie zwykle lubią, jak ktoś mówi z polskim akcentem, uważają, że ma to wdzięk.

Z reżyserem Iwanem Wyrypajewem tworzycie rodzinę. Wasza córka mieszkała z wami najpierw w Rosji, teraz tutaj. Maja zadaje już pytania o to, skąd i kim jest?
Właśnie niedawno zaczęła przejawiać zainteresowanie tym tematem. Pyta nas na przykład, na ile jest Rosjanką, a na ile Polką.

Co odpowiadacie?
Że tu nie ma odpowiedzi. Widzę, że ona ma te dwie mentalności, dwie kultury we krwi, krwiobiegu, w swojej wrażliwości, i nie widzę sensu dopatrywania się, którą bardziej. Siłą rzeczy teraz silniej czuje się związana z Polską, bo tu mieszkamy, tu ma swoich przyjaciół, chodzi do szkoły. Zresztą do szkoły brytyjskiej, więc to też daje dodatkową perspektywę. Miałam duży problem, co zrobić po przedszkolu, nie jestem fanką naszego systemu edukacji. Z początku trochę się bałam, że to wprowadzi jeszcze chaos, ale system brytyjski zakłada naprawdę fajne podejście do dziecka, teraz w czasie pandemii miałam okazję przyjrzeć się temu jeszcze bliżej i jestem pod wrażeniem.

Uważa pani, że pokolenie naszych dzieci jest bardzo różne od naszego? Że oni już zawsze będą obywatelami świata w odróżnieniu od nas, dzieci z kompleksem PRL-u?
Zgadzam się, że to nowe pokolenie jest zupełnie inne. Moja córka ma tylko osiem lat, a mam wrażenie, że i ona, i jej rówieśnicy są pod pewnymi względami o wiele bardziej świadomi niż my. Że to nie tylko obywatele Polski, Europy czy nawet świata, ale jeszcze szerzej, mieszkańcy planety. To mnie napawa optymizmem, czuję, że oni będą inni niż my, może mniej lekkomyślni.

A wracając do pani pytania – nie jestem pewna, czy kompleks dziecka PRL-u kiedykolwiek mnie dotyczył. Chyba już jednak nie. Wydaje mi się, że jestem z pokolenia, przed którym nagle otworzyło się mnóstwo możliwości, ale że jednocześnie wokół nas panował straszny chaos, brakowało nam punktu oparcia. Wszystko przesiąknięte było postmodernistycznym przekonaniem, że każdy ma swoją prawdę, co skutecznie blokowało poszukiwania duchowe i sprzyjało tendencjom narcystycznym.

To pokolenie bez autorytetów, bo autorytety, nawet jeśli były, bardzo często były podważane i deprecjonowane. Podstawowe pytanie: Kim właściwie jesteśmy w tym świecie? A o tym się raczej nie rozmawiało, jakby nie było takiej potrzeby, jakby się nie wiedziało, co to w ogóle znaczy i do czego jest nam potrzebne. Być może dlatego teraz jesteśmy tak bardzo uwięzieni w sporach polityczno-społecznych, tak bardzo brakuje nam szerszej perspektywy, bo nie nauczyliśmy się patrzeć na świat inaczej niż przez pryzmat swojego ego.

Sfera duchowa zawsze była dla pani tak samo istotna?
Pamiętam całe lata swojego życia, kiedy czułam, że mam potrzebę czegoś, ale nie wiem czego. Nie tyle nie znajdowałam odpowiedzi, co nie potrafiłam nawet dobrze zadać pytań. Moment, kiedy zaczęłam w ogóle przeczuwać, w którą stronę chcę iść, to właśnie wyjazd do Rosji. Po pierwsze dlatego, że tam takie kwestie są bardziej żywe, na porządku dziennym. To coś, o czym się po prostu rozmawia. W Rosji trafiłam też na odpowiednie książki, zaczęłam medytować, uprawiać jogę trochę w innym wymiarze, niż uprawiałam w Polsce. Wcześniej joga miała dla mnie raczej charakter, nie chcę powiedzieć fitnessowy, ale na pewno bardziej siłowy, fizyczny. I nagle się okazało, że chodzi o coś dużo więcej. To było 13 lat temu, a ja nadal mam potrzebę, żeby wracać do pytania, dokąd idę. Zdarzają się w moim życiu takie złote okresy, że wydaje mi się to oczywiste. Ale są i takie, że się gubię i codziennie, mozolnie muszę to sobie przypominać.

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists) (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)

To jest dla pani przełomowy rok?
Ze względu na to, że kończę 40 lat?

Na przykład.
Oczywiście, nie wiem, jak zareaguję na swoją czterdziestkę z takiego czysto kobiecego punktu widzenia, koleżanki snują na ten temat różne teorie [śmiech]. Będę się temu przyglądała. Na razie nie mam poczucia, że to jakiś przełomowy moment.

Z wiekiem staje się pani bardziej sentymentalna?
Myślę, że przeciwnie, coraz mniej, i to mi się w sumie podoba. Jakiś czas temu zrobiłam porządki według japońskiej metody Marie Kondo, która radzi, żeby wyrzucić to wszystko, co się trzyma tylko dlatego, że ma wartość sentymentalną. Ja miałam całą skrzynię pamiątek. Starą, wielką, miałam w niej wszystko poukładane: jakiś liścik od przyjaciółki z czwartej klasy podstawówki, plastikowy pierścionek, który dał mi pierwszy chłopak, karteczki, zapiski, zdjęcia. I kiedy się tego wszystkiego pozbyłam, rzeczywiście poczułam się tak, jakby ktoś zdjął ze mnie wielki ciężar. Nie chodziło mi o to, żeby odciąć się od przeszłości. To raczej proces uwolnienia, oczyszczania swojej przestrzeni, w wyniku czego powstaje więcej miejsca na to, co jest teraz.

Radykalny krok. Ale może celem jest tu pozbycie się przedmiotów, ale wszystko, co wiąże się z naszą przeszłością, zostawiamy sobie w pamięci i głowie?
Oczywiście, wspomnienia pozostają, one są ciekawe, ważne, bywają piękne, bywają przejmująco smutne, ale rzadko mnie rozczulają. Nie tęsknię za przeszłością.

O, dzisiaj na przykład wydarzyło się coś takiego – odwiedziłam szkołę teatralną właściwie pierwszy raz po 17 latach, odkąd ją skończyłam. Był kręcony program na temat całego naszego rocznika, do udziału w którym też zostałam zaproszona. Przechadzaliśmy się po korytarzach, patrzyłam na fragment naszego dyplomu. I bardzo trudno było mi przywołać siebie z tamtego czasu. To znaczy pamiętam mniej więcej, co wtedy myślałam, ale nie bardzo już poznaję tamtą siebie. Jeden z moich kolegów z roku, znany aktor, powiedział, że czuje się tak, jakby te nasze studia były dopiero co, jakbyśmy dopiero je skończyli. Ja mam poczucie, że to było w innym życiu.

O lockdownie sporo osób mówi, że miały szansę zmienić dzięki niemu perspektywę, że ta przerwa była im potrzebna.
Miałam przerwę już wcześniej. Dwa lata temu poczułam, że w jakimś stopniu się wypaliłam, bardzo intensywnie grałam wtedy w teatrze i mój organizm dotkliwe to odczuł. Zbuntował się. Musiałam się zastanowić, czy w ogóle chcę być jeszcze na scenie, czy jeszcze potrafię z tego czerpać przyjemność. Potrzebowałam tej przerwy, wróciłam po roku z poczuciem, że to jednak jest mój zawód, to, co kocham, i wiem, dlaczego to kocham. Pierwsze spektakle po przerwie grałam właściwie w ekstazie. A potem zrobiłam film islandzki, dwa filmy w Polsce, które jeszcze będą miały swoją premierę, zaczęłam serial z Waldkiem Krzystkiem, po drodze był „Kod genetyczny”.

Pandemia zastała nas w Moskwie. Robiliśmy nowy spektakl, w którym gramy razem z Iwanem, jego nowa sztuka „Entertainment”. Najpierw nagraliśmy z tego teatr telewizji, a potem mieliśmy zostać, żeby jeszcze zagrać spektakle. Nie zdążyliśmy. Okazało się, że zamykają polskie granice. Bilety już wyprzedane, pełna widownia, z drugiej strony – wiedzieliśmy, że jeśli od razu nie wrócimy do Polski, to być może utkwimy w Moskwie na bardzo długo. Bardzo wyraźnie poczułam wtedy, że powinniśmy wrócić, chociaż granice rosyjskie były jeszcze wtedy otwarte, oni się tam pukali w głowę, że tak nam się spieszy. Wylądowaliśmy o 20 w Warszawie, kilka godzin później i musielibyśmy już przechodzić kwarantannę. Zdaję sobie sprawę, jak trudny dla wielu ludzi jest ten czas. Smutny i pełen lęku. Ale ja odczuwam za te dwa miesiące izolacji wdzięczność. Jesteśmy jako rodzina blisko, zawsze spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, ale tym razem byliśmy ze sobą 24 godziny na dobę i to było dla nas bardzo cenne.

Krystyna Janda wspominała ostatnio w „Zwierciadle”, że raz po raz śniła jej się scena i kurtyna. Pani też?
Miałam sny aktorskie, myślę, że w tym zawodzie to jest nieuniknione. Ale nie odczuwałam głodu grania. Natomiast bardzo się ucieszyłam, kiedy przyszła propozycja, żeby zagrać w serialu. Zresztą właśnie mi.in. z panią Krystyną Jandą [chodzi o „Królestwo kobiet”, komediową produkcję TVN – przyp. red.]. Propozycja przyszła nieoczekiwanie, nie miałam tego wcześniej w planach. Nagle okazało się, że zaczynamy zdjęcia. Przyszłam na pierwszą próbę, była nas ósemka, a wydawało mi się, że to tłum, zresztą wszyscy mieliśmy podobne odczucie. Z początku było trochę dziwnie, a teraz bardzo się cieszę, uważam, że to pożyteczne. Równowaga jest jednak istotna. Nie było dla mnie odkryciem, że jestem domatorką, a jednak wydaje mi się, że są ludzie, którzy siedząc długo w domu, naprawdę mogą zdziczeć. Nie wiem, czy przypadkiem się do nich nie zaliczam.

Karolina Gruszka, rocznik 1980. Z mężem, Iwanem Wyrypajewem realizuje jego autorski teatr, wystąpiła też w jego filmach: „Tlen”, „Taniec Delhi”, „Zbawienie”. Inne jej kinowe role to te w „Inland Empire”, „Szczęściu świata” czy „Maria Skłodowska-Curie”. Najnowszy „Złotokap” w kinach od 28 sierpnia.